Córa rodu Phoenix – Rozdział 16

Mężczyzna, który nigdy nie dorósł

                  Siedział na chłodnym, marmurowym parapecie obserwując słońce wschodzące nad rozległym ogrodem, rozpościerającym się aż po linię horyzontu. Wyłaniające się, zza pasma nieodległych gór, promienie muskały swym blaskiem wielobarwny dywan kwiatów, jednocześnie wydobywając z liści krzewów i drzew lśniący szmaragd. Odetchnął głęboko, unosząc do ust kryształową szklankę wypełnioną schłodzoną szkocką. Widok za oknem…był iście rajski. Krajobraz niby wciąż był taki sam – statyczny i nieruchomy –  jednak gdy przyjrzeć się lepiej, nie sposób było ujrzeć powtórnie identycznej panoramy. Gra światła, kolorów, szaleńcze wyścigi ptaków, taniec targanych wiatrem roślin – to wszystko było cudowne. Uwielbiał podziwiać ten widok każdego ranka, wciąż odnajdując w nim coś nowego i niezwykłego. Nie dostrzegał subtelnego czaru otaczającego go świata, dopóki nie został oddzielony od niego szarym, ponurym murem. Nie doceniał promieni słońca, ulotnych podmuchów wiatru, odgłosów zwierząt…za oczywistą miał zadziwiającą różnorodność flory i fauny, pojmując ich niezrównany kunszt dopiero wtedy, gdy odebrano mu przywilej patrzenia na nie. Otaczało go piękno nie tylko świata zewnętrznego, ale również to zaklęte w zagadkowej, majestatycznej rezydencji. Utrzymane w jasnych barwach, mistrzowsko urządzone wnętrza pozbawione były przesadnych zdobień i efektownych bibelotów, mających świadczyć jedynie o zasobności portfela właścicieli. Wysmakowane, zadbane meble; drobne, nie przykuwające zbytnio wzroku, akcenty; gra relaksacyjnych barw; finezyjne wykończenia podkreślające prostotę całości – wszystko tutaj pasowało do siebie, tworzą wspólnie aurę miejsca gościnnego i ciepłego, a jednak niepozbawionego tajemnic, ukrytych w plątaninie tajnych przejść i sekretnych pokoi, do których nie broniono mu dostępu. Dopiero od kilku dni czuł się na tyle dobrze – zarówno fizycznie jak i psychicznie – by samodzielnie snuć się po niebywale urzekających, rozległych wnętrzach. Początkowo dziwnie czuł się mogąc chodzić gdzie chciał i kiedy chciał – po prawdzie wciąż do tego nie przywykł. Pragnął zanurzyć się bez reszty w tym pociągającym świecie, jednak nie pozwalały mu na to resztki zdrowego rozsądku. Za każdym razem, gdy się zapominał, podświadomość krzyczała, że powinien być ostrożny, wystrzegać się zaczerpnięcia wolności pełną piersią. Wiedział doskonale skąd to się brało. Wciąż tliły się w nim obawy, że to tylko sen. Ulotna chwila wytchnienia, nim upomną się o niego koszmary, żeby bezpowrotnie wydrzeć mu skrawki szczęścia. Zwierzęcy strach, który na dobre rozgościł się w jego umyśle, nie miał zamiaru wypuścić go ze swoich szponów. Zaciskał swe kościste palce na jego gardle za każdym razem, gdy nerwowo reagował na nieznane dźwięki czy śmielsze ruchy wokół siebie. Mimowolnie osłaniał się ramionami, wyczekując ciosu, za każdym razem kiedy słyszał chrzęst zamków lub skrzypnięcie zawiasów. Ciało, przez te wszystkie lata uwięzienia, nawykło do przymusu chronienia się w każdy możliwy sposób, nie chcąc zbyt łatwo zaakceptować zmian. Walczył z tym bez większych rezultatów. Czasami kompletnie tracił kontakt z rzeczywistością, pozwalając by władzę nad nim przejęło całe to szaleństwo trawiące jego umysł przez ponad dekadę spędzoną w ciasnej, zimnej, cichej celi. Wtedy słyszał głosy, słyszał je również teraz – śmiechy Jamesa, Lily i Remusa; cienie dawno toczonych rozmów; mgliste wspomnienia dźwięków towarzyszących wspólnym wygłupom…Kiedy poddawał się głosom, wydawało mu się, że przyjaciele stoją tuż obok niego, a wszystko jest tak jak dawniej. Wsłuchując się w widma przeszłości znów miał swoich najbliższych…swoją prawdziwą rodzinę. Nienawidził tego. Głosy wlewały w jego serce kojącą, złudną nadzieję, którą rzeczywistość