Ocaleńcy

Ciche dźwięki gitary bezproblemowo przebijały się przez mur ciszy, który powstał między nimi. Gwałtowne przerwanie spokoju spowodowało, że siedzący przy ognisku mężczyzna podniósł wzrok. Zogniskował swoje spojrzenie na instrumencie, który wydawał z siebie przyjemne dla jego uszu tony. Delikatnie szarpnięcia strun uspokajały go i koiły niedawno wezbrane nerwy. A gdy i te zaczęły niespiesznie opuszczać jego ciało, poczuł gwałtowne uderzenie zmęczenia. Zupełnie, jakby zaraz miał paść.

Był zmęczony, a może nawet wyczerpany. Na początku opierał się o karabin, który oddzielał go od chłodnej powierzchni kamienia wbitego w piasek za nim. Kiedy pozycja okazała się dla niego niezbyt wygodna, ściągnął broń z pleców, o mało nie zaplątując się w grube pasy. Przeklął, gdy zmuszony został do ściągnięcia zarówno jej, jak i niewielkiej torby. Dopiero wtedy udało mu się rozplątać te dwie rzeczy i ulokować je po obydwu stronach swojego ciała. Nie chciał po raz kolejny się z nimi bawić. Tym bardziej w sytuacji faktycznego zagrożenia, gdyby przyszło mu szybko po którąś sięgnąć.

Poprawił się, gdy poczuł pierwsze dreszcze. Starał się je zignorować, a im niebo robiło się ciemniejsze, tym okazywało się to trudniejszym zadaniem, niż się spodziewał. Temperatura szybko spadała, ale kim byłby, gdyby przyznał się do takiej słabości? Nie leżało to w jego naturze, dlatego mocno zacisnął zęby i zaplótł ręce na torsie, aby choć trochę ogrzać zmarznięte palce. Zmuszał się do utrzymania swojego ciała rozluźnionego, aby drżenie nie zdradziło jego wychłodzenia.

— Nie uważasz, że powinniśmy już wracać? — Spytał jego towarzysz, zwracając tym samym uwagę starszego na swojej osobie. Zmrużone oczy najpierw dostrzegły opuszczaną dłoń, która do niedawna szarpała za struny, a dopiero później zaintrygowane spojrzenie.

— Kazali nam tu siedzieć. — Odparł, wyraźnie skrzywiając się na myśl o swoich pracodawcach. Choć może było to też spowodowane odczuwalnym chłodem. — Prawdopodobnie już spisali nas na straty.

— Tak uważasz?

— W przeciwnym wypadku dostalibyśmy nakaz powrotu. Zaraz się ściemni. — Zauważył niechętnie. — Mieliśmy na tyle szczęścia, że zdołaliśmy rozłożyć się tutaj, a nie w lesie gdzie spotkalibyśmy Poczwarki.

Ciężkie westchnienie zwróciło jego uwagę. Gitarzysta wyraźnie zmarnowany opuścił na chwilę głowę, uniemożliwiając drugiemu mężczyźnie podziwianie intrygujących go brązowych oczu. Byli tu tylko we dwóch, więc mogli polegać jedynie na sobie i doskonale zdawali sobie z tego sprawę. A nic tak nie zdradzało zamiarów drugiego człowieka, jak własne ślepia, w których odbijała się dusza.

Poza wrotami byli łatwym celem. Choć, gdyby zawędrowali w stronę drzew, sytuacja wyglądałaby jeszcze gorzej. Szczególnie że posiadali przy sobie zawodny sprzęt, który w każdej chwili mógł odmówić im współpracy. A wtedy staliby się kompletnie bezbronni i zdani na niełaskę bestii, które z chęcią rozprułyby im brzuchy.

Tak to odpoczywali przy brzegu. Na piasku, który wrednie wślizgnął im się do butów i drażnił ich stopy swoją szorstkością. Z kolei za ich plecami rozciągał się ocean, który odgłosem uderzanych fal przypominał o swojej obecności. Zimny wiatr był lepiej wyczuwalny i niepowstrzymywany przez żadne naturalne bariery. W ten sposób mógł bezproblemowo skierować się w stronę ochładzającej się wody. Powiew ochładzał ich ciała a ognisko, które rozpalili tuż przed zmrokiem, dawało im niewielką, ale ciepłą namiastkę. Choć musieli pilnować, aby języki ognia nie dosięgły ich butów.

Co prawda obydwaj marzli, ale żaden nie zamierzał, chociażby napomknąć słowa na ten temat. Udawali przed sobą, że byli twardsi niż w rzeczywistości, a takie warunki ich nie przerastały.

Kolejne szarpnięcie strun widocznie ich rozluźniło. Co prawda w niewielkim stopniu, ale mimo to pozwolili sobie na chwilę zapomnienia i oderwania od ponurej rzeczywistości. Opierający się o kamień skorzystał z chwili i wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Przyjrzał się jej, a chwilę później rozsunął bandaże w okolicach swoich ust. Umożliwił sobie wsadzenie jednego z niegrubych paluszków między swoje wargi, co szybko wykorzystał. Nie musiał go odpalać, wystarczyło, że znalazł się między jego wargami.

I już miał schować kartonik do kieszeni, gdy przypomniał sobie o dodatkowej obecności. Niechlujnie wyciągnął rękę z fajkami w stronę swojego towarzysza, zachęcając go delikatnym potrząśnięciem pudełka. Ten jednak nie skorzystał z zaproszenia i podziękował gestem dłoni, kiwając przecząco głową. Starszy miał ochotę się zaśmiać, gdy dostrzegł jego niezadowolony grymas.

— Anh. — Gitarzysta zwrócił jego uwagę po tym, jak schował papierosy do jednej ze swoich kieszeni. Skrzyżowali spojrzenia, co pozwoliło mu na kontynuowanie zaczętego wątku. — Jak to się stało, że tu trafiłeś?

Na chwilę zapadła cisza. Wydawało się, że starszy z mężczyzn potrzebował chwili na przemyślenie tego, co mógł powiedzieć.

— Jak wpadłem na resztę ocalałych i ten cały obóz? — Prychnął, a kącik jego ust drgnął ku górze. — Musi ci naprawdę zależeć na podciągnięciu rozmowy, skoro pytasz o taki bezsens. No, ale skoro to aż tak cię interesuje, to mogę co nieco powiedzieć.

Niedaleko, wręcz na wyciągnięcie jego ręki znajdowały się grube gałęzie. Gdy wziął jedną z nich, uważnie ocenił jej jakość. Uznał, że była kompletnie do niczego, dlatego też rzucił ją w ogień. Płomienie niespiesznie namierzyły kolejny fragment opału, którego niedługo później przykryły swoim gorącem. A wspomniany mężczyzna, utkwiwszy spojrzenie w językach ognia, kontynuował.

— Po moim urodzeniu ktoś z góry postanowił, że będzie to idealna okazja do sprawdzenia ludzkiej wytrzymałości. — Westchnął męczeńsko, sięgając po kolejny kawałek drwa, aby i jego strawiły języki ognia. — Porwano mnie z sierocińca. Tak na dobrą sprawę były w nim lepsze warunki do wychowania dziecka niż w niejednym domu. — Prychnął fałszywym rozbawieniem, nie odrywając spojrzenia od pękającego drewna. — Oczywiście nikt nie próbował mnie szukać. Sprawa szybko została zamieciona pod dywan, a ja robiłem dobrą minę do złej gry. Nawet jako dzieciak nie wyszedłem ze swojej roli…

— Czemu cię nie poszukiwali? — Wciął mu się w opowieść młodszy, nawet nie zorientowawszy się, kiedy przestał przygrywać cichą melodię. — Musiałeś zostać zapisany w jakimś rejestrze czy czymś podobnym. Musiałeś i nie mogłeś zniknąć jak jakiś duch. Powinni się zorientować, że coś było nie tak.

— Proste. Nie będą narażać się rządowi. — Wzruszył bezradnie ramionami, a po chwili uniósł spojrzenie, wychwytując niezrozumiały grymas na twarzy swojego rozmówcy. — Porwał mnie jakiś specjalny oddział. Nie wiem, dlaczego postanowili akurat mnie, ale chyba już nigdy nie przyjdzie mi poznać odpowiedzi na to pytanie. — Chwycił papierosa między palce, odsuwając go od swoich ust. — Ogólnie to tresowali mnie jak psa. Od najmłodszych lat byłem uczony posłuszeństwa oraz ślepego dążenia za rozkazami. Dowódcy, którzy akurat sprawowali nade mną pieczę, byli dla mnie jak bogowie. A ja chciałem się z nimi zrównać, dlatego nie protestowałem, gdy zamiast wychowania fundowali mi tresurę. — Wzruszył ramionami, zupełnie jakby kwestia wychowania w żaden sposób go nie ruszyła. — No, ale w końcu im się znudziła moja obecność i wrzucili mnie do zamkniętego przydziału. Było to… Takie swoiste wylanie mi na łeb lodowatej wody, ponieważ wyszkolony wśród żołnierzy idealnych, nie miałem dostępu do sekcji odrzuconych. A gdy znalazłem się między nimi… Powiedzmy, że musiałem boleśnie się przestawić, aby przetrwać.

— Jesteś z Wietnamu, prawda? — Widząc, jak starszy pokiwał potwierdzająco głową, kontynuował. — Walczyłeś na froncie?

— Ta, kilka razy i to z pozostałymi zdyskwalifikowanymi. — Uśmiechnął się na to wspomnienie. — Byliśmy podobni. Cechowała nas podobna albo nawet ta sama przeszłość. Siłą przedarliśmy się do pewnego punktu kontrolnego i w nim koczowaliśmy, czekając na wsparcie. W tym momencie, po tym wszystkim… — Pokręcił dłonią kilkukrotnie, insynuując wszystkie te katastrofy, które zaskoczyły ludzkość i przyczyniły się do zmiany ich codzienności. — Prawdopodobnie został on zrównany z ziemią.

— Co sprawiło, że odszedłeś?

Pytanie zawisło między nimi, a niewypowiedziane ostrzeżenie mignęło w oczach Anha. Iskra, która pojawiła się w jego spojrzeniu, podsycona została przez języki ognia, odbijające się w jego zaszklonym spojrzeniu. Atmosfera wokół nich nagle zgęstniała, co sprawiło, że gitarzysta mocniej zacisnął palce na swoim instrumencie. Dopiero moment, w którym starszy przeniósł swoje mrożące krew w żyłach spojrzenie na ognisko, sprawił, że Arab odetchnął. Takiej nienawiści jeszcze nie doświadczył i szybko pożałował swojej ciekawości. Szczególnie gdy zamiast gniewu dostrzegł u swojego towarzysza zrezygnowanie, zamanifestowane zmęczonym westchnięciem.

Miał się nawet wycofać i zaproponować pominięcie niewygodnego tematu, ale wtedy Wietnamczyk podniósł na niego wzrok. Wtedy też poznali, że nie było już odwrotu, jak i pewności co do tego, czy udałoby im się dożyć poranka. A w ten sposób jeden zdoła się w pewien sposób oczyścić, podczas gdy drugi zaspokoi swoją ciekawość.

— Był pewien wypadek… Choć może powinienem nazwać to zamachem. — Mruknął niechętnie. Jego głos był cichszy niż pękające od gorąca drewno. — Wtedy, gdy mianowano mnie kimś pokroju dowódcy, paru osobom się to nie spodobało. Nie wiedzieli, dlaczego to właśnie ja zasłużyłem sobie na ten wątpliwy zaszczyt. — Zerknął w bok, wprost na zachodzące słońce. — Pojawili się pierwsi buntownicy. Kroczyli w moją stronę z ukrytymi pod rękawami ostrzami, aby wbić mi je w pierś, gdy nie patrzyłem. Na szczęście żaden nie zdołał mnie tym zabić.

— Czekaj, chcesz mi powiedzieć, że twoi właśni ludzie próbowali cię uśmiercić?

— Coś w tym stylu. Choć nie zawsze im to wychodziło. Przynajmniej do czasu, aż nauczyli się obsługiwać benzynę i zapalniczkę… — Zaśmiał się sucho, nie odwracając spojrzenia. — Podpalili mój dom, kiedy akurat byłem w środku i odsypiałem kilka nieprzespanych nocek. Całe szczęście udało mi się w porę ocknąć, uciec i nie spłonąć na miejscu… — Uniósł swoją rękę trochę ponad poziom swoich oczu. Ochronił je tym samym przed ostatnimi promieniami słońca. — Cóż… W każdym razie nie całkowicie.

W tym momencie Tamar zmarszczył w skupieniu brwi. Słowa mężczyzny sprawiły, że zrozumiał, co ten miał na myśli, gdy przyjrzał się mu uważniej. Do tej pory fakt, że jego towarzysz był cały w bandażach, raczej go nie dziwił. Miał przecież prawo decydować o tym, jak wyglądał i w co się ubierał. I właśnie ta chwila uświadomiła młodszemu, jak bardzo zaślepiony i głupi się okazał. Od razu założył, że noszenie przez starszego opatrunków na całym ciele było czymś zamierzonym. I może, gdyby miał je tylko na rękach, to Arab nie zwróciłby na to aż takiej uwagi. W momencie, w którym cała jego skóra pozostawała owinięta, powinno to dać gitarzyście do myślenia.

Wzrok gitarzysty tak bardzo parzył, że mężczyzna nie był w stanie go dłużej ignorować. Sprawiło to, że skrzyżowali ze sobą spojrzenia. Turkusowe, otoczone nieco już poszarzałym materiałem oczy, spotkały się z tymi ciemnymi, które rozszerzyły się w szoku. Do tej pory blizny na twarzy starszego nie wydawały mu się podejrzane, szczególnie że zazwyczaj nie były one aż tak widoczne. W tamtym momencie jego ślepia odróżniały się na tle poparzonej cery, a gdy je mrużył, skóra wokół nich okropnie się marszczyła.

Gdyby nie poznali się wcześniej to możliwe, że młodszy szybko wycofałby się z tego sojuszu. Przynajmniej do czasu, aż nie zorientowałby się, że świat wokół nich jest znacznie straszniejszy od zniekształconej twarzy Anha.

— Mimo tego zapłaciłeś za to okropną cenę. — Dodał z trudem, starając się nie przyglądać jego twarzy aż tak nachalnie, jak do niedawna. Nie chciał, aby mężczyzna czuł się w jego obecności niekomfortowo.

— Utracenie tytułu to było nic. Chyba najbardziej bolesna była ucieczka z miejsca, które ochrzciłem swoim domem… — Spojrzał na chłopaka, w którego oczach odbijało się coś na wzór smutku. — Nie musisz się tym przejmować. Czasu nie cofniemy, a ja już dawno zdołałem się z tym wszystkim pogodzić.

— Masz jakąś… Pamiątkę? Z tamtych czasów?

Westchnął. Po raz kolejny tego dnia, ale pokiwał potwierdzająco głową. Odkopywanie dawno pogrzebanych wspomnień sporo go kosztowało, szczególnie że cudem zdołał się przełamać. Dał radę komuś opowiedzieć o swojej przeszłości. I wbrew temu, co sobie wmawiał, nie został, chociażby wyśmiany. Co prawda dostał za to nic nieznaczącą dla niego litość i współczucie, ale przynajmniej zdołał się otworzyć. A to już stanowiło dla niego jakiś progres.

