Stucky: Piękno w sercu // Rozdział 23. Splecione dłonie

      Cenił takie chwile, które mógł dzielić z najdroższym sobie człowiekiem. Siedział przed namiotem, spoglądając na wojenny krajobraz, a przy jego boku nieodłącznie trwał przyjaciel, czuł na sobie jego wzrok, lecz nie reagował. Koiła go jego obecność, świadomość tego, że jest blisko i gdyby tylko chciał, mógłby chwycić go za rękę. Oczywiście dyskretnie. Relaksował się wspólnym milczeniem.

      – Wyglądasz jak myśliciel, Stevie. – usłyszał lekko zaczepny ton – A ja mam akurat teraz ochotę, żebyś przestał myśleć.

      Zaskoczony sposobem, w jaki przerwano ciszę, odwrócił głowę w stronę Barnesa, od razu dostrzegając jego uśmiech zabarwiony delikatną prowokacją. I nie mógł oprzeć się wrażeniu niewinności ukochanego, jego łagodnej twarzy, tak młodej i pięknej, nieporysowanej bólem. Jak kiedyś. Przed wojną. Doznanie było silne, powodujące w mim uczucie nagłej, ciepłej miłości… i pragnienie, by móc doświadczyć jej poprzez fizyczność, zatrzymać przy sobie dawnego Bucka na dłużej. Jak zawsze, gdy byli blisko. Ukochany rozejrzał się asekuracyjnie i uznając, że jest wystarczająco bezpiecznie, wyciągnął ku niemu dłoń.

      – Chodź ze mną.

      Ujął rękę Bucka i pozwolił się zaciągnąć do namiotu, sprawnie i szybko, by nie ryzykować tym, że ktoś mógłby ich dostrzec. Znalazłszy się wewnątrz, przyklęknął naprzeciw przyjaciela, bardzo blisko, przez co wyczuwał na twarzy powiew jego cichego, lekko napiętego oddechu. Wciąż trzymał dłoń Barnesa w swojej, wpatrywał się w jego piękne oczy… Boże, tak bardzo go kochał… i wtedy partner delikatnie zetknął ze sobą ich usta. Pocałunek był miękki, wyrażał subtelność ich miłości, połączenie poprzez wzajemne zaufanie. Wczuwał się w powolne muśnięcia warg przyjaciela… Bucky… Bucky, kochanie… Boże, kochał sposób, w jaki on potrafił całować. Tak delikatnie, nieśpiesznie… upojnie… poczuł na policzkach jego dłonie. Odwzajemnił gest, opierając własne na jego biodrach, uczuł jak Buck zbliżył się jeszcze bardziej, przylegając do niego całym swoim ciałem. Klęczeli blisko… tak blisko, jakby stanowili jedność. Tak bezpiecznie, tak dobrze…

      Pogłębił pocałunek, wsuwając język głęboko w usta Bucky’ego, ocierając nim o jego podniebienie, czując jak on rewanżuje się tym samym. Coraz silniej, coraz namiętniej… muśnięcia przeistoczyły się w eskalację wzajemnego pożądania, łączyli się w gwałtownych, żarliwych poruszeniach warg, delektowali się sobą… Boże, Buck… Buck… z każdą chwilą czuł, że potrzebuje go coraz mocniej, bliżej… brakowało powietrza… Oderwał się od ust kochanka, dyszał mu w twarz, a na własnej czuł jego gorący oddech, patrzył w jego lekko nieprzytomne oczy. Kochał go takim. Odsunął się nieco, żeby móc swobodnie rozpinać guziki jego wojskowej koszuli, pochylił przy tym głowę i uczuł jak Barnes całuje go we włosy, przesuwając po nich delikatnie wargami.

      – Kocham cię, Steve – usłyszał jego szept.

      – A ja ciebie, Buck. A ja ciebie.

      Zluzował wszystkie guziki, rozchylił poły koszuli, a Bucky wyciągnął za siebie ręce i wspólnie pozbyli się całkowicie tej części ubioru. I teraz… mógł bez przeszkód patrzeć na idealną rzeźbę kochanka, podniecała go jego nagość i… i czuł, że mu staje. Podziwiał jego kształtny tors, pięknie umięśniony brzuch… Boże… chciał jego bliskości, chciał się kochać. Tylko z nim. Już zawsze tylko z nim. I teraz to Buck sięgnął ku niemu, by rozpiąć jego koszulę, pozwolił na to ufnie i kiedy ostatni guzik został pokonany, odrzucili niepotrzebny materiał gdzieś w bok. Klęczeli przed sobą rozebrani do połowy, a na ich szyjach swobodnie wisiały nieśmiertelniki. I wtedy Bucky znów do niego przylgnął, obejmując go jedną ręką za plecy, drugą za kark. Bardzo blisko… jego skóra, taka rozpalona, taka miękka… twarz tuż przy twarzy… Boże… czuł przez spodnie, że członek kochanka również… jest… sztywny. Przez chwilę po prostu wchłaniali wzajemne ciepło, pożądanie… wsłuchiwali się w oddechy, delektowali bliskością i napięciem powodowanym niecierpliwością zaznania przyjemności w miłości.

