Lwiczka – Rozdział 1 – Zasady i konsekwencje

Od autorki:

Pomysł na ten fanfick tłukł mi się po głowie od wielu lat, uporczywie domagając się, by coś z nim zrobić. W końcu postanowiłam go zrealizować i mam nadzieję, że ta moja pisanina, sprawi komuś choć trochę przyjemności.

Za kanon uznaję siedem książek o Harrym Potterze, z reszty korzystając wybiórczo, jako, że straciłam już cierpliwość do prób złożenia w sensowną całość wszelkich dopowiedzeń autorki.

Życzę miłej lektury!

Rok 1937

Rozdział 1.

Zasady i konsekwencje

– Mój przyjazd tutaj był kompletnym nieporozumieniem – oświadczyła dziewczynka uprzejmym, lecz zdecydowanym tonem. Jedną dłoń zaciskała na rączce sporego kufra, w drugiej dzierżyła złożony, granatowy parasol.

– I doszłaś do tego wniosku po jednym dniu?

Choć profesor ALbus Dumbledore słynął między innymi z poczucia humoru, a sytuację, w której się znalazł, można by – obiektywnie rzecz biorąc – zaliczyć do zabawnych, jakoś nieszczególnie było mu do śmiechu. Dziewczynka nie droczyła się z nim, nie robiła mu na złość, po prostu mówiła zupełnie poważnie.

– Nie potrzeba mi więcej czasu, panie profesorze – odparła, patrząc na niego zaskakująco przenikliwymi, zielononiebieskimi oczyma. – Wrócę do domu i pójdę do tej szkoły, do której chciał posłać mnie ojciec. Tak będzie najlepiej.

– Uwierz mi, moja droga, nie będzie – powiedział łagodnie Albus. – Jesteś czarownicą.

Dziewczynka lekko wykrzywiła wargi, jakby było w tym stwierdzeniu coś niewłaściwego.

– Proszę mi wybaczyć, ale… Nie podoba mi się to wszystko i wolę wrócić do domu. To nie jest moje miejsce.

Albus spotykał się już z różnymi reakcjami pierwszorocznych, lecz na dziecko nastawione do Hogwartu tak sceptycznie, żeby nie powiedzieć nieprzychylnie, nie trafił jeszcze nigdy. Zdumiewało go to tym bardziej, że matka małej była czarownicą. Cóż, kłopoty mają niezbyt miły zwyczaj nadciągania z najmniej spodziewanej strony. 

– Co ci się nie podoba? – zapytał z nadzieją, że gdy będzie znał odpowiedź, uda mu się rozwiać jej wątpliwości. Dziewczynka na chwilę zawiesiła spojrzenie na jego purpurowym płaszczu i Albus prawie usłyszał przepływającą gdzieś obok, niewypowiedzianą myśl: „Wszystko, od pańskiego płaszcza poczynając”. Uśmiechnął się pod nosem. Naprawdę lubił ten płaszcz i w pewnym stopniu również te przezabawne reakcje ludzi; spojrzenia pełne nieumiejętnie kamuflowanej dezaprobaty, zakłopotane miny, szepty, których ogólny sens zawierał się w zdaniu: „Jakby sobie znalazł żonę, zaraz by się nauczył, jak się wypada ubierać”. Tak, jakby ekstrawagancki strój był jakąś straszliwą zbrodnią, największym zarzutem, jaki można mieć wobec drugiego człowieka.

– To, że jestem czarownicą – odpowiedziała. – Nie chcę tego wcale. Do czego mi to potrzebne? Mogę sprawić, że kot będzie robił to, co mu każę, że dudy będą same grały, albo, że krowy zmienią kolor na zielony. Ale z kotem mogę się zaprzyjaźnić, na dudach potrafię grać bez magii, a zielone krowy to jakiś absurd.

Albus musiał przyznać, że od dawna nic go tak nie zaskoczyło. Powtarzane często, banalne stwierdzenie, że magia to potęga, nagle wydało mu się mieć mniej więcej tyle samo sensu, co  zielone krowy.

