Córa rodu Phoenix – Rozdział 30

Ogary Wojny

                       Nie widział praktycznie nic. Wszystko wokół spowijała mgła…gęsta, lepka i nieprzyjemna – przenikająca ciało swym paraliżującym chłodem, aż do samych kości. Przejmujące, lodowate szpilki bezlitośnie wbijały się w mięśnie, spowalniając i tak już niepewny krok. Głęboko wciągnął w płuca mroźne, nocne powietrze i skrzywił się, walcząc z przemożną chęcią przysłonięcia dłonią nosa. Lekkie podmuchy przesiąknięte były charakterystycznym, słodko-mdlącym smrodem palonego mięsa oraz kwaśną nutą krzepnącej krwi – osobliwą mieszanką odoru tamującego oddech i oblepiającego przełyk, dławiąc wszelaką chęć przełknięcia nagromadzonej, cierpkiej śliny. Powoli omiótł wzrokiem okolicę, po czym jęknął przerażony. Brunatne kałuże krwi znaczyły swym rdzawym odcieniem piętrzące się wszędzie w zasięgu jego wzroku stosy, w większości rozczłonkowanych, ciał – pozbawionych tchu, okaleczonych trucheł, z których gwałtownie wydarto iskrę życia. Krocząc ostrożnie pośród mgły z wyciągniętą przed siebie różdżką, gotową w każdej chwili odepchnąć atak, czuł na sobie dziesiątki spojrzeń nieruchomych oczu – wpatrzonych wprost w niego, z nazbyt wyraźną pretensją. Sine, zaciśnięte usta zdawały się nieustannie pytać, dlaczego zjawił się tak późno…czemu chociażby nie spróbował ich ocalić. Serce łomotało mu jak oszalałe, przez strach i adrenalinę, rozpędzające krew w obolałych, zmarzniętych żyłach. Przedzierał się przez to makabryczne pobojowisko ku rozbłyskom, które widział na horyzoncie – wielobarwnym snopom chaotycznych świateł, towarzyszących Zaklęciom Niewybaczalnym. Do jego uszu coraz wyraźniej docierała męcząca, upiorna kakofonia dźwięków. Wrzaski, agonalne jęki, szydercze śmiechy, wykrzykiwane zaklęcia, błagania o pomoc oraz bez mała zwierzęce okrzyki splatały się ze sobą w niezrozumiały, mącący zmysły szum. Wojna…znał jej bezkresne, ponure oblicze lepiej, niż cokolwiek innego. Wytężył całą swą wolę, by kontynuować wędrówkę, ignorując rozrzucone niemal pod jego stopami, nienaturalnie powyginane zwłoki. Stąpał ostrożnie zważając, by nie zbezcześcić pamięci poległych deptaniem po fragmentach ich udręczonych ciał. Pośród zamordowanych od czasu do czasu widział boleśnie znajome twarze, zastygłe po wieki w wyrazie przerażenia i niedowierzania. Otaczały go oblicza towarzyszy broni, szkolnych znajomych, niewinnych cywili…Śmierć nie oszczędzała nikogo i doskonale o tym wiedział. Nie mógł pozwolić sobie na luksus przystanięcia, żeby złożyć poległym należny hołd – on jeszcze był żyw, a póki żył nie gasła nadzieja na ratunek dla tych, którzy wciąż walczyli gdzieś za linią horyzontu. Wojna rozpalała w nim instynkty, których istnienia sam się nie spodziewał, ale dzięki nim wiedział dokładnie, co powinien robić. Nieznana siła ciągnęła go naprzód, pozwalając, by odszukał w otaczającym go tańcu śmierci namiastkę pewności i, jakkolwiek irracjonalnie to nie brzmiało, komfortu. Wojna była ostatnią rzeczą, jakiej zasmakował przed spędzeniem kilkunastu lat pod kluczem. Wyryła się w jego świadomości z całą swą naturalistyczną, bezlitosną brutalnością, dając stabilny punkt odniesienia. Ludzie się zmieniali, lecz wojna nigdy. Wyzwalała w nim nagromadzony przez lata strach, przynosząc specyficzny rodzaj ukojenia. Znał wojnę, a ona znała jego. Rzucając pierwsze zaklęcie na polu walki, raz na zawsze stał się jej częścią, a ona wtopiła się w niego. W pewnym pokrętnym sensie zaczął ją traktować niczym przyjaciółkę – niezmienną i stałą w swoich pragnieniach oraz oczekiwaniach. Nie potrafił i po prawdzie być może wcale nie chciał od niej uciec. Nie chciał…aż do tej chwili…Różdżka wysunęła się z jego dłoni, upadając wprost w kałużę gęstego błota. Przez chwilę nie był w stanie się poruszyć czując, jak jego serce po raz kolejny rozsypuje się w drobny pył. Przeraźliwy ból rozrywał swymi szponami każdą jedną komórkę jego ciała, gdy jak sparaliżowany wpatrywał się w wachlarz płomiennych włosów, rozrzuconych ognistą kotarą na zbrukanej krwią ziemi. Choć wiedział, że nie powinien zdradzać swojej pozycji, nie był w stanie pohamować krzyku, wydzierającego się z czeluści jego trzewi – głośniejszego i bardziej zrozpaczonego niż kiedykolwiek. Osunął się ciężko na kolana, nie mogąc zaczerpnąć tchu. Patrzył na swoje rozdygotane dłonie, zatopione w brunatno-brązowej mazi, po czym nieomal pełznąc, przedostał się do drobnego ciała najwspanialszej kobiety, jaką dane mu było poznać. Brudnymi dłońmi objął porcelanowe policzki dziewczyny, nie chcąc, by jej przepiękna buzia leżała w pobliżu obrzydliwej mieszanki krwi i błota. Zawył przeraźliwie widząc te same łagodne, lazurowe oczy, które ocaliły jego nic nie wartą dusze. Były tak…pozbawione blasku…przymglone…odległe…martwe… Gorączkowo rozglądał się wokół, mając naiwną nadzieję, na wydobycie z wszechobecnego mroku odpowiedzi. Co ona tu robiła, do jasnej cholery?! Nie powinno jej tu być…nie było jej przecież podczas wojny, którą bezustannie rozpamiętywał. Czemu nikt jej nie obronił?! Jaki potwór mógł się zdobyć na coś równie podłego, jak podniesienie na nią ręki?! Dlaczego nigdzie nie było śladu po tym zwyrodniałym skurwielu, którego w tej chwili mógłby rozszarpać gołymi dłońmi?! Serce ścisnął mu lodowaty skurcz. Czemu jego nie było obok, gdy dla odmiany to ona go potrzebowała… Objął delikatnie jej szczupłe plecy i przycisnął martwe, eteryczne ciało do swojej piersi. Dlaczego ten jeden, jedyny raz nie mógł znaleźć się tam, gdzie powinien? Z jakiego powodu znów musiał patrzeć na śmierć bliskiej osoby, chociaż prawdopodobnie był w stanie jej zapobiec? Gorące łzy staczały się po jego twarzy, kiedy gładził wychłodzony policzek kobiety. Nie zasługiwała na to, by wykrwawiać się w tak paskudnym miejscu…jej śnieżna suknia nigdy nie powinna być równie brudna i poszarpana. Pragnął choć raz jeszcze zobaczyć jej cudowny uśmiech – poczuć bijące od niej ciepło, którego nie można było porównać z żadnym innym.

– Spójrz na mnie, błagam!!! – krzyknął, wiedząc doskonale, że nie ma to sensu – Nie zostawiaj mnie samego…

Nie odpowiedziała mu, bowiem martwi pozbawieni byli prawa głosu. Wstał podnosząc jej ciało – wyjątkowo lekkie i perfekcyjnie wpasowujące się w jego ramiona. Po raz pierwszy trzymał ją w objęciach…dlaczego nie zdobył się na to wcześniej? Czemu nigdy nie uświadomił jej, jak wyjątkowa była w jego oczach? Był beznadziejny w wyrażaniu uczuć, a teraz brutalnie odebrano mu szansę na naprawienie tego błędu. Przygryzł do krwi wargi, gdy głowa dziewczyny zsunęła się z jego barku, opadając bezwładnie.

– Kto ci to zrobił, aniele…

– Przecież dobrze wiesz.

Zacisnął mocno szczękę słysząc głos, który nawiedzał go w koszmarach – jego własny, wyzuty z emocji, dziwnie odległy i obcy głos. Ten sam, który nieustannie dręczył go, przez ponad dekadę.

– Ty ją zabiłeś…to przez ciebie zginęła. Tak jak James i Lily. Wszyscy wokół ciebie giną. Jesteś przeklęty, Black. Przyciągasz śmierć. Wszyscy giną przez ciebie…przecież wiesz… – Zamknij się! – wrzasnął, nie chcąc popaść w kolejny wir szaleństwa.

– Jestem tobą, pamiętasz? Nie zniknę, póki oddychasz. Trzeba było zdechnąć, zanim ją w to wplątałeś. Odbierasz temu światu wszystko, co piękne. Patrz, Black! Patrz, co uczyniłeś…

Nieznośny, przenikliwy szum wbił się z całą swą siłą w jego czaszkę, zmuszając go do powtórnego padnięcia na kolana. Widział wszystko…Rozczarowanie, jakim był dla własnej rodziny. Szczęśliwe, beztroskie lata przeżyte u boku przyjaciół. Uśmiechniętą Lily w białej, prostej sukni ślubnej. Szalejącego z radości Rogacza, trzymającego w ramionach wyczekiwanego syna. Malutką dłoń Harry’ego zaciśniętą po raz pierwszy na jego palcu. Remusa biegającego wszędzie z aparatem, żeby nie stracić chociażby jednej z bezcennych chwil. Wybuch krwawej wojny, która kosztowała go wszystko. Widział siebie samego uparcie przekonującego przyjaciół, by to Petera uczynili powiernikiem tajemnicy. Przed jego oczami malowały się zgliszcza zwęglonego domu Potterów oraz bezwładne ciała Jamesa i Lily, leżące na ziemi po przegranej walce. Obserwował swoją szaleńczą pogoń za cholernym zdrajcą, którą ostatecznie przypłacił długą odsiadką…Ostatnie co ujrzał to obraz siebie samego, klęczącego nad zwłokami rodzeństwa Crown. Miał ochotę krzyczeć z rozpaczy, gdy zobaczył własną dłoń, zatapiającą nóż w piersi Vallerin podczas ich wspólnego tańca – wtedy w salonie. Widział jej zdumioną twarz…czuł, jak słabnie upadając wprost w jego ramiona, które nie chciały jej ani ratować, ani objąć. Wpatrywał się we własną mordę, wykrzywioną w bezdusznym, cynicznym uśmiechu.

– Syriusz… – usłyszał słaby szept Lady, nim zamknęła oczy po wieki.

Odgłos jej ciała, zderzającego się z wypastowanym, zadbanym parkietem wyrwał go z upiornego marazmu. Zdezorientowany zamrugał kilkukrotnie, próbując jako tako rozeznać się w otoczeniu – znów stał na polu bitwy, tuląc do siebie płomiennowłosego anioła. Syriusz…jego imię brzmiało w jej ustach niczym najpiękniejsza symfonia. Oddałby wszystko, żeby móc to usłyszeć jeszcze jeden, ostatni raz.

– Tym jesteś, Black. Tchórzem. Mordercą. Zdrajcą. Łajdakiem. Biedna, dobrotliwa Lady…twoje fatum pochłonie ją, jak wszystkich innych. Wszyscy giną przez ciebie.

Szarooki zignorował głos, kołysząc się mechanicznie w przód i w tył, przyciskając do siebie mocniej drobną sylwetkę kobiety. Wszyscy! Wszyscy, tylko nie ona…jej jednej nie chciał stracić. Nie mógł stracić! Wszyscy, tylko nie jego anioł…nie po raz kolejny…Nie. Nie! Nie!! NIE!!!

– Vallerin!!!

Krzycząc rozpaczliwie wyrwał się z objęć snu, nieomal spadając z kanapy. Dysząc ciężko, patrzył na dłonie nie noszące na szczęście śladów krwi. Zatopił rozedrgane palce w wilgotnych od potu włosach, rozglądając się gorączkowo. Chata…więc to był tylko sen. Poderwał się z wygodnego siedziska i bez zastanowienia kopnął stolik, przewracając go. Ten cholerny sen! Przez ponad dekadę śnił ten sam okrutny koszmar, nie pozwalający mu zapomnieć o tym co zrobił – przywołujący w najbardziej drastycznych detalach wojnę, którą przeżył i tych, których przez nią bezpowrotnie utracił. Do niedawna sądził, że nie było nic gorszego od śnionego tysiące razy koszmaru, rozpalającego w nim strach, poczucie winy i nieposkromiony żal. Jakże się mylił…Koszmar znalazł nowy sposób na dręczenie go, wplątując w swoje krwawe wizje Vallerin. Po raz pierwszy przyśnił mu się tej nocy, którą prawie całą przetańczyli. Tak bardzo go przeraził…Początkowo starał się go zignorować mając nadzieję, że jest to jedynie jednorazowy wytwór jego szarganego szaleństwem umysłu, ale koszmar powracał. Noc w noc wciągał go coraz głębiej w bezdenną, lodowatą próżnię, z której nie potrafił uciec. Przez lata spędzone w celi nauczył się rozpoznawać gorejącą wewnątrz niego pustkę, ale to…to było coś zupełnie innego, mroczniejszego i potężniejszego – dającego mu do zrozumienia, że ciążące nad nim fatum już wiedziało…było świadome obecności Lady i zamierzało się o nią upomnieć. Czuł się jakby ta świadomość niespodziewanie odebrała mu element zespalający jego, i tak już niestabilny, świat powodując, że wszystko w jednej chwili runęło, pozbawione krzty sensu. Co noc w posiadłości Lady przez ten upiorny koszmar nawiedzało go uczucie znajome i zupełnie nowe zarazem – poczucie straty, którego źródła mógł się jedynie domyślać. Wpędziło go to w istną panikę. Bał się. Każdego ranka, otwierając oczy, odczuwał przejmujący strach, że sen stanie się jawą, a on pociągnie Vallerin za sobą wprost w bezduszny odmęt – tak jak niegdyś ukochanych przyjaciół. Każdego ranka na nowo tracił zmysły, gdy myślał o ciągnącym się za nim fatum, wydzierającym z jego życia chociażby okruszyny radości. Oddał tej parszywej klątwie już wszystko co miał, jednak ona wciąż była nienasycona. Nie mógł oddać jej w ofierze Vallerin. Wszystkich, tylko nie ją…Coraz bardziej udręczony tymi myślami w końcu zdecydował – jedyną opcją na ocalenie Lady przed nim samym była ucieczka. Wolał jeden raz zranić ją odejściem bezpowrotnie z jej życia, niż narazić anioła na śmierć w imię niezrozumiałych zasad okrutnej gry, rządzącej jego nędzną egzystencją. Roześmiał się histerycznie. Czyż odsuwając się od Vallerin, nie dał swojemu fatum tego czego chciało?! Ten jeden raz zgodził się świadomie na cierpienie, by próbować z nim pertraktować! Cóż takiego uczynił, że go przeklęto?! Jakież świętości obraził, ściągając na siebie równie dotkliwą karę?! Czemu pierdolone życie aż tak się na niego uwzięło?! Niesiony przypływem szału zaczął demolować wnętrze Chaty, przeklinając w głos. Niczym ranne zwierze miotał się bez celu, krzycząc i niszcząc wszystko w zasięgu wzroku. Nie mógł wiedzieć, że gdy on dawał upust emocjom tuż przed drzwiami stało dwóch mężczyzn, zasłuchanych w odgłosy niepohamowanej rozpaczy. Raven opierał się plecami o ścianę koło futryny, nerwowo zerkając na stojącego tuż przed nim Kolekcjonera. Luther, póki co, nie odezwał się nawet słowem, paląc niewzruszenie piątego już papierosa. Nieruchomo patrzył przed siebie w charakterystyczny dla niego, nienaturalnie skupiony sposób. Niebieskooki rozpoznawał ten wzrok i uważał, by nie zmącić rozmyślań szefa nawet jednym, głośniejszym oddechem. W tej szalonej głowie bez wątpienie właśnie rodził się plan, który miał nadzieję jak najszybciej poznać. Działając wbrew samemu sobie poprosił Kolekcjonera, by odwiedził Blacka – niepokoiło go bowiem to, co działo się ostatnimi czasy z tym dziwakiem. Zmiana jego zachowania przyszła nagle i drastycznie szybko postępowała, przemieniając w miarę spokojnego czarodzieja w skrajnie rozchwianego świra, którym był obecnie. Raven drgnął mimowolnie, gdy usłyszał trzask rozbijanego o ścianę, w okolicy drzwi, krzesła.

– Długo to trwa? – Dragan odsunął papierosa od ust i zgasił go o podeszwę buta.

– Zaczęło się jakieś jedenaście, może dwanaście dni temu – były Łowca westchnął ciężko. – Początkowo nic nadzwyczajnego. Miał tylko problemy ze snem, ale tydzień temu zaczęło mu zdrowo odwalać. Praktycznie nie śpi, a jeśli już, to ledwie parę godzin i budzi się w takim stanie – jakby na potwierdzenie jego słów, kolejny mebel skończył roztrzaskany o ścianę. – Odmawia jedzenia, więc muszę przymuszać go, żeby zjadł cokolwiek. Godzinami krąży po pokoju, gada sam do siebie, a ostatnio doszły jeszcze ataki paniki oraz furii. Wiem, że to aroganckie z mojej strony, ale uważam, że on nie może dłużej tu zostać. Powinien wrócić do rezydencji Lady Crown – dodał nieśmiało. – Tylko panienka Crown będzie w stanie mu pomóc, bo my raczej nie damy rady. Oczywiście, jeśli taka będzie twoja wola, zostanę i spróbuję się nim zaopiekować nie sądzę jednak, żeby miało to sens.

– Nie widzę w tym nic aroganckiego, Raven – turkusowooki uśmiechnął się kącikiem ust. – Przestań mylić bezczelność ze zdrowym rozsądkiem. Dzięki, że mnie tu ściągnąłeś – posłał rozmówcy pobłażliwe spojrzenie. – Słusznie sugerujesz odesłanie pana Blacka do Vallerin…jednak zorganizuję to na zupełnie nowych warunkach.

Luther z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciągnął pergamin oraz swoje ulubione pióro, oprawione w srebro oraz jadeit. Opierając arkusz na odrapanej ścianie, niespiesznie nakreślił kilka zdań równym, pięknym pismem, którym zwykł się posługiwać sporządzając oficjalne notatki. Gotową wiadomość zwinął w ciasny rulon i wyciągnął ku podwładnemu, wyraźnie dając mu znać, czego oczekiwał.

– Przekaż mu to – rzucił raźnym tonem. – Indrahill jest gotowe na dzisiejsze spotkanie?

– Zgodnie z twoimi wytycznymi, plus kilka drobnych udogodnień mojego pomysłu. Większość zaproszonych zjawi się o dwudziestej i zostali należycie poinformowani o tym, że spóźnienia nie będą tolerowane.

– Goście honorowi? – kruczowłosy uśmiechnął się tajemniczo.

– Seth jest już na miejscu, a pozostali powinni dotrzeć w ciągu godziny – Raven w końcu odebrał wiadomość z ręki pracodawcy. – Mogę zapytać co planujesz zrobić z tym świrem?

– Zafunduję naszemu skazańcowi terapię szokową – Dragan zachichotał złowróżbnie. – Istną podróż do piekła i z powrotem. Przypilnujesz go przez góra czterdzieści minut? – zerknął na kompana – Muszę coś załatwić, a później pan Black będzie towarzyszył nam w wycieczce do Francji. Jakieś zastrzeżenia, czy inne uwagi?

– Skądże, szefie – Raven uśmiechnął się z przekąsem. – Będzie tak, jak sobie życzysz.

