Córa rodu Phoenix – Rozdział 6

Niepokój

                        Przy śniadaniu Wielka Sala wręcz huczała przez podekscytowanych uczniów, zaciekle dyskutujących o, co najmniej niecodziennym, przybyciu Harry’ego i Rona do szkoły. Nawet wśród Ślizgonów sprawa ta wywołała niemałe poruszenie – w głównej mierze jednak nabijali się okrutnie z Pottera, bez większego powodu. Kpiące komentarze niezbyt obchodziły Gallateę, tak samo jak ta cała wrzawa – jej myśli wciąż krążyły wokół nocnej rozmowy z Albusem. Prośba przyjaciela nie zaskoczyła jej, chociaż obiektywnie rzecz biorąc powinna. Spodziewała się jego wizyty, ponieważ sama wczorajszego popołudnia doświadczyła ciężkiego do wytłumaczenia ataku niepokoju, którego źródła nie znała. W pełni zgadzała się z opinią dyrektora – niewątpliwie ciemne chmury zbierały się nad Hogwartem i z całą pewnością w najbliższym czasie coś się wydarzy, mącąc spokój zamku oraz jego mieszkańców. Salę opuściła przed swoimi znajomymi, nie mając chęci na tłumaczenie się z gorszego nastroju. Idąc samotnie korytarzem zerknęła na plan zajęć i warknęła zirytowana. No wspaniale! Nie ma to jak zmienienie kiepskiego poranka w paskudny dzień – zgodnie z rozkładem już za chwilę miała rozpocząć dwie godziny eliksirów. Dwie długie, ciągnące się w nieskończoność godziny w jednej klasie z Severusem…bo czyż życie mogło być zbyt komfortowe? Powłócząc niechętnie nogami, zawlokła się do lochów i Pokoju Wspólnego Slytherinu, w którym przywitała się z kilkoma starszymi Ślizgonami – znała dobrze ich twarze i brzmienie głosu, ale imion nie zapamiętała, bo i po co? Ociężale weszła do swojego pokoju, zabrała z łóżka torbę i wcisnęła do niej niezbędne przedmioty, upychając je na przysłowiowego chama. Wracając do Pokoju Wspólnego natknęła się na Parkinson – po prostu pięknie! Czując, że to nieuniknione nawet nie próbowała uciekać od kłótni z małą, zawziętą wiedźmą. Nie powinna tak myśleć o dzieciach, ale na brodę Merlina! Jak ta wyszczekana jędza działała jej na nerwy. 

– Idziesz na eliksiry, Dumbledore? 

Szczekający sposób mówienia Pansy wwiercał się boleśnie w uszy płomiennowłosej. Parkinson dała jej doskonałą okazję na sarkastyczną ripostę, ale jakoś nie chciało jej się wdawać w zbędną dyskusję. Odetchnęła głęboko, by się uspokoić i nie dać sprowokować, w razie czego. 

– Zgadza się, panno Parkinson – perfekcyjnie powstrzymała się od złośliwości. 

O dziwo przez ponad minutę nie padła żadna kąśliwa uwaga. Może Pansy źle się czuła? Zdecydowanie musiała być chora! Jak to, tak bez wyzwisk? Tea zerknęła na Ślizgonkę, która wpatrywała się w nią z pewnym rodzajem zmieszania. 

– Słuchaj Dumbledore, nie trawimy się nawzajem i wszyscy o tym wiedzą. Może spróbowałybyśmy zakopać topór wojenny? Tak na próbę. W końcu jesteśmy w jednym domu. 

Propozycja Parkinson mocno zdziwiła płomiennowłosą – nie uważała, by Pansy zaliczała się do osób, które łatwo opuszczają. Jednak możliwość przystopowania nieco złośliwości, wydała się jej nad wyraz kuszącą opcją. Przyjaźń nie wchodziła w grę – oj nie! Za to nienaznaczona kipiącą wrogością znajomość, czemu by nie spróbować? Po prawdzie dość już miała utarczek z mopsem – ani jej to nie bawiło, ani nie stanowiło wyzwania. 

– Zastanowię się, Parkinson. Chodźmy na zajęcia – rzuciła neutralnie, kierując się w stronę wyjścia. 

Czarnowłosa uśmiechnęła się delikatnie i ruszyła tuż za nią. Ich wspólna droga pod salę eliksirów nie przebiegła szczególnie rozmownie – Pansy nawet chciała pogadać, ale nie potrafiła znaleźć tematu wspólnego z błękitnooką. Obserwowała ją co prawda, jednak nigdy nie starała się dowiedzieć o niej czegoś więcej. Nie miała pojęcia co lubiła Dumbledore, czym mogła się interesować, ani nic takiego. Po prostu szła ramię w ramię z płomiennowłosą, nie chcąc przerywać ciszy pod byle pretekstem. Pod klasą przywitały je pytające spojrzenia. Ślizgoni mocno zdumieni przypatrywali się dziewczętom, nie mogąc w żaden logiczny sposób wyjaśnić ich nagłego pojednania. Najszybciej ze stagnacji otrząsnął się Blaise, który rozgonił niezręczną atmosferę głośnym wybuchem śmiechu. Podszedł do koleżanek i zarzucił rękę na bark Tei, szczerząc się do niej szeroko. 

– Dumbledore i Parkinson razem?! Teraz mogę w spokoju umrzeć! 

Błękitnooka uśmiechnęła się zaczepnie do kolegi, doceniając entuzjazm. Jego zachowanie nie spodobało się jednak drugiej dziewczynie. Przybrała tę swoją zabawnie wojowniczą postawę z dłońmi opartymi szeroko na biodrach i lekkim wychyleniem w stronę oponenta. 

– Co cię tak bawi, Zabini? – warknęła ostrzegawczo. 

– Odpuść, Pans. Po prostu się cieszę, nie wolno? Moje drogie panie pozwólcie proszę, że zaproszę was na wspaniałą, radosną zabawę zwaną ordynarnie eliksirami! 

Rozbawiony Blaise zaciągnął je do sali, nie zwracając uwagi na słabe protesty Parkinson. Uczniowie zajmowali te same miejsca co w roku ubiegłym – z jedną, drobną zmianą. Gallatea już nie siedziała sama, od tego roku towarzyszyła jej Dafne. Rozmowę dziewczyn przerwało wejście Severusa, co jak zawsze zrobił w sposób spektakularny. Potrafił samym sposobem chodzenia zamanifestować wrogość wobec uczniów i swój parszywy nastrój. Odwróciwszy się twarzą w stronę zebranych zmierzył ich badawczym wzrokiem, po czym skrzywił się i wymamrotał coś pod nosem. W tym roku Ślizgoni również dzielili eliksiry z Gryfonami – na których głównie koncentrowała się nieprzychylna uwaga nauczyciela. By bardziej zagęścić i tak już ciężkawą atmosferę, zaczął rzucać losowo pytaniami – doroczny pokaz wrogości wobec domu lwa, mający pokazać co ambitniejszym, gdzie jest ich miejsce. Błękitnooka znudzona tym popisem, zajęła się mazaniem piórem po pergaminie. 

– Dumbledore! Eliksir zapomnienia. Składniki. 

Z marazmu wytrącił ją oschły głos profesora. Zaskoczona spojrzała na Severusa, nie rozumiejąc o co mu tak nagle chodzi. Przywykła do tego, że całkowicie ją ignorował. 

– Dwie krople wody z rzeki Lete, dwie gałązki waleriany, dwie porcje składnika standardowego, cztery jagody z jemioły – wyprostowała się. 

– Nic dziwnego, że zdałaś egzamin najlepiej z całego rocznika – westchnął teatralnie Snape. – Może coś trudniejszego. Eliksir spokoju. Składniki.

– Sproszkowany kamień księżycowy, syrop z ciemiernika, sproszkowane kolce jeżozwierza, sproszkowany róg jednorożca.

– Zastosowanie? – warknął ponaglająco. 

– Eliksir łagodzi niepokój i pobudzenie.

– Kolor?

– Biały.

– Tak jak przypuszczałem, Dumbledore, jesteś na wyższym poziomie niż reszta klasy. Chciałaby pani dołączyć do zajęć dla zaawansowanych? – niby patrzył na nią, ale unikał wpatrywania się w oczy, lub chociaż ich okolice. 

Tea przełknęła ślinę, coraz bardziej zszokowana zachowaniem Snape’a. Nie miała bladego pojęcia do czego tak uparcie zmierzał, a był tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać. 

