Córa rodu Phoenix – Rozdział 24

Dominacja

               Dragan szedł szybko korytarzem, wpychając zaciśnięte pięści w głębokie kieszenie marynarki. Od samego rana starał się unikać Flinta – z całkiem satysfakcjonującym skutkiem. Dziś mieli rozegrać mecz z Krukonami. Przewrócił oczami w oznace irytacji. Upierdliwe. Zbrzydło mu już nieustanne marudzenie kapitana o tym, że czekające ich spotkanie będzie jego „wielkim debiutem”. Marcus chodził cały nabuzowany, oczyma wyobraźni widząc spektakularne zwycięstwo nad drużyną Ravenclawu. Nie przestawał mielić ozorem, a im było bliżej meczu, tym kruczowłosy miał większą ochotę na przetrącenie uciążliwemu koledze karku – chociażby za pomocą pałki. Czuł, że jeszcze jedno „nienachalne” przypomnienie o założeniach taktycznych rozgrywki, na dobre wyprowadzi go z równowagi, więc unikał przesiadywania w dormitorium. Na początku podziałało, jednak Flint zrobił się na tyle bezczelny, że wpadał niby przypadkiem do biblioteki. Doskonale wiedział, gdzie szukać swojej gwiazdy, a w jęczeniu po raz kolejny o tym samym nie przeszkadzała mu nawet obecność Cedrika. Marcus dosiadał się do nich, jakby był u siebie i przerywał im naukę swoim bezsensownym paplaniem. Wszelkie uwagi, prośby oraz docinki zbywał, udając kompletnego idiotę. Choć może wcale nie udawał? Może był na tyle zafiksowany na jednym temacie, by nie dostrzegać oczywistej niechęci? Turkusowooki westchnął przeciągle, wlepiając wzrok w wysoko sklepiony sufit. Poszedł kapitanowi na rękę i w geście dobrej woli starał się podszkolić Goyle’a. Jedna z najgorszych decyzji w jego życiu – a miał w nich niemałą wprawę. Potwornie szybko stracił resztki cierpliwości do tego beznadziejnego tłuściocha. Mało tego, że Goyle był spasiony jak pierwszorzędny wieprzek, to jeszcze tępy jak but. Nic do niego nie docierało…dosłownie nic! Podczas ostatniego treningu, Dragan miał szczerą ochotę zrzucić to bezużyteczne ścierwo z miotły i sprawdzić, czy rozpaćka się o ziemię niczym pączek, których zdecydowanie żarł za wiele. Uśmiechnął się półgębkiem. Nawet gdyby podszedł do tematu w pełni poważnie, nie mógł nauczyć młodego czarodzieja tego, co sam potrafił. Była między nimi zbyt wielka przepaść…taka sama, która dzieliła go od reszty tych żałosnych dzieciaków z magicznymi badylami w dłoniach. Pozbawiony obecności Vallerin, odczuwał to coraz mocniej, co potęgowało zepchniętą na granicę świadomości wściekłość. Nikt w tej cholernej kupie kamieni nie mógł się z nim równać!!! Przewyższał uczniów, nauczycieli oraz personel pod każdym możliwym względem i ta wiedza podburzała narastającą nudę. Drażniła go ciągła konieczność hamowania się. Drażniło go to, że nie mógł wyjść kiedy chciał, żeby się zabawić. Drażniły go upierdliwe ograniczenia. Drażniła go nieustanna gierka pozorów, których nie miał ochoty utrzymywać za wszelką cenę. Hogwart nie był jego miejscem na ziemi…nie był nawet w pierwszej setce miejscówek, które mogłyby go zainteresować na dłużej. Starał się znaleźć tu sobie coś do roboty i względnie zadowalał się pomniejszymi rozrywkami. Niewinnymi zabawami, na które w normalnych okolicznościach nie traciłby czasu. Nienawidził marnować sił na sprawy beznadziejne, a za jedną z nich uważał Hogwart. Ten zamek był dla niego zwykłą przechowalnią, mającą jako tako wykształcić przyszłe pokolenie czarodziejskich miernot. Szkoła nie stawiała przed uczniami wyzwań, mających ukształtować w nich twardy charakter. Profesorowie chuchali i dmuchali na swoich cennych podopiecznych, zawzięcie chroniąc ich przed wszelkim złem tego świata. Oddzielali ich niewidzialną kopułą od niebezpieczeństw czających się tuż za progiem wygodnego zamczyska. Żył na tyle długo by wiedzieć, że nie takimi prawami rządziła się rzeczywistość. Tylko nieustanne przeciwności losu miały szansę przygotować dzieciaki na to, czym było prawdziwe życie. Kiedy opuszczą te bezpieczne mury, nikt nie będzie prowadził ich za rączkę ani głaskał po główce. Zostaną sami. Osamotnieni w groźnych realiach świata, który nie miał najmniejszego zamiaru niczego im ułatwiać. Uśmiechnął się kącikiem ust. Pierwsze zetknięcie wychuchanych młodych czarodziei z brutalnością świata musiało być czymś…BAJECZNYM W SWYM OKRUCIEŃSTWIE!!! Niemalże słyszał trzask pękających serduszek, żałosne jęki zawodu, gorzkie łzy kolejnych porażek, dojmujący krzyk nieuchronnych strat! Tak…życie nie oszczędzało nikogo i tylko najodporniejsi na jego wyrafinowane tortury mieli szansę wspiąć się na szczyt. Tak czy inaczej, to nie był jego problem. Czarodzieje mieli naturalną, przedziwną tendencję do zamykania się w ciasnych, pozornie bezpiecznych społecznościach – odcięci od pełnego spektrum doświadczeń, gwarantowanych przez nieubłagany los. Taką drogę wybrali i takiej drogi prędzej, czy później przyjdzie im żałować. Rozmyślając o bolesnym zderzeniu wygórowanych oczekiwań z bezwzględną rzeczywistością, dotarł do Wielkiej Sali. Zapewne z powodu wczesnej godziny, była niemalże pusta, co przyjął z ulgą. Nie zauważył nikogo z drużyny, więc zajął swoje zwyczajowe miejsce, mając zamiar odpocząć od ciągłego jazgotu. Właśnie sięgał po tosta, gdy wyczuł ruch obok siebie. Wkurzony spojrzał na intruza. 

– Czego? – warknął widząc mistrza eliksirów.

– Możemy porozmawiać, Luther? – Snape nie dał wyprowadzić się z równowagi.

– Severus, do cholery! – turkusowooki rzucił profesorowi wrogie spojrzenie – Będziesz mi od rana truł? Nawet zjeść nie mogę?! To szkoła, czy jakieś więzienie?!

– Chodzi o Vallerin – nauczyciel ściszył głos do ledwo słyszalnego szeptu.

Kolekcjoner warknął wymownie, przygryzając zębami trzymanego tosta. Sięgnął po dwa kolejne i niespiesznie wstał od stołu, jakby robił Nietoperzowi niewypowiedzianą łaskę.

– Niech ci będzie – wymamrotał niechętnie. – Wisisz mi porządną kawę.

Snape zignorował arogancki, lekko kpiący ton Luthera. Zaczął przyzwyczajać się do sposobu bycia Dragana oraz uczyć się, jak powinien z nim rozmawiać. Kruczowłosy traktował nawet pomniejsze sprzeczki niczym zabawę, a im bardziej Severus się denerwował, z tym większą ochotą sadystyczny dupek go dobijał – częstokroć sięgając po zagrywki poniżej pasa. Turkusowooki miał przerażający talent do wyczuwania chociażby najmniejszych słabości i przeradzania ich w istny koszmar. Najskuteczniejszą linią obrony było nie zwracanie uwagi na jego złośliwości, żeby w porę ukrócić festiwal nienawiści, mogący w skrajnych przypadkach rozpędzić się do monstrualnych rozmiarów. Mistrz eliksirów westchnął cicho. Radzenie sobie z Draganem było jednym z najtrudniejszych wyzwań, na jakie przyszło mu się natknąć. Idąc przodem, zaprowadził ucznia do swojego gabinetu. Jak zwykle, gdy mieli zamiar porozmawiać na osobności, upewnił się, że drzwi są dobrze zamknięte oraz zabezpieczone sprawdzonymi, skomplikowanymi zaklęciami. Daleko posunięta ostrożność, zakrawająca wręcz o paranoję, stała się czymś zupełnie naturalnym, kiedy w grę wchodziło chociażby wspomnienie imienia Vallerin. Severus świadom tego, że Dragan zajmie jego miejsce za biurkiem, od razu zabrał się do zaparzenia kawy. Luther pozbawiony porannej porcji zbawiennego, czarnego złota potrafił przechodzić sam siebie – najlepiej było postawić przed nim parujący kubek, zanim otworzyło się usta. Snape cierpliwie zaczekał, aż kawa będzie gotowa, po czym postawił duży, granatowy kubek obok prawej dłoni swego gościa a sam usiadł na krześle, przeznaczonym dla krnąbrnych podopiecznych.

– Czy czcigodny Lord Phoenix przysłał jakąś informację odnośnie stanu zdrowia Vallerin? – nauczyciel wychylił się subtelnie ku rozmówcy.

– Czcigodny – prychnął kruczowłosy. – Uparty staruch milczy od ponad tygodnia i nic nie wskazuje na to, żeby miał zamiar się odezwać.

– A twój brat?

– Ethana nie ma teraz w rezydencji – Dragan wzruszył obojętnie ramionami, przeżuwając tosta.

– Dlaczego?! – głos profesora zabrzmiał bardziej oskarżycielsko, niż było zamierzone – Myślałem, że Ethan będzie nadzorował powrót Vallerin do zdrowia.

Kruczowłosy roześmiał się melodyjnie. Upił łyk gorącej kawy i sięgnął po papierosa, najwidoczniej nie mając zamiaru nic powiedzieć, zanim nie uraczy się porcją gryzącego dymu. Snape dawno już zrezygnował z bezsensownego przypominania Draganowi o tym, że nie życzył sobie dymu tytoniowego w swoim gabinecie – odór fajek potrafił unosić się godzinami, przez niezbyt wydajną wentylację podziemnych pomieszczeń. Luther po każdym takim upomnieniu zwykł dmuchać mu prosto w twarz, z tym swoim cwaniackim, wyzywającym półuśmieszkiem. Ten skubaniec doskonale znał swoją pozycję i potrafił ją uszczypliwie podkreślać, przypominając czarodziejowi o tym, który z nich znajdował się wyżej w hierarchii. Kolejna uciążliwa skłonność pana Luthera.

– Słuchaj, Gacoperku – wymruczał, przygryzając filtr papierosa. – Może wyda ci się to dziwne, ale Lutherowie mają swoje…Lutherowe sprawy. Tak się przezabawnie składa, że mój uroczy braciszek pełni obowiązki głowy rodu i to na nich powinien się skupiać, zamiast bezproduktywnie sterczeć nad głową marudnego dinozaura. Nie wściubiaj swojego przerośniętego nochala w sprawy, których nie pojmujesz, cukiereczku. Nikt nie jest potrzebny do nadzorowania postępów w leczeniu Vallerin – zachichotał niepokojąco. – Chyba raczyłeś zapomnieć, że opiekuje się nią Lord Arien Uzdrowiciel Phoenix we własnej, wkurzająco bufonowatej osobie. Wasze śmieszne czary-mary nie umywają się do jego zdolności, o doświadczeniu nawet nie wspominając. Tylko upierdliwa skamielina jest w stanie pomóc mojej pani. Arien nie jest w żaden sposób zobowiązany do zdawania ani mnie, ani wam raportów, a na jego uprzejmość w tym temacie bym nie liczył. Dziadek niezbyt was lubi, łagodnie mówiąc. Brak wiadomości w jego przypadku jest dobrym znakiem.

Snape z ponurą miną przetrawiał to, co właśnie usłyszał. Rzeczywiście zachował się jak idiota zakładając, że jeden z Lordów Phoenix będzie potrzebował pomocy w swojej dziedzinie. Martwił się o płomiennowłosą i nie potrafił zbyt wiele na to poradzić. Nie znał dokładnie umiejętności jej rodu…nie miał z czym ich porównać, a na wyobraźni wolał nie polegać. Nic w tej sprawie mu się nie podobało. Nie podobało mu się to, że Vallerin była poza zasięgiem ich wzroku. Nie podobało mu się nerwowe wyczekiwanie na jakiekolwiek wieści. Nie podobało mu się milczenie Lorda. Nie podobało mu się ciągłe napięcie. Było tego po prostu za dużo. Codziennie pojawiało się coraz to więcej pytań, na które nie znali odpowiedzi. Co dokładnie działo się z Erin? Czy można było to łatwo wyleczyć, czy wymagało niebywale skomplikowanej, wyczerpującej procedury? Jak długo zajmie samo leczenie? Czy było coś, co mogli dla niej zrobić? Jakie były szanse na to, że błękitnooka wróci do pełni zdrowia? Westchnął ciężko. Przytłaczająco wiele znaków zapytania. Obecnie było tylko jedno pytanie, na które Dragan mógłby mu odpowiedzieć. Spojrzał na rozmówcę, siląc się na coś przypominającego serdeczny uśmiech.

