Kroniki Iball. Tom I: Niosąca Światło | 4.1

Rozdział IV

Smak wspomnień

Tłum w ciasnych uliczkach Rag gęstniał z każdą kolejną minutą. Obchody święta Vesturii miały zacząć się dopiero jutrzejszego wieczora, ale już teraz dało się zauważyć coraz większą ilość mieszkańców zasiadających w spelunkach i przy stolikach ustawionych przed kamienicami otaczającymi świątynię. Wokół roiło się od sprzedawców lampionów i drobnych rabusiów, gotowych wyciągnąć sakiewkę nawet spomiędzy sukien dam.

Malary nie zauważyła, nawet kiedy obie zgubiły w tłumie Zalmarę. Po krótkiej sprzeczce obie doszły do wniosku, że czarownica da sobie świetnie radę i nie będzie potrzebować ich ratunku. Na plac świątynny trafiły już dawno po tym wydarzeniu, kręcąc się przez chwile po zatłoczonych uliczkach stolicy.

Czarownica nie mogła odpędzić od siebie wrażenia, że coś jest nie tak, jak być powinno. W umyśle dziewczyny non stop kołatały myśli podsuwające najgorsze zakończenia wieczornego wyjścia, które było pomysłem siedzącej obok Brienne. Dziewczyna posiadała za to świetny humor, który objawiał się nie zawsze udanymi żartami z każdej sytuacji, jaką sobie przypomniała. Jej pozytywne usposobienie z biegiem czasu irytowało tylko Malary, która przeklinała w duchu swój brak jakiejkolwiek asertywności w stosunku do przyjaciółki. Sfrustrowana po jakimś czasie zaczęła zbywać dziewczynę długimi westchnięciami lub pozbawionymi emocji przytaknięciami. Tak minęła godzina, odkąd obie zajęły miejsce pod zadaszeniem na placu świątynnym otoczonym przez kamienice, w których znajdowały się liczne lokale.

— Malary — zaczęła, przeciągając sylaby Brienne — napij się ze mną jeszcze — poprosiła, opierając głowę na jej opalonym ramieniu. Mimo przyjaciółki przymilającej się do niej.

Druga z kobiet siedziała pewna siebie, sącząc piwo z żeliwnego kufla. Cały czas miała szczerą nadzieję, że Brienne, będzie w stanie dotrzeć do domu zakonnego o własnych siłach, ale z każdą mijającą minutą, wiedziała, że jej nadzieją są płonne, a szanse na spełnienie oczekiwań znikają równie szybko co trunek z kufla towarzyszki.

— Nie — wymruczała, dopijając resztkę piany ze swojego naczynia.

Nie chciała spędzać wśród tłumów kolejnej godziny, dając tym samym szansę na większe upodlenie Brienne. Dzwon na świątynnej wierzy, wybijał właśnie kolejną godzinę, dając znać mieszkańcom, że niedługo wybije północ i nastanie początek kolejnego upalnego dnia.

— Ale Malary! — wymruczała oburzona.

Nie. Brienne — zaprotestowała twardo. Wypiłaś już wystarczająco dużo. Spojrzała na stół zastawiony pustymi naczyniami. O sześć kufli za dużo. Nie powinnam ci pozwolić pić. Zalmara znowu będzie wściekła, za to, w jakim stanie wracasz do kwatery odburknęła, znacznie się krzywiąc. Mam ci przypomnieć karę, jaką wyznaczyła nam z Nymetią rok temu? Moja skóra przez bity tydzień śmierdziała kanałami, po tym, jak musiałyśmy czyścić odpływ! Czarownica wzdrygnęła się na myśl o brodzeniu w resztkach jedzenia i odchodach pochodzących z miasta. Poprzysięgła sobie wtedy, że nie będzie więcej denerwować swojej przełożonej. Kto jak kto, ale była ona przerażająco bezlitosne wobec podwładnych.

— Jesteś okropna Malary! O k r o p n a! — Brienne skrzyżowała ramiona pod piersiami i wydymała policzki i marszcząc rude brwi. Była jak dziecko, któremu zabraniało się zjedzenia deseru. Malary wstała, odsuwając nieco stół, przy którym siedziały i przeskoczyła przez ławę. Pochyliła się nad uchem Brienne i kładąc dłonie na odsłoniętych ramionach dziewczyny, wyszeptała jej do ucha:

— Wiem o tym. — Ciepły, przesiąknięty zapachem trunku, oddech kobiety owiał zarumieniony od alkoholu policzek dziewczyny. — Ale i tak mnie kochasz. — Uśmiechnęła się szeroko i na dowód swoich słów, złożyła długi pocałunek koło ucha dziewczyny. — Zaraz wracam — dodała na odchodne, znikając w tłumie ludzi wchodzącym do wnętrza karczmy, do której należało zadaszenie, pod którym zajmowały miejsce.