– Z przyjemnością, profesorze Snape – posłała mu przyjemny uśmiech. 

– Niech zostanie pani na chwilę po zajęciach. Za pani poprawne odpowiedzi, przyznaję Slytherinowi 20 punktów – rzucił sucho. 

Dziewczyna, siląc się na podtrzymanie uśmiechu, odebrała gratulację znajomych, zadowolonych z kolejnego argumentu przemawiającego za wyższością Slytherinu nad innymi domami. Przez pozostałą część zajęć mistrz eliksirów zachowywał się tak, jak wcześniej – unikał zawzięcie jej wzroku i niechętnie spoglądał w stronę miejsca, gdzie siedziała, robiąc to tylko w ostateczności. Po zakończonych zajęciach płomiennowłosa spakowała się pospiesznie i zaczekała, aż wszyscy wyjdą – przeczuwała, że nadciągająca rozmowa w żadnym wypadku nie nadawała się dla postronnych uszu. Podeszła do biurka nauczyciela, mierząc go analitycznym spojrzeniem – nie odzywał się, uparcie gapił w blat i nerwowo przestawiał najbliższe, pokazowe fiolki. Poddenerwowana czekaniem postanowiła zacząć, żeby jak najszybciej mieć tę niezręczną dyskusję z głowy. 

– Kiedy mam stawić się na zajęcia, profesorze? 

– Uczniowie z zaawansowanych eliksirów to banda nieco mniejszych ignorantów, niż cała pozostała zgraja. Dodatkowe zajęcie to tylko wymówka, dyrektor życzy sobie byś miała większą swobodę działania, wymawiając się w razie potrzeby dodatkowymi lekcjami. 

Snape mówił twardo i szybko, nie marnując czasu nawet na zaczerpywanie powietrza – po prostu wyrzucił z siebie formułkę na jednym wydechu, unikając zawzięcie podniesienia wzroku. Dziewczyna westchnęła delikatnie, niespecjalnie zaskoczona tym co usłyszała. Mogła się spodziewać, że zachowanie czarnowłosego czarodzieja nie wynika z jego dobrej woli – nie potrafił przełamać się chociażby na tyle, by na nią spojrzeć. Zaczynał powoli drażnić ją tym bzdurnym uporem i teatralnie okazywaną niechęcią. Miała go dość jak na jeden dzień, więc poprawiła ramię torby szykując się do opuszczenia gabinetu. 

– Dziękuję, profesorze Snape. – odpowiedziała łagodnie. 

Nie czekając na reakcję mężczyzny wyszła, zamykając za sobą ciężkie wrota jego królestwa. 

                     Płomiennowłosa stała na szczycie Wieży Astronomicznej, wpatrując się w ozdobioną milionami gwiazd ciemność nocy. Coraz trudniej było jej spać, o dziwo nie przez koszmary – do nich zdążyła przywyknąć, uodparniając się na ich dręczący duszę czar. Nie miała pojęcia, dlaczego budziła się w środku nocy i nie potrafiła powtórnie zasnąć, choć bardzo tego chciała. Co prawda nie wykańczało jej to, ale stawało się coraz bardziej frustrujące. Tej nocy również się obudziła, a wiedząc doskonale, że już nie zaśnie, postanowiła przewietrzyć się robiąc przy okazji to co zawsze lubiła – wejrzeć w nocną ciemność, do której pałała szczerym sentymentem. Mrok od wieków ją uspokajał. Obserwowała delikatną mgłę unoszącą się nad Zakazanym Lasem oraz majaczące w oddali światła Hogsmeade. Znała to miejsce – przyjemna, kameralna wioska o iście sielskim, małomiasteczkowym uroku. Z tego co wiedziała od Albusa, uczniowie począwszy od trzeciego roku mogli spędzać w wiosce weekendy i szczerze nie mogła doczekać się podobnych wypraw. Spędzenie całego dnia ze znajomymi w sennym miasteczku musiało być interesującym, zabawnym przeżyciem. Błękitnooka skinęła subtelnie dłonią w której pojawił się skrzętnie złożony list – dzięki uprzejmości Dumbledore’a, mogła korzystać z jego sowy by porozumiewać się z Ethanem. Staruszek był tak przejęty umożliwieniem jej swobodnych kontaktów z kuzynem, że nie miała serca powiedzieć mu o tym, iż posiadali już własne, w pełni sprawdzone metody komunikacji – nie chciała odrzucać pomocy przyjaciela, ani zignorować jego starań. Nad drugą dłonią utworzyła niewielką kulę ognia, która lewitowała spokojnie tuż nad jej białą skórą, dając na tyle światła, by mogła bez problemu przeczytać list od Luthera. Uśmiechnęła się szeroko, widząc jego pokraczne, nieprzyjemnie pochyłe pismo. Doprawdy! Gryzmolił niewiele lepiej od Blaise’a, co było dziwne biorąc pod uwagę to, czym się na co dzień zajmował. Niespiesznie przesuwała wzrokiem po kolejnych linijkach, a z każdym przeczytanym słowem jej uśmiech rósł. Ethan zawsze potrafił ją rozbawić – chociażby poprzez listy. Na Wieży została do samego poranka, wracając do pokoju dopiero, gdy pierwsze promienie słońca zaczęły szatkować kojącą ciemność. W swoim pokoju nie traciła czasu: umyła się; wysuszyła długie włosy, które ściągnęła w wysoki kucyk i ubrała w świeżo wyprany mundurek. Wyrobiła się szybciej niż sądziła, więc kolejne dwie godziny odczekała snując się po sypialni i czytając odłożone na później książki. Po upływie dwóch godzin jak gdyby nigdy nic zeszła do Pokoju Wspólnego, obdarowując uśmiechem kilku niewyspanych Ślizgonów, których tam zastała. Wśród nich promieniała jedna, delikatna buzia – Dafne. Greengrass zerwała się z krzesła i podbiegła do Dumbledore, wypytując ją po raz kolejny o rozmowę z mistrzem eliksirów. Razem weszły do Wielkiej Sali i zajęły te same miejsca co zwykle, delektując się pysznym śniadaniem, nie przerywając luźnej dysputy. Niemalże kończyły, z zamiarem powrotu do dormitorium, gdy przysiadł się do nich niespodziewanie radosny Flint. 

– Witam panie, chcecie iść zobaczyć trening? – uśmiechnął się, odsuwają puste nakrycie, by oprzeć wygodnie łokieć o stół. 

– Z przyjemnością! Co ty na to, Dafne? 

Blondynka skrzywiła się komicznie i westchnęła teatralnie, opierając czoło o krawędź blatu. 

– Idź beze mnie. Zostawiłam referat z historii na ostatnią chwilę – jęknęła, machając dłonią praktycznie nad swoją głową. 

– W ogóle się za to nie zabrałaś? – zaśmiała się błękitnooka. 

– Wiem, jestem okropna! Historia to straszne nuuuudy…Myślałam, że jak poczuję presję, to się za to zabiorę. 

Greengrass podniosła głowę, nabierając powietrza w policzki. Nigdy nie miała problemów z historią, ale obecny profesor całkowicie zniechęcił ją do tego przedmiotu. Powinni za karę wysyłać więźniów na jego zajęcia. 

– Marcus, poczekasz na mnie proszę przy wyjściu z Wielkiej Sali? Wrócę na chwilę do pokoju i zaraz wrócę – Tea poderwała się od stołu. 

– Poczekam, ale ostrzegam, masz góra 10 minut. 

Błękitnooka kiwnęła mu w oznace zrozumienia i pociągnęła za rękę Dafne, zmuszając ją do szybkiego marszu w stronę lochów. Zaciągnęła zdezorientowaną koleżankę do swojego pokoju i przekopała się przez stos pergaminów, zalegających na biurku. Z triumfalnym uśmiechem podniosła poszukiwane materiały, po czym podała je blondynce. 

– To mój referat, pisz szybko i dołącz do nas. 

Greengrass rzuciła się na szyję płomiennowłosej. Nie lubiła przepisywać prac domowych, ale tym razem poważnie zaniedbała termin i wcale nie była pewna, czy zdąży na czas. 

– Jesteś najlepsza! 

