Lwiczka – Rozdział 2 – Kto się bawi zapałkami…

Rozdział 2.

Kto się bawi zapałkami…

Określenie pierwszych zajęć z profesorem Dumbledore’em mianem porażki, byłoby, według Minerwy, gigantycznym niedopowiedzeniem. Idea zamieniania rzeczy w inne rzeczy od początku nieszczególnie się jej podobała, jednak profesor – Wysoki, szczupły, z długimi, kasztanowymi włosami i brodą, o błękitnych, roześmianych oczach – miał w sobie coś takiego, że trudno było nie zainteresować się choć trochę tym co mówił i pokazywał. W nienachalny sposób potrafił skupić na sobie całą uwagę. Prawdę mówiąc, Minerwa nie mogła oderwać od niego wzroku. Z każdą sekundą oczarowywał ją coraz bardziej, aż w końcu zapomniała o swoim sceptycyzmie, pozwalając sobie na otwarty zachwyt.

Biurko zniknęło, by po chwili pojawić się na nowo, okruchy kredy przeistoczyły się w stadko różnobarwnych ptaszków i wyfrunęły przez uchylone okno, puszka po cukierkach zmieniła się w żółwia, w powietrzu, zupełnie z niczego ukształtowało się krzesło, następnie okrągły stolik, rycerska zbroja, lustro w przepięknej, rzeźbionej ramie, a nawet niewielka makieta Hogwartu, która powoli rozpłynęła się we mgle.

Nim Minerwa się spostrzegła, jej ręka wystrzeliła w powietrze. Dumbledore uśmiechnął się lekko, jakby dokładnie tego się spodziewał. Chyba uznał, że transmutacja powinna ją zainteresować. Czepił się wczoraj niemożliwie tej owcy zamienionej w psa. Uparcie dopytywał o szczegóły, choć Minerwa  ze wszystkich sił starała się zniechęcić go do poruszania tego tematu. W ramach zniechęcania powiedziała mu, że mieli przez to tylko kłopoty, bo rodzice najpierw stwierdzili, że pies się przyda, ale potem okazało się, że nieszczęsny zwierzak beczy i je trawę. Wytłumaczenie tego sąsiadom oraz powstrzymanie miejscowego dziennikarza od opublikowania w lokalnej gazecie artykułu o tym wybryku natury, kosztowało ich sporo nerwów. Ostatecznie ustalono oficjalną wersję, według której psa wychowała owca i stąd miały wziąć się te dziwne przyzwyczajenia.

Cała ta opowieść niestety odniosła skutek odwrotny do zamierzonego, bo profesor zaczął wypytywać o rozkazywanie kotom i grę na dudach przy użyciu magii. Że też musiał to zapamiętać. Teraz patrzył na nią wyczekująco.

– Tak, panno McGonagall?

– Te ostatnie rzeczy… Nie wyczarował pan ich z niczego, prawda? To też była transmutacja – bardziej stwierdziła, niż zapytała.

– Oczywiście. Jak myślisz, z czego powstały?

Namyślała się przez chwilę. Wydawało jej się, że wie, lecz nie była pewna, czy wiedza wyniesiona z mugolskiej szkoły może się odnosić do magii, a nie chciała palnąć głupstwa. Czuła na sobie badawcze, wręcz natarczywe spojrzenia klasy. Siedząca obok niej Delia Urquart, drobniutka dziewczynka, której wygląd budził nieodparte skojarzenie z figurką z kości słoniowej, świdrowała ją wzrokiem, w którym kryło się nieme pytanie: „Naprawdę, masz jeszcze czelność się odzywać”? Plotki o ucieczce Minerwy krążyły po szkole w kilkunastu wersjach, regularnie wzbogacane o nowe szczegóły. Jak mówiono, Gryffindor nie ucierpiał przez nią tylko dlatego, że miał na swoim koncie dopiero pięć punktów, których odjęcie niewiele by zmieniło. Starsi Gryfoni byli więc wściekli, a pierwszoroczni nie zabierali głosu, na wszelki wypadek jednak nie rozmawiając z Minerwą bez wyraźnego powodu. Fakt, że profesor Dumbledore nie odnosił się do niej z choćby cieniem dezaprobaty, wprawiał wszystkich w konsternację.

Poza tym, już podczas ceremonii przydziału Minerwa wywołała ogromną sensację; tiara przez prawie sześć minut zastanawiała się, w którym domu ją umieścić, by w końcu zdecydować się na Gryffindor.

– Z tych wszystkich cząsteczek, które są wokół nas, a których po prostu nie widzimy – odpowiedziała Minerwa, modląc się w duchu, by nie okazało się, że wygaduje jakieś straszliwe głupoty.

