One-shot – Varian Wrynn x Tiffin

Westchnął ciężko i przeczesał palcami włosy. Piorunował spojrzeniem poddanego przed sobą. Biedny materialnie i emocjonalnie rolnik, stał skruszony. Dłonie gniotły kapelusz, który widział lepsze czasy jeszcze nie tak dawno. Skłonił się pospiesznie, jąkał się strasznie, a siedzący na tronie Varian coraz bardziej tracił cierpliwość.

I pomyśleć, że czeka go jeszcze kilka godzin siedzenia i słuchania problemów ludzi. A jego problemy? Może ci ludzie wiedzą co go trapi, na pewno wiedzą, w końcu był ich królem, który został wdowcem. Ale nie mógł sobie pozwolić na przerwę i opłakiwanie swojej żony. Ich potrzeby były ważniejsze od jego. Po tylu latach wygnania i nieszczęścia, za które odpowiedzialni są orkowie, on musi dać z siebie wszystko by jego poddani byli zadowoleni, by żyło im się lepiej. Tylko śmierć Tiffin i sposób w jaki zginęła, nie pozwalał mu na pozostanie łagodnym dla mieszkańców Stormwind. Jak teraz patrzył na salę tronową, z każdą audiencją przychodziło coraz mniej osób. Może wynikało to z poprawy warunków życia? A może się bali przyjść i prosić o pomoc załamanego, oschłego króla?

Kolejne westchnienie opuściło jego usta. Odpowiedział i obiecał pomoc biednemu rolnikowi. Zerknął z powrotem na kolejkę oczekujących, niektórym osobom jakby urosły skrzydła, pewniejsi podeszli i ustawili się w kolejce. Varian próbował nie pokazywać tego po sobie, ale ta zmiana była dla niego z jednej strony miła… Z drugiej chciał zakończyć dzisiejszy dzień na tym jednym człowieku.

~*~

Podniósł się z tronu, ziewnął szeroko i rozciągnął. Po tak długim siedzeniu na tronie, był sztywny, w kilku miejscach strzeliło mu w kościach. Porozmawiał chwilę ze swoimi doradcami i poszedł do swoich komnat. Po tak długim dniu marzył mu się sen. Czysty i niewinny, taki w którym żyła jego ukochana Tiffin.

Drzwi od komnaty zamknęły się za nim. Zaczął ściągać misternie zdobiony niebieski płaszcz, nagle na dywan spadł srebrny medalion, jej medalion. Powoli jakby był z papieru, podniósł go. Gdy tylko trzymał go w rękach, potarł go delikatnie. Doskonale wiedział ile ten drobny przedmiot dla niej znaczył. I być może w tym momencie był tak zmęczony lub po prostu tak pragnął ją mieć teraz przy sobie, że czuł jej zapach. Zamknął oczy, przeniósł się do przeszłości, gdy żyła.

Biegł za nią, był wojownikiem, był od niej szybszy, ale dla niej zwolnił. Roześmiana uciekała przed nim, znikała między drzewami lasu Elwynn. Dotarli nad jezioro, słońce jakby szukając ją, rzucało na nią światło. Jej złote, potargane przez wiatr włosy prosiły by dotknąć, przeczesać. Kaskadą opadły na jej plecy, gdy się zatrzymała. Odwróciła się do niego, posyłając mu jeden z najpiękniejszych uśmiechów jakie miał okazję widzieć. Medalion podskakiwał na łańcuszku, zawsze go nosiła, zawsze kompletowała stroje pod niego. W kilku szybkich susach znalazł się przy niej. Chwycił ją w swoje ramiona i pocałował. Smakowała słodko, pachniała kwiatami i wyglądała jak córka Światłości, w którą wierzył.

Odsunęła się, zachichotała wdzięcznie i podbiegła do brzegu jeziora. W pośpiechu ściągnęła buty, podwinęła odrobinę sukienkę i zanurzyła w chłodnej wodzie stopy. Zadrżała i zaśmiała się. Varian za jej przykładem, pozbył się swojego obuwia i z łobuzerskim uśmiechem wziął ją na ręce. Zaczął wchodzić do jeziora coraz głębiej i tam ją puścił. Zaczęli się ochlapywać.