Rozdzieliły się w Pokoju Wspólnym. Panna Dumbledore pobiegła w kierunku Wielkiej Sali, gdzie zgodnie z obietnicą czekał na nią Marcus, zajęty obecnie dyskusją z jakimś starszym Ślizgonem. Pożegnał znajomego, dostrzegając z daleka kaskadę ognistych włosów. Flint przez całą drogę na boisko zabawiał towarzyszkę anegdotkami krążącymi w drużynie i nieoczekiwanie śmiesznymi wpadkami podczas treningów. Niezbyt zadowolony zostawił ją samą, bowiem musiał w końcu skręcić do szatni i zająć się drużyną, jak lider z pierwszego zdarzenia. Gallatei rozstanie z Marcusem wcale nie zmartwiło – był na swój sposób uroczy, ale potrafił zamęczyć entuzjastycznym podejściem do sportu. Dziewczyna pomachała do siedzących na trybunach Rona i Hermiony. Weasley wstał ze swego miejsca i żwawo gestykulując starał się przekazać płomiennowłosej, żeby do nich dołączyła – z czego chętnie skorzystała. 

– Cześć. Co tu robicie? – uśmiechnęła się, siadając obok Rona. 

– Czekamy na trening Gryffindoru. Też wpadłaś popatrzeć? – Granger założyła za ucho pasmo włosów, zawzięcie przysłaniających jej widok. 

– Czuję problem… – błękitnooka zerknęła na twarze zaciekawionych Gryfonów. – Drużyna Slytherinu też szykuje się na trening. 

Na zamieszanie na boisku nie musieli długo czekać. Kapitanowie obu drużyn niemalże od razu wdali się w głośną, ostrą dyskusję – nie szczędząc agresywnych warknięć i gestów. We trójkę zbiegli na murawę, chcąc dowiedzieć się o co chodziło. Flint raczył Wooda cwaniackim uśmieszkiem i wyciągnął ku niemu świstek papieru z wyraźnie arogancką, pewną siebie manierą. Oliver przyjął zapisek i nie mogąc uwierzyć w to co widzi, odczytał go na głos coraz bardziej zirytowany jego treścią. 

– Macie nowego szukającego? – niedowierzająco spojrzał na Marcusa, oddając mu notatkę. 

Ślizgoni wymienili kpiące uśmieszki, po czym rozstąpili się odsłaniając zadowolonego z siebie Draco. Ron zerknął pytająco na Teę, ale dziewczyna rozkładając ręce dała mu znać, że nie miała bladego pojęcia o wstąpieniu Malfoy’a do drużyny. Blondyn nawet pół słowem nie pochwalił się ani jej ani Dafne i Blaise’owi o zamiarze dołączenia do reprezentacji domu, co wydało jej się dziwne – Draco z natury lubił chełpić się chociażby najmniejszymi sukcesami, by umocnić swoją pozycję księcia Slytherinu. Konflikt zaognił się niebezpiecznie, gdy wychowankowie domu węża zaprezentowali z przesadną dumą swoje nowe miotły, zakupione w prezencie dla drużyny przez samego Lucjusza Malfoy’a. Płomiennowłosa nijak nie znała się na sprzęcie sportowym, ale te miotły zdecydowanie były z najwyższej półki – jak prawdopodobnie wszystko, co zdecydował się nabyć pan Malfoy. Wnioski nasuwały się same i nie należały do najprzyjemniejszych…

– Do drużyny Gryffindoru nie można się wkupić! U nas liczy się talent! – Hermiona zdecydowanymi słowami, powiedziała to, o czym zapewne wszyscy teraz pomyśleli. 

Płomiennowłosa drgnęła, widząc jak Draco zaciska szczękę. Jego, bardzo jeszcze chłopięca, twarz nabrała okropnego wyrazu – wręcz kipiała odrazą, co zwiastowało nie mniej, nie więcej niż nadciągające kłopoty. W takich chwilach jak ta, młody Malfoy wyglądał dokładnie jak wierna kopia swojego ojca. 

– Nikt nie pytał cię o zdanie, durna SZLAMO! – krzyknął, podkreślając ostatnie słowo. 

Gryfoni zamarli na chwilę w akompaniamencie, niemalże histerycznego, śmiechu Ślizgonów. Granger nie wiedziała jak powinna się zachować, nigdy wcześniej nie musiała mierzyć się z tak okrutnym wyzwiskiem – najzwyczajniej w świecie stała oniemiała, a w jej brązowych oczach zaszkliły się łzy. Reakcja Hermiony rozbudziła w uczniach Gryffindoru agresję w najczystszej postaci – Wood ledwo radził sobie z powstrzymaniem bliźniaków Weasley, gotowych do rękoczynów. Widząc co się dzieje, płomiennowłosa postanowiła zareagować, zanim sprzeczka przerodzi się w jedną wielką bójkę. Stanęła przed Malfoy’em i spojrzała na niego w najbardziej czysty, pozbawiony skazy sposób, jaki w życiu widział. 

– Co to znaczy szlama? – zapyta niewinnie, subtelnie przechylając głowę. 

To proste pytanie wystarczyło, by wszyscy zebrani zamilkli i zaczęli wpatrywać się w nią z zaskoczeniem. Powolutku zdziwienie na ich twarzach zaczęło ustępować miejsca zmieszaniu. Ślizgoni przestali na nią patrzeć, odwracając wzrok w jakimkolwiek kierunku – byleby jak najdalej od tej nieskazitelnej, porcelanowej twarzyczki. Draco chciał zrobić to samo, jednak Tea mu na to nie pozwoliła, bezustannie wpatrując się w jego szare tęczówki. Nikt nie miał najmniejszej ochoty tłumaczyć dziewczynie o tak anielskim obliczu znaczenia równie obraźliwego zwrotu – wydawało się to po prostu zbrodnią samą w sobie. Przedłużającą się, przepełnioną wyczuwalnym skrępowaniem, ciszę przerwał Ron. Dostrzegając w ogólnym otępieniu doskonałą okazję, chciał rzucić na Malfoy’a Slugulus Eructo, ale przez złamaną różdżkę zaklęcie odbiło się niefortunnie, w efekcie uderzając w samego Rona. Gryfoni momentalnie rzucili się na pomoc pokrzywdzonemu, Ślizgoni natomiast choć mieli wielką ochotę drwić w najlepsze z rudowłosej ciamajdy, nie mogli – powstrzymywały ich błękitne, czarujące oczy panny Dumbledore. Gallatea roztaczała wokół siebie niezrozumiałą, tajemniczą aurę – nikt w jej obecności nie chciał robić z siebie niewychowanego buca, zupełnie jakby pełna godności postawa płomiennowłosej przypominała im o powściągliwej elegancji, jaką odznaczali się członkowie rodów czystej krwi. Tej dziewczyny najzwyczajniej nie miało się ochoty zawieść…zwłaszcza, gdy patrzyła w ten sposób. 

– Tea, zabierzmy Rona do Hagrida – usłyszała cichy głos Harry’ego. 

Zerknęła na niego przez ramię z łagodnym uśmiechem, uwalniając tym samym Ślizgonów spod presji swego spojrzenia – mimo to jednak cały czas stali spokojnie. Potter z pomocą Hermiony dźwignął z ziemi poszarzałego Rona. Płomiennowłosa odwróciła się w stronę drużyny Gryffindoru i pożegnała ich delikatnym skinieniem, po czym ruszyła za pozostałymi w kierunku chatki gajowego. Dogonił ją Marcus. 

– Zaczekaj! – zastąpił jej drogę, nie pozwalając iść dalej. 

Wzdrygnął się, gdy podniosła na niego wyzuty z emocji wzrok. Przez kilka sekund kompletnie zapomniał, jak się oddycha. Drużyna Slytherinu otoczyła ją szczelnym wianuszkiem, jednak nikt poza kapitanem nie śmiał się odezwać. 

– Czego chcesz, Flint? – rzuciła sucho, zaplatając ręce na piersi. 

– Trochę przesadziliśmy, głupio wyszło – wymamrotał nieskładnie. 

– Żebyśmy się dobrze zrozumieli, Flint. Nie obchodzą mnie te wasze utarczki. Możecie sobie urządzać pyskówki z Gryffindorem, kiedy dusza zapragnie, nic mi do tego. Nie mam jednak zamiaru tolerować chamstwa w najczystszej postaci. To co tam zaszło…to cios poniżej pasa. Jest mi za wasz wszystkich potwornie wstyd i nie chcę póki co na was patrzeć. Zejdź mi z drogi. 

Nieznoszący sprzeciwu ton błękitnookiej nie pozostawił Marcusowi wyboru. Zgodnie z jej życzeniem odsunął się, wzrokiem polecając zrobić to samo reszcie drużyny. Wraz z nimi stał i bezsilnie obserwował jak panna Dumbledore oddala się w towarzystwie trójki Gryfonów. 

