Świat nieśmiertelnych I Rozdział 1

Prolog

Pamiętam tamten dzień, promienie słońca przebijały się przez konary drzew, świergot ptaków towarzyszył mi gdy szłam przez las, lekki chłód przyprawił mnie o gęsią skórkę gdy weszłam do jaskini. Od tamtego momentu nic już nie było takie same. Nie zapomnę tej chwili, gdy moje serce przestało bić. Nie sądziłam że to tak się potoczy. Pragnęłam spokojnego życia, moje marzenia były proste, ale to pozostało za mną gdy jeszcze żyłam. Bycie człowiekiem było znacznie proste niż bycie tym czym się stałam.

Powrót do rodzinnego miasta był cofnięciem się w przeszłość, ale tym razem pojawiła się druga droga.
Na jaw wyszły tajemnice skrywane przez lata. Green Lake nie było zwyczajnym miastem, kryło w sobie dużo mroku. Legendy i historyjki opowiadane dzieciom by je nastraszyć miały w sobie ziarno prawdy. I ta prawda zmieniła wszystko.
Potwory istnieją, a ja jestem jednym z nich.

Pierwszy rozdział

Na jasnoszarej kanapie, która stała pod ścianą leżała młoda kobieta o czarnych falowanych włosach do ramion. Wpatrywała się w sufit. Ścisnęła prawą dłoń, którą trzymała na brzuchu. Skrzywiła się czując jak popękana skóra na kostkach dłoni ją zapiekła. Rana była zaledwie jednodniowa. Rozluźniła dłoń i zerknęła na bandaż. Na białym materiale były plamki zaschniętej krwi. Znowu miała incydent. Od trzech miesięcy było spokojnie. Myślała że terapie w końcu przynoszą skutki, ale gorzko się myliła. Po powrocie do rodzinnego miasta, problemy pojawiły się ponownie. Stopniowo się nasilały. Dzień temu straciła na moment kontrolę nad sobą. Tak mocno uderzyła dłonią w drzwi szafy, że to było dziwne że nie złamała ręki. Jedynie pęknięta skóra i lekki ból przypominał jej o tym nieprzyjemnym zdarzeniu. 

– Przed przyjazdem tutaj było lepiej?– kolejne pytanie padło z ust kobiety, która siedziała w fotelu na przeciwko kanapy. Oba te meble dzielił niski kawowy stolik. Kobieta była po czterdziestce. Jej jasne blond włosy spięte były klamrą. Trzymała w dłoniach notes oraz długopis. Przyglądała się czarnowłosej z uwagą. Analizowała jej wyraz twarzy, ruch, reakcję na słowa które do niej mówiła. 

– Nie… Trochę tak.– powiedziała niepewnie. Niektóre wspomnienia były zasnute mgłą. Brała wiele różnych leków przed powrotem do Green Lake więc wydawało jej się że wcześniej było lepiej. Jednak gdy wgłębiała się w przeszłość przypominała sobie że nie bez powodu brała tak dużą ilość lekarstw. Dopiero w rodzinnym mieście odzyskała większą jasność umysłu. 

 – Briar, skoncentruj się. Opowiedz mi o incydencie z dłonią. – blondynka pochyliła się do przodu i odłożyła notes oraz długopis na stolik.– Nie zapiszę tego.

Czarnowłosa spojrzała na swoją terapeutkę. Ile razy słyszała to od swoich poprzednich terapeutów. Obiecywali nie przekazywać wszystkiego jej matce. Mówili jedno, robili drugie. Choć wcale nie dziwiło to czarnowłosej. Jej matka zabierała ją do tych terapeutów, płaciła im więc wymagała od nich wszystkich informacji o jej stanie. Dopiero teraz Briar sama wybrała swoją nową terapeutkę. Matka nawet nie wie że uczęszcza na wizyty. Ale mimo tej świadomości, pozostała w niej niepewność.

– Nie widzę w tym sensu. Tyle razy próbowałam zrozumieć co mi dolega. Jedyne co wiem, to to że jestem nieszczęśliwa.– dziewczyna podniosła się do siadu po czym przesunęła się i oparła plecami o zagłówek kanapy. 