– Nie martwisz się o Lady? – rzucił w miarę swobodnie – Szczerze mówiąc sądziłem, że będziesz znikał w każdy weekend.

– Niby z jakiego powodu?

Tego mistrz eliksirów się nie spodziewał. Przez kilkanaście sekund wpatrywał się w turkusowe tęczówki młodego mężczyzny, próbując odnaleźć w nich cokolwiek. Nie zobaczył nic. Demoniczne oczy pozostawały niewzruszone…zwyczajnie puste, jakby nie miały prawa objawić się w nich żadne górnolotne emocje. Dragan patrzył na niego wyczekująco, praktycznie nie mrugając. Snape przełknął nagromadzoną ślinę, zbierając się do kontynuowania tematu.

– Myślałem, że…no wiesz. Będziesz chciał sprawdzić osobiście, jak to wszystko wygląda.

– Wpadając sobie do rezydencji jak mi się żywnie podoba, nie pomógłbym ani dziadkowi, ani mojej pani. Sztuki uzdrawiania z najwyższej półki wymagają spokoju. Łażąc to tu, to tam tylko odciągałbym chodzące muzeum od roboty.

– Vallerin na pewno doceniłaby, gdybyś…

Zirytowany Kolekcjoner przerwał marudzenie Nietoperza uderzeniem pięścią w blat biurka – na tyle mocnym, że kubek i filiżanka przewróciły się, rozlewając kawę na drewno. Snape początkowo jedynie obserwował mocno napiętą szczękę towarzysza, nie mając pojęcia czym znowu udało mu się go tak zdenerwować.

– Przestań z łaski swojej mówić, jakbyś dobrze ją znał – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Vallerin nie chciałaby, żebym oglądał ją w takim stanie. Ta nieznośna, uparta baba zawsze martwi się bardziej wszystkimi wokół, niż sobą.

– Coś ty taki rozsierdzony z samego rana?

Snape postanowił, przynajmniej na razie, porzucić drażliwy temat. Za pomocą różdżki uporał się z powodzią kawy, dziękując opatrzności za to, że nie zdążył jeszcze rozłożyć na biurku żadnych istotnych dokumentów. Chciał porozmawiać z Lutherem, zanim zabierze się do swoich rutynowych zajęć i przezorność się opłaciła.

– Wszystko mnie tu niemiłosiernie wkurwia! – kruczowłosy wychylił się do tyłu – Cała ta szopka; cholerne, rozchichotane gówniarze; profesorowie, z przejęciem nauczający rzeczy, które wiem od dzieciństwa; durne zamieszanie wokół szkolnych rozgrywek; pierdolący od rzeczy Flint; te zasrane, latające pokraki; zasady, reguły, przepisy!!! – spojrzał na ciemnookiego nauczyciela – A najbardziej z tego wszystkiego działa mi na nerwy ten upierdliwy, blond zarozumialec. Bez Vallerin nie jest tu ani trochę zabawnie! Mam tego wszystkiego serdecznie dość. Jeszcze raz będę musiał wykrzywić ryj w wymuszonym, ugrzecznionym uśmiechu, a przysięgam, że kogoś zamorduję!

Severus, widząc nazbyt oczywistą irytację turkusowookiego, nie potrafił powstrzymać się od delikatnego półuśmiechu. Zaśmiał się cicho. To, co dla większości byłoby najwspanialszym okresem w życiu, dla Luthera musiało wyglądać jak długotrwała, męcząca tortura. Niestety potrafił to sobie wyobrazić. Przez kilka lat swojego życia czuł się podobnie, choć powody jego goryczy były zgoła inne.

– Czego rżysz? – Dragan przewrócił oczami.

– Nie sądziłem, że aż tak się tu męczysz – czarodziej przyznał szczerze. – Wiesz, nasi uczniowie traktują Hogwart jak drugi dom. Przez siedem lat nauki, zdobywają tu wachlarz z reguły dość przyjemnych wspomnień.

– Bo są stadem naiwnych kretynów – warknął Kolekcjoner. – Cieszyć się z czegoś równie ograniczającego. Idiotyzm.

– Skoro źle znosisz pobyt w szkole, dlaczego nie odejdziesz? Lord Phoenix na pewno by zrozumiał.

– Oj, nie znasz tej zawziętej skamieliny – Luther roześmiał się perliście. – Tego to ci akurat czasem zazdroszczę, Ponuraku. Arien miał swoje powody, żeby to właśnie mnie powierzyć opiekę nad Vallerin. Jego mógłbym zawieść. Nie miałbym najmniejszego problemu z olaniem jego oczekiwań i wróceniem do swoich zajęć, bez tłumaczenia się. Nie jestem jednak w stanie opuścić mojej pani, gdy potrzebuje pomocy – uśmiechnął się melancholijnie. – Mówiłem ci. Tarcza, miecz takie sprawy. Dziadunio zna mnie na tyle, by wiedzieć, że nie opuszczę Lady Crown, chociażbym miał tutaj skisnąć z nudów. Oby szybko wróciła…

– Oby – nauczyciel powtórzy z podobną manierą. – Zaczynam się obawiać, że bez niej rozniesiesz tę szkołę.

– To całkiem prawdopodobne – Kolekcjoner uśmiechnął się szaleńczo. – Wiecie cokolwiek o Blacku?

Nieoczekiwane pytanie zaskoczyło Severusa. Dragan w sumie pomagał w poszukiwaniach zbiega, ale nie wydawał się szczególnie zainteresowany całą sprawą i nigdy nie dopytywał kim właściwie był Syriusz Black. Nie przejawiał żadnych chęci dowiedzenia się czegoś więcej o uciekinierze, więc nikt go tym nie zadręczał. Dumbledore planował wtajemniczyć Luthera we wszystkie arkana tejże sprawy, jednak zrezygnował, pozwalając kruczowłosemu stać trochę na uboczu. Snape po części rozumiał decyzję dyrektora. Black był ich problemem. Cholernym fatum, które uderzyło w nich po latach spokoju. Sytuacja była już wystarczająco napięta, bez złośliwości ze strony Luthera.

– Wczorajszej nocy zgłoszono, że aurorzy widzieli kogoś w Zakazanym Lesie. Mieliśmy nadzieję w końcu trafić na ślad Blacka, ale okazało się, że tym kimś był zwykły badacz magicznych stworzeń, z pozwoleniem ministerstwa na przeprowadzanie obserwacji w Lesie. Nic nie mamy – czarodziej westchnął ciężko. – Nikt go nie widział, nikt nie wie gdzie mógł się zaszyć. Swoją drogą, interesujesz się Blackiem?

– Interesuje się Po Prostu Harrym – kruczowłosy nonszalancko machnął ręką. – Póki Vallerin nie wróci, smarkacz jest na mojej głowie i wolę nie myśleć o tym, jaki festiwal nienawiści odstawiłaby moja pani, gdyby coś stało się gnojkowi pod jej nieobecność. Miałbym u niej pod górę przez ładnych parę stuleci – zaśmiał się ciepło. – Możemy uznać, że starczy nam tych pogaduszek? Wolę zapewnić sobie większą szansę na uniknięcie spotkania w Flintem i tak szczerze, to straciłem zainteresowanie gaworzeniem z tobą. Jeśli chcesz, mogę przywlec tyłek po zajęciach albo wieczorem. O ile mi się zachce.

Mistrz eliksirów puścił mimo uszu paradę kąśliwości. Zbliżała się godzina rozpoczęcia zajęć i sam nie miał zbyt wiele czasu – musiał przygotować konspekt dzisiejszych zajęć oraz przemyśleć, jak przymusić bandę opornych na wiedzę drugorocznych do współpracy. Nie starczyłoby mu nerwów na przepychanki z Draganem i późniejsze użeranie się z uczniami. Mógł spokojnie wykorzystać nadarzającą się okazję do cywilizowanego zakończenia dyskusji.

– Oczywiście – rzucił suchym, profesjonalnym tonem. – Zapraszam, kiedy tylko znajdziesz wolną chwilę.

Luther w stał z krzesła, po czym wyminął czarodzieja, nie siląc się chociażby na ulotne zerknięcie w jego stronę. Dość miał przesłuchania, jak na jeden dzień. Zatrzymał się na moment w drzwiach czując, że powinien coś powiedzieć na odchodne. Po prawdzie nie miał na to większej ochoty, ale co tam. Raz się Nietoperkowi należało czułe słówko.

– Dzięki, Severusie. Przeprosiłbym za nazwanie twojego nosa wielkim, ale sam przyznasz! – roześmiał się – Jest ogromny!

– Idź już.

Snape podniósł się niezgrabnie z twardego siedziska i obserwował Dragana, póki turkusowooki nie zniknął za drzwiami. Gdy kłopotliwy dupek wyszedł, nauczyciel oparł dłoń o krawędź blatu. Uśmiechnął się łagodnie, sam do siebie. Coraz lepiej szło mu zrozumienie, czym tak właściwie kierował się Luther, a im więcej rozumiał, tym bardziej szanował tego pyskatego gnojka. Ciężki charakter kruczowłosego może i był czymś niezmiernie trudnym do ogarnięcia, ale on miał wprawę w znoszeniu znacznie gorszych rzeczy. Złośliwostki Dragana były niczym, w porównaniu do piekła przez jakie przechodził w ciągu siedmiu lat nauki w Hogwarcie. Wtedy był słabym, wiecznie niezadowolonym z życia nastolatkiem…wrażliwym dzieciakiem, któremu wydawało się, że talentem zawojuje świat – przez to stał się arogancki i to arogancja koniec końców go zgubiła. Przez pewien czas czuł się lepszy od wszystkich innych, a najbliższe otoczenie jedynie utwierdzało go w tym złudnym przekonaniu. Trafił do specyficznej grupy znajomych, poniekąd podzielających jego zainteresowania oraz ogólne spojrzenie na świat. Wtopił się w środowisko osób, które samych siebie postrzegało jako tych wyjątkowych…wybranych do czegoś więcej, niż zwyczajne życie. Upojony pozorami wyższości i sztucznej władzy, odsunął się od realnego świata, który zawodził go od dzieciństwa. W tym wyimaginowanym światku mógł być tym, kim zapragnął. Nikt nie stawał mu na drodze, ani nie ściągał brutalnie na ziemię – nareszcie był kimś niezmiernie ważnym. Tam czuł się bezpiecznie. Zaślepiony nie chciał dostrzegać oczywistości. Nie chciał przed samym sobą przyznać, że była to zwykła iluzja. Ignorował niebezpieczeństwo nawet wtedy, gdy Lily otwarcie mu je uświadomiła. Zamiast przemyśleć słowa jedynej istoty, która zawsze była mu życzliwa, przelał na nią całą swą frustrację, narastającą przez lata. Wyżył się na ukochanej, ostatecznie ją od siebie odpychając. Był potwornym głupcem. Roszczeniowym smarkaczem, któremu wyrafinowane farmazony uderzyły do głowy, odbierając zdolność racjonalnego myślenia. Swego czasu przeklinał znajomych ze Slytherinu, to ich obwiniając za to wszystko. Z perspektywy upływających lat jasnym dla niego stało się, że sam się o to prosił i dostał dokładnie to, na co zasłużył. Były setki znaków ostrzegawczych. Dziesiątki mniejszy lub większych sygnałów, że nie powinien uparcie pchać się w to wszystko, a mimo tego zignorował każdy jeden z nich. Podczas, gdy Severus po raz kolejny mierzył się z demonami przeszłości, Dragan wykorzystywał pełnię swych umiejętności, by stać się niemalże niewidzialnym. Nie miał ochoty na interakcje międzyludzkie, które zaczęły go straszliwie męczyć. Wystarczyło już, że musiał stawić się na boisku godzinę przed planowanym rozpoczęciem meczu, co dawało Marcusowi dostatecznie dużo czasu, żeby całkowicie spaprać mu resztki dobrego nastroju. Podczas przeciągających się niemiłosiernie zajęć, turkusowooki robił to co zwykle – siedział niechlujnie, gapiąc się uparcie w oko. Nigdy nie zabierał ze sobą ani podręczników, ani czegokolwiek przeznaczonego do notowania. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie była banalnie prosta – do niczego nie było mu to potrzebne. Na początku nauczyciele oczywiście maniakalnie zasypywali go gradem szczegółowych, wnikliwych pytań odnośnie przerabianego materiału, jednak prędzej czy później każdy z nich musiał się poddać. Luther posiadał pamięć doskonałą i potrafił ją bezbłędnie wykorzystywać. Przerabiany w szkole materiał był dla niego tak żenująco banalny, że nie trudził się nawet pobieżnym słuchaniem, tchniętych misją pedagogiczną, czarodziei. Widok za oknem niezmiennie wydawał mu się o wiele ciekawszy od tego, co działo się w salach zajęciowych. Codziennie niemalże automatycznie snuł się po korytarzach, przechodząc z klasy do klasy, w ślad za Ślizgońskimi znajomymi. Zazwyczaj był tym znudzony do tego stopnia, że nie wiedział nawet na jakich konkretnie zajęciach się znajdował i nie robiło mu to większej różnicy – zbyteczna wiedza, niepotrzebnie zaśmiecająca umysł. Najważniejsze, że jako tako rozróżniał nauczycieli, choć nazwisk nie potrafiłby płynnie wymienić. Wolał nadawać profesorom wymyślne przezwiska, niż zniżać się do zapamiętania ich właściwych danych personalnych. Jednym przedmiotem, który w miarę wzbudzał jego zainteresowanie, była alchemia. Stało się tak prawdopodobnie dlatego, że jako jedyny uczęszczał na te zajęcia, które prowadził nie kto inny jak Albus we własnej osobie. Dumbledore może nie zaliczał się do ścisłej czołówki alchemików, ale miał dostatecznie rozległą wiedzę, by mogli spędzać czas na wymianie doświadczeń oraz przeprowadzaniu praktycznych eksperymentów. Siwobrody jako jeden z nielicznych nie próbował nawet udawać, iż jest w stanie czegokolwiek nauczyć kruczowłosego – zwyczajnie akceptował nieprzeciętne zdolności towarzysza, starając się czerpać z tych spotkań pełnymi garściami. Panowie wykorzystywali zajęcia również jako okazję do poznania się nieco lepiej i ostrożnego badania wzajemnych zamiarów. Tego dnia nie było inaczej. Luther siedział sam na sam z Dumbledorem, rozszyfrowując jeden z przykurzonych manuskryptów, który do tej pory zagracał biblioteczną gablotę. Sporadycznie wymieniali kilka uwag lub zwyczajnie gawędzili, niekoniecznie wchodząc na jakikolwiek konkretny temat. Po dość przyjemnie spędzonym czasie w towarzystwie bystrego staruszka, Dragan, ociągając się jak tylko mógł, zszedł na obiad. Średnio mu to pasowało. Pojawiając się w Wielkiej Sali, dawał Marcusowi doskonałą okazję do dopadnięcia go, z czego kapitan skwapliwie skorzystał. Flint nie zaczekał nawet, aż pałkarz na dobre usiądzie przy stole – przyczepił się do kolegi przy samych drzwiach, odbierając mu przywilej posiadania przestrzeni osobistej. Luther, ignorując uporczywe trajkotanie znajomego, starał się w miarę normalnie zjeść i porozmawiać z Zabinim, który powitał go oszczędnym skinieniem. Blaise, widząc jak niekomfortowo czuł się kolega, próbował jak mógł zagłuszyć słowotok kapitana i co jakieś czas nawet mu to wychodziło, lecz Marcus zawsze znalazł sposób do zniweczenia jego starań. Draganowi w końcu nerwy puściły. Miał tego serdecznie dość!!! Skoro Flint głuchy był na prośby i niewrażliwy na wszelkie subtelności, czas najwyższy było rozegrać to w jego ulubionym, nieco brutalnym stylu. Turkusowooki zacisnął dłoń, łamiąc w pół trzymany widelec. Szybkim ruchem chwycił kołnierz koszuli lidera drużyny i przyciągnął chłopaka bliżej siebie mocnym, gwałtownym szarpnięciem. Demoniczne oczy zalśniły lodowato, przez co Marcusa zdjął strach.