– Gdybym cię nie znał, cukiereczku, byłbym skłonny pomyśleć, że serduszko ci zmiękło przez jakiegoś czarodzieja – głos Luthera przybrał kpiący ton.

– Nie obchodzi mnie Black, jeśli o to ci chodzi – prychnął niebieskooki. – Wciąż uważam, że niepotrzebnie tracimy na niego czas i lepiej byłoby skręcić mu kark ,ale… – mężczyzna urwał wahając się przez chwilę.

– Ale? – Kolekcjoner uniósł pytająco brew.

– Lady Crown… – ciemnowłosy wyszeptał łagodnie – nie chcę przysparzać jej cierpień.

Dragan uśmiechnął się szeroko, sięgając po, do tej pory zawieszoną na plecach, maskę doktora plagi. Zapiał ją wprawnie, przysłaniając niepokojąco zadowolone oblicze.

– Dobra odpowiedź, chłopcze – wymruczał z satysfakcją. – Przekaż mu list i postaraj się go uspokoić przed moim powrotem.

– Wedle rozkazu – Łowca pokłonił się teatralnie, celowo rozbawiając kruczowłosego.

Raven obserwował oddalającego się Dragana, dopóki ten nie zniknął mu z oczu opuszczając Chatę. Stojąc samotnie w zapuszczonym korytarzu odetchnął głęboko, przywracając obojętny, kamienny wyraz twarzy – z taką maską czuł się najlepiej. Nie skłamał mówiąc, że nie interesował go los szarookiego czarodzieja. Nie przepadał za nim i bynajmniej tego nie ukrywał, jednak Lady…cóż. Prawdę powiedziawszy starał się unikać tej fascynującej kobiety, jednak średnio mu wychodziło. Setki razy na własne oczy widział jej niebywałą wręcz zdolność łagodzenia obyczajów nawet najbardziej zatwardziałych, niereformowalnych bestii oraz tą kuszącą umiejętność ofiarowywania ukojenia zbłąkanym, zszarganym duszom. Obawiał się, że gdyby osobiście doświadczył takiego miłosierdzia, nie byłby w stanie wrócić do życia, które obecnie wiódł, a nie był jeszcze gotów na jego porzucenie. Może kiedyś…w przyszłości, zwróci się do panienki Crown o pomoc w odegnaniu nękających go demonów. Niezwykłość Lady w jego odczuciu, brała się z tego, że nie sposób było jej nie pokochać. Prawdopodobnie sama nie była tego świadoma, ale dzięki swojej dobroci i wyrozumiałości potrafiła wydobyć blask z najgłębszych, najmroczniejszych czeluści – przekuć ten wątły płomyk nadziei w drogowskaz, nadający sens najżałośniejszym nawet spośród istnień. Nie chciał dłużej o tym rozmyślać, więc kopnął gwałtownie drzwi prowadzące do pokoju, wyrywając je z przerdzewiałych zawiasów. Gołą dłonią złapał lecący wprost ku niemu kawałek drewna, który odbity rykoszetem zmierzał niechybnie w stronę jego lewego policzka. Skrzywił się z niesmakiem czując lekki ból, wywołany rozerwaniem skóry przez nierówną krawędź drewna. Rzucił strzęp najprawdopodobniej stolika pod nogi Syriusza, który widząc niezapowiedzianego gościa zaprzestał rozbijania w drobny mak resztek mebli, wyraźnie zaskoczony obecnością Ravena.

– Trzymaj.

Niebieskooki w ledwie trzech krokach znalazł się tuż przed twarzą Blacka, po czym wyciągnął ku niemu list, mierząc go jednocześnie karcącym wzrokiem. Czarodziej mocno niepewnie przyjął przesyłkę i opadł niezgrabnie na podłogę, rozwijając pergamin. Przez kilka minut pochłaniał treść wiadomości, czytając uparcie te same kilka wersów, jakby chcąc wykrzesać z nich zupełnie nowe znaczenie. Wzbierał w nim żal, zmieszany ze złością i o dziwo, ciekawością. Powinien być wściekły, ale nie potrafił. Nie do końca wiedział, czy to przez to, że już się wyładował, czy z powodu zaintrygowania tym, co musiało wydarzyć się w zamku, skoro Kolekcjoner zmienił swoje zamiary – nie wydawał mu się osobą skłonną do odwlekania swych planów z byle przyczyny. Syriusz w żółtookim Lutherze widział raczej nieustępliwego mężczyznę, gotowego taranem i po trupach przedrzeć się do celu, bez zawracania sobie głowy szczegółami. Bezwiednie zmiął pergamin, przenosząc wzrok na znudzonego Ravena.

– Czemu zmienił plan? – wycharczał podejrzliwie.

– Myślisz, że czytam cudze wiadomości? – rzucił sucho ciemnowłosy.

– Przeczytaj – były skazaniec wyciągnął list ku swemu strażnikowi.

Raven przyjął notatkę i pospiesznie prześledził jej treść, nawet w najmniejszym stopniu się jej nie dziwiąc. Logika Kolekcjonera chadzała często niezrozumiałymi ścieżkami, ale zawsze okazywała się więcej niż słuszna. Luther posiadał jeden z najwybitniejszych oraz najbardziej chaotycznych spośród znanych ludzkości umysłów, o czym doskonale wiedzieli jego współpracownicy. Próby zrozumienia go były stratą czasu, więc woleli po prostu mu zaufać i nigdy źle na tym nie wyszli.

– Posprzątaj tu – niebieskooki rzucił list tuż obok czarodzieja, nie komentując jego treści.

– Głupio mi prosić, ale mógłbyś mi pomóc? – Black poderwał się z podłogi.

– Odmawiam – Raven wyniośle uniósł podbródek. – Mam rozkaz cię pilnować, a nie robić za pomoc domową. Sprzątaj.

– Mógłbyś chociaż zając się kawą? – szarooki spojrzał błagalnie na tymczasowego towarzysza, niespecjalnie licząc na to, że usłyszy zgodę. – Proszę.

– Tyle mogę zrobić.

Raven opadł na ocalałą jakimś cudem kanapę i gestem dłoni dał do zrozumienia Syriuszowi, że powinien się pospieszyć. Czarodziej nie miał zamiaru z tym polemizować, zaczął więc porządki od pozbierania rozrzuconych kawałków strzaskanych mebli. Sam nie uświadamiał sobie do tej pory, jak wiele elementów – skromnego od początku – wyposażenia padło ofiarą jego napadów złości. Krzesła, szafki, stół, regał…niewiele ocalało – kiedy wybudzał się z koszmaru, nie potrafił nad sobą zapanować. Uśmiechnął się sam do siebie, gdy przez jego głowę przetoczyło się wspomnienie sprzed lat. Chata w tym momencie wyglądała tak, jak wtedy gdy przesiedzieli tu pierwszą noc z Luniaczkiem – on też w szale niszczył wszystko do czego się dorwał, później starając się desperacko naprawić szkody. Rozmyślając o dawnych czasach mechanicznie znosił kolejne kawałki drewna, rzucając je tuż przy nogach Ravena, który mimo huku nie poruszył się nawet o milimetr. Syriusz wyraźnie czuł na sobie spojrzenie wygłodniałych, niebieskich oczu, lecz nie miał śmiałości spróbować wciągnąć kompana w rozmowę. Zapewne jasnooki i tak zignorowałby jego starania, milcząc uparcie – tak jak zawsze. Przystanął zdziwiony, kiedy Raven sięgnął ku szerokiemu, skórzanemu pasowi oplatającemu jego biodra. Ze zręcznie ukrytej, po wewnętrznej stronie, kieszonki wyciągnął różdżkę – na oko jakieś 17 cali, zdecydowanie cis. Eleganckim ruchem dłoni machnął różdżką w kierunku stosu drewna.

– Reparo – zamiast wykrzyknąć zaklęcie, przemówił spokojnie i niepokojąco łagodnie.

Posłuszne jego woli odłamki w okamgnieniu rozpoczęły żwawy taniec, odbudowując roztrzaskane meble. Syriusz bezwiednie opuścił ramiona, pozwalając, by kolejne naręcze drzazg upadło na podłogę – dołączając do delikatnego wiru zaklęcia. Próbował jakoś poukładać sobie w głowie sytuację, której właśnie był świadkiem.

– Jesteś czarodziejem… – wydukał, nie dowierzając w to, co widzi.

– Owszem – Raven skwitował sucho.

– Nie sądziłem…to znaczy…nigdy się nie zdradziłeś…

– Wcale tego nie ukrywałem.

– Nie widziałem, żebyś używał magii – Black z zakłopotaniem podrapał się po karku.

– Nie było takiej potrzeby – zimny, mechaniczny ton byłego Łowcy nie uległ chociażby najmniejszej zmianie.

– Jaką szkołę skończyłeś? – szarooki starał się zabrzmieć przyjaźnie – Nie pochodzisz z Europy, prawda?

– Żadnej i nie.

Black zwiesił głowę czując, że ciągnięcie kompana za język na niewiele się zda. Wrócił do ogarniania pobojowiska, które zrobił pozwalając, by zawładnęły nim własne, nieprzyjemne myśli, co nie uszło to uwadze Ravena. Były Łowca skrzywił się niechętnie, wstając powoli z kanapy. Szef kazał mu doprowadzić tego rozpieszczonego paniczyka do stanu względnej normy, a to nieuchronnie wiązało się toczeniem jakiejkolwiek rozmowy. Temat magii zdawał mu się najbezpieczniejszym – najmniej bolesnym i osobistym ze wszystkich możliwych, więc czemu nie?

– Od kiedy pamiętam uczono mnie posługiwania się magią wyłącznie w celach bojowych. Wszystkiego innego nauczył mnie Kolekcjoner.

Syriusz spojrzał zaciekawiony na niebieskookiego i uśmiechnął się widząc jego niezadowoloną minę. Prawdopodobnie Raven nie czuł się najlepiej w roli gawędziarza, ale po raz pierwszy wyraził chęć porozmawiania z nim i zamierzał to wykorzystać – ten człowiek od dłuższego czasu go intrygował.

– Trudno mi wyobrazić sobie Kolekcjonera jako cierpliwego mentora – szarooki zdobył się na, nieprzesadnie, rozbawiony ton.

– Zdziwiłbyś się – były Łowca zaśmiał się szorstko. – Szef jest doskonałym nauczycielem. Wymagającym, drobiazgowym i często wybuchowym, ale nie brak mu wytrwałości. Sam posiada niebywały talent magiczny, więc ciężko było mu dostosować się do tak opornego ucznia jak ja. Jeśli Kolekcjoner chce, potrafi dotrzeć do największego beztalencia.

– Wiem, że jest potężny – Black uśmiechnął się szeroko. – To pierwsza rzecz, którą od niego wyczułem. Zawsze był taki…ekscentryczny?

– Takiego go poznałem, więc zakładam, że owszem.

– Jak się poznaliście? – czarodziej oparł się plecami o stojący w jednym kawałku regał.

– Nie chcesz wiedzieć – chłodny ton Ravena stał się lodowaty. – To mało przyjemna historia, głównie dla mnie.

– Jesteś kimś na kształt mojego strażnika, prawda? – uciekinier nie miał zamiaru się poddawać – Dlaczego Kolekcjoner uważa, że trzeba mnie pilnować? Nie mam gdzie uciec, a nawet, gdybym miał wszędzie by mnie odnalazł.

– Kretyn z ciebie, to i pytanie kretyńskie – niebieskooki prychnął lekceważąco. – Moim zadaniem jest przypilnowanie, żebyś nie zrobił nic głupiego, a do tego, sam przyznasz, masz talent. Mam cię chronić nie tylko przed twoim porażającym debilizmem, ale i zewnętrznymi zagrożeniami. Gdyby ktoś cię tu odnalazł, Kolekcjoner zapewne musiałby urządzić szybką rzeź, a nie ma obecnie czasu na podobne rozrywki. Zgodnie z jego rozkazem mam dbać o to, żebyś był cały i w miarę możliwości zdrowy.

– Wybacz, jeśli zabrzmię bezczelnie. Nie żebym nie był ci wdzięczny za opiekę, jednak zastanawia mnie, dlaczego Kolekcjonerowi miałoby na tym wszystkim zależeć.

– Bezczelnością jest zakładanie, że Kolekcjonerowi może zależeć na tobie – jasne oczy zalśniły ostrzegawczo. – Masz w jednym kawałku wrócić do Lady Crown, tylko o to chodzi. Lady na ciebie czeka, a ani ja, ani Kolekcjoner nie mamy najmniejszego zamiaru jej zawieść.

Odpowiedź Ravena zaskoczyła Syriusza, rozpętując chaotyczną gonitwę myśli. Vallerin…czekała na niego? Kolekcjoner zapewnił go, że nie powie jej o ich spotkaniu, a ona mimo tego, że przepadł dla niej bez śladu…czekała? Dlaczego miałaby wierzyć, że kiedykolwiek wróci? Zostawił rodzeństwo Crown uciekając z ich posiadłości nocą, bez słowa pożegnania lub wyjaśnień – po prostu wymknął się, znikając w ciemnościach niczym ostatni tchórz, którym bez wątpienia był. Rezydencja…jej ciepło i przyjazna, rodzinna atmosfera przypominała mu dom państwa Potterów. Rodzice Rogacza, tak jak rodzeństwo Crown, przyjęli go pod swój dach z otwartymi ramionami. Nie oczekiwali od niego ani Jamesa wyjaśnień…traktowali go jak własnego syna, czekając, aż będzie gotów sam opowiedzieć im o tym, co go dręczyło. Zawsze mógł na nich liczyć, a jak im się odwdzięczył za okazaną troskę? Zawiódł ich w najokrutniejszy z możliwych sposobów! Przez niego, jego naiwność oraz porażającą głupotę, cioteczka Euphemia i wujaszek Flemont zbyt wcześnie spotkali się w zaświatach ze swym ukochanym synem i jego piękną żoną. Zakpił z ich zaufania i pamięci, skazując przyjaciół na śmierć! Tak bardzo nie chciał znów tego przeżywać…Vallerin…Ta uparta kobieta powinna być na niego wściekła! Zapomnieć, że kiedykolwiek go spotkała! Wyrzucić ze swojej pamięci obraz jego parszywej mordy! A ona…czekała? Czarodziej poczuł falę gorąca promieniującą od dziury w której niegdyś biło serce, by rozlać się po całym jego ciele. Wspaniałe i przerażające jednocześnie uczucie sprawiło, że stracił grunt pod nogami. Zdobył się na nieludzki wysiłek, by ustać w pionie, zerkając w stronę Ravena. Niebieskooki musiał doskonale widzieć co się z nim dzieje, postanowił jednak się w to nie mieszać, więc podszedł do kącika kuchennego, gdzie obecnie napełniał miedziany czajnik świeżą wodą.

– Raven? – szarooki odwrócił się twarzą ku swemu towarzyszowi.

– Hmm? – mruknął były Łowca.

– Dziękuję – Black uśmiechnął się koślawo. – Za wszystko.

– Obejdzie się – ciemnowłosy warknął, najwyraźniej rozdrażniony. – Nie niańczę cię dlatego, że w jakikolwiek sposób obchodzi mnie twój los. Wykonuję tylko swoją pracę, dla Kolekcjonera i z szacunku do panienki Crown. Nic więcej mnie nie interesuje. Koniec pogaduszek. Przymknij się z łaski swojej i pospiesz ze sprzątaniem.

Niedawny skazaniec uśmiechnął się szerzej, ciesząc się z tego, że udało mu się chociaż przez chwilę w miarę swobodnie porozmawiać ze swoim strażnikiem. Po prawdzie nigdy nie postrzegał Ravena, jako strażnika – to słowo źle kojarzyło mu się po odsiadce w Azkabanie. Raven w jego mniemaniu był kimś na kształt opiekuna, szczególnie w przeciągu ostatnich dni – zaglądał do niego dużo częściej; milcząco pochłaniając kolejne książki, dotrzymywał mu towarzystwa; powstrzymywał go przed całkowitym zdemolowaniem Chaty i niezadowolony z braku apetytu podopiecznego zmuszał go do jedzenia, nie używając jednak wobec niego siły. Wystarczyło kilka cierpkich, suchych słów oraz nieznoszący sprzeciwu wzrok, by Syriusz przełamał się i przeżuł chociażby kilka niewielkich kęsów. Raven wcale nie był skłonny sięgać po przymus bezpośredni w przeciwieństwie do strażników z Azkabanu. Tam przemoc była na porządku dziennym. Za jakiekolwiek przejawy nieposłuszeństwa – nawet mocno naciągane – wymierzano wymyślne fizyczne lub psychiczne kary. Blok skazanych na dożywocie śmiało mógł nosić miano placu zabaw dla wszelkiej maści sadystów, odzianych w szykowne uniformy. Bicie, zakuwanie w skrajnie niewygodnych pozycjach, pozbawianie snu, dręczenie, wyśmiewanie, zmuszanie do wykonywania publicznie upokarzających czynności…doświadczył tego wszystkiego. Do tej pory czuł wstręt do samego siebie, bał się gwałtownych ruchów i zwykłego dotyku. Azkaban zmienił go w zaszczute zwierze. Zapomniał o tym na chwilę, przebywając w rezydencji, ale teraz, gdy był w Chacie…lęki wróciły, wyraźniejsze niż kiedykolwiek. Przez następne kilkadziesiąt minut wspominał ponure lata odsiadki, metodycznie sprzątając wnętrze Chaty. Raven mimo początkowych ostrych słów, kilka razy złamał się i delikatnie mu pomógł, zbywając lekceważącym spojrzeniem wszelakie próby podziękowań. Krzątaninę przerwał huk gwałtownie otwieranych drzwi, które po raz drugi tego dnia wypadły z zawiasów. Do wnętrza pokoju wpadł Kolekcjoner, trzymając w uniesionych wysoko dłoniach butelkę szkockiej i dwie paczki drogich, zagranicznych papierosów.

– Dzień dobry, słoneczko! – podszedł wprost do Syriusza, po czym wsparł łokieć na jego kościstym barku – Gdzie moja kawa?

– Gotowa, szefie – odpowiedział mu Raven.

– Nie chciało ci się zrobić dla mnie kawy? – doktor plagi teatralnie chwycił się za serce – Cóż za okrucieństwo, panie Black! Raven, – przeniósł wzrok na niebieskookiego – skocz do Indrahill i dopilnuj, żeby ta banda kretynów nie rozniosła mi chaty, dobrze? W razie konieczności ustaw ich do pionu dowolną metodą.

– Jak sobie życzysz. Czy przygotować coś jeszcze przed wieczornym spotkaniem?

– Nie trzeba, wszystko jest już gotowe – Luther rzucił raźnym tonem. – Zależy mi tylko na tym, żebyś miał oko na te hałaśliwe bękarty zanim przybędę.

Raven nie komentując słów Kolekcjonera pokłonił się przed nim i wyszedł, zostawiając go sam na sam z Blackiem. Zazwyczaj nie odnosił się w aż tak formalny sposób do Dragana, jednakże zważywszy na sytuację, nie mógł sobie pozwolić na pełną swobodę. Uśmiechnął się pod nosem, na chwilę przystając przed Chatą, której nienawidził. Cokolwiek planował kruczowłosy, z całą pewnością krnąbrnego czarodzieja czekały wyjątkowo diaboliczne atrakcje. Zaraz po wyjściu byłego Łowcy, Syriusz wyzwolił się spod nacisku ramienia swego gościa i podszedł do kącika kuchennego, po dwie filiżanki parującej, mocnej kawy. Podczas gdy uciekinier uwijał się przy gorącym napoju, turkusowe oczy – ukryte pod maską – przyglądały mu się uważnie. Zbyt luźna koszula karykaturalnie zwisała z jego ramion, a ręce trzęsły się nieznacznie, zupełnie niczym dłonie zmęczonego życiem starca. Zdecydowanie zmarniał od czasu, gdy Luther widział go po raz ostatni – schudł, jego włosy znów stały się zaniedbane, a srebrzyste oczy całkowicie utraciły swój charakterystyczny, niepokorny blask. Nie trzeba było być wybitnym znawcą ludzkiej psychiki by zauważyć, że powtórnie dał się porwać wirowi dawnego szaleństwa, tym razem zatapiając się w nim znacznie głębiej. Czarodziej postawił filiżanki na odbudowanym blacie stolika i usiadł na kanapie, tuż obok Luthera, który zdążył się już rozgościć. Kruczowłosy, nie spiesząc się z rozpoczęciem rozmowy, powoli ściągnął maskę doktora plagi i miękkim ruchem położył ją na krawędzi stołu. W ten sposób rozpoczął grę, której wyniku nie sposób było przewidzieć. Sięgnął po paczkę papierosów, odwinął ją z folii, po czym wprawnie wyciągnął zębami jedną fajkę, którą bezzwłocznie odpalił. Zaciągnął się głęboko kojącym dymem i podał opakowanie gospodarzowi, nie skoremu do przyjęcia poczęstunku.