– To dlaczego tu jesteś?– pytanie terapeutki sprawiło że się zmieszała. 

– To chyba z przyzwyczajenia… – Briar zamyśliła się. Odkąd tylko pamięta chodziła do specjalistów, którzy mieli pomóc doprowadzić jej umysł do porządku. Myślała że wyzdrowieje, zdobędzie kontrolę nad własnym życiem, ale im starsza była tym bardziej dostrzegała że to nigdy się nie zdarzy. Miała już dwadzieścia jeden lat i do tej pory żadna terapia czy leki nie pomogły jej wystarczająco by mogła w końcu zacząć żyć bez ciągłego cierpienia i uczucia że niewidzialne kajdany ciągnął ją w dół. Z dnia na dzień, z roku na rok, było tylko gorzej. Popadała w szaleństwo. Nie widziała już żadnego wyjścia. 

– Albo nadal masz nadzieję że możesz wyzdrowieć.– dodała blondynka. 

Na twarzy Briar zagościł gorzki uśmiech, który po chwili zniknął. Jako jedna z nielicznych specjalistów, u których czarnowłosa była, to właśnie Doktor Swan zdawała się na prawdę próbować zrozumieć co jej dolega. Mimo że Briar była u niej tylko trzy razy, to czuła że traktuje ją całkowicie poważnie, mimo że potrafiła opowiadać o bardzo dziwnych i niestworzonych rzeczach. 

– Albo potrzebuję więcej leków. 

Na twarzy Doktor Swan mignęło rozczarowanie, choć kobieta starała się tego nie pokazać. Od dwóch godzin starała się udowodnić Briar, że może jej w pełni zaufać i opowiedzieć wszystko co ją dręczy. Na dzisiejszym spotkaniu dziewczyna była wyjątkowo mało wylewna, a jeśli już coś mówiła to tylko w dołujący sposób. Była zmienna, szczególny wpływ na jej zachowanie miała pogoda, a najbardziej fazy księżyca. Przynajmniej tak mówili lekarze. Briar wspomniała że gdy zraniła się w dłoń była pełnia. Otaczający nas świat ma duży wpływ na nas. Zmiany w pogodzie sprawiają że zagojone rany czy urazy bolą. Briar wyjątkowo mocno była na takie rzeczy podatna. 

– Czas minął.– mruknęła czarnowłosa spoglądając na zegarek wiszący na ścianie. Wstała z kanapy po czym podeszła do biurka. Na krzesełku dla klientów leżała jej skórzana kurtka. Założyła ją po czym wyjęła z kieszeni kurtki portfel. Wyjęła dwa banknoty i położyła je na blacie biurka po czym spojrzała na Swan. 

Blondynka nie śpiesząc się usiadła za biurkiem. Wyjęła niewielką białą kartkę z szuflady po czym zaczęła ją wypełniać. 

– Przydała by mi się zwiększona dawka.– odezwała się Briar. Nerwowo przeczesała dłonią rozpuszczone włosy po czym zerknęła na drzwi. 

– To nie jest dobra droga.

– Lepszej na razie nie widzę.

Swan wstrzymała się na chwilę z pisaniem. Spojrzała na Briar po czym kontynuowała wypisywanie recepty. Jako psychoterapeutka i psychiatra jednocześnie, mogła wypisywać leki swoim klientom. Nie chętnie robiła to gdy jej klienci posługiwali się stwierdzeniem, że skoro płacą to wymagają. Teraz Briar również posłużyła się tym, choć nie musiała wypowiadać konkretnych słów.

Gdy blondynka skończyła pisać, wręczyła receptę czarnowłosej. Briar skrzywiła się gdy czytając receptę zauważyła, że jej terapeutka nie podwoiła leków, a jedynie dodała kilka dodatkowych tabletek na sen. 

– Myślałam że nie muszę mówić, skoro płacę to wymagam.– odezwała się złośliwym tonem Briar. 

