Tyrelliot: Porozrzucane marzenia // Rozdział 1. Powrót ze spaceru

      Samotność wciąż boli, przyjacielu. Znasz to uczucie? Tę pustkę? Tę niemożność otrzymania pomocy? Tę wiedzę, że nikt nie zareaguje na Twój krzyk? Słyszysz? Cisza. Krzyk wybrzmiewa jedynie w wyobraźni. A jednak… słyszysz? Powiedz, przyjacielu. Za kim Ty tęsknisz?

      – Bonsoir, Elliot.

      Znajomy szwedzki akcent. Ten głos… miękki, ale lekko ochrypnięty. Wiedziałem, do kogo należy. Wiedziałem. Siedziałem na stopniach prowadzących do budynku, w którym mieszkałem, bojąc się unieść wzrok. Nie mogę stracić zmysłów, stracić rzeczywistości. Nie znowu. Wyczuwałem od niego cierpliwość, kiedy czekał na reakcję z mojej strony, ale przecież… nie mogło go tu być. Nie żył.

      Najpierw Ty, przyjacielu. Spójrz. Widzisz go?

      To prawda, nie widziałem jak umierał. Jednak… nie miał szans, by przeżyć. Bardzo wyraźnie pamiętam jego spokój… tak, pamiętam jego spokój… jego sylwetkę na tle mgły, kiedy lekko skulony przytrzymywał się za ranę postrzałową na brzuchu. Sposób, w jaki się ze mną żegnał… to smutne opanowanie, które w nim dostrzegałem, kiedy miał odejść w przeciwną stronę. Wiedział, że się kończy, ale nie chciał, żebym się martwił. Powiedział… powiedział…

      (Idę tylko na spacer)

      Nie mógł przeżyć, nie było nikogo, kto mógłby go ocalić. Tak bardzo… tak bardzo chciałem, żeby tu teraz był. Proszę, Tyrell. Bądź rzeczywisty. Poczułem, jak chwytam się zdradzieckiej nadziei. A może… może ktoś go znalazł i się nim zajął? Zawiózł do szpitala? To możliwe… możliwe…

      Prawda, przyjacielu?

      Uniosłem wzrok. Stał kilka kroków przede mną z rękami w kieszeniach płaszcza wyglądającego jak ten, który miał na sobie, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni. Ta sama wyrazista twarz, silna osobowość widoczna w wyprostowanej sylwetce… tylko… jego oczy miały w sobie coś smutnego. Zupełnie jakby zbyt wiele wycierpiał i nie wiedział, co zrobić z poczuciem ulgi, której mógł wreszcie doświadczyć. Z jego ust unosiły się obłoczki oddechu w mrozie.

      – Elliot… – wyszeptał, lecz głos niebezpiecznie mu się załamał.

      Jego głos, jego miękki głos… Wstałem powoli, wpatrując się nieustannie w jego twarz. Był taki przejęty, taki emocjonalny… i tak bardzo rzeczywisty. Stałem sztywno, bojąc się wykonać kolejny ruch, bo jeśli miałoby się okazać, że on jest… jedynie… moim wyobrażeniem…

      Nie. Przyjacielu, nie. Powiedz, że jest realny. Powiedz, że też go widzisz.

      Zmniejszył dzielącą nas odległość do minimalnej, podchodząc tak blisko… tak bardzo blisko… był wyższy, uniosłem głowę, by móc patrzeć mu w twarz, a on zdjął płynnie okrywający mnie kaptur. Położył mi po męsku dłoń na karku, ten gest miał w sobie tyle… czułości… drugą pogłaskał mnie po policzku, bardzo delikatnie, wręcz ulotnie. Miał lekko wychłodzoną skórę. Przesunął opuszkami, kierując je w dół ku mojej szczęce, obrysował ją… subtelne doznanie… tak silnie oddziaływało… tak silnie… Obserwowałem jego twarz, jego podążający za śladem dotyku wzrok… usta miał lekko rozchylone, oddychał cicho, z napięciem.

      – Poszedłem tylko na spacer. – sparafrazował własne pożegnanie – Już wróciłem. Jestem tutaj.