– Ten chłopak, którego tu przysłałeś… – Black postanowił rzucić luźniejszy temat, ku przełamaniu lodów. – Wspominał, że jesteście z jednego rodu. To jakiś twój kuzyn?

Kolekcjoner, zwlekając z udzieleniem odpowiedzi, sięgnął po kawę i upił niewielki łyk. Skrzywił się z niesmakiem, odstawiając filiżankę, wypełnioną nędzną podróbką solidnego naparu. W sumie wiedząc, kto zabrał się za przygotowanie kawy, nie powinien być zaskoczony jej marną jakością. Ravi nie gustował w tego typu napojach, a skoro ich nie pijał, pojęcia nie miał, jak powinny smakować.

– Kuzyn, brat, ojciec, syn, stryjek, wujek, dziadek…co za różnica? – prychnął zadziornie . – Dzielimy nazwisko i wolę Lutherów. Tylko to się liczy. Obrzydliwa ta kawa! – zaśmiał się krótko – Raven nigdy nie znał się na porządnym parzeniu płynnego szczęścia! Chłopak ma wiele talentów, ale nie powinien zbliżać się do kuchni, dla dobra nas wszystkich. Polej coś mocniejszego na przepłukanie gardła, bo nie zdzierżę.

Syriusz, nieświadomie, uśmiechnął się znacznie szerzej, niż przez ostatnie kilkanaście lat. Zaskakująco dobrze czuł się w towarzystwie tego upiornego dziwaka, odnajdując w nim coś kojąco znajomego. Bezzwłocznie wstał z kanapy i przyniósł dwie wysłużone czarki, o których czystość dbał każdego dnia. Spojrzał na niewielkie, wypolerowane naczynka, przestając się uśmiechać. Codziennie uparcie starał się doprowadzić je do porządku, robiąc z tego coś na kształt osobistego rytuału, pozwalającego mu oderwać na chwilę myśli od niechcianych, bolesnych wycieczek ku zamierzchłej przeszłości. Postawił na blacie czarki, po czym napełnił je po brzegi schłodzoną szkocką. Podał jedną z nich Lutherowi, który opróżnił ją niemalże jednym, solidnym łykiem. Kruczowłosy otarł usta grzbietem dłoni, uśmiechając się w swój charakterystyczny, szelmowski sposób.

– Mocno wkurwił cię mój list, co? – kątem oka zerknął na czarodzieja.

– Skłamałbym twierdząc inaczej – szarooki oparł się wygodnie, z czarką w dłoni.

– Dzieje się znacznie więcej, niż ci się wydaje, skarbie – Luther zarzucił ręce na oparcie kanapy. – Moi ludzie jakiś czas temu donieśli, że Ministerstwo na czas świąt planuje znacznie wzmocnić ochronę szkoły. Mają zamiar skutecznie odciąć Harry’ego od potencjalnego zagrożenia, czyli ciebie. Przez kilka dni czekałem na potwierdzenie tych rewelacji, które na nasze nieszczęście okazały się prawdziwe. Nauczyciele, którzy opuścili Hogwart, zostali zastąpieni dodatkowymi siłami dementorów – westchnął z rozdrażnieniem. – Napatoczyło się także stadko Aurorów, które na dniach ma powiększyć się o kolejną grupę. Dementorzy, to nasz najmniejszy problem – lekceważąco machnął dłonią. – Moi ludzie są gotowi odciągnąć te pokraki od szkoły, a w ostateczności zdjąć je na kilka cennych minut. Gorzej z kundlami – bez urazy – ministerstwa, plątającymi się nam pod nogami. Nie mam pojęcia, jakie dokładnie rozkazy otrzymali, ani kiedy zjawi się kolejna grupa. Początkowo nie zamierzałem zmieniać naszych planów i zwyczajnie zorganizować zadymę w Zakazanym Lesie, żeby wyciągnąć tych upierdliwców z zamku, ale nawet zakładając, że są taktycznie upośledzeni wątpię, by wyruszyli całą ferajną. Najprawdopodobniej podzieliliby się na przynajmniej dwa mniejsze oddziały, zgodnie z podstawową logiką działania w takich sytuacjach. Czarodzieje nie są tak durni, jak te latające poczwary i raczej dość szybko zorientowaliby się, że coś tu śmierdzi – zaśmiał się ponuro. – Naturalną konsekwencją wątpliwości byłoby odseparowanie dzieciaka i przydzielenie mu osobistej obstawy, a z tym już sobie nie poradzimy w warunkach polowych. Dragan, przez wzgląd na swoje zadanie w zamku, nie może się za bardzo wychylać, więc musiałby chociażby w minimalnym stopniu zaangażować się w poszukiwania, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Ma na karku nie tylko czujnego Dumbledore’a, ale i mocno podejrzliwego Ponurakeusa, lubiącego wciskać swój przerośnięty nochal tam, gdzie nie powinien. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności oraz możliwe komplikacje, tajną akcję oceniam na zbyt ryzykowną. Potrzebujemy spokojniejszego, mniej czujnego okresu.

– Brzmi logicznie… – wymamrotał były więzień, przyciskając usta do brzegu czarki.

Odpowiedział mu śmiech towarzysza – niepokojąco suchy i szyderczy. Kolekcjoner śmiał się w sposób, który przyprawiał Syriusza o gęsią skórkę. Rozpoznawał ten rodzaj śmiechu…ostrzegawczy, maniakalny, trącący nutą ledwo skrywanego szaleństwa…Sam jeszcze siedząc w dusznych ścianach Azkabanu śmiał się w podobny sposób, gdy nareszcie rozumiał, że przyjdzie mu zgnić w tych wilgotnych murach. Śmiał się sam do siebie, kiedy dotarło do niego, że nie może liczyć na wybawienie. Śmiał się z własnej, złudnej nadziei.

– Kogo próbujesz oszukać, Black? – demoniczne oczy wejrzały wprost w duszę czarodzieja – Mnie, czy samego siebie? To jasne, że dla ciebie nic z tego co powiedziałem, nie brzmi logicznie! Raven powiedział mi, że ostatnimi czasy zdrowo ci odjebało. Musisz być sfrustrowany, przerażony i skołowany, dlatego przywlokłem tyłek do tej zakurzonej dziury! Jesteś niestabilnym emocjonalnie świrem i nie musisz tego przede mną ukrywać, skarbie! Bardzo dobrze wiem, w jaki sposób myślą niestabilne świry – śmiech Luthera znacząco przybrał na sile, stając się łagodniejszym i głębszym.

Syriusz początkowo jedynie się uśmiechnął, jednak już po chwili dołączył do wybuchu swojego gościa. No tak…ktoś taki jak Kolekcjoner musiał rozumieć go znacznie lepiej, niż ktokolwiek inny. Dobrych kilka minut siedzieli obok siebie, trzymając w dłoniach czarki i śmiali się w najlepsze – ze zgoła innych powodów.

– Jesteś taki zabawny, Black! Wydaje ci się, że poznałeś smak czystego koszmaru, ohydną gorycz nieokiełznanej nienawiści, najdrobniejsze stale żalu oraz każdy zakamarek szaleństwa, co? Ciesz się, pchlarzu! Dzisiaj udowodnię ci, że gówno wiesz o tym, czym jest prawdziwa utrata zdrowych zmysłów.

Śmiech Luthera urwał się nieoczekiwanie, zastąpiony lodowatym, odległym tonem głosu. Czarodziej przez kilka upiornych sekund nie był w stanie przełknąć alkoholu, ani przełamać się, by spojrzeć na rozmówcę. Od Kolekcjonera było coś…niewytłumaczalnie przerażającego i bezlitośnie wręcz szczerego. Coś, z czym nie chciał się mierzyć…ani teraz, ani kiedykolwiek.

– O co ci do cholery chodzi? – wydukał, odkładając czarkę.

– Zobaczysz, słoneczko – wymruczał czarnowłosy. – Oj, zobaczysz. Otworzę te twoje kaprawe ślepia na zupełnie inne, głębsze oblicze czystego koszmaru. Jest wiele spraw, o których nie masz bladego pojęcia – uśmiechnął się blado.

– Jakich spraw? – czarodziej obawiał się odpowiedzi na to pytanie, ale nie mógł powstrzymać się, przed jego zadaniem.

– Chociażby takich.

Kolekcjoner dopił kolejną porcję szkockiej, po czym rzucił czarkę na ziemię. Czas było na dobre rozpocząć przedstawienie, którego nie planował odegrać, aż tak szybko, jednak zważając na stan psychiczny Blacka, nie miał wyjścia. Na oczach zdębiałego byłego więźnia, zaczął zmieniać swój wygląd. Pokazał mu twarz, którą Syriusz znał pod imieniem Kai oraz swoje prawdziwe oblicze, później jak w kalejdoskopie zmieniając wygląd na ten, odpowiedni dla każdego z jego dziesiątek wcieleń. Szarooki przypatrywał się temu zjawisku z niemym, paraliżującym szokiem. Czuł wyraźnie napływającą falę furii, której nie był w stanie okiełznać. Przeczuwał, że w Draganie było coś znajomego! Nigdy jednak nie spodziewałby się, że przez cały ten czas…za każdym jednym razem….miał do czynienia z jedną i tą samą osobą. Jak dobrym aktorem musiała być ta cholerna kreatura?!

– Metamorfomag… – wycharczał bardziej do siebie, niż towarzysza.

– Jak na to wpadłeś, Sherlocku? – zakpił Luther.

– Ty popierdolony sukinsynu! – Syriusz zerwał się na równe nogi – Przez cały ten czas ty…ty ROBIŁEŚ ZE MNIE KRETYNA?!!

Black rzucił się na Kolekcjonera, mając gdzieś swój oczywisty brak szans w tym starciu. Zaślepiony wściekłością, całkowicie stracił umiejętność oceniania sytuacji trzeźwym okiem. Po raz kolejny dał się oszukać…omamić i wciągnąć w jakąś chorą gierkę! Ufał mu…ufał Kaiowi…a ten bydlak…zdradził go…Zdradził!!! Ufał mu…jak niegdyś Peterowi. Zrobiło mu się niedobrze na myśl o tych wszystkich wieczorach, które spędził z Lordem Crown, wylewając z siebie najskrytsze smutki. Nieoczekiwanie wróciło do niego wspomnienie ostatniego poranka, który spędzili razem po całej nocy picia:

Poranne słońce swym ostrym, bezlitosnym blaskiem przedarło się przez kremowe zasłony, przysłaniające okno. Palące promienie bezbłędnie odszukały jego powieki, więc nieświadomie nakrył oczy ręką, nie chcąc jeszcze wstawać. Głowa bolała go niemiłosiernie, a w ustach czuł przejmującą, nieświeżą suchość. Szczebiot ptaków, kryjących się pośród koron pobliskich drzew, wydawał mu się znacznie głośniejszy niż kiedykolwiek – radosny świergot wwiercał się w jego ociężały mózg z siłą młota pneumatycznego. Niezgrabnie przewrócił się na bok, przytulając policzek do zimnej, twardej powierzchni. Chwila…czemu leżał na podłodze? Niechętnie otworzył oczy, co kosztowało go zdecydowanie zbyt wiele energii. Obok siebie zobaczył Kaia, wpatrującego się w sufit z agonalnym wyrazem twarzy. Lord dość zabawie wyglądał w wymiętej, rozpiętej koszuli i z rozwiązanym krawatem, ledwie trzymającym się na jego szerokim karku. Leżał na wznak, oddychając ociężale. Black uśmiechnął się pod nosem. No tak. Kai wrócił wczoraj wieczorem z wyjazdu, więc postanowili po raz kolejny przegadać całą noc, przy szklance czegoś mocniejszego. O czym tak właściwie rozmawiali? Nieprzyjemna myśl przemknęła przez jego głowę. Azkaban… Lord przypadkowo zauważył blizny, które starał się ukryć przed całym światem i nie odpuścił, dopóki nie dowiedział się dokładnie w jaki sposób powstały. Czarodziej siedział więc, zagłuszając ból wspomnień alkoholem i snuł opowieść o ponad dekadzie cierpień, tortur i upokorzeń, jakie znosił każdego jednego dnia. Mówił o wszystkim otwarcie, czując, że milczący kompan w jakiś niewytłumaczalny sposób doskonale wiedział, czym był ten niemal zwierzęcy strach i niesłabnące poczucie bezradności. Rozmawiając o tak traumatycznych wspomnieniach z Kaiem odnosił wrażenie, że dzieli się stłumionym żalem z przyjacielem, przed którym niczego nie powinien się wstydzić. Blondyn przez większość czasu nie przerywał potoku słów szarookiego, dostrzegając w jego historii cienie własnej przeszłości. Makabryczne detale najróżniejszych tortur nie robiły na nim najmniejszego wrażenia…on sam był tym, który zadawanie wymyślnych cierpień podniósł do rangi istnej sztuki.

– Wreszcie wstała nasza księżniczka – blondyn zaśmiał się kpiąco, niezamierzenie odrywając myśli szarookiego od trudnej przeszłości.

– Która godzina? – wymamrotał Syriusz, przymykając powieki.

– Mnie pytasz? Ja nawet nie wiem, jaki dziś mamy dzień. Weź oddychaj ciszej – jęknął Lord, zatykając uszy dłońmi. – Wykończysz mnie tym charczeniem.

Czarodziej mimowolnie uśmiechnął się, nie mając sił na nic więcej. Ile butelek szkockiej osuszyli, nie miał pojęcia. Zrobiło mu się słabo na samą myśl o alkoholu. Od bardzo, bardzo dawna się tak nie upił…

– Też czujesz się jak gówno? – uchylił lewe oko, żeby widzieć reakcję towarzysza.

– Przymknij się, Black. Masz strasznie irytujący głos.

Syriusz chciał odpyskować, ale skrzypnięcie drzwi prawie przyprawiło go o zawał. Metalowe zawiasy wydały z siebie piskliwy, okrutny dźwięk, który przyrównać było można do bicia dzwonów, jeśli chodziło o głośność. Obydwaj jęknęli przeciągle, starając się jakkolwiek złagodzić straszliwy hałas. Wyraźnie słyszeli odgłos delikatnych kroków, wolnym rytmem przedzierających się przez sypialnię pana Blacka. Przesycone zastanym zapachem alkoholu powietrze, zmąciła delikatna, kwiatowa nuta – obydwaj bezbłędnie rozpoznawali ten aromat i spodziewali się, co za chwilę może się stać. Szarpnięte gwałtownie zasłony rozchyliły się pozwalając, by palące słońce brutalnie uświadomiło im, że zostali podstępnie pokonani i chcą tego, czy nie, muszą wstać.

– Dzień dobry, zapijaczone mordki! – w pomieszczeniu rozległ się melodyjny, rozbawiony głos.

– Vallerin, diable! – Kai niezdarnie usiadł na podłodze, prostując odrętwiałe mięśnie ramion – Nie masz krzty litości dla cierpiących?

– Też mi cierpienie – prychnęła uroczo. – Zwykły kac. Może byłabym milsza, gdybyście mnie zaprosili.

Szarooki idąc za przykładem towarzysza, również postarał się usiąść, wspierając obolałe plecy o ramę łóżka. Uśmiechnął się szeroko, widząc minę Lady. Płomiennowłosa starała się być poważna i wyglądać na urażoną, ale jej nadąsana minka była zbyt słodka, by brać ją na serio. Z przekąsem patrzyła wprost na brata, najwidoczniej domagając się przeprosin. Blondyn wyciągnął ku niej ręce, uśmiechając się zdawkowo. Black mieszał w rezydencji już na tyle długo, żeby czuć się w jej murach w miarę swobodnie, więc poświęcał znacznie więcej czasu na obserwowanie rodzeństwa. Fascynowało go zwłaszcza to, że nie potrzebowali słów, żeby się rozumieć – doskonale odczytywali uczucia, potrzeb oraz zamiary na podstawie prozaicznych gestów, ulotnych spojrzeń i zwyczajnych uśmiechów, czy też westchnień. Błękitnooka przewróciła figlarnie oczami, podchodząc do Lorda Crown. Wyciągnęła dłoń do brata, oferując mu tym samym pomoc w poderwaniu się na równe nogi, jednak szybko pojęła swój błąd. Zamiast łaskawie wstać, blondyn pociągnął ją na tyle niespodziewanie, że upadła na jego klatkę piersiową, co przyjął z zadowoleniem. Obejmując dziewczynę położył się na podłodze, układając ją na swoim torsie i opierając brodę na czubku jej głowy. Wydał z siebie niski pomruk satysfakcji.

– Nie chce mi się wstawać – uśmiechnął się, przymykając oczy.

– Dzisiaj środa – płomiennowłosa, leżąc dość wygodnie na jego piersi, zaplotła dłonie i wsparła na nich podbródek.

– Vallerin, radości ty moja! W dupie mam nawet to, który mamy rok. Chce mi się przytulać – wymruczał przymilnie. – Przytulaj albo dobij.

Położył dłoń na jej długich włosach, ostrożnie nawijając na palec ogniste pasmo. Rozbawiło ją jego dziecinne, niemalże niewinne zachowanie. Spodziewała się, że Dragan długo nie wytrzyma udając porządnego, poukładanego Kaia i nie przeszkadzało jej to, ponieważ Syriusz znacznie lepiej czuł się w jego towarzystwie, od kiedy zaczął zachowywać się w miarę normalnie. Swobodna, zaczepna i arogancka natura Luthera akurat w tej jednej kwestii potrafiła czynić istne cuda. Lady uśmiechnęła się szeroko. Skacowany Dragan zmieniał się z nieobliczalnego, bezwzględnego świra w najsłodszego faceta na ziemi. Był to widok tak rzadki i pocieszny, że postanowiła nacieszyć się nim jeszcze przez chwilę.

– Niech ci będzie, dzieciaku.

Zaśmiał się triumfalnie pod nosem, po czym podłożył prawą rękę pod głowę, obejmując swoją panią tylko lewym ramieniem, co w zupełności wystarczyło – była niedorzecznie drobną istotką, a skoro nie zamierzała uciekać, nie musiał się wysilać. Delikatnym ruchem podciągnął ją nieco wyżej, by mogła ułożyć się na jego barku. Komfort Vallerin nie był jedyną korzyścią, płynącą z tej zmiany – kiedy leżała w ten sposób, mógł łatwiej oprzeć policzek na jej włosach. Bliskość Lady Crown zawsze działała na niego kojąco, w tym momencie łagodząc ból, rozsadzający mu czaszkę. Niemalże przysypiał, wpasowując się w spokojny rytm jej miarowego oddechu. Zwisało mu to, że Black siedzi tuż obok i najprawdopodobniej się im przygląda. Chciał się przytulać i koniec! Nie miał pojęcia skąd mu się to brało, ale na kacu nie pogardziłby nawet przytulaniem Greengrass, czy innej Parkinson. Co tam irytujące małolaty! Z braku laku to i Gacoperza by przytulił. Kruczowłosy nie mylił się sądząc, że Syriusz ich obserwuje. Czarodziej patrząc na Vallerin niknącą w objęciach brata czuł się, jakby ktoś z całej siły kopnął go w brzuch. Wyglądali na szczęśliwych…on sam był przy nich szczęśliwy, a skoro tak było…jego przeklęte fatum niedługo się odezwie. Chciał tu być. Chciał zaznać spokoju, w gościnnych murach rezydencji, otoczony życzliwymi ludźmi oraz skrzatami. Chciał w końcu żyć normalnie, jednak czy kiedykolwiek będzie mu to dane? Gwałtownie odwrócił głowę i przygryzł wewnętrzną część policzka, przytłoczony coraz to bardziej ponurymi myślami. Nie widział dokładnie kiedy Lady wbiła palce między żebra domniemanego brata, zmuszając go do otwarcia oczu.