– Mogę zmienić owcę w psa – ciągnęła dziewczynka przyjemnym, dźwięcznym głosem, w którym, najwyraźniej pod wpływem emocji, ujawniał się szkocki akcent. – Ale to nie ma najmniejszego sensu, bo i tak nikt nie zechce psa, który zamiast pilnować owiec, pasie się razem z nimi.

Wizja dostojnego owczarka collie, zajadającego trawę w towarzystwie owiec sprawiła, że ustąpiło w końcu to trudne do zniesienia napięcie, jakie Albus odczuwał od chwili, gdy okazało się, że nigdzie nie można znaleźć jednej z jego nowych podopiecznych.

– Zamieniłaś owcę w psa? – zapytał, gdy już zyskał jako taką pewność, że nie ryknie śmiechem i nie wywabi z domów połowy mieszkańców Hogsmeade. Nie ulegało wątpliwości, że mała musi mieć talent do transmutacji.

– Och, to był tylko przykład, panie profesorze – odparła dziewczynka, a w jej oczach pojawiło się coś na kształt irytacji. – Dobrze, może nienajlepszy, ale chciałam wyjaśnić, o co mi chodzi. Mogłabym być czarownicą, ale czy naprawdę jest mi to potrzebne? Nie chcę jak mama… – Urwała nagle i mocniej ścisnęła parasol. – Nie ważne. Po prostu wolałabym tego uniknąć.

– To nieodłączna część ciebie, moja droga – odrzekł Albus, jednocześnie notując w pamięci, że powinien dowiedzieć się czegoś więcej o rodzinie panny McGonagall. – Jeśli się z nią w porę nie zapoznasz, nie oswoisz, będzie ci bardzo trudno.

– Jeśli się z nią zapoznam, oswoję, a potem będę musiała się tego wyrzec, będzie mi dużo trudniej – odparła, robiąc kilka kroków w tył, jakby dla podkreślenia, że zamierza się wycofać, póki jeszcze nie jest za późno. – Nie, panie profesorze. Wracam do domu. Dzisiaj, zaraz.

Albus czuł, że jeśli natychmiast czegoś nie zrobi, panna McGonagall naprawdę zrealizuje swój zamiar i to będzie jego osobista porażka. Mógł oczywiście w ogóle nie wdawać się w żadną dyskusję, zabrać ją z powrotem do Hogwartu i czekać, aż wybije sobie z głowy te głupstwa, albo da upust emocjom w jakiś trudny do przewidzenia sposób. Mógł wymóc posłuszeństwo, nie tłumacząc się z niczego, ale zawsze uważał, że w pracy z młodymi ludźmi szacunek nie powinien być jednostronny.

– Dlaczego miałabyś się tego wyrzekać? – zapytał spokojnie. Smutek jaki nagle odmalował się na twarzy dziewczynki, niemal wbił go w ziemię.

– Jeśli kiedyś będę chciała żyć normalnie, to będę musiała – szepnęła. – Mama ciągle udaje, że nie jest czarownicą. Tata wie, ale inni nie mogą się przecież dowiedzieć. Wszyscy kłamiemy. Mama, ja, moi bracia. Mamie często jest smutno. Tak strasznie płakała, gdy dostałam list. Kazała mi jechać, choć sama wolałaby zapomnieć o Hogwarcie. Wiem to.

