Lwiczka – Rozdział 3 – Niespodziewane spotkanie

Rozdział 3.

Niespodziewane spotkanie

Stała wysoko na wieży, wyglądając przez otwór w murze, okalającym jej szczyt

i celując różdżką w kłębiące się na dole, złowrogie, ciemne postacie. Było ich dużo, bardzo dużo. Mimo panującej ciemności, dostrzegała je w niemal nieustających, różnokolorowych rozbłyskach zaklęć. Zimny wiatr chłostał ją po twarzy, trzymająca różdżkę dłoń drżała lekko. To zła pozycja, musi stąd natychmiast zejść, bo nawet jeżeli jej zaklęcia dosięgną walczących, może przy okazji zranić tych, których nie powinna.

– Nie atakujcie stąd! – zawołała. – Malcolm, słyszysz!? Nie stąd!

Ktoś, kto najwidoczniej stał za nią, chwycił ją za ramię. W jej kierunku, z zawrotną prędkością zbliżał się strumień zielonego światła.

– A niech to! – powiedział jakiś nieznany jej głos. W następnej chwili szorstkie ręce pochwyciły ją i ściągnęły w dół.

– A niech to! – powtórzył ten sam głos. – Może byś chociaż spróbowała to przeżyć, co?

– Przymknij się – warknęła. Zdumiała się nieuprzejmością własnych słów, jednak w tej chwili nieszczególnie się tym zmartwiła. Gdzie są Malcolm i Robert? Gdzie ich znowu poniosło? Pewnie już się znudzili. Z nimi tak zawsze. W najtrudniejszych momentach dochodzą do wniosku, że to głupie i zostawiają ją samą. I oni mają czelność twierdzić, że znają się na bitwach lepiej od niej.

Nagle uświadomiła sobie, że coś jest bardzo nie w porządku. Uklękła i rozejrzała się po otoczeniu. Za sobą wciąż czuła obecność mężczyzny, który właśnie ocalił ją przed tym zielonym światłem, jednak on zdawał się nie dostrzegać straszliwej prawdy. Wszystko wokół zrobione było z zapałek.

– O mój Boże! – zawołała Minerwa, owładnięta dzikim przerażeniem. Poczuła, że wieża się chwieje i, że cały zamek zaraz się rozsypie, że nie zdoła uciec, że nikt nie ma prawa ocaleć. Zerwała się i znów wychyliła za blankę. Nie dostrzegła nic, tylko ciemność. Rozległ się potężny trzask, jakby runęło jednocześnie ze sto drzew. To był koniec.

Gdy się obudziła, serce tłukło jej się w piersi jak oszalałe. Dawno nie miała tak realistycznego snu. Zapamiętała jednak tylko zakończenie, Hogwart z zapałek, któremu groziła katastrofa. Reszta rozpłynęła się w ciepłym świetle poranka, wlewającym się do dormitorium. Minerwa rozsunęła zasłony wokół łóżka i leżała przez chwile, zastanawiając się, która może być godzina. Sądząc po oświetleniu, nie powinno być później, niż po dziewiątej. Musi koniecznie sprawić sobie jakiś zegarek. Dostała od rodziców trochę pieniędzy, które wymieniła w Banku Gringotta na walutę obowiązującą w świecie czarodziejów. Teraz trochę tego żałowała, bo nie wiadomo, czy w którymś z czarodziejskich sklepów można kupić normalny zegarek. Trzeba będzie kogoś zapytać.

Wstała w końcu i spojrzała na masywny budzik, stojący na szafce Fannie Forks. Nie pomyliła się, było dziesięć po dziewiątej. Ucieszyła się, że nie przespała śniadania. Była wściekle głodna. Do zamku wróciła po trzeciej w nocy i już wtedy nie pogardziłaby czymś do jedzenia. Musiała jednak zaczekać do rana. Próba zakradnięcia się do kuchni byłaby zbyt ryzykowna. Zresztą trzeba by w ogóle mieć pojęcie, gdzie kuchnia się znajduje.

Szlaban z Profesorem Slughornem nie zmęczyłby jej wcale. Leśne powietrze postawiło ją na nogi w kilka minut, a wyszukiwanie roślin byłoby całkiem przyjemnym zajęciem, gdyby nie Slughorn, zadający setki pytań, głównie na temat jej matki.

– Miałem przyjemność poznać  Isobell – oświadczył w taki sposób, jakby uważał, że jeśli on kogoś nie zna, to nie jest to osoba warta poznania. – Przemiła i bardzo zdolna istota – ciągnął. – Bardzo zdolna. Szkoda, że… tak zniknęła.