– Ej…żartowałem z tym dobijaniem… – wymruczał, uśmiechając się półgębkiem.

– Wstawaj!

– Jeszcze trochę – objął ją mocniej.

– Kai… – westchnęła pobłażliwie. – Jest Ś-R-O-D-A. Neapol, pamiętasz?

Mężczyzna poderwał się z podłogi, wciąż przyciskając do piersi Vallerin – była na tyle lekka, że nie odczuwał jej ciężaru. Ognistowłosa automatycznie oplotła ramiona wokół jego karku, pojąc się, że za chwilę ją upuści. Uwieszona w ten sposób na Draganie nie dosięgała do podłogi, co niezmiernie ją bawiło.

– Cholera, całkiem zapomniałem! Dzięki za pobudkę, mała – Luther ostrożnie opuścił przyjaciółkę na podłogę, wyzwalając ją tym samym ze swoich objęć. – Obrazisz się, jeśli nie zostanę na śniadanie?

– Nie, ale nie ręczę za Merion. Masz, powinno pomóc.

Lord spojrzał na niewielką, białą ampułkę, którą podała mu gospodyni i zaśmiał się krótko. Co by się nie działo, zawsze mógł liczyć na opiekuńczość swojej pani oraz to, że uratuje mu tyłek za każdym razem, gdy będzie tego potrzebował. Z zawadiackim uśmieszkiem rozchylił wargi, domagając się, by sama podała mu lek. Błękitnooka prychnęła pod nosem, przysłaniając śnieżną dłonią usta, żeby nie roześmiać się w głos. Dragan nigdy nie odmawiał sobie drobnej przyjemności drażnienia się z nią…nawet mając za plecami człowieka, kompletnie nieświadomego tego, kim naprawdę byli. Obserwowani z boku musieli sprawiać co najmniej…nietypowe wrażenie. Nie zwlekając dłużej zgrabnym ruchem położyła tabletkę na jego języku, przewracając oczami z rozbawieniem.

– Dzięki, śliczna! Dasz radę z tymi dwoma kretynami przez dwa dni?

– Ejj! – Black upomniał go wzburzonym, przeciągłym jęknięciem.

– Ethana nie ma, a Syriusz, w przeciwieństwie do ciebie, nie sprawia kłopotów.

– Gdzie znowu polazła ta upierdliwa maruda?

Kai podszedł do łóżka i sięgnął po przerzuconą przez oparcie marynarkę, którą ściągnął zaraz po wypiciu pierwszej butelki szkockiej. Swobodnym gestem zarzucił perfekcyjnie skrojony materiał przez lewy bark, powoli kierując się w stronę drzwi.

– Musiał wrócić do pracy – płomiennowłosa uśmiechnęła się nieznacznie. – Wczoraj przy obiedzie mówił, że nie będzie go przez kilka dni, ale ty oczywiście nie słuchałeś. Chyba powinnam rysować ci diagramy albo wywieszać grafiki.

– I po co te złośliwości, mała? – Luther uniósł kącik ust – Maruda ciągle mamrocze coś pod nosem. Skąd miałem wiedzieć, że tym razem dla odmiany, to było ważne? Mniejsza o to – lekceważąco wzruszył ramionami. – Lecę, bo się spóźnię i do końca dnia będę wysłuchiwał irytującego jęczenia. Na razie, piękna! – zatrzymał się przy Lady i przelotnie pocałował jej czoło – Dbaj o nią, Black!

Syriusz zdążył jedynie podnieść rękę, anim Kai zniknął za drzwiami. Czarodziej mało pewnie chwycił brzeg łóżka, pomagając sobie tym samym we wstaniu. Noc spędzona na podłodze nie należała do szczególnie komfortowych przeżyć, jednak był daleki od narzekania. Jeszcze do niedawna nieustannie towarzyszył mu ból zastanych mięśni oraz przykurczonych ścięgien – każdego dnia dziękował opatrzności za to, że była to już przeszłość. Swoją drogą zadziwiające, do czego człowiek był w stanie przywyknąć…

– Bardzo cię spił? – usłyszał zatroskany, dźwięczny głos.

Vallerin podeszła do niego, przyglądając mu się uważnie tymi przepięknymi, błękitnymi oczyma. Uśmiechnął się pokracznie, lekko zakłopotany. Średnio odpowiadało mu to, że widziała do w tak opłakanym stanie.

– Znośnie – wymamrotał niepewnie.

– Dasz radę zjeść z nami śniadanie, czy przynieść ci je tutaj?

Poczuł jak jego gardło ściska się nienaturalnie. Od dłuższego czasu spędzał większość dni z Lordami i nie miał okazji do posiedzenia z Vallerin sam na sam. Coraz lepiej rozumiał własne uczucia, a im stawały się jaśniejsze, tym bardziej zawstydzony czuł się w towarzystwie tej kobiety.

– Z przyjemnością zjem z wami, ale najpierw chciałbym się wykąpać. Śmierdzę jak…

– Gorzelnia! – zachichotała melodyjnie – Nie da się ukryć. Weź, proszę – podała mu taką samą tabletkę, jak wcześniej bratu. – To powinno pomóc złagodzić objawy kaca. Zaczekam na tarasie.

Szarooki otrząsnął się z niekomfortowej zadumy, w tej chwili pragnąć wyłącznie jednego – chciał z całych sił zacisnąć palce na gardle tej kłamliwej kreatury! Myślał wyłącznie o tym, by pozbawić tego wyrachowanego, zdradzieckiego skurwiela tchu! Chciał, żeby Kolekcjoner tu i teraz zapłacił za to, co mu zrobił…chciał, by odpowiedział za wskrzeszenie jego najmroczniejszych demonów! Ufał mu!!! Jak mógł zaufać komukolwiek po tym, co spotkało go przeszło 12 lat temu?! Dlaczego…dlaczego zawsze musiał obdarzyć zaufaniem niewłaściwych ludzi?! Co było z nim nie tak…Luther bezproblemowo zrzucił go z siebie, za pomocą jednego celnego kopnięcia w brzuch. Syriusz stoczył się na podłogę, po drodze przewracając stół, lecz nie miał najmniejszego zamiaru odpuścić! Przeciwnik obrzucił go deprymującym, kpiącym spojrzeniem, po czym nie fatygując się użyciem siły, magią wykręcił mu ręce do tyłu, zmuszając tym samym do padnięcia na kolana. Kruczowłosy zarzucił łokcie na oparcie kanapy z błędnym, nieobecnym półuśmieszkiem obserwując zaciętą, nierówną walkę człowieka z magią.

– Nie rzucaj się na mnie z pazurami, Fafiku – warknął, sięgając po papierosa. – To wyjątkowo niegrzeczne, nie uważasz?

– ZAKPIŁEŚ ZE MNIE!!! – były więzień szarpnął się gwałtownie.

– Wielka mi tragedia – kruczowłosy przewrócił oczami, spokojnie zaciągając się dymem. – Kto, jak kto ale akurat ty powinieneś być przyzwyczajony, do bycia manipulowanym. Ciągle wpadasz po uszy w to samo bagno, jak na idiotę przystało.

– ZABIJĘ CIĘ TY CHOLERNY, KŁAMLIWY DUPKU!!!

Turkusowooki podniósł się z kanapy, przykucnął przed uciekinierem i dmuchnął mu gęstym obłokiem dymu prosto w twarz. Lewą dłonią chwycił podbródek czarodzieja na tyle mocno, by wbić ostre zakończenia smolistej rękawicy w jego poszarzałą skórę. Nieznacznie szarpnął mężczyzną, zmuszając go do spojrzenia mu wprost w oczy. Zmrużył powieki dostrzegając w srebrzystej, przygaszonej szarości niebywale intrygującą rzecz – dziką rozpacz. Nie spodziewał się podobnego scenariusza, ale musiał przyznać, że było to miłym zaskoczeniem. Nigdy nie zakładał, że Syriusz mógłby poczuć się aż do tego stopnia zdradzony i dotknięty, biorąc pod uwagę krótki okres ich znajomości. Ten rozchwiany, zagubiony dzieciak musiał go szczerze polubić…

– Ty miałbyś zabić mnie? – uśmiechnął się z politowaniem – Nie rozśmieszaj mnie, Black. NIE JESTEŚ W STANIE ZABIĆ NAWET MOJEJ NUDY! – demoniczne oczy zalśniły lodowato – Nie nadużywaj mojej cierpliwości, kwiatuszku, bo nie mam jej zbyt wiele. Wykiwałem cię i nie mam najmniejszego zamiaru się tego wypierać. W dupie mam to, czy twój skretyniały móżdżek to pojmie, ale rusz tą pustą łepetyną i zastanów się choć przez chwilę, dlaczego to zrobiłem. To JA namówiłem Vallerin na uwolnienie cię z Azkabanu – jego głos niespodziewanie złagodniał. – To JA poprosiłem kobietę, która znaczy dla mnie więcej niż moja własna dusza, żeby przyjęła pod swój dach człowieka, oskarżonego o zdradę, spiskowanie i rozliczne mordy. To JA zostawiałem moją Lady sam na sam z tobą mając nadzieję, że nie pomyliłem się w ocenie. Ty nie ufałeś nam, więc skąd wziął ci się durny pomysł, że ja mogłem pozwolić sobie na pochopne zaufanie tobie? – uniósł brew w pytającym geście – Na dobrą sprawę początkowo zataiłem jedynie swoje imię oraz to co dokładnie łączy mnie z Vallerin. Ona chciała opowiedzieć ci o nas wszystko, uwierzysz? – zaśmiał się ciepło – Powoli przygotowywała się do tej ciężkiej rozmowy, wiedząc, jak trudne dla ciebie może okazać się poznanie brutalnej prawdy. Każdego dnia usiłowała małymi kroczkami zbliżyć się do ciebie na tyle, żebyś nas nie znienawidził za kłamstwo, w które cię wciągnęliśmy. Postanowiła okazać ci zaufanie, na które rzadko kto zasłużył, ale nie zdążyła, ponieważ dokonałeś wyboru za nas wszystkich i zwiałeś – głos Dragana powtórnie przybrał ostry ton. – Wystarczyło, żebym spuścił cię na chwilę z oka, a uciekłeś nocą, jak pierwszy lepszy gówniarz. Wciąż śmiesz mi się odgrażać, bezczelny, niewdzięczny pchlarzu?

Black milczał, szeroko rozpostartymi oczyma wpatrując się w wyzutą z emocji, niepokojąco statyczną twarz Kolekcjonera. Mimo, że jego mięśnie zastygły w kamiennym, nieodgadnionym wyrazie oczy mówiły wszystko – kiedy tylko wspomniał o Lady, przemykały przez nie ulotne cienie żalu oraz zmęczenia. Martwił się, to pewne. Syriusz w lot pojął, że dla Luthera płomiennowłosa musiała znaczyć o wiele więcej, niż otwarcie chciał pokazać. Bezduszna, zakłamana, nieobliczalna bestia, którą z całą pewnością był kruczowłosy, posiadała skrzętnie ukrytą, troskliwą stronę – ujawniającą się wyłącznie, gdy chodziło o Vallerin. Czarodziej opadł ciężko na podłogę, nie mając zamiaru dłużej mierzyć z przytłaczającą, nieugiętą potęgą Kolekcjonera. Nie miał na to ani sił, ani ochoty. Walczył z samym sobą, próbując uporać się z napływem niejasnych, chaotycznych uczuć, jakie wywołała przemowa kompana. Wszystko w środku paliło go niezrozumiałym, pozbawionym żalu ogniem. Chciał po prostu zrozumieć…

– Kim wy jesteście? – wymamrotał niemalże błagalnie.

– Zaczynasz zadawać właściwe pytania, ślicznotko.

Luther położył otwartą dłoń na karku Syriusza, szepcząc jedno z pradawnych, zapomnianych zaklęć, których znał tysiące. Ciało czarodzieja wygięło się nienaturalnie, szargane przypływem nieopisanego bólu. Latami znosił wymyślne tortury oraz upokorzenia, ale jeszcze nigdy nie spotkał się z równie dotkliwym, bezlitosnym cierpieniem. Czuł się jakby jego skóra, mięśnie, ścięgna, żyły. krew i wszystkie organy stanęły w rozszalałych płomieniach, zwęglających je w pył. Miał ochotę wrzeszczeć miotając się panicznie, jednak jego ciało nie reagowało na polecenia umysłu, zezwalając mu wyłącznie na całkowite poddanie się katuszom. Wydawało mu się, że te męki ciągną się godzinami, podczas gdy cały zabieg trwał niecałą minutę. Ból ustąpił równie nagle jak się pojawił, wyzwalając go z niebezpiecznego paraliżu. Z jego gardła wydobył się zwierzęcy krzyk, podobny do tego, który tak często słyszał w upiornych koszmarach. Wrzask nie spodobał się Lutherowi, który przerwał to żenujące przedstawienie, uderzając Syriusza otwartą dłonią w twarz.

– I czego się drzesz, Black? – roześmiał się – Istnieją dużo boleśniejsze sprawy, niż to niewinne szczypanie.

– Coś ty mi zrobił?! – były skazaniec, wyzwolony spod magii Kolekcjonera, usiał sztywno i przyłożył dłoń do pulsującego karku.

– Słynę z wielkoduszności, więc dałem ci wybór, kundlu – turkusowooki posłał czarodziejowi protekcjonalne spojrzenie. – Ujawniając ci swoją tożsamość niewiele zaryzykowałem, są jednak poważniejsze i pilniej strzeżone tajemnice. Tajemnice, których pochopne wyjawienie mogłoby wywołać chaos na który nikt z nas, nawet ja, nie jest gotów – wyszeptał melancholijnie. – Musisz zdecydować tu i teraz, czy chcesz do nas dołączyć, czy wolisz zostać w Chacie i ciągnąć wszystko po swojemu. Bez względu na odpowiedź pomogę ci, tak jak obiecałem, jednak jeśli zdecydujesz się zostać…nie dowiesz się ani o mnie, ani o Vallerin niczego więcej niż to, co już wiesz. Nie zobaczysz też jej w najbliższym czasie. Znamię które ci wypaliłem jest symbolem pewnego rodzaju przysięgi – wskazał na kark rozmówcy. – Wszystko co, ewentualnie, ode mnie usłyszysz, ma po wieki zostać tajemnicą. Jeśli złamiesz przysięgę wtajemniczając kogokolwiek w naszą sprawę, znamię natychmiastowo cię zabije i to w znacznie boleśniejszy sposób, niż możesz sobie wyobrazić. Jeszcze nie aktywowałem pieczęci, więc się nie stresuj i decyduj, Black.

– Chcę prawdy – mężczyzna odparł pewnie, bez chwili zastanowienia.

– Dureń z ciebie albo desperat, skarbie! – kruczowłosy zaśmiał się dźwięcznie – W sumie, wisi mi to. Skoro mamy układ, to czy możemy darować sobie tę śmieszną paradę nienawiści i usiąść jak ludzie? Kucanie mnie wkurwia.

Syriusz, zamiast odpowiedzieć, wstał i usiadł na kanapie. Przez tak wiele lat cierpiał, z powodu otaczających go kłamstw… Kłamstwa doprowadziły do tego, że stracił wszystko, na czym mu zależało. Nigdy więcej! Prawda była tym czego pragnął najbardziej – bez znaczenia jak bolesną i popapraną miałaby się okazać. Luther opadł na siedzisko obok niego i nie bawiąc się w powściągliwą elegancję, pił szkocką wprost z butelki, pogrążony w myślach. Spodziewał się, że ciężej pójdzie mu z Blackiem. Ten jego cholerny upór w dążeniu do poznania prawdy oraz bezkompromisowa chęć jej zakosztowania, nieco go zaskoczyły – a o to nie było wcale łatwo. Upierdliwy dzieciak po raz kolejny nieświadomie wymykał się spod władzy jego sznurków…niesforna marionetka nie chciała bezkrytycznie poddać się jego żelaznej woli, stając się niczym więcej, ponad posłuszną zabawkę – wypełniającą co do joty plany, jakie wobec niej miał. To cudaczne zjawisko fascynowało go i irytowało jednocześnie. W trakcie swojego długawego żywota spotkał ledwie garstkę takich osób i wszystkie obdarzał szczerą sympatią, na którą nie zdobywał się przesadnie często.

– Która z twoich twarzy to prawdziwy ty? – Black zdecydował się na nienachalne wyrwanie towarzysza, z objęć chwilowego marazmu.

– Oczywiście, że ta najprzystojniejsza – Kolekcjoner wrócił do swojego zwykłego oblicza.

– Dragan… – Syriuszowi ciężkawo przychodziło formułowanie składnych zdań – tak właśnie masz na imię?

– Zgadza się, skarbie. Nazywam się Dragan Luther, choć znacznie lepiej znają mnie pod pseudonimem Kolekcjoner – turkusowooki teatralnie pochylił skinął ku czarodziejowi. – Ethan, nasz istny cukiereczek, to mój starszy brat.

– A Vallerin?

– Nie jest moją siostrą, jak można się łatwo domyślić. Dokładnie jej tytuł brzmi Lady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix. Uprzedzając kolejne pytanie – zerknął na gospodarza. – Pamiętasz jak opowiadałem ci o mojej przeszłości? Tutaj wszystko cię zgadza…właśnie tak poznałem Vallerin. Mój dziadek, Lord Arien Phoenix, jest jej samozwańczym bratem, choć bliżej mu do wkurwiającego dinozaura. Vallerin uratowała mnie za dzieciaka i tak już zostało.

– Ja… – szarooki ukrył twarz w dłoniach – ja, już nic nie rozumiem.

– To lepiej sobie golnij, bo dopiero zaczynamy jazdę bez trzymanki – Luther podał butelkę towarzyszowi. – Zakładam, że nie słyszałeś o rodzie Phoenix, jak na wysoko urodzonego ignoranta przystało. Phoenixowie to mistyczny, starożytny klan istot, obdarzonych nieśmiertelnością oraz potęgą, przekraczającą granicę wszelkiego pojmowania. Jest ich piątka – Arien, Damon, Killian, Elias i Vallerin – wspólnie tworzą źródło siły, którą znasz jako magię – Dragan kontrolnie spojrzał na Syriusza, żeby sprawdzić, czy póki co nadążał.