      – Pragnę cię, Bucky. – wyznał lekko drżącym tonem – Tak bardzo ciebie…

     Nie dokończył. Nie zdołał. Patrząc z bliska w twarz ukochanego, poczuł coś, co zmusiło go, żeby zamilkł. Jego oczy… piękne, uderzająco piękne… pełne miłości, zaufania, odwzajemnionego pragnienia… Boże… nagle ogarnęła go silna pewność, że nie może pozwolić go już więcej skrzywdzić, nie może go stracić. Nigdy. Nigdy więcej. Tak bardzo go kochał, tak pragnął, tylko z nim chciał żyć… już zawsze. Chciał to wyrazić… i nie wiedział jak.

      – Bucky… – głos mu się załamał.

     A ukochany zrozumiał. Zrozumiał. Przesunął dłoń z jego karku we włosy, zatapiając w nich palce i delikatnie zaciskając. Uniósł głowę i złożył na jego czole miękki pocałunek, a potem przesunął lekko wargami i oparł na nim swój policzek. Bucky. Jeden człowiek, a wyrażał sobą wszystko, czego tylko potrzebował.

      – Zajmę się tobą, Stevie. – kolejny miękki szept.

      Bucky odsunął się nieznacznie, aby móc zręcznie odpiąć sprzączkę paska, a potem rozporek, miał wprawę, wystarczyły mu dwa szybkie ruchy. Zatknął palce za krawędzie spodni kochanka, dbając by pochwycić także bieliznę i zesunął je z niego… powoli… pochylając głowę, łaskotał lekko koniuszkami włosów skórę na jego klatce piersiowej… patrzył na każdy fragment odsłanianego ciała. Kształtne biodra, delikatne podbrzusze i… i okazały penis… Boże, pragnął jego smaku… pragnął wszystkiego. Spojrzał Rogersowi w oczy, dając mu tym znak, że chce, aby się przed nim położył i… partner zrozumiał, nieśmiało ułożył się na posłaniu ze spodniami opuszczonymi do kolan, tak bardzo obnażony, tak bardzo… piękny. Kochał delikatność jego charakteru, która powodowała, że tak łatwo potrafił się peszyć… Steve, kochanie… kochanie… pragnął go takim… Boże, tak bardzo go pragnął. Zdjął mu buty i ostatecznie pozbawił spodni.

      Położył się na ciele Rogersa całym sobą, wiedząc, że materiał własnych spodni podrażnia jego gotową do dalszej stymulacji erekcję… Boże… Boże… zimne nieśmiertelniki opadły na rozgrzany tors przyjaciela. Złączył ich wargi mocno, namiętnie… tęsknie… Boże, kochanie… i Steve schwycił go za tyłek i przycisnął do siebie tak silnie… tak silnie… jęknęli obaj, czując monumentalne uderzenie przyjemności, gdy ich krocza się otarły. Poruszył biodrami powodując kolejny impuls rozkoszy… i jeszcze raz… i jeszcze… Boże, tak dobrze… cały czas czuł, że ukochany dociska go za pośladki, by było jeszcze mocniej. Silne doznanie zmusiło go, by rozłączył ich usta… potrzebowali powietrza… ocierał się o obnażoną, tak bardzo twardą męskość Steve’a… raz za razem, raz za razem… Boże, jak mocno… jak bardzo mocno… słyszał jego coraz bardziej intensywne jęki…

      – B… Buck… tak, właśnie tak…

      Boże. Leżący pod nim Steve brzmiał dokładnie tak, jakby już go brał… jakby był w jego wnętrzu… Boże, zaraz dojdzie od jego głosu… Boże… a jednak jeszcze bardziej wzmocnił poruszenia bioder, wywołując u kochanka zaskoczony, wręcz obolały poprzez nagłą eksplozję rozkoszy jęk.

      – Masz podniecający głos. – szepnął mu do ucha, starając się spłycić własny oddech.

      Patrzył w twarz swojego mężczyzny, na jego rozwarte usta, zaciśnięte oczy, zmarszczone w doznawanej ekstazie brwi… owiewał mu zmęczonym oddechem skórę. Ocierał się aktywnie… wciąż i wciąż… materiał jego spodni niebezpiecznie przemókł od naturalnej wydzieliny z penisa Steve’a… i jego własnej… szlag, zaraz naprawdę dojdzie… naprawdę… z trudem się wstrzymał. Podniecenie sprawiało ból… pragnął więcej… a jednak… chciał zaspokoić swojego mężczyznę inaczej. Chciał… mieć… jego męskość… w ustach.