Zerknął przelotnie na karabin, oparty o jego biodro. Po drugiej stronie znajdowały się gałęzie oraz torba, na którą przez moment się zapatrzył. W końcu chwycił jej pasek i przyciągnął ją do siebie. Otworzył jedną z kieszeni, chwilę w niej pogrzebał, aż w końcu wyciągnął z niej niewielkie, plastikowe pudełko. Otworzył je, a następnie wyjął metalowy przedmiot, który przybliżył do swoich oczu.

— Tylko to. — Mruknął, a następnie uniósł spojrzenie na gitarzystę.

I nim ten zdążył się zorientować, owa rzecz została rzucona w jego kierunku. Cudem złapał ją w locie, a jej chłód sprawił, że mocniej zacisnął palce. Zdziwił się, że jego towarzysz był w stanie bez cienia zawahania się cisnąć czymś takim w niego. Istniało przecież prawdopodobieństwo, że pamiątka odbiłaby się od jego dłoni i wylądowała w płomieniach. Czy naprawdę był w stanie poświęcić coś tak dla siebie cennego?

Widząc jego niecierpliwy wzrok, spojrzał na przedmiot. Jego oczy rozszerzyły się gwałtownie, gdy rozpoznał, z czym miał do czynienia. Harmonijka, wystarczająco ciężka, aby uważać ją za prawdziwą i wytrzymalszą od jej plastikowej wersji. Widział takie kiedyś, gdy był mały. Nawet chciał podobną, ale jego rodzice nie chcieli, aby miał z czymś takim kontakt. Przez ich podejście został zmuszony do nauczenia się grać na gitarze. Co prawda niezbyt mu to przeszkadzało. Lubił grać na większości instrumentów, ale w pewien sposób podcięło mu to skrzydła. Jego płomienne marzenie zostało zduszone w zarodku, a on sam mógł jedynie wycałować swoich rodziców po rękach. Rzekomo chcieli dla niego dobrze, dlatego nie mógł okazać najmniejszego cienia niezadowolenia.

Bogate zdobienia, które odznaczały się wśród metalicznego połysku, sprawiły, że mimowolnie przejechał po nich palcami. Większość z nich była wysokiej jakości, a niektóre naprawdę skomplikowane, co zdradzało, jak wiele czasu musiał mężczyzna poświęcić, aby doskonalić instrument. Sam Arab wyczuwał każde zagłębienie, co uświadomiło mu, że Zabandażowany musiał dbać o przedmiot i rzadko z niego korzystać. W przeciwnym razie ubytki byłyby zapchane prochami i innymi śmieciami, a metal przetarty i niepołyskujący w miękkim świetle ogniska.

— Cóż… Po mojej przeszłości została mi jedynie gitara… Tak to byłem włóczęgą. — Zaczął niepewnie. Czuł się w dziwny sposób zobowiązany do opowiedzenia o swojej przeszłości, pomimo tego, że nie został o to nawet poproszony.

— Mieliby jakiś powód, aby się ciebie pozbyć? — Spytał bez ogródek, ponownie wkładając papierosa między swoje wargi. — Jeżeli chodzi o mnie to możliwe, że wciąż mają do mnie uraz. — Wzruszył ramionami, przesuwając spojrzeniem po swojej własności w cudzych dłoniach. — Pewna sytuacja ciągnie się za mną i wciąż zbiera swoje żniwo.

— Nie jestem pewien… — Przyznał po chwili ciszy. — Może po prostu krzywo się na któregoś spojrzałem i uznali mnie za zagrożenie?

Zabandażowany pokiwał przecząco głową, zgiął nogę w kolanie i oparł na nim swój nadgarstek. Wyglądał na zmęczonego. Na tyle, że nie zmroził młodszego wzrokiem, nie wstał ani nie uderzył go w głowę. Nawet nie spojrzał w jego stronę, ogniskując spojrzenie w rozciągającej się dookoła nich pustce.

— Prawdziwym zagrożeniem są Poczwarki. Nie ty i twoja zdegustowana mina. — Odwrócił w końcu głowę w jego stronę. — Musieliby być głupi, aby wysłać sprawnego człowieka w teren. Brakuje ludzi, a bestyjki z chęcią roznoszą zarazę i powiększają swoją liczebność.

— W takim razie wrócimy cało. — Zauważył jakże naiwnie.

— Chciałbym, aby było to takie proste, jak myślisz.

Noc zbliżała się nieuchronnie, podczas której to mrok coraz chętniej zajmował przestrzeń wokół nich. Próbował otulić ich swoimi cienistymi ramionami, ale skutecznie zostawał odstraszany przez ognisko. Mieli nadzieję, że ogień zdołałby przetrwać do świtu, gdyby niefortunnie nie zauważyli dogasających płomieni. Jeżeli ich jedyne źródło ciepła i światła zgasłoby, nie skończyłoby się to dla nich za dobrze. Szczególnie że ciemne, szare chmury zasłoniły księżyc, co przepowiadało nieszczęście.

— Powinniśmy się obawiać? — Odezwał się dość niepewnie młodszy.

W odpowiedzi Anh jedynie zsunął się w dół. Jego ciało wyprostowało się, niepowstrzymywane przez napięte mięśnie. Głowę oparł na torbie, którą wcześniej oparł kamieniu. Nie chciał, aby nieprzyjemny chłód przedarł się do jego czaszki. Wolał nie obudzić się z bólem głowy, zważywszy na to, że z samego rana będzie musiał być przygotowany na każdą ewentualność.

Dłoń z kolei ułożył na karabinie, przybliżając palce do języka spustowego. Mógł sobie pozwolić na chwilę drzemki. Warunkiem była płytkość jego snu. Musiał być na tyle czujny, aby byle szmer zdołał go obudzić i ostrzec przed potencjalnym zagrożeniem.

Tamar przyglądał się temu z zaintrygowaniem. Wietnamczyk nie wydawał się zaniepokojony tym, że spali na otwartej przestrzeni, a bestie nocy mogły zaatakować ich w każdym momencie i z każdej strony.

Ich jedynymi broniami oraz linią obrony były spluwy. Odbezpieczyli je na wszelki wypadek, aby nie myśleć o tym później. Było to po części niebezpieczne, w końcu zaczęły stanowić realne zagrożenie zarówno dla nich, jak i ewentualnych napastników. Wystarczyło jedynie pociągnąć za spust, aby odebrać komuś życie. Przynajmniej mieli nadzieję, że w chwili, w której niebezpieczeństwo stanęłoby z nimi twarzą w twarz, te nie postanowiłyby się nagle zbuntować.

Gitarzysta westchnął. Wiedział, że rozmowa z mężczyzną dobiegła końca, dlatego uważnie obserwował moment, w którym zakrył on swoje oczy ramiączkiem torby. Był to ewidentny koniec rozklejania się nad własnymi przeszłościami oraz chwila na regenerację. Choć młodszy dość szybko zrozumiał, że skoro jego towarzysz postanowił odpocząć, to ten musiał czuwać. Nad tą marną imitacją obozowiska oraz nimi samymi. Musiał wytrzymać, aż nie zamieniliby się rolami. Do tego czasu musiał nie paść i udawać w miarę rozgarniętego.

Odłożył swój instrument na bok, opierając go o powalony konar, na którym siedział. Gdy o mało nie upadł na jego stopę, przypomniał sobie o tym, co wciąż trzymał w dłoni. Harmonijka była na tyle ciepła, że uświadomiła mu, jak długo musiał ją trzymać. Spojrzał w stronę Wietnamczyka, którego klatka piersiowa spokojnie się unosiła i opadała. Najwyraźniej udało mu się zasnąć, nawet w tak niedogodnych warunkach, w jakich się znaleźli.

Ulokował przedmiot tuż obok swojej gitary. Uważał przy tym, aby go zbytnio nie zabrudzić. Ułożył go ostrożnie na kawałku kory, którą zdobył, odrywając ją od kłody. Przez chwilę nawet zapatrzył się na pamiątkę, pozwalając sobie na chwilę zamyślenia. Wiedział, jak niektóre materialne wspomnienia ze ‘starego życia’ potrafiły być cenne dla jego posiadacza. Dlatego nie chciał dokładać mężczyźnie dodatkowych zmartwień i po prostu prowizorycznie zadbał o instrument, aby oddać go w stanie praktycznie nienaruszonym. Skoro jego towarzysz tak bardzo o niego dbał, to dlaczego on miałby postąpić inaczej? Nadwyrężyłby jego zaufanie, gdyby pozostawił na nim jakikolwiek odcisk swojej obecności.

Zaraz po tym zapatrzył się w ogień, który przykuł jego uwagę na dłuższy czas. Dookoła panował mrok oraz cisza, od czasu do czasu przerywana odgłosem pękającego drewna. Fale miękko uderzały o piasek, sprawiając wrażenie leniwych i niegroźnych. Tak też się czuł, gdy przestał odczuwać zimno, a jego ciało uświadomiło mu, jak bardzo zmęczony był.

Pomimo tego się starał. Próbował wytężać wzrok i wypatrywać ciemnych istot, ale nawet gdyby jakaś stanęła tuż za jego plecami, on nie zauważyłby różnicy. Dlatego zrezygnował z tego pomysłu i wziął się za obserwowanie gorących języków, trawiących grube gałęzie, które niespiesznie zmieniały się w węgiel i popiół. Żar, który muskał jego policzki, gdy nachylił się w stronę ogniska, sprawił, że przymknął powieki. I robił to dopóty, dopóki nie przyłapał się na tym, że coraz dłużej nie uchylał powiek. I nim niebo zdążyło się rozjaśnić, ten padł na ziemię niczym ścięta kłoda, na której do niedawna siedział. Zasnął tak szybko, że nawet nie zdążył zarejestrować swojego upadku.

***

Przeczucie kazało mu uchylić powieki. Coś nie dawało mu spokoju i złośliwie kusiło, aby to zrobić. Bardziej niż zazwyczaj, pomimo tego, że najpierw powinien, choć przez chwilę nasłuchiwać otoczenia. I może, gdyby udało mu się zignorować kuszące szepty, to doszedłby do bardzo cennego wniosku. Poza tym mógł jeszcze chwilę poudawać, że spał. W końcu nadal był zmęczony, co czuł po rozbudzających się ze snu mięśniach.

Uchylił powieki i pierwsze, co ujrzały jego zaspane oczy, było wygaszone palenisko. Dla pewności przysypane piaskiem jakoby miało to przyspieszyć zbijanie temperatury popiołów i innych pozostałości. Gdyby młodszy choć trochę lepiej znał przesadnie ostrożnego Zabandażowanego, wiedziałby, że zrobił to, aby nikt nie zorientował się, kiedy dokładnie wyruszyli przed siebie. Zrobił to, co prawda dość niechlujnie, nawet jak na niego, ale zbytnio nie miał czasu się nad tym rozwodzić. Szczególnie że miał inne rzeczy na głowie.

Gitarzysta podniósł wzrok, gdy coś na drugim planie się poruszyło. I wtedy dostrzegł plecy swojego towarzysza. Wywołało to u niego mieszankę dziwnych, nie do końca pojętych i zrozumiałych uczuć, ale wystarczyło, aby jego serce szybciej zabiło.

Mężczyzna ściągnął swoją kamizelkę kuloodporną, białą koszulę i bandaże, które znajdowały się na jego całym torsie, rękach i głowie. Poparzona i stwardniała skóra odznaczała się wśród niewielkich pozostałości tej zdrowej i nienaturalnie wręcz bladej. Wydawało się, że była ona czymś niepasującym do ogółu postaci Wietnamczyka. Do jego charakteru, odzywek, pomruków i prychnięć, pasowała poniszczona i naznaczona bliznami cera, a nie ta nieskazitelna i delikatna.

Tamar przełknął drżąco ślinę, przyglądając się ciemnym kosmykom, które rzadko kiedy miał okazję ujrzeć. Co on w ogóle pomyślał, jeszcze nigdy nie widział jego włosów, które oklapnięte były po ciągłym przyciskaniu ich do skóry. Nie myślał nawet o tym, aby uciec wzrokiem niżej. Wstydził się tego.

Jego inność była dla niego bolesna. Od zawsze wmawiali mu, że nie powinien, że ciała powinny być w całości zakryte i niedostępne dla cudzych oczu. W jego domu nawet mężczyźni nie mogli się zbytnio afiszować ze swoim wyglądem. Tak na dobrą sprawę nie wiedział, dlaczego tak właśnie było. Mogli chcieć się po prostu wyróżnić, wyglądać na bardziej świętych i przestrzegających niezapisanych, nieistniejących wręcz reguł. A może po prostu u nich to… Schorzenie często występowało? Było przekazywane z pokolenia na pokolenie? Czymś, co wyróżniało się na ich twarzach i skórze i zmuszało do ukrycia tego za wszelką cenę?

I może właśnie to odbiło się to na nim? Lata zakazów i nakazów sprawiły, że pomimo chęci i nastoletniej wręcz fascynacji, nie poddał się pokusie. Wręcz zdusił w sobie to pragnienie, podobnie jak głód, który boleśnie ścisnął go za żołądek.

Opuścił wzrok na chłodny piasek i westchnął ciężko. Chyba za bardzo skupił się na nieprzyjemnych myślach, skoro znowu stracił cały swój entuzjazm. I siedział tak zgarbiony i nieporuszający się nawet o cal do czasu aż nie usłyszał cichego szelestu. Powoli, dość niepewnie podniósł głowę, aby wlepić zgaszone spojrzenie w turkusowe ślepia. Te, nawiązawszy z nim kontakt, skupiły się tylko i wyłącznie na nim.

Poczuł dziwne mrowienie w okolicach swojego brzucha oraz dłoni, które zacisnął mocno w pięści. Rozluźniona twarz, zdradzająca delikatne zatroskanie bardzo różniła się od tej, która widocznie stężała, gdy zogniskowano na niej całą uwagę.

Gitarzysta próbował pozostać niezauważony. Chciał, aby starszy odwrócił się ponownie i nie przyglądał mu się tak dokładnie. Czuł się przed nim kompletnie odsłonięty, pomimo tego, że to mężczyzna zdjął z siebie część ubrań i opatrunków.

Wietnamczyk nieznacznie zmrużył powieki, rozmyślając nad czymś przez chwilę. Nie czuł potrzeby oceniania go. Gdy widział go takiego przygaszonego i z cieniem, opanowującym jego zazwyczaj żywe tęczówki, czuł pewien rodzaj niepokoju. Najpewniej było to właśnie uczucie, które majaczyło na granicy jego źrenic. Zazwyczaj nie przejmował się zdrowiem ani stanem innych, ale tym razem było z nieznanego mu powodu inaczej. Może przez fakt, że pośród tej pustki mieli tylko siebie. A może chodziło o coś innego, z czego żaden z nich nie zdawał sobie sprawy.

Pomimo tego wszystkiego pozwolił sobie na przyjrzenie się nieskalanej żadnymi ranami i zarostem twarzy. Tak różniącej się od tej, którą odznaczał się on. Widział to, jak młodszy się skulił, gdy się o tym zorientował. Prawdopodobnie chciał pozostać niewidoczny, ale Wietnamczyk nie pozwolił mu się tak łatwo wycofać.

Udowodnił mu to spojrzeniem tak palącym, jak płomienie, które niegdyś trawiły jego skórę. Nie starał się o wcześniejszą delikatność, w końcu to on musiał zapanować ponownie nad sytuacją. Gdyby zamyślony Arab musiał bronić jego pleców, prawdopodobnie obydwaj pożałowaliby tej decyzji. I to był powód, dla którego mężczyzna poczuł, że musiał zareagować. Poprawić jego humor albo zrobić cokolwiek innego, aby powróciła jego naturalna ostrożność. Od tego zależało ich życie.