Minerwa miała wrażenie, że chciał powiedzieć coś innego, lecz w ostatniej chwili ugryzł się w język. Odetchnęła z ulgą, kiedy się od niego uwolniła. Miała nadzieję, że nie będzie na niego skazana przez wszystkie soboty semestru.

Pierwszą rzeczą jaką usłyszała po wejściu do Wielkiej Sali, był wybijający się ponad  zwyczajowy gwar głos Delii.

– Nie, nie, daj mi to! Ja to zjem! Zjem wszystkie przypalone tosty! Uwielbiam przypalone tosty! Zawsze je zjadam! Wszyściutkie!

Minerwa skrzywiła się. Widać nikt tej panny nie wychował jak należy. A może w czarodziejskich rodzinach nie przywiązuje się wagi do dobrego wychowania? Kto wie, jakie tam panują porządki.

Dostrzeżenie Delii było dużo trudniejsze, niż jej usłyszenie. Prawdę mówiąc Minerwa w ogóle jej nie widziała. Po chwili zrozumiała dlaczego. Gdy podeszła do stołu, Delia się spod niego wynurzyła, trzymając w dłoni wysmarowaną dżemem łyżeczkę.

– Ooo! Księżniczka przyszła! – zawołała. – A myślałam, że nie wstanie.

– Nikt panienki nie nauczył zasad zachowania przy stole? – warknęła Minerwa, siadając obok Fannie, która usiłowała nie dusić się ze śmiechu.

– A panienki nikt nie nauczył, że nie ucieka się ze szkoły? – odparowała natychmiast Delia. Buzię też miała usmarowaną dżemem.

– Wystarczy już, Delio. Rzeczywiście robisz za dużo zamieszania – odezwała się Ermengarda.

– A ty znowu masz ten napis na swetrze. Jak profesor Dumbledore to zobaczy… – Delia zrobiła minę wyrażającą głęboką dezaprobatę, natomiast jej oczy przybrały zmartwiony wyraz. Kilka osób siedzących przy końcu stołu wybuchnęło śmiechem. Byli to głównie starsi uczniowie.

– Nie wierzę, że ona to potrafi zrobić po tygodniu – powiedział Theo Wilkins z szóstego roku. – Po prostu nie wierzę.

– Nie zobaczy, bo ma coś do załatwienia w Londynie i nie będzie go do obiadu – odparła spokojnie Ermengarda.

– To mu powiem. Jak tylko wróci, zaraz mu powiem. Zaczekam w Sali Wejściowej. Albo nie. Zrobię tam na ścianie taki wielki napis: “Ermengarda znowu chodzi w tym swetrze, w którym miała nie chodzić”. I wtedy zobaczy sobie, jak przyjdzie.

– Konkurujesz z Irytkiem? Powinniście się zaprzyjaźnić – odezwał się siedzący obok Ermengardy rudowłosy Jimmy.

– Żebyś tego w złą godzinę nie powiedział – odrzekła Ermengarda. Minerwa dyskretnie zerknęła na jej sweter i z trudem stłumiła okrzyk. “Jestem głupią krową i nic się na to nie poradzi”, głosiły złote litery. Ermengarda naprawdę jest dziwna. Żeby napisać sobie na swetrze coś takiego?

– A ja profesorowi powiem, powiem, powiem! – zaśpiewała Delia. – Ooo! Jeszcze jeden przypalony tost! Trzeba go zjeść, żeby się na talerzu księżniczki przypadkiem nie znalazł.

– Będzie cię brzuch bolał – powiedziała nieśmiało Fannie.

– Eee tam, mnie nie będzie. Ale księżniczka mogłaby się rozchorować.

Minerwa nie miała pojęcia kiedy i dlaczego właściwie została księżniczką, jednak irytowało ją to niezmiernie.

– Jeszcze raz nazwiesz mnie księżniczką, a zaczaruję ci nos tak, że będzie rósł za każdym razem, gdy wypowiesz… to słowo na k – powiedziała Głośno. Nie znała takiego zaklęcia, ale była pewna, że będzie umiała to zrobić, jeśli tylko się postara.

– Księżniczka! Księżniczka! Księżniczka! – ryknęła Delia.

Minerwa błyskawicznie wyciągnęła różdżkę i nie myśląc wcale o tym, że znowu łamie szkolny regulamin, wycelowała w nos Delii.