Wnętrze było zatłoczone, podobnie jak cały rynek. Jedyną różnicą było to, że wewnątrz potwornie śmierdziało. Czarownica musiała przecisnąć się obok ludzi przy barze, aby dostać się do tylnego wyjścia i małego placu, na którym znajdował się drewniany, ledwo się trzymający wychodek. Kiedy znalazła się bliżej baru, do jej nozdrzy dotarł zapach pieczonego prosiaka, który przygotowywany był na rożnie w kuchni widocznej zza lady. Nad nią z kolei wisiały suszone zioła służące jednocześnie jako ozdoba charakterystyczna dla takich miejsc oraz przyprawa do zup i innych dań.

Gospoda, w której się znajdowała, należała do tych o wyższym standardzie. Nie zapuszczało się tam najbiedniejsza tłuszcza, zamieszkująca najgorsze dzielnice miasta, ale ceny dań, jakie zostały zaproponowane przez właścicieli, także nie należały do najniższych w stolicy.

Wiedźmy unikały takich miejsc, gdyż można tu było wpaść na nieproszonych gości, którzy potrafili wtapiać się w tłum, ale było to wyjątkowo rzadkie zjawisko w okolicy najważniejszych świat, gdy gospody, karczmy i spelunki odwiedzały prawdziwe masy. Wtedy najbardziej podejrzane typy, wolały przesiadywać w najmniej zatłoczonych gospodach w dokach.

Malary przeciskała się przez ludzi w ślimaczym tempie, ale już po kilku minutach miała przyjemność dotrzeć do tylnych drzwi, które prowadziły na niewielki placyk za kamienicą, gdzie znajdowało się kilka leciwych wychodków dla gości gospody. Powietrze w tym miejscu było nieco lżejsze od tego w wypełnionej dymem gospodzie, ale wzbogacone zostało o nowe nuty zapachowe, powodowane przez ludzkie odchody, pleśń, a także dym z cygar, które palono w tym miejscu, gdy chciano uciec od zgiełku i niepotrzebnych gapiów.

Teraz też, w jednym z kątów placyku, rozglądająca się wokoło Malary, zobaczyła rozmawiającą grupkę rosłych mężczyzn i skąpo ubraną kobietę, która wyglądała jak jedna z wynajmowanych na godziny dam do towarzystwa. Jej ubranie było jednak wykonane ze zbyt dobrego jedwabiu, by faktycznie takową była. Uczucie niepokoju nasiliło się wewnątrz niej, przyprawiając żołądek o nieprzyjemny skurcz. Wiedziała, że jeśli nie znajdzie się zaraz w wychodku, nie skończy się to dla niej zbyt dobrze.

Malary przeszła pewnym krokiem przez plac do jednego z leciwych przybytków i otworzyła drzwi z głośnym skrzypnięciem i weszła do środka, zatrzaskując za sobą ledwo trzymające się w żeliwnych zawiasach, przegniłe drzwi, które przepuszczały światło z latarenki zawieszonej nad wejściem, przez które chwile temu wyszła.

Powietrze w przybytku śmierdziało niczym lochy pod domem zakonnym. Odór uryny niemal odbierał dech w płucach czarownicy, która delikatnym powiewem swej mocy, starała się odgonić od siebie nieprzyjemny zapach. Jednocześnie wytworzyła w swej dłoni delikatną łunę światła, dzięki której mogła dojrzeć nieco więcej szczegółów. Starała się przy tym nie wzbudzać jednak podejrzeń nieznajomych, których obecność miała cały czas zakodowaną z tyłu swojego umysłu.

Ledwo rozgościła się w wyznaczonym do tego miejscu i zaczęła zaspokajać wiadome potrzeby, usłyszała ciężkie kroki, zmierzające w stronę wychodka, w którym siedziała. Jej słuch wyostrzył się, a mięśnie napięły do granic możliwości. Zmysły kazały załatwić jak najszybciej co swoje i brać, uciekać jak najszybciej się dało z miejsca, w którym obecnie się znajdowała.

Drzwi gospody głośno zaskrzypiały otwierane przez wchodzących do środka ludzi, których kroki słyszała nawet z wychodka. Przestrzeń wypełnił zapach pieczonego mięsa, gotowanych potraw i alkoholu, a także gwar prowadzonych wewnątrz rozmów, który dzięki otwartym drzwiom zyskał na intensywności. To jednak nie one zaniepokoiły jeszcze bardziej Malary, której ciało wydawało się drętwieć, a kroki, które wyrwały się z równego tempa grupy.

Dziewczyna słyszała stukot metalu, którym podbite były podeszwy właściciela. Krok miał ciężki, a oddech świszczący. Oddychał przez usta, a jego postura przyćmiewała światło latarenki nad drzwiami. Malary instynktownie odcięła dopływ mocy, który pozwalał jej na utrzymanie łuny światła wewnątrz wychodka, gdy tylko cień mężczyzny zaczął padać na ledwo trzymającą się konstrukcję.