– Tak, doskonale – powiedział Dumbledore, a w jego oczach coś zamigotało. – Masz rację, mniej więcej tak to działa. Ale to bardzo złożone zagadnienia. Zajmiemy się nimi dopiero za kilka lat. Dziesięć punktów dla Gryffindoru.

Minerwa z trudem powstrzymała się, by nie posłać złośliwego uśmieszku Delii, nagle bardzo zajętej sporządzaniem notatek. Zerknęła dyskretnie na pergamin, który Delia pracowicie pokrywała równiutkim, starannym pismem.

„Panna M właśnie stwierdziła, że wokół nas latają jakieś niewidzialne cząsteczki. Zaistniało uzasadnione podejrzenie, że jest chora na głowę, ale profesor się z nią zgodził”, odczytała. Zacisnęła usta. Nie, nie da się sprowokować. Nie wolno jej łamać już żadnych zasad. Obiecała i zamierzała dotrzymać słowa. Ale zostawić tego tak też nie może. Co to, to nie. Jeśli ktoś zamierza we własnych notatkach sugerować, że jest chora na głowę, niech robi to bardziej dyskretnie.

– Zaprotokołuj jeszcze te dziesięć punktów dla Gryffindoru – szepnęła, zastanawiając się, czy Delia wie, co to znaczy „zaprotokołować”.

Delia szybko zwinęła pergamin, lecz wyglądała na bardziej rozbawioną, niż zakłopotaną. Odwróciła się i szepnęła coś do siedzącej w ławce za nimi Brangien Abbot.

Mimo wszystko, Minerwa była zadowolona. Gdy przystąpili do praktycznej części zajęć, przez myśl jej nawet nie przeszło, że coś może pójść nie tak.

Ich pierwszym zadaniem była zamiana zapałki w srebrną igłę; ponoć bardzo prosta, ale profesor zapewniał, że to, że komuś nie powiodą się pierwsze próby, absolutnie o niczym nie świadczy. Minerwa przez chwilę obserwowała Delię, której już za drugim razem udało się sprawić, że zapałka stała się w połowie srebrna.

– Bardzo dobrze, panno Urquart – pochwalił ją Dumbledore. – Proszę próbować dalej. Wygląda na to, że zaraz się uda.

W końcu Minerwa sama zabrała się do pracy, ciekawa, czy i jej coś z tego wyjdzie. Owszem, wyszło i to prawie natychmiast, jednak zdecydowanie nie to, czego oczekiwał profesor. W miejscu zapałki pojawił się potężny, żelazny pręt, który na dodatek z jakichś przyczyn zaczął żyć własnym życiem i zanim Dumbledore zdołał go okiełznać, powybijał wszystkie okna w klasie. Przerażeni uczniowie kulili się pod stołami, w obawie, że następne mogą być ich głowy. Z jednej z klatek jakimś sposobem wydostała się fretka, wywołując jeszcze większe zamieszanie. W pewnym momencie ktoś (Minerwa nie była pewna, czy to przypadkiem nie ona), sprawił niechcący, że jeden ze stołów uniósł się pod sufit, a potem spadł z donośnym hukiem na biurko. Zaprowadzenie porządku zajęło dobrych kilka minut, akurat tyle, by lekcja zdążyła się skończyć.

Minerwa opuściła klasę, gdy tylko Dumbledore ogłosił koniec zajęć i nie oglądając się za siebie, pobiegła prosto do wieży Gryffindoru. Nie czuła się obecnie na siłach, by  kogokolwiek przepraszać. Zresztą czy to miałoby jakiś sens? Gdyby nie profesor Dumbledore, komuś na pewno stałaby się krzywda. Z jej winy. Mogła ich poważnie zranić, a nawet pozabijać. To są właśnie skutki używania magii.

Wpadła do swojego dormitorium i rzuciła się na łóżko. Pierwszy wstrząs powoli mijał i tabuny chaotycznych myśli zaczęły przewalać się przez jej głowę. Dlaczego ta durna zapałka nie zachowała się, jak należało? Może rzucając zaklęcie popełniła jakiś oczywisty błąd, którego nie była świadoma? Może to wina szkockiego akcentu? Ale inni popełniali błędy, kaleczyli wymowę aż uszy więdły, a takie rzeczy się nie działy. Najwyżej nic im nie wychodziło. Jeśli profesor Dumbledore wiązał z nią jakieś nadzieje, przynajmniej miał bardzo jasną odpowiedź. Wczoraj starał się jak mógł, by zminimalizować skutki jej własnej głupoty, dziś otrzymał piękne podziękowanie. Wątpiła, że będzie jeszcze w stanie pokazać mu się na oczy.

A klasa? Wolała sobie nie wyobrażać, co teraz o niej myślą.