– Flint, jeśli nie zamkniesz jadaczki w trybie natychmiastowym to przysięgam, że madame Pomfrey będzie musiała ci ją składać przez kilka godzin – syknął przez zaciśnięte zęby. – Jeszcze jedno słowo i ci tę durną japę zadrutują. Zrozumiałeś?

Sądząc po panice na twarzy Ślizgona przekaz dotarł, jednak Luther dla pewności jeszcze przez chwilę go przytrzymał, po czym odepchnął go zdecydowanym ruchem. Wystraszony, zdezorientowany Marcus w prędkości ucieczki mógłby równać się ze zniczem, czym rozbawił Kolekcjonera. Dragan prychnął, zadowolony z rezultatów. Durni smarkacze. Nie trzeba było niczego diabolicznego, żeby na dobre ich nastraszyć. Przestał obserwować kapitana i wrócił do jedzenia, jak gdyby nigdy nic. Nie zwracał najmniejszej uwagi na ciszę, jaka zaległa wokół niego – po prostu miał to w dupie. Ślizgoni kątem oka rzucali ku niemu niepewne spojrzenia, póki co wstrzymując się od skomentowania całego zajścia. Milczenie przerwał Blaise, który w przeciwieństwie do reszty, nie bał się Luthera i jego nieprzewidywalnych zachowań.

– Co cię ugryzło, stary? – wbił wzrok w policzek starszego kolegi.

– Nic – kruczowłosy wzruszył ramionami. – Flint od kilku dni do szału mnie doprowadza i w końcu się doigrał. Ciągle brzęczał mi za uchem, jak jakaś namolna mucha, więc wyrwałem mu skrzydełka, tyle w temacie.

Dragan zrezygnował z posiłku. W gruncie rzeczy nie był wcale głodny, co często mu się zdarzało. Jedzenie traktował jak przykrą konieczność, ponieważ sama czynność nie sprawiała mu większej przyjemności. Lata spędzone na ciągłych wędrówkach, ostatecznie pozbawiły go wyczulenia na kunsztowną grę smaków, a wrażliwego podniebienia nigdy nie miał. Potrafił zadowolić się byle czym, akceptując obowiązek dostarczenia niezbędnych kalorii. Jedynie smak tytoniu oraz różnorodnych alkoholi miał dla niego jakiekolwiek znaczenie. Posiłki traktował bardziej jak okazję do spotkań i nic nie mogło tego zmienić – nawet mistrzowskie umiejętności Merion. Odłożył roztrzaskany sztuciec, po czym bez zastanowienia sięgnął po papierośnicę. Nie przejmując się niczym, zapalił, bo na to w tym momencie miał ochotę. Po nieco dłuższej chwili, poczuł lekkie uderzenie w tył głowy. Poirytowany spojrzał przez ramię i uśmiechnął się kącikiem ust, widząc stojącą za nim McGonagall ze zwiniętym arkuszem pergaminu w dłoni. Czarownica zaplotła ciasno ręce na piersi, wpatrując się w niego z niemalże namacalną dezaprobatą.

– Panie Luther! – westchnęła z rezygnacją – Ze względu na pański niebywały talent, z trudem tolerujemy fakt, że pali pan na terenie szkoły. Jesteśmy w stanie przymknąć oko na pański nałóg, ale na Merlina, chłopcze! Nie pal w Wielkiej Sali! – powtórnie pacnęła go pergaminem – Bądź łaskaw chociaż wyjść przed budynek.

Kruczowłosy roześmiał się radośnie. Zgasił papierosa, ściskając jego jarzący się koniec dwoma palcami. Normalnie byłoby to dość bolesne doświadczenie, jednak on lubił to przyjemne ukłucie delikatnego poparzenia, więc nie miał z tym najmniejszego problemu. Wstał zwinnie z ławy, po czym z dworną manierą skłonił się przed Minervą.

– Jak pani rozkaże, kapitanie! – schylił nisko czoło – Proszę wybaczyć mi ten akt niewyobrażalnego grubiaństwa, madame. Pomny pani słów, więcej nie ważę się sięgnąć po wyroby tytoniowe w szlachetnym przybytku, Wielką Salą zwanym.

Donośny, teatralny głos Ślizgona zwrócił uwagę siedzących najbliżej uczniów. Dragan uśmiechnął się szelmowsko, doskonale słysząc śmiechy oraz pogwizdywania bliźniaków Weasley. Na tych dwóch zawsze mógł liczyć. McGonagall westchnęła głośno, uznając swoją porażkę. Nie miała pojęcia jakim cudem Lady Crown kiedyś poradziła sobie z wychowaniem tego aroganta. Zawsze miał gotową odpowiedź w każdej sprawie…zupełnie jakby potrafił w ułamku sekundy przeanalizować wszystkie możliwe scenariusze i wybrać ten, który uważał na najzabawniejszy.

– To nie czas na pańskie błazenady – była przekonana, że kiedyś już powiedziała komuś coś podobnego, lecz nie potrafiła przypomnieć sobie okoliczności. – Proszę palić poza budynkiem.

Po tych słowach odwróciła się i odeszła, nie chcąc dać turkusowookiemu czasu na reakcję. Luther wyprostował się. Dobrze wiedział, że Minerva nie znosiła go upominać i podejmowała się tego bezsensownego zadania tylko wtedy, gdy uważała to za absolutnie konieczne. Pani profesor była zbyt inteligentną kobietą, by cieszyło ją wdawanie się w z góry przegrane batalie. Ślizgon, szczerząc się szeroko, włożył papierosa za ucho, przy okazji poprawiając opadające na czoło włosy – ku uciesze kilku dziewcząt. Zerknął na roześmianego Zabini’ego, tracąc ochotę na śmieszkowanie. Dzieciakom obrzydliwie łatwo było zaimponować. W oczach uczniów musiał uchodzić za bezczelnego aroganta o zbyt wysokim mniemaniu o sobie, co w gruncie rzeczy nijak go nie obchodziło. Mogli myśleć o nim co dusza zapragnie, a i tak będą całe lata świetlne od prawdy.

– Dobra – wymruczał nonszalancko. – Idę na dziedziniec. W razie czego, wiesz gdzie mnie szukać.

Blaise potaknął ze zrozumieniem. Miał zamiar dokończyć posiłek, chwilę pogadać z Draco i dołączyć do starszego kolegi – o ile uda mu się wyrobić, przed rozpoczęciem kolejnych zajęć. Lutherowi w sumie było obojętne, czy młody Ślizgon się zjawi. Miał w zanadrzu jeszcze kilka, całkiem obiecujących opcji. Mijając stół Puchonów, zatrzymał się przy Cedriku.

– Hej, przystojny! – zarzucił ramię na bark kumpla – Pooddychasz ze mną względnie świeżym powietrzem?

– Nie tym razem, kujonku – Diggory uśmiechnął się przepraszająco. – Muszę skończyć zadanie na zielarstwo.

– Za długo ze mną przebywasz! – parsknął kruczowłosy – Jeszcze trochę i zmądrzejesz, a tego byśmy nie chcieli. Do zobaczenia w bibliotece.

Kolekcjoner klepnął ramię kolegi, nie mając ochoty go namawiać. Ced już i tak coraz chętniej stawiał pierwsze kroki na złej ścieżce, ulegając charyzmie Dragana. Poukładanemu Puchonowi zdarzało się sięgnąć po alkohol – dla towarzystwa – czego wcześniej nie robił, a i pierwszego papierosa miał już za sobą. Turkusowooki zaśmiał się w duchu. Vallerin by mu żyć nie dała, gdyby dowiedziała się, że deprawuje nieletnich. Spojrzał na drzwi wejściowe, lecz zanim zdecydował się opuścić komnatę, odwrócił się jeszcze w stronę stołu Gryfonów.

– Ej! Awers i Rewers! – krzyknął w kierunku bliźniaków – Idziecie?

Bracia Weasley nie potrzebowali dosadniejszej zachęty. Jednocześnie poderwali się ze swoich miejsc i podbiegli do kolegi z domu węża. Już dawno przestały ich odstraszać barwy, które Luther nosił, ponieważ widzieli w nim równego gościa, z którym zawsze lubili przebywać. Czasem Dragan trochę świrował, ale kto tego nie robił?! Bez tych swoich szaleństw, byłby nudnym kompanem. Chłopcy wsparli dłonie na ramionach przyjaciela.

– Prowadź, Gadzino! – zaśmiał się Fred.

– Popilnujemy, żebyś odetchnął w spokoju – George posłał wymowne spojrzenie w stronę Flinta.

Dragan zamiast odpowiadać, tylko się zaśmiał, co zupełnie wystarczyło. Z powodu chłodu nadciągającej wielkimi krokami zimy, wszyscy trzej musieli wrócić do swoich dormitoriów po cieplejsze okrycia. Umówili się, że spotkają się na kamiennej ławie, stojącej po prawej stronie rozłożystego drzewa, zdobiącego dziedziniec. Luther puścił towarzyszy przodem i zaczekał, aż znikną mu z oczu. Nie chciało mu się iść do lochów, więc korzystając z chwili samotności, posłużył się magią bezróżdżkową i samotnie ruszył na zewnątrz. Darzył Weasley’ów czymś w rodzaju sympatii, na tyle wyrazistej, że akurat tych dwóch niekoniecznie miał zamiar przeciągać na mroczną stronę mocy. Wystarczająco dobrze radzili sobie z tym o własnych siłach. Usiadł na zimnym, kamiennym siedzisku i spojrzał na zasnute chmurami niebo. Dzisiejszy dzień zdążył już go zmęczyć, a miało być tylko coraz gorzej. Nie przyszło mu za długo cieszyć się błogą samotnością. Kończył dopalać pierwszą fajkę, gdy z murów szkoły wypadli roześmiani bracia, którzy natychmiast rozsiedli się po obu jego stronach. To, że Gryfoni nieustannie byli w świetnych nastrojach, niezmiennie go zadziwiało. Pojęcia nie miał skąd można było czerpać taką wewnętrzną radość, skoro utknęło się na siedem lat w nudnym, bezbarwnym zamczysku.