– Wieki temu Mistyczni zaczęli oddziaływać na otaczający ich świat, niezamierzenie wtłaczając magię w rzeczy nieożywione, zwierzęta, rośliny oraz ludzi, dając tym samym początek czarodziejom. Phoenixowie przez stulecia cieszyli się poważaniem śmiertelnych i udzielali im nauk z zakresu okiełznania nowego żywiołu, dzięki czemu dorobili się osobliwego, niemalże boskiego kultu. Z boku wydają się rodem idealnym, jednak nim nie są i nigdy nie byli. Od samego początku Lordowie trzymali Vallerin z daleka od ludzi. Izolowali ją od świata częściowo w obawie o jej bezpieczeństwo, częściowo z powodu strachu, jaki wzbudza w nich jej szczególna moc. Moja ukochana pani narodziła się jako najpotężniejszy Phoenix, będący jednocześnie jednym z elementów źródła magii, jak i czystą antymagią – turkusowe oczy rozbłysły satysfakcją. – Vallerin jako jedyna jest w stanie niszczyć wszelkie przejawy magii, wchłaniać je, zniekształcać, blokować, odwracać i tak dalej, dlatego bez problemu mogła wejść do Azkabanu. Zwyczajnie czasowo zniszczyła część chroniącej więzienie bariery, robiąc w niej wygodny wyłom, który później zalepiła jednym ruchem palca. Vallerin na dobrą sprawę nie ogranicza nic! – miał ochotę się roześmiać, jednak nagła gorycz go powstrzymała – Nic, z wyjątkiem jej durnych, upartych braci. Ta dziewczyna szczerze ich kocha, chociaż to ostatni egoiści i zwykłe skamieniałe buce w wymyślnych wdziankach. Mniejsza z nimi! O braciach może opowie ci sama Vallerin, jeśli będzie miała na to ochotę. Jak na razie względnie łapiesz, o czym mówię?

Szarooki potaknął ostrożnie. Mało co prawda pojmował z tego wszystkiego, ale przekaz był wystarczająco jasny i jednoznaczny, żeby jako tako mógł ogarnąć sytuację. Płomiennowłosa od pierwszego spotkania wydawała mu się kim szczególnym…nadludzko wręcz pięknym, miłosiernym i niebywale potężnym. Teraz niejasne przeczucia zyskały ostateczne potwierdzenie – ta kobieta w istocie była zapomnianą boginią.

– To się trzymaj, bo zaczynamy jazdę po bandzie – Dragan roześmiał się nieprzyjemnie. – Vallerin bardzo dobrze zna Albusa Dumbledore’a – Black drgnął, słysząc imię dyrektora. – Skumali się dawno temu, kiedy Albus był jeszcze nieopierzonym w sztukach magicznych amatorem, bez pomysłu na rozwijanie swojego talentu. Vallerin zgodziła się po podszkolić i jakoś tak wyszło, że połączyła ich bliska przyjaźń, trwająca po dziś dzień. Albus ponad dwa lata temu zjawił się w progach rezydencji, żeby poprosić Vallerin o pomoc w ochranianiu Po Prostu Harry’ego, gdyby zaszła taka potrzeba. Staruszek bardzo martwił się o tego dzieciaka, więc zaprosił Lady do Hogwartu, by udając jego wnuczkę, Gallateę Dumbledore, mogła czuwać nad smarkaczem. Moja pani, tak jak wszyscy Phoenixowie, co 150-200 lat pozornie umiera, żeby natychmiast odrodzić się z popiołów pod postacią dziecka, o czym Dumbledore doskonale wie. Udało mu się wpasować w odpowiedni moment – kruczowłosy uśmiechnął się szeroko. – Tutaj muszę dodać, że od ładnych paru wieków relacje między Phoenixami, a czarodziejami praktycznie nie istnieją. Czarodzieje bardzo szybko stali się mocno roszczeniowi i butni, uważając samych siebie za prawdziwych panów magii. Nie muszę chyba mówić, że średnio spodobało się to Lordom, którzy podjęli decyzję o usunięciu się całego rodu w cień, z którego nieustannie obserwują i nadzorują rozwój magicznego świata. Lady, znacznie przyjaźniej nastawiona do czarodziei niż jej bracia, trzymała się bliżej nich, czego w końcu gorzko pożałowała – w jego głosie dało się wyczuć dławioną furię. – Nie będę wdawał się w szczegóły, jeśli pozwolisz, bo wątpię czy Vallerin życzyłaby sobie roztrząsania tej sprawy, ale w mocnym uproszeniu świat śmiertelnych okrutnie ją zranił. Nic więc dziwnego, że Lordowie zaczęli nieźle świrować, gdy dowiedzieli się o całym tym teatrzyku w Hogwarcie. Naturalnie chcieli powstrzymać siostrę, nawet siłą, ale dziadek przekonał ich, że to nie najlepszy plan. Wkurzanie Vallerin nigdy nie było najrozsądniejszą opcją, zwłaszcza, jeśli ma się zamiar uderzyć w jej przyjaciół, a sam wiesz, jak bardzo potrafi być uparta – wymienił z czarodziejem porozumiewawcze spojrzenie. – Zamiast narażać się na jej gniew, dziadek wolał już posłać po mnie. Przekazał mi opiekę nad Vallerin, dopóki nie zakończy swojego zadania w Hogwarcie, ugadując się w tej sprawie z Dumbledorem. Skamieliny i mój ukochany braciszek, delikatnie rzecz ujmując, nie przepadają za mną i to z wzajemnością. Oni mają mnie za tykającą bombę, ja ich za stado obrzydliwych, upierdliwych sztywniaków. Mniejsza o to, różnica pokoleń – lekceważąco machnął dłonią. – Ważne jest to, że wolałbym poświecić własne życie, niż pozwolić na to, by Vallerin w jakikolwiek sposób ucierpiała. Dawno temu przysiągłem, że będę jej tarczą i mieczem. Zrobię absolutnie wszystko co konieczne, żeby była bezpieczna i szczęśliwa, nawet jeśli będzie to oznaczało wypowiedzenie wojny całemu cholernemu światu – głos turkusowookiego zabrzmiał tak pewnie, że Syriusz nie mógł na niego nie spojrzeć. – Arien dobrze wie o moim bezgranicznym oddaniu Lady, podobnie jak reszta dinozaurów, więc zgodzili się nie wtrącać w sprawy szkoły, póki jestem u boku mojej pani. Dołączyłem do grona uczniów w charakterze przeniesionego ze Stanów dzieciaka, lecz szynko mnie to znudziło. Nie wiem czy zauważyłeś, ale mam mocno niespokojną naturę, przez co szybko się nudzę, a jak zaczyna mi się nudzić, to szukam rozrywek w swoim stylu – uśmiechnął się upiornie. – Obecnie, tuż po świętach, zrzucę ten wkurwiający mundurek uczniaka i zacznę pracę jako asystent Snape’a, aspirujący do przejęcia stołka nauczyciela eliksirów. W samej szkole tylko ścisłe grono wie, kim naprawdę jesteśmy – Dumbledore, Gacoperz, Mini McGonagall i ślicznotka Pomfrey. Tyle o nudnym mnie – niewinnie zatrzepotał rzęsami. – Wspominałem, że Albus fartownie trafił w odpowiedni moment, ponieważ Lady niedawno przeszła przez odrodzenie i wyglądała jeszcze jak dziewczynka, dzięki czemu mogła udawać gówniarę. Problem w tym, że Phoenixowie znacznie szybciej wracają do dorosłej postaci. Vallerin, żeby móc zostać w zamku nienaturalnie opóźniła ten proces, kumulując olbrzymią moc w ciele zbyt słabym, by to wytrzymać. Nadmiar potęgi zaczął powoli niszczyć jej ciałko, domagając się jak najszybszego uwolnienia. Aniołek kilka razy ratował tyłek twojemu niesfornemu szczeniaczkowi, przypłacając to coraz większym wyniszczeniem samej siebie. Punkt kulminacyjny tej niebezpiecznej ścieżki autodestrukcji osiągnęła pod koniec drugiego roku szkoły – jego głos stał się niemalże bezbarwny, zupełnie jakby chciał odciąć się od zbędnych emocji. – Wtedy ruszyła za Harrym do Komnaty Tajemnic i wykorzystując potencjał swej mocy, umożliwiła mu pokonanie bazyliszka, jednocześnie ratując porwaną przez bestię dziewczynkę od niechybnej śmierci. Robiąc to sprzeniewierzyła się prawom natury, którym podlegają nawet Mistyczni i ściągnęła na siebie klątwę, mającą przypomnieć jej o istnieniu nienaruszalnych granic naturalnego porządku rzeczy. Klątwa i moc Vallerin tłoczyły się w drobnym ciałku, wzajemnie się zwalczając, przez co niemalże całkowicie opadła z sił. Razem z Dumbledorem zdecydowaliśmy o odesłaniu jej do rezydencji, gdzie trafiła pod opiekę mojego dziadka, którego szczególnym talentem są sztuki uzdrowicielskie. Obecnie aniołek jest jeszcze w domu i przygotowuje się powoli do powrotu w mury zamku. Podczas jej nieobecności, to ja robię za niańkę Harry’ego. Jest jeszcze jedna sprawa, o której muszę ci powiedzieć. Albus nie ma bladego pojęcia, że to my cię uwolniliśmy, podobnie jak nie jest świadom tego, że to ja noszę miano Kolekcjonera. Pewne przemilczenia, jak sam rozumiesz, ułatwiają nam działania na bądź, co bądź mocno delikatnym gruncie. Kiedy wyjechaliśmy z rezydencji, wracaliśmy do szkoły. Vallerin chciała wybadać nastroje wśród czarodziei, wrócić do domu i powiedzieć ci o nas, ale jak już mówiłem, zdążyłeś zwiać. Teraz znasz już mniej więcej prawdę o tym kim jesteśmy i co robimy. Zadowolony?

Kiedy Dragan skończył mówić, Syriusz przypomniał sobie o trzymanej butelce, z której pociągnął kilka solidnych łyków. Zbyt wiele nowych informacji kołowało w jego głowie…potrzebował czasu, żeby to wszystko na spokojnie przemyśleć i jakoś sobie poukładać. Pomimo chaosu trawiącego jego umysł, jedna myśl pozostawała niezmienna – chciał jak najszybciej zobaczyć Vallerin. Świadomość tego, że błękitnooka opiekowała się Harrym, gdy on gnił w ciasnej celi, pokutując za swoją głupotę, spotęgowała wdzięczność, którą wobec niej odczuwał. Dobrotliwy, łagodny anioł otoczył swymi skrzydłami młodego Pottera, a teraz również dla niego znalazł pod nimi miejsce. Miał potworne wyrzuty sumienia. To on powinien być przy Harrym na dobre i na złe…to on powinien narażać się w obronie chłopca! Tego chcieliby James i Lily…Coraz więcej słów wypowiedzianych przez turkusowookiego zaczynało do niego docierać, wyłamując się z gonitwy myśli. Gwałtownie chwycił ramię Luthera mocno zaniepokojony jednym z nazwisk, które usłyszał.

– Snape? – zacisnął palce – Masz na myśli Severusa Snape’a?!

– We własnej, tłustowłosej osobie, a co? – Dragan wyszarpnął ramię z niechcianego uścisku.

– Dlaczego on?! – Black poderwał się – Przecież jemu nie można ufać!

– Siadaj i patrz mi na usta, skarbie. J-E-B-I-E M-N-I-E T-O – kruczowłosy wyartykułował dobitnie. – Skargi, wnioski i zażalenia proszę składać do Siwobrodego, bo to on zdecydował, kogo z grona wtajemniczyć. Prawdopodobnie Nietoper został poinformowany, ponieważ plan od początku zakładał przyjęcie Vallerin do Slytherinu, więc miło byłoby mieć zarządcę tego cyrku po swojej stronie.

– Czemu akurat Slytherin? – były więzień skrzywił się.

– Po Prostu Harry cieszy się sporym zainteresowaniem i blask fleszy nie oszczędza również jego najbliższych znajomych – Luther wzruszył ramionami. – Vallerin będąc razem z nimi w Gryffindorze za bardzo rzucałaby się w oczy, a to średnio pomocne, kiedy masz się kimś dyskretnie zajmować. Kręcę się w pobliżu Ponurakeusa od dłuższego czasu i póki co nie zauważyłem niczego niepokojącego. Wierz mi, że gdybym uznał go za zagrożenie, zniknąłby nagle w niewyjaśnionych, acz mocno podejrzanych okolicznościach.

Black uśmiechnął się głupkowato, kątem oka zerkając na Dragana. Dla niego Snape zawsze był oślizgłym, podejrzanym, małym ekscentrykiem, bawiącym się w czarną magię. Nigdy go nie lubił i nie miał zamiaru zmieniać zdania! Nie podobała mu się obecność tego szemranego dupka tak blisko Vallerin, ale mógł być pewien, że Luther nie żartował mówiąc o pozbyciu się go, gdyby sprawiał jakiekolwiek problemy. Turkusowooki w przeciwieństwie do niego, był wolny od brzemienia wspólnej przeszłości oraz oceniania na podstawie plotek i zwyczajnych pozorów, co dawało mu dużo bardziej przejrzysty ogląd na całą sytuację. Syriusz uśmiechnął się szerzej. Wątpił, by ktokolwiek mógł odwieść Kolekcjonera od wymierzenia kary jeśli uznałby ją za słuszną, co w dziwny sposób napawało go spokojem. Nie miał teraz czasu na rozmyślanie o tłustej gliździe pokroju Snape’a – pojawiło się pilniejsze i znacznie ważniejsze pytanie.

– Dragan… – zaczął cicho – dlaczego tak nagle zdecydowałeś, żeby o wszystkim mi powiedzieć?

– Kurwa, Black! – turkusowooki roześmiał się radośnie – Osłabiasz mnie, stary. Nawijam ci o starożytnych siłach, mistycznych klanach, nieśmiertelności, źródle magii, twoim ukochanym szczeniaczku, a ty co? Chcesz mnie zapytać tylko o powód tej paplaniny?

– Tak – czarodziej rzucił bez ogródek. – Skoro zgodziłem się na pakt z tobą, będę mógł wrócić do Vallerin, a sam powiedziałeś, że o wszystkim mi opowie, jeśli będzie miała ochotę.

– Jak ty mnie, psinko, czasami wkurzasz! Niech ci będzie, Fafik. Opowiedziałem ci o tym, ponieważ chcę, żebyś jeszcze dziś wrócił do rezydencji – władczy ton Luthera dał uciekinierowi do zrozumienia, że nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia. – Zaczynasz nam tu ostro opierdalać i cholera wie, co ci łazi po tym pustostanie, który nazywasz głową. Póki się nie uspokoisz i nie zaczniesz myśleć w miarę racjonalnie, jesteś kompletnie bezużyteczny. Pojęcia nie mam o co ci tak właściwie chodzi i gówno mnie to obchodzi, ale jeśli ktokolwiek ma pomóc ci wygrzebać się z tego bagienka, to właśnie Vallerin. Już nie takich popaprańców składała do kupy.

– Troszczysz się o mnie, kocie? – wymruczał rozbawiony czarodziej.

– Jak o nic innego na świecie, przystojniaczku – Dragan odpowiedział analogicznym tonem. – Dopij flaszkę i zbieraj dupę. Zorganizowałem małą wycieczkę.

– Jaką wycieczkę? – szarooki uśmiechnął się zadziornie – Popływamy gondolą w blasku księżyca?

– Na żarty ci się zebrało, ślicznotko? – prychnął turkusowooki – Gwarantuję, że pod koniec dnia przejście ci ochota na śmieszkowanie. Wyczaruję ci taką Opowieść Wigilijną, że się posrasz. Dziś dowiesz się, co dokładnie oznacza miano Kolekcjonera – Dragan zaśmiał się niepokojąco.

– Muszę? – były więzień kontynuował zaczepki.

– Nawet mnie nie wkurwiaj! Biegam, wyjazdy do romantycznej Francji organizuję, a tu zero szacunku dla moich wysiłków. Wstyd! – kruczowłosy zaśmiał się miękko, jednak jego śmiech urwał się nagle – Odpowiadając na twoje durne pytanie, tak musisz. W przeciwnym razie nie pozwolę ci wrócić do rezydencji. Zabieganie o powodzenie spraw z góry przegranych, jest cholernie upierdliwe i nigdy mnie nie bawiło.

Czarodziej przez chwilę siedział nieruchomo, uparcie analizując ostatnie zdanie, które usłyszał. Nie ważne jak by tego nie rozważał, nie miał pojęcia o co mogło chodzić Lutherowi, czemu jakoś wcale się nie dziwił – kruczowłosy nie po raz pierwszy mówił zagadkami. Powinien zasypać Dragana pytaniami, lecz nie czuł takiej potrzeby – to co usłyszał, w zupełności mu wystarczyło. Coś niepohamowanie ciągnęło go ku Lady Crown. Nie widział co to było ani dlaczego odczuwał to coraz mocniej, ale nie chciał z tym walczyć. Dzięki tej cudownej kobiecie po raz pierwszy od wielu lat – sięgających głębiej niż osadzenie w więzieniu – poczuł się w pełni bezpieczny i szczęśliwy. Westchnął ciężko. Przypomniał wybrakowaną zabawkę, której nikt nie chciał zatrzymać – najpierw odrzuciła go własna rodzina, później najbliżsi towarzysze, a w końcu cały świat. Nikt go nie chciał…nikt, poza Vallerin. Poderwał się z kanapy i niezdarnie otrzepał lekko przykurzone, wytarte spodnie.

– Skoro mus, to mus – uśmiechnął się szeroko. – Chodźmy!

– Łoo, łoo, ło, ło!!! Przyhamuj, cowboyu! Weź ty się ogarnij, żebyś wyglądał jak człowiek – turkusowooki zadziornie uniósł brew. – Myślisz, że do chlewu cię zapraszam? Tam gdzie idziemy, trzeba się jakoś prezentować, psinko! Łap i przebieraj tyłek.

Dragan rzucił ku zaskoczonemu mężczyźnie niewielki pakunek, który przytaszczył ze sobą. Od samego początku nie zamierzał dawać mu wyboru co do podróży, więc był na nią odpowiednio przygotowany. Zdezorientowany Black rozwinął szorstkie, jasnobrązowe płótno, odsłaniając najbardziej eleganckie i efektowne ubranie, jakie kiedykolwiek widział na żywo – szykowny, stylizowany na czasy wiktoriańskie, czarno-bordowy garnitur. Wyjątkowo przyjemny w dotyku materiał oraz wyrafinowane, subtelne zdobienia świadczyły o tym, że trzymał w dłoniach rezultat ciężkiej, mistrzowskiej pracy utalentowanego krawca. Zerknął przez ramię na swojego gościa, który raczył się resztkami szkockiej i fajkami.

– Dzięki – rzucił nieśmiało. – Mógłbyś pozwolić mi się przebrać w spokoju?

– Mam się odwrócić, czy co? Coś ty się taki wstydliwy porobił? – zaśmiał się Luther – Nie lubisz, jak ktoś patrzy?

Szarooki westchnął przeciągle, czując, że znalazł się na przegranej pozycji. Sam podłożył się durnowatym pytaniem, a czego innego mógł się spodziewać? Widywał już rozbawionego Dragana i wiedział, że był bezlitosny w swoich docinkach – zupełnie jak on sam, w szkolnych latach. Odłożył ostrożnie podarowany garnitur i zabrał się za rozpinanie za dużej, mało schludnej koszuli. Zamarł, słysząc za sobą cichy, przeciągnięty gwizd. Zaczynało się…

– Nie przeszkadzaj sobie, o śliczny! Mam tylko jedną, malutką prośbę. Mógłbyś rozbierać się troszeczkę wolniej? No wiesz…tak bardziej zmysłowo, skarbie – Kolekcjoner zamruczał prowokującym, niskim tonem.

Syriusz nie mógł znieść tego w milczeniu! Sam zaczął nazywając Luthera kotem, więc teraz powinien z godnością podnieść rzuconą rękawicę. Przy Draganie czuł się tak dobrze właśnie dlatego, że dzielili podobny rodzaj zaczepnego humoru, często balansującego niebezpiecznie na kruchej granicy wyczucia. W takich chwilach jak ta, turkusowooki przypominał mu Rogacza… Roześmiał się w głos, odwracając się twarzą ku kompanowi, który szczerzył się alarmująco szeroko.

– Nie sądziłem, że wolisz chłopców – zadziornie uniósł podbródek, zsuwając koszulę z ramion.