Nie pozwoliła łzom popłynąć, choć miała wielką ochotę się w nich utopić. Ostatecznie, nieodwołalnie. Nie chciała jednak dawać satysfakcji Delii, która mogła się zjawić lada moment. Co to, to nie.

***

– Dziadkowie byli w Slytherinie, rodzice byli w Slytherinie, wujek był w Slytherinie, tylko kuzyn Elphy się wyłamał, bo skończył w Ravenclawie. No i teraz ja – mówiła Delia Urquart, wykonując w między czasie serię jakichś skomplikowanych manewrów z udziałem sztućców. Przy słowach „No i teraz ja”, wskazała na siebie ostrzem noża. Prawie wszyscy siedzący przy stole Gryfonów ryknęli gromkim śmiechem. Albus obserwował tę scenę z niemałym zdumieniem. Wyglądało na to, że panna Urquart zdążyła już zaskarbić sobie sympatię nie tylko rówieśników. Drobniutka, chorobliwie blada, przypominała bardziej zjawę, niż realne dziecko. Niezmiernie wesołą zjawę. Albus przypuszczał, że może okazać się jednym z tych niezapomnianych urwisów, którzy pojawiają się co kilka lat i sprawiają, że Hogwart trzęsie się w posadach. Ze śmiechu.

– Dobry wieczór, panie profesorze – odezwała się Ermengarda Pince, dość potężnie zbudowana dziewczyna o kanciastej twarzy i jasnych, sprawiających wrażenie przesuszonych włosach. – Zachowujemy się za głośno? Przepraszamy. Po prostu…

– Nie, nie, śmiejcie się. Cieszę się, że humory wam dopisują – odpowiedział szybko. – Niektórym jeszcze trochę pozmieniał się rozkład zajęć.

Machnął różdżką i do kilku osób, w tym do Ermengardy, poszybowały pergaminy z planem lekcji. Ermengarda z zadziwiającą zręcznością przechwyciła pergamin w powietrzu i wtedy Albus zauważył napis na jej niebieskim swetrze. „Jestem brzydka i nic Wam do tego”, głosiły złote litery. Stłumił ciężkie westchnienie.

– Panno Pince – powiedział, nieco ostrzej, niż zamierzał. – Jestem tolerancyjny, jeśli chodzi o wasz ubiór poza zajęciami, ale proszę jednak powstrzymać się od wypisywania na odzieży nieprawdy. To nie przystoi prefektowi Gryffindoru.

– A nie mówiłem ci? – odezwał się Jimmy Robins, wysoki, rudowłosy chłopak, siedzący obok Ermengardy.

– Ja przepraszam, ale wolę postawić sprawę otwarcie, niż żeby mnie obmawiali za plecami – odrzekła Ermengarda, swym charakterystycznym, niskim głosem.

– No, w sumie lustro to się jej wczoraj zrobiło całe niebieskie i odmówiło współpracy – mruknęła Alyson Lynch.

– Tak było, panie profesorze – potwierdziła posępnie Ermengarda.

– Ten napis ma zniknąć – powiedział kategorycznie Albus, uśmiechając się jednak. – A te niebieskie lustra, to jest jakaś epidemia. Nie tylko tobie się to przydarzyło.

– Komu jeszcze się przydarzyło? – zapytała ze szczerym zainteresowaniem Delia. Spoglądała na niego nie tyle bezczelnie, co ze śmiałością dziecka, które większość czasu spędzało z dorosłymi.

– Na przykład mnie.

Zdumiona mina Alyson nie pozostawiała wątpliwości co do tego, kto odpowiadał za ten dowcip.

– Och! – Delia zmieszała się nieco. – Myślałam, że to się robi tylko, jak ktoś jest rzeczywiście brzydki.

– Panno Urquart – upomniał ją łagodnie. – Proszę mi jeszcze powiedzieć, gdzie jest panna McGonagall.

Nieobecność Minerwy na kolacji go zaniepokoiła. Widział, że incydent na lekcji wytrącił ją z równowagi, ale zniknęła tak szybko, że nie miał okazji z nią porozmawiać.

Delia wydęła wargi, robiąc naburmuszoną minę.

– Nie uciekła, panie profesorze. Po prostu sobie leży i wkuwa na pamięć szkolny regulamin. Wygląda to trochę tak, jakby ją solidnie uderzył w głowę ten jej własny kawał żelastwa. Ale jej nie przeszkadzałyśmy.

Ermengarda omiotła stół zmęczonym spojrzeniem. Przesunęła nieco świecznik, poprzestawiała kilka półmisków, zabierając z jednego dwa jabłka i przekładając na drugi, po czym wyraźnie zadowolona z zaprowadzenia zrozumiałego tylko dla niej porządku wstała powoli.