– No, Gadzinko! – jeden z chłopców szturchnął go ramieniem – Powiesz wujkowi Fredowi, dlaczego chodzisz taki skwaszony?

Luther roześmiał się perliście. Weasley’owie lubili nazywać go Gadziną, z uwagi na jego niespotykane oczy. Nie przeszkadzał mu ten przydomek, ponieważ po tym czego doświadczył w przeszłości, pieszczotliwe przezwiska nie miały szans zrobić na nim wrażenia. Bliźniacy nie używali tego określenia złośliwie, w ich wykonaniu było to raczej wyrazem sympatii – jednym z najszczerszych, na jakie się natknął. Żeby nie było zbyt sielankowo, trącił barkiem Freda, posyłając go na rozmokłą ziemię. Rudowłosy czarodziej wybuchnął niekontrolowanym, piekielnie zaraźliwym śmiechem.

– Więc, wujaszku Fredzie! – kruczowłosy uniósł zaczepnie brew – Wszyscy wokół działają mi na nerwy. Mam serdecznie dość swojego domu, na czele z Flintem i Malfoy’em. 

George poklepał jego ramię z poważną, zamyśloną miną, która w jego wykonaniu prezentowała się co najmniej komicznie. Wyglądał jak światowej sławy znawca, przygotowujący się do wydania kluczowej, niepodważalnej opinii.

– Tak, tak – pokiwał głową. – Nasza Gadzinka w dorasta! W końcu zauważyłeś, że Slytherin to gniazdo węży! – chłopiec zreflektował się po chwili – Bez obrazy.

– Jakbym miał o co się gniewać – prychnął Luther. – Marcus traktuje szkolne zawody, jak jakiś międzynarodowy turniej, w którym przegranych mają zesłać na ciężkie roboty w kamieniołomach. Co z tego, że mnie truje dupę, skoro i tak nie mogę pójść na całość? Nikt z drużyny nie dotrzymałby mi kroku i el capitano doskonale o tym wie. Zająłby się tym stadem średniaków, zamiast mnie jęczeć za uchem.

Młodzi czarodzieje wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Nigdy nie widzieli jak Dragan grał i ciężko było im ocenić, czy słusznie miał tak złe zdanie o członkach swojej drużyny. Im osobiście przyszło wiele razy zmierzyć się ze Ślizgonami, którzy w ich mniemaniu niezmiennie byli najpoważniejszą przeszkodą w zdobyciu pucharu. Choć głośno w życiu by tego nie przyznali, drużyna Slytherinu potrafiła grać i co roku mieli z nimi niemały problem. Ponieważ nie potrafili ugryźć tematu na poważnie, postawili na sprawdzoną kartę – humor.

– Ohohoho! Ktoś tu jest bardzo pewny swego – roześmiali się jednocześnie.

– Przyjdźcie na mecz, to przekonacie się o czym mówię – turkusowooki sięgnął po następnego papierosa. – Z nudów zacząłem nawet kolejne, dodatkowe zajęcia. Powoli kończą mi się opcje.

– Fakt, dużo ci tego nie zostało – George uśmiechnął się delikatnie. – Tęsknisz za naszą małą księżniczką, co?

– Nic dziwnego – Fred poniósł się z mieni i usiadł na wcześniejszym miejscu. – Bez niej jest jakoś tak…beznadziejnie.

– Żebyście wiedzieli, panowie. Z Gall w szkole było o wiele zabawniej. Miałem kogo podręczyć, z kim pożartować i pogadać tak całkiem na poważnie. Malfoy nie puszył się po korytarzach, jak jakiś zasrany paw, a i dziewczyny zachowywały się normalniej. Ja nie wiem, jak Gall to wszystko ogarniała.

– Popatrz, popatrz George. Nasz Adonis gardzi zainteresowaniem pięknych dam!

– Mógłbyś się podzielić fankami, skoro ci tak ciężko w życiu, Gadzie.

– Znajdźcie sobie własne! – kruczowłosy wypuścił obłok gęstego dymu – Aż takich krzywych jap nie macie, a ponoć dziewczyny lubią facetów z poczuciem humoru.

– No i po co te złośliwości, Luther? – George przewrócił oczami – Wiadomo, że ja jestem ten przystojny i zabawny, ale biedny Fred może się załamać.

– Najpierw kradniesz mi twarz, a teraz żarty?! – fuknął drugi z braci – Mniejsza o to. Masz rację co do Malfoy’a, Gadzinko. Rozpanoszył się na korytarzach, jakby szkoła należała do niego. Nie masz zamiaru nic z tym zrobić? Już raz ustawiłeś go do pionu.

– Niby co mam zrobić, Freddy? – Ślizgon zgasił fajkę, przydeptując ją butem – Nie mam w szkole aż takiej pozycji. Malfoy obnosi się ze swoim śliczniutkim nazwiskiem i uroczym tatuśkiem na odpowiednim stanowisku. Mogę co prawda rozkwasić mu ten nadęty ryj, ale prędzej mnie za to ze szkoły wywalą, niż cokolwiek się zmieni.

– No niby tak, ale w końcu nazywasz się Luther! Zawsze można puścić plotkę, że jesteś z tych LUTHERÓW – Fred dokładnie wyartykułował nazwisko.

– Jakich Lutherów? W Stanach to dość popularne nazwisko.

Dragan stwierdził, że akurat w tym przypadku opłaca mu się udać głupiego. Do tej pory bracia słowem nie wspomnieli o jego rodzie, ani nie zapytali czy aby do niego nie należy. Nikt tego nie zrobił, co wydawało mu się odrobinę podejrzane. Był niezmiernie ciekaw, jakież to legendy krążyły wśród szkolnej braci i w jak absurdalnym stopniu różniły się od rzeczywistości.

– Nie o waszych Lutherów chodzi, tylko NASZYCH! Nie słyszałeś nigdy o Lutherach z Wielkiej Brytanii? – George nie krył zdumienia.

– Nie słyszałem o Harrym Potterze, a ciebie dziwi, że nie znam jakiś ploteczek na temat Lutherów? – kruczowłosy zapytał kpiąco – Możecie mnie oświecić, kogo niby miałbym udawać?

– Wiesz, w Anglii mamy pewną legendę związaną z tym nazwiskiem – Fred rozpoczął rzeczowym tonem. – Otóż podobno istnieje pewien szczególny, magiczny ród starszy od którejkolwiek rodziny czystej krwi. Członkowie tego rodu są potomkami samych bogów, obdarzonymi nieśmiertelnością! Ich siła wykracza poza najśmielsze wyobrażenia zwykłych czarodziei! Podobno Lutherowie są bardzo potężni, wypływowi i okropnie destrukcyjni. Mówią, że ludzie noszący to nazwisko, zniszczą każdego wroga swojej rodziny, nie zważając na konsekwencje. Legenda głosi, że Lutherowie z jakiegoś powodu nienawidzą czarodziei i trzymają się w cieniu, z ukrycia rządząc całym magicznym światem! – młodziak ledwo wstrzymywał się od krzyku – Nie wiadomo jak wyglądają Lutherowie, ani czy da się ich odróżnić od czarodziei. Są najprawdziwszym postrachem! Legendarnym symbolem zniszczenia. Słyszałem, że z tego rodu podobno pochodzi Kolekcjoner. O nim pewnie słyszałeś.

– Krążą po Stanach jakieś opowieści dziwnej treści na temat Kolekcjonera – turkusowooki postanowił pociągnąć zabawę. – Podobno był kiedyś taki dziwak w masce, którego tak nazywano. Został uznany za wroga publicznego numer jeden po tym, jak rzekomo zmasakrował w pojedynkę cały oddział wojska. O tym samym człowieku myślimy?

– Dokładnie! – George wtrącił się, cały podekscytowany rozmową – Kolekcjoner to bardzo niebezpieczny typ! Niektórzy mówią, że jest większym zagrożeniem niż Sami Wiecie Kto.

– Sorry panowie, ale jakoś nie widzi mi się udawania kogoś takiego. Nie mam żadnych szczególnych zdolności, a już z całą pewnością nie jestem nieśmiertelny. Trochę za duży hardkor, jak na moje skromne możliwości.

– Jesteś przecież geniuszem – zaśmiał się George. – Zawsze jakaś zdolność.

– A no właśnie! Jeśli już o geniuszach mowa, to prawda, że zostaniesz nauczycielem?

Turkusowooki spojrzał pytająco na swoich dwóch kompanów. Przypuszczał, że pogłoski o jego rzekomej karierze pedagogicznej prędzej, czy później opuszczą bezpieczne cztery ściany gabinetów dyrektora oraz Nietoperza, jednak nie spodziewał się, że nastąpi to tak szybko. W sumie, bez różnicy. Skoro Gryfoni już coś o tym słyszeli, czas było rozpocząć kolejną fazę szkolnego przedstawienia.

– Kto wam tak powiedział? – rzucił obojętnie.

– Noo… – Fred zawahał się przez moment – Granger. Snape coś kiedyś wspomniał, że od przyszłego roku będzie miał asystenta. Hermiona uważa, że mówił o tobie. To prawda?

– Obawiam się, że tak – Luther zaśmiał się melodyjnie. – Z powodów rodzinnych nie mogę wrócić do domu, więc dyrektor pozwolił mi zostać w szkole pod warunkiem, że osiągnę maksymalny wynik ze wszystkich przedmiotów. Upierdliwy staruszek.

– Czad! Będziesz nas uczył?

Bliźniacy znów przemówili jednocześnie, co często im się zdarzało i zawsze brzmiało zabawnie. Doprawdy! Tych dwóch potrafiło zachowywać się, jakby dzielili tę samą mentalność, do której mieli równy dostęp. Być może i myśli posiadali wspólne? Któż to wie? Bliźniacze rodzeństwa zawsze stanowiły poważną zagadkę. Luther objął kompanów ramionami, uśmiechając się figlarnie.

– Prawdopodobnie, panowie! Przygotujcie się na niezapomniane show!

– Jak Dumbledore przekonał Snape’a?

– Właśnie! Myślałem, że Snape cię nie znosi – George pokiwał głową z poważną miną.

– Widocznie nie aż tak bardzo – kruczowłosy skwitował z łobuzerskim uśmieszkiem. – Nietoperz od lat czai się na stołek nauczyciela OPCM. Pewnie chce wyszkolić sobie następcę, żeby nie zajmować się tym w ostatniej chwili. Będzie na mnie skazany przez calutki najbliższy rok – zachichotał diabelsko.