Kiedy znudziła im się zabawa, wyszli z wody. Cali mokrzy i roześmiani. Varian nie pamiętał kiedy ostatnio tak się śmiał. Spojrzał na nią, jej biała sukienka oznaczała nad wyraz wyraźnie niektóre części ciała, które powinien widzieć dopiero po ślubie albo wtedy kiedy Tiffin sama by mu pokazała. Od małego miał widok na idealne, a przynajmniej tak mu się zdawało, małżeństwo swoich rodziców. Od ojca, mając tylko dziesięć lat, nauczył się szacunku do kobiety. Dlatego teraz jedyne co mógł zrobić, to ściągnąć przemoczony płaszcz i narzucić na jej ramiona. Zarumieniła się mocno, kiedy zauważyła ten szczegół, ale z wdzięcznością skinęła głową. Wiatr zawiał troszkę mocniej, pozwoliła sobie przytulić do jego twardych, ale delikatnych dłoni.

– Pomimo tego niezręcznego momentu, to był jeden z najlepszych dni spędzonych z nią. – mruknął pod nosem.

Westchnął cicho i odłożył na toaletką jedną z najcenniejszych pamiątek po Tiffin. Zaczął powoli rozpinać koszulę. Jego myśli teraz krążyły wokół ich pierwszej wspólnej nocy, ale też i innych, tak samo wyjątkowych. Jej gorące spojrzenie jeżdżące z mięśnia na mięsień, jej smukłe palce głaszczące z uczuciem każdą bliznę, oznaki jego poświęcenia dla swojego ludu, dla jego bliskich. Na jego ustach zagościł uśmiech, w pewnym momencie sprawił, że zaczęła nosić pod sercem jego dziecko i…

Zamarł nagle. Tiffin urodziła mu syna. Nazwał go na cześć swojego mentora, bohatera drugiej wojny. Tak bardzo się cieszył, że dała mu pełną rodzinę, najpierw składając swoją przysięgę przed Światłością, a później dając mu Anduina. Owoc ich związku był zaledwie niemowlęciem gdy zginęła jego matka, a od jej śmierci minęło kilka tygodni. W tym momencie, Varianowi pękło serce. Jak on mógł zapomnieć o własnym synu? On jest dorosły, jego dwadzieścia paro letnie oczy widziały już wiele śmierci, już dawno pogodził się ze śmiercią swoich rodziców, ale Anduin? Malutkie dziecko nie wie nic o otaczającym go świecie. Dla niego musiał być to szok, że kobieta, która nim się opiekowała, śpiewała mu kołysanki do snu i była zawsze przy nim, nagle zniknęła. 

Varian przypomniał sobie wieczór przed śmiercią Tiffin. Leżał na łóżku z głową opartą na zgiętej ręce. Druga delikatnie łaskotała brzuch malutkiego księcia, powodując u niego śmiech. Młody król lubił tak się z nim bawić, głos jego dziecka była drugą najpiękniejszą melodią jaką miał okazję słyszeć. W błękitnych dużych oczach, dostrzegał radosne ogniki, wydawały mu się nawet łobuzerskie, ale to był tylko jego wymysł. Od narodzin Anduina, widział w nim bardziej matkę niż siebie, jedynie oczy maluszka były mu bliższe. Po chwili nad nimi pojawiła się Tiffin, z delikatnym uśmiechem patrzyła na swojego ukochanego i ich malutkie szczęście. Maluch wydał z siebie pisk i wyciągnął w jej stronę rączki. Ta… Cokolwiek Varian by nie zrobił, nie mógł zasłużyć na tak samo głęboką, bezgraniczną miłość jaką darzył Anduin Tiffin.