Dziewczyna niemal czuła na sobie wzrok nieznanego jej przybysza, który świdrował jej wnętrzności. Wiedziała, że to jedynie wyobraźnia, ale miała najszczerszą ochotę zagrzebać się w ziemi, byle tylko nie czuć go na sobie.

Mężczyzna zatrzymał się przed wejściem do środka, by wysunąć dłoń w stronę przegniłych drzwi, zatrzymał się jednak w połowie ruchu, gdy usłyszał za swoimi plecami stukające o kamienne płyty obcasy podbitych skórą trzewików damy, która wcześniej rozmawiała z nim i jego kompanami w roku placyku, pykając długie cygaro.

Erberherd, gdzie ty na wszystkich bogów łazisz? Zapytał damski, nieznany głos, w którym słychać było zniecierpliwienie. Przyszliśmy, żeby świętować, a nie szwendać się gdzieś w ciemności! — Zbeształa go kobieta.

Przed wychodkiem dało się słyszeć kolejny ruch, sprawiający, że mięśnie Malary napięły się jeszcze bardziej. Jej ciało instynktownie szykowało się do obrony, mimo tego wciąż pamiętała o tym, w jakiej sytuacji się znalazła. Przez szpary w drzwiach widziała ruch mężczyzny, który najwidoczniej obrócił się do przybytku plecami, co działało na jej korzyść. Malary doprowadziła się do porządku najciszej, jak potrafiła i stanęła na równych nogach tuż przy drzwiach, przed którymi stał olbrzym. Niemal czuła słodkawy odór alkoholu, który bił od jego osoby.

— Na wszystkich bogów — wymruczał, wzdychając zniecierpliwiony mężczyzna tuż za drzwiami, ledwo słyszalnym głosem. — Nawet wysrać się nie dacie człowiekowi! — Dodał znacznie głośniej, przekrzykując odgłosy z wnętrza gospody. — Już leze! — Zakrzyknął zachrypłym od alkoholu, głębokim głosem, w stronę kobiety, która i tak stała przecież tuż przed nim.

— Nie moja wina, że wszyscy domagają się kolejnego rewanżu w tą waszą durną, pijacką grę — uśmiechnęła się pod nosem kobieta. — Trzeba było nie ograbiać ich ze wszystkich pieniędzy — dodała zadziornie.

Po tych słowach ponownie rozległ się odgłos uderzających o kamienne płyty obcasów, które ucichły, gdy na nowo zaskrzypiały drzwi prowadzące do wnętrza lokalu.

— Lepiej się pośpiesz — zwróciła się do mężczyzny kobieta.

Tym razem na zewnątrz dało się słyszeć ciężkie kroki podbijanych metalem butów noszonych przez chłopa, które ustały, kiedy kobieta weszła do wnętrza.

Czarownica zamknęła oczy i posłała nieco mocy przed siebie. Jej przypuszczenia się sprawdziły, za zamkniętymi drzwiami stała kobieta o bujnych kształtach, a tuż za nią mężczyzna, którzy spoglądali na siebie, wyczuwając drobne drgania cząsteczek powietrza, które wywołane zostały falą mocy wysłaną przez Malary. Drobne włoski na ich rękach i nogach podniosły się, gdy na skórze pojawiła się gęsia skórka.

Też to czujesz? Zapytała cicho kobieta, tak aby nie usłyszała tego obserwująca ich czarownica. Oddech uwiązł na moment w płucach Malary. Podwładny spojrzał na obcą kobietę zdziwiony. Nie ważne. Wzruszyła ramionami — Może jedynie mi się wydawało dodała, po czym ruszyła małym korytarzykiem, prowadzącym do tłumu znajdującego się w środku baru. Za nią podążył jej towarzysz.

Cisza zapanowała na ciemnym placu, gdy drzwi do gospody zamknięto z zawodzącym skrzypieniem. Dopiero po dłużącej się chwili, czarownica odważyła się wypuścić z głośnym westchnieniem powietrze z płuc. Przytłumione przez grube drewno dźwięki dochodziły do jej uszu. Jedynie gdzieś z oddali słychać było urwany pisk psa oraz przeciągłe miauczenie kotów z pobliskich domów, które jak co roku walczyły o teren. Malary wciąż stała w śmierdzącym wnętrzu wychodka, odliczając w myślach do stu. Dopiero wtedy odważyła się pchnąć z impetem znajdujący się przed nią kawałek drewna.

Gdy otworzyła przegniłe drzwi wychodka, niemal w biegu skierowała się do gospody, gdzie ponownie musiała przecisnąć się przez zatłoczone wnętrze. Brienne siedziała w tym samym miejscu, gdzie zostawiła ją jakiś czas temu przyjaciółka. Choć było to spore niedopowiedzenie, gdyż dziewczyna na wpół leżała z głową na stole, cieknącą z ust śliną i niemal pustym spojrzeniem. Malary orientacyjnie przeliczyła kufle, które pochłonęła gdy jej nie było w pobliżu, a które znajdowały się tuż obok jej bezwładnego ciała lub w jego pobliżu. Naliczyła ich blisko tuzin.