Obawiał się przez chwilę, że to była jego wina. Nie wiedział, czy swoim zachowaniem go jakoś nie obraził, czy może za bardzo się odsłonił i młodszy czuł się winny, że złamał jakieś swoje przykazania. Wietnamczyk co prawda nie orientował się w kulturze innych, nawet swoją własną nie do końca kojarzył. Mimo to naprawdę starał się nie robić ‘zakazanych’ rzeczy. Było to tym bardziej trudne, że nie wiedział, po jak kruchym lodzie przyszło mu kroczyć, skoro nie kojarzył zwyczajów, jakie praktykował jego towarzysz.

Szybko jednak porzucił myśl o urażeniu go, gdy dostrzegł jego rumieńce. Było to trochę utrudnione, zważywszy na ciemniejszą karnację gitarzysty, ale dał radę. Jego baczne przyglądanie się w końcu na coś się przydało. Nieznacznie uniósł kącik ust, wiedząc, że mógł sobie pozwolić na taki gest. W jego oczach odbiło się rozbawienie, połączone z nieznacznym rozczuleniem. Choć na początku w turkusowych ślepiach odznaczyło się zaskoczenie, pomieszane z niewielką domieszką rozśmieszenia. Co prawda ledwo dostrzegalnego, ale zwężone źrenice zdawały się śmiać z jego reakcji. W końcu nie zawsze miał do czynienia z zawstydzonym chłopakiem.

Jego towarzysz szybko obrócił głowę, przeczuwając, że został zdemaskowany. Nie mógł poradzić, że pomimo swojej wstrzemięźliwości, jego organizm postanowił samoistnie zareagować. Nie musiał zjeżdżać wzrokiem na tors Anha, aby dostrzec przeciągłe blizny, które podobnie jak na jego plecach, zastąpiły zdrową tkankę. Ślady po obszernych poparzeniach stanowiły żywy dowód jego przeszłych cierpień. Samo to jakoś szarpnęło delikatną strunę w jego ciele.

Zresztą taki widok, niezakryty przez warstwy bandaży i ubioru, pozostawał poza jego zasięgiem, aż do tej krótkiej chwili. Jednak nie chciał wlepiać w niego natarczywego spojrzenia i starał się ukrócić ten moment do niezbędnego, ale zawstydzającego minimum. Nie zważał na to, że mógł tego żałować, ponieważ sytuacja mogła skończyć się tak, że nigdy więcej nie zobaczyłby się z Wietnamczykiem. Ku swojemu zdziwieniu, praktycznie w ogóle o tym nie myślał. Świadomość tego, że większość świata uległa masowej mutacji, a ich życiu groziło prawdziwe niebezpieczeństwo, jakoś wyparowała. Może to po prostu w obecności drugiego mężczyzny czuł się na tyle pewnie i bezpiecznie, że podświadomie pozwalał sobie na chwilę zapomnienia.

Arab zaczął zbierać swoje rzeczy, które miał najbliżej, tuż przy ręce. Wraz z gitarą, którą mocno trzymał za gryf, dźwignął się na proste nogi. Co prawda o mało się nie przewrócił, gdy instrument okazał się cięższy, niż zapamiętał, ale mimo to dał radę nie upaść na konar drzewa. Kompletnie zapadłby się pod ziemię, gdyby Anh zobaczył jego potknięcie.

Gdy zbierał z ziemi karabin, czyli ostatnią rzecz ze swojego wyposażenia, przez przypadek potrącił nim niewielki, metalowy przedmiot. Zmarszczył brwi, czym prędzej wsadzając gitarę w przeznaczony dla niej pokrowiec i przerzucił ją przez plecy. Szybko poprawił gruby pas, przebiegający przekątnie przez jego tors, aby zrobić do samo z bronią. Z tą różnicą, że ta skończyła na jego brzuchu, lufą do dołu, oparta o jego drugi bark i biodro ciemnym pasem nośnym. Musiał mieć ją w zasięgu wzroku i ręki. Tego wymagali od niego przełożeni oraz Wietnamczyk, odwrócony ponownie do niego plecami.

Upewnił się, że nie jest obserwowany, co pozwoliło mu na pokraczne schylenie się po niewielki przedmiot, zalegający pod jego nogami. Gdy chwycił pamiątkę w dłoń, uważnie jej się przyjrzał. Na szczęście nie udało mu się jej zabrudzić.

Ruszył w jego kierunku, wdychając chłodne, wilgotne powietrze. Miał nadzieję, że zaczerwienienie na jego twarzy zdążyło zniknąć, chociaż na tyle, aby starszy nie zauważył tego tak łatwo.

— To chyba należy do ciebie. — Zwrócił się do mężczyzny.

Ten od razu spojrzał na niego uważnie. Zogniskował spojrzenie w oczach swojego rozmówcy, a chwilę później jego usta rozciągnęły się w kpiącym uśmiechu, gdy nie dostrzegł w nich niepokojącego cienia. Być może młodszy zdążył zapomnieć albo co gorsze, nauczył się maskować swoje emocje. Wtedy, gdyby dowódca nie zorientował się wczas o kłamstwie, mogłoby być już dla nich za późno.

Wziął instrument, który wyciągnięty został w jego stronę. Podająca go dłoń nieznacznie drżała, a gdy z czystej ciekawości musnął jej wierzch opuszkami palców, ta zacisnęła palce jeszcze mocniej. Na szczęście harmonijka była wytrzymalsza, a chłopak na tyle trzeźwo myślący, że rozluźnił uścisk, gdy starszy przejmował swoją własność.

— Dzięki, młody. — Odpowiedział spokojnie i cicho, dostrzegając pojawiające się zakłopotanie na jego twarzy.

— Nie ma za co… — Mruknął i od razu uciekł wzrokiem gdzieś w bok.

Ciche prychnięcie rozbawienia doszło do jego uszu, a on sam jeszcze bardziej się zawstydził. Czuł, że z każdą chwilą błaźnił się przed mężczyzną coraz bardziej, a on nie śmieje się z jego kosmicznych reakcji tylko z całej jego osoby. Nie wierzył w to, że ludzie mogli mieć o nim lepsze zdanie i nie odnosić się do niego z pogardą i niechęcią.

— Ogarnę się i będziemy mogli ruszać dalej. — Odezwał się jeszcze spokojniejszym tonem. Takim, który nieznacznie rozluźnił spiętego chłopaka i rozpalił w jego sercu płomień nadziei. — Może tak być?

Ten tylko spojrzał na niego niedowierzająco, a po chwili pokiwał niespiesznie głową, gdy uświadomił sobie o konieczności udzielenia odpowiedzi. Szybko odszedł od niego, a jego nogi same pokierowały go w stronę brzegu. Chciał dać mężczyźnie trochę przestrzeni, w końcu musiał po raz kolejny owinąć się szczelnie swoim pancerzem i zebrać swój ekwipunek. A on w oczekiwaniu na swojego towarzysza, mógł swobodnie wpatrywać się w daleki horyzont, pogrążając się w swoich myślach. Nie zawsze miał na to czas, a skoro i tak się nudził, to mógł sobie na to pozwolić. O ile nie zepsułyby mu bardziej humoru.

Z kolei Anh nie potrzebował dużo czasu, aby się zebrać. Przyzwyczajone do szybkiego tempa palce dość szybko uwinęły się z opatrunkiem, nie pozwalając na dalsze podrażnianie blizn przez chłodny wiatr. Chwila otrzeźwienia może i kosztowała go delikatne wychłodzenie, ale za to poczuł, jak jego skóra odetchnęła, nieskrępowana przez bandaże. Poczuł się znowu tak, jakby mógł oddychać pełną piersią. Nie mógł odpuścić sobie takiej przyjemności, nie zważając na to, jak inni mogli zareagować na jego odwagę. W końcu ukazał swoją szkaradę w pełnej okazałości, a ludzie nie lubili nieładnych widoków. Nawet podczas globalnej Katastrofy, w której wszelkie życie obumiera, a świat spowijał się szarością oraz pyłem niszczejących budynków. Oni wciąż byli nadwrażliwi na jego aparycję.

Wśród nich znalazł tego jednego, dość dziwnego chłopaka, który nie odwrócił wzroku. Wręcz przeciwnie, wpatrywał się w niego jak sroka w gnat i nie uciekł, gdy go na tym przyłapał. Jego oczy nie kpiły z niego, a tęczówki nie skrywały w swoim brązie obrzydzenia. Przez tę krótką chwilę polegającą jedynie na wymianie wzrokowej, pozwolił sobie na pewną myśl. Co prawda przeplotła się ona z tą dotyczącą humoru chłopaka, ale gdy obawa została zażegnana, uświadomił sobie ją.

Arab dostrzegł w nim drugiego człowieka, nie potwora. W końcu, gdyby nie mógł na niego patrzeć, to czy zerkałby na niego kątem oka, podczas gdy on ubierał koszulę? Robił to w dość niewidoczny sposób, ale raz przyłapany potwierdził mężczyznę w swoim przekonaniu.

Tamar co prawda nie spuszczał z oceanu bacznego spojrzenia. Do czasu, aż nie upewnił się, że jego towarzysz owinął się szczelnie pierwszą warstwą swojego pancerza. Wtedy już nie tak bardzo zawstydzony, jak wcześniej zerkał na niego co chwilę. Obserwował napinające się mięśnie oraz grację, jaką odznaczały się szybkie ruchy. Nie zdążył się nawet ponownie zarumienić, gdy w pełni ubrany mężczyzna przybliżył się do miejsca swojego spoczynku, niespiesznie zbierając z ziemi swoje rzeczy.

— Udamy się na północ. Sprawdzimy, jak ma się tamtejszy region. Może potrzebują pomocy. — Zadecydował, zaciskając gruby, skórzany pas na swoich biodrach. — Oczywiście jest możliwość, że wszyscy padli jak muchy, a my spotkamy się z brakiem odzewu. — Mruknął i poprawił kaburę, zwisającą z jego boku. Był leworęczny, dlatego broń musiała znaleźć się po jego prawej stronie. — Nie zdziwię się, jeżeli napotkamy same zgliszcza.

— Wyruszyliśmy na misję patrolową? — Prychnął młodszy, obserwując, jak starszy klepnął rękojeść zabezpieczonego glocka.

— Nie. Po prostu zdecydowałem, że zrobimy sobie spacerek. — Przewrócił oczyma. — Miejmy nadzieję, że nie będziemy musieli wyruszyć z misją ratunkową. Z tym, w co nas wyposażyli, sami będziemy potrzebować pomocy, gdyby rzuciły się na nas mutanty.

Gitarzysta naprawdę nie wiedział, co było w nim takiego, że działał na niego w tak niepojęty sposób. Jego sposób bycia jednocześnie go irytował, ale z drugiej strony sprawiał, że miał ochotę przy nim trwać i chronić za cenę życia. Było to dla niego naprawdę niepojęte, ponieważ nigdy wcześniej nie odczuwał podobnych emocji.

I nie zdarzyło się, żeby tak jawnie wzdychał do mężczyzny, dopóki na jego drodze nie stanął wiecznie niezadowolony i prychający niczym wiecznie niezadowolony kocur Anh. Wietnamczyk miał w sobie coś magnetyzującego a jego historia, którą młodszy zdążył już kilkukrotnie przestudiować, wciąż go fascynowała. Co prawda zagłębił swoją wiedzę dość nielegalnie i raz go nawet na tym przyłapano, ale to tylko podsyciło jego zapał. Wierzył, że byli do siebie podobni.

— Idziesz? — Pstryknięcie przed jego oczyma zdołało wytrącić go z tępego rozmyślania.

Nawet nie wiedział, kiedy zwrócił się przodem w stronę prowizorycznego obozu. Dodatkowo nie mógł się skupić, gdy bliskość Zabandażowanego wytrąciła go z wewnętrznej harmonii. Cudem powstrzymał się od odskoczenia, gdy otoczone bandażem turkusowe oczy wpatrywały się w niego uważnie, natarczywie wręcz. Niemal czuł ciepło bijące od drugiego ciała, pomimo chłodnego wiatru, który ochładzał jego plecy i wciskał się w przestrzeń między nimi.

— Tak. — Pokiwał głową potwierdzająco, stojąc w miejscu niczym posąg. Dopiero gdy mężczyzna ruszył w wyznaczonym wcześniej kierunku, pozwolił sobie na odetchnięcie. — No więc… Jak ci się spało? — Zagadnął po chwili.

— Naprawdę mnie o takie rzeczy pytasz? — Sapnął rozbawiony, gdy upewnił się, że gitarzysta zrównał z nim krok.

— Wiesz… Ja na przykład starałem się czuwać.

— Słyszałem. Tak padłeś na glebę, że aż mną wstrząsnęło i o mało nie pociągnąłem za spust. — Zerknął na niego kątem oka, a młodszy zdał sobie sprawę, że Wietnamczyk się uśmiechnął. Widział ten charakterystyczny błysk w jego oku. — No ale postanowiłem cię wyręczyć i pozwolić odespać ostatnie dni.

Tamar już miał podziękować i głupio się zaśmiać, gdy kolejne zdanie wprawiło go w niemałe zakłopotanie.

— Poza tym nawet jakbym chciał cię obudzić, to nie dałbym rady. Miałeś tak twardy sen, że nie czułeś tego, że tuż przy twojej ręce paliło się ognisko. Zdołałem do ciebie podejść, odciągnąć od ognia i potknąć się o kamień, a ty nawet nie mruknąłeś pod nosem, gdy runąłem obok ciebie.

— Ta… Wybacz, że…

— Cicho! — Warknął, gwałtownie prostując jedną ze swoich rąk w bok. Uderzył bokiem pięści w mostek gitarzysty, ale dzięki dwóm warstwom pasów, mundurowi i ogólnemu umięśnieniu, żaden z nich tego nie poczuł. — Uważaj.

Zatrzymali się i ostrożnie kucnęli, starając się nie zdradzić swojej obecności. Dowódca kątem oka dostrzegł powalony konar drzewa, który mógł posłużyć im za osłonę. Wskazał miejsce za nim otwartą dłonią, sugerując, aby właśnie tam się schowali. Spojrzał przy tym w oczy nieznacznie zdekoncentrowanego chłopaka. Ten widząc, że oczekiwało się od niego potwierdzenia, kiwnął głową, nieświadomy jeszcze zagrożenia.

Gdy znaleźli się za naturalną ścianą, przez chwilę nasłuchiwali otoczenie. I dopiero w momencie, w którym do ich uszu nie dotarły żadne syknięcia, sapnięcia ani powarkiwania, niepewnie zza niej wyjrzeli. Unieśli swoje głowy niewiele ponad szorstką korę, wcześniej opierając na niej swoje dłonie. Obawiali się tego, że po drugiej stronie mogło coś na nich czyhać, dlatego z sercami pod gardłami unieśli spojrzenia.

Przed nimi w dość bezpiecznej odległości znajdowała się ciemna bestia. Odwrócona do nich bokiem, spokojnie skubała sobie trawę, nie zwracając na nich najmniejszej uwagi. A przynajmniej tak to wyglądało z ich perspektywy.

— Co to, kur… Jest?! — Warknął Tamar.

— Zmutowana Poczwarka. — Odpowiedział jego towarzysz względnie spokojnie, ale jego lodowaty ton jasno dawał do zrozumienia, że w żadnym wypadku nie czuł się bezpiecznie.

