Ostatnia || Hobbit

  Stare, skórzane buty znaczyły kolejne ślady gęstego błota, a szary płaszcz, wraz ze spiczastym kapeluszem przemoczony był do suchej nitki. Poplątane, siwe włosy lepiły się do twarzy, a długa broda również naznaczona była kroplami deszczu, który przecinał powietrze w chłodną noc. W miasteczku Bree panowała ciemność, gdzieniegdzie rozpędzona przez blask ognia, palącego się w niewielkich paleniskach, przy których koczowali zmarznięci do szpiku kości bezdomni. Gandalf skręcił w lewo, mijając kuźnię, a następnie pokonał ostatnie metry dzielące go od drzwi karczmy. Na szyldzie, pod stojącym na tylnych nogach koniem, widniał napis „Pod Rozbrykanym Kucykiem”, który dla zmęczonego wędrowca oznaczała trzy rzeczy: ciepło, jedzenie i łóżko. Jednak dla czarodzieja oznaczał również bardzo ważne spotkanie, które mogło doprowadzić do wydarzeń, znacznie zmieniających historię Śródziemia. 

  Chwycił za klamkę, lecz nim pociągnął, rozejrzał się niepewnie po okolicy. Mieszkańcy w pośpiechu przemierzali zabłocone uliczki, gnając do swych suchych domów, a ludzie przy ogniskach wyciągali dłonie ku ogniowi, starając się przetrwać tę ciężką noc. Jednakże to go nie obchodziło, lecz obiekt jego zainteresowania nie ujawnił się, choć jawnie czuł jego obecność. Po chwili westchnął cicho z rezygnacją i bez dłuższej zwłoki wszedł do karczmy. Już w samym progu uderzyło w niego przyjemne ciepło oraz zapach pieczonego mięsa, zmieszanego z aromatem świeżo nalanego piwa. Wyczuł również nikłą woń fajkowego ziela. Cicho zamknął za sobą drzwi, dając się objąć karczemnej atmosferze, po czym nieśpiesznie ruszył w kierunku obranego stołu, przy którym siedział jeden, samotny mężczyzna. 

  Dość młody, jednak z paroma pasmami siwych włosów, znaczących gęstą, czarną czuprynę krasnolud siedział przy drewnianym stole, ustawionym w kącie wypełnionego ludźmi pomieszczenia. Mimo iż jego dłonie oraz usta zajęte były spożywaniem posiłku, oczy uważnie rozglądały się po otoczeniu, a stojący u boku miecz mówił tylko jedno: nie ważne, co zrobisz, on nie da się zaskoczyć. Starzec uśmiechnął się na ten widok. Niczym podczas ich pierwszego spotkania, kiedy starał się przekonać Thorina Dębową Tarczę, by zawalczył o przyszłość swoją i innych krasnoludów, odbijając Erebor ze szponów smoka. Dzięki niepodważalnym argumentom udało mu się go przekonać. Tym razem, jednak chodziło o coś trochę innego, ale równie ważnego. 

  Uprzednio ściągając z siebie płaszcz i kapelusz, czarodziej przysiadł się do stolika, wprawiając tym krasnoluda w lekkie osłupienie, lecz po chwili mężczyzna się uspokoił. Przełknął kawałek chleba i pośpiesznie popił go piwem, po czym odsunął od siebie puste naczynia i całą swoją uwagę skupił na starcu. 

  — Po co mnie tu wezwałeś?  — zapytał prosto z mostu, nie dbając o uprzejmości. Jak na dłoni widać było, że był spięty i zdenerwowany. — Myślałem, że już wszystko ustaliliśmy ostatnio. 

  Gandalf uśmiechnął się odrobinę szerzej, kręcąc głową. 

   — Pamięć może i masz dobrą, jednak czasami zawodną  — odparł, łącząc razem dłonie na stole. — Ostatnio wspomniałem ci o dwóch uczestnikach, jednak z jednym z nich przez dłuższy czas nie miałem kontaktu. W końcu jednak udało mi się porozmawiać. Zgodził się wziąć udział w wyprawie. 

  Thorin nie krył rosnącego na jego twarzy zaskoczenia. Chłodne, błękitne oczy mierzyły czarodzieja, jakby próbowały wyczytać z niego więcej informacji. Jasne było, że na usta krasnoluda cisnęło się mnóstwo pytań, lecz Gandalf nie wiedział, czy wszystkie, będzie, w stanie zadać. I czy on zdoła na nie odpowiedzieć w taki sposób, by nie wyjawić tego, czego nie powinien. Przynajmniej nie na razie. Wiedział, że ona podsłuchuje i uważnie obserwuje ich każdy, najmniejszy ruch, przez co na jego skórze pojawiła się gęsia skórka. Nigdy nie był pewien, co siedzi w jej głowie, a znana ze swojej impulsywności stanowiła bardzo niebezpieczną kobietę. Nawet jak dla niego. 

    — Czego chce w zamian za pomoc? 

  Tego pytania się spodziewał. I tak bardzo nie chciał na nie odpowiadać, jednak nie dał po sobie tego poznać. Jak tu wyjść z tej sytuacji, skoro wzrok krasnoluda przeszywał na wskroś, a niewidzialne ostrze łaskotało jego skórę na karku? 

    — Tego, czego każdy najemnik zawsze chce  — odpowiedział luźno, jakby ta kwestia była jasna niczym słońce. — Uwierz mi jednak, że jest warta tych pieniędzy. Będzie znaczącym towarzyszem w trakcie podróży. 