– Księżniczka! – zawołała Delia, dając nura pod stół. Było jednak za późno. Maleńka, niebieska iskierka ugodziła ją prosto w nos.

– Co tu się dzieje! – rozległ się donośny głos. Do ich stołu podeszła profesor Merrythought, wicedyrektorka i nauczycielka obrony przed czarną magią.

Delia wydała z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk i wgramoliła się z powrotem na krzesło. Zamiast nosa miała miniaturową trąbę słonia, czego w przeciwieństwie do reszty Gryfonów, najwyraźniej jeszcze nie zauważyła. Kilkanaście osób wybuchnęło śmiechem, nie zważając na obecność nauczycielki. Minerwa uświadomiła sobie, że wciąż trzyma uniesioną różdżkę. Schowała ją do kieszeni, ze strasznym przeczuciem, że to mógł być ostatni raz, kiedy jej użyła. Tym razem na pewno wyrzucą ją ze szkoły. Dlaczego znowu zrobiła coś tak głupiego? Przecież obiecała, że nie złamie więcej żadnych zasad i była pewna, że uda jej się tej obietnicy dotrzymać. Głupia, głupia, głupia!

– A niech to, dobra jest – powiedział cicho Jimmy, mając przy tym taki wyraz twarzy, jakby oglądał jakiś ciekawy mecz.

– Panno McGonagall! – zawołała profesor Merrythought. – Jak pani śmie umieszczać na swetrze prefekta własnego domu tak ordynarne napisy!? Nie dość ma pani kłopotów!?

Minerwa spodziewała się wszystkiego, ale nie tego. Widać w Hogwarcie posiadanie trąby zamiast nosa nie rzuca się w oczy tak bardzo, jak niewłaściwe napisy na ubraniach.

Ermengarda wstała, jak zwykle bardzo powoli. Minerwa mogłaby przysiąc, że dziewczyna zerknęła na nią i lekko pokręciła głową, więc postanowiła się narazie nie odzywać.

– Pani profesor, to nie ona zrobiła – powiedziała Ermengarda. Spojrzenia  wszystkich siedzących przy stole Gryfonów utkwione były w niej, a konkretnie w jej swetrze. Dwie trzecioklasistki stłumiły okrzyk. Widocznie wcześniej nie wiedziały, co jest na nim napisane.

– To ja mam taki sweter z napisem. Miałam w nim już nie chodzić, ale jakoś tak dzisiaj rano się zamyśliłam i zapomniałam.

Profesor Merrythought sapnęła z oburzeniem.

– Usiłuje mi pani wmówić, że posiada pani sweter z takim napisem!? – zagrzmiała.

– No tak. Kiedyś się trochę zezłościłam, jak mnie niektórzy ciągle obgadywali i taki sobie zrobiłam, żeby im dopiec, że wiem, co gadają.

Jimmy energicznie podniósł się z krzesła. W tym samym momencie Delia zaczęła badać dłońmi swoją trąbę. Jej oczy zrobiły się okrągłe, trudno było  powiedzieć, czy ze zdumienia, czy z przestrachu.

– Pani profesor – powiedział Jimmy, uprzejmym, lecz zdecydowanym tonem. – Zaraz tu dojdzie do jakiegoś straszliwego nieporozumienia. Ermengarda owszem, ma sweter z napisem, ale innym. Ktoś go rzeczywiście musiał zmienić, ale nawet tego nie zauważyliśmy. Nikt się nie przyglądał. Dopiero jak pani profesor zwróciła uwagę.

Kilka siedzących najbliżej osób skinęło głowami. Do stołu podszedł również profesor Aschenwald, nauczyciel zaklęć. Był to dość wysoki mężczyzna, szczupły, trzymający się nienagannie prosto, wręcz sztywno, z jasnymi, rudawymi włosami, ostrzyżonymi krótko i niebieskimi oczami, które jednak, jak zauważyła Minerwa, miały zupełnie inny odcień niż oczy Dumbledore’a. Były ciemniejsze, bardziej chmurne. Skórę natomiast miał prawie tak jasną, jak Delia. Nie nosił brody, jedynie pokaźne wąsy, nie różniące się kolorem od włosów.

– Co się stało, pani profesor? – zapytał ostro, spoglądając kolejno na Ermengardę, Minerwę i Jimmy’ego.

– Właśnie próbuję zrozumieć. To jakiś absurd.