Jakby na potwierdzenie ich słów czarny kontur uniósł łeb. Niedługo później obrócił swoją zniekształconą głowę w ich stronę, przechylając ją w bok. Zabandażowany szybko zdał sobie sprawę z tego, że w ten sposób nasłuchiwał. Jego ciało całe zesztywniało, a oddech utknął w odznaczającej się klatce piersiowej. Wyglądało to tak, jakby ktoś postanowił wcisnąć przycisk zatrzymujący film. Nawet wiatr ucichł, gdy i on wyczuł powagę sytuacji.

— Ja pierdolę…

— Nie przeklinaj tak. — Upomniał go mężczyzna, mierząc wzrokiem przeciwnika. — Nie zrobi nam krzywdy. Jest jeszcze młodziutka.

— Skąd możesz to wiedzieć?! — Sapnął młodszy, wlepiając w niego niedowierzające spojrzenie.

— Ciszej! — Syknął i schował głowę za barierą, gdy potwór dodatkowo nastroszył uszy. — Wiesz, lata praktyki i tak dalej.

Tamar o mało nie pisnął, gdy silna dłoń zacisnęła się na jego barku i pociągnęła go w dół. Niebezpieczna iskra w spojrzeniu Zabandażowanego jawnie go ostrzegała. Zabawa, o ile wcześniej mogła mieć miejsce, kończyła się właśnie tutaj. W miejscu, gdzie prawdziwe zagrożenie obnażało swoje kły, stając się łase na ich życia.

Wietnamczyk pokazał na migi, aby okrążyli mutanta, póki nie wyczuł ich obecności. Co prawda gitarzyście trochę zajęło zrozumienie pokrętnych znaków oraz nieznanego mu do tej pory języka, ale w końcu zdołał pokiwać twierdząco głową. Chciał wierzyć starszemu na słowo, że ten miał doświadczenie w podobnych sytuacjach i to nie była pierwsza taka akcja.

Przeczuwał, że otwarcie ognia do jednej istoty mijało się z celem. Huk pocisków, agonalne wrzaski młodszej Poczwarki i jej śmierć mogła przywołać dorosłe osobniki. Coś mu podpowiadało, że młode zawsze kręciły się gdzieś niedaleko swojej matki, a ta mogła stać się nader agresywna, jeżeli chodziło o obronę swojego potomstwa. U większości gatunków tak było, więc dlaczego tym razem miałoby być inaczej?

— Nie widzi nas. — Szepnął dowódca. — Jest ślepe. Ma jedynie słuch i węch tak jak większość przedstawicieli tej konkretnej mutacji.

Musiał dać młodszemu wskazówki. Zdawał sobie sprawę z tego, że niewyszkolony pod tym kątem mógł spanikować, gdyby skrzyżował spojrzenie z bestią. Ta nie zorientowałaby się o jego obecności do chwili, w której ten nie zdarłby sobie gardła panicznym wrzaskiem. Niejednokrotnie był świadkiem śmierci młodzików, którzy przechwalali się swoimi umiejętnościami i męstwem, dopóki nie skonali na jego oczach. Nie za bardzo chciał, aby jego podwładny skończył podobnie. W istocie, gdyby zdradził swoje położenie, to wydałby też Zabandażowanego. W ten sposób również i on musiałby liczyć się z konsekwencjami oraz nieuniknioną śmiercią.

Ruszyli z miejsca, ostrożnie stawiając kroki, aby nie zaniepokoić mutanta. Skradali się, przykładając dłonie do swoich karabinów, gitary i torby, aby te nie obijały się od ich ciał przy każdym ruchu. Jakikolwiek głośniejszy, wyłamujący się z szeregu odgłos wywoływał u nich znaczne wzdrygnięcie z nerwów oraz szybsze bicie serca. Obawiali się zdemaskowania do tego stopnia, że stąpali na palcach, pomimo grubości powstrzymujących ich od tego podeszew. Nawet wstrzymali oddech, gdy mutant stał na wyciągnięcie ich ręki.

Tamar przeszedł niebezpiecznie blisko potwora. Z takiej odległości mógł dostrzec, że to, co z daleka wydawało mu się futrem, było tylko zmatowiałą skórą. Boleśnie naciągniętą w taki sposób, aby widoczne były wszystkie kości. Kręgi doskonale odznaczały się pośród innych nierówności, a przebijające się przez cienką błonę kolce zdawały się pochodzić właśnie od nich. Nie wiedzieli, z jakim zwierzęciem mieli do czynienia, dopóki nie stanęli z nim oko w oko. Za dawnego życia prawdopodobnie był to jeleń, poznali to po połamanych porożach. Po mutacji oraz przeobrażeniu stał się istotą żywcem wyjętą z najgorszych koszmarów.

Szczególnie gdy jej czaszki nie chroniło nic. Była równie ciemna co zgniła skóra, ale pomimo tego każda jej krzywizna była doskonale widoczna. Gitarzysta przełknął ślinę, gdy dostrzegł jej zęby. Niektóre zdążyły już wypaść, a niezastąpione kolejnymi, pozostawiły po sobie ubytki w uzębieniu. I choć na takie nie wyglądały, chłopak przeczuwał, że mogły być naprawdę ostre, a ucisk szczęk na tyle potężny, że złamałyby mu kość udową.

Aura wokół niej była lodowata, nasączona śmiercią oraz odorem rozkładającego się mięsa. Żołnierze naprawdę musieli się postarać, aby smród nie podrażnił ich żołądków. Gdyby nie wytrzymali i zwymiotowali pod siebie, to dalsza akcja przebiegłaby szybciej, niż zdołaliby odbezpieczyć broń. Dlatego przełykając zbierającą się w ustach mieszankę kwasu i śliny, postarali się przemieścić dalej.

I akurat w tym momencie Poczwarka musiała wyczuć zmianę w swoim otoczeniu. Ciepło uderzyło w jej skórę, a to wzbudziło w niej czujność. Tak jak niedawno pochyliła się w ich stronę, aby następnie przechylić swój przerażający łeb do boku. Nasłuchiwała i wyłapywała każdy, nawet najmniejszy sygnał czyjejś obecności.

Byli tak blisko niej, że zimne powietrze wydmuchiwane przez bestię drażniło odsłoniętą twarz Tamara. Niedoświadczony i nieprzyzwyczajony do patrzenia śmierci w oczy przełknął drżąco ślinę, opierając rękę na ziemi tuż przy swojej nodze. Nieprzyjemne ciarki, biegnące wzdłuż jego kręgosłupa nasiliły się, gdy mimowolnie zajrzał w głąb pustych oczodołów. Gdyby wcześniej się nie oparł to przejmujący nad nim kontrolę lęk, sprawiłby, że opadłby na plecy.

Stałby tak z sercem pod gardłem jeszcze dłuższą chwilę, gdyby czyjaś ręka nie przerwała ich kontaktu wzrokowego. Zasłoniła ona całą głowę zmutowanego, a gdy ślepia młodszego spojrzały w stronę jej właściciela, o mało nie pisnął. Na szczęście zaciskająca się na jego szyi pętla strachu uniemożliwiła mu wykrzesanie z siebie najmniejszego dźwięku.

— Zaufaj mi. — Poruszył bezgłośnie ustami dowódca.

To, co wywołało u chłopaka taką reakcję, był fakt, że Anh nie miał na twarzy swojego bandaża. Zamiast tego trzymał go w drugiej dłoni, co jakiś czas zerkając w stronę Poczwarki. Wciąż pozostawał czujny i niewiarygodnie spokojny. Jego oddech był powolny i głęboki, zupełnie jakby obecność potwora nie robiła na nim wrażenia. Sama bestia, niekarmiona hałasami opuściła swoją głowę. Ponownie zajęła się sobą i źdźbłami trawy, które drażniły rosą jej kopyta. W ten sposób dała im czas na obmyślenie nowej strategii i odetchnięcie z częściową ulgą. Co prawda nadal byli narażeni, ale tym razem przynajmniej nie wbijała w nich swoich niewidzących oczodołów.

Dla Tamara był to prawdziwy sprawdzian wytrzymałości i trzymania nerwów na wodzy. Szczególnie gdy Wietnamczyk zbliżył się do niego i owinął biały materiał wokół jego oczu. Może nawet by się zbuntował i wyrwał, gdyby przedtem nie spojrzał w turkusowe oczy.

Te pozwoliły mu na ujrzenie troski oraz prośby, która dotyczyła tego, aby zniósł te niedogodności i nie zwątpił w zamiary ich właściciela. A on może i był głupi, ale posłuchał. Nie protestował, gdy starszy zawiązał swoją własność wokół jego oczu, zasłaniając tym samym całe pole jego widzenia.

Wietnamczyk mocno zawiązał prowizoryczną opaskę na oczy, uważając przy tym, aby nie uderzyć bestii swoim łokciem. Obawiał się tego, że ta jednak mogła go usłyszeć i ponownie przybliżyć się do jego podopiecznego. A wtedy, gdyby przez przypadek ją trącił, to ta wszczęłaby alarm. Na jego szczęście udało mu się to zrobić bez jakichś większych trudności. Co prawda parę razy pociągnął za jaśniejsze pasemka, ale chłopak nie zdawał się narzekać na brak delikatności ze strony mężczyzny. I pomimo kilku wyrwanych włosów, nie ucierpiał jakoś bardzo. Nawet zaciśnięty na jego skroniach opatrunek nie wywoływał u niego bólu głowy.

Natomiast gdy został mu odcięty jeden ze zmysłów, na początku spanikował. Rozejrzał się uważnie, ale dookoła siebie widział jedynie bezkresną ciemność. Nawet gdy odwrócił głowę, jak mu się wydawało w stronę słońca, to promienie nie zdołały przedrzeć się przez kilka warstw opatrunków.

I prawdopodobnie pogrążałby się w panice, a może nawet w przypływie nowych sił zdarłby z siebie krępujący materiał, gdyby nie poczuł delikatnego dotyku na bandażu. Na początku się wzdrygnął. Zdezorientowany napiął mięśnie, obawiając się ataku ze strony bestii. Po chwili jednak zdołał się rozluźnić, gdy zdał sobie sprawę z tego, kto przyłożył dłoń do jego oczu. Nawet pozwolił sobie na głębsze westchnienie, gdy uczucie przerażenia zdołało go opuścić tak szybko, jak się pojawiło. Raczej nie miał się czego obawiać ze strony swojego towarzysza.

Niepewnie wyciągnął swoją rękę i przyłożył ją do miejsca, gdzie wyraźniej czuł jego obecność. Uśmiechnął się pod nosem, gdy opuszkami palców wyczuł szorstkość. Prawie zapomniał, że Anh miał bandaże na całym swoim ciele w tym również na rękach.

— Zaufaj mi. — Usłyszał przy swoim uchu, co znacząco przyśpieszyło bicie jego serca.

Pokiwał gorliwie głową, nie mogąc wydobyć ze swojego gardła najmniejszego dźwięku. Jakby tego było mało, to nawet oddychanie przychodziło mu z trudem, szczególnie gdy poczuł delikatny ucisk na swojej dłoni. Mężczyzna, uspokoiwszy go, chwycił go za rękę i poprowadził w miarę bezpiecznym szlakiem. Takim, który nie posiadał łamiących się pod naciskiem gałęzi, gwałtownych ubytków w ziemi, na których można było złamać sobie nogę oraz innych korzeni, mogących przewrócić młodszego.

I właśnie tak się skradali. Udało im się obejść Poczwarkę, która stała się o wiele bardziej osowiała niż na początku, co tylko ułatwiło im zadanie. Pozwoliło im to na zniknięcie w cieniach drzew, po drugiej stronie polany i na wzięcie głębszego wdechu. Nie wyczuwając przy sobie zagrożenia, nieznacznie stracili na czujności i wstali na proste nogi. Musieli rozprostować zdrętwiałe kończyny, które nagle okazały się ciężkie, niemal ociosane z ołowiu.

Młodszy oparł się o drzewo, puszczając dłoń starszego. Nie chciał tego robić, ale też nie mógł pozwolić na to, aby jego towarzysz czegokolwiek się domyślił. Przez chwilę swojej nieuwagi mógł mocniej ścisnąć jego palce. Naraziłby się tym samym na zdemaskowanie, a przecież Wietnamczyk głupi nie był. Mało tego, nie tak dawno przyłapał go na wgapianiu się w swoje plecy. Tamar w młodości miał wystarczająco dużo problemów przez swoją odmienność. Gdyby dołożył do tego wszystkiego zwężone w geście obrzydzenia źrenice mężczyzny, to prawdopodobnie poczułby się jeszcze gorzej. I to był powód, dla którego przyczepił się do niego jak rzep do psiego ogona. Był on dla niego swoistą deską ratunku. Ostatnią, bo nie miał już nikogo innego.

Z kolei Anh nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Nie zauważył opuszczonej w geście rezygnacji głowy swojego podopiecznego oraz nie usłyszał jego ciężkiego westchnięcia. Przecież nie użalał się nawet nad swoimi obolałymi kolanami, które wręcz błagały go o chwilę odpoczynku. Nie był więc w stanie zauważyć boleści innego człowieka, nie gdy na potrzeby i ostrzeżenia własnego ciała pozostawał głuchy.

Zamiast tego podszedł bliżej podejrzliwie mu wyglądającego wgniecenia w miękkiej glebie. Przed nim rozciągał się całkiem spory odcinek pozbawiony trawy. Dlatego nie stanowiło dla niego wyzwania rozpoznanie śladów parzystokopytnego zwierzęcia. Choć słowo ‘zwierzę’ było drobnym niedopowiedzeniem. Liczba tropów i kierunki, w które były skierowane, zdradzały, że mieli do czynienia nie tylko z matką młodej Poczwarki. Trafili na całe stado, a jeżeli założyłby, że nie każdy osobnik pozostawił po sobie ślad, to sytuacja jedynie się pogarszała. Znajdowali się wśród bestii, które najprawdopodobniej ich otoczyły.

— Kurwa. — Warknął szeptem Wietnamczyk i cofnął się o krok.

A później następny i kolejny, aż nie wpadł na chłopaka, który odwrócił głowę w jego stronę. Zmarszczył uważnie brwi, a gdy ponownie poczuł ucisk na swojej dłoni, niepewnie przechylił głowę w bok. Nie rozumiał, co się działo, zamiast tego miał pewność, że to Anh chwycił go za rękę. Ta jedna rzecz mu wystarczyła, aby rozluźnił spięte barki.

— Co się… — Urwał, gdy druga zabandażowana dłoń została przyciśnięta do jego ust.

Został pociągnięty na dół przez swojego dowódcę, który uważnie rozglądając się dookoła siebie, mrużył podejrzliwie powieki. Kucnęli obok siebie w taki sposób, że stykali się bokami, ale żaden z nich się tym nie przejął. Nie, gdy jeden z nich cieszył się z siły takiego niewielkiego gestu, a drugi przeklinał w myślach wszystkich znanych mu bogów. Choć może dla tego pierwszego było to najlepsze wyjście w obecnej sytuacji. Gdyby tylko wiedział, do jakiego wniosku doszedł Wietnamczyk, mógłby nie uwierzyć we własnego pecha.