      – Buck, dlaczego… przestałeś?

      Pocałował przeciągle jego szczękę, dając mu w ten sposób obietnicę dalszej przyjemności… a Steve odchylił ufnie głowę, oddając mu się w posiadanie, rozluźniając palce na jego pośladkach, delikatnie je masując. Całował całą linię żuchwy Rogersa, namiętnie, żarliwie… wydobywając z niego swoim zaangażowaniem piękne westchnienia… Boże… kochał, gdy było mu tak dobrze… kochał słyszeć to w jego męskim głosie, wyczuwać w drżącym ciele… kochał doprowadzać go do spełnienia. Zszedł pocałunkami niżej, na szyję… pogładził dłonią mokry ślad po swoich ustach… kontynuował zostawianie kolejnych wilgotnawych pamiątek, których już nie ruszał. Całował miękką skórę, rozkoszował się jej cudownym smakiem… Steve… Steve, skarbie… zjechał wargami na lewy obojczyk, polizał całą jego długość. Obniżył się, chcąc mieć łatwiejszy dostęp do klatki piersiowej partnera, odgarnął dłonią jego nieśmiertelniki, przesuwając je w bok przez pierś, by na lekko naprężonym łańcuszku opadły na posłanie tuż przy jego szyi.

      Przeciągnął długim i mokrym pociągnięciem języka po zagłębieniu na środku torsu… Boże… ten smak, ten smak… po czym skierował się ku centralnej części prawej piersi, dotknął sutka leciutko językiem i nasunął na niego wargi. Zassał najpierw delikatnie… wyczuł pod sobą jak Steve napręża nieznacznie ciało, chwytając w pięści posłanie, usłyszał ekstatyczne westchnienie… ujął palcami drugi sutek i zaczął powoli go pocierać, dostosowując tempo do własnych warg. Pieścił go cierpliwie, wsłuchiwał się w każdy dźwięk przyjemności… i stopniowo zwiększał natężenie stymulacji… coraz intensywniej… umiejętnie używał ust, by sprawiać kochankowi przyjemność… ssał już mocno, bardzo mocno… i nagle przestał. Zjechał ustami niżej… i jeszcze niżej, na brzuch… zwisające z szyi nieśmiertelniki rysowały na rozpalonym ciele drogę, po której dążył pocałunkami… dotarł do podbrzusza, pocałował miękko skórę tuż nad męskością… a ukochany jęknął głucho, wyciągnął dłoń, kładąc mu ją na ramieniu i zahaczając kciukiem o łańcuszek nieśmiertelników. Przeciągnął językiem po wilgotnej główce penisa Steve’a, wkładając koniuszek w szczelinę… Boże… był taki mokry, taki gotowy… zlizał część wydzieliny, uniósł się nieco i spojrzał swojemu mężczyźnie w twarz.

      – Ależ jesteś łatwy… Nawet nie zacząłem ci obciągać, a ty już jesteś mokry? – zaczepił bezczelnie, wyraźnie czując między własnymi nogami przemoczone spodnie.

      – Buck!

      – Jesteś cholernie seksowny, kiedy tak się burzysz.

      – Język! Buck… język…

      Usłuchał. Zupełnie inaczej niż miał w zamiarze upominający go Steven, ale usłuchał. Polizał całą długość jego członka, przytrzymując go w podstawy… Boże… o Boże… kochał tę sztywność pod językiem, ten smak… a ukochany jęknął przejmująco, całkowicie od niego zależny. Skrajne podniecenie sprawiało, że mu stał… tak bardzo mu stał… trochę bolało, ale wytrzyma… tak bardzo już chciał… mieć… ukochanego na własność. Objął ustami główkę jego penisa, zacisnął oczy, skupiając się na przyjemności płynącej z jego smaku… wyczuwał jak bardzo jest gotowy… Boże… kochanie… słyszał jak rwie mu się oddech. Nasuwał powoli wargi coraz dalej… ostrożnie… był taki twardy, taki duży… Boże, tak bardzo… duży… starał się jak najbardziej rozluźnić gardło, było to trudniejsze niż kiedyś, przed wojną, ale jeśli będzie cierpliwy… jeśli będzie wystarczająco czujny… powinien to zrobić gładko, bez komplikacji. I kiedy miał go tak głęboko jak chciał… Boże, wypełniał mu usta… tak dobrze, tak bardzo dobrze… zaczął poruszać głową, najpierw wolno… zmuszając tym Rogersa do zmysłowego pojękiwania… tak, kochanie, jęcz… tak, Steve, proszę… Stopniowo przyspieszał, usta przesuwały się gładko po sztywnej, śliskiej powierzchni okazałego penisa kochanka… Boże… o Boże, tak… kochanie…