— Cholera jasna — wyszeptała. Ruszyła pewnie w stronę czarownicy. Czuła na sobie wzrok co bardziej ciekawskich osób zasiadających na ławach przed karczmą. Niektórzy z nich usiłowali się z tym kryć, inni patrzyli się na nią otwarcie. Malary obstawiała, że ci drudzy byli albo głupcami, albo odważnymi głupcami. De facto nieduża różnica, gdyż oba typy na końcu zawsze ginęły śmiercią tragiczną. — Brienne — wymruczała w stronę dziewczyny, trzęsąc nią przy tym lekko. — Brienne —powtórzyła — czas wstawać parchata, napruta raszplo.

Ledwo kontaktująca dziewczyna wymruczała kilka niezrozumiałych słów. Malary pokręciła niedowierzająco głową, wiedząc, że nie warto marnować czasu na budzenie koleżanki. Rozejrzała się wokoło, wypatrując karczmarki, która być może się gdzieś kręciła, gotowa zbesztać ją za pozostawiony przez kobiety nieporządek.

Nie stwierdzając jej obecności, czarownica pochyliła się nad przyjaciółką, przełożyła jej rękę przez swoje barki i chwytając ją pod kolana, wyciągnęła spomiędzy siedziska i stołu, przy którym zajmowały miejsce. Podrzuciła przyjaciółkę do góry, poprawiając chwyt. Zaczęła przeciskać się pomiędzy stolikami oraz ludźmi przy nich siedzącymi, rozglądała się przy tym gorączkowo na wszystkie strony, jakby licho je goniło. Mimo wszystko starała trzymać się nerwy na wodzy, nie dając znać nikomu, że coś ją zaniepokoiło.

Gdy wydostała się z tłumu, skierowała swoje kroki do mniejszych uliczek na wschodzie, którymi można było dotrzeć do domu zakonnego, przechodząc przy tym wzdłuż doków. Oczywiście nie była to jedyna droga prowadząca w tym kierunku, jednak była jedną z najrzadziej uczęszczanych, a co za tym idzie najmniej zatłoczonych, dzięki czemu Malary i Brienne mogły zaoszczędzić na czasie nie przeciskając się między masami ludzi wychodzącymi na ulice tego wieczoru. Tą samą drogą dotarły na plac z domu, więc możliwe było, że gdzie po drodze, Malary spotka Zalmare, która pomoże jej z niemal nieprzytomną podwładną, choć wolałaby uniknąć takiej możliwości, wyobrażając sobie utyskiwanie na ich brak odpowiedzialności i ewentualną karę za niedopilnowanie Brienne.

Ulice były wypełnione mniejszymi i większymi kramami oraz roześmianymi ludźmi, którzy przemierzali je od straganu do straganu, rozglądając się między stoiskami. Zewsząd dobiegały przyjemne zapachy egzotycznych potraw, smażonych i pieczonych mięs, a także warzyw lub słodyczy. Ze spelunek, karczm i uliczek wciąż słychać było mieszające się między sobą dźwięki muzyki. Co rusz widać było artystów ulicznych, połykaczy ognia czy różnej wielkości grupy tancerzy wykonujących kolejny tej nocy występ.

Wieczór przed wigilią święta Vesturii zawsze tak wyglądała. Miasta ożywały z niespotykanym w ciągu zwykłych dni przyklaskiem, a troski zwykłych ludzi wydawały się odchodzić w niepamięć, jakby rozpłynęły się w powietrzu w ciągu zaledwie kilku godzin. Prawdziwe apogeum następowało podczas oficjalnych obchodów w sam wieczór wigilijny, gdy w mieście odbywały się występy, w których uczestniczył sam władca Ainsgarthern lub następca tronu. Jedynie ten rok różnił się od poprzednich ze względu na obecność delegacji z Tinz.

W tym roku zarówno oddział Malary miał patrolować okolice pałacu, gdzie odbywały się oficjalne przyjęcia organizowane przez rodzinę królewską. Negocjacje nowego traktatu pokojowego z wrogo przyjaznym państwem były dużo ważniejsze od zabawy podczas trwającego przez tydzień po święcie festiwalu.

Malary odbiła z głównej ulicy w lewo, rozglądając się przy tym na wszystkie strony. Wiedziała, że musi mieć oczy dookoła głowy, zwłaszcza teraz. W głębi ducha chciała jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznych murach domu zakonnego i w swoim łóżku, najlepiej pod ciepłą pierzyną. Realizacji tego planu z pewnością nie ułatwiała ciążąca jej Brienne, która nieprzytomna nie dość, że śmierdziała, jakby wykąpała się w rynsztoku, to jeszcze śliniła jej pelerynę, opierając głowę na ramieniu.

