I need you – Rozdział I

Noc pełna gwiazd. Chłodny, lekki wiatr powiewał spokojnie, trącając przy tym liście drzew. Las o tej porze zdawał się być jeszcze bardziej niebezpieczny niż za dnia. Idąc jedną ze ścieżek starałam się zwracać uwagę nawet na najmniejszy szelest. Trzymając w ręku pochodnię i jadąc na kucu rozglądałam się dookoła. Dla wielu osób przebywanie samemu w ciemnym, nieznanym lesie było głupotą, szybkim sposobem utraty życia. Też tak uważałam, lecz nie pozostawało mi nic innego. Chcąc, niechcąc musiałam to zrobić. Ciche odgłosy sów, czy skowycie wilków zakłócały ciszę, a także przyprawiały o niespokojne bicie serca. Z mieczem po boku obserwowałam bacznie otoczenie. Wtem moją uwagę przykuły powyrywane konary drzew, niektóre nawet złamane w pół. To nie było oznaką burzy, która mogła przejść kilka dni temu, ponieważ wskazywał na to udeptany szlak. Wielka siła musiała spowodować całe to zamieszanie. Rzeczą o wiele ciekawszą okazało się światło bijące z oddali. Rozum odradzał pójście tam, ale czemu by nie zaspokoić ciekawości? Tylko na chwilę podejść i zbadać teren. Po chwili namysłu, pognaliłam czworonoga w tamtą stronę. Żwawo dotarliśmy na miejsce.

Zsiadłam ze zwierzęcia, po czym podeszłam bliżej krzaków, tym samym ukrywając się za nimi. Moje oczy zrobiły się o wiele większe na widok trzech obleśnych, a zarazem potężnych trolli, którzy zmietliby mnie z powierzchni ziemi jednym ruchem ręki. Jednak to co ujrzałam po chwili jeszcze bardziej mnie zaskoczyło oraz również wprawawiło w osłupienie. Nad ogniskiem, na patyku piekła się garstka krasnoludów, a tuż obok, znajdowała się reszta, którzy związani w workach za wszelką cenę starali się uwolnić. Wszyscy służyli jako przekąski dla stworów. Nie był to dla mnie zbyt przyjemny widok. Szczerze mówiąc zrobiło mi się ich żal. Kto by tak chciał umrzeć? Większość z nas myśli o godnej i szlachetnej śmierci. Zastanawiałam się czy udzielić im pomocy. Nie znałam ich, więc czy byłabym w stanie narażać swoje życie dla nieznajomych? Serce mówiło jedno, a raczej krzyczało by to zrobić, więc nie mogłam dyskutować. Wyjmując miecz z pochwy i nie do końca wiedząc co robić wyszłam z krzaków, ruszając niezauważona w stronę leżących na ziemi mężczyzn.

Przejście obok stworów niezauważonym było wyczynem ciężkim i wręcz niemożliwym, ale jakimś cudem poradziłam sobie z tym wyzwaniem. Gdy tylko krasnoludy i hobbit zauważyli moją nikłą osobę, prawie nie wybuchnęli gromkim śmiechem, ale nie zrobili tego z jednego powodu. Potrzebowali pomocy, natychmiastowej pomocy. Wielu kazało mi uciekać, ratować życie, lecz nie brałam zbytnio ich porad do serca. Przyznaję, bałam się, ale strach pojawia się w każdym z nas. U niektórych bardziej, a u innych mniej. Nie należę do grona osób bardzo odważnych, ale nie można nazwać mnie tchórzem. Gdy sytuacja tego wymaga potrafię zachować się jak należy, więc nie czekając na oklaski (choć przyznam, że by mi się przydały) podeszłam do jednego z nich. Przykładając ostrze sztyletu do grubego sznurka, starałam się go przeciąć. Nie było to rzeczą prostą, na jaką mogło wyglądać.

– Chyba przyda wam się pomoc – stwierdziłam uśmiechając się pod nosem, przy okazji wykonując daną czynność.