                         Nadszedł dzień Nocy Duchów. Od zdarzenia na boisku Gallatea słowem nie odezwała się do Malfoy’a. Nie żeby była na niego jakoś szczególnie zła – uznała po prostu, że temu chłopcu przyda się w życiu nauczka. Musiał w końcu zrozumieć, że wszytko co robi ma swoje konsekwencje i to niekoniecznie przyjemne. Zaczęła znacznie więcej czasu spędzać z Dafne i Blaise’m. Pansy, jak można było się spodziewać, nie za bardzo dbała o związany sojusz, zamiast tego przyklejając się jak rzep do Draco. Tym lepiej dla płomiennowłosej – dwa problemy z głowy za jednym zamachem. Obecnie siedziała z Zabinim i Greengrass w Pokoju Wspólnym, jak zwykle okupując kanapę, którą zaczęli traktować jak swoje miejsce, w którym najchętniej spędzali wolny czas. Blaise siedział oparty o plecy Tei, a na podłodze przed nimi rozłożyła się Dafne, z każdej możliwej strony otoczona podręcznikami, pergaminami, notatkami i wszelakiej maści narzędziami do pisania. Każde z nich pogrążone było w lekturze – McGonagall ostatnimi czasy pogoniła z materiałem, najwidoczniej uznając, że równie zdolny rocznik jest w stanie poszerzyć swą wiedzę o zagadnienia nadprogramowe w ramach zajęć. Płomiennowłosa tak właściwie nie musiała się uczyć, ale lubiła spędzać w ten sposób czas, zawsze skłonna służyć pomocom szkolnym znajomym w zrozumieniu niejasnych meandrów sztuk magicznych. Uśmiechnęła się delikatnie, czując jak głowa Blaise’a opada ciężko na jej ramię. 

– Literki skaczą mi już przed oczami – jęknął, przesuwając dłonią po zmęczonej twarzy. 

– Nie marudź, siedzimy tu dopiero godzinę – błękitnooka zerknęła na niego kątem oka. 

– Nigdy nie zrozumiesz nas, prostych ludzi, księżniczko! Prawda, Greengrass? 

– Mów za siebie, prostaczku. Jakieś dwadzieścia minut temu, zaczęło mi się to nawet podobać – Dafne nie oderwała wzroku od podręcznika do transmutacji. 

Zabini bez ostrzeżenia wstał, z rozbawieniem patrząc jak, pozbawiona oparcia, panna Dumbledore niezdarnie opada na obicie kanapy. Uśmiechnął się szeroko, gdy spojrzały na niego poirytowane, lazurowe tęczówki. Miał już opracowany plan, jak przerwać torturę nauki i wkupić się w łaski dziewcząt. 

– Zarządzam przerwę, piękne damy! Mam w pokoju trochę Kociołkowych Piegusków, przynieść wam? 

Roześmiał się widząc uradowane miny koleżanek i ich radosne potaknięcia. Dobrze wiedział o ich słabości do chrupania słodkości, choć nie pojmował jakim cudem te dwie kruszyny były w stanie zmieścić aż tyle słodyczy i się nie pochorować. Niemniej jednak już w zeszłym roku postanowił zawsze mieć u siebie zapasy ciastek, cukierków i czekoladek, żeby w razie potrzeby poprawić im nastrój. Zostawiając na chwilę koleżanki, wszedł do sypialni, którą dzielił z Draco, Vincentem i Gregorym – to właśnie tych dwóch ostatnich stanowiło największe zagrożenie dla jego zapasów ,przez swoje skandaliczne wręcz łakomstwo. Zadowolony, że ich nie spotkał, zaczął grzebać w szufladzie swojej szafki – nie do końca zgodnie ze szkolnym regulaminem dodał do niej drugie dno, tworząc doskonałą skrytkę. Podskoczył bezwiednie, gdy drzwi do pokoju trzasnęły z nieprzyjemnym łoskotem. Roześmiał się z ulgą, widząc blond czuprynę Malfoy’a. 

– Nie strasz mnie tak! – wstał, odwracając się do współlokatora. 

– Masz chwilę? – w głosie arystokraty zamajaczył cień smutku. 

– Pewnie, dziewczyny raczej mnie nie zabiją za chwilę zwłoki. Co jest? 

Zabini wskoczył na swoje perfekcyjnie zasłane łóżko czekając, aż Malfoy usiądzie naprzeciwko. Często gadali w ten sposób do późna, z trudem ignorując chrapanie Crabbe’a i Goyle’a. 

– Wciąż jest na mnie zła? – wyszeptał blondyn. 

– Więc to o naszą księżniczkę ci chodzi. Nie mam pojęcia, stary. Z Flintem rozmawia całkiem normalnie i nawet razem z Dafne skorzystały z jego zaproszenia na ostatni trening. Spróbuj z nią pogadać – czarnoskóry chłopiec zsunął się z łóżka. 

Nie za bardzo miał ochotę kontynuować tę rozmowę, więc podniósł opakowanie ze słodyczami i podszedł do drzwi. Nim jednak wyszedł z pokoju zawahał się i spojrzał jeszcze raz na przyjaciela – zdecydowanie był przybity, a on nie mógł go od tak zostawić. Westchnął głośno, zwracając tym samym na siebie uwagę Malfoy’a. 

– Będę z tobą szczery, Draco. Jeśli chodzi o Gallateę, nie mam najmniejszego zamiaru złośliwie wchodzić ci w drogę, ale tym bardziej nie będę ci niczego ułatwiał. Uwielbiam cię, stary, serio! Znamy się od wieków i tak dalej, ale ta dziewczyna…ona ma w sobie to COŚ. Zawaliłeś i sam musisz to naprawić. 

Wyszedł, nie czekając na reakcję przyjaciela. Wrócił do kanapy i uśmiechając się szeroko, usiadł między koleżankami. Otworzył pokaźną paczkę Kociołków, którą podał Greengrass. 

– Proszę bardzo, piękne panie. 

Obserwował z uśmiechem jak dziewczyny chrupały ciasteczka, rozmawiając radośnie – sam nigdy nie przepadał jakoś szczególnie za słodkościami, zdecydowanie wolał pikantniejsze smaki. To co powiedział przed chwilą Malfoy’owi było szczerą prawdą. Już od pierwszego roku lubił towarzystwo Tei. Miał wielu znajomych, ale przy żadnym z nich nie czuł się, aż tak swobodnie – płomiennowłosa nigdy nie miała mu za złe, gdy palnął za dużo. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że bywał ciężki do zniesienia, a ona jako jedyna zawsze okazywała mu zrozumienie. Nie gniewała się, nie dąsała, nie doszukiwała na siłę niczego złego – najzwyczajniej wybuchała śmiechem. Uwielbiał sposób w jaki się śmiała, tak niewymuszony, delikatny i czarujący. Wiedział, że Draco dziewczyna również przypadła do gustu i chciał tego, czy też nie czuł się zazdrosny, gdy Tea poświęcała uwagę Malfoy’owi. Nie żeby było w tym cokolwiek złego, w końcu się kumplowali. Kiedy jednak patrzył na nich dwoje, coś nieprzyjemnego ściskało go w żołądku, powodując trudny do wytłumaczenia dyskomfort. W przypadku Dafne nie miał podobnego problemu – oczywiście lubił ją, ale zaczynał mieć poważne wątpliwości czy tak bardzo jak Dumbledore. Greengrass to była…cóż, Greengrass. Pochłonięty myślami, nie dostrzegł nawet kiedy się zasępił. 

– Tea, nie chcę cię straszyć, ale Zabini chyba…myśli! – parsknęła śmiechem Dafne. 

– Obawiam się, że masz rację. Ej, Blaise! Przestań. Przerażasz nas! 

Błękitnooka lekko szturchnęła chłopaka, ostatecznie wytrącając go z zadumy. Ślizgon uśmiechając się zaczepnie, objął mocno obydwie dziewczyny, utrudniając im cieszenie się Kociołkami. 

– Wredne paskudy! Nie doceniacie uroku myśliciela! – żachnął się, kradnąc jedno z ciastek wprost z dłoni panny Dumbledore.

– Jak dla mnie urokliwszy jesteś z uśmiechem. Dafne, chodźmy do mojego pokoju. Już chyba czas wybrać, co by tu założyć. 