Czarownica przez ułamek sekundy zerknęła na dziewczynę, którą niemal kurczowo przyciskała do swojego ciała. Policzki miała zarumienione, a jedną z warg przygryzała, jakby się nad czymś zastanawiała. Zadarty nos i okolice pod oczami zdobiły wyraźne piegi, które stawały się bardziej intensywne, gdy tylko rozpoczynała się pora sucha.

Z zamyślenia wyrwało ją rytmiczne stukanie wzmocnionych metalem butów, których echo odbijało się od otaczających ją ścian wąskiego przejścia między budynkami. Skupiając się na dźwiękach, naliczyła dwie osoby, choć wolała założyć, że było ich więcej. Znacznie więcej. Nie sądziła, że obcy zdołali wyczuć ten delikatny powiew mocy, który rozpłynął się w mroku, zanim zdążył ich dosięgnąć, najwidoczniej była w fatalnym błędzie, za który teraz musiała zapłacić.

Starała się być jak najbardziej opanowana. Jej ciało działało jak dobrze naoliwiona maszyna, z czego doskonale zdawała sobie sprawę. Mimo to bezpieczniej było dmuchać na zimne i nie dawać znać osobom podążającym za nią o swojej buńczuczności, gdyż już nie raz się na niej zawiodła.

Gwar ulic przybierał stopniowo na sile, kiedy czarownica biegła przed siebie. Mogła wykorzystać swoje zdolności do ucieczki, ale ludzie stanęliby po stronie agresorów. Zakon nie cieszył się zbyt dobrą opinią wśród mieszkańców kraju. Czarownice z łowców stały się zwierzyną, zwłaszcza w dużych miastach, gdzie zwolenników ich działań było znacznie mniej niż we wsiach. Tam ludzie stawali oko w oko z niebezpieczeństwami, których w większości pozbywał się Zakon.

Malary skręciła w prawo, w ostatnią alejkę przed wyjściem na promenadę, która podobnie jak inne ulice, została zastawiona kramami z kupczącymi sprzedawcami zaczepiającymi przechodniów. W tłumie mogła być bezpieczna, ale nie chciała mieć na sumieniu niewinnych ludzi, gdyby napastnicy odważyli się ją zaatakować. Echa kroków podążających za nią niczym cień stały się znacznie głośniejsze, gdy skręcili po chwili wahania, podążając za nią.

Cholera jasna” — przeklęła w myślach. Jej serce zaczęło mocniej bić, boleśnie uderzając o żebra. Przyśpieszyła kroku, starając się być równie cicho, jak wcześniej. Nie chciała dawać śledzącym ją ludziom świadomości o tym, jak niewielka odległość ich dzieli. Czuła się jak wystraszona łania, która złapana w pułapkę, za wszelką cenę pragnie ochronić swoje młode przed kłusownikiem.

„Obecność Zalmary, jak na złość byłaby wyjątkowo pomocna” — myślała.

Wtem uderzył w nią zapach dochodzący z knajpy, która mogła znajdować się nie wiele więcej, niż kilka kroków od miejsca, w którym się znajdowała. Nie interesował jej sam zapach pieczonego na rożnie świniaka, będącego tradycyjną potrawą, spożywaną w dzień przed świętem, lecz znajoma nuta, którą wywołana mogła być jedynie, gdy korzystało się z posiadanej mocy. Zapach przypominający jesion, napływał do jej nozdrzy falami, wydawał się pulsować niczym żywa istota.

Malary nie miała czasu na zastanawianie się nad kolejnym krokiem. Każdy postój, choćby po to, aby na chwilę dać odpocząć rękom, mógł oznaczać, że prześladowcy ją dopadną. Ponadto, szansa, że osoba parająca się czarami nie była czarownicą, wynosiła w tym mieście niemal zero procent.

Bez zastanowienia przyśpieszyła kroku jeszcze bardziej, wbiegając w tłum ludzi na promenadzie. Zaskoczeni ludzie tworzyli dla niej przejście, siarczyście przy tym klnąc. Zdenerwowana dziewczyna prychnęła tylko w ich kierunku, ignorując zachowanie istot, którymi w głębi serca gardziła równie mocno, jak oni gardzili nią. Zatrzymała się dosłownie na chwilę, by znowu odróżnić dochodzące do jej nozdrzy zapachy. Jej zmysły działały na pełnych obrotach, kierując ją w bezpieczne miejsce. Miała szczerą nadzieję, że tym razem jej nie zawiodą, sprowadzając na nią łaskę bogów i pomoc w postaci innej czarownicy.

Wejście do niezbyt dobrze wyglądającej spelunki, przed którą się znalazła, zagradzali gapie, którzy w ewidentnych nerwach przyglądali się czemuś, co działo się w jej wnętrzu. Malary zatrzymała się jedynie na chwilę, przerzucając śpiącą koleżankę przez ramię. Nie chciała zostawiać towarzyszki, jednak ciężar Brienne, coraz bardziej dawał o sobie znać i czuła, że nie da rady dłużej nieść jej w ten sposób.