– Nawet jeśli wolę, to ty szans u mnie nie masz, pchlarzu. Może gdybyś ogolił w końcu japę i nabrał trochę mięśni… – urwał na moment – chociaż, w sumie nie jest z tobą tak całkiem tragicznie.

Luther podszedł do Blacka i zaczął krążyć wokół niego powolnym krokiem, figlarnie przygryzając dolną wargę. Jeśli prawidłowo ocenił charakter Syriusza – a wszystko wskazywało na to, że i owszem – właśnie nadarzyła mu się okazja do całkiem interesującej zabawy.

– Przystojna, arystokratyczna buźka. Niezła sylwetka, chociaż aktualnie nieco chuderlawa. Szeroka, ozdobiona zadziornymi tatuażami pierś. Atletyczne barki i niezgorsze ramiona, doskonałe do przytulanka. Mocny kark – zamruczał basem. – Coś by się zrobiło z włosami, przywróciło blask do tych przygaszonych ślepi i kto wie? – przysunął się na tyle blisko mężczyzny, by jego ciepły oddech wyraźnie omiótł jego szyję – Może któregoś wieczoru wyskoczymy na uroczą kolacyjkę, albo popływamy gondolą, skoro tak bardzo się tego domagasz, ślicznotko.

Black kompletnie zgłupiał, nie potrafiąc naprędce znaleźć odpowiedniej kontry. Sądził, że wdaje się z czarnowłosym w niewinną gierkę, jednak postawa Luthera kazała mu w to powątpiewać. Nie miał pojęcia, czy sobie żartował, mówił poważnie, czy jedno i drugie. Czuł się mocno niezręcznie, nie potrafiąc bezbłędnie rozczytać intencji towarzysza, więc stał jak ten słup. Otrząsnął się dopiero, gdy usłyszał szczery, rozluźniający śmiech.

– Ale masz minę, stary! Nie umiesz się bawić, wiesz? – Dragan zaśmiał się głośniej – Przyspiesz trochę ruchy, jeśli łaska, bo czas nas goni. Mam dzisiaj jeszcze sporo roboty.

Czarodziej uśmiechnął się pod nosem, rozpoznając w rozbawionym tonie Kolekcjonera tę samą nutę, którą zwykł posługiwać się Rogacz, kiedy się przekomarzali. Dość długo zajęło mu nauczenie się, jak w pełni wyczuwać kpiny Jamesa – był w nich równie dobry jak Luther, potrafiąc zasiać ziarno wątpliwości, czy to co robił lub mówił było tylko żartem, czy dawno już przerodziło się w prawdę. Później nie miał już podobnych problemów…zawsze wiedział co czuł i myślał jego najlepszy przyjaciel, nie musząc czekać na zbędne słowa. Odrywając usilnie myśli od utraconego brata, skupił się na żwawszym przebieraniu, ponaglany przez tupanie turkusowookiego oraz jego teatralne wzdychanie. Kiedy skończył odwrócił się ku niemu z szeroko rozpostartymi ramionami.

– I jak? – zapytał z uśmiechem.

– Sam wybierałem te ciuchy, więc nie powinieneś mieć wątpliwości, że wyglądasz w nich wprost bajecznie, kundlu. Kolacja i gondola aktualne, jakby co, ale przyjemności później. Gotów?

                         Stali ramię w ramię na rozległym, zacienionym dziedzińcu neogotyckiego, imponującego zamczyska. Wzniesiona z ciemnego kamienia twierdza, wtapiała się w litą skałę tuż nad stromym, nadbrzeżnym urwiskiem, od wieków nosząc zaszczytne miano głównej siedziby rodu Luther. Dni jej największej chwały minęły bezpowrotnie…obecnie wykorzystywał ją tylko Dragan. Turkusowooki objął panowanie nad Indrahill, czyniąc z twierdzy miejsce niedostępne dla wzroku niepowołanych – szczelnie osnute całunem tajemnicy, oddzielającej zamek zarówno od mugoli, jak i czarodziei. Do Indrahill wstęp mieli jedynie ci, których osobiście zaprosił do złożenia wizyty w tych ponurych, zimnych murach. Mroczny, niepowtarzalny klimat zamku wręcz krzyczał, do kogo należał. Black zaczął czuć się mocno nieswojo, gdy idąc za gospodarzem energicznie kroczył równymi ścieżkami dziedzińca. Plac wybrukowany był kamieniami, które swoim kształtem przypominały niezdarnie wyciosane, karykaturalnie niesymetryczne ludzkie czaszki. Przestrzenie między nimi porastała bujna, szmaragdowa trawa kontrastująca w przejmujący sposób z lodowatą szarością kamienia. Zapatrzył się na osobliwą fontannę, wyznaczającą środek placu. Przedstawiała okrytą płaszczem kobietę – stojącą na tle skały – która w swych dłoniach trzymała dłoń leżącego u jej stóp szkieletu, tonącego w misternie rzeźbionych kwiatach czarnych róż. Na ramieniu zagadkowej niewiasty siedział kruk z rozpostartymi, mocnymi skrzydłami – wykonany tak szczegółowo, że nie sposób było pozbyć się wrażenia, jakoby za chwilę miał poderwać się do majestatycznego lotu. Syriusz nie miał czasu na dokładniejsze przyjrzenie się rzeźbie, ponieważ Kolekcjoner nie zwolnił chociażby na chwilę szybkiego, pewnego marszu. Szarooki uśmiechnął się niepewnie. Dragan doskonale pasował do tego dziwnego miejsca, z tym swoim upiornym strojem oraz maską, która powtórnie przysłoniła jego twarz. Wyglądał jak jakiś król, powracający na swoje włości w sobie tylko znanym celu. Luther poprowadził gościa przez strzelisty portal – otaczający główne wejście – przyozdobiony symbolem krwawego kruka. Czarodziej zaraz po przekroczeniu progu zwolnił nieświadomie, przytłoczony tym, co go otaczało. Ta posiadłość zdecydowanie należała do niechlubnego grona najbardziej przerażających i makabrycznych miejsc, jakie kiedykolwiek przyszło mu oglądać. Kiepskie oświetlenie – pomimo dość wczesnej pory – powodowało, że wysokie, krzyżowe sklepienie tonęło w półmroku. Ciemność przez swą niezmąconą bezkresność sprawiała wrażenie, jakby skrywała w sobie coś nadnaturalnie złowróżbnego, gotowego spaść na głowę niczego nie spodziewającego się przechodnia. Wnętrza, mimo swej przestronności, nie mogły pochwalić się zbyt wieloma ozdobnikami, zachowując surowy, enigmatyczny urok miejsca nieosiągalnego dla wzroku byle śmiertelnika. Monotonię niemalże czarnych, kamiennych ścian co jakiś czas przerywały oprawione w subtelne, złote ramy obrazy uwieczniające potworne wizje wojen, tortur oraz absolutnego zniszczenia. Zewsząd spoglądały na nich twarze, po kres czasu zastygłe w wyrazie agonalnego bólu – krzyczące z tęsknoty za śmiercią, która miała ukrócić ich doczesne cierpienia. Między niepokojącymi malowidłami tańczyły karmazynowe proporce z godłem Lutherów, bezustannie targane zimnym wiatrem, wdzierającym się przez gotyckie, wspaniale wykonane okna. Uważne oko obserwatora dosłownie wszędzie mogło doszukać się dyskretnych motywów ludzkich czaszek oraz kości w najrozmaitszych wydaniach – najczęściej nawiązujących do motywu danse macabre. Z każdą kolejną sekundą początkowa pewność siebie Syriusza topniała, dławiona przez zatrważającą aurę zamczyska. Nie był pewien, co tak właściwie robił w tym miejscu, a ciekawość co do pobudek Kolekcjonera gasła drastycznie, wraz z każdym kolejnym oddechem. Resztki zdrowego rozsądku paliły go potrzebą natychmiastowej ucieczki z zamku, póki jeszcze miał ku temu okazję…póki ostatecznie nie przekroczył mistycznej granicy szaleństwa, którym spowite były upiorne wnętrza. Zamyślony nie zauważył, kiedy Dragan zatrzymał się bez ostrzeżenia i nie zdążył wyhamować, więc padł wprost w jego otulone ciężkim płaszczem plecy.

– Wiem, że na mnie lecisz, skarbie, ale opanuj się! – roześmiał się kruczowłosy – Nie przy Ravenie, bo będzie zazdrosny.

– Zazdrość to ostatnia rzecz, jaka przyszłaby mi do głowy – warknął niebieskooki.

Czarodziej dopiero teraz zdał sobie sprawę z obecności Ravena, który stał tuż przed Kolekcjonerem. Jego jasne, chłodne tęczówki karcąco wbijały się w czarną skórę maski Luthera, jednak gospodarz zdawał sobie nic nie robić z niezadowolenia podwładnego, kompletnie je ignorując. Black badawczo przyjrzał się strojowi swego strażnika, łudząco podobnemu do tego, który sam nosił. Na dobrą sprawę obydwa garnitury różniły się jedynie zestawieniem kolorów – Raven zamiast bordowej koszuli nosił ciemnozieloną. Na jego piersi Syriusz dostrzegł złoty łańcuszek, niknący w niewielkiej kieszeni dopasowanej kamizelki – zapewne nosił w niej zegarek. Sam nie wiedział, czemu tak wielką uwagę przywiązał akurat do tego właśnie szczegółu, ale prawdopodobnie stało się tak dlatego, że ten detal wydał mu się niezmiernie elegancki i w jakiś sposób urzekająco staromodny. Nawiązujący swą estetyką do czasów wyrafinowanych, stonowanych angielskich gentlemanów.

– Przyniosłeś? – z zamyślenia wyrwał go cichy głos Luthera.

– Zgodnie z zamówieniem.

Raven podał turkusowookiemu osobliwą ozdobę – maskę harlequina o kredowej twarzy oraz ciemnym obrysie oczu i ust. Dragan przez chwilę przyglądał się masce, krytycznie oceniając jakość jej wykonania, po czym niemalże automatycznie podał ją Syriuszowi.

– Zakładaj – polecił sucho, nie trudząc się na wyjaśnienia.

Uczucie dyskomfortu wzmogło się w czarodzieju do niebezpiecznych wręcz rozmiarów. Niemalże czuł, jak wzrasta w nim panika, jednak pomimo tego posłusznie przyjął maskę z rąk Kolekcjonera wiedząc, że w tej kwestii pozbawiony był luksusu wyboru. Uśmiechnął się słabo, widząc, że zdobienia na masce idealnie pasowały do detali podarowanego garnituru. No tak… Dragan z całą pewnością musiał to wszystko zaplanować, a on bez mrugnięcia okiem dał się wciągnąć w jego gierkę, robiąc dokładnie to, czego kruczowłosy się po nim spodziewał. Lekko rozgoryczony założył maskę, niezdanie zapinając mosiężne klamry. Zadziwiająco łatwo było w tym oddychać.

– Wiedziałem, że będzie ci w niej do twarzy, pchlarzu! Ravi, zaprowadź naszą księżniczkę do salonu i wyjaśni mu zasady zabawy. Kretyni tam gdzie zwykle?

– A gdzie indziej mogłaby pójść ta banda chlorów? – niebieskooki przewrócił oczami – Pospiesz się, zanim nam cały barek osuszą.

Po raz pierwszy Black zobaczył uśmiech Ravena…mężczyzna uśmiechał się w sposób zupełnie niepasujący do jego szorstkiej powierzchowności – czarująco chłopięcy, nadający jego pozbawionej wyrazu twarzy młodzieńczego, niemalże niewinnego uroku. Nagle strażnik wydał mu się znacznie młodszy i jakiś taki…bardziej ludzki. Nie dane było mu przyglądać się temu zjawisku dłużej, ponieważ Raven spoważniał sekundę po tym, gdy Dragan wyminął go, udając się na spotkanie z pozostałymi uczestnikami obrad. Syriusz jeszcze przez moment śledził Kolekcjonera wzrokiem, zafascynowany tym, co widział. Król na swym zamku…tylko tak byłby w stanie to opisać. Chwilę zadumy przerwało mu energiczne klepnięcie w ramię.

– Za mną – były Łowca zasłonił twarz maską, niemalże identyczną jak ta, którą otrzymał czarodziej.

Syriusz ruszył za swym przewodnikiem, uśmiechając się pod nosem. Jeżeli w swoim stroju prezentował się chociażby w połowie ta dobrze jak Raven, powinien poważnie pomyśleć o zmianie stylu na stałe. Trzymając się kurczowo strażnika, szedł posłusznie przez labirynt wąskich, zaciemnionych korytarzy. Szybkie tempo marszu Ravena nie pozwalało mu na dokładniejsze podziwianie mijanych wnętrz, a zwalniać nie miał zamiaru ponieważ był pewien, że chociażby chwila zwłoki poskutkuje nieuchronnym zgubieniem się w imponująco zagmatwanej architekturze zamczyska. Po dość długim spacerze w końcu zatrzymali się przed irracjonalnie wielkimi, podwójnymi wrotami, odcinającymi się od wszechobecnej ciemności kuszącą barwą czystego złota. Potężne drzwi wyglądały na zbyt ciężkie i toporne, by ich otworzenie było możliwe dla jednej osoby, lecz niebieskooki nie miał z tym najmniejszego problemu. Wrota zwyczajnie ustąpiły pod naporem jego delikatnego dotyku, jakby rozpoznając znajomą aurę mile widzianego mieszkańca. Przed nimi swe piękno odsłoniło niespodziewane jasne pomieszczenie, wypełnione miękkim, ciepłym blaskiem. Pierwszym, co Syriusz zobaczył był okazały, czarny kominek nad którym wisiało godło Lutherów – krwawy kruk w locie, otoczony karmazynową wstęgą z wygrawerowaną łacińską sentencją. Transire suum pectus mundoque potiri. Czarodziej przed dłuższą chwilę wpatrywał się w motto, starając się złożyć je w składne zdanie. W młodości na polecenie matki uczono go łaciny, jednak szczerze mówiąc niewiele pamiętał z tych lekcji.

– Wznieść się ponad granicę ludzkich możliwości i przewodzić światu – usłyszał cichy, łagodny głos Ravena.

– Co?

– To znaczenie tego napisu i motto rodowe Lutherów. Właź. Niedługo przyjdą.

Niebieskooki popchnął lekko czarodzieja, chcąc bardziej, żeby usunął się z jego drogi, niż rozgościł się w obszernym saloniku. Blackowi nie spieszyło się zbytnio z podziwianiem pomieszczenie, które wydało mu się miejscem dziwacznie zagadkowym. Wszystkie okna przysłaniały grube, czarne kotary, a jedynym źródłem światła był mocny ogień kominka, subtelnie wsparty wątłym blaskiem świec, zatkniętych w miedziane świeczniki. Chybotliwe języki ognia tliły się nad blatem stołu, ustawionego w samym centrum saloniku. Nie był to jednak pierwszy lepszy stół, jakich wiele…okrągły hebanowy blat wspierał się na diabolicznym zbiorowisku splecionych w wiecznym uścisku kości ramion oraz dłoni. Ich smukłe, pożółkłe palce wyginały się nienaturalnie, by dać solidne oparcie kawałowi masywnego, błyszczącego drewna. Stół otaczało pięć wyjątkowych, oryginalnych foteli. Cztery z nich wykonano z hebanu, którego elegancką fakturę przyozdabiały symbole czerech całkowicie różnych, ozłoconych masek, wkomponowanych w oparcia. Ostatni fotel był znacznie większy i bardziej okazały niż pozostałe, więc musiał należeć do Kolekcjonera. Upiorny mebel przypominał makabryczny tron, którego ramę tworzyły kunsztownie odwzorowane, bogate w najdrobniejsze szczegóły czaszki. Diaboliczną biel kości bezlitośnie przecinała czerń atłasu, którym wyłożono siedzisko. Tuż za mefistofelicznym tronem ustawiono dwa dodatkowe krzesła – dość solidne i ozdobione rycinami harlequinów – które z całą pewnością nie należały do standardowego wyposażenia saloniku, ponieważ czegoś im brakowało. Nie miały w sobie dziwnego rodzaju unikatowego ducha, który bez wątpienia żył w pozostałej części umeblowania. Raven, mając dość ociągania się Blacka, chwycił go za ramię i pociągnął ku dwóm krzesłom, wskazując, że ma zająć to ustawione po lewej, a sam opadł na drugie. Wstał jeszcze tylko na chwilę by poprawić, widocznie niezadowalające, ustawienie siedmiu kielichów, wykonanych z misternie wykutych rycerskich rękawic, oplecionych wokół gładkich czarek. Wszystko w tym zamku najwidoczniej było piękne i szalenie niepokojące zarazem.

– Skoro mamy chwilę, pora na kilka zasad – Raven przemówił sucho. – Będzie ich pięciu, jak nie trudno się domyślić i wszyscy będą nosić maski. Maski nosi się na początku oficjalnych spotkań z Kolekcjonerem, na znak szacunku wobec niego oraz obyczajów, panujących w Indrahill. Zdjąć maskę możesz tylko i wyłącznie, kiedy Kolekcjoner wyda takie polecenie. Każdy z nich posługuje się pseudonimem i nie wolno ci zwracać się do nich po imieniu, nawet jeśli zostaną poproszeni o przedstawienie się. Używanie prawdziwych imion jest przywilejem, zarezerwowanym wyłącznie dla tej piątki oraz kilku najbliższych współpracowników i radzę ci o tym pamiętać, bo obrażenie ich jest ostatnią rzeczą, jakiej byś chciał. Kolekcjoner zawsze przemawia jako pierwszy, rozpoczynając właściwą część obrad. Nie odzywaj się nieproszony, a jeśli zostaniesz o coś zapytany, odpowiadaj zwięźle i ściśle na temat. Ostatnia zasada jest kluczowa, więc skup się. Wszystko…absolutnie wszystko co tutaj usłyszysz i zobaczysz nie ma prawa opuścić murów indrahill. Karą za złamanie tej zasady jest śmierć, a dziś przekonasz się, że Kolekcjoner jest istnym wirtuozem niesienia cierpień. Wszystko jasne?