– Przejdę się tam, panie profesorze – oświadczyła niemal basem.

– Dziękuję ci – odrzekł z ulgą Albus. – Przyślij ją do mnie jak najszybciej.

– No nie ma sprawy, panie profesorze. Kawał żelastwa, to kawał żelastwa. Może i ta mała narobiła kłopotów już na początku, ale źle tu jej nikt nie życzy.

– Ktoś wie, po co te jabłka w półmisku z pierniczkami? – zapytała Alyson, gdy Ermengarda się oddaliła.

– To chyba znaczy, że jemy za dużo słodyczy – mruknął Jimmy. – Albo coś jej po prostu pasowało kolorystycznie.

***

– Halo, jest tu ktoś żywy?

Niski, trochę przytłumiony głos, mogący sugerować pozagrobowe pochodzenie pytającego, wyrwał Minerwę z niezbyt mocnego snu, w jakim w końcu się pogrążyła, czytając punkt po punkcie szkolny regulamin. Stała nad nią prefekt Gryffindoru, we własnej, dziwnej osobie.

– Co się dzieje? – zapytała Minerwa, wspierając się na łokciu. Brązowe oczy Ermengardy prześliznęły się po otoczeniu, na dłużej zatrzymując się na jej twarzy.

– Delia mówiła, że dostałaś czymś w głowę. Profesor Dumbledore chciał, żebym cię znalazła i do niego przysłała. Zmartwił się.

– Co? – Minerwa usiadła gwałtownie, niechcący zrzucając na podłogę oprawiony w skórzaną okładkę regulamin. Ermengarda, bardzo powolnym ruchem podniosła go i odłożyła na szafkę. – Czym niby dostałam w głowę?

– Jakimś kawałem żelastwa ponoć.

Minerwa przygryzła dolną wargę, próbując zrozumieć, o co mogło chodzić Delii. W jakim celu tak kłamała? I czy Dumbledore się w tym nie zorientował? Przecież potrafi chyba wychwytywać tak oczywiste złośliwości.

– Jesteś pewna, że powiedziała, że ja dostałam w głowę, a nie na przykład ona?

– Jak tego, że tu stoję – odparła Ermengarda, ostrożnie przysiadając na łóżku.

– Już nie stoisz – mruknęła Minerwa. – A mnie nic nie jest. Widocznie doszło do jakiegoś nieporozumienia.

Nie wiedziała, co o tym sądzić. Nie była pewna, czy to nie jakiś podstęp. W mugolskiej szkole, do której chodziła wcześniej, jeżeli kogoś nie lubiano, musiał stale mieć się na baczności. Nie przypuszczała, by Hogwart bardzo się pod tym względem różnił. Ostatnią rzeczą na jaką miała ochotę, było spotkanie z profesorem Dumbledore’em. Czuła, że jeśli teraz go zobaczy, spali się ze wstydu. Może celowo ją podpuszczają, żeby do niego poszła?

– Wiem tyle, co mi powiedzieli – odrzekła Ermengarda.

– Profesor Dumbledore kazał ci tu przyjść? – zapytała Minerwa, starając się, by jej głos brzmiał obojętnie.

– Mhmm. Chociaż w sumie i tak miałam cię szukać, bo mi się gdzieś po torbie jakieś zawiadomienie dla ciebie plątało. ALe nie wzięłam torby, więc później ci dam.

– Jakie zawiadomienie? – Minerwa zaczynała powoli tracić cierpliwość. Pewnie zaraz okaże się jeszcze, że tak właściwie, to Ermengarda miała jej przekazać, że wylatuje ze szkoły.

– Aaa, chyba o tym szlabanie, co masz go mieć w każdą sobotę, do końca semestru. I o tym, że nie możesz uczestniczyć w uczcie w Noc Duchów.

– Więc tylko o to chodziło, tak? – spytała Minerwa z nadzieją, że rzeczywiście chodzi jedynie o szlaban, a reszta to jakieś wymysły Delii, które okażą się nieistotne.

– No nie – powiedziała Ermengarda, nie okazując choćby najmniejszych oznak zniecierpliwienia. – Cały czas ci mówię, o co chodzi. Masz pójść do profesora Dumbledore’a.

– Teraz mam pójść?

– No a kiedy? Nie w przyszłym roku przecież, nie?

Minerwa z rezygnacją sięgnęła po grzebień. Mama zawsze mawiała, że co się odwlecze, to nie uciecze, a spotkanie z Dumbledore’em zaliczało się do rzeczy zdecydowanie nieuniknionych. Bardzo nie chciała jednak, by musiało to być dzisiaj, ale skoro została wezwana, jak uparcie twierdziła (jakby nie patrzeć) prefekt gryffindoru, nie było wyjścia. Może to i lepiej? Przynajmniej będzie po wszystkim.