Tłum, choć niechętnie rozstąpił się przed nią, po kilku usilnych prośbach i próbach przedarcia się do wnętrza. Serce czarownicy wypełniła radość, gdy wśród zgromadzonych ludzi ujrzała oblicze kobiety, która wcześniej zaginęła wśród świętującego tłumu. Jej twarz była w pełni skupiona. Zaciekawione spojrzenie padało na młodziana, który górował nad nią, stojąc wyprostowany. Między nimi dało się wyczuć ewidentne napięcie, które obejmowało swym obszarem cały lokal. Lewą rękę miała zgiętą, trzymając ją przy twarzy mężczyzny.

Wiedźma przygryzała wargę w obliczu niepewności, jaką człowiek stojący naprzeciwko niej wywoływał. Młodzian mógł mieć zarówno dwadzieścia, jak i trzydzieści lat. Ciężko było określić jego wiek, nawet z tak bliskiej odległości. Pewnym pozostawał jedynie fakt, że nie był już dzieckiem. Kręcone pukle połyskiwały mu granatem, a wełniana peleryna w głębokim, krwistym kolorze, podobnie jak postura, wskazywała na człowieka majętnego.

Dopiero po chwili, gdy Malary podeszła nieco bliżej sadzając na wolnym krześle Brienne, zauważyła jęczącego z bólu wielkoluda, który leżał na ziemi, zalewając się łzami. Kobieta zastanawiała się, co do diaska wydarzyło się w gospodzie, ale wolała nie zadawać zbędnych pytań, w końcu bójki przeważnie szły w parze z alkoholem, a rozpoznanie czarownicy nie należało do zadań trudnych.

Zalmara zauważyła Malary niosącą Brienne, gdy tylko przekroczyła próg sali. Aury dziewczyny nie dało się przegapić, choć w duchu liczyła, że kobieta nie przyniesie nieprzytomnej towarzyszki wprost przed jej oblicze. Patrząc na nie, obiecała sobie, że tym problemem zajmie się, dopiero gdy rozwiąże zaistniałą sytuację wynikającą z pojawienia się nieznanego mężczyzny o kanciastych uszach. Jego kompani zerkali niebezpiecznie na nią, z niszy, w której zajmowali stolik. Kilku z nich podniosło się wcześniej, skrzypiąc głośno stołkami i do tej pory nie zajęli na powrót swojego miejsca.

Draagerzy od lat posiadali królewski zakaz wstępu do miast z wyjątkiem Ogat Avberg, w którym dość często sprzedawali wyrabiane przez siebie towary oraz zaopatrywali się w najpotrzebniejsze produkty, których nie byli w stanie wyprodukować w swoim górskim mieście. Choć ich wyroby nie należały do tanich, ludzie chętnie zaopatrywali się w wykuwane przez nich zbroje i broń, która zasłynęła nie tylko dzięki swojej wytrzymałości, ale także pięknym zdobieniom, jakie kowale umieszczali na rękojeściach. Wojownik, który władał draagerską bronią, cieszył się powszechnym uznaniem wśród towarzyszy.

Draagerzy zamieszkiwali przede wszystkim góry Tihi, choć nie do końca wiadomo było, którą konkretnie część. Ludzie nie mieli do niej wstępu, chyba że zgody na to udzieliła sama władczyni nacji, królowa Maess. Wiadomo było natomiast, że miasto wykuto w górskich skałach, a jego centralną częścią było ogromne drzewo, w którego korzeniach znajdował się pałac królewski. Owa roślina miała pamiętać początek świata i narodziny bóstw, w których wierzyli współcześni mieszkańcy Iball. Mówiono, że zjedzenie nasienia z drzewa zsyła łaskę Bogów i dodaje sił. Sami zaś mieszkańcy miasta mieli być hybrydami zmiennokształtnych elfów, których zdolności pozwalały im przybierać przeróżne postaci. Z tego też względu wielu poszukiwało wejścia do legendarnego miasta, niestety nikomu nie udało się go odszukać. Zalmara, choć wiedziała o istnieniu osady, nigdy tam nie dotarła. W całym Zakonie jedynie dwie czarownice zdołały je odwiedzić podczas jednej z misji. Sirene oraz dawna nauczycielka i mistrzyni Zalmary, Igris.

Zalmara, choć chciała wierzyć w opowieści o zaginionym mieście draagerów i drzewie dającym łaskę Bogów, nie dawała im do końca wiary. Wiedziała, że taka historia nie może być zupełnie prawdziwa, choć z pewnością istniało w niej ziarnko prawdy. Mimo tego draager z krwi i kości stał właśnie przed nią, a ona mierzyła małym nożem wprost w jego żyłę mieszczącą się za żuchwą. Przy pomocy nader wytężonego słuchu, mogła niemal słyszeć spowolnione bicie serca mężczyzny. Była pewna, że Malary słyszała to samo i podobnie jak ona, nie mogła uwierzyć w to, co się właśnie działo na jej oczach.