Syriusz zdobył się na niezręczne, mało wiarygodne potaknięcie. Ton Ravena skutecznie zdusił w nim chęć zadawania jakichkolwiek pytań, których o dziwo miał całkiem sporo. Intensywnie rozmyślał kim mogli być ci cali ONI i dlaczego Dragan życzył sobie, by ich poznał. Do tej pory nieszczególnie uświadamiał sobie, że ten pokręcony cudak mógł być jakąś ważną osobistością, czy coś podobnego. Dla niego turkusowooki był raczej mocno stukniętym skubańcem, ale w gruncie rzeczy dobrym facetem, z którym bardzo łatwo się rozmawiało. Zaskoczyły go te wszystkie zasady, zwyczaje oraz śmiertelna powaga, z jaką Raven mówił o tym wszystkim. Przestawał rozumieć, w co znowu u licha się wpakował… Wzdrygnął się, słysząc tęskną, melancholijną melodię, wybijaną przez ścienny zegar, wysadzany krwawymi rubinami. Fantazyjne wskazówki zatrzymały się na godzinie 16, a nim zegar skończył swą urzekającą pieśń, ciężkie wrota otworzyły się z ogłuszającym hukiem. Do saloniku jako pierwszy wkroczył Dragan, odziany w strój Kolekcjonera zupełnie inny od tego, w którym zazwyczaj chodził. Obecne odzienie miało jeszcze mroczniejszy wydźwięk, dzięki metalowym wzmocnieniom oraz zaostrzonym krawędziom – przypominało istną zbroję, niedościgłej wręcz roboty dawnych mistrzów. Sama zbroja nie była jednak najupiorniejszym i najefektowniejszym elementem jego nowego stroju…znacznie mocniejsze wrażenie robiła maska. Jej elegancka gładkość ustąpiła miejsca nieregularnym fragmentom skór, pozszywanym grubą, srebrzystą nicią – co jaśniejsze strzępy zbrukane były rdzawymi plamami, których pochodzenia czarodziej nie chciał nawet próbować się domyślać. Przy każdym kroku Kolekcjonera powiewał jego długi, smolisty płaszcz ozdobiony kołnierzem z połyskujących, kruczych piór. Tuż za królem tych włości weszło kolejnych czterech mężczyzn, po dwóch z każdej strony. Mieli na sobie zbroje oraz płaszcze niemalże identyczne jak Luther, lecz nosili zupełnie inne maski – dokładnie takie, jak wyrzeźbiono na hebanowych fotelach. Black nabrał wręcz panicznej ochoty na ucieczkę…bezzwłoczne wyrwanie się z tego cholernego, przytłaczającego miejsca! Instynkt przetrwania, wyostrzony podczas wojny, nie pozwolił mu na popełnienie głupoty, podpowiadając, że z tego zamczyska nie było dla niego drogi ucieczki. Zacisnął mocno pięści, bezradnie wpatrując się w równy, naznaczony niezrozumiałą dominacją krok przybyszy. Poruszali się jak jacyś pieprzeni władcy świata, w identycznym, napawającym przerażeniem rytmie. Stukot ich okutych stalom butów rozbudzał w nim bez mała histerię…czuł się, jakby z każdym ich krokiem, zbliżała się jego własna śmierć. W tych facetach było coś…makabrycznie demonicznego i nieprzebłaganego. Upiorne wrażenie zelżało nieco, gdy zajęli swoje miejsca w zgodzie z noszonymi maskami. Raven, doskonale znając swoją rolę, wstał bezzwłocznie i napełnił kielichy alkoholem, którego zapachu szarooki nie rozpoznawał. Niebieskooki postawił na środku stoły naznaczony rozlicznymi grawerunkami, platynowy kociołek o dość standardowym rozmiarze. Dopiero, gdy były Łowca zakończył swoje zadania, Luther wstał i zdjął rękawicę z prawej dłoni, po czym sięgnął po srebrny sztylet, od wieków towarzyszący mu w rytuałach.

– Obsequium amicos, veritas odium parit – rzekł spokojnie, jednocześnie nacinając własną dłoń i pozwalając, by krew ściekła leniwym strumieniem do kociołka.

Pozostali czterej wstali, również bez prawych rękawic i ze sztyletami w dłoniach.

– Oberint, dum metuant – odpowiedzieli jednocześnie.

Tak jak wcześniej Kolekcjoner, teraz oni nacięli swoje dłonie, a krew zebrali w stojącym na blacie naczyniu. Chwilę później, bez użycia jakiegokolwiek zaklęcia, z kociołka buchnął migotliwy, srebrzysty obłok, układający się w mglisty cień wzlatującego kruka.

– Transire suum pectus mundowue potiri – zgodnym chórem wymówili motto Lutherów, trzymając się takiej samej tonacji, przypominającej ochrypłe mruczenie.

Po tych słowach spokojnie zasiedli na swoich miejscach, zupełnie jakby to wszystko było czymś zupełnie normalnym. Syriusz nie miał pojęcia, czego właśnie był świadkiem, więc spojrzał wymownie w stronę Ravena, który zignorował jego nazbyt oczywiste pytanie. To nie był najlepszy czas na dyskusję, a już zwłaszcza tego pokroju. Black nie naciskał, czując się, jakby wpadł wprost w fabułę książki fantasy, opowiadającej o straszliwych, tajnych bractwach parających się diabelskimi praktykami.

– Witajcie, moje popaprane bękarty! – Luther rozpoczął raźnym tonem – Skoro część oficjalną mamy za sobą, ściągajcie maski. Duszno tu jak cholera, a jeszcze będziemy się w nich dzisiaj męczyć.

Były więzień, zachęcony gestem Ravena, wykonał polecenie, w międzyczasie przyglądając się z zaciekawieniem obliczom tajemniczych osobistości, siedzących wokół stołu. Wszyscy czterej okazali się młodymi mężczyznami o dość nietypowym uroku, mocno zbliżonym do tego, którym emanował kruczowłosy. Po prawej od Luthera siedział bardzo wysoki facet o bursztynowych, znudzonych oczach i półdługich, miedziono-brązowych włosach, przytrzymywanych przez okulary przeciwsłoneczne, które wyciągnął z kieszeni płaszcza. Miał kamienny wyraz twarzy, z którego nie dało się wyczytać jakichkolwiek emocji. Koło niego niespokojnie kręcił się najmłodszy z całej czwórki dzieciak, o delikatnych rysach twarzy, oszpeconych głęboką blizną, ciągnącą się od jego lewej skroni aż po kącik ust. Wyglądało to jak karykaturalny, permanentny półuśmieszek. Do tego osobliwego mankamentu urody nijak nie pasowały duże, roześmiane, szmaragdowe oczy, częściowo przysłonięte przez niesforną blond grzywę. Dalsze miejsca zajmowali dwaj niemalże identycznie wyglądający bliźniacy, wzrostem oraz budową ciała dorównujący Draganowi. Obydwaj mieli niezwykłe włosy, wpadające w grafit, zdecydowanie krótsze po bokach niż na czubkach głów. Cierpieli na heterochromię, która o dziwo była jedyną fizyczną cechą, pozwalającą ich od siebie odróżnić. Pierwszy z nich miał lewe oko czarne, prawe zaś jasnoniebieskie, natomiast drugi odwrotnie – lewe oko porażało wpadającym w srebro błękitem, prawe tonęło w smolistej, głębokiej czerni.

– Bez masek dużo lepiej, ślicznotki wy moje – roześmiał się turkusowooki.

– Przymknij się, Dragan – brązowowłosy przewrócił oczami. – Ściągasz nas tu nagle, nie mówiąc po jaką cholerę. Myślisz, że nie mamy nic lepszego do roboty, niż przybieganie na każde twoje zawołanie? I co ważniejsze, kim u diabła jest ten pajac?! – wbił ostre spojrzenie w Syriusza.

– To mój pajac, dupku, i będę go ciągał, gdzie mi się podoba. Jeśli język cię świerzbi, trzeba było powiedzieć. Wyrwałbym ci go na samym początku i po problemie – Kolekcjoner warknął ostrzegawczo.

Atmosfera niespodziewanie zaczęła robić się mocno napięta, co podkreślały niespokojne zerknięcia pozostałej trójki. Blackowi również udzieliło się poddenerwowanie, przez które coraz ciężej było mu swobodnie oddychać. Przerażająca aura bijąca od całej piątki nie dawała mu spokoju, nieustannie podsycając sporadyczne ataki lekkiej paniki. Coś było z nimi mocno nie tak i nie chciał przebywać tu na tyle długo, by przekonać się co takiego. Myśli o ucieczce wciąż kołowały intensywnie w jego głowie, powstrzymywane przez nieugięte resztki rozsądku. Na dobrą sprawę nie miał bladego pojęcia, gdzie się znajduje – zamek nosił nazwę Indrahill i znajdował się we Francji, ale gdzie konkretnie, Melin jeden raczył wiedzieć. Jego coraz gorsze przeczucia prysnęły jak bańka mydlana, gdy usłyszał wybuch serdecznego, radosnego śmiechu. Mężczyźni, którzy jeszcze kilka sekund próbowali pozabijać się wzrokiem, wstali jednocześnie, przyjacielsko ściskając wyciągnięte prawice.

– Dobrze cię widzieć, skurwielu! – bursztynowooki uśmiechną się szeroko, odsłaniając rząd równych, perłowych zębów.

– Drag! – blondynek z oszpeconą twarzą poderwał się z miejsca i uwiesił się na ramieniu Kolekcjonera.

– Dłużej zwlekać się nie dało? – bliźniacy, nie ruszając się z foteli, roześmiali się zgodnie.

– A kto chciałby oglądać wasze parszywe mordy częściej, niż to konieczne – zakpił Dragan, najwidoczniej nie tracąc dobrego humoru. – Ten wystraszony to Syriusz Black III, nowy nabytek w rezydencji. Raczcie się ładnie przestawić, dzieciaczki.

– Akiva „Laran” Deckim – rzucił sucho brązowowłosy, zerkając przelotnie na czarodzieja.

– Lionel „Jarri” Lévi-Mérimée, ale mów mi Lio! – blondasek zawzięcie mocował się z Draganem, który usiłował odkleić go od swojego ramienia.

– Liam „Wodan” de Ligne – uśmiechnął się jeden z bliźniaków.

– Jean „Seth” de Ligne – rzekł drugi, racząc szarookiego identycznym jak brat uśmiechem.

Black, nie do końca wiedząc jak się zachować i mając na uwadze rady Ravena, jedynie uprzejmie kiwał głową, starając się zapamiętać pseudonimy. Poznanie imion oraz twarzy tych czterech wcale nie złagodziło uczucia przytłoczenia, a wręcz przeciwnie… Ich oczy…tak od siebie różne, zgodnie pałały czymś dzikim, groźnym i nieprzebłaganym…jakimś rodzajem niezrozumiałej dla niego żądzy, na którą nie miał najmniejszej ochoty patrzeć dłużej, niż było to konieczne. Przygnieciony spojrzeniami tych oczu opuścił głowę, nie czując się na siłach, by próbować się z nimi zmierzyć w bezpośrednim starciu.

– Syriusz Black III… – zamyślił się Jarri. – Ej, czekaj! Czy to nie ty jesteś tym poszukiwanym zbiegiem?

Szarooki nie spodziewał się takiego pytania. Co niby miał im powiedzieć? Że uciekł z Azkabanu z pomocą Dragana i Lady Crown? Od odpowiedzi ocalił go kruczowłosy.

– We własnej osobie – uśmiechnął się półgębkiem, nie roztrząsając tematu.

– Oho, ho! – Seth oparł łokieć na blacie stołu – Przytaszczyłeś ze sobą zbiega?

– Za co go skazali? – Laran pytająco uniósł brew, najwidoczniej zaintrygowany osobom nieoczekiwanego gościa.

– Ja wiem! – Lio żwawo podniósł rękę – Skazali go na dożywocie w Azkabanie za wielokrotne morderstwo. Sam jeden ponoć zabił ponad dwanaście osób – roześmiał się nieprzyjemnie.

– Całkiem nieźle. Jak na amatora, oczywiście – Wodan pokiwał głową z uznaniem.

– Ściągnąłeś pod dach Lady Crown jakiegoś pospolitego przestępcę? Całkiem cię już pokurwiło, Dragan?! – Akiva mocno wbił palce w ramię kruczowłosego – Jak śmiesz narażać Lady!

Demoniczne oczy Luthera rozbłysły metaliczną nutą. Deckim wiedząc, do czego to prowadzi, starał się zabrać rękę póki czas ale nie zdążył. Turkusowooki chwycił jego dłoń i bezlitośnie wygiął ją pod paskudnym kontem, łamiąc kości nadgarstka. Rozdrażniony zupełnie naturalnym krzykiem bólu towarzysza, wymierzył mu potężny cios w brzuch, zmuszając go do upadnięcia na kolana. Pochylił się nad mężczyzną i szarpnął za jego włosy, by ten spojrzał wprost na niego.

– Oskarżasz mnie o zaniedbanie kwestii bezpieczeństwa Vallerin? – przemówił upiornie wręcz spokojnie – Chyba zapomniałeś, gdzie jest twoje cholerne miejsce, chłopcze.

Kolekcjoner wymierzył kompanowi mocny policzek, nie trudząc się wstrzymywaniem ręki. Odgłos bezlitosnego uderzenia rozniósł się po cichym pomieszczeniu, skutecznie paraliżując wszystkich zebranych. Akiva odrzucony siłą ciosu turkusowookiego padł twarzą do dołu. Syriusz, wbity w oparcie fotela, zmusił się do przesunięcia wzrokiem po twarzach reszty gości, by sprawdzić, czy na nich zachowanie Luthera zrobiło równie piorunujące wrażenie. Pozornie zachowywali spokój, lecz obserwując ich nieco dłużej dało się zauważyć trud, z jakim przełykali oraz subtelne cienie niepewności, przemykające w ich oczach. Więc…nawet oni bali się Dragana? 

– Wybacz – szepnął Deckim, wypluwając nagromadzoną w ustach krew.

– Wstawaj i więcej mnie nie wkurwiaj – głos turkusowookiego zabrzmiał nienaturalnie wręcz ostrzegawczo.

Akiva, zgodnie z poleceniem, podniósł się z podłogi i usiadł na swoim miejscu, przybierając tę samą niewzruszoną pozę, jak na początku spotkania.

– Skoro grzeczności i durne uwagi mamy z głowy, możemy zaczynać. Lio! – Kolekcjoner spojrzał na kompana – Złaź ze mnie albo skręcę ci kark, karzełku!

Lévi-Mérimée śmiejąc się w głos puścił Luthera i uśmiechnął się niewinnie, opierając policzek na lewej dłoni. Zachowywał się zupełnie jakby całkowicie przegapił to, co wydarzyło się ledwie kilka minut temu, a ta anomalia mocno zaintrygowała Syriusza. Nie miał pojęcia, gdzie znajdowała się nienaruszalna granica cierpliwości Dragana, ani dlaczego u licha tych czterech zdawało się próbować z nią igrać. Czy to była jeszcze odwaga, czy już zwyczajna głupota?

– Grozisz, czy obiecujesz, bestio? – Jarri zalotnie zatrzepotał rzęsami, zbyt długimi i gęstymi, jak na faceta.

Turkusowooki szybkim ruchem chwycił siłę młokosa, po czym zacisnął na niej palce z siłą imadła, bez trudu unosząc dzieciaka wysoko ponad podłogę. Z szaleńczym uśmieszkiem wpatrywał się w coraz to bardziej poczerwieniałą i spanikowaną twarz blondyna, który zaczynał mimowolnie walczyć z uciążliwym brakiem powietrza. Demoniczne, zimne oczy zalśniły nazbyt oczywistą satysfakcją, gdy Kolekcjoner napawał się wzrastającym w szczeniaku strachem. Tego było już za wiele! Black po tym co widział…po tym co przeszedł…nie mógł w milczeniu przyglądać się okrucieństwu, którego źródła nie pojmował. Poderwał się z fotela, z zamiarem ruszenia na pomoc Jarriemu, jednak został brutalnie sprowadzony na ziemię. Raven bezceremonialnie pociągnął ramię nabuzowanego czarodzieja, wbijając go z powrotem w krzesło. Niebieskooki skrzywił się z niesmakiem uznając, że pan Black niewiele pojął z ich wcześniejszej rozmowy. Być może potraktował go za łagodnie i powinien być znacznie bardziej bezpośredni, skoro subtelności nie docierały.

– Kurwa, Dragan! Rozumiem czemu się na mnie wkurwiłeś, ale o cholerę ci teraz chodzi? Jesteśmy razem od kilkunastu minut, a tobie już odpierdala? Puść szczyla. Przecież wiesz, jak bardzo ten idiota lubi się z tobą drażnić.

Akia przemówił bez cienia strachu, swobodnie zaplatając dłonie na szerokim karku. Syriusz podejrzliwie zmrużył powieki, po raz kolejny gubiąc się w tej cudacznej sytuacji – jakim cudem brązowowłosy był w stanie poruszać dłonią, skoro Dragan z całą pewnością połamał mu kości? Co ważniejsze…dlaczego on również zachowywał się, jakby nic takiego się nie stało?! Co było z nimi do cholery nie tak?! Kruczowłosy zwolnił uścisk pozwalając, by Lio gruchnął o ziemię, przy okazji przewracając swój fotel. Młodziak usiadł na zimnym pakiecie i wyszczerzył się radośnie, rozmasowując obolałe gardło.

– Uroczo brutalny jak zawsze, co Drag? – wycharczał przez ściśnięty przełyk – Dzięki, Akki.

Blondyn bez uprzedzenia dostał mocnego kopniaka od Deckima, precyzyjnie wymierzonego wprost w delikatną szczękę. Pomimo bolesnego uderzenia nie miał zamiaru chociażby na chwilę przestać się chichotać jak opętany – nawet leżąc jak długi na podłodze i tamując krew, sączącą się z jego ust. Po prostu tak leżał…śmiejąc się w głos i patrząc w sufit.

– Prosiłem cię, żebyś tak mnie nie nazywał, Lionelu.

Teraz to czarodziej całkowicie już zgłupiał, tracąc resztki rozeznania w tym, co się tu odczyniało. Początkowo wierzył, że bierze udział w jakiegoś rodzaju spotkaniu starych przyjaciół, ale teraz…tłukli się wzajemnie, jakby to nic nie znaczyło. Nie sprawiali wrażenia przejętych bólem, lejącą się posoką ani oczywistymi obrażeniami, zupełnie jakby traktowali to niczym osobliwą rozrywkę. Co to u licha byli za ludzie?

– Mamo! – nieoczekiwanie Lio zwrócił się do byłego Łowcy – Oni mnie biją!

– To im oddaj – Raven uśmiechnął się delikatnie.

– Podziwiam cię, człowieku – do rozmowy wtrącił się Liam. – Jak dajesz radę codziennie wytrzymywać z naszym szalonym królem?

– Ravi, w przeciwieństwie do was, nie jest wkurwiający – zaśmiał się Luther. – Poza tym całkiem szybko biega.

Korzystając z chwili rozluźnienia, Raven lekko pochylił się w stronę Blacka, zamierzając nieco go uspokoić.

– Nie przejmuj się – szepnął bezbarwnie. – Ich spotkania zawsze tak wyglądają. Nie mam pojęcia czemu, ale lubią się okładać z byle powodu.

– Uwielbiam nasze schadzki, moje wy Ogary Wojny! – głos turkusowookiego, nie dał czarodziejowi szansy na odpowiedź – Stęskniłem się za wami, panowie! Zapewne zastanawiacie się, po co was tu wezwałem i spodziewacie się, co może oznaczać powtórne zjednoczenie starej ekipy. PANOWIE!!! Nasz czas nadszedł. Znów ruszymy siać chaos! – Kolekcjoner roześmiał się maniakalnie, unosząc rozpostarte ramiona ku górze.

Salonik wypełniła mieszanka entuzjastycznych okrzyków oraz radosnych wiwatów – zdumiewające połączenie, zważywszy na to, jak stoickim wydawało się to towarzystwo. Do fali okrzyków, ku konsternacji szarookiego, przyłączył się również Raven, najwidoczniej doskonale zaznajomiony z tymi dziwadłami. Skołowany do granic możliwości uciekinier przestał usilnie szukać jakiegokolwiek sensu w tym co widział i słyszał – to wszystko przypominało surrealistyczny sen. Zamierzał zaczekać jak rozwinie się sytuacja i nie narażać się pochopnie na wzięcie udziału w czymś, czego mógłby żałować do końca życia.

– Drag! – Lionel nareszcie wstał z podłogi i usiadł jak należało, przy okazji oblizując krew ściekającą z warg – W co się bawimy?

– Jak doskonale wiecie, dzieciaczki, pewna mało pojętna szuja nazwiskiem Palmer wlazła nam ostatnimi czasy z butami w interesy – ton gospodarza stał się szorstko rzeczowy. – Akiva od lat działa jako nasz agent przy tym starym kretynie, udając jego zaufanego ochroniarza o wcale nie podejrzanym nazwisku Jonathan Silver. Deckim, jak miewa się szanowny pan Palmer?

– Jakbyś nie wiedział – mężczyzna przewrócił oczami. – Panika, strach, niedowierzanie, rozpacz, histeria…jak każdy dureń. Niemiłosiernie wkurwia mnie swoim skomleniem! Moje małe dziewczynki. Moje ukochane córeczki. Jak to mogło się stać? Czy ten zamaskowany skurwiel nie ma sumienia? Przynieście mi jego głowę… – z pogardą naśladował głos swojego domniemanego pracodawcy. – Stary głupiec! Na marginesie dzięki wielkie, że kazałem mi przy nim siedzieć. Rozrywka najwyższych lotów! Jeszcze trochę, a utnę mu jęzor…

– Nie prosiłem cię o autobiografię, Akiva – Luther lekceważąc machnął dłonią. – Do rzeczy.