Z bliźniakami spędził jeszcze dobre kilka godzin. Zdecydowali się czmychnąć ukradkiem z zajęć i zrobić sobie wycieczkę do miasta – drobna odmiana w codziennej, poukładanej monotonii. Do Hogsmeade dostali się tak, jak zwykle – dzięki plątaninie zapomnianych, tajnych przejść. Weasley’owie pokazali Lutherowi mapę, którą podstępnie zwinęli z gabinetu woźnego. Niepozorny zwitek pergaminu, który stał się ich największym skarbem i nieodłącznym elementem planowania kolejnych psot. Dragan trzymał w dłoniach to magiczne cudo przez ledwie dwie minuty, co wystarczyło mu do zapamiętania wszelkich detali. Nie był ani trochę ciekaw, skąd wzięła się w szkole podobna rzecz i do czego pierwotnie służyła jej twórcom. Przez dziesięciolecia szlajał się po miejscach, które oficjalnie nigdy nie istniały, więc pierwsza lepsza mapa nie mogła zrobić na nim wrażenia. Wraz z Gryfonami odwiedzał sklepiki zlokalizowane w miasteczku, wyprawę kończąc standardowo w przybytku madame Rosmerty. Fred i George uraczyli się bezalkoholowym piwem kremowym, on jednak miał ochotę się napić. Wykorzystał swój niepodważalny urok osobisty, z łatwością przekonując karczmarkę do polania mu kilku kolejek ognistej. W całkiem niezłych nastrojach wrócili do zamku na tyle wcześnie, by Luther zdążył na przedmeczową rozgrzewkę – dziecinadę, której nie miał ochoty poświęcać swojego czasu. O dziwo pojawił się punktualnie, co nie uszło uwadze Flinta, który powstrzymał się od komentowania. Kapitan jedynie skinął ku niemu, w geście mającym zastąpić słowne powitanie. Turkusowooki nie był tym zaskoczony. Podejrzewał, że nawet gdyby zjawił się przed samym gwizdkiem, rozpoczynającym mecz, Marcus tym razem nie rwałby się do zwrócenia mu uwagi. Podczas rozgrzewki, Dragan nieco się obijał, niekoniecznie chętny do marnowania sił. Powoli na trybunach zaczęli zbierać się kibice, przynosząc ze sobą gwar prowadzonych rozmów oraz śmiechów. Drużyny zostały poproszone o zejście z boiska i udanie się do szatni, gdzie kapitan po raz setny powtórzył najważniejsze założenia opracowanej taktyki. Ekipa, zwarta i gotowa, czekała na oficjalne rozpoczęcie starcia, co dało czas kilku członkom drużyny na zapytanie Dragana, czy się denerwował. Kruczowłosy zgodnie z prawdą odpowiadał, że ani trochę – bardziej niż tego, że sobie nie poradzi, obawiał się, iż przesadzi i trwale kogoś uszkodzi. Ten mecz miał być dla niego kolejną z niewielkich lekcji panowania nad sobą w warunkach ekstremalnego znudzenia, połączonego z irytacją. W końcu Rolanda łaskawie dała znak do wyjścia. Wychowankowie Slytherinu chwycili swoje miotły i w ustalonej kolejności, opuścili budyneczek techniczny. Zgodnie z przewidywaniami, większość zebranej widowni oklaskiwała Krukonów – czym Ślizgoni nigdy się nie przejmowali. Kiedy w reprezentacyjnym przelocie wokół trybu mijali lożę Gryffindoru, Gryfoni zwyczajowo milczeli, co było przejawem zastanej wojny między domami. Sytuacja zmieniła się, gdy Dragan przeleciał blisko Weasley’ów, Pottera i Granger, którym przesłał całusa w odpowiedzi na zaskandowanie jego imienia. Po zakończeniu części formalnej, drużyny ustawiły się w początkowych szykach, dając przeciwnikowi pierwszą wskazówkę co do opracowanej taktyki. Luther mocniej zacisnął palce na pałce, dostrzegając porozumiewawcze spojrzenia Krukonów – zapewne właśnie potwierdzili przypuszczenia, co do jego roli w drużynie. Wszystko jedno. Zgodnie z planem kapitana, Dragan miał mieć na oku Kasjusza Warringtona, który podobnie do Grahama Montague’a, był świeżą krwią w zespole. Z resztą, nie tylko oni. Z zeszłorocznego składu powtarzały się tylko nazwiska Marcusa oraz Draco, jednak mimo to, nowi zawodnicy zdążyli już rozegrać kilka potyczek – głównie czysto towarzyskich – i to on był w gruncie rzeczy najnowszym, nieogranym jeszcze nabytkiem. Marcus dostrzegając możliwości turkusowookiego i jego doskonałe wyczucie, polecił mu przypilnować gorzej radzącego sobie w rozegraniu, Warringtona. Sam kapitan przyjął na siebie ciężar poprowadzenia ofensywy, zawierzając własnej sile oraz kilkuletniemu doświadczeniu. Flintowi ciężko było to wyrazić w odpowiedni sposób, ale czuł ulgę, wiedząc, że ma za swoimi plecami Dragana – obecność aroganckiego kolegi dawała mu w jakiś sposób poczucie bezpieczeństwa, umożliwiając skorzystanie z większej ilości rozwiązań. Kapitan Slytherinu miał jeden, zasadniczy problem. Przez większość swojej kariery w reprezentacji nieustannie odczuwał presję. Niby miał do dyspozycji niezłych graczy, lecz to on czuł się personalnie odpowiedzialny za zwycięstwo lub ewentualną porażkę. Nieustannie kontrolował zawodników podczas gry, gotów w każdej chwili ich wesprzeć, zamiast skupić się na swojej robocie. Teraz u jego boku był Luther, którego niepojętemu talentowi był w stanie względnie zaufać. Początek meczu przebiegał idealnie zgodnie z planem. Ślizgoni korzystając z przewagi postury, siły oraz dyskusyjnie czystych zagrań, zepchnęli Krukonów do obrony, jednak drużyna Ravenclawu nie miała zamiaru tak łatwo ulec. W bezpośrednich starciach nie mieli większych szans, o czym szybko się przekonali, więc skorzystali ze swego niezaprzeczalnego atutu – inteligencji. Zamiast uparcie przeć przed siebie taranem, przegrupowali się, zmieniając taktykę. Znacznie przyspieszyli grę, decydując się na krótsze, ale częstsze i precyzyjniejsze podania. Zwrotniejsza drużyna Krukonów skutecznie pomieszała szyki Slytherinowi, przechylając nieznacznie szalę zwycięstwa na swoją stronę. Zdenerwowany utratą kontroli nad spotkaniem Flint, brutalnie wbił się barkiem w Daviesa, niemalże zrzucając kapitana przeciwników z miotły. Ten incydent rozpoczął swoistego rodzaju wojnę na mniej kurtuazyjne zwarcia, mające na celu jedynie odniesienie zwycięstwa – bez względu na koszt. Wytrącony z równowagi Jason Samuels, posłał tłuczka wprost w twarz Grahama, nie bawiąc się dłużej w uprzejmości. Ścigający zdążył się uchylić, jednak piłka zahaczyła o jego bark, zaburzając trajektorię lotu. Niewiele brakowało, a Montague wbiłby się we Flinta, posyłając ich obydwu na murawę. Rozsierdzony kapitan odszukał wzrokiem Dragana i skrzywił się, widząc kompletny brak zaangażowania ze strony pałkarza. Niesiony gniewem zrównał z nim lot.

– Luther, co ty wyrabiasz?! – warknął wściekle – Weź się w końcu do roboty, albo przegramy!

– Mówiłem ci, że przyspieszą grę. Trzeba było posłuchać, zamiast stawiać wyłącznie na siłę – zakpił turkusowooki.

– LUTHER!!! – wrzasnął Marcus.

– FLINT!!! – kruczowłosy odpowiedział tym samym – Widzisz? Też znam twoje nazwisko.

– Czy mógłbyś cho… – zaczął kapitan, jednak przerwał mu nonszalancki gest dłoni kolegi.

– Dobra, już dobra! Weź się nie pruj. Tym razem uratuję ci dupę, ale to ostatni raz! Naucz się myśleć strategicznie, durna kupo mięśni.

Dragan przewrócił kpiąco oczami, po czym zanurkował, nie czekając na reakcję el capitano. Ustawił się idealnie między Kasjuszem, a odbitym przez Duncana Inglebee tłuczkiem. Puścił miotłę i obiema dłońmi chwycił pałkę, sterując latającym badylem wyłącznie za pomocą balansu ciała. Niezbyt mocno uderzył piłkę, kierując ją wprost ku samemu początkowi trzonu miotły Duncana. Tłuczek, pomimo niesamowitego impetu, nie leciał na tyle szybko, by poważnie zagrozić przeciwnikowi – po prostu uszkodził miotłę, zmuszając Krukona do awaryjnego lądowania. Kasjusz miał wolną drogę ku obręczom, z czego skwapliwie skorzystał wymijając obrońcę i strzelając swojego pierwszego w meczu gola. Uradowany Ślizgon podleciał do Luthera i w podziękowaniu za ofiarowaną szansę przybił z nim triumfalną piątkę. Po tej akcji Dragan stał się dla Krukonów istnym koszmarem. Wykorzystując swoje warunki fizyczne oraz intelekt, latał szybciej niż szukający, częstokroć dosłownie pojawiając się znikąd. Uderzał pod przedziwnymi kątami, co gorsza robiąc to niesłychanie celnie, w sposób dobrze przemyślany. Kruczowłosy nie był jakoś szczególnie zajadły w swoich zagraniach. Zamiast eliminować graczy przeciwnej drużyny, skupiał się na ich spowolnieniu lub zatrzymaniu, nie korzystając z perfekcyjnych okazji do uszkodzenia uczniaków lub ich zrzucenia. Zaliczył kilka przepięknych asyst, eskortując ścigających niemalże pod same bramki. Gra Luthera wzbudziła ogólną frustrację w szeregach reprezentacji Ravenclawu, ponieważ nie mieli pomysłu, jak mogliby go zatrzymać, a wszelkie pospiesznie zaimplementowane metody zawodziły. Zwłaszcza Samuels boleśnie odczuł sytuację, w jakiej ich postawiono. Grał w drużynie domu po raz ostatni i chciał zakończyć sezon z pucharem w dłoni. Szykował się do tego turnieju od wielu miesięcy i nie zamierzał łatwo oddać całej chwały Draganowi, który nie sprawiał wrażenia specjalnie zainteresowanego rozgrywkami. Jason pospiesznie ustalił taktykę z drugim pałkarzem, nie mniej niż on sam sfrustrowanym przebiegiem spotkania. Ich wspólnym celem stało się wyeliminowanie kłopotliwego przeciwnika, chociażby mieli za to później oberwać od swojego kapitana. Dwóch młodych czarodziei zdecydowało się na przeprowadzenie zmasowanego ataku, póki co ignorując resztę Ślizgonów. Pierwszego tłuczka w stronę Luthera posłał Inglebee, a chwilę po nim zagranie powtórzył Samuels, który uderzył tak, by Dragan nie miał szans zauważyć nadlatującej piłki – pierwszy tłuczek miał odwrócić jego uwagę i sprawdził się doskonale w swojej roli. Turkusowooki, zaaferowany współpracą z Marcusem, poczuł mocne uderzenie w plecy, dokładnie między łopatkami. Instynktownie odwrócił się, żeby sprawdzić gdzie dokładnie jest piłka. W tym czasie Duncan, niby chcąc uderzyć w tłuczek, przyłożył mu z całej siły w bark. Krukoni powtarzali co jakiś czas podobne zagrania, umiejętnie korzystając z zamieszania na boisku, ale ich działania nie przynosiły pożądanych rezultatów. Luther, choć nieźle poobijany, był tak samo skuteczny i nie mścił się za nieczyste zagrywki, co uznali za oznakę słabości – czego robić nie powinni, dla własnego dobra. Podczas jednego ze zwarć, Dragan wybronił swojego ścigającego, wychodząc obronną ręką z sytuacji, która wydawała się niemożliwa do rozstrzygnięcia na korzyść Ślizgonów. Nie mając lepszego pomysłu na reakcję, Samuels wbił się w niemiłosiernie skutecznego pałkarza z niemałą prędkością, mając nadzieję na zrzucenie go z miotły, jednak Luther nawet nie zwolnił. Kolejna porażka zirytowała Jasona do granic możliwości, przez co dał się ponieść – zwyczajnie krew się w nim zagotowała i stracił na chwilę resztki zdrowego rozsądku. Ku przerażeniu własnej drużyny – na czele z kapitanem – pozorując wzięcie zamachu, z pełnym impetem uderzył kruczowłosego pałką w twarz. Na trybunach zaległa martwa cisza. Wszyscy widzieli celowość ataku i nikt nie mógł mieć wątpliwości, co Jason chciał osiągnąć. Dragan poczuł w ustach smak krwi, którą zebrał i wypluł. DOŚĆ!!! Tego było już za wiele! Starał się być uprzejmy! Próbował po dobroci rozegrać całkiem porządny mecz, dla czystej rozrywki! Hamował się, a gówniarze wykorzystali to do zrobienia z niego chłopca do bicia?! NIE BYŁ CHOLERNYM WORKIEM TRENINGOWYM!!! NIGDY WIĘCEJ!!! Demoniczny turkus oczu przeszył lodowaty błysk. Miał ochotę zamordować Samuelsa. Wbić jego chłopięcą buźkę w ziemię i tłuc, aż zmieni to jego cherlawe ciałko w krwawą breję, naszpikowaną połamanymi kośćmi. Czy mógłby to zrobić? OCZYWIŚCIE!!! Nie miał najmniejszego problemu z barbarzyńską brutalnością! Zacisnął obydwie dłonie na miotle. Mógł zarżnąć ich wszystkich…rozchichotanych smarkaczy i gówno wartych profesorów. Gdyby tylko zechciał, ta szkoła w kilkadziesiąt minut mogłaby zmienić się w jeden wielki cmentarz! Zamknął oczy, biorąc głęboki oddech. Vallerin. Był coś winien swojej pani. Tylko myśl o niej wstrzymywała go od urządzenia tu istnej rzezi. Jej jednej nie chciał i nie mógł zawieść. Podczas, gdy Kolekcjoner dławił w sobie przemożną rządzę krwi, Rolanda podyktowała rzut wolny za oczywisty, nieprzepisowy atak. Okazję bezbłędnie wykorzystał Flint, choć ten gol nie przyniósł mu najmniejszej nawet satysfakcji – martwił się o swojego nowego gracza. Nim obie drużyny wróciły do początkowych ustawień, przed wznowieniem gry, Marcus podleciał do Dragana. Zacisnął wargi, dostrzegając strugę krwi rozmazaną niedbale na twarzy Luthera – posoka barwiła całą prawą skroń kruczowłosego, podkreślając demoniczny turkus jego oczu. Dość upiorny widok.