— Nie będę się powtarzać — wysyczała. — Mówże, co robicie w ludzkim mieście, tak daleko na północy. Inaczej przypłacicie to życiem — wycharczała przez zęby, przyciskając nieco mocniej ostrze do skóry mężczyzny.

Cienka strużka niemalże czarnej krwi potoczyła się po jego nagiej skórze ku ciężkiemu płaszczowi, który związany miał na wysokości obojczyków. Wiedziała, że wystarczył lekki nacisk z jej strony, by rozpłatać skórę mężczyzny ukazując poszarzałe mięśnie, powodując krwotok zewnętrzny. Kusiło ją, aby to zrobić, zdawała sobie sprawę z tego, że nie przysporzyłoby jej to aprobaty biesiadników. Nikt w końcu nie lubił krwi w pochłanianej strawie.

— Już to tłumaczyłem, mam na to stosowne pozwolenia — odparł z godnym podziwu spokojem mężczyzna. — Wydał je wasz władca, król Alistair, a przekazał przez królową Maess. Mam je w tylnej kieszeni spodni. Laleczko. — uśmiechnął się zadziornie.

Malary stała kilka kroków za nimi, gotowa by w razie potrzeby działać. Widziała, jak twarz zniecierpliwionej Zalmary tężeje z minuty na minutę. Wiedziała, że dziewczyna długo nie wytrzyma, nim kogoś nie uderzy. Czarownice z natury nie lubiły siedzieć bezczynnie, a teraz sytuacja przymuszała do tego obie kobiety. W gruncie rzeczy można było dziękować Bogom, że Brienne pochrapywała cicho, rozłożona na krześle.

W której? zapytała, patrząc mu wprost w niebieskie tęczówki przyozdobione fioletowymi plamkami i złotą obwódką wokół pionowych źrenic. Nigdy wcześniej nie widziała takich oczu i przez sekundę zastanawiała się, czy to kolejna charakterystyczna cecha draagerów. Nim zdążyła się jednak zamyślić, mężczyzna przywrócił jej myśli na właściwe tory, odpowiadając.

W prawej — przerwał, nabierając tchu. – Pokaże ci je, jeśli pozwolisz mi je wyciągnąć uśmiechnął się zawadiacko, ukazując przy tym delikatnie zaostrzone kły. Dopiero teraz Malary zwróciła uwagę na podniesione do góry ręce mężczyzny.

Ej! Ty tam. — Wskazała na jednego z mężczyzn siedzących przy najbliższym stoliku, za draagerem. Mężczyzna rozejrzał się w około, jakby nie dowierzając że czarownica mówi do niego. — Tak, dokładnie ty — potwierdziła. — Sięgniesz do jego spodni i podasz mojemu przyjacielowi pergamin, który ma w kieszeni. Jasne? — zapytała, upewniając się, że mężczyzna zrozumiał jej polecenie.

Mężczyzna podszedł do drageera i wyjął z jego spodni zawinięty kawałek pergaminu. Następnie na trzęsących się nogach zbliżył się do stolika przy którym siedział Morton i podał mu pismo. Elias wziął je i przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, rozczytując ozdobny charakter pisma. Nie potrafił jedynie przetłumaczyć zapisków na dole zapisanej strony.

— Prawdziwy? — Zapytała zniecierpliwiona Zalmara.

— Na to wygląda — westchnął. — Raczej mało kto posługuje się w dzisiejszych czasach starym pismem — dodał. — Brakuje jedynie pieczęci królewskiej. Macie je? — zapytał bezpośrednio draagera, do którego mierzyła Zalmara.

— Jeden z siedzących przy naszym stoliku je ma. Może wam pokazać jeśli chcecie — zaoferował.

— Niech będzie — zgodziła się Zalmara. — Wiedz jednak, że wystarczy jeden fałszywy ruch, a mój przyjaciel przebije mu widelcem tchawice. — Uśmiech mężczyzny zdawał się zniknąć z ust, gdy dotarły do niego słowa czarownicy, przykładającej mu nóż do szyi.

Edrym, ka taea ranei e koe te whakaatu ki a ratou nga kekeno kuini? Tena koa. Wychrypiał w nieznanym języku czarnowłosy mężczyzna, nie spuszczając z oka Zalmary. Wielkolud siedzący najbliżej nich sięgnął pod poły kubraka, w który był ubrany. Gotowy do obrony Elias, znajdujący się za plecami Zalmary, obserwował każdy, nawet najmniejszy ruch podwładnego mężczyzny. Krzesło, na którym siedział, odsunęło się z głośnym szurnięciem, a sam olbrzym, stawiając ciężkie kroki, pod którymi skrzypiała podłoga, podszedł do stołu, przy którym siedziała grupka zdenerwowanych ludzi, jeszcze chwilę temu grającymi w wista. Z hukiem położył na nim sporych rozmiarów sakwę, która zawiązana była mocnym, grubym sznurem. Ckano, Edrym. Ko clira lo da kumfa. Po’o frili. – Zalmara, Elias, Malary i wszyscy zgromadzeni, obserwowali, jak mężczyzna wraca na swoje miejsce i siada na odsuniętym krześle z rękami uniesionymi ku górze.