Przez chwilę walczyła z włosami, usiłując je związać, lecz kilka upartych kosmyków nie zachowywało się tak, jak sobie tego życzyła. Nic, począwszy od tej głupiej zapałki, a na własnych włosach skończywszy, nie chciało jej dziś słuchać. Ermengarda obserwowała ją bez skrępowania, wpatrywała się w nią z intensywnością, która sprawiała, że ciarki przechodziły jej po plecach.

– Daj to, bo cię tu śmierć zagryzie. Już po kolacji jest – mruknęła w końcu, przysuwając się i wyjmując Minerwie z rąk grzebień i wstążkę. Minerwa szczerze wątpiła, by Ermengarda wiedziała, jak używa się takich rzeczy, a nawet jeśli, to czy zdąży się z tym uporać do północy, lecz mimo wszystko, nie zamierzała być nieuprzejma, kiedy ktoś oferował jej pomoc. Poza tym, każda chwila zwłoki dawała szansę na jakieś wydarzenie, które mogło spowodować, że tego wieczora nie musiała by nigdzie iść. Na przykład jedna z zamkowych wież mogła się zawalić, albo któremuś z uczniów, najlepiej z Gryffindoru mogła przyjść do głowy ucieczka ze szkoły i wszyscy, a już w szczególności profesor Dumbledore, tym by się zajęli.

Zganiła się w duchu za wymyślanie takich głupot. Żadna wieża się nie zawali (wszystkie wyglądają bardzo solidnie), ani nikt nie ucieknie ze szkoły i czy jej się to podoba, czy nie, będzie musiała pójść do profesora. Nawet jeśli Errmengarda zrobi coś niedobrego z jej włosami, czego przecież nie można wykluczyć. Po co w ogóle gmera w nich różdżką?

Minerwa nagle przestraszyła się nie na żarty. W szkole, do której chodziła wcześniej, nowym dziewczętom ukradkiem obcinano włosy, albo przyczepiano do nich rzepy, co uważała za absolutnie okropne. Jej to wprawdzie nie spotkało; nikt nie ośmielił się dokuczać córce miejscowego pastora, ale tu nikt jej nie znał. Że też o tym nie pomyślała. Kto wie, jakie tradycje panują w Hogwarcie.

– Wiesz co? Jednak sama się tym zajmę – powiedziała, próbując się odwrócić, ale Ermengarda przytrzymała ją za ramiona swymi dużymi, ciepłymi dłońmi.

– No nie, teraz to mi się nie ruszaj – rzekła spokojnie. – Czemu jesteś taka niecierpliwa? Jak ty masz właściwie na imię?

– Nie jestem niecierpliwa – odparła natychmiast Minerwa, prostując się z godnością.

– Jesteś, jesteś. Już cię roznosi, a tego się za dwie sekundy nie zrobi przecież, nie?

Minerwa miała wielką ochotę odpowiedzieć, że owszem, zrobi się, lecz w ostatniej chwili ugryzła się w język. Zadzieranie z prefektem własnego domu, mimo wszystko nie wydawało jej się najlepszym pomysłem. No i ostatecznie jej również nie udało się związać włosów w dwie sekundy. Prawdę mówiąc, w ogóle jej się nie udało, więc powiedzenie tego byłoby niesprawiedliwe wobec Ermengardy, która chyba jednak rzeczywiście chciała pomóc.

– Wybacz, po prostu wolałabym mieć już za sobą spotkanie z profesorem.

– A czym ty się przejmujesz? Pójdziesz, wyjaśnisz to i tyle. 

Minerwa bardzo chciała, żeby było to tak proste, jak twierdziła Ermengarda, ale Ermengarda nie widziała, co wydarzyło się na transmutacji, więc nie rozumiała wagi problemu. Sama na pewno nie chciałaby pokazywać się profesorowi, gdyby przypadkiem omal nie pozabijała swoich koleżanek i kolegów żelaznym prętem.

– A jak masz na imię? – ponowiła pytanie Ermengarda. Krótkie “Och”, jakie z siebie wydała, gdy otrzymała odpowiedź, było najbardziej zbliżonym do naturalnej, ludzkiej mowy dźwiękiem, jaki do tej pory Minerwa usłyszała w jej wykonaniu.

– Co? Przecież moje imię chyba nie jest dziwniejsze od niektórych tutaj – żachnęła się.

– Dziwne to ono może i nie jest, ale rzadko się je nadaje, bo ludzie wierzą, że czarownica, która je nosi, weźmie udział w wojnie. Nie słyszałaś o tym?