– Możesz dalej grać? – kapitan zaczął niepewnie – Wycofaj się, jeśli cię boli. Weźmiemy rezerwowego.

– Nic mi nie jest, Flint.

Luther warknął na tyle ostro i ostrzegawczo, że Marcusowi przeszła wszelka ochota na wdawanie się z nim w dyskusję. Zerkając niespokojnie na kolegę, zajął swoją pozycję myśląc o tym, czy dobrze zrobił ulegając. Jeśli wcześniej gra Dragan mogła uchodzić za koszmar w najczystszej postaci, to co obecnie wyczyniał zakrawało o piekło. Turkusowooki całkowicie zdominował grę. Latał jeszcze szybciej, uskuteczniając niewyobrażalne w grze ewolucje, a odbijane przez niego piłki pędziły z zatrważającą prędkością. Cała gra Krukownów skupiła się bardziej na unikaniu ostrzału, niż zaplanowanej, wydajnej grze. Dragan zrobił to, co umiał najlepiej – wprowadził ciężką do opisania presję, uniemożliwiającą strategiczne podejście do problemu. Ślizgoni z łatwością odbierali piłki zdekoncentrowanym przeciwnikom, pakując je raz po raz w okna bramek. Pałkarze drużyny Ravenclawu z mniejszym zdecydowaniem odbijali tłuczki, ograniczając się w zasadzie tylko do koniecznej obrony tak, by nie dostarczyć kruczowłosemu piłek. Cała strategia Krukonów posypała się niczym domek z kart. Ani prędkość, ani zwinność nie gwarantowały im już przewagi, ponieważ nikt z nich nie był w stanie prześcignąć Luthera. Koniec końców, wychowankowie Ravenclawu nie mogli zrobić nic, żeby go zatrzymać, więc przestali próbować skupiając się na pozostałych Ślizgonach – bezskutecznie. Wcześniejsze ignorowanie reszty drużyny Slytherinu przez Jasona i Duncana, zemściło się w rozstrzygających minutach meczu. Czego by nie próbowali, Luther pojawiał się tuż obok nich, wzbudzając panikę. Dragan zagwarantował swojej drużynie pewne zwycięstwo, odniesione pośród niemalże całkowitej ciszy ze strony kibiców. Po gwizdku kończącym pojedynek, Kolekcjoner z całej siły uderzył w tłuczek. Rozpędzona piłka dosłownie skosiła słupek, podtrzymujący jedną z obręczy. Głuchy łoskot metalu, zderzającego się z wilgotną ziemią był jedynym dźwiękiem, mącącym niemy spokój. Luther pobieżnie rozejrzał się po twarzach zebranych, po czym wyciągnął papierosa i wykonał swój popisowy numer z zeskokiem z miotły. Wylądował miękko, tuż obok sparaliżowanej Rolandy i uśmiechnął się kącikiem ust. DOMINACJA!!! Uwielbiał jej słodki, satysfakcjonujący smak! Niemalże czuł przerażenie i dezorientację, bijące od uczniaków oraz nauczycieli. BYŁ PIERDOLONYM, WYNATURZONYM BĘKARTEM DZIEŁA STWORZENIA!!! MONSTRUM, POTRAFIĄCYM SPĘTAĆ WSZYSTKIM DUSZĄCYM JARZMEM BEZWZGLĘDNEJ DOMINACJI!!! Był jedną, wielką pomyłką naturalnego porządku rzeczy i czas było uświadomić to Hogwartowi. Uniósł dłoń i położył ją na swoim pokiereszowanym policzku, nie przestając się uśmiechać. Jason może nie należał do chłopaczków mogących pochwalić się tężyzną fizyczną, ale impet jego uderzenia zdołał połamać mu szczękę oraz rozerwać prawy kącik ust. Nie było to za szczególnie uciążliwe ani bolesne, jednak musiało wyglądać dość poważnie. Powstrzymał tymczasowo regenerację, nie chcąc dać gówniarzom powodów do ploteczek – jako jedyny spośród Lutherów potrafił to zrobić i czasem korzystał z tej umiejętności.

– Jesteś potworem, Luther.

Usłyszał cichy, drżący szept Rolandy. Zerknął kątem oka na kobietę, odsunął papierosa od ust i wypuścił obłok dymu.

– Nawet nie zdaje sobie pani sprawy jak wielkim, madame Hooch.

               Po meczu Dragan zmuszony był udać się do Skrzydła Szpitalnego, żeby uniknąć wzbudzania podejrzeń. Koledzy drużyny chcieli iść razem z nim, lecz zdołał ich przekonać, że to kiepski plan i żeby zaczęli świętowanie zwycięstwa bez niego. Pani Pomfrey, doskonale wiedząc o zdolnościach swego gościa, wprawnie zakryła poranione miejsca, odrobinę obawiając się o stan jego kości – z tego co widziała, kilka z nich uległo przemieszczeniu, ale kruczowłosy nie wydawał się tym przejmować. Pielęgniarka musiała przyznać przed samą sobą, że kiedy Luther zjawił się w progach jej królestwa, poczuła coś dziwnego. Bez większej przyczyny ogarnął ją ciężki do wyjaśnienia strach. Od tego mężczyzny biło coś niepokojąco ulotnego, a jednak piekielnie alarmującego. Szczerze lubiła Dragana, ale w tym momencie wolała, żeby jak najszybciej wyszedł, zabierając ze sobą ciężar atmosfery. Ku jej cichemu zadowoleniu, Dragan nie zwlekał ani chwili z odejściem. Oszczędnymi słowami podziękował kobiecie za opiekę, po czym pospiesznie opuścił Skrzydło, nie mając ochoty na wdawanie się w uprzejme pogaduszki. TA CHOLERNA SZKOŁA WKURWIAŁA GO CORAZ BARDZIEJ!!! To , jak pozwalał obić się na boisku, przypomniało mu o przykrych wydarzeniach z dzieciństwa, potęgując wściekłość, która narastała w nim od stuleci. Wtedy był tylko głupim, naiwnym szczeniakiem, pragnącym akceptacji ojca oraz brata i przyszło mu słono za to zapłacić. Zanim jeszcze zdążył wejść w wiek nastoletni, znał już bardzo dobrze ból łamanych kości, pieczenie rozlicznych ran, drżenie zmasakrowanych stawów…zakosztował już pełnego spektrum goryczy bycia odtrąconym, niezrozumianym dziwadłem, zdanym wyłącznie na siebie. Poniewierano nim, na co sam przyzwalał w nadziei na zyskanie sympatii własnego brata. Swego czasu poświęcił się, dla spokoju ducha Ethana i żałował tego przez całe dziesięciolecia. Nigdy więcej. Nie miał zamiaru pozwalać na to, by bezkarnie go okładano w imię rozrywki. Każdy, kto próbował go zdeptać, kończył martwy – taką drogą zdecydował się pójść. Powinien chociaż połamać ręce Jasona tak, by nie był w stanie więcej utrzymać pałki. Powinien, ale powstrzymał się przed zrobieniem komukolwiek krzywdy, ponieważ wiedział, że Vallerin nigdy by mu tego nie wybaczyła. Obiecał swojej pani, że da sobie radę i danego jej słowa chciał dotrzymać – bez względu na podszepty własnej natury. Wkurzony szedł szybkim krokiem przez korytarz, średnio zwracając uwagę na otoczenie. Zatrzymał się mimowolnie, gdy poczuł dwa ramiona, oplatające jego barki i uśmiechnął się pod nosem. Nie musiał nawet patrzeć, żeby wiedzieć kto go dopadł. Bliźniaków Weasley zawsze by rozpoznał, wystarczyły tylko ich przytłumione gwizdy i charakterystyczny, zgodny śmiech.

– Gadzino, jesteś niesamowity! – krzyknął George, potrząsając ramieniem kolegi.

– To jak rozwaliłeś bramkę – Fred zagwizdał z uznaniem. – PRZEPIĘKNE!!! Żałuj, że nie widziałeś reakcji Hooch! Aż skamieniała!

Gryfoni roześmiali się radośnie, najwidoczniej nieskorzy do zakończenia tematu.

– Będziemy mieli z wami niezły problem! – George spojrzał na Ślizgona.

– Serio, stary! Gdzieś ty się nauczył tak grać? – podekscytowany Fred niemalże krzyknął kruczowłosemu do ucha – Jesteś na jakimś światowym poziomie, albo i galaktycznym! Trenowałeś potajemnie w jakimś sekretnym laboratorium supergwiazd quidditcha, czy co? Powiedz wujkowi Fredowi, nie wstydź się.

– Nauczysz nas? No wiesz, tego twojego super uderzenia!

Rozbawione, entuzjastyczne głosy bliźniaków nieco poprawiły humor Lutherowi. Przynajmniej tych dwóch udało mu się nie przerazić. Bliźniacy zadawali mu masę pytań, niekoniecznie czekając na odpowiedź – wydawali się zbyt nabuzowani, żeby faktycznie chcieć ją usłyszeć. Turkusowooki szybko przekonał się, że nie tylko dwóch postrzelonych Gryfonów było pod olbrzymim wrażeniem jego gry. Co rusz któryś z uczniów zatrzymywał się, żeby pogratulować mu umiejętności oraz czystej gry. Wszyscy zdawali się świadomi tego, że starał się nikomu nie zrobić krzywdy, choć mógł to zrobić z porażającą łatwością. Wkrótce otoczył go wianuszek fanów szkolnych rozgrywek, chcących dowiedzieć się gdzie grał wcześniej i czy startował kiedyś w oficjalnych turniejach, albo myślał o rozpoczęciu kariery zawodowego gracza. Dragan starał się w miarę uprzejmy sposób wyzwolić spod ostrzału niewygodnych pytań i prawie mu się to udało, jednak drogę zastąpił mu kapitan Krukonów. Davies z początku sprawiał wrażenie lekko zagubionego, jednak w końcu wyciągnął dłoń ku niedawnemu rywalowi, patrząc wprost w turkusowe tęczówki.

– Naprawdę bardzo przepraszam za moich pałkarzy – Roger wyglądał na przejętego. – Nic poważnego ci się nie stało? Wyglądało to okropnie.

– To tylko zadrapanie, nic więcej – Luther uścisnął dłoń Krukona. – Zagoi się.

– Poważnie? Nie zostanie ci blizna, ani nic takiego?

– Blizny mi nie przeszkadzają – kruczowłosy roześmiał się szczerze. – Zawsze uważałem je za fajną ozdobę dla faceta. Co z twoimi narwańcami? Wąsaty Mikrus wyglądał na nieźle wkurzonego.

– Tak – Roger podrapał się po karku, próbując ukryć nutę rozbawienia dziwnym przydomkiem opiekuna swojego domu. – Profesor Filtwick już stosownie ukarał chłopaków. Ja ze swojej strony zawiesiłem ich na dwa najbliższe mecze reprezentacyjne.

– Nie podejrzewałem cię o taką stanowczość. Nieźle rozegrane.

– Dzięki. Czasem i ja muszę przemówić im do rozsądku.

Gdy Luther rozmawiał z uczniami, w gabinecie dyrektora wręcz wrzało. Opiekunowie domów wraz z Rolandą, prowadzili ożywioną dyskusję na temat meczu. Mimo początkowych starań Albusa w miarę cywilizowana rozmowa szybko przerodziła się w kłótnię.

– Dyrektorze Dumbledore! Domagam się natychmiastowego usunięcia Luthera z rozgrywek! – Hooch weszła w fazę stanowczego gniewu – Widział pan co ten chłopak zrobił z bramką?! Jest zbyt niebezpieczny i nie potrafi się kontrolować!

– Jego obecność z całą pewnością zakłóci uczciwy przebieg tegorocznego pucharu – Filtwick wsparł koleżankę, uderzając rytmicznie palcami w splecione przedramiona.

– Z całym szacunkiem, Fliliusie, ale to twoi podopieczni zachowali się skandalicznie, z premedytacją atakując pana Luthera – Snape przemówił spokojnym, rzeczowym tonem. – Wszyscy doskonale widzieliśmy jak panowie Samuels oraz Inglebee usiłowali przez dłuższy czas zatrzymać pana Luthera w sposób zagrażający jego zdrowiu.

– Masz rację, Severusie – niechętnie przyznała Minerva. – Panowie Samuels i Inglebee zachowali się niewłaściwie, jednak sam przyznasz, że pan Luther stoi na dużo wyższym poziomie niż reszta uczniów. Jeśli zezwolimy mu na zostanie w reprezentacji, od razu możemy wręczyć puchar Slytherinowi.

– Dobrze powiedziane, profesor McGonagall! – wtrąciła się Pomona – Nasi wychowankowie nie mają szans w starciu z panem Lutherem. Ten chłopiec jest niesamowicie utalentowany.