– Lepiej daj sobie spokój i uciekaj, póki czas – odpowiedział niezbyt przyjaznym głosem, a raczej wypełnionym dumą. Mimowolnie, na chwilę skierowałam wzrok na mężczyznę i prychnęłam cicho pod nosem. Nie tego oczekiwałam w zamian za niesienie pomocy.

– Z przykrością stwierdzam, że powtarzacie się. Przyznaj, że przyda wam się nawet mała pomoc – odrzekłam, całkowicie zapominając o byciu ostrożną. Oczywiście pojawiły się skutki takiego zachowania.

Nagle poczułam jak coś chwyta mnie za kaptur i podnosi wysoko w górę. Przerażona przymknęłam oczy, gdyż nawet na wysokości kilku metrów objawiał się mój paniczny lęk. Całe ciało wręcz niespokojnie drżało.

– Ej, popatrzcie! Mam tu coś jeszcze! – rzekł jeden z trolli pokazując mnie swoim, równie ohydnym towarzyszom.

– Świetnie! Będzie co jeść, choć to straszna chudzina… – przyznał kolejny. A mi się wydawało, że ostatnio trochę przybrałem na wadzę. Chyba przydałoby się im podziękować za komplement, jednak ten pomysł szybko ulotnił się z mojej głowy.

– Puść mnie, ty niedorozwinięta poczwaro! – warknełam, czując nagły przypływ pewności siebie.

– Żałosne stworzenie! – prychnął ironicznie. Poddenerwowana tymi słowami skierowałam sztylet w jego wielką nogę. Potwór jęknął z bólu, przez co nieumyślnie puścił mnie na ziemię.

Oczywiście upadek nie okazał się być przyjemny.

Reszta troli podniosła się ze swojego siedziska i zaczęła zmierzać w moją stronę, gdy nagle mężczyzna, którego starałam się uratować zaatakował ich. Podniosłam się do pozycji siedzącej, a po moim ciele przeszedł leki ból. Starałam się dosięgnąć broń, która leżała nieduży kawałek ode mnie. Gdy miecz znalazł się w zasięgu mojej ręki byłam gotowa zacząć walczyć. Choć moje doświadczenie w walce równało się prawie zeru to i tak zawsze rwałam się do bitwy. Krew jak i jej odór, nie był dla mnie problemem, gdyż w moim życiu za dużo było takich momentów, które zdążyły uodpornić mnie na takie widoki. Podbiegając do jednego z troli, przeciełam kawałek jego ciała, wykorzystując przy tym całą swoją siłę. Prawie nic to nie dało, ale zawsze warto próbować. Mieczami uderzaliśmy w ich ciała, które były dosyć grube i ciężkie do przecięcia. Nasza energia malała, przy wykonywaniu każdego ciosu. Doskonale wiedzieliśmy, że długo nie damy rady bronić się przed bestiami. Ten moment niestety nadszedł zbyt szybko. Silne uderzenie, pchnęło nie tylko mnie pod skałę, ale i krasnoluda. Syknęłam czując mrowienie, sprawiające ból, w okolicach głowy. Stwory wypełnione wrogością i wściekłością zbliżały się niebezpiecznie w naszą stronę, z zapewne wielkim apetytem na nas wszystkich. Nie miałam planu, a nawet siły na działanie. W głębi duszy modliłam się o cud, który uratuje nas przed straszliwym końcem. Wykończona nie mogłam wykonać jakiegokolwiek ruchu. Szatyn szukał swojej broni, która jak się okazało leżała daleko od niego. W moich uszach rozbrzmiało przekleństwo ze strony mężczyzny, który tak samo jak ja był bezsilny w tej sytuacji.

– Świt przyniesie wam zgubę! – donośny głos pojawił się nad naszymi głowami. W tej samej chwili krasnolud popchnął mnie w bok, a skała, pod którą niedawno się znajdowaliśmy rozstąpiła się w pół, odsłaniając przy tym promienie wschodzącego słońca. Uśmiechnęłam się triumfalnie widząc jak trole z jękiem zmieniają się w skalne posągi.

Opublikowano
Odsłon 671
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!