wydzierała bezlitośnie, pogłębiając pustkę, którą odczuwał. Ten cykl wciąż powtarzającej się radości i palącego rozczarowania popychał go coraz to dalej w mrok. Żył cierpieniem i dzięki cierpieniu. Przygnębiający żal, niesłabnące poczucie winy, niepohamowana żądza zemsty, podsycana przez lata furia – to pozwoliło mu przetrwać tak długo i trzymać się kurczowo nędznej, odrażającej namiastki egzystencji. W rezydencji rodzeństwa Crown został otoczony opieką, zrozumieniem i ciepłem na jakie zasługiwała każda żywa istota. Każda oprócz niego. On od dawna czuł się martwy – istniał, ale nie żył. To cholernie bolało, lecz ten właśnie ból…ta świadomość bezsensu przynosiła mu niewytłumaczalny spokój. Nie miał najmniejszego prawa do tego, by okazywano mu chociaż odrobinę serca – nie po tym co zrobił. Odchylił głowę opierając ją o zimną, chropowatą ścianę i upił solidny łyk szkockiej. Alkohol powoli spływał po gardle, drażniąc je przyjemnym ciepłem, przytępiającym zmysły. Powieki opadły mu ciężko przypominając o zmęczeniu. Nie mógł spać. Nocami powracał ten sam koszmar, który śnił od ponad dekady – bezwładne ciała przyjaciół leżące u jego stóp; nieruchome, zastygłe w wyrazie agonalnego bólu twarze, które z całego serca kochał; znajome oczy, których blask wydawał mu się czymś zwyczajnym i wiecznym, wpatrujące się w niego z wymalowaną po kres czasu pretensją. Słyszał krzyki mordowanych przez Zaklęcia Niewybaczalne towarzyszy broni i cywilów – niewinnych ofiar, znajomych, przyjaciół, rodziny…W jego nozdrza uderzał smród palonej skóry i krzepnącej krwi, brunatnymi kałużami oblepiającej wszystko wokół. Wojna. Znał jej okrutny obraz lepiej niż cokolwiek innego. Wyryła się w jego świadomości z całą swą drastyczną brutalnością, kakofonią dźwięków i zapachem. Każdej nocy na nowo rozdzierała jego serce, utrwalając traumę, której nie potrafił złagodzić. Co noc wyrywał się ze snu z panicznym krzykiem. Co noc zrywał się z łóżka ze łzami w oczach, zlany zimnym potem, łapiąc szybkie, płytkie oddechy. Co noc pierwszym co widział była zatroskana, współczująca twarzyczka Vallerin. Lady siedziała tuż obok niego ze swoją gładką, delikatną dłonią wsuniętą w jego własną, którą zaciskał zbyt mocno, żeby nie sprawiało jej to bólu. Raz kątem oka dostrzegł sine wybroczyny, które jego palce zostawiły na jej śnieżnej, świetlistej skórze. Poczuł się z tym jak ostatni łajdak, jednak Lady stanowczo odmówiła puszczenia jego ręki. Trzymała jego dłoń, gładząc jej grzbiet kciukiem, jednocześnie szepcząc słowa ukojenia lub snując opowieści, dopóki powtórnie nie zasnął – tym razem spokojnym, pozbawionym snów, snem. Był jej za to niezmiernie wdzięczny, ale nie potrafił wyrazić tego słowami, a ona nie oczekiwała podziękowań. Po prostu była przy nim, gdy tego potrzebował, samą swą obecnością przywracając mu względną równowagę. Tak długo był sam, że zapomniał całkowicie jak mocno tęsknił za bliskością drugiego człowieka. Powoli przypominał sobie ile radości przynosić mogły zwykłe gesty, niewymuszone rozmowy, wspólny śmiech…dziejące się tu i teraz, a nie w jego zszarganym umyśle. Niezbyt odpowiadało mu to, że dał się poznać płomiennowłosej ze swej najżałośniejszej, najbardziej bezbronnej strony, jednak niewiele mógł na to poradzić. Trauma rozdzierająca jego umysł i duszę, zawstydzające ataki paniki oraz łzy, których wylał przy niej zdecydowanie zbyt dużo, sprawiły, że przestał czuć się jak mężczyzna. Wątpił by po tym wszystkim była w stanie patrzeć na niego w ten sposób, co godziło w jego dumę. Na co teraz była mu duma? Przez nią, zapalczywość i głupotę stracił wolność, poniekąd na własne życzenie pozbawiając się możliwości wypełnienia obowiązków ojca chrzestnego. Zawsze był beznadziejnym kretynem i niewiele się w tym temacie zmieniło, pomimo upływu lat. Ponure rozmyślania przerwało ciche pukanie.