– Jak sobie życzysz, dupku. Palmer ostatnimi czasy rozpanoszył się w półświatku obu Ameryk, o czym większość z was mogła nie słyszeć. Staruszek uwierzył w plotkę o odejściu Kolekcjonera z biznesu, więc uznał za genialny pomysł przejęcie naszego rynku oraz podkupienie naszych ludzi. W poważaniu mając moje ostrzeżenia, rozkazał zlikwidować dwóch informatorów, którzy nie chcieli słyszeć o zdradzie. Dowiedziałem się o tym niestety już po fakcie. Nie mogłem zrobić nic, żeby uratować chłopaków, dlatego niezwłocznie przekazałem mało radosną nowinę Draganowi. Nasz wspaniały lider osobiście zajął się dobraniem kary adekwatnej do przewinienia i rozkazał jednostce likwidacyjnej uprowadzić obydwie córki Palmera, które następnie oskórowano. Z ich skór uszyto płaszcz, który sprezentowano zrozpaczonemu tatuśkowi. Swoją drogą, Jean – spojrzał z uznaniem na jednego z bliźniaków – ten płaszczyk to istny majstersztyk!

– Uważaj, bo się zarumienię – parsknął różnooki. – Skórowanie dwóch gówniar to jedno, ale uszycie z nich płaszcza…znacznie nudniejsza robota. Dobrze, że Dragan wspaniałomyślnie zatroszczył się, żeby za łatwo mi nie poszło i okropnie poharatał ich gładkie gardełka. Czego się nie wyczynia, ku chwale naszego króla? – de Ligne mrugnął z uśmiechem do Kolekcjonera, który odpowiedział mu analogicznym gestem.

– Przestańcie mi słodzić, bękarty! Skoro reszta mniej więcej zapoznała się z kontekstem, idźmy dalej. Występek Pana Palmera rozbudził moją ochotę na zabawę. Ufam, że waszą również! – zaśmiał się niejednoznacznie – Zebrałem was w Indrahill, bando barbarzyńców, żeby zaproponować wspólną grę jak za starych, dobrych czasów. Chcę urządzić Krwawe Święta – zarzucił nogę na nogę i oparł łokcie na kolanie, wspierając brodę na splecionych dłoniach. – Jedna noc całkowitej, niepowstrzymanej, bezlitosnej rzezi. Jedna noc podrzynania gardeł, wyrywania kończyn, wyłupywania oczu, miażdżenia czaszek. Jedna noc cięcia, siekania, rozpruwania, duszenia, strzelania i co tam jeszcze sobie wymyślicie. Wszystkie chwyty dozwolone! Chcę pierwszy dzień świąt spędzić siedząc na stosie poucinanych łbów, popijając rum. Co wy na to, dzieciaki?

Raven kątem oka zerknął na Blacka, żeby sprawdzić jak się trzymał. Uśmiechnął się pod nosem widząc jego pobladłą twarz i zbyt oczywiste próby powstrzymania wymiotów, podsycanych przez dreszcze rzucające jego ciałem. Nikt nie był w stanie lepiej zareagować na pierwsze zetknięcie z prawdziwą naturą Dragana Luthera w całej obłąkanej okazałości. Niebieskooki wrócił do obserwowania gości. W chwili obecnej nie miał ani możliwości, ani chęci, by uspokoić Syriusza. Jego szef wybrał drastyczną drogę uświadamiania czarodziejowi, że koszmar którego doświadczył był ledwie niewinną pieszczotą…

– Rzeź! Rzeź!! RZEŹ!!! – śmiał się radośnie Lio, uderzając rytmicznie dłońmi w blat stołu.

– Palmer jest jedynym celem? – Liam i Jean znów przemówili jednocześnie.

– Tutaj dopiero zaczyna się zabawa, klony – demoniczne oczy zalśniły ostro. – Tej nocy zginąć mają wszystkie opasłe rybska półświatka, które nam bluźniły. Palmer, Rivanov, Murasaka, de Luca, Gonzales, Gondrin…chcę głów ich wszystkich. Ich zasranych rodzinek, zaufanych ludzi, podwójnych agentów, informatorów, ulubionych kupców, dostawców i każdego, kto wejdzie nam w drogę. Wspólnie po raz kolejny rozpętamy wojnę w szemranych środowiskach świata magii i sprawimy, że po dekadach spokoju znów przed nami uklęknie – w spokojnym mruczącym głosie Dragana pojawiła się piekielnie niepokojąca nuta czystej nienawiści. – Zabawę zaczniemy punkt osiemnasta w Wigilię i zakończymy o szóstej rano. Przekonajmy się w końcu, moi ukochani bracia, który z nas jest zdolny dokonać największej masakry. Ramię w ramię przypomnijmy światu, czym jest terror krwawego kruka!!!

Luther przemawiał tak charyzmatycznie i płomiennie, że bez trudu zaszczepił w swoich towarzyszach chęć okrutnej rywalizacji. Makabryczną aurę spotkania potęgowała najczystsza radość wymalowana na ich twarzach. Przypominali wygłodniałe zwierzęta, którym po długim okresie posuchy obiecano obfity żer. Syriusz ciężko przełknął gorzką ślinę. To już nie były żarty…siedział przy jednym stole z grupą najprawdziwszych psychopatów.

– Zaklepuję Rivanova! – Lio energicznie pomachał ręką.

– Zaopiekujemy się Gonzalesem i Gondrinem – bracia de Ligne przybili piątkę.

– Nawet nie wiesz z jaką radością dostarczę ci głowę Palmera! Nareszcie zakończę tę wkurwiającą histerię starego durnia! Nic tylko te szlochy i pierdolenie o córeczkach… – Akiva roześmiał się kpiąco.

– Akki, a czy ty czasem nie romansowałeś zawzięcie z tą całą Collen Palmer? – Jarri uśmiechnął się zaczepnie.

– Nawet jeśli, to co z tego Lionelu? – bursztynowe oczy zalśniły gniewnie.

– No nie wiem…chyba nie ładnie tak mieć kompletnie w dupie śmierć ukochanej.

Laran przez chwilę wyglądał, jakby za chwilę miał udusić blond towarzysza, ale zamarł, słysząc śmiech Dragana. Kruczowłosy śmiał się w sposób łagodny i szczery – taki, który nawet oni słyszeli niebywale wręcz rzadko.

– Wybaczcie, wybaczcie – Kolekcjoner uniósł rękę. – Lio, poważnie podejrzewasz Akivę o to, że byłby w stanie kogokolwiek pokochać? Pff…hahahaha! W życiu nie słyszałem nic równie niedorzecznego.

– Nie obrażaj, palancie – nadąsał się Deckim. – Dobrze wiesz, że cała nasza piątka połączona jest miłością do tej samej kobiety. A to, że ta miłość nie ma nic wspólnego z miłością romantyczną…lepiej dla niej – wzruszył ramionami.

– Dobrze powiedziane, dzieciaku! Wracając do naszego pana Palmera. Tylko debil mógłby przypuszczać, że nie zemszczę się krwawo za zabicie naszych ludzi. Debile nie powinni się rozmnażać, więc oddałem przysługę światu, podrzynając gardełka jego córkom. Żałuję tylko, że nie ograniczyłem się do pojedynczych cięć, bo nie zamierzałem przysparzać ci dodatkowej roboty, Jean – Kolekcjoner zerknął na Setha, który gestem dłoni dał mu sygnał, że nic wielkiego się nie stało. – Mniejsza z tym. Złożę wizytę Murasace i de Luce.

– Chwila, Dragan! – brązowowłosy ożywił się nagle – Mam pomysł. Może pokręcimy troszkę atmosferę, skoro po latach mamy się w końcu zabawić? Zamiast łba Palmera, dostarczę ci go żywego i zajmę się ludźmi Murasaki na wybrzeżu, żeby było w miarę sprawiedliwie. Ten, który przyniesie do Indrahill najwięcej głów, wygra nie tylko tytuł, ale będzie mógł również wybrać, w jaki sposób zabawimy się z Palemerem. Filion zasługuje na specjalne podziękowanie za to co zrobił i danie nam powodu do spotkania. Co ty na to, królu? – Deckim powoli przesunął językiem po dolnej wardze.

– Akiva…jestem z ciebie dumny! – turkusowooki zaśmiał się szaleńczo – Zawsze potrafiłeś się bawić. Dzieciaki?

– Rzeź! Rzeź!! RZEŹ!!! – rozległo się wesołe skandowanie blondyna.

– Dostarczymy ci wystarczająco głów, żebyś mógł zbudować nowy tron – bliźniacy wymienili porozumiewawcze, podekscytowane spojrzenia.

– Wiedziałem, że mogę na was liczyć, bando popierdoleńców! Nie ma to jak stara gwardia. Toast, panowie! – Luther chwycił za swój kielich – Za powtórne spotkanie w tym szalonym gronie i udaną grę. Transire suum pectus mundoque potiri!

– Transire suum pectus mundoque potiri! – pozostała czwórka odpowiedziała zgodnie, unosząc jednocześnie swoje puchary.

Raven poszedł w ich ślady, dając Syriuszowi znać, że chciał tego czy nie musiał się przyłączyć. Czarodziej ledwo był w stanie utrzymać puchar nie mówiąc już o przełknięciu alkoholu, w którym rozpoznał rum. Nie chciał tu być. Nie chciał słyszeć tego wszystkiego. Nie chciał opijać czegoś tak niepojęcie okrutnego! Nadludzkim wysiłkiem zmusił się do upicia łyka ciemnego trunku. Wydawało mu się, że zna Dragana…że wie o nim cokolwiek. Rzeczywistość jednak zweryfikowała jego butną, naiwną pewność. Nie miał bladego pojęcia kim był ten turkusowooki świr…nie wiedział kompletnie co o im myśleć. Alkohol nie przyjął się wcale, wzmagając mdłości z którymi walczył od dłuższego czasu. Kruczowłosy zauważył nie najlepsze samopoczucie czarodzieja i uśmiechnął się półgębkiem. Dokładnie o wywołanie takiej reakcji mu chodziło. Spojrzał na jednego z bliźniaków.

– Jean, czy mógłbyś wyjść z panem Blackiem na taras? Nie chcę cię zanudzać powtarzaniem planu, który wcześniej przedyskutowaliśmy. Za chwilę do was dołączę – polecił wyzutym z emocji głosem.

– Jak sobie życzysz, Kolekcjonerze – uśmiechnął się mężczyzna, wstając ze swego miejsca.

Szczerze sam nie miał ochoty tracić kolejnych kilkunastu minut na wysłuchiwanie tego, o czym już doskonale wiedział. Zainteresował go nowy członek bandy i miał do niego kilka pytań, które wygodniej i bezpieczniej było zadać mu na osobności. Pewnym krokiem podszedł do czarodzieja, wbijając w niego różnobarwne tęczówki. Syriusz czując, że nie ma tu pola na dyskusję wstał i poszedł pokornie za de Ligne. Ich wyjście z saloniku nie wzbudziło nawet minimalnego zainteresowania pozostałych, którzy zajęci byli wesołymi rozmowami, dokuczaniem sobie i wymianą poglądów na temat najskuteczniejszego siania zniszczenia. Typowa dla nich konwersacja, pojawiająca się przy każdym spotkaniu. Black całkowicie poddał się prowadzeniu Jeana, mocno przytykając rozedrganą dłoń do ust. Nigdy nie spodziewałby się, że przyjdzie mu brać udział w czymś takim! Czy właśnie tak wyglądały zebrania Śmierciożerców ze swym panem? To co usłyszał…kompletnie zwaliło go z nóg. Jak chorym trzeba było być, żeby dopuszczać się podobnych okropieństw i co gorsza czerpać z tego przyjemność? Jak mógł chociażby przez chwilę polubić tego ekscentrycznego bydlaka?! Jak mógł porównywać go do Jamesa…To-to nie miało sensu! Dragan, którego poznał pod jakimkolwiek imieniem, nie był kimś takim…nie mógł być. Jak na brodę Merlina miałby się aż tak pomylić?! Roztrzęsiony nie mógł przestać myśleć o przerażającym spotkaniu i jego demonicznych uczestnikach. Luther może i okazał się sadystycznym, bezdusznym, okrutnym, nieobliczalnym skurwysynem ale żeby było więcej takich jak on? Jak to możliwe na wszystkie cholerne świętości?! Rozgorączkowane myśli zwolniły nieco, gdy owiało go chłodnawe powietrze ciągnące znad oceanu.

– Rozumiem pańskie zdenerwowanie, panie Black, ale zapewniam, że nie musi pan przejmować się aż tak bardzo. Żaden z nas nie jest nawet w połowie tak szalony jak Dragan, zapewniam pana.

Szarooki uniósł wzrok, słysząc przyjemny, głęboki głos swego tymczasowego towarzysza. Stał tuż obok niego przy kamiennej balustradzie, wpatrując się w bezkres oceanicznych wód, rozbijających swe wzbudzone fale o skalne urwisko. W tym monotonnym rytmie i przyjemnym szumie było coś magnetycznie kojącego. Na tyle uspokajającego, że czarodziej przez chwilę stracił całą swą czujność, zdobywając się na bezczelność.

– Wystarczy samo Black. Kim wy do cholery jesteście? – wymamrotał osuwając się na ziemię.

– Arogancja po tym co widziałeś? – Jean z rozbawieniem uniósł brew – Zaczynam rozumieć, dlaczego Dragan cię lubi. Zdaje się, że Kolekcjoner odpowiednio nas przedstawił. Jesteśmy jego starą gwardią, którą nazywa swymi Ogarami Wojny. Niezwykle rzadko zdarza się, byśmy zebrali się w komplecie, ponieważ Dragan wzywa nas tylko kiedy chce rozpętać piekło na ziemi. Każdy z nas doskonale wie, że jesteśmy najbardziej destrukcyjną bandą jaką kiedykolwiek gościł ten świat. Nie wiem ile wiesz o zajęciach Kolekcjonera ale zajmujemy się głównie podziemnym rynkiem magicznych artefaktów. Z uwagi na nasze…– urwał, szukając odpowiedniego słowa – skłonności, zazwyczaj trzymamy się od siebie tak daleko, jak tylko można. Wzajemnie rozbudzamy w sobie niepohamowane żądze niszczenia wszystkiego, co stanie nam na drodze, więc zgodziliśmy się działać na różnych kontynentach, żeby nieco ograniczyć nasze pragnienia. Akiva działa w obu Amerykach, Lio siedzi w Europie i okazjonalnie w Afryce, Liam zajmuje się interesami w Azji, a ja w Australii i Oceanii. Czy rozpoznajesz może do czego odwołują się nasze pseudonimy?

Syriusz zaskoczony spokojem i łagodnością rozmówcy mechanicznie pokiwał przecząco głową. Za bardzo zmęczyło go to co widział, by miał siłę wysilać się na poszukiwanie znaczeń imion, których na pierwszy rzut nie rozpoznawał.

– To imiona bogów wojny z różnych mitologii – mężczyzna kontynuował wyjaśnienia. – Laran to etruski bóg wojny. Imię Jarri pochodzi z wierzeń Luwijczyków, Wodan z mitologii germańskiej natomiast Seth z egipskiej. Wiesz, Dragan także ma swój przydomek odnoszący się do bóstw wojny. Zanim na dobre przylgnęło go niego miano Kolekcjonera, często nazywano go Arymanem na cześć istnego diabła z legend perskich. Muszę przyznać, że tamto imię pasowało do niego dużo lepiej niż obecne – de Ligne zaśmiał się ciepło.

– Anioł zagłady i jego Czterech Jeźdźców Apokalipsy – prychnął Black.

– Zdziwiłbyś się jak często to słyszymy, chociaż nikt jeszcze nie określił Dragana mianem anioła – miły śmiech przybrał na sile. – Wiesz dlaczego pozwalamy by nami rządził i wtrącał się w naszą robotę? – widząc przeczący gest czarodzieja, Jean uśmiechnął się szeroko – Dragan Luther to najbardziej przerażająca, nieprzebłagana, brutalna, psychopatyczna i zawzięta ze wszystkich bestii. Głupio się przyznać ale robimy w gacie za każdym razem, gdy nas do siebie wzywa. Żaden z nas nie może być pewny, że to wezwanie nie będzie ostatnim w jego życiu. Zapamiętaj panie Black – jego ton stał się surowy i nieco oschły. – Z tym skurwysynem nie ma żartów, kiedy się wkurwi. Jednak nie zgodziłem się z tobą wyjść, żeby rozprawiać na temat natury Kolekcjonera, bo na to nie starczyłoby nam życia. To prawda, że dołączyłeś do obsady rezydencji?

– Poniekąd – burknął Syriusz.

– Poznałeś Lady Crown?

Dziwny ton głosu kompana zwrócił uwagę szarookiego. Wybrzmiała w niej podobna nuta melancholijnego smutku jaką niedawno wychwycił w tonie Luthera. Różnobarwne oczy wciąż wpatrzone były w dal, jednak mógł w nich zauważyć subtelny cień czegoś co wyglądało jak…tęsknota? O co u licha tu chodziło?! Co takie monstra w ludzkiej skórze mogły mieć wspólnego z Vallerin?

– Owszem – zdecydował się na krótką i rzeczową odpowiedź.

– Wszystko u niej w porządku? Słyszałem plotkę, że niedawno zachorowała.

– Od jakiegoś czasu nie byłem w rezydencji. Na temat zdrowia Vallerin, wiem tylko tyle ile powiedział mi Drag…

Syriusz nie skończył myśli, bowiem przerwała mu bezlitosna dłoń zaciskająca mocno palce wokół jego szczęki. Z przerażeniem spojrzał w różnobarwne oczy gorejące ledwo powstrzymywanym gniewem. Ostro zakończone rękawice Setha coraz mocniej wbijały się w jego skórę, sprawiając wrażenie, że za chwilę zmiażdżą kości.

– Jean, puść go do cholery!

De Linge wycofał dłoń i wyprostował się słysząc donośny głos Dragana. Wystraszony Black spojrzał w stronę wejścia na taras. Kolekcjoner pojawił się w towarzystwie pozostałych swoich Ogarów oraz Ravena. W ledwie kilku krokach znalazł się tuż obok niego, mierząc wzrokiem Jeana, który pokornie opuścił głowę.

– Możesz mi wyjaśnić, co ci odjebało? – warknął kruczowłosy.

– Mówiąc o Lady posłużył się jej imieniem… – wymruczał mężczyzna.

– Ma do tego pełne prawo. Lady osobiście poprosiła go, by mówił do niej Vallerin. Relacje między mieszkańcami rezydencji nie są waszą cholerną sprawą, zrozumiano?

Suchy ton Luthera był wystarczająco jasnym przekazem dla jego czterech kumpli. Nikt nie zamierzał z nim polemizować, bowiem w Indrahill słowo Dragana Luthera było prawem.

– Macie wolne do dwudziestej, potem szykujcie się do roboty. Dzisiaj spadnie kilka głów, więc będziecie mieli okazję się rozgrzać przed Krwawymi Świętami. Wstawaj, pchlarzu. To nie koniec naszej dzisiejszej wycieczki.

Black wbrew swej woli podniósł się z kamiennej posadzki. Obecnie bał się sprzeciwiać Draganowi, choć przecież jeszcze nie tak dawno bez namysłu rzucił się na niego z pięściami i wdał w słowną przepychankę. Sam już nie widział co ma myśleć, poddając się tępej rezygnacji.

SŁOWNICZEK

Transire suum pectus mundoque potiri – wznieść się ponad granice ludzkich możliwości i przewodzić światu.

Obsequium amicos, veritas odium parit – ustępliwość przysparza przyjaciół, prawda nienawiść rodzi.

Oderint, dum metuant  niech nienawidzą, byleby się bali.

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 355
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!