Znaleźli stado. Pierdolone stado Zmutowanych Poczwar, które w niedawnym żywocie były jeleniami. Anh wyczuwał ich obecność wśród drzew i niemal widział, jak byki i łanie krążyły wokół nich niczym wygłodniałe sępy. Jego zmysły dopiero w tym momencie zdołały zarejestrować ciche szelesty liści, po których poruszały się parzystokopytne. Słyszał je z każdej strony, charakterystyczny dla nich odór drażnił jego nos, a przytłaczająca obecność była aż nazbyt wyczuwalna, aby mogli poczuć się bezpiecznie. Wcześniejsze uczucie ulgi zostało zastąpione drażniącym ich wnętrzności przerażeniem.

I pomimo najczarniejszych scenariuszy, jakie pojawiały się mężczyźnie w głowie, wydawało się, że bestie nie zdołały ich jeszcze wyczuć. Być może byli na krawędzi i wystarczył tylko jeden, niewielki bodziec, aby któreś z nich wszczęło alarm. Z doświadczenia wiedział, że starsze osobniki były o wiele czujniejsze od swoich potomków. Im starsze, tym ich zmysły się wyostrzały. Natomiast spokojnie przechadzające się mutanty dały mu jedynie do zrozumienia, że nie miał czego obawiać się z ich strony. Przynajmniej na razie.

Szarpnął młodszego do siebie, czym zmusił go do ruchu, wcześniej odrywając dłoń od jego twarzy. Tamar musiał się sam domyślić, że nie byli jeszcze bezpieczni, skoro mężczyzna tak zwlekał z odsłonięciem mu oczu. Choć z drugiej strony jakiś cichy głosik w jego głowie szeptał mu, że nie zrobił tego dla niego, tylko dla siebie. Może po prostu nie ufał mu na tyle, aby pozwolić mu na rozeznanie się w sytuacji.

Nie minęła chwila, a poczuł, jak ucisk na jego dłoni ponownie przybrał na sile. W tym samym momencie do jego uszu dotarł odległy tętent kopyt, zmierzający w ich kierunku. Młodszy miał nawet stęknąć z bólu, gdy cudze paznokcie wbiły się w jego skórę. Na szczęście zdołał się powstrzymać, nie do końca rozumiejąc, co się działo. Z zaciśniętymi zębami już odwracał głowę w stronę starszego mężczyzny, gdy poczuł, jak gwałtownie się zatrzymali. Co prawda gitarzysta o mały włos nie poleciał do przodu, ale silne i owinięte wokół jego talii ramię dowódcy zdołało uchronić go przed upadkiem. Kosztem tego było puszczenie jego dłoni, ale nie trwało to długo. Jakby Zabandażowany czytał mu w myślach, zacisnął palce drugiej dłoni na jego nadgarstku. Młodszy zacisnął mocno pięść, gdy uświadomił sobie, że ten mógł wyczuć jego puls.

Choć ta myśl szybko mu umknęła, gdy poczuł na swojej twarzy chłodny powiew. Nieprzyjemny, podkręcony odorem rozkładającej się padliny.

Serce stanęło mu w gardle, gdy zorientował się, co mogło przed nim przebiec. Przez chwilę zdawał się zapomnieć, że nie znajdowali się wśród neutralnie nastawionych do nich zwierząt a wśród zmutowanych drapieżników. Nie przeszkadzał mu już ucisk na przegubie ani nawet kompletna ciemność, na którą do niedawna narzekał. Między wstrzymywaniem oddechu a drżącym wypuszczeniem go z płuc, podziękował Anhowi za to, że ten postanowił zasłonić mu oczy. Prawdopodobnie oszczędził mu kolejnego ataku paniki.

Oparł dłoń na ziemi, gdy poczuł napieranie na swój bok. Z każdą chwilą coraz mocniej zostawał popychany ku dołowi, dlatego w końcu poddał się pod naporem i przewalił się na ziemię. Wylądował na plecach, ze wbijającą się w jego kości gitarą. Miał nadzieję, że takie warunki w żaden sposób nie zaszkodziłyby jej. Szkoda było mu instrumentu, choć gdyby ten zwrot akcji miałaby uratować jego życie, to nie narzekałby na przerwaną strunę.

Ledwo zdążył pomyśleć o bólu w plecach, gdy został przygnieciony ciężarem swojego towarzysza. Gdyby go zobaczył, zrozumiałby, że uchronił go w ten sposób przed oberwaniem kopytem w szczękę. Dzięki zbliżeniu się do ziemi stali się jeszcze bardziej niezauważalni.

Przynajmniej dla ich największej zmory. Ta obiegła ich dookoła kilkukrotnie, odwracając swój łeb w każdym kierunku, jakby szukała jakiejś poszlaki. Była to o tyle przerażająca wizja, że potrafiła przekręcić swoją głowę pod niemożliwym dla normalnego zwierzęcia stopniem oraz kątem. Stojąc do nich tyłem, potrafiła wbić w nich swoje puste oczodoły. Kręgi nie mogły powstrzymać tych nienaturalnych ruchów, zdradzając swoje zbuntowanie głośnymi trzaskami, które przypominały łamanie kości.

A gdy do jej uszu nie dotarł żaden dźwięk, aura nie została ponownie zanieczyszczona przez ciepło żyjącej istoty, ruszyła w wyznaczonym przed siebie kierunku. Po prostu rozpędziła się i zaszarżowała w ich kierunku.

Dowódca przełknął nerwowo ślinę, obawiając się zderzenia, ale jakimś cudem ta zdołała zorientować się o przeszkodzie na swojej drodze. Z szeroko rozwartymi oczami, mężczyzna przyglądał się temu, jak nad nimi przeskoczyła. Nie zawadziła swoim ostrym kopytem o ich ciała, czym uniknęli zdemaskowania. Gdyby uderzyła w coś miękkiego, mogłaby ponownie zacząć węszyć, a tak to być może obstawiła, że miała do czynienia z odstającymi od podłoża korzeniami. Co by to nie było, uratowało ich życia oraz oszczędziło dalszych kłopotów.

Anh odetchnął drżąco, przesuwając dłonią po swoich zamkniętych powiekach. Podrażnienie zniekształconej skóry brudnymi palcami mogło go sporo kosztować, ale nim zdążył się zastanowić, zadziałał odruch. Choć tyle dobrze, że przetarł jedynie to, co nie było ukryte pod warstwą bandaży. Oszczędził sobie ewentualnych trudności z późniejszym ogarnięciem swojej cery. Musiał o nią specjalnie dbać, a skoro przez większość czasu była ona odgrodzona od wszelkich zewnętrznych bodźców, to stała się nader wrażliwa.

Z kolei leżący pod nim Tamar był blady i chłodny jak ściana. Drżenie jego boleśnie spiętych mięśni dawało Zabandażowanemu do zrozumienia, w jakim stanie się znalazł. Musiał go, chociaż w niewielkim stopniu uspokoić, aby nerwy nie zjadły go od środka. I mimo że bardzo chciał wstać, odsłonić mu oczy i znowu ruszyć w stronę celu ich wędrówki, tak nie mógł tego zrobić. Wiedział, że Poczwarki wciąż były zbyt blisko nich. Nie mogli odważyć się na taki ruch, a co za tym idzie, nie pozostało mu nic innego.

— Już dobrze. — Szepnął wprost do jego ucha, owiewając je ciepłym powietrzem. Było ono tak inne od tego, które do niedawna zmroziło mu krew w żyłach i rozbudziło lęk. — Nie masz się czego już bać.

Co prawda na początku wystraszył się cichego głosu. Strach utrudnił mu zidentyfikowanie tonu i przypisanie go do odpowiedniej osoby. Odcięcie jednego ze zmysłów również nie ułatwiało mu sprawy, ponieważ uczucie kompletnej bezbronności wciąż ściskało go za gardło. I wtedy uświadomił sobie, że bez pomocy swojego dowódcy nie poradziłby sobie sam w tym lesie. Nie z mutantami i pustką w ich oczodołach.

Myśl i wyobrażenie sytuacji, w jakiej się znaleźli, sprawiła, że niedawne przerażenie zaczęło potęgować inne uczucie. Gorące, lokujące się gdzieś w okolicach jego brzucha. Również elektryzujące mrowienie drażniło go gdzieś przy kroczu, co przykuło jego uwagę. Niby przypadkiem poruszył biodrami, gdy wyczuł koło nich coś naprawdę twardego. A gdy zorientował się, że była to kabura z glockiem, przez jego ciało przeszedł prawdziwy dreszcz. Sytuacja zagrożenia życia, w jakiej do niedawna się znalazł, kompletnie straciła na znaczeniu. Szczególnie gdy ciepły oddech wciąż podrażniał jego ucho, a silne dłonie oparły się po obydwu stronach jego głowy.

Muszę być silnie popierdolony, skoro ta sytuacja tak mnie, kurwa, napaliła. — Warknął w myślach, wymierzając sobie mentalny policzek.

Panika odebrała mu część rozumu i znacznie utrudniła ocenienie sytuacji. Jego ramiona i nogi drżały z zimna, a szczęka była zaciśnięta, aby nie wydała z siebie najmniejszego dźwięku. Leżał tak sztywno, obawiając się poruszyć, chociażby okiem pod warstwą bandaży, gdy dodatkowy ciężar zbił go z tropu. Strach stał się znośniejszy, a ciało cieplejsze, gdy został przygnieciony do miękkiego podłoża. Nawet wbijająca mu się w plecy gitara nie była tak uciążliwa, jak podczas niepokojącego tętentu.

Na jego częściowe szczęście, to dopiero słowa zmieniły jego mózg w papkę. Odebrana zdolność postrzegania otaczającego go świata spotęgowała doznania. Zogniskowała całą uwagę chłopaka na miejscach, w których ich ciała się stykały, paląc fragmenty jego skóry żywym ogniem. Nie widział jego oczu, ale samo ich wyobrażenie działało na niego w nie do końca znany mu sposób. Tego wszystkiego nie ułatwiał fakt, że mężczyzna nie poruszał się nawet o cal. Zupełnie jakby i on napawał się bliskością drugiego ciała, ale tego Arab nie mógł już być pewien.

Mimo to jego nieruchomość nieznacznie gitarzystę zaniepokoiła. Zastanowił się, czy aby na pewno się rozejrzał i prawidłowo ocenił czyhające na nich niebezpieczeństwo. Byli zdani tylko na turkusowe ślepia, dlatego to od nich zależała decyzja co do ich dalszych działań.

Niepokój nie trwał jednak długo. Dodatkowy ciężar, spoczywający do tej pory na nim, zniknął nagle, kradnąc mu z piersi ciężkie westchnienie. Słyszał jeszcze przez chwilę szelest poprawianych ubrań oraz głuchy odgłos odbijającego się karabinu od torsu Wietnamczyka.

Młodszy, korzystając z okazji, niespiesznie podparł się na rękach, choć było to nieznacznie utrudnione przez spoczywający na jego plecach instrument. Poprawił się i nawet spróbował ponownie kucnąć, gdy poczuł czyjąś rękę na swoim mostku. Ta, ułożona na skrzyżowaniu dwóch pasów zatrzymała go w miejscu i ponownie zdezorientowała. Wyczuwalnie dla niego zmięła część jego munduru, mocno zaciskając na nim swoje palce. Zanim się o tym zorientował, został pociągnięty gdzieś do przodu, a nieprzygotowany do tego syknął cicho, gdy odczuł ból w karku.

— Co ty robisz? — Warknął stosunkowo cicho, starając się przemienić niedawne uczucie w złość.

— Chyba jesteśmy bezpieczni. — Odparł, a gdy wstał, młodszy skulił się mimowolnie.

Nie wyczuwał jego obecności wokół siebie. Nawet nie słyszał cichych kroków, które powinny się pojawić, gdyby mężczyzna ruszył się z miejsca. Niedawny ucisk na torsie młodszego zniknął, pozostawiając po sobie pustkę i chłód. Dlatego obracał głowę dookoła, starając się wychwycić, chociażby najmniejsze sygnały zdradzające mu położenie Anha.

Wzdrygnął się, gdy wyczuł jego obecność za sobą. Spięte ciało nieznacznie drgnęło, kiedy owinięte przez bandaże palce spoczęły na jego głowie. Ich szorstkość zogniskowała uwagę gitarzysty na nich, kiedy odgarnęły część jego włosów i leniwie je przeczesały. Pozwoliło to młodszemu odetchnąć z ulgą. Uczucie niepewności zniknęło tak szybko, jak się pojawiło i nie pozostawiło po sobie nawet śladu.

Wietnamczyk spokojnie, nie zwracając najmniejszej uwagi na nerwowe spięcia Tamara, odsłonił zawiązany opatrunek. Jaśniejsze włosy zdołały zasłonić supeł, a co za tym idzie, znacznie utrudniały mu pracę. Chciał, aby jego towarzysz nie był już dłużej w tak stresującej sytuacji. Widział, jak ten lękał się każdego, bliżej niezidentyfikowanego odgłosu i nerwowo rozglądał się dookoła.

Dlatego postanowił odwiązać ciasny węzeł. Co prawda trochę się z nim siłował i w duchu przeklinał swoją nadmierną ostrożność, ale gdy w końcu udało mu się go zsunąć z powiek młodszego, kącik jego ust drgnął ku górze. Całe szczęście materiał nie pozostawił po sobie śladów na delikatnej skórze, zupełnie jakby w ogóle go nie zawiązał.

Nie musiał długo czekać na jego reakcję. Podopieczny chwycił opatrunek w palce i odsunął go od swojej twarzy tak szybko, jakby go co najmniej parzył. Pozwolił mu na to, obserwując jego reakcję z góry. Widząc, jak ten od razu otworzył swoje ślepia na całą szerokość, uśmiechnął się szerzej, gdy dostrzegł w ich kącikach łzy. Nie miał frajdy z zadawania mu bólu, ale widok jego nieporadności oraz skrzywionej miny, wywołało u niego jakieś pozytywne uczucia. Nigdy by się nie przyznał, ale nawet rozczulił go taki uroczy widok.

— Cholera! — Pisnął, przyciskając obydwie dłonie do swoich oczu, które boleśnie zapiekły, kiedy zostały oślepione blaskiem słońca.

— Tak klniesz, że się ciebie nie da słuchać, Tamar. — Odparł rzekomo zawiedziony Anh, stając ponownie przed nim. Zrobił mu tym samym ogromną przysługę, zatrzymując zdradzieckie promienie na swojej osobie. — Żyjesz jakoś?

Gitarzysta potrzebował chwili, aby zorientować się o pytaniu skierowanym w jego stronę. Wcześniej zbyt skupił się na wypowiadanym przez Zabandażowanego imieniu, aby wyłapać jego sens.

Nie sądził, że wystarczyło tak niewiele, aby wyprowadzić go z letargu. Choć jego odruchy i zachowanie przy starszym mężczyźnie znacznie odbiegały od tego, jaki był przy innych. W normalniejszych okolicznościach odpyskowywałby swojemu przełożonemu, aby później z dumą ponieść srogie konsekwencje swojego czynu. Był wystarczająco opryskliwy, aby wszystkich dookoła siebie zniechęcić. Na tyle nieprzystępny, żeby na każdy niechciany dotyk reagować ciosem, celnie wymierzonym w ciało napastnika.

Pewność siebie biła od niego, podobnie jak niechęć do innych ludzi, którzy znajdowali się w zasięgu jego wzroku. Jednak była to jedynie jego skorupa. Pancerz, który okalał całą jego postać i chronił wrażliwe wnętrze. W ten dość naiwny sposób ograniczał możliwość skrzywdzenia go. Pamiętał, co przeżywał w swojej młodości i jak bardzo w tamtych czasach był odsłonięty. Zbyt bardzo lękał się odsłonięcia oraz tego, że znowu mógłby dać sobą pomiatać.