– Nie słyszałam. Poza tym, to mi wygląda na jakieś brednie – odrzekła ostro Minerwa. Ojciec ciągle powtarzał, że nie ma większego głupstwa, niż te wszystkie przesądy i przepowiednie, że wiara w nie, uczciwych ludzi wpędza w kłopoty.

– Pewnie, że brednie, ale tak się przyjęło – powiedziała Ermengarda. – Czasem ludzie wbiją sobie coś do głowy, a czy to ma sens, czy nie, to już ich mało obchodzi. No, zobacz do lustra, czy tak może być.

Minerwa zdziwiła się niezmiernie, widząc swoje odbicie w lustrze. Jej włosom nic nie dolegało, były po prostu splecione w elegancki warkocz.

– Dziękuję – powiedziała, z trudem powstrzymując się, by na głos nie przeprosić Ermengardy za to, co sobie wcześniej myślała.

– Nie ma za co. – Ermengarda wstała powoli i z prędkością wyjątkowo rozleniwionego żółwia, skierowała się do drzwi. – Jakbyś coś chciała, zawsze możesz do mnie przyjść.

– Dobrze – odpowiedziała Minerwa, ruszając za nią równie powolnym krokiem. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego co robi i natychmiast przyspieszyła, nie chcąc, by Ermengarda pomyślała, że się z niej naśmiewa. Spokój tej dziwnej dziewczyny zaczynał jej się udzielać. Może i wszystko się jakoś poukłada?

***

Profesor Dumbledore nie był na nią ani trochę zły, aż zaczęła się zastanawiać, co trzeba zrobić, żeby wyprowadzić tego człowieka z równowagi. Mama denerwowała się bardzo łatwo. Niekiedy wystarczyło zrzucić coś ze stołu w wyniku niekontrolowanego użycia magii. Minerwa dobrze pamiętała potężną awanturę sprzed kilku miesięcy, gdy jej brat Malcolm niechcący sprawił, że wszystko w salonie pokryło się grubą warstwą śniegu. Największy problem polegał na tym, że udało mu się to zrobić jakieś pięć minut przed przyjściem zaproszonych na obiad gości. Mama musiała wyjąć swoją różdżkę i posprzątać, co na resztę dnia wprawiło ją w fatalny nastrój.

Tata był dużo bardziej cierpliwy, ale na pewno nie zachowałby spokoju, gdyby dowiedział się, że jego córka zdążyła już uciec ze szkoły i narazić na niebezpieczeństwo swoich kolegów. Właśnie… Ciekawe, czy Dumbledore wysłał już list do jej rodziców. Na samą myśl coś przewróciło jej się w żołądku. Nie miała jednak czasu, by się tym teraz martwić. Musiała skupić się na tym, co mówi do niej profesor, a mówił dużo. Powiedział między innymi, że takie wypadki się zdarzają i, że nie świadczą w żadnym razie o braku zdolności, wręcz przeciwnie. Tłumaczył, że Hogwart powstał po to by młodzi czarodzieje mogli bezpiecznie rozpoznawać swoją moc, uczyć się nad nią panować. Minerwa znów dostrzegła w jego oczach pewien charakterystyczny błysk, który, jak jej się wydawało, pojawiał się, kiedy coś go szczególnie cieszyło. Widocznie naprawdę lubi uczyć.

– Chcę, żebyś jeszcze raz spróbowała rzucić to zaklęcie – oświadczył. – Tak, jak zrobiłaś to na zajęciach. Zobaczymy w czym rzecz.

Minerwa nie była przygotowana na taki obrót sprawy. Profesor może sobie twierdzić, że takie wypadki nie są niczym nadzwyczajnym, ale na dziś miała tych wypadków zdecydowanie dość. Prawie otworzyła usta, z zamiarem powiedzenia, że może lepiej, by nie rzucała już dzisiaj żadnych zaklęć, lecz nagle wydarzyło się coś, co całkowicie zbiło ją z tropu. Dumbledore spojrzał w okno. Najwidoczniej zobaczył tam coś interesującego, bo patrzył przez dobrą chwilę, aż zaczęła się zastanawiać, czy nie zapomniał o jej obecności.

– Widziałaś kiedyś feniksa? – zapytał, odwracając się w końcu i spoglądając na nią z uśmiechem.

– Nie – odparła ze zdumieniem Minerwa. – To one naprawdę istnieją?

– Istnieją, choć są rzadko spotykane. Zaraz zobaczysz. Tylko się nie przestrasz.