Greengrass nie potrzebując słów zachęty, złapała za rękę płomiennowłosą. Śmiejąc się radośnie z jakiejś głupoty, zniknęły w korytarzyku. Żadna z nich nie zauważyła nietypowej nuty zawstydzenia na twarzy Blaise’a – były zbyt zajęte sobą nawzajem. Wspólnie wbiegły do sypialni Tei i od razu skierowały się ku obszernej szafie, którą błękitnooka otworzyła na oścież. 

– Masz jakiś pomysł? – spojrzała na koleżankę. 

Dafne przez kilka minut pieczołowicie przyglądała się powieszonym w równych odstępach sukienkom. Delikatnie przesuwała kolejne wieszaki, coraz bardziej zniesmaczona monotonią w kolorystyce, gdy oczy jej rozbłysły. Znalazła kreację idealną! Czarną sukienkę na grubych ramiączkach przed kolano z kobieco rozkloszowanym dołem, przyozdobionym ręcznie malowanym na materiale obrazem miasta, zatopionego w wieczornych szarościach. 

– Weź tę! – wyciągnęła wieszak, niemalże wciskając go w dłonie panny Dumbledore, która krytycznym okiem przyjrzała się kreacji. 

– Jesteś pewna, że to nie przesada? – zapytała niepewnie. 

– A skąd! W zeszłym roku się nie postarałaś, zaufaj mi będziesz wyglądać ślicznie. O! Mogę ci zapleść włosy? Zawsze zastanawiałam się jak wyglądałabyś w dobieranym warkoczu! – blondynka klasnęła dłonią o nadgarstek. 

– Jeśli masz czas i ochotę, to czemu nie. 

Spędziły ładnych kilkanaście minut na swobodnej rozmowie, podczas której Greengrass z niezmordowanym uśmiechem na ustach, zajmowała się ognistymi  pasmami. Błękitnooka dawno już zapomniała, jak przyjemne potrafiły być takie babskie chwile. Dafne skończyła swoje dzieło i podała Tei lusterko, by sama mogła ocenić efekt – nie można było odmówić jej talentu do fryzjerstwa. Po zakończonych przygotowaniach, gospodyni umówiła się z blondynką, że poczeka na nią w swoim pokoju, a później razem zejdą do Pokoju Wspólnego. Ślizgonka wybiegła cała w skowronkach, pożyczając od koleżanki przepiękną spinkę do włosów. Gallatea przysiadła na krawędzi łóżka, zniechęcona myślami które ją nawiedziły. Dafne przypominała jej Helgę – była tak samo pełna życia, radosna i uczynna. Tęskniła za nią i Row…Potrząsnęła zdecydowanie głową, uznając, że to nie czas ani miejsce na wspominki. Przebrała się sukienkę, uważając, żeby nie naruszyć warkocza i podeszła do dużego zwierciadła, wiszącego na ścianie. Prezentowała się zaskakująco dobrze, tak jak zapewniała ją Greengrass. Nie czuła potrzeby dobierania biżuterii –  pierścień, który zawsze nosiła, w zupełności wystarczył. Wykonany z białego złota wąż o szafirowych, wiecznie migoczących oczach od wieków niezmiennie zdobił jej palec – próbowała się z nim rozstać, ale nie mogła, ponieważ w pewnym sensie był zbyt cenną pamiątką po znacznie prostszych czasach. Ledwie zdążyła wsunąć czarne baleriny, gdy do pokoju wpadła Dafne. Podobnie jak w zeszłym roku wyglądała ślicznie w tym razem brzoskwiniowej sukience i schludnym koczku, przyozdobionym kryształową spinką, wysadzaną rubinami. Blondynka nie tracąc czasu na zbędne pogaduszki, chwyciła ramię Tei i zaciągnęła ją do Pokoju Wspólnego gdzie, wsparty plecami o oparcie kanapy, czekał na nie Blaise. Przebrał się w czarne, eleganckie spodnie i bordową, dopasowaną koszulę doskonale pasującą do jego karnacji. Z całych sił starał się nie dać po sobie poznać zachwytu, jaki wzbudził w nim widok panny Dumbledore. Powściągając emocje uśmiechnął się szeroko, gdy dziewczęta podeszły bliżej. 

– Moje panie, wyglądacie zjawiskowo! – wymruczał tonem, zaprawionego w bojach, komplemenciarza. 

Ścisnął delikatnie dłonie koleżanek i wprawnie obrócił je kilkukrotnie, przyglądając się ich zadowolonym, rozbawionym uśmiechom. 

– Drogi panie, pan również nieźle się prezentuje! – roześmiała się Dafne. 

– Czyż to nie oczywiste, panno Greengrass? Skoro miałem nadzieję dostąpić zaszczytu pokazania się z dwiema pięknościami, nie mogłem wyglądać gorzej! 

– To chyba my powinnyśmy czuć się w obowiązku dobrze prezentować się u boku, uwaga tu cytat : “najprzystojniejszego chłopaka w szkole” – Tea mrugnęła do kolegi. 

Chociaż to co powiedziała, było jedynie powtórzeniem słów pewnej Puchonki, Blaise i tak poczuł lekką falę gorąca, rozpalającą jego policzki. Opanował się i podsunął ramiona towarzyszkom – jak miał w zwyczaju. We trójkę ruszyli ku Wielkiej Sali, po drodze rozmawiając i śmiejąc się w głos. Gallatea Dumbledore, Dafne Greengrass i Blaise Zabini od pierwszego roku cieszyli się opinią najatrakcyjniejszych Ślizgonów – tę urokliwą ekipę uzupełniał także Draco Malfoy, coraz częściej nazywany księciem Slytherinu. Nic więc dziwnego, że skupiały się na nich spojrzenia mijanych uczniów, których nie uniknęli nawet wchodząc do Wielkiej Sali. Zabini z dumnie uniesioną głową, przeszywał wzrokiem wpatrzonych w jego koleżanki chłopców – niewielu z nich cokolwiek robiło sobie z ostrzegawczych spojrzeń. Usiedli przy swoim stole na, nieformalnie przypisanych, miejscach przy jego krańcu. Uczta upływała im spokojnie w przyjemnej, niemalże rodzinnej atmosferze. Tea na chwilę dosiadła się do stołu Gryffindoru, co w jej przypadku nie było niczym zaskakującym – często przysiadała się, żeby pogawędzić ze znajomymi. Zamieniła kilka zdań z bliźniakami i Ginny, która od spotkania w księgarni dość chętnie skłaniała się ku niezobowiązującym rozmowom. Panowie Weasley przedstawili płomiennowłosej Olivera Wooda, którego miała już przyjemność spotkać na boisku, oraz Lee Jordana – żywiołowego faceta o przyjemnym, donośnym głosie. Zaskoczyła ją nieobecność Harry’ego, Rona i Hermiony, ale nikt z zebranych nie był w stanie powiedzieć jej, gdzie mogli pójść. Miała ochotę posiedzieć dłużej z bliźniakami, ale zauważyła machającą w jej stronę Dafne – najwyraźniej zniecierpliwioną przeciągającą się nieobecnością koleżanki. Błękitnooka pożegnała Gryfonów i wciąż rozbawiona opowieścią o jednym z dowcipów Freda i Georga usiadła obok, całkiem zadowolonej, Greengrass. Dzieliła się z blondynką swoimi spostrzeżeniami na temat ostatnich zaklęć, gdy poczuła uciążliwy ucisk w głowie. Słyszała w myślach coś na kształt szeptu – obcego, złowrogiego i niezrozumiałego. Pociemniało jej przed oczami, a pierścień na palcu zapiekł boleśnie, przypominając o swej obecności. Nie wiedząc co się dzieje, mocno przycisnęła dłonie do twarzy, chcąc powstrzymać chaotyczny natłok myśli i strzępów niejasnych dźwięków, który przybierał na sile z każdą sekundą. Zakręciło jej się w głowie. Bezwiednie osunęła się z ławki, nie mogąc zapanować nad własnym ciałem – wydawało jej się tak ciężkie i piekielnie wręcz zmęczone. Od rychłego zderzenia z posadzką, uratowały ją czyjeś pewne, silne ramiona. Ucisk zelżał więc powolutku wracała do normy, odzyskując w pełni rozeznanie w przestrzeni i zdolność widzenia. Spojrzała na swego wybawcę, próbując uśmiechnąć się do niego z wdzięcznością – siedziała na podłodze oparta wygodnie o pierś Zabini’ego. Chłopak przyglądał się jej z mieszanką troski, ulgi i niepokoju. Tea zanotowała, że tuż obok niego klęczał Draco – również mocno przejęty, co idealnie odbijało się na jego arystokratycznej twarzy. 