– Ktoś zmienił napis na swetrze Ermengardy, panie profesorze i wyglądało to tak, jakby to zrobiła ta mała – tu wskazał na Minerwę, która choć była starszemu koledze niezmiernie wdzięczna, nie była zbyt zadowolona z tego, że nazywa się ją małą.

– Ale ona tego nie zrobiła. Nikt z nas tego nie zrobił. To musiał być jakiś paskudny, ślizgoński…

– Panie robins – upomniał go Aschenwald. – Bez takich wycieczek proszę.

– Więc dlaczego miała pani w dłoni różdżkę, panno McGonagall? – zapytała profesor Merrythought, która nie wyglądała na ani trochę przekonaną. Ermengarda tym czasem widocznie została przez kogoś uświadomiona, z jakim napisem paraduje po szkole, bo wyjęła różdżkę i jednym ruchem, nie wypowiadając żadnego słowa, zmieniła kolor swetra na jednolicie niebieski.

– Bo – zaczęła Minerwa, nie mając pojęcia, co tak naprawdę chce powiedzieć. Przyznanie się, że chciała zaczarować nos Delii nie zaliczało się do najlepszych pomysłów.

– To moja wina – oświadczyła Ermengarda. – Słyszałam, że jest dobra z zaklęć i chciałam, żeby coś pokazała.

Minerwa była pewna, że Aschenwald uśmiechnął się lekko. Miała z nim dopiero jedne zajęcia i nie znała go zbyt dobrze, lecz mimo wszystko nie podejrzewała, że potrafi się uśmiechać. A jednak mogłaby przysiąc, że to zrobił.

– Tyle razy się wam powtarza, że nie wolno rzucać żadnych czarów przy stole! – zawołała profesor Merrythought, niesiona nową falą gniewu.

– Gryffindor traci trzydzieści punktów za to całe zajście. I możecie być pewni, że pomówię o tym z profesorem Dumbledore’em! Panno Pince, jest pani prefektem, więc proszę wywiązywać się ze swoich obowiązków i pilnować tutaj porządku, a nie jeszcze powodować zamieszanie.

– Przepraszam, pani profesor. To się nie powtórzy.

W tym momencie, jak na złość, rozległo się donośne, nieco żałosne trąbienie. To Delia próbowała coś powiedzieć.

– I żebyście nie przywozili do szkoły tego świństwa, też wam się ciągle mówi! W listach do rodziców się pisze! – ryknęła nauczycielka, spoglądając na Delię z furią. Minus dziesięć punktów! – rzuciła i odwróciła się, by odejść. Usłyszeli jeszcze jak mówi do profesora Aschenwalda:

– Oj, trzeba koniecznie porozmawiać z Albusem. Za bardzo tym dzieciakom pobłaża. Jak z kimś jest problem, to zawsze z nimi.

– Bo w Slytherinie aniołek na aniołku – mruknął Jimmy. – Rzeczywiście, Zwykle siedzą cicho, ale jak już o nich słychać, to głównie w radiowej kronice kryminalnej.

– A niech to – westchnęła Ermengarda. – Aż mi się gorąco zrobiło.

– Wytropię tego łobuza, który zmienił ci ten napis. Wytropię i przyprawię mu… trąbę, możesz być tego pewna – powiedział Jimmy, zabierając się do pałaszowania wystudzonej owsianki. Minerwa z fascynacją przyglądała się jak Delia, używając trąby, wciąga całą zawartość dzbanka z herbatą.

– Dlaczego mnie z tego wyciągnęliście? – zapytała w końcu. Jimmy spojrzał na nią poważnie, lecz to Ermengarda odpowiedziała:

– Bo teraz pewnie wyleciałabyś ze szkoły, a szkoda, żebyś wyleciała, na dodatek za coś, czego nie zrobiłaś.

– Zrobiłam coś innego – odparła Minerwa, czując, że jej też zaczyna się robić gorąco.

– No i słusznie! – wybuchnął Jimmy. – Ostrzegałaś ją, że to zrobisz, jeżeli się nie uspokoi, a skoro nie posłuchała, niech teraz chodzi z trąbą. Nie było w tym nic nieuczciwego.

– A jeśli zostanie jej tak na zawsze? – Minerwa zaczynała czuć coraz większe wyrzuty sumienia, choć wyglądało na to, że Delia, po otrząśnięciu się z pierwszego szoku, nieszczególnie się tym martwi. Ładowała sobie właśnie do ust tosta z dżemem, oczywiście używając trąby. W międzyczasie, korzystając z tego, że miała wolne ręce, smarowała kolejnego miodem.