Albus westchnął. Nie znał sytuacji, ale mógł ją sobie łatwo wyobrazić. Ciekawe kto zaszczepił w niej przekonanie, że jej naturalne zdolności wykluczają ją z grona tak zwanych normalnych ludzi. Niekoniecznie ojciec. Wbrew pozorom, to właśnie matka, która zdecydowała się poślubić Mugola, co sprawiło, że przez cały czas czuła się wewnętrznie rozdarta, mogła nie do końca świadomie starać się ukierunkować córkę tak, by uważała swoje zdolności za przeszkodę na drodze do “normalnego” życia. Ilu takich dramatów można by uniknąć, gdyby powiodło się wprowadzenie w życie tego, co planowali z Gellertem. A właściwie tego, co on planował, bo dość szybko okazało się, że różnice w ich sposobie postrzegania świata są zbyt duże, by byli w stanie cokolwiek razem planować. Gdyby wtedy miał dość rozsądku, by nie oszukiwać się co do Gellerta, gdyby w porę poszedł po prostu własną drogą, gdyby sprawy nie zaszły aż tak daleko, ta dziewczynka nie stałaby teraz przed nim, zastanawiając się, czy może sobie pozwolić na bycie sobą. Rzeczywistość mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. I mógł spróbować osiągnąć to sam. Byłby w stanie to zrobić. W pojedynkę byłoby trudniej, lecz Albus znał swoje możliwości. Wystarczyło odpowiednio zacząć, wejść na właściwą ścieżkę, wspinać się po niej pomału. Tak, żeby nikogo nie przestraszyć. Zmiany zawsze przerażają, a już najbardziej te, które w ostatecznym rozrachunku okazują się najkorzystniejsze. Nikt by go nie zatrzymał. Nawet Gellert. To on zatrzymałby Gellerta, gdyby zaszła taka potrzeba. W każdym razie, jakoś by to poukładał. W końcu każdy ma swoje słabości.

Zadrżał lekko. Nie był pewien, czy spowodował to chłodny powiew, czy niepokój wywołany myślami, których pragnął się pozbyć, a które miały irytującą tendencję do powracania i prześladowania go w najmniej odpowiednich momentach.

– Twoja mama tak wybrała – powiedział, starając się opanować wywołane wspomnieniami wzburzenie. – To była jej decyzja. Nie wiem czy dobra, czy zła. Nie mnie to oceniać. Twoja mama wie najlepiej. Ale ty nie będziesz musiała się niczego wyrzekać. Nikt cię do tego nie zmusi.

Zielononiebieskie oczy niemal przywarły do jego twarzy, jakby dziewczynka chciała odnaleźć na niej choćby najmniejszy ślad nieszczerości, czy kłamstwa. Nie przypominało to w niczym Legilimencji, lecz miało w sobie coś potężnego. Jej spojrzenie gładko omijało umysł, nawet się przy nim nie zatrzymując i sięgało głębiej, do tych obszarów istnienia, na których umysł się opiera. Albus odniósł wrażenie, że wszystko wokół zamarło, urwał się natarczywy jazgot zięby, drobne krople deszczu zawisły w powietrzu, wdrapujący się na pobliską sosnę rudy kot znieruchomiał wpół ruchu. Oto rzeczywistość niespodziewanie dotarła do punktu, w którym pozostał tylko on i ta mała, najwyraźniej niezupełnie oswojona istota, jedyni ludzie, zdolni do podjęcia decyzji o jej dalszym biegu.

– Obiecuję – powiedział Albus, czując się tak, jakby to jedno słowo zwaliło się na niego całym swym gatunkowym ciężarem.

– Dobrze – stwierdziła nagle dziewczynka, robiąc krok w jego stronę. Atmosfera momentalnie się zmieniła, rzeczywistość kliknęła, niczym wskakująca na właściwe miejsce zapadka i ruszyła z kopyta, przy akompaniamencie odległych śpiewów, zapewne jakiegoś klienta Trzech Mioteł. Albus wiedział już, że wygrał. Cokolwiek się właśnie wydarzyło, nie poniósł porażki. Następne słowa dziewczynki nie pozostawiały wątpliwości.

– Wierzę panu. Ma pan w sobie coś takiego…

Jej blade do tej pory policzki, pod względem kolorystycznym upodobniły się do jego płaszcza. Zapadła cisza, z rodzaju tych przesyconych gorączkowym poszukiwaniem możliwości wybrnięcia z niezręcznej sytuacji.