– Dziękuję – wyszeptała ciężko, spoglądając w ciemne oczy Blaise’a. 

– Tea, co się dzieje? – Dafne przyklękła obok Malfoya. 

– Zakręciło mi się w głowie, to pewnie przez zmęczenie. 

Ognistowłosa wyzwoliła się niezdarnie z objęć kolegi i wstała chwiejnie, natychmiast opierając dłoń o krawędź stołu. Mimo początkowych oczekiwań, ucisk nie tracił na sile, wciąż przeszywając jej umysł kakofonią bezładnych dźwięków. Draco i Blaise, w poważaniu mając opór panny Dumbledore, zgodnie wsparli ją o swoje ramiona – nie wyglądała, jakby była w stanie iść samodzielnie.

– Nawet nie próbuj protestować, księżniczko – uśmiechnął się Zabini, poprawiając ułożenie jej ręki na swoim barku. 

– Odprowadzimy cię do pokoju – Malfoy nareszcie przemówił ludzkim głosem. 

– Zostanę z tobą, dopóki nie poczujesz się lepiej – Dafne pocieszająco głaskała ognisty warkocz. – Powiadomić pana dyrektora? 

– Nie chcę martwić dziadka. Muszę po prostu chwilę odpocząć. 

Chociaż chciała oponować, nie miała na to sił. Ten przedziwny stan był już wystarczająco dezorientujący, by lekkomyślnie odrzucała pomoc. Wychodząc z Sali nie mogła dostrzec wpatrzonych w jej plecy czarnych, zaniepokojonych oczu. Idąc korytarzem Ślizgoni rozmawiali półgłosem, próbując rozbawić towarzyszkę. Chłopcy usiłowali złapać równy krok, żeby niepotrzebnie nie szarpać błękitnooką – różnica wzrostu i tak robiła swoje. Greengrass cały czas trzymała jej dłoń, przewieszoną przez bark Blaise’a. Powolną wędrówkę zastopowało zbiegowisko na korytarzu – pokaźna grupa uczniów tłoczyła się, szepcząc między sobą poddenerwowanymi głosami. W centrum zainteresowania znajdowała się – a jakże – trójka nieobecnych w Wielkiej Sali Gryfonów. Co dziwne to nie na nich  skupiona była uwaga tłumu – uczniowie wpatrywali się w napis na ścianie. “KOMNATA TAJEMNIC ZOSTAŁA OTWARTA – STRZEŻCIE SIĘ WROGOWIE DZIEDZICA“. Złowieszczy, ponury, niezrozumiały dla wielu napis, budził wśród uczniów grozę – zwłaszcza, że zapisano go przy użyciu substancji wyglądającej na krew. Ponad przytłumionymi szeptami uczniów unosiło się zawodzenie woźnego. Staruszek tulił do siebie nieruchome ciało ukochanej kotki – mamrocząc przy tym groźby skierowane ku Harry’emu, Ronowi i Hermionie. Ucisk dręczący płomiennowłosą przybrał na sile – w chwili obecnej przypominał przeciągły pisk o bardzo wysokiej częstotliwości, z łatwością mącący zmysły. Niezamierzenie opadła mocniej na barki podtrzymujących ją kolegów, co poważnie ich zaalarmowało, nim jednak zdążyli zapytać czy wszytko dobrze, w korytarzu zjawił się profesor Dumbledore w towarzystwie profesora Snape’a oraz kilku innych nauczycieli. Dyrektor zerknął przerażony na przyjaciółkę – ich obawy powoli stawały się rzeczywistością. 

WSTRZĄSAJĄCA PRAWDA

                        Albus nerwowo krążył po swoim gabinecie, bezustannie obserwowany przez Severusa. Niedawno zakończyli wszystkie czynności, które musieli podjąć w związku z napisem – włączając w to przepytywanie uczniów, nauczycieli i personelu, co okazało się wykańczającym zajęciem. Od dobrych kilku godzin nie dyskutowali o niczym innym, a choć się starali, wciąż niewiele wiedzieli. 

Wiesz, że ta Komnata Tajemnic to tylko mit. Przetrząsano szkołę dziesiątki razy w jej poszukiwaniu i nie znaleziono żadnego dowodu jej istnienia – odezwał się mistrz eliksirów, chcąc przerwać bezcelową wędrówkę dyrektora. 

Częściowo swój cel osiągnął – Dumbledore przestał krążyć w tą i z powrotem. Rozsiadł się w swoim fotelu, przymknął oczy i wsparł głowę o oparcie, wzdychając z rezygnacją. Wszystko zmierzało do tego, czego najbardziej chciał uniknąć. Zacisnął dłonie na podłokietnikach, wzmacniając uścisk do póki nie poczuł ostrego bólu w palcach. 

– Musimy porozmawiać z Vallerin… – wyszeptał słabo. 

 Sądzisz, że skoro była przy budowie zamku, to wie cokolwiek o Komnacie? – pytanie Snape’a może i brzmiało naiwnie, ale chciał mieć pewność. 

Staruszek wstał nieoczekiwanie. Wciągnął głęboko powietrze i zaczekał, aż zacznie palić go w płucach, domagając się uwolnienia – dopiero wtedy wypuścił je powoli. Wyraźnie czując na sobie pytające spojrzenie mistrza eliksirów, odwrócił się do niego – nie mógł dłużej zwlekać z tą rozmową. 

– Nie chcę wypytywać jej z uwagi na obecność przy wznoszeniu Hogwartu. Muszę ją zapytać, ponieważ Lady Vallerin Crown była pierwszą żoną Salzara Slytherina. 

       

                                         Płomiennowłosa siedziała spokojnie w fotelu, czujnie obserwując drzwi. Spodziewała się rychłej wizyty Albusa i rozmowy, która nieuchronnie ich czeka. Nawet nie drgnęła, gdy przyjaciel wtargnął do jej pokoju w towarzystwie Severusa – w tej chwili nawet obecność tego ponuraka jej nie przeszkadzała. Dyrektor widząc jej wzrok, zatrzymał się tuż przy drzwiach, nie wiedząc czy powinien podejść bliżej. 

– Vallerin… – zaczął łagodnie, jednak przyjaciółka przerwała mu gestem dłoni. 

– Nie tutaj – odpowiedziała sucho. 

Nie siląc się na zachowanie jakichkolwiek pozorów, przeniosła ich do swojej rezydencji, wprost do elegancko umeblowanego salonu i wskazała gościom fotele. Pojawienie się pani domu nie uszło uwadze Stena – już po chwili niezawodnie stał u boku swej Lady. Skrzat skrzywił się, widząc stan swej pani – zawsze potrafił rozpoznać, kiedy była zmęczona i wytrącona z równowagi. Mimo wszystko powitała go ciepło, tak jak zazwyczaj. Co by się nie działo w życiu Lady Crown, niezmiennie starała się być dobra dla swoich skrzatów i nie martwić ich niepotrzebnie – za to właśnie ją kochały. 

– Sten, poproszę kawę i papierosy. Do tego cztery szklanki i butelkę whisky. Ethan w domu? – zwróciła się do wiernego majordomusa. 

– Panicz Luther jeszcze nie wrócił, moja pani. Niezwłocznie powiadomię go o pani powrocie. 

– Nie trudź się, proszę. Porozmawiam z nim później. 

Skrzat uśmiechnął się i zniknął, po wykonaniu usłużnego pokłonu. Vallerin nawet nie spojrzała na czarodziei, choć wyraźnie czuła ich dezorientację. Zdenerwowanie skutkowało u niej wahaniami mocy, co potęgowało ból głowy, dający sygnał, że bezpiecznej dla wszystkich było dać jej możliwość ujścia – w tym stanie nie mogła w pełni zapanować nad potęgą, skumulowaną w zbyt małym, wątłym ciele. Członkowie rodu Phoenix osiągali dojrzałość znacznie szybciej niż czarodzieje i pozostawali w takiej formie przez większość swojego życia – już od jakiegoś czasu powinna wyglądać jak młoda dziewczyna, a nie dziecko. Powstrzymywała powrót do naturalnej postaci ze względu na misję w Hogwarcie i coraz wyraźniej odczuwała tego skutki. 

– Albusie, Severusie wybaczcie mi proszę na chwilę. 