– Guzik tam zostanie – odparł Jimmy. – Nie ma takiego zaklęcia, z którym Dumbledore by sobie nie poradził. Ale to na pewno samo przejdzie po kilku godzinach. Tego rodzaju transmutacja, w większości przypadków nie jest trwała.

– Naprawdę profesor Dumbledore jest taki dobry?

– Najlepszy – odpowiedział zdecydowanie Jimmy. – Nie wiem, czy jest w kraju ktoś lepszy od niego. Chyba raczej nie. Mówi się, że mógłby zostać dyrektorem, ale mnie się nie wydaje, żeby miał ochotę uwiązywać się do Hogwartu. Prędzej, czy później gdzieś go poniesie.

– Pewnie do Ministerstwa – mruknęła Ermengarda. – Bo gdzie indziej? Zostanie w końcu ministrem, co by miał nie zostać?

– A dlaczego profesor Merrythought długo zachowywała się tak, jakby nie zauważyła trąby Delii? – pytała dalej Minerwa. Nie wiedziała zbyt wiele o Ministerstwie Magii, ale to mogło zaczekać. Narazie sam Hogwart, z rządzącymi nim dziwnymi zasadami, stanowił niezbadany teren.

– Są takie dowcipne ciastka, po których wydaje się odgłosy różnych zwierząt – objaśniła Ermengarda. – Na pewno pomyślała, że to jakiś nowy rodzaj.

‘- Zamówiłem całą partię lwów na mecz ze Ślizgonami – szepnął Jimmy. – Będziemy ryczeć, moi drodzy. Dostaną od tego szału.

– Udam, że tego nie słyszałam – burknęła Ermengarda.

– I znowu straciliśmy wszystkie punkty – powiedziała z wyrzutem Alyson Lynch, wstając od stołu. – Przez nią – dodała, spoglądając z niechęcią na Minerwę. – Ciekawa jestem, czy to odrobi.

– A odrobię – odrzekła hardo Minerwa. – Żebyś wiedziała, że odrobię. I nie znowu, bo wcześniej żadnych punktów przeze mnie nie straciliśmy.

***

Albus Dumbledore bardzo lubił atmosferę Londynu, zarówno tego czarodziejskiego, jak i mugolskiego. W ogóle lubił wiele miejsc na świecie, a odkrywanie nowych było jedną z tych rzeczy, które sprawiały mu największą przyjemność. Najlepiej czuł się jednak gdy wracał do Hogwartu, również po tak krótkich wypadach, jak dzisiejszy. Nie mógł powiedzieć, by zamek urzekł go odrazu. Kiedy przyjechał tu jako chłopiec, syn człowieka skazanego za potrójne morderstwo, miał wrażenie, że sam trafił do więzienia. Nawet nauczyciele początkowo całkiem jawnie okazywali mu, w najlepszym wypadku, pogardę. Jedynie Armando Dippet, który nauczał wtedy zaklęć, nie tylko nie miał do niego żadnych uprzedzeń, ale wręcz go lubił. To chyba właśnie jego dyskretna serdeczność sprawiła, że Albus się nie poddał, że postanowił udowodnić swoją wartość. Pokazał im na co go stać, raz, drugi, trzeci. W pewnym momencie zrozumiał, że posiada ponadprzeciętne zdolności. Dość szybko został przemianowany z syna mordercy na geniusza i dumę szkoły. Hogwart zmienił się w jego oczach nie do poznania, stał się szansą, nadzieją, kopalnią możliwości, którą należało maksymalnie wykorzystać. Albus w końcu był panem własnego losu. Ponury cień ojca już za nim nie podążał, a w każdym razie nie krok w krok. Odchodził z Hogwartu z wieloma wspaniałymi doświadczeniami, lecz bez żalu. Zakończył ten etap i nadszedł czas by rozpocząć nowy, jeszcze wspanialszy. Lecz jak to zwykle bywa, życie potoczyło się w sposób zupełnie nieprzewidziany. Nagła śmierć matki, Gellert, potem śmierć siostry. Gdy powrócił do Hogwartu jako nauczyciel, poczuł się tak, jakby dokładnie tu było jego miejsce, jakby Hogwart czekał, by przyjąć go ponownie i znów stać się szansą, nadzieją,

a przede wszystkim domem odpowiednim dla człowieka, mającego tendencje do nadziewania się na ostrze własnych ambicji. Albus wziął na siebie odpowiedzialność za innych, która niegdyś tak mu ciążyła i po pewnym czasie ze zdumieniem odkrył, że do niej przywykł, że nie wyobraża już sobie życia bez niej. Okazało się też, że uwielbia uczyć, a uczniowie szybko go pokochali.