– Proszę – powiedział mniej pewnie, niż by sobie życzył.

Do jego tymczasowej sypialni wszedł młody skrzat o dużych, czekoladowych oczach. Miał na imię Dovan i z polecenia Vallerin osobiście doglądał czarodzieja, uważając takie wyróżnienie za największy zaszczyt oraz bezsprzeczny dowód zaufania Lady. Uważnie przyjrzał się mężczyźnie, zawieszając chwilowo wzrok na niemalże opustoszałej szklance, po czym uśmiechnął się serdecznie.

– Proszę wybaczyć, że przeszkadzam, paniczu Black. Lady poprosiła bym zapytał, czy zechce panicz zejść niebawem na śniadanie – skrzat podszedł do łóżka, żeby z przyzwyczajenia poprawić nieużywaną tej nocy pościel.

– Vallerin już wstała? – Syriusz spojrzał na zegar wskazujący ledwo kilka minut po 6.

– Lady zawsze wstaje o świcie. Pozwalając sobie na niedyskrecję, zdradzę paniczowi, że niepokoi nas niechęć panienki do wysypiania się. Panicz, jak widzę, również miał ciężką noc.

Skrzat podszedł do komody, na której stała pusta butelka po szkockiej. Drugą podniósł z podłogi w okolicach szafy, gdzie musiała się niepostrzeżenie przeturlać. Black, nie mogąc zasnąć, chętnie sięgał po alkohol pozwalający mu zagłuszyć natłok myśli. Dovan doskonale wiedział o jego skłonności do picia, kiedy źle się czuł, i odrobinę go to martwiło. To nie była pierwsza noc, którą czarodziej przesiedział na parapecie, topiąc żal w szkockiej – jednak panienka Crown zabroniła mu wnikać w przyzwyczajenia mężczyzny, o ile nie zagrażały jego zdrowiu. Zakazu wydanego osobiście przez Lady, każdy skrzat zobowiązany był usłuchać, mając na uwadze to, że niezwykle rzadko czegokolwiek im zabraniała.

– Nie zaprzeczę – Black odstawił szklankę.

– Czy mogę coś jeszcze dla panicza zrobić? Przygotować dla panicza dzisiejsze ubranie? Dzień zapowiada się na dość ciepły.

– Dziękuję za troskę, Dovanie, ale poradzę sobie, nie martw się. Przekaż proszę Lady, że z chęcią do was dołączę przy śniadaniu.

– Służę, paniczu.