W takim razie co się zmieniło? Dlaczego zachowywał się kompletnie inaczej od tego, jaki zwykł być na co dzień? Czy to możliwe, że to przez Wietnamczyka? Przez niego stracił swoje pazury i ukazał stronę, której najbardziej się wyrzekał?

Z tą myślą uchylił mokre powieki. Wyglądał, jakby płakał, szczególnie gdy słone łzy wyznaczały swoją ścieżkę wzdłuż jego policzków.

Spojrzał zmrużonymi oczami na stojącego przed nim, łapiąc z nim kontakt wzrokowy. Było to o tyle ciężkie, że jego oczy wciąż miały trudności z odnalezieniem konturów jego twarzy pośród ciemności. Wszystko dookoła spowił taki sam odcień czerni, przypominający mu o niedawnej ślepocie. Pomimo wszystkich utrudnień, w końcu udało mu się dostrzec znajomy turkus. Co prawda ściemniały i ledwie odróżniający się na tle otaczającego go mroku, ale gdy zogniskował na nich spojrzenie, kolor zyskał na intensywności. Młodszy nawet prychnął w myślach, gdy uświadomił sobie, że zdążył zatęsknić za tymi kpiącymi ślepiami.

— Jakoś. — Kiwnął potwierdzająco głową, unosząc jeden kącik ust ku górze.

Poczuł na swojej głowie palce, które potargały jego krótkie włosy. Poczuł się jak dziecko, ale mimo to na jego ustach wykwitł prawdziwy i szczery uśmiech. Podniósł swoje ręce, ale nim jakkolwiek zdążył powstrzymać ruchy napastnika, ten zdążył odsunąć od niego swoją dłoń. Tamar ze śmiechem oraz zmrużonymi w geście udawanej złości oczyma, spojrzał na niego. W tym samym momencie, w którym mężczyzna wystawił w jego kierunku tę samą kończynę, której nie zdołał wcześniej powstrzymać.

I pomimo udawanego gniewu, który zostawał zdemaskowany przez śmiejące się i zaszklone oczy, chwycił ją bez cienia zawahania. Pozwolił pociągnąć się w jego stronę, znosząc trud, jakim było ponowne stanięcie na prostych nogach. Karabin obił się o jego ciało, pasek futerału gitary nieznacznie zsunął mu z ramienia, ale mimo to nie zdawał się narzekać na niedogodności. Nie, gdy przyjrzał się poranionej twarzy swojego towarzysza, której bliny okropnie się zmarszczyły od uśmiechu, wkradającego mu się na usta.

W żadnym wypadku nie był przystojny. Naznaczona licznymi zniekształceniami skóra raczej przypominała powłokę potwora, który straszył dzieciaki, gdy te śmiały się wkroczyć na jego teren niż człowieka. I pomimo lubości Araba do rzeczy pięknych i zadbanych, to nie odrzucał go wygląd Zabandażowanego. Liczne ślady po oparzeniach uświadomiły mu, jak wiele mężczyzna musiał przejść i jak mógł wyglądać jego powrót do rzekomej normalności. I dopiero w tym momencie, podczas wpatrywania się z tak bliskiej odległości w niego doszedł do wniosku, że być może łączyło ich znacznie więcej, niż na początku przypuszczał.

— Wybacz, ale mam dla ciebie jedną, bardzo złą wiadomość. — Zaczął grobowym tonem dowódca, dostrzegając, jak czujnie mu się przyglądał. — Nie mam więcej bandaży. Będziesz musiał znosić widok mojej twarzy przez resztę drogi.

W ostatniej chwili ugryzł się w język, zanim powiedział, że nie byłby to dla niego żaden problem. Sytuacja napawała go dziwnym rodzajem satysfakcji, ponieważ niewiele było osób, które widziały Anha bez opatrunków. Szczególnie tych, którymi zawsze zakrywał swoją twarz. A on miał już tę sposobność i mógł się pochwalić czymś z pozoru tak niewielkim, ale dla większości niedostępnym.

— Ale tobie radzę się opłukać. — Zwrócił ponownie jego uwagę, wskazując dłonią w stronę niewielkiego jeziorka, które majaczyło gdzieś zza konarów drzew.

Tak właściwie to gitarzysta nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, co się dookoła nich znajdowało. Nie wiedział nawet, że znajdowali się w samym środku lasu, a z każdej strony otaczały ich drzewa raz gęściej, raz rzadziej rosnące. Na miękkiej glebie odznaczały się ślady kopyt, które prowadziły w różnych kierunkach. Miał nadzieję, że nie natrafiliby znowu na Zmutowane Poczwarki, gdyby ponownie ruszyli przed siebie. Okazywało się, że takie wypady były nie na jego nerwy.

Ruszyli w stronę wody, a gdy do niej podeszli, usiedli przy brzegach. Anh pozwolił sobie czuwać i uważnie obserwować teren dookoła nich, jakby zagrożenie jeszcze nie minęło. Spodziewał się ataku z każdej strony, a młodszy pomyślał, że takie zachowanie zostało mu po zamachu. Uśmiechnął się smutno, wpatrując się w taflę lustra. Szkoda mu się go zrobiło, szczególnie że już trochę zdążył go poznać i przekonać się, że w jego przypadku wygląd to nie wszystko. Nie definiował on tego, z jakim człowiekiem miało się do czynienia.

Zdał sobie sprawę z czystości wody, przed którą klęczał. Nieskazitelnie czysta, idealna do przemycia swojej twarzy po ciężkim dniu, choć może powinien powiedzieć nocy i poranku. Co prawda nie czuł zbytniej ochoty, aby to zrobić, ale skoro mężczyzna mu to zasugerował, to może powinien go posłuchać. Dlatego też bez chwili dalszych przemyśleń zanurzył dłonie w przyjemnie chłodnej wodzie. Niedługo później już chlapał sobie twarz, w duchu ciesząc się z tak prostego gestu. Po chwili jednak spoważniał, gdy przypomniał sobie pewną ważną kwestię.

— Dlaczego tak w ogóle zasłoniłeś mi oczy? — Zapytał, zerkając na swojego towarzysza.

Ten obrócił głowę w jego kierunku, lokując w nim swoje uważne spojrzenie. Korzystając z okazji, młodszy wytarł swoją wilgotną dłoń o spodnie, aby oddać mu jego własność. Ten, kiwając głową w podziękowaniu, odebrał ją i ciężko westchnął. Spojrzał gdzieś przed siebie, uwieszając wzrok na jednej z koron drzew.

— Abyś nie stresował się bardziej, niż było to konieczne… — Odparł spokojnie, owijając nieużywany bandaż wokół swojego przedramienia.

— Czym? Przecież to była tylko jedna, młoda Poczwarka. — Zauważył, a dostrzegając, jak mężczyzna opuszcza głowę, zacisnął szczękę. — Czekaj. Nie chcesz mi powiedzieć…

— Zmutowane Poczwarki są ślepe. — Zaczął kompletnie z innej strony, starając się załagodzić sytuację. — Dlatego, gdy złapałeś z jedną z nich kontakt…

— Jedną z nich?!

— … Kontakt wzrokowy to mogła wywołać u ciebie albo silny atak paniki, albo być przyczyną twoich przyszłych zaburzeń psychicznych. Uwierz mi, wiem, co mówię. — Kontynuował niezrażony, krzyżując ich spojrzenia. — Widziałeś jej oczodoły. — Wspomniał niechętnie. — Gdybyś wpatrywał się w nie, choć chwilę dłużej to istniało prawdopodobieństwo, że kompletnie postradałbyś zmysły. Wolałem tego uniknąć, w końcu obydwaj chcieliśmy wyjść stamtąd cało, a nie w postrzępionych częściach.

— Powtórzę. Jak to jedną z nich? Było ich… — Zdusił w gardle przekleństwo. — Więcej?

— No… Tak jakby trafiliśmy na całe stado. — Odparł, a następnie zerknął za siebie w stronę, w którą wędrowały. — Nie martw się, zdołaliśmy im umknąć. Co prawda po drodze zdarzyła się taka jedna, drobna komplikacja, ale daliśmy radę.

— Masz na myśli to, jak prawie zostaliśmy zmiażdżeni? — Sapnął, a gdy dostrzegł potwierdzające kiwnięcie głową, chwycił się za skronie. — Byłem tyle. — Przybliżył palce wskazujące do siebie, wskazując naprawdę krótki odcinek. — Tyle. — Podkreślił dobitnie. — Od śmierci. A ty mi mówisz, że to tylko drobna komplikacja?!

— Zawsze mogło być gorzej. — Zauważył jakże bystrze, narażając się na gniew Tamara, który niemal spopielił go samym spojrzeniem. — No co?

— Jaki ty jesteś… — Zdusił w gardle kolejne przekleństwo, dźwigając się na proste nogi.

Odwrócił się do niego tyłem, nie przejmując się tym, że starszy wciąż siedział. Wpatrywał się w przyjemny dla oka obraz drzew i zieleni, gdy nagle go oświeciło. Myśl ta sprawiła, że szerzej rozszerzył powieki, aby po chwili zwrócić się w jego stronę.

— Zaraz. — Wystrzelił oskarżycielsko palec w jego stronę. — Jakim prawem to ja musiałem mieć zakryte oczy, a ty nie? Że to niby ja mogłem postradać zmysły? A ciebie to nie dotyczyło?

Ciężkie, zmęczone westchnięcie, poprzedziło mozolne i naprawdę niechętne wstanie. Zabandażowany powolnym krokiem podszedł do młodszego, mierząc się z nim na spojrzenia. Nie minęła nawet chwila, gdy jego usta wykrzywiły się w szelmowskim uśmiechu, a w ślepiach odznaczyło się jawne wyzwanie. Stały się przy tym chłodne, a ich kolor przypominał cienką warstwę lodu, pod którą znajdowała się lodowata rzeka, gotowa zabić potencjalną ofiarę. Niedawna troska zniknęła, przytłoczona niebezpiecznym błyskiem, zachęcającym do wkroczenia na kruchą powierzchnię.

— Nikt. Nigdy. — Podkreślił dobitnie, odsłaniając zęby w szerszym grymasie. — Nie powiedział, że jestem zdrowy na umyśle. — Zaśmiał się krótko, ale wystarczająco przerażająco, aby młodszy odsunął się od niego o krok. — Po tym, co przeżyłem widok Poczwarek czy ich innych zmutowanych wersji ani mnie nie wystraszy, ani nawet nie wywoła koszmarów. Niestety nie wiedziałem, jak sprawa miała się z tobą. Wolałem nie narażać nas jeszcze bardziej, ponieważ wystarczająco prosiliśmy się o kłopoty, wkraczając na ich teren. Zresztą… — Prychnął, a w jego oczach mignęła ostrzegawcza iskra. — To ja poświęciłem coś swojego. Nie ty.

Słowa ugrzęzły gitarzyście w gardle, gdy dostrzegł poważny wyraz twarzy drugiego mężczyzny. Pomimo fałszywego uśmiechu, jego oczy wciąż miały w sobie coś groźnego, jakąś furię, która błyszczała na krawędzi jego zwężonych źrenic.

Czuł, że powinien się wycofać. Szczególnie gdy turkusowe oczy na siłę szukały kontaktu z jego. Starał się unikać jego palącego wzroku, obawiając się konsekwencji ponownego zerknięcia mu w twarz. Podskórnie przeczuwał, że tym pytaniem mógł go urazić albo, co gorsze dla niego, wejść na wrażliwy grunt.

W obozie czasami słyszał plotki o jego niepoczytalności, a niektórzy nawet próbowali go przed nim ostrzec. Mówili, aby go nie podpuszczać, ponieważ nie zawsze cierpliwie tłumaczył zmiany, zachodzące w upadłym świecie. A znając jego przeszłość, młodszy domyślił się, dlaczego zareagował tak gwałtownie. Zdradzony i porzucony musiał samotnie tułać się po świecie, nie zaznając pomocy od nikogo. A chłopak nawet nie zorientował się, gdy zamiast strachu, zaczął odczuwać współczucie wobec Zabandażowanego. Gdzieś tam w jego głosie dosłyszał subtelną nutkę żalu. Nie krzyczał co, tylko spotęgowało efekt, a to pozwoliło Arabowi zrozumieć.

Dlatego też, kiwnąwszy ledwo dostrzegalnie głową, odsunął się od mężczyzny. Zrobił mu tym samym miejsce i dał znak, że wycofał się z pojedynku. Skinienie głową było niemym przeproszeniem, a niepewnie uniesiony wzrok oznaką jego najszczerszej skruchy. Z ulgą dostrzegł, jak twarz Wietnamczyka rozluźniła się, a źrenice nieznacznie rozszerzyły. Najwidoczniej zdołał się wycofać, zanim doszło do czegoś gorszego.

— Którędy teraz? — Zapytał spokojnie niemal szeptem.

— Północ. — Mruknął dowódca, uznając prawdopodobnie, że dalsze ciągnięcie tego tematu nie miało najmniejszego sensu.

Gdzieś w głębi siebie pozwolił sobie na delikatny uśmiech, gdy dotarło do niego, że ten zrozumiał jego reakcję. Nie naciskał, a w jego oczach odznaczyło się zmartwienie. Dla Anha taka sytuacja była co najmniej nowa, ponieważ rzadko kto mu odpuszczał i schodził z drogi. Taka różnica nieznacznie poprawiła mu humor, gdy nie czuł dalszego napięcia między nimi.

Co prawda żałował tego niespodziewanego wybuchu, ale nim zdążył pomyśleć, jego ciało samo zareagowało. Poczuł się zaatakowany, dlatego odpowiedział atakiem. Ne chciał sprawiać młodszemu przykrości czy też pogorszyć ich stosunków. Byli na siebie skazani, dlatego ochłodzenie ich relacji nie było dobrym wyjściem, podobnie jak ich zacieśnianie. Musieli na tyle siebie tolerować, aby chronić swoje plecy podczas ataków i na tyle od siebie niezależni, aby w razie czego porzucić tego drugiego. Nie chciał, aby ten drugi scenariusz miał, chociażby racje bytu, ale nie mógł go kompletnie wykluczyć. Gdyby jeden z nich został zaatakowany, pożarty żywcem lub utrudniał ucieczkę, drugi musiał się wycofać i spróbować ratować. W sytuacji zagrożenia życia nie liczyło się nic oprócz tego, aby ocalić własną skórę.

Przeszedł obok niego, nie trącając go, chociażby barkiem. Po prostu go ominął bez podkreślania swojej dominacji, a to sprawiło, że obydwaj szybciej zapomnieli o niedawnym sporze. Niepokój opuścił ich ciała razem z głębszym wdechem, który wkradł im się do płuc razem z przyjemnym dla nosa zapachem lasu. Wizja spotkania bestii straciła na ważności, gdy wędrowali spacerem pośród drzew.

Pomimo spokoju, nie mogli oprzeć się wrażeniu, że dookoła nich było zbyt pusto. Nie było ptaka, który śpiewałby nad ich głowami ani żadnych śladów, sugerujących obecność innych, jeszcze żywych zwierząt. Poza przyjemną zielenią, która przeplatała się z ciemnym brązem, nie było nic. Tak skończył świat, który został zniszczony przez ludzką chciwość. Wyrżnięty w pień i zmutowany. Jedynie drzewa i niektóre rośliny zdołały przetrwać. Dzięki nim mieli nieco pożywienia i nie narzekali na całkowite zanieczyszczenie powietrza.