– Nie mogę sobie przypomnieć, jak to było, gdy cię tu nie było – mawiał czasami Armando, prawdopodobnie nie mając pojęcia, jak dużo to dla niego znaczy.

Albus opuścił właśnie Bank Gringotta. Wybrał się tam by wpłacić część zaoszczędzonych pieniędzy, które zarobił pracując w szkole. Bieżące wydatki nie pochłaniały zbyt wiele, więc mógł pozwolić sobie na odkładanie konkretnych sum. Miał pewne plany odnośnie badań alchemicznych, prowadzonych wraz z Nicolasem Flamelem, co w przyszłości mogło wymagać sporych finansowych nakładów.

Z tej nie zapowiadającej się zbyt interesująco wizyty w Londynie, wynikła niespodziewana korzyść. Dowiedział się mianowicie, że kilka tygodni temu Aberforth zabrał ze skrytki swoją część odziedziczonego po matce złota. Wszystko, co do knuta. Oczywiście miał do tego pełne prawo, jednak tak radykalny krok Albusa zaniepokoił. Zwłaszcza, że do tej pory złoto leżało sobie w skrytce praktycznie nietknięte i zdawało się Aberfortha nie obchodzić.

W połączeniu z jego wybitną zdolnością do pakowania się w kłopoty, nie wyglądało to najlepiej. Albus wiedział, że jakakolwiek próba ingerencji w sprawy młodszego brata  spotka się – nie bez powodu – z gwałtownym sprzeciwem, ale teraz naprawdę nie było mu to obojętne i zamierzał dowiedzieć się o co chodzi. Jeżeli rzeczywiście Aberforthowi strzeliło do głowy coś głupiego, może jeszcze nie być za późno. Całe szczęście, że wybrał się do banku akurat dzisiaj i natknął się na wyjątkowo gadatliwego Goblina.

Korzystając wolnego dnia i ładnej pogody, postanowił przespacerować się trochę po mugolskim Londynie. Wstąpił do mieszczącego się przy Charing Cross Road antykwariatu, do którego zaglądał zawsze, ilekroć znajdował się w pobliżu i miał trochę czasu. Znalazł tam mnóstwo interesujących książek, które znacznie poszerzyły jego wiedzę na temat Mugoli. Poza tym, właściciela zdawali się nie irytować klienci, zadający niekiedy pytania, mogące uchodzić za dziwne, co również Albusowi odpowiadało.

W środku, prócz właściciela był jeszcze jeden, wysoki, czarnowłosy mężczyzna w grafitowym garniturze, o niepokojąco znajomym wyrazie oczu. Albus mógłby się założyć o kilka palców, że spotkał go już wcześniej. Mężczyzna oglądał stary, kominkowy zegar. W końcu go kupił i wyszedł. W tym czasie do sklepu wszedł kolejny klient, drobny młodzieniec w za dużym, szarym ‘płaszczu. Rozejrzał się, jednak nic nie zdawało się przyciągnąć jego uwagi. Prawą rękę przez cały czas trzymał w kieszeni. Albus, zajęty przeglądaniem książek, widział go kątem oka. Nagle chłopak ruszył szybko do wyjścia. Odwrócony tyłem, całkowicie pochłonięty czyszczeniem starych wazonów właściciel nie zauważył niczego, lecz Albus bez namysłu wybiegł za młodzieńcem, który niemal w panice upychał coś pod płaszczem. Wyminął go zręcznie, zastąpił mu drogę i złapał go mocno za chude ramię. Chłopak miał nie więcej niż osiemnaście lat. W jego wodnistych, szarych oczach odmalowało się zdumienie.

– Co pan stamtąd zabrał? – zapytał spokojnie Albus.

– Ja? Nie, nic. Po prostu wyszedłem,  bo nie znalazłem tego, co chciałem.

– Zabrał pan coś z lady.

W tym momencie zjawił się mężczyzna z zegarem, który opuścił sklep wcześniej. Minę miał bardzo zatroskaną.

– Przepraszam panowie – odezwał się donośnym, dźwięcznym głosem. – Czy któryś  z panów nie znalazł przypadkiem czarnej, skórzanej teczki?