Skrzat skłonił się dwornie i wyszedł z pokoju. Syriusz uśmiechnął się pod nosem. Jako dziedzic rodu czystej krwi przywykł do obecności skrzatów – jednak nigdy nie poświęcał im uwagi. Najzwyczajniej ich nie zauważał, bowiem trzymały się na uboczu starając się nie pokazywać na oczy czarodziejom, o ile nie było to absolutnie konieczne. Pojawiały się, wykonywały rozkazy i znikały, a on nawet przez chwilę nie zastanawiał się dokąd szły i co robiły zakończywszy swą posługę. Tutaj wszystko wyglądało inaczej. Z niesłabnącą fascynacją obserwował rodzinną atmosferę rezydencji Crownów i swobodne, naturalne relacje łączące jej mieszkańców. Szczególnie upodobał sobie przypatrywanie się Vallerin i jej podejściu do skrzatów – pomagała im w codziennych obowiązkach, czerpiąc z tego przyjemność; traktowała je z uprzejmym szacunkiem zawsze doceniając ich pracę, nawet jeśli rezultat daleki był od pożądanego ideału. Zwracała się do nich po imieniu, łagodziła konflikty, szanowała ich specyficzne charaktery, bezbłędnie wychwytywała najgłębiej skrywane troski – robiła wszystko, by skrzaty czuły się jak najlepiej. Nawet im płaciła! Traktowała je jak równych członków licznej, różnorodnej rodziny co drastycznie odbiegało od uświęconego tradycją, ponurego losu skrzatów służących rodom magicznym – w tym rodowi Black. Jego matka nigdy nie zniżyłaby się do czegoś równie ordynarnego jak podziękowanie za wykonaną pracę, a tym bardziej uprzejmości wobec stworzeń, które od dawien dawna traktowano jak niewolników na pańskich włościach. Nie zdarzało się, żeby okazywała zadowolenie z pracy wykonanej przez skrzaty, wykorzystując przy każdej okazji swój irytujący talent do wynajdywania szczegółów, do których mogła się przyczepić. Miał szczerą ochotę roześmiać się, kiedy wyobraził sobie swą szacowną matkę, będącą świadkiem tego samego co on teraz – zapewne z miejsca padłaby na rozległy zawał, uprzednio wyklinając na czym świat stoi. Nie miał zamiaru wieść tak smutnego żywota jak jego rodzice. Znalazł o wiele ciekawsze wzorce do naśladowania. Wspominanie biologicznej rodziny przyprawiało go o ciarki, więc rozgonił niepożądane myśli i powłócząc nogami zawlókł się w stronę szafy. Uśmiechnął się pod nosem widząc pokaźną kolekcję wyprasowanych, wiszących w równych odstępach, koszul oraz marynarek, starannie poskładane koszulki i spodnie, zajmujące większość miejsca na półkach. O brak miejsca w jego garderobie zatroszczyli się bracia Crown, którym nie można było odmówić posiadania pełnego klasy gustu. Lubowali się co prawda w odmiennych stylach – Kai preferował wygodniejsze ciuchy o zadziornym charakterze, Ethan nonszalancko eleganckie, jednak wszystkie razem składały się na pasującą do siebie, nienagannie wykonaną całość. Tak jak ich charaktery. Ethan był inteligentnym, stonowanym w działaniach, doskonale wykształconym, wyrafinowanym i spokojnym mężczyzną, podczas gdy Kai…no właśnie, Kai. Ten facet wydawał mu się nieco dziwny. Przez większość czasu był miłym, beztroskim, zabawnym, bezkonfliktowym typem, z którym dobrze spędzało się czas, ale czasami…czasami w jego niebieskich oczach pojawiała się nieuchwytna, metaliczna nuta – ulotny, przerażający błysk przywodzący na myśl spojrzenie wygłodniałego drapieżnika. Nie było to nic wielkiego – ledwo zauważalny niuans – jednak tak odmienny od jego codziennego zachowania, że nie dało się go pominąć, chociażby podświadomie. Doświadczenie kazało Syriuszowi bać się za każdym razem, gdy dostrzegał lodowaty cień w niebieskich tęczówkach, chociaż umysł nie pojmował dlaczego. Tak czy inaczej, odmienne osobowości Lordów Crown splatały się w braterską, szczerą miłość, którą bez wątpienia darzyli siostrę. Vallerin zawsze stała w centrum ich zainteresowania, robili wszystko dla niej i z myślą o niej – tego również póki co nie rozumiał. Przesuwał palcami po ubraniach, ciesząc się miękkością i świeżym zapachem materiałów. W Azkabanie przyzwyczaił się do mocno zużytych, wystrzępionych, zawstydzająco przetartych, wiecznie brudnych i śmierdzących łachmanów, tracąc całkowicie nadzieję na założenie kiedykolwiek czegokolwiek mniej odrażającego. W skrzydle w którym siedział więzienne stroje wymieniano rzadko i mocno niechętnie, w poważaniu mając takie bzdury jak zasady higieny czy komfort osadzonych. Nikogo nie obchodzili ci, których skazano na dożywocie. To całkiem zabawne – jako dzieciak ubierany był zgodnie z życzeniem matki w niewygodne, przesadzone stroje, nie mając nic do powiedzenia w tym temacie; będąc nastolatkiem sam sobie wybierał ciuchy, chcąc przy okazji zagrać na nosie zniesmaczonej