– Bierzesz za dużo leków. Nie pomoże… 

– Nie trudź się wywodami na temat konsekwencji z brania tak silnych środków. Te regułki znam na pamięć. Do widzenia.– czarnowłosa ruszyła do drzwi. 

– Widzimy się za tydzień?

– Wyślę sms’a czy będę mieć wolny czas. 

Briar opuściła pomieszczenie, mocno zamykając za sobą drzwi. Wyszła z budynku chowając do kieszeni receptę. Gdy stanęła na chodniku, rozejrzała się dookoła. Za godzinę miała być dwunasta. Słońce świeciło jasno na niebie, na którym nie było nawet najmniejszej chmurki. Ludzie spacerowali po chodnikach, niektórzy się gdzieś spieszyli, inni wyprowadzali psy albo po prostu spacerowali ciesząc się ciepłym jesiennym dniem. Briar nie znajdowała się w centrum miasta więc tutaj ruch samochodów byli nieduży. Dziewczyna podeszła do czarnego audi zaparkowanego pod rzędem budynków scalonych bocznymi ścianami ze sobą. Sięgnęła do kieszeni po kluczki, ale przypomniała sobie że apteka jest zaledwie jedną ulice stąd. To niedaleko więc spacer jej nie zaszkodzi, zwłaszcza przy tak dobrej pogodzie. 

Dziewczyna założyła na głowę kaptur czarnej bluzy, którą miała pod kurtką oraz założyła ciemne przeciwsłoneczne okulary po czym ruszyła wzdłuż chodnika. Po kilku minutach znalazła się pod apteką. Wchodząc do budynku zdjęła kaptur, ale zostawiła okulary na twarzy. Wymusiła na twarzy radosny uśmiech po czym podeszła do lady, za którą stała Pani Chepers w białym fartuchu. Lekko krągła urodziwa kobieta po pięćdziesiątce na widok czarnowłosej uśmiechnęła się życzliwie.

– Dzień dobry.– mruknęła czarnowłosa wyjmując z kieszeni receptę. 

– Dzień dobry, Briar. Już drugi raz cię tu widzę.– powiedziała Pani Chepers. Briar miała zamiar coś powiedzieć, ale starsza kobieta ją wyprzedziła.– Kolejna recepta od Doktor Swan. Ledwo co wróciłaś, a faszerujesz się tymi proszkami. Oh skarbie, to ci w końcu zaszkodzi.

Czarnowłosa pozostawała spokojna choć gadulstwo Pani Chepers zawsze ją irytowało. Ta kobieta mówiła wszystko co ślina naniesie jej na język, gawędzić mogłaby godzinami. Gorzej było tylko z jej wścibstwem. Nie potrafiła przyzwoicie się zachować.

– Przed waszym wyjazdem to Amanda zawsze odbierała twoje leki. Nic dziwnego byłaś jeszcze niepełnoletnia, nie to co teraz, dorosła kobieta. Co tam u twojej mamusi, skarbie?

Pani Chepers w czasie słowotoku podała receptę swojemu asystentowi, który poszedł na zaplecze. 

– Zapewne interes dobrze się kręci. 

Briar jedynie stała przy ladzie i czekała aż asystent wróci z lekami. Nie było sensu nawet próbować się odezwać i wchodzić w jakiekolwiek dyskusje z Panią Chepers. Szkoda byłoby nerwów na nią.

– Aż dziwne że wychowała dwie córki. Choć to raczej Chace was wychował. Ah, wasz wspaniały tatuś.– powiedziała z rozmarzeniem, na co Briar ledwo powstrzymała odruch obrzydzenia. Może i Pani Chepers była atrakcyjna jak na swój wiek, ale wyobrażenie jej z swoim tatą, budziło w czarnowłosej jedynie wstręt.

– Wszystko jest zapakowane.– wtrącił się młody chłopak. Asystent podał papierową torbę, w której były leki z recepty, Pani Chepers. Kobieta zaczęła podliczać leki.