-Podejrzewam,  że  ten pan może coś na ten temat wiedzieć – odrzekł Albus, teraz już  zupełnie  pewien, że czarna teczka mignęła mu przed oczami. Wbił w  młodego człowieka jedno ze swych najbardziej przenikliwych spojrzeń. Mężczyzna podszedł bliżej i również zaczął przewiercać domniemanego złodzieja wzrokiem. Chłopak zadrżał. Po kilkudziesięciu sekundach skapitulował, wyjął teczkę spod płaszcza i zwrócił właścicielowi.

– Ja nie ukradłem – powiedział niepewnie i znów wsunął prawą rękę do kieszeni.

A niech to! Czyżby był czarodziejem i zamierzał sięgnąć po różdżkę? Albus instynktownie chciał zrobić to samo, lecz powstrzymał się w ostatniej chwili. Wzmocnił jedynie chwyt. – Leżało na ladzie,  więc…

– Więc sobie wziąłeś – dokończył właściciel teczki. Mówił z wyraźnym, szkockim akcentem. – Nikt cię nie nauczył, że kradzież to ciężki grzech?

– Ja nie…

– Nie ma sensu zaprzeczać, chłopcze – rzekł łagodnie Albus. – Kradzież, to kradzież. Widziałeś kto zostawił teczkę, a mimo to chciałeś ją zabrać i uciec.

– Nie, po prostu myślałem, że…

– Cicho bądź! – powiedział mężczyzna. Nie podniósł głosu, lecz w samym jego tonie było coś takiego, że nawet Albusowi zrobiło się nieswojo. – Jak śmiesz przerywać osobie starszej i mądrzejszej od ciebie? W tej chwili wyjmij tę rękę z kieszeni. Co tam jeszcze chowasz?

– Nic, proszę pana. Tylko mysz. Cyrkową mysz.

– Cyrkową mysz – powtórzył mężczyzna, unosząc brwi. – Masz szczęście, że nie mam czasu, żeby iść na policję, bo inaczej byłoby z tobą krucho. Chyba, że temu panu zginęła akurat cyrkowa mysz, albo coś innego.

Albus pokręcił głową. Wzmianka o policji sprawiła, że oczy chłopaka zrobiły się okrągłe z przerażenia.

– W takim razie zmiataj stąd i dobrze ci radzę, zastanów się nad sobą, bo takich jak ty, nic dobrego nie czeka.

Uwolniony młodzieniec puścił się biegiem przed siebie i zniknął za rogiem ulicy. 

– Dziękuję panu – powiedział po chwili mężczyzna, już znacznie cieplejszym tonem. – Gdyby go pan nie zatrzymał, miałbym potężny kłopot. Straciłbym dokumenty, pieniądze, wszystko. Zająłem się tym zegarem, moment nieuwagi i… sam pan widział.

– Tak. – Albus uśmiechnął się lekko. – Kiedyś zdarzyło mi się coś podobnego. Skradziono mi torbę, w której było pełno… słodyczy.

– Ani jednej, cyrkowej myszy? – zapytał mężczyzna, a kąciki jego ust drgnęły lekko.

– Na szczęście ani jednej – odpowiedział wesoło Albus. – Czy sugeruje pan, że wyglądam na kogoś, komu ukradli cyrkową mysz?

– Nie, raczej nie. Proszę wybaczyć. Wybawił mnie pan z nie lada kłopotu, a ja sobie z pana żartuję. Taki mam niestety charakter, choć Bóg mi świadkiem, że nad sobą pracuję.

Albus roześmiał się serdecznie.

– Ależ drogi panie, nie uważam, żeby poczucie humoru stanowiło wadę charakteru, a żart jest zwykle przejawem sympatii. Jak mógłbym się o to gniewać?

Przyglądali się sobie przez chwilę. W końcu mężczyzna wyciągnął rękę.

– Robert McGonagall – przedstawił się. Jego uścisk był silny, dłoń ciepła. Albus nie był w stanie zapanować nad wyrazem zdumienia, jaki odmalował się na jego twarzy. Nagle zrozumiał skąd zna to spojrzenie.  I ten sposób mówienia.

– Albus Dumbledore. Miło mi pana poznać. To dość niezwykły zbieg okoliczności, bo zdaje się, że  uczę pańską córkę.

– Uczy pan moją córkę? – W głosie mężczyzny dało się słyszeć napięcie.

– Tak, na to wygląda – odrzekł łagodnie Albus. – Chyba, że to zbieżność nazwisk, ale nie sądzę, bo patrząc na pana, trudno nie dostrzec podobieństwa.