      – Buck… tak, proszę… proszę… kochanie…

      (kochanie)

      Boże. Obaj wyrażali to samo… myślą, słowami… uczuciami… Wyciągnął rękę, kierując się instynktem i przycisnął ją do piersi Stevena… zaczął ją mocno masować do taktu tego, jak mu obciągał… namiętnie, impulsywnie… Boże, tak… pobudzał zmysły dotykiem… ustami… oddziaływał na każdej płaszczyźnie pożądania… i spełnienia. Aktywnie pieścił wargami jego męskość… mocno, tak mocno… chcąc zmuszać go do kolejnych bolesnych jęków… słyszał tę skrajność prowadzącą do przepaści łączącej ból z ekstazą. Stymulował silnym masowaniem pierś przyjemnie uginającą się pod dłonią… była taka miękka, taka jędrna… Boże… o Boże… tyle bodźców… miał wrażenie, że zaraz opadnie z sił… potężna rozkosz pobudzała każdy ze zmysłów, gubił się w emocjach, zatracał w ukochanym mężczyźnie… chciał, by było mu dobrze… wciąż i wciąż… ekstaza oszałamiała, działał na instynkcie… zależało mu na jego spełnieniu, słyszał jego piękny, przepełniony nieprawdopodobnym przeżyciem głos. Czuł na barku delikatne łaskotanie jego dłoni zahaczonej lekko o pobrzękujące nieśmiertelniki. Czas się zgubił, świat się zgubił… odnajdywał się jedynie w bliskości ukochanego, w jego jędrnej piersi pod dłonią, w sztywnej męskości wypełniającej usta, rozpalonym ciele.

      Wsłuchiwał się w jego głos i ta chwila była wszystkim, czego potrzebował… czego potrzebowali obaj… i wtedy… wtedy… uczuł jak Steve przykrył jego rękę własną, splatając ich palce, przyciskając je złączone do swojej piersi. Tak blisko, tak blisko… Boże… niewiarygodne uczucie… Steve, kochanie… kochanie… przesuwał ustami po jego wilgotnej, rozgrzanej męskości… umiejętnie, raz za razem… słyszał w jękach kochanka groźbę szczytu… i pragnął mu to dać. Niespodziewanie zwolnił ruchy ust… jeden, drugi… i trzeci wykonał subtelniej… przyjacielowi wyrwał się zaskoczony jęk. I nagle nasunął się na jego penis dogłębnie, ekstremalnie mocno… wręcz boleśnie… zacisnął na nim wargi, dając mu możliwie największą ciasnotę… Boże… o Boże, tak… ciało przyjaciela naprężyło się, z jękiem wypchnął biodra, przez co niebezpiecznie zbliżył się do granicy komfortu tego… jak bardzo… wypełniał… swoją męskością gardło. I naraz… poczuł jak sperma Steve’a rozlała mu się na podniebienie, kiedy się w niego spuścił… Boże… kochanie… brakowało mu powietrza, oszałamiały go doznania… miał wrażenie, że jest bliski omdlenia. Zatrzymał na chwilę w ustach nasienie Rogersa… kochał smak jego orgazmu, najwyższego szczytu jego przeżyć… przełknął powoli… i wtedy… nie wiedział, nie spodziewał się… wyrwał mu się stłumiony jęk, zacisnął kurczowo dłoń na dłoni Steve’a… i również doszedł, czując jak własne nasienie moczy mu spodnie. Nieco zaskoczony wypuścił z ust członka przyjaciela. Wystarczyło mu stymulowanie i smakowanie przyjemności ukochanego, by przeżył orgazm. Szlag, wyglądało na to, że to on był tym łatwym.

      Przyłożył wargi do biodra kochanka, był zmęczony, przez co pocałunek był bardzo upojny, lekki. Ich splecione dłonie wciąż spoczywały na unoszącej się w chaotycznie piersi Steve’a. Podwyższył się na tyle, na ile pozwalały mu na to ostatki sił i położył głowę, opierając ją policzkiem o brzuch człowieka, którego kochał. Oddychali ciężko, bardzo ciężko… tacy wymęczeni… spełnieni i zakochani… powoli uspokajali się własną obecnością, wiedzieli, że już zawsze będą razem. Słowa nie były im potrzebne. Wystarczył słaby uścisk złączonych dłoni. Słaby poprzez zmęczenie… lecz pełen miłości.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 377
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!