Przez większość drogi nie odezwali się do siebie ani słowem. Nie chcieli przerywać ciszy, przerywanej tylko przez ich kroki, odznaczające się na podgniłej ściółce leśnej. Gdzieś w jej połowie pozwolili sobie na chwilowy postój. Tuż przy kolejnym, znacznie większym jeziorze, którego woda okazała się zdatna do picia. Wsłuchiwali się w ciche, targane przez wiatr liście, które szeleściły nad ich głowami.

Chwilowo zagłuszyli swoje milczenie odgłosem otwieranej puszki. Zrobili sobie szybkie śniadanie, które polegało na zjedzeniu kilku kanapek z konserwą, a za picie służyła im na szybko przegotowana woda. W ten sposób, po chwilowym odpoczynku oraz względnym przetrawieniu, ruszyli dalej. Pozbyli się uciążliwego uczucia głodu, a torba na ramieniu Zabandażowanego stała się nieznacznie lżejsza, gdy pozbyli się części balastu.

Chyba ich złe humory wzięły się właśnie z faktu, że od dłuższego czasu nie mieli nic w ustach. Przynajmniej u jednej osoby tak było. Głodny Wietnamczyk szybko stawał się zirytowany i chętny do wszczęcia bójki. Był to powód, dla którego nie panował nad własnym językiem oraz nie oszczędził sobie drobnych złośliwości. U drugiego wystarczył silniejszy bodziec, przekierowujący jego seksualną chęć w gniew. Mieli szczęście oraz trochę więcej rozumu, ponieważ powstrzymali się przed rękoczynami. Niepotrzebne przekomarzanki mogły zwabić Poczwarki. A one pomimo swojej ślepoty, wciąż słyszały i wykrywały niechcianą obecność lepiej od dobrze wyszkolonego psa.

Wędrując ciągle na północ, w końcu udało im się wydostać z lasu. Niestety nie znaczyło to, że trafili na jakąś żywą istotę po drodze. Jak mogli się spodziewać, w zasięgu ich wzroku nie zmaterializował się żaden znany im kontur. Pomimo równości terenu oraz lepszych możliwości widzenia, nic nie sugerowało tego, że mogli czuć się bezpieczniej.

Gdy stanęli przed potężną bramą, westchnęli ciężko w tym samym momencie. Wyrwane z zawiasów skrzydła nie zwiastowały niczego dobrego, szczególnie że nie było przy nich żadnego strażnika pełniącego wartę. Jeżeli ich obawy mogły okazać się, chociaż w minimalnym stopniu prawdopodobne to po przekroczeniu progu mogli zostać świadkami podobnych zniszczeń.

Spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Nie potrzebowali słów, aby dogadać się ze sobą, jeżeli chodziło o dalsze poczynania. W turkusowych ślepiach odbiła się determinacja, a w ciemnych niepokój. Mimo to obydwaj wbrew własnym zastrzeżeniom i niechęciom potaknęli głowami, zgadzając się w ten sposób ze sobą. Postawili stopy po drugiej stronie częściowo zawalonego przejścia, przekraczając jego próg. Mocniej zacisnęli palce na karabinach, a ich spojrzenia stały się uważniejsze i ostrzejsze, gotowe wyłapać niepożądaną obecność.

Dowódca pokazał na migi, aby się rozejrzeli i poszukali ewentualnych ocalałych. Oznaczało to tyle, że na chwile musieli się rozdzielić i przejrzeć otaczające ich ruiny. W istocie żaden z nich nie miał tej pewności, czy ktoś mógł przeżyć. Jednak gdzieś z tyłu ich głów cichutki szept podpowiadał im, że nie znaleźliby tu nikogo, nawet gdyby postanowili dokładnie przeszukać teren. Niebezpieczeństwo unosiło się w powietrzu, podobnie jak odór rzezi i śmierci. Jako żołnierze byli wyczuleni na takie subtelne znaki, które zdradzały nie tak dawne wydarzenia. Niemal widzieli widma przeszłości wśród zniszczeń.

Sprawdzali, a gdy okazało się, że niczego nowego nie odkryli, wrócili przed wrota. Było to ich miejsce zbiórki, w którym mieli się spotkać, gdyby już ogarnęli daną część terenu. Widząc pustkę w swoich rękach oraz zawiedzione spojrzenia, uświadomili sobie, że prawdopodobnie przybyli za późno. Istniała jeszcze ewentualność, że miasteczko cudem zdołało się ewakuować, ale nie potrafili siebie do tego przekonać.

— Nic tu nie ma… — Mruknął starszy, dusząc w sobie ochotę do przetarcia dłonią twarzy. Cholernie go swędziała, gdy była taka odkryta i podatna na warunki pogodowe i te pozostałe.

— To… Co robimy? — Spytał jego towarzysz, a gdy przyjrzał mu się uważnie, zauważył jego zmieszanie.

— Skłamałbym, mówiąc, że wiem. — Skrzyżował ręce na torsie. — Aktualnie, jakbyś chciał wiedzieć, mam pustkę w głowie.

Gitarzysta skinął głową, przyglądając mu się przez chwilę. Nie trwało to długo, ponieważ już chwilę później chwycił mężczyznę za rękaw, krzyżując z nim spojrzenia. Wpadł na pomysł, a utwierdził się w nim bardziej, gdy dostrzegł jego zaskoczenie.

— Skoro już tu jesteśmy, to możemy poszukać tych twoich bandaży. — Widząc, jak ten drugi uniósł kpiąco brew, kontynuował. — Z tego, co się orientuję, to nie masz zapasów… Bynajmniej nie przy sobie. Pomyślałem zatem, że moglibyśmy po prostu jakichś poszukać. Może chociaż je znajdziemy.

— Zdziwiła mnie ta twoja propozycja. — Prychnął rozbawiony, gdy upewnił się, że jego podopieczny przestał gadać. — Rzadko kto interesuje się mną na tyle, aby zaproponować mi spacer wśród kompletnych zgliszczy. Szczególnie że to w moim interesie jest znaleźć te opatrunki.

— I tak nie mamy co robić, więc myślę, że przy okazji możemy trochę pozwiedzać. — Zagadnął ponownie, gdy ruszyli przed siebie. Zrównał przy tym krok z mężczyzną, rozglądając się w przeciwną stronę co on.

Szli tak w ciszy, dopóki Zabandażowany nie postanowił się zwierzyć. Choć wiedział, ile mogło go kosztować to uzewnętrznienie. Niestety nic nie mógł poradzić na to, że czuł się w towarzystwie Tamara znacznie swobodniej, niż na początku ich wspólnej wędrówki. Wiedział, że nie mógł go dłużej okłamywać, a młodszy miał prawo poznać prawdziwy powód tego rzekomo nic nieznaczącego patrolu. Nieprzypadkowo tutaj zawędrowali, dowództwo nie wyrzuciło ich na zbity pysk z obozu. Co prawda w każdej chwili mogło się to zmienić, ale jak na razie mieli gdzie wrócić.

— Wiesz… — Zaczął niechętnie, ale czujny gitarzysta wyczuł nutkę zestresowania w jego głosie. Nieważne jak bardzo starał się to ukryć. — Z tym że nas wykopali tak bez przyczyny… To tak nie do końca prawda.

— Co masz na myśli? — Zmrużył podejrzliwie powieki, wlepiając spojrzenie w profil mężczyzny. Widział, jak ciężko przełykał ślinę, zanim dokończył swoją wypowiedź.

— To, że nie znaleźliśmy się w tym mieście przypadkowo. — Westchnął i przekrzywił głowę w bok, unikając tym samym palącego wzroku swojego rozmówcy. — Chodzi o to, że wysłali mnie z misją zwiadowczą.

— … Chyba nie do końca rozumiem, do czego pijesz.

— Eh, no dobra, od początku. — Sapnął, zatrzymując się wpół kroku. Młodszy zorientował się troszeczkę później, ale gdy wreszcie przystanął, obrócił się w jego kierunku i skrzyżował ręce na swoim torsie. — Szefostwo używa czegoś w rodzaju radiostacji, łącząc się przy tym z większymi obozami, lub jak w tym wypadku z miastem. — Pokręcił dłonią znacząco. — Wracając, dotarła do nich niska częstotliwość, co znaczyło, że ktoś niedaleko szukał z nimi kontaktu. Próbowali nawiązać połączenie, wymuszali odzew… Na nic. Wszystko szło w eter, a do naszych docierał zniekształcony ton, którego ani nie potrafili zrozumieć, ani odszyfrować…

Przestał na chwilę, rozglądając się dookoła. Przypominał przy tym podejrzliwą ofiarę, która oglądała się za siebie, oczekując ataku ze wszystkich stron. Nieufność udzieliła się również młodszemu. Ten, mimowolnie zaciskając palce na zabezpieczonym karabinie, zacisnął mocno zęby. Nic nie widział, niczego nie wyczuwał, ale pozostał czujny. Może coś przeoczył, a starszy zdołał zauważyć to, czego on nie zdołał.

Ku jego zaskoczeniu, jego dowódca nie podniósł pięści na wysokość swojej skroni. Nie zasygnalizował obecności zagrożeń, dlatego jego postawa z każdą kolejną chwilą zaczęła się rozluźniać. Jego barki nieznacznie opadły, spomiędzy ust uciekł głęboki wydech, a jego powieki pozwoliły sobie na zamknięcie. Młodszy co prawda był znacznie zdezorientowany, ale gdy skrzyżował spojrzenie ze znajomym turkusem, uśmiechnął się delikatnie. Litościwie wręcz, co starszy skomentował cichym parsknięciem rzekomego rozbawienia.

— Ja i ta moja chorobliwa wręcz czujność… — Prychnął, pozwalając sobie na uniesienie jednego ze swoich kącików ust ku górze. — Pozwolę sobie kontynuować, skoro nikt nas nie podsłuchuje, a ostatnimi i w miarę żyjącymi istotami w odległości kilku kilometrów jesteśmy my sami. — Przewrócił oczyma, widocznie kpiąc sobie z własnego zboczenia. — Komunikat był zapętlony, powtarzał ciągle to samo i nabawiał naszych bólem głowy. Z tego, co się orientuję, to niektórzy wzięli sobie parę dni wolnego, aby dać swoim uszom odpocząć. — Zmarszczył brwi, jakby ze wszystkich sił starał się sobie coś przypomnieć. — Pamiętam, że próbowali zmieniać częstotliwości i odzywać się używając różnych modulacji… Bawili się swoim sprzętem, bo obawiali się, że to u nich coś nie grało i to nasza antena siadła. Jak się później okazało, u nas wszystko było w porządku, więc zaczęli podejrzewać najgorsze u tej drugiej strony.

— Co to ma wspólnego z…

— Nie przerywaj mi, bo zgubię wątek. — Ostrzegł, a po chwili kontynuował. — Postanowili mnie wysłać, abym zorientował się w sytuacji. Wezwali do siebie, przedstawili to, co było konieczne, kazali spiąć dupę i wyruszyć jeszcze tego samego dnia. — Wyciągnął z torby u swojego boku jakąś starannie złożoną kartkę, którą rozłożył. — Tutaj masz nawet ręcznie spisany rozkaz, gdyby nie chcieli mnie przepuścić przez bramę. No, ale jak widzisz, coś musiało się wydarzyć, skoro to wszystko wygląda tak, jak wygląda.

Gitarzysta zmarszczył wyraźnie brwi. Wszystko to w miarę mu pasowało do tej pokrętnej układanki zwanej upadłym światem, ale jedna rzecz nie dawała mu spokoju. Po oddaniu dokumentu cierpliwie zaczekał, aż jego towarzysz ponownie schowa papier do jednej z kieszeni torby. I dopiero gdy ten ponownie skrzyżował z nim spojrzenie, pozwolił sobie na ponowne odezwanie się.

— W takim razie jak się tu znalazłem?

— Przypadkowo. Na początku kazali mi ruszyć samemu, ale gdy ktoś z góry szepnął, że mógłbym nie wrócić, zmienili zdanie. Gdybym poległ gdzieś po drodze, cały ich misterny plan ległby w gruzach. Znowu musieliby kogoś tutaj przysłać, ryzykując utratą kolejnych ludzi. Dlatego postawili na ciebie, choć naprawdę musiałeś im podpaść, skoro to akurat twoje papiery znalazły się jako jedne z pierwszych w propozycjach.

Wietnamczyk widział w ciemnych oczach chęć odezwania się. Dopytania, a może nawet warknięcia, które wraz z gniewem czaiły się wokół zaskoczonych źrenic. Nerwowe przełknięcie śliny potwierdzało jego przypuszczenia. Tamar z całych sił próbował zdusić w swoim wnętrzu emocje, które stłumione odznaczały się wśród jego ślepi.

Starszy najwyraźniej wyprowadził go tą informacją z równowagi. Choć nie do końca wiedział, czy dominującą nad nim emocją była złość, czy jednak smutek i żal. Mimowolnie usłyszał i zrozumiał, że jego obecność tutaj była przypadkowa i robił za piąte koło u tego wozu. Nie wyszukali go, ponieważ mógł naprawdę się przydać i zabezpieczać plecy swojego towarzysza. Wysłali go dlatego, że w razie czego jego osoba nie przyniosłaby im jakichś większych strat. Ponadto nie widzieli w nim lojalnego żołnierza, zakładając, że w razie niebezpieczeństwa po prostu porzuci swojego dowódcę na pastwę bestii, ratując tylko swój tyłek.

Oba te scenariusze, podsycane zawodem, poczuciem niesprawiedliwości i nieodpartą chęcią kopnięcia czegoś przed siebie, wywołały w nim coś, czego nawet nie potrafił nazwać. Z kolei Anh uważał, że została urażona jego męska duma. Ta, która była częścią niedoświadczonych chłopców i niesamowicie podatna na wszelkie zranienia. Przynajmniej do czasu, aż ich wiara w dobro tego świata nie zostałaby odpowiednio zduszona.

Wybrali mnie, bo miałem się okazać albo tchórzem unikającym walki, albo mięsem armatnim. — Prychnął w myślach, powstrzymując się od uniesienia dłoni i pociągnięcia za końcówki swoich włosów. — Kto w takim wypadku jest bardziej żałosny? Ja, gdy sądziłem, że mogłem być kimś ważnym czy oni, kiedy kazali mi uwierzyć w to kłamstwo?

Chwila ciszy najwyraźniej była im potrzebna. Podobnie jak wzięcie głębszego wdechu, który wbrew ich oczekiwaniom nie zadziałał na nich w żaden sposób uspokajająco. Potrzebowali przerwy i natychmiastowej zmiany tematu, jeśli nie chcieli, aby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Zabandażowany przeczuwał, że dalsze drążenie mogło nieść za sobą dość przykre konsekwencje. Widział to po delikatnym drżeniu pięści swojego podopiecznego.

Ich nastroje i opuszczone głowy pasowały do otaczającego ich krajobrazu. Widok upadłego miasta, które do tego czasu cechowało się nieugiętością oraz lepszym wyposażeniem od ich mizernego obozu, wywołał u nich zadumę. Podsycana ona była ledwo wyczuwalnym smutkiem na myśl o tych wszystkich poległych, których ciała zniknęły bez śladu. Nawet wiatr, jakby z szacunku dla zmarłych nie wkraczał na zdezelowany teren. Wydawało się, że zatrzymał się przed murami, obawiając się przekroczyć ich progu. Może po prostu wiedział co za nimi czekało i to był powód, dla którego postanowił go ominąć, a nie przeskoczyć.