      – Tyrell…

      Czułem go przy sobie tak blisko… tak bardzo blisko… jego dotyk, jego dłoń obejmująca mój kark… ciepły oddech na twarzy… Spojrzał mi w oczy, zobaczyłem, że jego własne są lekko szkliste, jakby był bliski łez… miał w sobie tyle tęsknoty, tyle niewypowiedzianych potrzeb… i bólu. Tak wyraźnie go wyczuwałem, tak bardzo wyraźnie, byłem… byłem wzruszony… cholera, tak… odrzuciłem męską godność, teraz liczył się tylko Tyrell. Musiał tutaj ze mną być, nie mogłem się mylić, był realny… był realny… nie oszalałem, wrócił, naprawdę wrócił, mimo że to tak bardzo…

      – Nierzeczywiste, wiem. – powiedział cicho, jakby czytał mi w myślach – Jednak jestem tutaj. Jestem przy tobie, Elliot.

      – Tyrell… Tyrell…

      Jego imię. Nie byłem w stanie wypowiedzieć nic więcej. Zupełnie nieświadomie uniosłem rękę i położyłem na jego policzku, wtulił się we wnętrze mojej dłoni… zawsze miałem problem z kontaktami międzyludzkimi, lecz to był Tyrell. Powodował mną instynkt, pragnienie jego bliskości… tak bardzo chciałem go doświadczyć… upewnić się, że wrócił. Przylgnąłem do niego ciałem, a on przeniósł drugą dłoń na mój kark i teraz obejmował mnie w ten sposób już obiema… Tyle emocji, tyle wyczekiwania i tęsknoty… przytłaczały mnie… przytłaczały nas obu… Nie wiedziałem jak je zrealizować… miałem wrażenie, że zapomniałem jak się oddycha… Tyrell… Tyrell, pomóż… Bałem się zachłysnąć nadzieją, że go odzyskałem… że możemy doświadczyć tych wszystkich przeżyć, których nie zdążyliśmy zaznać… że jest tutaj ze mną, a nie w mojej wyobraźni. Był żywy, musiał być… czułem jego ciało, na które naparłem… jego drżący, przejęty oddech… spoglądałem w oczy, w których dostrzegałem smutek samotnie umierającego człowieka. To dawało mi pewność, że on pamiętał. Pamiętał. Tyrell, tak mi przykro… tak bardzo mi przykro…

      – Jesteś prawdziwy?

      Nie odpowiedział. Zobaczyłem jak skóra na jego policzku napięła się, kiedy zacisnął szczęki. I wiedziałem już, że go zraniłem. W jego oczach pojawił się wręcz nieprawdopodobny ból… Tyrell… Tyrell, przepraszam… uderzyło w niego, że mogę wątpić… chciał być dla mnie prawdziwy. Wzmocnił uścisk na moim karku, żebym mocniej poczuł, jak bardzo jest realny… złożył ulotny pocałunek na moim czole… i to było… tak bardzo… oddziałujące. Rzeczywiste. Tak blisko, tak blisko… potrzebowałem go jeszcze intensywniej, chciałem zaznać każdej emocji, którą mógł mi dać. Tak bardzo tęskniłem, tak bardzo bolało, że go straciłem… ale teraz… wrócił, był bezpieczny. Mogłem mu wierzyć, że jest realny. Mogłem wierzyć uczuciom. Nie będę już się bał. Nie przy nim. Zaufam.

      Przechylił głowę w taki sposób, że oparł swoje czoło o moje, zamknęliśmy oczy, słyszałem jak oddychał… tak bardzo mi go brakowało… Tyrell… Tyrell… ulga, która mnie ogarniała była wręcz bolesna. Nie mogłem uwierzyć, że znów mogę cieszyć się jego obecnością… miałem wrażenie ulotności, jakiejś nierzeczywistości… jakbym mógł znów go stracić… Nie, już nie. Nigdy więcej nie pozwolę mu odejść. Już mi wystarczy. Czułem jak bardzo jest prawdziwy… jak bardzo prawdziwy… i byłem mu za to wdzięczny.