Pokręcił głową, wybiegł z komnaty i skierował się do pokoju dziecięcego. Młoda kobieta, która miała zastąpić małemu księciu matkę, spojrzała na niego. Była cała czerwona, nie potrafiła wydusić z gardła nawet dźwięku. Varian wyręczył ją.

– Chcę zobaczyć mojego syna. – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu. Skinęła mu tylko głową i wybełkotała pod nosem kilka słów. Zrozumiał tylko “zimno”. Podniósł brew i przeczesał dłonią włosy. Dopiero teraz się zorientował, że przyszedł tutaj w samych spodniach.

Na jego policzkach pojawił się delikatny rumieniec, ale starał się wyglądać naturalnie, jakby sam fakt, że przyszedł tu półnagi i stał tak przed mamką swojego syna, był czymś co ludzie dość często robią. Pewnym krokiem podszedł do kojca i spojrzał na malutką postać siedzącą na środku. Anduin podniósł na niego wzrok, zdziwiony i jednocześnie zaciekawiony. Nie zareagował pozytywnie ani też negatywnie na widok Variana, przekrzywił leciutko główkę w bok. Przez myśl Varianowi przeszło, że chłopczyk go nie pamięta. Posmutniał lekko, ale wciąż próbował robić dobrą minę do złej gry. Dzisiejszy dzień był jakąś komedią pomyłek i jego, jak mu się wydawało, nieudolnymi próbami udawania, że wszystko jest dobrze.

– Cześć – powiedział. Chciał by ton jego głosu był radosny, ale czuł, że drżał. – Nie pamiętasz mnie, prawda? Ale wiesz… Jestem twoim ojcem i postaram się teraz mieć dla ciebie więcej czasu.

Czuł się głupio mówiąc do Anduina. Gdy Tiffin była w ciąży, chwilę przed porodem, zdarzało mu się mówić do niej w liczbie mnogiej. Już wtedy czuł, że ten maluch będzie kimś wyjątkowym w jego wciąż krótkim życiu, ale mając go przed sobą, było mu strasznie niezręcznie do niego przemówić. Zawsze go zastanawiało jak jego żona to robi, z takim spokojem rozmawiała z nim, śpiewała mu i zadawała mu pytania, a on jej odpowiadał.

Maluszek, nie, już nie. Varian dopiero teraz zorientował się ile stracił z życia Anduina. W ciągu tych kilku tygodni urósł, ten widok łamał królowi serce. Chłopczyk z bezzębnym uśmiechem wyciągnął malutką rączkę w jego stronę, Varian podał mu wskazujący palec, który w następnej chwili został mocno ściśnięty. Radosny bełkot opuścił jego usta. Może jednak go pamiętał? A może zrozumiał co do niego powiedział? Warga drżała mu niewyobrażalnie, łzy płynęły po policzkach, a ramiona opadały i wznosiły się. Czuł się okropnie. W jednej chwili wziął Anduina na ręce i przytulił do siebie malutką postać tak jak to robił jeszcze kilka tygodni temu. Młoda kobieta, która przyglądała się swojemu królowi, podeszła do niego i poprawiła jego uścisk. Skinął w podzięce głową i zwrócił swoje błękitne oczy w bliźniacze tęczówki, wpatrujące się w niego radośnie. Malutkie rączki pochwyciły ciemne włosy, a później dotykały twarzy. Najpierw brody, szorstkiej od dwudniowego zarostu. Później nos, krótki śmiech opuścił usta Variana. Chłopczyk szybko skupił swoją uwagę na wargi, które w chwili dotknięcia małej dłoni, musnęły miękką i gładką skórę dziecka. Radosny pisk opuścił jego usta. Objął szyję Variana i przytulił się do niego mocniej.

Varian napawał się tą cudowną chwilą. Czuł się jakby dostał twardym wiadrem po głowie, a następnie jakby guz powstały po uderzeniu zanikał pod wpływem leczniczej energii. Z drugiej jednak strony, ta lecznicza energia, sklejała jego złamane przez Tiffin serce. To samo serce, które nie miało już nikogo więcej kochać.

Autor Aven
Opublikowano
Odsłon 363
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!