Briar spojrzała na młodego asystenta, który stał za Panią Chepers. Chłopak wskazał palcem na starszą kobietę, a później udał jak dłonią strzela sobie w głowę. Czarnowłosa uśmiechnęła się, co chłopak odwzajemnił. 

Czarnowłosa zapłaciła za leki po czym szybko opuściła aptekę, byle tylko już nie słuchać Pani Chepers. Tamten chłopak musiał czuć się jak w Piekle, był zmuszony codziennie spędzać z nią przynajmniej osiem godzin. Briar ledwo znosiła kilka minut z nią. 

Czarnowłosa ruszyła w drogę powrotną do samochodu. Idąc chodnikiem, zza zakrętu wyszły trzy dziewczyny w jej wieku. Szły na przeciw niej pogrążone w energicznej rozmowie. Z lewej była niska blondynka z kobiecymi krągłościami, które zawsze przykuwały uwagę płci przeciwnej i nie tylko. Miała na sobie bawełnianą przyległą nożową sukienkę sięgająco do kolan oraz białą zamszową kurtkę, a jej szyję zdobił pozłacany choker. Jej urok nie jednego zwalił z nóg. Po prawej była wysoka brunetka z burzą kręconych włosów na głowie. Jej twarz zdobił krzykliwy mejkap jakby szła na szaloną imprezę, ale wyglądała w nim zniewalająco. Miała na sobie czarne skórzane przyległe spodnie, bluzkę w panterkę z głębokim dekoltem i skórzaną kurtkę. Pewność siebie aż biła od niej niczym blask. Po między nimi była średniego wzrostu szatynka. Szła o krok przed nimi jakby chciała pokazać że ona tu jest liderką. Miała proste jasnobrązowe włosy do ramion. Ubrana była w kremowy długi płaszcz, brązowe materiałowe spodnie z prostymi nogawkami oraz białą koszulę włożoną w spodnie, której dwa trzy górne guziki były rozpięte i kusiły by zerknąć w dół. Jej dominacja wręcz krzyczała by usunąć się z drogi. Sophia, Andrea oraz Charlotte. Cała trójka pochodziła z dobrych domów gdzie pieniędzy nigdy nie brakowało. Atrakcyjne, bystre i z ambicjami, ale ich charaktery nie były zbyt dobre. Bogactwo potrafi zepsuć człowieka, w ich przypadku właśnie tak było. Za czasów liceum to one utrudniały życie Briar i miały z tego dobry ubaw. 

Czarnowłosa zatrzymała się i zaczęła cofać do tyłu. Znała te dziewczyny i nie miło wspominała czasy liceum, do którego razem chodziły. Powrót do rodzinnego miasta wiązał się z cofnięciem w przeszłość, która dla Briar nie była zbyt dobra. Teraz była dorosła, ale to wcale jej nie dawało otuchy by zmierzyć się z przeciwnościami z lat szkolnych. Lepiej było unikać tego tak długo jak się da. 

Dziewczyny nie zauważyły jej choć były zaledwie parę metrów od niej. Nie było tu żadnych krzaków lub czegokolwiek gdzie Briar mogła się schować. Jednak na ratunek pojawiła się męska dłoń, która wciągnęła ją w wąską alejkę między budynkami, którą czarnowłosa nie zauważyła bo była zbyt spanikowana. Chłopak pociągnął ją za siebie, zakrywając ją swoim ciałem. Patrzyli na siebie w ciszy czekając aż tamte dziewczyny przejdą obok nich. A gdy tak się stało Briar głośno odetchnęła.

– Dzięki za ratunek.– czarnowłosa uśmiechnęła się wdzięcznie do swojego dawnego kolegi z liceum. 

– Wyglądałaś jakby cię coś sparaliżowało.– powiedział z rozbawieniem.– Wypadało ci pomóc.

Jayden, brunet o piwnych oczach i oliwkowej cerze opierał się ramieniem o ścianę. W ciągu trzech lat nie zmienił się za bardzo. Był trochę wyższy, z twarzy poważniejszy, ale nadal był bardzo szczupły i wciąż miał psotliwe spojrzenie jak kiedyś. 