Miała ochotę natychmiast powiedzieć, że nie ma najmniejszego zamiaru się przestraszyć, bo przecież nie była dzieckiem ani trochę strachliwym. Niektóre dziewczynki z jej poprzedniej szkoły bały się dosłownie wszystkiego; pająków, myszy, psów. Minerwa nigdy tego nie rozumiała. Co jest takiego strasznego w małej, szarej myszce, która zwykle ucieka, kiedy się na nią patrzy? Albo w pająku, który żyje sobie w jakimś ciemnym kącie i nikomu nie wchodzi w drogę? A jeszcze muchy wyłapuje. Aż głupio bać się takich stworzeń. Przyszło jej na myśl, że być może, w świecie czarodziejów, ludzie boją się feniksów i dlatego profesor tak powiedział. Ostatecznie postanowiła nic nie mówić. Dumbledore był jak narazie jedynym dorosłym chętnie objaśniającym jej rzeczy, z którymi stykała się po raz pierwszy. Mama opowiadała im czasem o Hogwarcie, ale wszystko zależało od jej nastroju. Bywały dni, w których choćby najdrobniejsza wzmianka o magii wprawiała ją w złość i zadając jakieś pytanie, nie można było mieć pewności, że nie trafiło się akurat na taki niedobry dzień. 

Dumbledore jednym machnięciem różdżki otworzył okno, wpuszczając powiew wilgotnego, wieczornego powietrza. Minerwa dostrzegła na ciemnym niebie złocisty punkt, który przybliżał  się z dużą szybkością. Po kilku sekundach była już w stanie rozpoznać sylwetkę ptaka.

– Dlaczego on tu leci? – zapytała, wychylając się w stronę okna, by lepiej się przyjrzeć.

– Mieszka tu. To mój dobry przyjaciel.

Ptak wleciał przez okno z dużym impetem i wydając z siebie wysoki pisk, kilkakrotnie obleciał gabinet dookoła. Minerwa wstrzymała oddech. Już rozumiała, co miał na myśli profesor; można się było naprawdę nieźle przestraszyć. Gorący podmuch, gdy feniks przelatywał obok niej, niemal wbił ją w oparcie fotela. W końcu wylądował na biurku i spojrzał na nią okiem przywodzącym na myśl diament.

– Gdzieś ty się włóczył? – odezwał się Dumbledore. Minerwa z fascynacją patrzyła, jak wyciąga rękę i długimi palcami gładzi szkarłatną głowę ptaka.

– Znowu latałeś na Antarktydę topić lodowce? No proszę cię… W końcu narobisz sobie kłopotów. – Feniks lekko przechylił głowę i zaskrzeczał w odpowiedzi, zupełnie tak, jakby się droczył. Niespodziewanie dla samej siebie, Minerwa zaśmiała się w głos, pierwszy raz od przyjazdu do Hogwartu.

– Ale jest piękny – powiedziała, nie panując zupełnie nad brzmieniem własnego głosu, w którym cień wesołości odznaczał się bardzo wyraźnie. Dumbledore spojrzał na nią znad okularów połówek.

– A jednak można panią rozweselić, panno McGonagall – powiedział, odgarniając sobie z twarzy kosmyk kasztanowych włosów.

Feniks usiadł na biblioteczce i zaczął czyścić pióra. Minerwa zastanawiała się, czy jej przypadkiem nie podpali, ale nic takiego się nie wydarzyło.

– Dobrze, wróćmy do naszej zapałki – rzekł pogodnie Dumbledore i położył przed nią małe drewienko. Nie namyślając się zbyt wiele, Minerwa rzuciła zaklęcie. Zapałka zmieniła się w igłę grubości ramienia, zajmującą cały blat biurka.

  – Doskonale – pochwalił ją Dumbledore.

– Doskonale? – Minerwa z zażenowaniem patrzyła na swoje dzieło. – Profesorze, niedźwiedzia by tym zabił.

Dumbledore podniósł igłę i zważył w dłoniach.

– Może nawet górskiego trolla – stwierdził. – Ale mamy to, o co nam chodziło. Wkładasz w to za dużo mocy. Tak prosta transmutacja nie wymaga jej aż tyle.

– Nie wkładam w to za dużo mocy – odparła Minerwa. – Wcale o tym nie myślę. Nie wiedziałam, że trzeba.

Dumbledore wstał i zaczął krążyć po gabinecie.

– Zwykle w przypadku czarodziejów rozpoczynających naukę, nie jest to istotne. Większość na początku nie potrafi uwolnić na zawołanie choćby niewielkiej ilości mocy. Wygląda na to, że u ciebie jest inaczej. Spróbuj teraz zmienić tę igłę w igłę normalnej wielkości.

– Nie znam formuły zaklęcia – odrzekła niepewnie Minerwa.

– Nie ważne. Zmieniając owcę w psa, też nie znałaś formuły.