– Mów śmiało – zachęcił, ostrożnie wyciągając rękę po jej kufer. Coś w sposobie bycia panny McGonagall sprawiało, że wolał, by nie milczała zbyt długo.

– Przepraszam, nie powinnam się tak do pana zwracać – odparła speszona. – Już dość punktów szkolnego regulaminu dziś złamałam.

– Nie da się temu zaprzeczyć – odrzekł z powagą. – I będziesz musiała ponieść tego konsekwencje. Twoje zniknięcie wywołało potężne zamieszanie.

Sztywno skinęła głową, a na jej twarzy odmalowała się ponura akceptacja. Najwyraźniej słowa takie jak zasady i konsekwencje gościły w jej słowniku od dawna, czego nie można było powiedzieć o zbyt wielu młodych Gryfonach.

– Przepraszam, panie profesorze – szepnęła.

Albus najchętniej zabrałby ją teraz do szkoły, wymógł obietnicę, że to się nie powtórzy i zapomniał o sprawie. Nie miał szczególnej ochoty karać dziecka za to, że znalazłszy się w obcym miejscu, wśród obcych ludzi, chwilowo uległo swoim obawom, lecz niestety uniknięcie tego nie było możliwe. I tak udało mu się nieco pohamować spanikowanego dyrektora, który chciał odrazu wezwać rodziców. Uprosił go, by wstrzymał się z tym do wieczora i, jak się okazało, dobrze zrobił. Zgodnie z jego przypuszczeniami, panna McGonagall odnalazła się na stacji w Hogsmeade. Postanowił sprawdzić stację, gdy tylko stwierdził, że zabrała swoje rzeczy. Oczywiście nigdzie by stąd nie odjechała; zredukowany zwykle do dwóch wagonów pociąg do Londynu wyjeżdżał wyłącznie we wtorki i wracał następnego dnia, służąc głównie trudniącym się handlem mieszkańcom Hogsmeade, którzy chętnie podróżowali w ten sposób z zakupionym towarem. Dziś był czwartek. Nie można było jednak całkowicie wykluczyć, że panna McGonagall uda się do najbliższej, mugolskiej miejscowości i tam złapie pociąg, który zawiezie ją do domu. Początkowo Albus uważał tę możliwość za raczej nieprawdopodobną, jednak teraz był święcie przekonany, że omal do tego nie doszło.

– Posłuchaj – powiedział, ujmując ją za ramię i ruszając w stronę zamku. – Musisz mi przyrzec, że więcej tego nie zrobisz, że jeśli będziesz mieć jakieś obawy, zwrócisz się z tym do mnie, albo do kogokolwiek z nauczycieli. W samych obawach nie ma nic złego, każdy ma jakieś. Wszystko sprowadza się do tego, co z nimi zrobimy. Udawanie, że ich źródło nie istnieje, nie jest najlepszym rozwiązaniem.

– Wiem – odparła, z tym niepasującym do jej wieku smutkiem. – Nie złamię więcej żadnych zasad, przyrzekam. A jakie mogą być konsekwencje… tego? Czym grozi ucieczka ze szkoły?

Albus ścisnął lekko jej ramię. Zasady, konsekwencje. Niezupełnie o taki bieg rozmowy mu chodziło, ale widocznie na pewne rzeczy jeszcze nie pora.

– Będzie dobrze – powiedział. – Za coś takiego nie zsyła się przecież do Azkabanu.

Nie był pewien, czy ją rozbawił, czy zaniepokoił, ale znów przestała się odzywać, co drażniło go jak kamyk w bucie, dlatego postanowił podjąć temat transmutacji owiec w psy. Nie mógł się już doczekać jutrzejszych zajęć. Od jego czasów, nie było w tej dziedzinie prawdziwego talentu, a teraz ewidentnie się na to zanosiło, bo, jakby nie patrzeć, transmutacja to właśnie… zasady i konsekwencje.

Autor Elanor
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 267
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!