Po tych słowach dyskusja przybrała na sile, rozogniając napięte nastroje. Severus starał się rzeczowymi argumentami bronić turkusowookiego, w czym oczywiście miał swój cel. Z Draganem w drużynie mieli zagwarantowane zwycięstwo, a on bardzo nie lubił przegrywać – zwłaszcza, gdy ich głównym rywalem był Gryffindor. Cała ta dysputa wydawała mu się w pewnym stopniu niedorzeczna i miał żal do Minervy za to, że to w znacznej części ona stawała z nim w słowne szranki. Obydwoje zdawali sobie sprawę z niebanalnych zdolności kruczowłosego i tego, że hamował się jak tylko mógł. Na dobrą sprawę przez większość meczu nie wybijał się jakoś znacznie ponad innymi graczami, co uległo zmianie dopiero po niefortunnym ciosie prosto w twarz. I on, i McGonagall poznali Dragana Luthera na tyle dobrze by wiedzieć, jak wiele wysiłku musiało kosztować go ograniczanie się do takiego zachowania. Snape posunął się nawet do tego, żeby przypomnieć zebranym o panu Potterze, którego również zaliczano do grona uzdolnionych zawodników i jakoś nikt nie oponował przeciw jego karierze reprezentacyjnej.

– Nie bądź niedorzeczny, Severusie – Minerva obrzuciła go pełnym wyrzutu spojrzeniem. – Pan Potter i pan Luther to dwie, zupełnie różne sprawy. Pan Potter może i ma talent, jednak nie jest aż tak… – urwała, szukając właściwego sformułowania – niedorzecznie genialny, jak pan Luther.

– Więc Gryffindor może mieć w swoich szeregach obiecującego gracza, ale odmawiasz Slytherinowi tego samego? – mistrz eliksirów uniósł brew – Wygodne rozwiązanie, przyznaję.

Dumbledore przysłuchiwał się kłótni z rosnącą irytacją, nie zamierzając jej przedwcześnie przerywać. Chciał usłyszeć zdanie wszystkich opiekunów i na tej podstawie wyrobić sobie opinię na temat tego, jakie kroki powinien podjąć. Ostatnie czego było mu potrzeba, to problemy z rozgrywkami, a nie zapowiadało się na polubowne załatwienie sprawy we własnym gronie. Musiał szczerze przyznać, że nie podobało mu się to, co usłyszał. Profesorowie zaciekle bronili swoich własnych interesów, pozostając kompletnie ślepymi na całościowy problem. Uderzył dłonią w stół, dzięki czemu zebrani nareszcie zamilkli, wyczekując jego słów.

– Nie mogę od tak zabronić uczniowi reprezentowania swojego domu – westchnął ciężko. – Porozmawiam z panem Lutherem i być może dojdę z nim do jakiegoś porozumienia.  Faktem jest, że pan Luther z takimi zdolnościami, powinien grać w drużynie narodowej, gdzie z całą pewnością świetnie by się odnalazł, przynosząc dumę nam wszystkim. Droga Pomono – zwrócił się ku koleżance. – Zakładanie z góry, że uczniowie nie mają szans przeciw panu Lutherowi, jest bardzo pesymistyczne. Każda z drużyn posiada własny styl gry, wady oraz zalety, dlatego na dobrą sprawę ciężko jest wyrokować o przebiegu kolejnych spotkań, póki się ich nie zobaczy. To jest właśnie w sporcie najpiękniejsze! Mówiąc o samym meczu – przesunął wzrokiem po twarzach pedagogów. – Pan Luther nie dopuścił się żadnego przewinienia, ani nadużycia. Grał na bardzo wysokim poziomie, zachowując się w pełni uczciwie wobec kolegów z drużyny i przeciwników. Karanie go za talent byłoby czymś nagannym, o czym doskonale wiecie. Proszę was wszystkich o spokój, cierpliwość i rozwagę. Zawłaszcza ciebie o to proszę, Rolando. Rozumiem, że nie przepadasz za panem Lutherem, ale okazujesz to w sposób zbyt wylewny, co rzutuje na twoją bezstronność jako sędziego. Pan Luther jest jednym z twoich podopiecznych i powinnaś traktować go jak pozostałych uczniów, bez względu na okoliczności.

Tymi słowami dyrektor uciął wszelkie rozmowy, nie chcąc słuchać tłumaczeń. Wyprosił opiekunów, na odchodne polecając Severusowi przyprowadzenie Dragana. Szczerze mówiąc nie miał pojęcia, w jak wybrnąć z tej sytuacji. Turkusowooki nie był w żaden sposób winien temu, że odznaczał się na tle młodych czarodziei dzięki swym umiejętnościom. Przez calutki mecz nie zrobił niczego złego. Nie prowokował, nie był agresywny ani mściwy, choć powody bez problemu by się znalazły. Albus poprawił okulary. Prawdopodobnie w tym momencie to nie Luther był jego problemem, a profesor Hooch. Rolanda, od czasu incydentu z boiskiem, obnosiła się ze swoją niechęcią wobec krnąbrnego ucznia, czego rezultat mogli zobaczyć dziś na boisku. Pozwoliła zawodnikom Ravenclawu na zbyt wiele, traktując ich coraz brutalniejsze ataki z przymrużeniem oka, aż doszło do eskalacji napięcia. Kiedy zobaczył ten cios, precyzyjnie wymierzony w twarz Dragana…serce na moment mu zamarło. Gdyby kruczowłosy był zwykłym dzieciakiem, takie uderzenie pogruchotałoby mu kości i pozbawiło przytomności, a coś takiego mogło skończyć się tragicznie. Dumbledore uśmiechnął się delikatnie. Dziś turkusowooki po raz kolejny mu zaimponował. Nie potrafił sobie wyobrazić, żeby ten chłopak nie był w czymś wybitny. Nie ważne czy to nauka, sport, taktyka, dyplomacja, samokontrola…Dragan sprawdzał się we wszystkim, czego się dotykał. Albus miewał już wyjątkowo zdolnych, obiecujących podopiecznych, jednak pierwszy raz przyszło mu spotkać się z tak porażającym talentem. To było aż przerażające doświadczenie. Młody Luther mógł osiągnąć wszystko…sięgnąć po co tylko chciał i niewielu byłoby w stanie mu w tym przeszkodzić. Coś takiego…absolutna, niezachwiana dominacja nad otoczeniem, musiała dawać poczucie wszechwładzy, które już niejednego zaślepiło, wiodąc ku zatraceniu. Nagle naszła go upiorna myśl. Czemu wcześniej nie myślał o Draganie w ten sposób? Dlaczego dopiero teraz zauważył oczywistości? Wzdrygnął się, gdy znalazł odpowiedź. Vallerin. Do tej pory to Lady Crown była jego punktem odniesienia, w postrzeganiu Luthera. Poczuł lodowaty dreszcz, przemieszczający się w dół kręgosłupa. Skoro punktem odniesienia dla turkusowookiego była jedna z najpotężniejszych magicznych istot, jaką siłą musiał dysponować ten chłopak? Jak olbrzymia przepaść w rzeczywistości oddzielała Dragana Luthera od zwykłych czarodziei? Gdzie kończyła się jego potęga? Natłok pytań rozpędziło delikatne pukanie.

– Proszę – starzec usiadł prosto, spodziewając się kogo ujrzy w progu.

Luther wparował do gabinetu, rozsiadł się wygodnie w fotelu i zaplótł ręce na karku, spokojnie obserwując gospodarza. Nie wyglądał na w żaden sposób przejętego tym spotkaniem, ani zainteresowanego jego powodami.

– Draganie… – Albus zaczął łagodnie.

– Nie wysilaj się, Siwobrody – prychnął chłopak. – Wiem co chcesz powiedzieć, więc darujmy sobie głaskanie po główce. Zrezygnuję z gry w drużynie. 

Czarodziej milczał przez chwilę. Powinien wiedzieć, że równie błyskotliwy facet dawno domyślił się czemu go wezwał.

– Jesteś pewny?

– Gra w quidditcha i tak była tylko zabawą, do czasu powrotu mojej pani. Obydwaj wiemy, że jeśli zostanę, to zaburzę równowagę sił. Nikt nie będzie chciał grać ze Slytherinem, ze mną w składzie. Posypią się walkowery, a nie o to chodzi. Niech gówniarze cieszą się wyrównaną grą – zaśmiał się kpiąco. – Dla mnie rozgrywki nic nie znaczą, ale dla wielu twoich pupilków są sensem szkolnego życia.

– Skąd u ciebie taki przejaw wspaniałomyślności? – Dumbledore nie zdążył ugryźć się w język.

– Nie obrażaj mnie, bo się rozmyślę! – Dragan zaśmiał się sucho – Sam widziałeś z jaką łatwością mógłbym przetrącić karki smarkaczom, nawet przez przypadek. Jeśli któryś szczeniak ucierpiałby przez moją lekkomyślność, Vallerin wściekłaby się na mnie, a nie chcę jej wkurzać.

Albus uśmiechnął się łagodnie. W gruncie rzeczy mógł się spodziewać podobnej odpowiedzi, co nie znaczy, że odrobinę go nie zaskoczyła.

– Wszystko sprowadza się do Lady Crown? – zapytał z serdecznym uśmiechem.

– Dla mnie zawsze wszystko sprowadza się do niej – turkusowooki wzruszył ramionami. – Dla ciebie to też ma same plusy. Hoot-Hoot nie będzie ci sterczała nad głową.

– Kto? – dyrektor przysłonił dłonią usta.

– Daj spokój, Siwobrody! – Luther przewrócił oczami – Nie powiesz mi, że Rolanda nie przypomina ci sowy. To aż za bardzo oczywiste.

– Znalazłeś przezwiska dla wszystkich nauczycieli?

– To szybsze niż bezsensowe zapamiętywanie ich imion – Dragan podniósł się z fotela. – Też spróbuj, polecam.

– Tak z czystej ciekawości, jak nazywasz opiekunów domów? – Dumbledore nie mógł przepuścić okazji.

– Mini, Puffy, Gacoperz i Wąsaty Mikrus, łatwo się połapać. Mogę już spadać? Będę  musiał jakoś to wszystko wytłumaczyć Marcusowi – jęknął w oznace udręki.

– Oczywiście – staruszek przygryzł wewnętrzną stronę policzka, próbując nie parsknąć śmiechem. – Powiedz panu Flintowi, że twoje odejście jest oficjalną decyzją grona. Możesz swobodnie trenować i występować w meczach towarzyskich.

– Obejdzie się – tymczasowy Ślizgon machnął lekceważąco. – Znudziło mi się ganianie za piłką.

– Skoro tak, to może poprowadziłbyś osobne zajęcia z quidditcha? Dla wszystkich drużyn, w ramach równomiernego podszkolenia.

– Nie wiem czy wystarczy mi cierpliwości, ale w sumie czemu nie. Zajęcie jak każde inne.

– Uzgodnię to z opiekunami i Hoot-Hoot – czarodziej uśmiechnął się szeroko. – Porozmawiaj z kapitanami drużyn i dostarcz mi listę potencjalnych chętnych do końca tygodnia.

– Ty tu rządzisz, staruszku – Dragan mrugnął zaczepnie. – Koniec pogadanek?

– Tak. Dziękuję, że przyszedłeś.

– Nie ma sprawy. Zawsze do usług, Siwobrody.

Luther opuścił gabinet w akompaniamencie śmiechu dyrektora. Pojęcia nie miał czemu Albus się recholił i niezbyt go to obchodziło. Bez zatrzymywania się, zszedł wprost do lochów, gdzie czekała na niego następna rozrywka. W Pokoju Wspólnym zebrała się cała drużyna, wspierana przez większość Ślizgońskiej braci – wszyscy byli ciekawi, czemu Dumbledore wezwał ich gwiazdę. Kiedy tylko Dragan wszedł, Marcus poderwał się gwałtownie. Z daleka dało się zauważyć, że kapitan był jednym wielkim kłębkiem nerwów.

– I co powiedział? – niespokojnie zerknął na kolegę.

Kruczowłosy powolnym krokiem podszedł do kanapy, po czym oparł się o nią, zarzucając umięśnione ramiona na eleganckie oparcie. Swobodnym ruchem sięgnął do kieszeni, wyciągnął papierosa i zaczął kopcić, najwidoczniej nie mając zamiaru za szybko przejść do sedna. Ślizgoni zdążyli przywyknąć do jego nałogu, nie przeszkadzając mu w oddawaniu się tytoniowej przyjemności. Odwdzięczył się smarkaczom nałożeniem na fajki zaklęcia, które pozbawiało go drażniącego zapachu, lecz na szczęście nie cudownego smaku. Przez zaciśnięte zęby wypuścił gęsty, mleczny obłok.

– Mam zakaz występów w reprezentacji – wyartykułował dosadnie. – Taka jest oficjalna i ostateczna decyzja nauczycieli.