Och nie, znowu ta owca! Czy profesor będzie ją tym dręczył już zawsze?

– Zrób to tak, jak wydaje ci się, że powinno być zrobione.

Minerwa wzięła różdżkę i skoncentrowała się na igle. Nagle dotarło do niej z całą mocą, że wszystko, co ją otacza, zbudowane jest z tych maleńkich cząsteczek, o których wspominali dziś na zajęciach, a skoro zbudowane jest z cząsteczek, można to zmienić, ona potrafi to zmienić, kształtować jak jej się podoba, rzeźbić jak w lipowym drewnie. Widziała utkwione w niej, uważne spojrzenie profesora, lecz nie przejmowała się tym. Właśnie odkryła coś fascynującego. Magia, której sama była źródłem, łagodnie mrowiła w palcach. Nie czuła tego wcześniej. A może czuła, lecz nie zwracała uwagi?

– Nie wiem jak tego nie zrobić ze zbyt dużą siłą – powiedziała w końcu. – Wiem, że znowu przesadzę, ale nie potrafię nad tym zapanować.

Dumbledore ostrożnie ujął dwoma palcami jej nadgarstek, zmuszając ją by wykonała różdżką kilka okrężnych ruchów. Mrowienie zelżało do poziomu, który wydał jej się odpowiedni.

– Właśnie to mają na celu konkretne gesty, przypisane do  poszczególnych zaklęć. Sama to wyczujesz. Spróbuj teraz.

Minerwa nieświadomie ścisnęła mocniej różdżkę, kierując jej koniec na igłę. Igła rozpuściła się, jakby była z lodu. W powietrzu uformowała się nowa, o połowę mniejsza i cieńsza, niż poprzednia.

W ciągu następnych kilku minut opanowała zmienianie zapałki w igłę, deskę, a nawet żelazny pręt dowolnej wielkości. Później zaczęła się już bawić, zmieniając igłę w szpilkę do włosów z elegancką główką, albo zapałkę w deskę pomalowaną na różne kolory.

Tak się tym zmęczyła, że nie była pewna, czy da radę wstać z fotela, nie mówiąc już o dowleczeniu się do własnej sypialni..

– Obawiam się, że program przewidziany dla pierwszego roku nie jest tym, czym powinnaś się  zajmować podczas zajęć z mojego przedmiotu. Zastanowię się, co z tym zrobić. A teraz wracaj do siebie. Zdaje się, że jesteś wykończona.

Życzyli sobie dobrej nocy. Feniks zaskrzeczał przyjaźnie, choć łebek miał schowany pod skrzydłem i wszystko wskazywało na to, że śpi. Minerwa zatrzymała się w drzwiach, przypominając sobie o czymś, o czym udało jej się zupełnie zapomnieć. Sprawa, choć nieprzyjemna,  wymagała jednak, by się nią zająć.

– Panie profesorze, jeszcze jedno.

– Tak?

– Panna Pince wspominała mi, że mam szlaban w każdą sobotę, do końca semestru. Akurat nie miała przy sobie notatki z dokładną  informacją, a nie chciałabym jej o tej porze niepokoić. Jutro sobota i wolałabym wiedzieć..

– Dobrze, już sprawdzam. Powinienem gdzieś to tutaj mieć.

Z jednej z szuflad wyjął teczkę, jak Domyśliła się Minerwa, opatrzoną jej nazwiskiem. Otworzył ją i przez chwilę czytał coś, co musiało znajdować się na wierzchu. Kiedy na nią spojrzał, miał bardzo osobliwą minę, trudno było stwierdzić co wyraża.

– Dziś o północy masz iść z Profesorem Slughornem do Zakazanego Lasu. Niektóre rośliny można zbierać tylko w nocy – dodał, chyba w reakcji na jej zaskoczenie.

– Dobrze, dziękuje panie profesorze – odrzekła, zastanawiając się w duchu, czy Slughorn będzie na tyle uprzejmy, żeby ją z tego lasu przynieść, jeśli zdarzy jej się po drodze paść i nie wstać. Niespodziewanie nasunęło jej się coś jeszcze, wspomnienie sprzed wielu lat, gdy ojciec upomniał ją, że nie wolno się bawić zapałkami. Nie robiła wtedy nic szczególnego, układała z nich jakieś kształty, ale tata bardzo się bał, że może niechcący coś podpalić. Dobrze, że do końca nie docierało do niego, że podpalić coś może i bez zapałek. Gdyby dziś ją zobaczył, pewnie byłby przerażony. Zacisnęła usta w wąską kreskę. Jej względnie poukładany świat właśnie zmieniał się w kruchą konstrukcję z zapałek i nie była w stanie nic na to poradzić.

Autor Elanor
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 302
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!