Mężczyźni zgodnie skinęli głowami, akceptując decyzję gospodyni o tymczasowym oddaleniu się. Gdy zostali sami, Snape spojrzał na dyrektora – było tak wiele rzeczy o które chciał zapytać, ale jedna z nich zdecydowanie wybijała się ponad resztę. 

– Użyła na nas teleportacji! W Hogwarcie! Pomimo tego, że nie staliśmy blisko siebie?! – nie potrafił w pełni zdławić podekscytowania tym, co zobaczył. 

– Moglibyśmy być nawet w różnych częściach zamku, dla Vallerin nie stanowiłoby to żadnego problemu. Wiele jeszcze o niej nie wiesz, Severusie. 

Mistrz eliksirów chciał kontynuować temat, ale uniemożliwiło mu to pojawienie się Stena. Skrzat z grzecznym uśmiechem postawił przed gośćmi kryształowe, pękate szklanki. Zdobną, marmurową popielniczkę i srebrną papierośnicę z wygrawerowanym emblematem feniksa, położył przy wolnym miejscu, przeznaczonym dla jego pani. Wrócił jeszcze na chwilę, by zostawić kawę dla Lady i zamówioną butelkę whisky. We dwóch nie zostali na tyle długo, żeby powrócić do przerwanej rozmowy, bowiem do salonu wkroczyła eteryczna, drobna dziewczyna. Była wręcz oszałamiająco piękna: długie płomienne włosy spływały miękko na jej mleczne, szczupłe ramiona; subtelne, arystokratyczne, wysublimowane rysy olśniewającej twarzy bez wątpienia wzbudziłyby ogień zazdrości nawet pośród wil; zwiewna, biała suknia przy każdym kroku podkreślała jej ulotny wdzięk. Patrzyła na mężczyzn spokojnymi, lazurowymi oczyma w kształcie doskonałych migdałów. Jedynie przez te oczy Severus nie zapomniał, że patrzy na Lady Crown – choć przez moment zastanawiał się, czy to przecudowne zjawisko może być prawdziwe. Z całą pewnością nawet wile nie umywały się do piękna istoty, która nieustannie zbliżała się ku nim wolnym, pełnym gracji krokiem. Ta kobieta nie mogła należeć do ich świata…była tak nieludzko, nadnaturalnie piękna…

– Lepiej się czujesz, moja droga? 

Miękki głos Dumbledore’a wyrwał mistrza eliksirów z niebezpiecznego zachwytu. Już spokojniejszy obserwował, jak gospodyni siada elegancko na fotelu obok nich, zarzucając nogę na nogę. 

– Znacznie lepiej, Albusie. Utrzymywanie dziecięcej formy robi się coraz bardziej kłopotliwe. Wiem o czym chcecie porozmawiać, więc bądźcie łaskawi nie przedłużać. 

Dorosły głos Lady różnił się znacznie od dziecięcego – był delikatny, melodyjny i w przyjemny dla ucha sposób niski. Panna Crown sięgnęła zgrabnie po filiżankę, z której upiła łyk kawy i odpaliła papierosa. Nawet wydychając obłoki dymu, o drażniącym dla Severusa zapachu, wciąż wyglądała cudownie. 

– Vallerin…wiesz coś o Komnacie Tajemnic? – głos Dumbledore’a zadrżał subtelnie. 

Lady Crown zaśmiała się czarująco, w tym śmiechu jednak dało się słyszeć nutę kpiny, zmieszanej z melancholią. 

– Wybacz, przyjacielu, ale nie zacznę tej rozmowy bez jednego głębszego! 

Korzystając z mocy napełniła kryształowe szklanki godną ilością alkoholu i nie wykonując żadnego, najmniejszego nawet, ruchu przysunęła je bliżej mężczyzn. Sama na chwilę zrezygnowała z kawy, by cieszyć się palącym aksamitem whisky. 

– Severusie, częstuj się proszę. Chyba, że wolisz coś innego? Mogę zawołać Stena – zwróciła się do profesora.

Mistrz eliksirów zdobył się na niemrawą, pokraczną podróbkę uśmiechu. Za bardzo rozpraszał go widok pani domu, by mógł precyzyjnie kontrolować swoją mimikę. 

– Whisky będzie odpowiednie, dziękuję – odpowiedział w końcu, mniej pewnie niż by chciał. 

– Wracając do tematu, przykro mi, Albusie. 10 lat przed opuszczeniem przez Salazara Hogwartu, nasze drogi się rozeszły, a po odejściu ze szkoły Slytherin przepadł bez śladu. Godryk był na niego wściekły i starał się go odszukać, ale bezskutecznie. Salazar dosłownie zapadł się pod ziemię. 

Płomiennowłosa zaciągnęła się głęboko papierosem. Powoli wypuszczała dym, gdy Snape zebrał się na odwagę, by zadać kolejne pytanie. 

– Kiedy byliście jeszcze…małżeństwem, Salazar nie wspominał o planach co do Komnaty? – głos mu zadrżał, gdy wymawiał słowo ” małżeństwo“.

– Byłam żoną Slytherina przez ledwie pięć lat. Gdy się poznaliśmy Salazar był wspaniałym mężczyzną: inteligentnym, zabawnym, czarującym, wygadanym, troskliwym, towarzyskim, uczuciowym i nie ukrywam, niebywale przystojnym. Do tego bijąca od niego moc magiczna…Salazar Slytherin nie był byle czarodziejem, był potężny i dobrze o tym wiedział. To właśnie ta potęga zaprowadziła go do mnie. Chciał pod moim okiem szlifować swoje umiejętności i uczyć się o pradawnej magii. Nie wiem nawet, kiedy zaczęliśmy spędzać ze sobą dużo czasu. Właśnie dzięki Slytherinowi poznałam Rowenę, Godryka i Helgę. Wiem, że dla was zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale Salazar kochał swoich przyjaciół całym sercem. Bez reszty zaangażował się w ich wspólne dzieło, robiąc wszystko z myślą o przyszłości szkoły. Na moje nieszczęście Salazar był także znamienitym aktorem. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczął się zmieniać. Zapewne jeszcze na długo przed naszym ślubem odezwała się w nim mroczna część jego natury. Lgnął do tej ciemności z jemu tylko znanych przyczyn, zatracając się w niej coraz to bardziej. Zignorowałam pierwsze symptomy jego szaleństwa, naiwnie sądząc, że jest jeszcze dla niego ratunek. Myliłam się. Salazar był jaki był, ale nie sądzę, by od początku planował stworzenie Komnaty. Za bardzo kochał Hogwart. Jeśli zrobił coś takiego, musiał działać pod wpływem wzburzenia. 

– Takiego jak po kłótni z Gryffindorem? – wtrącił cicho Dumbledore. 

– Jeśli miałabym zgadywać, na to bym stawiała. Godryk i Salazar byli ze sobą bardzo mocno związani, wytworzyła się między nimi silna, braterska więź. Nie byli tylko najlepszymi przyjaciółmi, byli braćmi. Zakładam, że ostra wymiana zdań z Gorykiem mocno zabolała Slytherina. Po naszym – kobieta przerwała na chwilę, szukając najbardziej odpowiedniego słowa – rozstaniu, więcej go nie widziałam. Słyszałam jednak opowieści snute przez Rowenę i Helgę, wedle których Godryk nawet jeśli był rozgoryczony i wściekły, nic chciał powiedzieć o przyjacielu złego słowa. 

– Więc wracamy do punktu wyjścia – Albus rozparł się wygodniej w fotelu i zamyślony powoli popijał alkohol. 

– Przepraszam, naprawdę nie potrafię pomóc. 

Stary czarodziej zerknął na Lady Crown. Opierając policzek o chłodną szklankę, wpatrywała się gdzieś w przestrzeń. Nie wyglądała ani na przybitą, ani za specjalnie wesołą – piękna twarz pozbawiona była wyrazu. Przyjął to z ulgą. Ostatnie czego chciał to rozdrapywanie jej głębokich ran z przeszłości. 

– Wiem, Vallerin. Szczerze nie spodziewałem się, żebyś słyszała o Komnacie. Liczyłem raczej na to, że będziesz potrafiła skojarzyć jakieś szczegóły, które nam umknęły, ze Slytherinem. 

– Za mało wiemy. Póki co to tylko napis na ścianie – skwitował Snape. 

– Z całą pewnością możemy stwierdzić jedynie, że w zamku jest dziedzic Slytherina. Zgodnie z legendą to on ma uwolnić bestię, zamieszkującą Komnatę. Nie wiemy czym dokładnie jest ta bestia i kiedy zamierza uderzyć, o ile w ogóle to zrobi – Dumbledore odstawił pustą szklankę. 