McGonagall wyprostował się jeszcze bardziej, choć wydawało się  to niemożliwe. Wzrostem dorównywał Albusowi, lecz był od niego mocniej zbudowany.

– W takim razie musi pan być niezwykłym człowiekiem, bo moja córka jest dzieckiem wyjątkowym i wybraliśmy dla niej z żoną szkołę, w której uczą wybitni nauczyciele.

– Nie określiłbym siebie mianem niezwykłego, lecz Minerwa rzeczywiście jest wyjątkowym dzieckiem, nawet jak na nasze standardy.

Usłyszawszy imię córki, McGonagall wyraźnie odetchnął, a jego surowa twarz przybrała nieco łagodniejszy wyraz.

– W głowie mi się to nie mieści – powiedział cicho. – Przecież to wydaje się być wbrew Bogu, wbrew naturze, a jednak jesteście uczciwymi ludźmi. Moja żona… Trudno o lepszą. No i teraz pan. Niejeden przeszedłby obojętnie, pozwalając temu złodziejaszkowi odejść.

– Niektórzy na pewno są uczciwymi ludźmi – mruknął Albus. – Inni nie. Jak wszędzie.

McGonagall utkwił w jego twarzy uważne spojrzenie.

-Mam dziś dużo czasu – oznajmił. – Wracam do domu dopiero we wtorek. Po prostu chciałem, żeby dzieciak myślał, że cudem mu się upiekło. Da się pan zaprosić na filiżankę herbaty? Tu, za rogiem.

Usiedli więc przy stoliku przed niewielką kawiarnią i wypili po filiżance aromatycznej herbaty z cynamonem. Przebywający w Londynie od czwartku McGonagall nie wiedział nic o ucieczce córki i zmartwił się, kiedy Albus mu o tym wspomniał.

– Bardzo mi przykro, że sprawiła kłopot – powiedział. – To po części moja wina. Długo sądziłem, że… – Urwał z zakłopotaniem. – Że mamy jakiś wybór.

Albus skinął głową.

– Niech się pan nie martwi. Rozmawiałem z nią i zdaje mi się, że wyjaśniliśmy sobie najważniejsze sprawy.

– Mam nadzieję, że nie zrobi więcej nic podobnego, że będzie pana słuchać. Ktoś musi jej to wszystko wyjaśnić, pomóc to jakoś poukładać. Wie pan, mamy jeszcze dwóch, młodszych chłopców, takich, jak Minerwa, ale ona zdaje się być najbardziej… taka, jeśli rozumie pan, co mam na myśli.

– Rozumiem – odrzekł Albus. – Rzeczywiście, posiada ogromne zdolności. Wczoraj miałem okazję się o tym przekonać. Może pan być spokojny. W Hogwarcie nauczy się jak nad nimi panować i jak je we właściwy sposób wykorzystywać. A trudne początki nie rzadko są zapowiedzią wielkich rzeczy.

– Mogą być i małe – stwierdził McGonagall, biorąc sobie herbatnika wielkości znaczka pocztowego. – Byle by dobre.

Obaj się uśmiechnęli. Albus również sięgnął po ciastko.

– Ma pan absolutną rację – powiedział.

Wracając do Hogwartu był całkowicie pochłonięty układaniem wstępu do przewodnika dla mugolskich rodziców dzieci, które są czarodziejami. Że też do tej pory nikt nie opracował choćby broszury. Przecież powinni wiedzieć, z czym mają do czynienia. Może rzeczywiście sam się tym kiedyś zajmie? Na pewno będzie to wymagało solidnego przygotowania; aż za dobrze zdawał sobie sprawę, że wszelkie opracowania o Mugolach traktują o wszystkim, tylko nie o tym, co naprawdę może się czarodziejom przydać w kontaktach z nimi i nie chciał powtórzyć analogicznego błędu.

Skoro w jego przypadku władza niekoniecznie jest najlepszym punktem wyjścia do tego, by zmieniać świat na lepsze, być może jest nim edukacja. Edukacja to jedna z najbardziej subtelnych form władzy – przemknęło mu przez myśl.

Gdy tylko  wszedł do Sali Wejściowej, usłyszał donośne  trąbienie, jakby gdzieś na górze znajdował się słoń i trąbił sobie w najlepsze. No tak – pomyślał, nie mogąc powstrzymać uśmiechu – witaj w domu.

Autor Elanor
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 436
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!