      Chciałem go bliżej. To możliwe, kiedy czuje się tak mocno? Tak ciężko, tak wiele emocji… musiałem je zaspokoić… zaznać Tyrella bardziej… Jak można ukoić tak dramatyczną tęsknotę? Jak? Cholera, jak? Boli… boli… Desperacko zbliżyłem usta do jego policzka, przesunąłem po nim delikatnie wargami… usłyszałem jak jego oddech się zmienił, zaczął drżeć… mój także… a ja nie przestawałem. Pieściłem lekko… cholera, co? Naprawdę to robiłem? Naprawdę  p i e ś c i ł e m  ustami Tyrella? Nieważne, peszył będę się później. Teraz zbyt go potrzebowałem. Muskałem lekko jego policzek… wciąż i wciąż… owiewałem oddechem jego miękką skórę… i to było takie przyjemne… takie przyjemne… uczułem jak zaczął w odpowiedzi gładzić mój kark. Odetchnąłem głębiej, był taki delikatny… miałem wrażenie wręcz narkotykowego odurzenia… Zatraciłem się, delikatne muśnięcia na jego policzku zmieniłem w mocniejsze pocałunki, znaczyłem go nimi… miał cudowny, nieznany mi smak… Tyrell… Tyrell… to z tęsknoty, to nic złego…

      Coraz silniej działała na mnie nasza bliskość… przekraczaliśmy granicę intymności, wykraczaliśmy poza zakres przyjaźni… lecz teraz nie miało to znaczenia. Odzyskaliśmy siebie. Pragnąłem lekko zmienić kierunek moich pocałunków, zaznać jego ust… tylko trochę… i mógłbym ich dosięgnąć. Wyczuwałem w nim wzajemność. Też tego potrzebował. Tak blisko, tak dobrze… co za niewiarygodne uczucie… ekscytacja bliskością… rozgorączkowana tęsknota… zbyt blisko… boli… jak uspokoić… Ulga mieszała się z bólem zaznanej straty, tak wyraźnie odbierałem smak jego skóry… był taki upragniony, taki… taki prawdziwy. Jego ciepły oddech ogrzewał mi policzek.

      Oderwałem od niego wargi i bezwiednie objąłem za plecy, wtuliłem się w niego najmocniej jak mogłem i… i nawet przez płaszcz… czułem jak szaleńczo bije jego serce. Uderzyło we mnie poczucie absurdu… jak mogłem w niego wątpić? Jak mogłem wątpić w to, że jest rzeczywisty? Jak mogłem sądzić, że znów zgubiłem rozum i Tyrell jest jedynie moim wyobrażeniem? Jak? Jego serce… słyszałem jego serce… byłem mu tak bardzo wdzięczny, za to, że żył… chciałem podziękować… chciałem…

      Wiedział. Wszystko wyczuł. Uczułem jego wargi na czubku głowy, a potem oparł szczękę w miejscu, które ucałował. Jego dłonie delikatnie obejmowały mój kark i czułem się tak niewiarygodnie bezpieczny. Tak, bezpieczny. Wyczuwałem jak bardzo jest przejęty i oddany, po raz pierwszy pozwoliłem nam przekroczyć ramy przyjaźni. Będąc z nim tak blisko, wiedziałem, że groźba jego straty nauczyła mnie doceniać nasze gesty, pragnąć ich. Odzyskałem Tyrella. Najprawdziwszego człowieka w moim życiu.

      Samotność odeszła, przyjacielu.

Opublikowano
Kategorie Mr. Robot
Odsłon 487
2

Komentarze (2)

  • 15 czerwca 2021 at 17:59
    Muszę przyznać że nie zerkałam na ten fandom od bardzo dawna, ale jak zauważyłam ten fic to musiałam przeczytać. I nie żałuję! Pięknie napisane, aż mam ochotę obejrzeć serial od nowa ;)
    • 16 czerwca 2021 at 13:52
      Dziękuję pięknie za komplement! Bardzo się wczułam w pisanie i przyznaję, że to ogromne wyzwanie, prawdopodobnie największe z tych, których się podjęłam. Starałam się zajrzeć w psychikę Elliota i wiarygodnie go ukazać, choć miałam nad sobą widmo geniuszu Sama Esmaila. I będę kontynuować historię, którą piszę, nie zamknę jej w jednym rozdziale, wiem jednak, że będzie to trudne nie tylko z powodu wysoko ustawionej poprzeczki (nie do przeskoczenia), ale też ze względu na silne nacechowanie emocjonalne, jakim chcę kształtować ten tekst. Szczerze Ci życzę, żebyś obejrzała serial jeszcze raz, bo warto ;) Ja akurat trzy dni temu skończyłam oglądać po raz drugi i wiem, że nie będzie to ostatni raz, bo bardzo się zżyłam z Elliotem, Tyrellem i Mr. Robotem. Za drugim razem przeżywałam równie mocno. I jeszcze raz dziękuję za uznanie dla mojej pracy!

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!