Zmarszczył brwi, słysząc falę niezadowolonych okrzyków. Flint w geście rozpaczy złapał się za głowę, powtarzając w kółko „ niemożliwe “, a reszta drużyny przekrzykiwała się w zapewnieniach o niesprawiedliwości zakazu. Greengrass oraz Parkinson szczebiotały wyrazy wsparcia, podobnie jak pozostali wychowankowie domu węża. Pośród tej masowej histerii wyróżniał się Blaise, który jako jedyny zachował trzeźwy osąd i klasę – po prostu poklepał ramię Dragana w całkowitym milczeniu. Turkusowooki uśmiechnął się kącikiem ust. To właśnie cenił sobie z Zabinim najbardziej…taktowną, elegancką powściągliwość.

– Przestańcie jęczeć – warknął w stronę reszty towarzystwa. – Wciąż mogę brać udział w treningach i meczach towarzyskich. Nie wygnali mnie całkowicie z boiska – zaśmiał się krótko. – Dyrektor zaproponował, żebym poprowadził dodatkowe zajęcia z gry pod warunkiem, że będą mogli uczęszczać na nie wszyscy zainteresowani. Bez względu na dom.

– Mamy trenować z całą resztą? – Kasjusz jęknął przeciągle – Dyrowi odbiło, czy co?

– Tępaki – Luther zacisnął palce u nasady nosa. – Mówiłem przecież, że mogę brać udział w treningach. Jeśli przeszkadza wam obecność innych, nie musicie przychodzić na zajęcia. To samo co z resztą ochotników, będę przerabiał z wami na oficjalnym treningu drużyny.

– Zamiast zwykłego treningu i dodatkowych zajęć, będziemy mieć tylko trening – wtrącił Goyle.

– Nie przemęczaj zwojów, bo kiepsko ci to wychodzi – kruczowłosy przewrócił oczami. – Jesteście w lepszej sytuacji. Na dodatkowych zajęciach będę miał ochotników z trzech domów, a na treningu tylko was. Będę się mógł skupić wyłącznie na naszej drużynie. Niby czasu mniej, ale efektywnej spędzony. Jeszcze jakieś durne uwagi?

– Uwagi nie, ale mam pytanie – Flint oparł się obok swojego pałkarza. – Nie wkurza cię ten zakaz?

– Ani trochę. Pomyśl przez chwilę, el capitano – Luther popukał palcem w czoło Marcusa. – Zakaz to jedyna słuszna decyzja, jeśli chcecie dalej grać w tym turnieju. Gdyby pozwolili mi zostać w reprezentacji, wątpię czy rozegralibyśmy chociaż jeden, oficjalny mecz. Chyba nie chcecie stracić okazji do skopania tyłków Gryffindorowi?

Festiwal marudzenia w ułamku sekundy zmienił się w symfonię pełnych uznania szeptów.Dragan uśmiechnął się nieznacznie, odrobinę zawiedziony tym, jak gładko mu poszło. Manipulowanie dzieciakami było aż za proste…wystarczyło rzucić przynętę, a łykały ją bez zastanowienia. Mikro armia nudnych, przewidywalnych półmózgów. Śmieszni, mali ignoranci ze swoimi śmiesznymi, małymi problemami. Odetchnął głęboko, skończył papierosa i cisnął filtr w ogień kominka. Miał jeszcze trochę roboty w tym cyrku.

– Muszę pogadać z kapitanami – odepchnął się od oparcia. – Dyrektor chce dostać poglądową listę chętnych na zajęcia, do końca tego tygodnia.

– Ja ich zawołam – nieoczekiwanie Flint zaproponował swoje usługi. – Słuchajcie, czy w drodze wyjątku możemy wpuścić obcych do naszego dormitorium? Będzie lepiej, jeżeli rozegramy to na swoim terenie. Niech poczują, kto tu rozdaje karty!

Ślizgoni jednomyślnie przystali na pomysł lidera swojej drużyny, nie potrzebując większej zachęty. Wychowani w przesadnie pompatyczny sposób młodzi czarodzieje woleli sprawiać wrażenie, że wyświadczają niemałą przysługę gorszym od siebie, wpuszczając ich w progi swojej świątyni. Kiedy Marcus wyszedł, rozpoczęły się pospieszne przygotowania do pierwszego, historycznego spotkania przedstawicieli wszystkich domów w lochach Slytherinu – zawsze kapitanowie spotykali się na neutralnym gruncie, jakim było boisko. Wychowankowie domu węża chcieli dać odczuć gościom, że dano im szansę do wkroczenia w inny, wyrafinowany świat, posługując się odpowiednią prezencją dormitorium. Chłopcy po usłużnym poprzestawianiu mebli, ustąpili pola dziewczętom, które uwolniły wszystkie swoje artystyczne talenty. Ślizgonki zadbały o to, by Pokój Wspólny robił jeszcze większe wrażenie niż zazwyczaj, przywiązując wagę do najmniejszych detali. Właściwe rozmowy miały odbyć się przy rzeźbionym, masywnym stole, który zastąpił kanapę przed kominkiem. Wokół lśniącego blatu ustawiono pięć krzeseł, jednak nie były takie same. To przeznaczone dla Dragana celowo odbiegało wyglądem od pozostałych, było bowiem znacznie większe, cięższe i misterniej zdobione. Zapewne miało sprawiać wrażenie tronu, co niezmiernie rozbawiło Luthera. Oparty o kominek obserwował całe zamieszanie, śmiejąc się w duchu. Z jego młodych towarzyszy wręcz wylewały się bzdury, którymi pojono ich od dzieciństwa. Dosłownie każdy szczególik musiał przypominać o wyższości Slytherinu i zaszczycie, jakim było przebywanie w sercu tego domu. Tandetne. Sztuczne. Obrzydliwe. Bezwartościowe. Mógłby bez trudu znaleźć dziesiątki przymiotników opisujących odrazę, którą obecnie czuł, lecz wątpił by istniało słowo oddające ją w pełni. Westchnął, sięgając po następnego papierosa. Mdliło go od samego patrzenia na to, więc zajął myśli przyjemniejszymi rzeczami. Flintowi długo zeszło ze skompletowaniem składu kapitanów, więc kiedy nareszcie się zjawili, Luther był już skrajnie znudzony. Ukradkiem obserwował twarze zaproszonych chłopaków, szukając chociażby cienia rozrywki. Po ich minach ciężko było jednoznacznie wyrokować, jakie dokładnie wrażenie robiło na nich najbardziej niedostępne z dormitoriów, jednak liczne, ukradkowe zerknięcia sugerowały, że dość spore. Kapitanowie zasiedli wspólnie przy stole, zajmując wcześniej przypisane miejsca. Usadzenie również nie mogło być dziełem przypadku, o czym dziewczyny pamiętały. Po prawej stronie Luthera usiadł Flint, a po lewej Diggory, jako dość bliski znajomy turkusowookiego. Wood oraz Davies musieli zadowolić się miejscami nieco pod kątem, co uniemożliwiało im patrzenie wprost na Dragana, odgrywającego rolę gospodarza spotkania.

– Panowie! – kruczowłosy rozpoczął z formalną manierą – Pozwólcie, że poinformuję was oficjalnie, zanim zaczną się plotki. W związku z dzisiejszymi wydarzeniami na boisku, zakazano mi gry w reprezentacji Slytherinu. Grono pedagogiczne uznało, że zbytnio odbiegam umiejętnościami, żeby rozgrywki pozostały sprawiedliwe. Nie mogę nie zgodzić się z takim osądem – spojrzał po kolei na każdego z rozmówców. – Dyrektor Dumbledore, by osłodzić mi gorycz odsunięcia od drużyny, zaproponował, żebym poprowadził dodatkowe zajęcia dla wszystkich chętnych duszyczek. Celem zajęć będzie przekazanie tego, co sam potrafię na boisku i wyrównanie mankamentów zawodników. Zgodziłem się na taką formę rekompensaty, dlatego poprosiłem Marcusa, żeby was tu zebrał. Proszę, żebyście poinformowali podopiecznych waszych domów o planowanych zajęciach i zorientowali się, czy ktokolwiek będzie nimi zainteresowany. Dyrektor zastrzegł, że do końca tygodnia mam dostarczyć mu wstępną listę chętnych, a sam się z tym nie wyrobię. Dla mnie to bez różnicy, czy zgłoszą się członkowie drużyn reprezentacyjnych czy początkujący – wzruszył ramionami, dla podkreślenia swoich słów. – Dostosuję się do każdej grupy. Uprzedzając wasze pytania, rozmawiałem już z Marcusem i nasza drużyna, jako nie ciesząca się sławą niewiniątek, nie będzie brać udziału w zajęciach. Teraz chciałbym poznać waszą opinię – Luther spojrzał na siedzącego po lewej kumpla. – Ced?

– Uważam, że to dobry pomysł – Diggory uśmiechnął się ciepło. – Możesz nas sporo nauczyć i żal nie skorzystać z takiej okazji. Pogadam z Puchonami. Coś czuję, że nie będę musiał ich namawiać.

– Roger?

– Mojej drużynie jest niezmiernie wstyd za dzisiejszy incydent, dlatego tym bardziej cieszy mnie twoje zaproszenie – Davies skinął delikatnie. – Jestem pewien, że Krukoni przyłączą się do zajęć, żeby okazać dobrą wolę.

– Oliver?

– Już widzę miny Weasley’ów, kiedy im o tym powiem! – zaśmiał się Wood – Gryfoni również wezmą udział, masz moje słowo.

– Nie spieszmy się z rzucaniem ostatecznych deklaracji, panowie – Dragan zarzucił nogi na blat. – Obgadajcie na spokojnie sprawę ze swoimi drużynami i dajcie mi znać jutro wieczorem, jaka decyzja zapadła. Drogie panie!

Dwie Ślizgonki z najstarszej klasy uprzejmie zaproponowały gościom coś do picia, uprzednio stawiając przed turkusowookim ozdobną karafkę wypełnioną whisky – którą zwykł popijać – oraz srebrną popielniczkę. Żaden z kapitanów nie chciał wyjść na grubiańskiego prostaka, odmawiając ugoszczenia, więc wszyscy zostali. Po prawdzie bardziej niż dziwna uprzejmość wychowanków Slytherinu, skłaniała ich ku temu możliwość wspólnego spędzenia czasu. Liderzy drużyn niezbyt często spotykali się we względnie przyjemnych okolicznościach, a już w szczególności nie z Flintem. Marcus miał szorstki, wyniosły sposób bycia, jednak przy Draganie zachowywał się znacznie spokojniej, co było dość zrozumiałe – kto chciały podpadać facetowi o demonicznych oczach? Kruczowłosy nalał sobie i Cedowi po kolejce whiskey, puszczając butelkę w obieg. Flint nie chciał być gorszy, więc przyłączył się, choć raczej stronił od alkoholu. Roger również się skusił, mniej więcej z tego samego powodu co kapitan Ślizgonów. Jedynie Oliver poprosił o herbatę, ponieważ niespecjalnie miała na niego wpływ presja otoczenia.

LIST, KTÓRY ZMIENIŁ WSZYSTKO

               Dragan późną nocą wyrwał się z zamku, żeby spotkać się z Ravenem. Jak podejrzewał, to jego współpracownika zatrzymano w Zakazanym Lesie, lecz wiedział doskonale, że o tego skurczybyka mógł być spokojny. Były Łowca z czasem nauczył się odróżniać sytuacje, w których spryt sprawdzał się znacznie lepiej niż brutalna siła i obracać je na swoją korzyść, bez konieczności pozbywania się wszystkich w zasięgu wzroku. Trochę z tym zeszło, ale ostatecznie jasnooka maszyna do zabijania zmieniła się we wprawnego gracza, na którym można było polegać. Raven nie wezwał jednak Kolekcjonera chcąc złożyć raport z działalności grup poszukiwawczych na terenie Lasu – akurat w tym temacie niewiele miało prawo się zmienić, skoro on tu był. Luther odebrał z dłoni podwładnego list, który z niejasnych przyczyn wzbudził w nim poważny niepokój, zanim jeszcze na dobre musnął palcami śnieżną kopertę. Zmrużył podejrzliwie powieki, rozpoznając pismo dziadka, zdobiące nieskazitelną biel. Kurwa – pomyślał, gdyż w takich momentach myślał raczej zwięźle. Podziękował Ravenowi, po czym wrócił do Hogwartu i zamiast udać się do dormitorium, wspiął się na Wieżę Astronomiczną – to miejsce gwarantowało mu spokój. Ostrożnie rozdarł papier i wlepił wzrok w dopieszczone wizualnie słowa:

      Draganie,

       proszę cię, byś niezwłocznie stawił się w rezydencji. Doszło do pewnych komplikacji, w związku z czym potrzebuję twojej pomocy, w zdobyciu narzędzia koniecznego do kontynuowania leczenia. 

     Stan Vallerin oceniam na zadowalający, choć efekty są jeszcze dalekie od oczekiwanych. Wszelkich szczegółowych informacji udzielę ci na miejscu.

   Oczekuję cię niebawem,

                                                                                                                                                 L.A.P.

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 361
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!