– Czy to to o czym myślę?– brunet zerknął na papierową torbę, którą trzymała w ręku Briar.

– Nie dostaniesz ani jednej.– powiedziała poważnie dziewczyna. Jayden roześmiał się krótko.

– Już nie biorę. Jestem czysty. Teraz tylko ciężka praca na stacji paliw się liczy. – ostatnie zdania wypowiedział z dumą. Długa terapia na odwykówce uratowała go przed całkowitym zniszczenia sobie życia, choć raczej był wdzięczny mami, która nigdy w niego nie zwątpiła, bez niej nie miał by większego sensu na dalszą egzystencje na tym świecie. 

– Jakoś trudno mi w to uwierzyć. – przymrużyła oczy przyglądając się mu. Wierzyła mu na słowo, ale chciała się z nim trochę podrażnić, tak jak za dawnych czasów.

– Przecież wierz że ciebie nigdy bym nie okłamał.– powiedział poważnie.

– Wiem.– zawsze był z nią szczery, oboje względem siebie byli. Oboje brali tabletki, choć z innych powodów i do innych celów im służyły, Briar z powodu choroby, Jayden bo był ćpunem i nie potrafił przeboleć odejścia ojca, który porzucił go i jego matkę dla innej kobiety.– Czemu chowasz się tu?

– Nie chowam, tylko czekam aż mama wyjdzie od fryzjera.– przesunął się w bok i skinął głową by Briar spojrzała na budynek po drugiej stronie ulicy. W salonie fryzjerskim przez duże okna mogli zobaczyć siedzącą na fotelu matkę Jayden’a, którą strzygła fryzjerka. 

– Czemu nie czekasz w salonie razem z nią?

– Bo to tylko damski fryzjer. No i wiesz jaka moja mama jest. Jeszcze zacznie mnie swatać z którąś z pracownic.– powiedział z rozbawieniem.

– Zawsze chciała dla ciebie jak najlepiej.– uśmiechnęła się delikatnie. Sarah była bardzo życzliwą i troskliwą osobą. Czasami zazdrościła Jayden’owi takiej mamy. Przyjaźniąc się z nim, miała okazję poczuć choć trochę jaka powinna być zdrowa matczyna miłość. Sarah traktowała ją jak własną córkę. Może gdyby czarnowłosa dostawała od swojej matki choć tyle albo raczej aż tyle matczynej opieki jaką otrzymywała od mamy Jayden’a, to może byłaby bardziej szczęśliwsza.

– Wiem, ale sam wolałbym znaleźć sobie dziewczynę. Już skończyła.– powiedział zauważając że jego matka zeszła z fotela i wzięła torebkę by wyjąć z niej portfel.

– Muszę już lecieć. Miło było wpaść na ciebie.– Briar wyszła z zaułka i zamierzała odejść, ale głos Jayden’a ją zatrzymał. 

– Z wzajemnością. Wpadnij kiedyś do mnie. Moja mama zrobiłaby lasagne.– zaproponował szatyn. Miał nadzieje że dziewczyna nie odmówi. Tęsknił za nią. Była jedyną osobą przy której nie musiał nikogo udawać. Jej nagły wyjazd był dla niego bolesny. 

Briar uśmiechnęła się na wspomnienie kuchni jego matki. Uwielbiała lasagnę, którą Sarah robiła, była i nadal jest jedyna w swoim rodzaju. 

– Na pewno skorzystam z zaproszenia. – to mogła być okazja do odnowienia przyjaźni. Po wyjeździe ciężko jej było utrzymać stały kontakt z Jayden’em, z czasem ich relacja się rozpadła. Nie miała czasu na regularne pisanie, a później krępowała się odezwać po dłuższym czasie gdy nie pisali ze sobą. Jednak teraz gdy była tu z nim, nie czuła skrępowania, miała wrażenie jakby te trzy lata rozłąki nie były takie długie. 

Briar uśmiechnęła się do Jayden’a po czym odwróciła się i ruszyła wzdłuż chodnika. 

Opublikowano
Kategorie Fantasy Przygodowe
Odsłon 518
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!