Teraz to Elias podszedł powoli do stolika i biesiadników, którzy oddzielali od siebie draagera i kapitana statku. Brunet chwycił delikatnie sakwę położoną na stole, odwinął delikatnie sznury i rozłożył materiał, odsłaniając tym samym zdobne, aczkolwiek drobne pieczęci królewskie. Przyjrzał im się uważnie. Znak królewski, nie wydawał się w jego mniemaniu podrobiony, ale nie mógł tylko na podstawie tego osądzać o prawdziwości trzymanego dokumentu. Uniósł otrzymany wcześniej pergamin pod światło, niemal natychmiast odnajdując wzrokiem filigran królewskiej papierni i samego władcy, by następnie odczytać królewskie pismo.

— Jest autentyczny — odezwał się po chwili milczenia jaka zapadła w spelunce.

— Jesteś tego pewien? — zapytała Malary, ubiegając tym samym Zalmarę i zwracając na siebie uwagę Eliasa, który jej wcześniej nie zauważył.

— Jak tego, że słońce budzi się na wschodzie. Możesz go puścić Zalmaro, jest tu legalnie — zwrócił się do czarownicy, która z jękiem pełnym irytacji odsunęła ostrze od szyi draagera. Elias w tym czasie zwinął pergamin i już bez większych obaw, okrążył stolik i oddał je w ręce mężczyzny, który na rozkaz czarnowłosego położył je na stole.

— Tak więc, jeśli to wszystko, pozwolisz Pani, że dokończę strawę ze swoimi kompanami? Jesteśmy głodni po całym dniu drogi — Zalmara zignorowała jego pytanie, na co ten tylko prychnął zniesmaczony i oddalił się do swoich towarzyszy. Ludzie śledzili go jeszcze przez chwilę wzrokiem, po czym wrócili do swoich rozmów. Elias natomiast podszedł do niej, kładąc dłoń na jej ramieniu z troską wypisaną w oczach.

— Chyba najwyższy czas na nas, mam wrażenie, że nie będziemy tu dłużej tolerowani — uśmiechnął się, zerkając dyskretnie to w lewo, to w prawo i klepiąc jakby na pożegnanie kobietę, począł przedostać się w kierunku wyjścia.

Zalmara z westchnieniem podążyła za nim, wzrokiem. Mimo łypiących na nią par oczu podeszła jeszcze do stolika we wnęce przy której zasiadała grupka dragerów, w tym ten, do którego kilka minut wcześniej mierzyła niewielkim nożem.

— Macie gdzie spać? — zapytała jakby od niechcenia.

— Na najbliższą noc zatrzymamy się w karczmie, a co potem, się jeszcze zobaczy — powiedział jeden. — Czemu pytasz wiedźmo?

— Ponieważ możecie tego nie wiedzieć, ale jako że jesteście legalnie podróżującymi, możecie skorzystać z pokoi w domu zakonnym. Powinno być tam wygodniej niż w podrzędnej spylunie, jak ta — stwierdziła. — Jeśli nie znajdziecie niczego, zapytajcie o dom zakonny i powołajcie się na Zalmare.

Odwróciła się na pięcie i odmaszerowała. Cały czas ją zastanawiało, jaki powód mieli draagerowie by przybywać do Rag w okresie świątecznym. Miała nadzieję się tego wkrótce dowiedzieć. Przystanęła koło Malary i mocno śpiącej Brienne. Uderzyła czarownice w policzek i dopiero, gdy spojrzała na nią pół przytomna, odezwała się do nich obu.

Wracajmy do domu. Mam serdecznie dość na dzisiaj. Skrzywiła się i pomogła stanąć na równych nogach Brienne, która była cięższa niż ostatnim razem. W duchu dziękowała Bogom za siłę, której nabrała podczas lat ćwiczeń władania bronią i walki wręcz. Dzięki temu ani jej, ani Malary nie sprawiało większych trudności noszenie nieprzytomnej koleżanki.

Zalmara skierowała się ku drzwiom, które otworzyła z głośnym skrzypnięciem, przy pomocy stopy. Gdy dostały się na świeże powietrze, nie dostrzegły nigdzie Eliasa, który zdawał się rozpłynąć w powietrzu. Czarownice szybko wtopiły się w tłum, kierując się wraz z nim ku górze uliczki, w stronę wzgórza zamkowego, u którego stóp mieściły się budynki domu zakonnego.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 425
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!