Wspięli się na nierówność, wytworzoną przez zawalony budynek. Resztki ścian i stropów walały im się pod stopami, czasami osuwając się pod ich ciężarem. Parę razy musieli sobie nawzajem pomóc, aby ten drugi nie skończył z rozbitą głową czy innymi obrażeniami. Co prawda Wietnamczykowi takie poślizgi zdarzały się rzadziej, ale gdy takowe miały miejsce, patrzył wdzięcznie na swojego towarzysza. Na tego nieporadnego gitarzystę, który bladł na samą myśl o tym, co mogłoby się stać, gdyby zareagował, choć sekundę później.

W końcu stanęli na szczycie wzniesienia. Z tego miejsca mogli podziwiać większość rozciągającego się przed nimi miasta, a raczej tego, co po nim pozostało. Większość chat i namiotów została niemal zrównana z ziemią, pozostawiając po sobie jedynie resztki ścian, sygnalizujące dawne położenie domostw. Za nimi w dość dalekiej odległości majaczył mur. Kiedyś wielki i potężny, zatrzymujący bestie po drugiej stronie, aby te nie skrzywdziły niewinnych mieszkańców prowizorycznego miasta. Po rzezi czy czymś, co miało miejsce przed przybyciem zwiadowców, nie ostał się ani on, ani nikt, kogo miał obowiązek chronić.

— Widzisz to wszystko? — Spytał szeptem Zabandażowany, wskazując brodą na zniszczenia wokół nich. — Kiedyś będziemy następni. Stropy się załamią, ściany ugną, a podłogi zapadną. Skończymy tak samo, a gdy nadejdzie już nasz kres, nikt nie wspomni o nas, chociażby słowem. Będziemy tylko bezimiennymi statystykami w rejestrze poległych podczas Katastrofy. A może nawet zapiszą nas do osobnej rubryczki, noszącej jakże zaszczytny tytuł ‘Pokutnicy’. — Prychnął fałszywym rozbawieniem.

— Z drugiej strony, czy warto się teraz dołować? — Mruknął o wiele ciszej drugi, po chwili odkaszlując. Obawiał się, że mężczyzna mógł nie dosłyszeć jego głosu, ale gdy dostrzegł jego uważny i skupiony na nim wzrok, kontynuował. — Wiesz… Każdy kiedyś umrze. I to nawet nie do końca zależy od nas. Nawet sposób zostaje dla nas nieznany… Przynajmniej w większości przypadków.

— Nie warto. — Potwierdził. — Ale nie będzie drugiej takiej okazji, Tamar. — Spoważniał, ponownie zawieszając spojrzenie na punkcie gdzieś przed sobą. — Czujesz ten zapach? — Zagaił po krótkiej chwili milczenia.

— Czuję jedynie kurz i pył budowlany.

— Widzisz, a ja węszę śmierć. — Mruknął niechętnie, poprawiając pasy swojego karabinu oraz torby. — Tyle ludzi tu mieszkało i spokojnie sobie żyło. Pamiętam z czasów młodości, jak było tutaj tłoczno… — Uśmiech nieśmiało wkradł się na jego oblicze, gdy przed jego oczyma zamajaczyły wspomnienia jego dawnego i dość beztroskiego życia. — Stoimy teraz w samym centrum rynku. — Tupnął parę razy nogą, aby dobitnie uświadomić swojemu podwładnemu, jak w tej chwili wyglądało serce miasta. — Normalne, o tej porze nie usłyszałbyś nawet swoich myśli…

Młodszy z niedowierzaniem patrzył, jak spod lewej powieki Anha uciekła samotna łza. Nie zdążyła nawet spłynąć na jego zmarszczony policzek, ponieważ mężczyzna otarł ją wierzchem zabandażowanej dłoni. Młodszy widział, jak starał się powstrzymać przed dotykaniem swojej twarzy, ale tego odruchu najwyraźniej nie zdołał już zdusić. Pokusa nieukazywania słabości była silniejsza od ewentualnego podrażnienia.

Gitarzysta podniósł wzrok, odwracając go tym samym od profilu dowódcy. Otaczające ich zniszczenia były tak rozległe, że potrzebowali chwili, aby przypomnieć sobie, że kiedyś w tym mieście mogli mieszkać ludzie. Być może żyli swoimi własnymi życiami, momentami zapominając o Katastrofie, która zmieniła otaczający ich świat na zawsze. Uśmiechnięci i nieobawiający się tego, co mogło przynieść im jutro. A nawet istniała możliwość, że niektórzy doczekali się własnych potomków, wesoło przyglądając się im, gdy ci dorastali.

To wszystko, co niewyraźnie majaczyło za ścianą łez żołnierzy, nie przypominało już dłużej tego, co kiedyś znali. Widok, który mieli przed oczyma, kompletnie różnił się od ich nieśmiałych nadziei. Dobitnie uświadomiło im to, że już nigdzie, w żadnym miejscu na Ziemi, nie mogli czuć się bezpiecznie. Nie było dokąd uciec, skoro nieważne gdzie przyszłoby im się udać, tam wszędzie mógł na nich czekać podobny obraz.

Anh co prawda wiedział o możliwości zniszczenia miasta. Ostrzegali go przed tym, że na swojej drodze mógł spotkać bestie i nawet na miejscu docelowym nie odetchnąłby z ulgą. Nakazali mu ostrożność i strzelanie do wszystkiego, co mogło się poruszać i nie wykazywać oznak poddania się. Wtedy musiał odbezpieczyć broń i wpakować w istotę odpowiednią ilość naboi.

Sprzeciwił się, ale dzięki temu udało mu się przetrwać. Pozwoliło mu to na oglądanie zachodzącego słońca, które z tego podwyższenia okazało się doskonale widoczne. Szczególnie że otaczający ich mur, akurat zawalił się w miejscu, gdzie owa gwiazda znikała za horyzontem, pozostawiając za sobą pomarańczowy ślad swojej obecności. A cisza, która między nimi zapadła wydawała się jeszcze bardziej podsycona wszechobecną pustką.

Młodszego coś ścisnęło w środku, gdy uważniej przyjrzał się turkusowym ślepiom, zagapionym w odległy horyzont. Tak przygaszonym i nawiedzanym przez widma przeszłości, które najwyraźniej sprawiały starszemu ból. Próbował się odezwać, zrobić cokolwiek, aby tylko dać mężczyźnie do zrozumienia, że nie był w tym wszystkim sam. Niestety, widok żalu w jego spojrzeniu skutecznie zatrzymał go w miejscu i utrudnił racjonalne myślenie.

— Ten świat nie jest idealny, Tamar. Nigdy nie był. — Mruknął ciężkim z emocji głosem. Gdy zorientował się, jak brzmiał jego ton, odkaszlnął, aby choć trochę przywrócić go do normalności. — Pamiętam wojnę, która zapoczątkowała tę męczarnię. Byłem wtedy szczeniakiem, gdy wszystkie stacje krzyczały o jakiejś tam katastrofie oraz ostrzegała ludność przed nadchodzącym zagrożeniem. Ktoś w rządzie nie wytrzymał i choć wszyscy przeczuwali, że prędzej czy później pęknie, nikt nie pokwapił się o to, by odsunąć go od władzy. — Prychnął. — Starzy ludzie wywołują wojny, a to młodzi muszą w nich ginąć… I nawet nam przychodzi płacić za egoizm starego chuja, który uważał, że to jego kutas był najważniejszy. — Warknął, widocznie nie panując nad targającą nim złością. — Kurwa, rozumiesz, że to on zadecydował o śmieci miliardów? Tak po prostu, dla swojego widzimisię. Jebać skurwiela. — Splunął w bok gęstą śliną, nie mając jednak na tyle odwagi, aby spojrzeć na twarz swojego rozmówcy.

Chwila przerwy była mu potrzebna. Wzięcie kilku głębszych wdechów powstrzymało go przed czymś, czego mógł później zdecydowanie żałować. Miał broń na wyciągnięcie ręki. Wystrzelenie całego magazynku w mur może i zadziałałoby na niego uspokajająco, ale późniejsze konsekwencje tego działania były zbyt niebezpieczne, aby odbezpieczył karabin.

— Kiedyś usłyszałem takie jedno powiedzenie… Zapadło mi to w głowie mocniej, niż zdołałem przypuszczać… — Podjął zatem znowu, znacznie spokojniejszym tonem. Przebijała się przez niego ledwo wyczuwalna nuta obojętności, a może nawet rezygnacji. — Słyszałeś kiedyś, że „Tylko martwi zobaczą koniec wojny”?

Młodszy stał kompletnie zdezorientowany i niezdolny do większości ruchów. Mimo swojego paraliżu udało mu się skinąć potwierdzająco głową, siląc się na tak niewielki gest. Uważnie słuchał słów mężczyzny, który najwyraźniej postanowił się przed nim otworzyć. Po prostu tak po ludzku. Może tak bardzo poruszyły go zniszczenia, że musiał to z siebie wyrzucić. Arab tak właściwie nie widział, co było tego powodem. Niby mógł wysnuć swoje przypuszczenia, ale nie chciał niczego przesądzać.

Dlatego nie ważył się nawet przerwać jego monologu. Pomimo depresyjnej i agresywnej nuty, jaką odznaczała wypowiedź Wietnamczyka, jego głos zdawał się idealny do słuchania. Przyjemnie niski i chrapliwy, gdy emocje ściskały go za gardło mocniej, niż ten zdołał przypuścić.

— Widocznie dopiero wtedy nadejdzie obiecany pokój.

Chwila przebłysku. Ciało jakby uleczone od niespodziewanego paraliżu podniosło rękę. I nim gitarzysta zdążył pomyśleć, poklepał swojego dowódcę po ramieniu. Nie myślał, co powiedzieć. Słowa same opuściły jego wargi.

— Jestem z tobą, Anh.

Szok odznaczył się wśród rozszerzonych, turkusowych ślepi. Znajoma twarz odwróciła się gwałtownie w jego kierunku, a uważny i niespodziewający się takich słów wzrok zogniskował się w jego ciemnych oczach, wywołując u chłopaka delikatny uśmiech. Taki, który sugerował im, że wszystko mogło być jeszcze dobrze. Skoro świat uległ już zniszczeniu i częściowej mutacji, to już ciężko o to, aby było gorzej. A przynajmniej nie na tyle, aby nie byli psychicznie przygotowani na kolejną Wielką Katastrofę.

Zabandażowany również nie mógł powstrzymać swoich odruchów. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat podszedł do drugiego człowieka bliżej i to nie z zamiarem dobicia go. Zamiast tego owinął swoje ręce wokół mniejszej postaci, przyciskając ją do siebie. Bronie palne zderzyły się ze sobą z charakterystycznym odgłosem, ale zabezpieczone, nie stwarzały aż takiego niebezpieczeństwa. Z kolei ich właściciele głośno odetchnęli, napawając się ciepłem i bliskością drugiej osoby.

Zagrożenie jakby chwilowo przestało mieć znaczenie. Zniszczone miasto również, podobnie jak dziesiątki zaginionych, których można było już wpisać na martwą listę. Świat przestał być taki niebezpieczny i toksyczny, gdy przestali zwracać na niego aż taką uwagę. Sam odór śmierci jakby stał się bardziej znośny i bezwonny. Rozkazy odpłynęły w zapomnienie, jak i również niedawna gorycz, pozostawiona po niewypowiedzianych słowach.

Mimowolnie zacisnęli palce na mundurze tego drugiego. Co prawda Anh miał nieco utrudnione zadanie, ponieważ musiał przez chwilę kombinować gdzie skrzyżować swoje przedramiona. Na szczęście nie musiał długo nad tym myśleć. Jego ciało samo znalazło wyjście z sytuacji oraz miejsce, gdzie futerał nie przylegał tak ciasno do młodszego. Umożliwiło mu to skrzyżowanie rąk na jego lędźwiach oraz przybliżenie chłopaka bliżej siebie. Dzięki temu gestowi mógł bezproblemowo ułożyć policzek na jego ciemnych włosach.

Tamar z kolei nie musiał się zbytnio wysilać. Po prostu ułożył swoje dłonie trochę powyżej jego piersi, wsuwając palce pod jego naramienniki, na których odznaczał się stopień Wietnamczyka w obozie. Oparł swoją głowę o jego mostek i pomimo warstw ubrań, dokładnie słyszał bicie jego serca. Na początku szybkie i mocne, ale z każdą chwilą coraz spokojniejsze i delikatniejsze. W pewnym momencie musiał się naprawdę wsłuchać, aby je dosłyszeć.

Obydwaj wlepili spojrzenia w zachodzące słońce. Tak piękne w swojej prostocie, że zdołało to rozluźnić ich spięte mięśnie. Uśmiechnęli się szczerze, bez zbędnej kpiny, rechotu i wymuszenia. Naturalnie i delikatnie, co zdradzało, jak bardzo ta niewinna sceneria na nich wpłynęła.

Z rana, gdy już spędzą noc wśród zawalonych murów, wyruszą w drogę powrotną. Musieli powiadomić przełożonych o skreśleniu kolejnego miasta z ‘żywej listy’ oraz ostrzec przed zbliżającym się stadem Zmutowanych Poczwarek. W końcu istniało prawdopodobieństwo, że zawitają pod ich palisadę, a wtedy będą musieli otworzyć ogień, jeżeli nie będą chcieli skończyć jak niedawny nadawca podejrzanego sygnału. Wtedy też nie będzie odwrotu, a liczebność bestii nie będzie miała znaczenia. Wtedy wszystko, co zamajaczy na ich horyzoncie, zostanie pozbawione życia. Nieważne czy będzie to bestia, niezmutowane zwierzę czy błagający o ratunek człowiek. Gdy bramy zatrzasną się na rygiel, a ich generał wyda rozkaz, wszystko przestanie mieć znacznie.

Do tego czasu jednak mogli odpocząć. Wizja kolejnej walki niezbyt im się uśmiechała, dlatego nie chcieli psuć sobie swoich całkiem dobrych humorów. Zamiast tego rozbili prowizoryczny obóz, używając do tego pozostałości po dawnych mieszkańcach.

A gdy noc w końcu zapadła, gwiazdy psotnie zamigotały nad ich głowami, a księżyc ukazał się w pełni swojej okazałości, usiedli naprzeciwko siebie. Przyjemny ogień rozpalonego ogniska dawał im złudzenie bezpieczeństwa, choć nawet i na to nie zwracali jakiejś szczególnej uwagi.

Wsłuchani w subtelne dźwięki gitary i harmonijki, które tworzyły ze sobą przyjemną dla ucha kompozycję, nie zauważali negatywów tej sytuacji. Zamiast tego, co jakiś czas wymieniali między sobą rozbawione spojrzenia, gdy jeden z nich zgubił rytm albo pomylił nutę.

Od tamtego niewinnego momentu ich relacja znacznie się ociepliła. Nawet ich podejście do własnych istnień stało się mniej obojętne, nie niosąc za sobą już dawnej autodestrukcji. I gdy turkusowe oczy krzyżowały wzrok z tymi ciemnymi, obydwaj uśmiechali się jak nieporadne nastolatki, które nie musiały przejmować się jutrem.

W końcu ostatnim co mogli stracić, było ich własne życie, ponieważ temu drugiemu nie pozwoliliby odejść tak łatwo.

Opublikowano
Kategorie One-shot Postapo
Odsłon 342
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!