– Pozostaje nam zgadywać, kto może być dziedzicem. Jako że nie znam późniejszych losów Salazara, ciężko mi kogokolwiek typować. Nie chciałabym nikogo skrzywdzić pochopnym oskarżeniem. 

Jeszcze przez przeszło godzinę rozmawiali o faktach i domysłach dotyczących Komnaty. Choć spędzanie czasu w ten sposób z przyjaciółką całkiem podobało się Albusowi, zadecydował o powrocie do Hogwartu. Uznał z ubolewaniem, że jego przeciągająca się nieobecność w takich, a nie innych okolicznościach, jest najzwyczajniej niebezpieczna – Vallerin ciężko było nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Pogrążony w strachu zamek potrzebował swego niezastąpionego lidera. Dumbledore polecił Severusowi zostanie z Lady Crown – chciał, by jego przyjaciółka wypoczęła nieco w swej rezydencji, pod okiem mistrza eliksirów, a wrócić mieli następnego ranka. Snape niechętnie przystał na plan dyrektora, nie miał bowiem większego wyboru – dyskusja z Albusem nie miała szans powodzenia. Starzec podniósł się z fotela i na pożegnanie czule objął płomiennowłosą. Wyszeptał coś do jej ucha, na co kobieta zareagowała przytłumionym śmiechem. Za pomocą teleportacji odesłała przyjaciela do zamku i usiadła obok Severusa. Profesor wciąż nie mógł przywyknąć do jej wyglądu…starał się nie gapić na Vallerin, jednak jego wzrok co jakiś czas umykał w jej stronę. 

– Zapytałeś mnie kiedyś ile mam lat, pamiętasz? Chcesz posłuchać, dlaczego żyję tak długo? 

Niespodziewane odezwanie się Lady skutecznie zmieszało czarodzieja. Odchrząknął nazbyt głośno i dopił whisky, dając sobie czas na uspokojenie myśli. Dla lepszego efektu sięgnął po butelkę, by dolać sobie i towarzyszce kolejną porcję alkoholu. 

– Jeśli masz ochotę mi powiedzieć – usiłował zabrzmieć beznamiętnie, co nie wyszło mu za dobrze. 

Po prawdzie w jego głowie kłębiły się dziesiątki pytań. Żona Salazara Slytherina…Tak wiele chciał wiedzieć o tej eterycznej, ognistowłosej istotce! Jak wyglądała jej przeszłość…dlaczego wyszła za Salazara…jacy byli wielcy założyciele…czy Hogwart bardzo się zmienił…Mógłby zasypywać ją pytaniami przez najbliższy rok, ale był jeden problem – nie miał śmiałości wnikać w prywatne jej życie. 

– Ród Phoenix. Nazwano nas tak z jednego powodu – uśmiechnęła się łagodnie. – Jak feniksy odradzamy się z popiołów. Z waszej perspektywy żyjemy dość długo, odpowiednio rozkładając zużycie swej mocy, a gdy siły witalne nas opuszczą umieramy, by chwilę później odrodzić się na nowo. Ród Phoenix dzierży w swych dłoniach niedościgłe pragnienie wielu. Nieśmiertelność. 

Snape zakrztusił się whisky, które rozgrzanym strumieniem zalało jego płuca. Spodziewał się jakiegoś rodowego artefaktu, pradawnej mikstury…czegokolwiek, ale nie nieśmiertelności! Ledwo powstrzymał atak kaszlu, pozwalając jednak, by jego oczy przysłoniły łzy wynikające z podrażnienia przełyku. W ciszy jaka między nimi nastała, rozległ się śmiech dziewczyny. 

– Prawda jest taka, że nie mam pojęcia ile razy się odradzałam. Przestałam liczyć. Pamiętam każdy przeżyty dzień. Każde wydarzenie, słowo, gest są po wieczność wyryte w mojej pamięci. Wam śmiertelnym wydaje się, że nieśmiertelność to coś wspaniałego! Mistyczny skarb, dla zdobycia którego warto poświęcić wszystko i wszystkich! Zapewniam cię jednak, Severusie, że nie ma gorszego przekleństwa. Jesteśmy tu uwięzieni. Patrzymy jak wszyscy, których kochamy umierają powoli na naszych oczach. Snujemy się między grobami, tęskniąc za ludźmi, których nigdy więcej nie spotkamy, a o których świat dawno już zapomniał. Pielęgnujemy w sobie bolesną pamięć o rzeczach, które zatonęły bezpowrotnie w strumieniu czasu. Wystrzegamy się miłości, przyjaźni i przywiązania, żeby znów nie cierpieć, ponieważ nasz ból jest jak nasz żywot. Wieczny. Ludzie żyją krótko i intensywnie, są w stanie zmienić swoje uczucia, puścić w niepamięć emocje i żyć od nowa. My tego nie potrafimy. Nasze uczucia rodzą się przez długi czas, zakorzeniają się w nas głęboko i choćbyśmy pragnęli tego bardziej niż czegokolwiek innego, nigdy nie odejdą. Pamiętamy, choć nikt inny nie pamięta. Tęsknimy tak samo, mimo upływu wieków. Kochamy, chociaż ci których kochaliśmy odeszli. Nikomu nie życzę podobnego losu. 

Snape zamyślił się, wracając wspomnieniami do tego co sam doświadczył. Spojrzał na Lady i wzdrygnął się, widząc drobne łzy, spływające po jej śnieżnych policzkach. Siedziała tuż obok niego i płakała bezgłośnie, wpatrując się w sufit. Przestał dziwić się, że od dnia w którym spotkał ją po raz pierwszy wydawała mu się melancholijnie smutna – pomimo uśmiechu, który tak często rozświetlał jej twarz. Uśmiechnął się sam do siebie. Usłyszał dziś o wiele więcej, niż śmiał przypuszczać…dowiedział się o rzeczach, które nieoczekiwanie zbliżyły go do płomiennowłosej. Ona rozumiała czym był dogłębny smutek. Teraz jego kolej na zwierzenia. 

– Od dziecka kochałem pewną dziewczynę – zaczął niepewny tego, czy da radę skończyć. – Miała na imię Lily. Zawsze przy mnie była, bez względu na to co wyrabiałem. Stała po mojej stronie, chroniąc mnie przed kpinami i wyzwiskami. Jej jedynej zawsze mogłem ufać, do niej jednej zawsze mogłem zwrócić się o pomoc. Zaprzepaściłem to wszystko. Jednym głupim słowem. Nieprzemyślaną decyzją gniewnego gówniarza. Choć bardzo chciałem, nie byłem w stanie tego naprawić – moje czyny zbyt głęboko ją zraniły. Latami patrzyłem na jej szczęście u boku innego mężczyzny, którego z całego serca nienawidziłem. Serce rozpadało mi się na kawałki i nie znosiłem tego aroganckiego bufona, ale cieszyłem się, że moja Lily jest szczęśliwa. Wiesz co zrobiłem później? Wydałem na nią i jej rodzinę wyrok śmierci. Zginęła przeze mnie i wiem o tym doskonale. Mimo upływu lat, gdy tylko zamykam oczy widzę jej martwe ciało w moich ramionach. Zginęła przez moją głupotę! 

Po raz pierwszy od bardzo dawna Severus pozwolił sobie na łzy. Vallerin o nic nie pytała, nie naciskała, nie próbowała go pocieszać – po prostu siedziała obok. Każde z nich płakało z innego powodu, a mimo to Snape czuł w tym momencie bliskość, jakiej nie doświadczył od lat szkolnych. Niespodziewanie Lady Crown wstała i podeszła do niego. Bez słowa skinęła w jego stronę, stawiając go na nogi za pomocą swojej magii. Kobieta wciąż bezgłośnie szlochając, mocno wtuliła twarz w ramię czarodzieja. Początkowo zaskoczony w końcu odwzajemnił uścisk, obejmując jej drobne plecy i wsparł policzek na płomiennych włosach. 

– Jesteśmy beznadziejni, Severusie – roześmiała się przez łzy.

– I to bardzo.

Nie wiedział ile tak stali. To było nieważne. Czuł się dobrze obejmując Vallerin, dla niego ta chwila mogła trwać po kres czasu. Lady delikatnie zsunęła jego głowę na swoje ramię. Nie miał nic przeciwko. Wciąż stał przytulając twarz do jej szyi, a ona gładziła go delikatnie po włosach. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 360
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!