    — Czyli to kobieta?  — uniósł pytająco brwi, lekko mrużąc przy tym oczy. 

  Czarodziej nie odpowiedział od razu, tylko zamówił tani posiłek u niemal biegającej między stołami kelnerki, po czym ponownie spojrzał na krasnoluda. 

   — Owszem, ale chyba to nie problem? 

   — Nie robi mi to większej różnicy  — wzruszył ramionami.  — Tylko czy jej to nie będzie przeszkadzać? W końcu ma się udać w podróż z samymi mężczyznami, niekoniecznie wychowanymi. Nie jest to odpowiednie towarzystwo dla damy. 

  Gandalf zaśmiał się pod nosem na ostatnie określenie, co lekko zdezorientowało Thorina. 

   — Damy? Daleko jej do tego tytułu, wierz mi. Dla niej nie robi to żadnej różnicy.

  Ciepły półmisek z pomidorową zupą pojawił się tuż przed starcem. Czarodziej podziękował krótkim skinieniem głowy, po czym zaczął powoli konsumować posiłek. 

    — Jesteś pewien, że można jej ufać?

  Kolejne, niewygodne pytanie. Z trudem przełknął niewielką porcję zupy, zastanawiając się nad odpowiedzią. Nie wiedział, czy w pełni można jej ufać. Mimo iż znał ją od wielu lat, wciąż stanowiła dla niego zagadkę. Tym bardziej po tym wszystkim, co się kiedyś wydarzyło. Pierwsze wspomnienia z nią wywoływały zawsze uśmiech na jego twarzy, by po chwili zniknąć, kiedy uświadamiał sobie, że tamto przeminęło. Nie było szczęśliwej dziewczynki z dwoma warkoczykami, która ciągle chciała, by czarodziej pokazał jej fajerwerki. Nie było wiecznie zakochanej nastolatki. Za to pozostała zgorzkniała kobieta, zawsze spoglądająca na wszystkich, jakby samym oddychaniem popełniali coś niewybaczalnego. Kiedyś mógłby rzec: tak, można jej w pełni zaufać. Jednak w tamtej chwili nie był tego taki pewien. 

    — Jak najbardziej  — skłamał. 

    — Na pewno się zjawi? Nie zmieni nagle zdania i nie zostawi nas? 

    — Nie zostawi nas.

  W tym akurat miał pewność, bowiem kobieta nie miała większego wyboru. Tak przynajmniej sądziła. 

    — A więc ustalone  — westchnął cicho krasnolud, a czarodziej mu tylko przytaknął. 

  Trwali w ciszy, podczas której Thorin wyraźnie się nad czymś zastanawiał, a Gandalf dokańczał kolację. Kiedy miska została w pełni opróżniona, starzec podniósł się z miejsca i wyszedł na zewnątrz, uprzednio oznajmiając, że idzie zapalić. Oczywiście, mógł to zrobić w karczmie, jednak podświadomie czuł, że musi wyjść. Ubrał więc z powrotem płaszcz i kapelusz, zapłacił za kolację, po czym wyszedł na zewnątrz. Ciemne chmury wciąż zalewały ich ciężkimi kroplami, a mróz docierał nawet pod grube ubrania. Gandalf rozejrzał się uważnie dookoła, tym razem dostrzegając niewielką postać w świetle lampy, stojącej niecałe dwa metry od niego. 

    — Zgodził się? — cichy, lekko zachrypnięty głos wywołał u niego niechciane dreszcze. 

    — Jestem pewien, że znasz odpowiedź  — odparł pośpiesznie. 

 Kobieta zaśmiała się krótko, po czym wsadziła końcówkę drewnianej fajki do ust i mocno się zaciągnęła. Po chwili niewielkie obłoki dymu wyleciały z jej ust, niknąc gdzieś parę metrów nad nią. Bijący z jej postawy chłód zmusił czarodzieja do potarcia pokrytych gęsią skórką ramion. 

    — Że też doszło do tego, że będę z nim współpracować  — niemal wysyczała.

  Gandalf westchnął cicho na tę wypowiedź. 

    — Proszę cię, byś się zachowywała podczas tej podróży. Nie chcemy niepotrzebnych konfliktów  — powiedział z nieopisaną powagą w głosie. 

 Ona na te słowa prychnęła lekceważąco, odsuwając się nieznacznie od latarni. Po chwili zdjęła kaptur z głowy, pozwalając, by zimne krople okryły jej wiecznie zaróżowione policzki, oraz zmoczyły sięgające do ramion jasne, blond włosy. Uczyniła to po to, by uraczyć czarodzieja szerokim, zwiastującym kłopoty uśmiechem, który w tamtym momencie idealnie komponował się z kolorem jej oczu. Poniekąd szara, lecz bardzo wyblakła barwa, sprawiała wrażenie, jakby były puste. Kiedyś, mimo tego mankamentu, tryskały radością. W tamtym momencie były jednak zupełnie nijakie. To był dość przerażający widok, który wprawiał starca w pewnego rodzaju smutek. Tęsknił za dawną, beztroską Sofią. 

   — Ni-cze-go nie o-bie-cu-ję — wyrzekła, po czym złośliwie chichocząc, wyszła z blasku latarni i ruszyła w kierunku ciemnej alejki. 

  Jednakże, nim jej postać całkowicie wyszła poza światło, czarodziej dostrzegł coś, co po raz kolejny go zmartwiło. 

  Wyschnięte ślady krwi na bladych, kościstych dłoniach. 

Opublikowano
Odsłon 381
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!