jego wyborami rodzicielce; po skończeniu szkoły wciąż trzymał się aroganckiego, buntowniczego stylu; później trafił do więzienia i musiał pogodzić się z tym, że historia zatoczyła koło i znów nie ma wpływu na nic, nawet tak prozaiczną rzecz jak strój. W jakiś przewrotny sposób Azkaban przypominał mu dzieciństwo: całe to uzależnienie od decyzji innych; brak chociażby cienia wolności; restrykcyjne zakazy i dotkliwe kary mające pozbawić go osobowości, czyniąc posłusznym…dokładnie jak za dzieciaka w posiadłości państwa Black. Zacisnął mocno pięści. Teraz…tu w tej rezydencji…było inaczej…Odzyskał możliwość dokonywania własnych wyborów i nie miał zamiaru po raz kolejny jej stracić. Wyciągnął z szafy prostą, czarną koszulę i jeansy w tym samym kolorze z przetarciami na kolanach. Nie chciał się przesadnie stroić, ale nie wypadało mu wyglądać niechlujnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że miał spędzić ranek w towarzystwie uroczej pani tego domostwa i jej interesujących braci. Przerzucił ubrania przez ramię i wszedł do prywatnej łazienki. Wprawnym ruchem ściągnął koszulkę w której zazwyczaj spał, cisnął ją na podłogę, po czym przez dłuższą chwilę patrzył na swoje odbicie w lustrze. Uzdrowiciel, który go poskładał z całą pewnością był mistrzem w swoim fachu! Pytał Kaia o jego imię, które chyba już słyszał, ale kompletnie nie potrafił go sobie przypomnieć, jednak Lord wykręcił się od jasnej odpowiedzi stwierdzając, że to stary przyjaciel rodziny lub jak kto woli skamielina. Dzięki fenomenalnemu uzdrowicielowi, talentowi Stena do obcinania włosów, nieobciążającym zbytnio osłabionych mięśni treningom z Kaiem i troskliwej opiece skrzatów, do złudzenia przypominał fizycznie mężczyznę, którym był przed odsiadką. Uśmiechnął się zadziornie, stwierdził jednak z niesmakiem, że jego uśmieszek stracił swoją siłę oddziaływania. W szkolnych czasach jeden taki półuśmieszek połączony z zalotnym spojrzeniem wystarczył w zupełności, by mógł podbijać serca i myśli szkolnych piękności. Całkiem nieźle byłoby wrócić do takiej formy, ale nie sądził, żeby było to możliwe. Wszystko przez oczy. Niegdyś były roziskrzone, pewne siebie i pełne pasji, teraz zmatowiały odbijając w przygaszonej szarości wszystko co przeżył w przeciągu ostatnich kilkunastu lat. Choćby dawał z siebie sto procent, pozbył się traumy i odetchnął w końcu pełną piersią – te oczy zawsze będą go zdradzać. Wpatrując się w odbicie swojej twarzy, zaczął czuć nieprzyjemny, znajomy ucisk, ściskający żelazną obejmą wnętrzności. Odwrócił się od lustra, zanim na dobre dopadła go fala obrzydzenia do samego siebie i wszedł pod prysznic. Wspomnienie koszmarów, rodzinnego domu i uczucie wstrętu po raz kolejny przywróciły chaos w jego głowie. Zamknął powieki, pozwalając, by zimna woda uspokoiła szaleńczą gonitwę myśli. Dawno temu wiedział dokładnie kim był i gdzie było jego miejsce – był oddanym przyjacielem; bratem Rogacza, choć nie łączyła ich krew; aroganckim dupkiem uwielbiającym zainteresowanie dziewcząt; czarującym, zbuntowanym uwodzicielem; beznadziejnym kretynem z masą równie kretyńskich pomysłów; niestrudzonym dowcipnisiem; sarkastycznym, zagubionym dzieciakiem. Zacisnął pięści i uderzył w ścianę na tyle mocno, że zdarł skórę na knykciach. Wtedy był cholernym Syriuszem Blackiem! Kim był teraz…nikim…roztrzaskanym reliktem przeszłości. Marnym cieniem, który pozostał po Huncwotach, skazanym na snucie się po świecie, który z całych sił starał się o nim zapomnieć. Zaczekał aż lodowaty strumień ukoi nerwy, zmywając z niego psychiczny ból, którego nie potrafił stłamsić. Wyszedł spod prysznica, oględnie osuszył ciało i zabrał się za zakładanie świeżych ciuchów. Mocował się z guzikami koszuli, gdy ręce zwyczajnie odmówiły mu posłuszeństwa, bezwładnie opadając wzdłuż ciała. Patrzył na blizny – paskudne pozostałości po torturach, szpecące ostentacyjnymi bruzdami jego brzuch, plecy, ramiona, pierś, nogi…były wszędzie, tak samo wyraźne jak na początku, pomimo tatuaży którymi chciał je zakryć. Wstydził się blizn, dlatego bardzo żałował, że Vallerin je widziała. Lordowie jako mężczyźni przyzwyczajeni byli do równie szpetnych widoków ale ona…tak delikatna istota nie powinna być narażona na oglądanie znamion okrucieństwa tego świata. Nigdy o nic go nie wypytywała, ale czuł, kiedy się im przyglądała z tą zawstydzającą mieszanką troski i współczucia. Stało się…nie było sensu dłużej ich ukrywać. Zostawił rozpięte trzy górne guziki koszuli i podciągnął rękawy, mimo wszystko pilnując, by materiał nie odsłonił za wiele, zwłaszcza blizn zostawionych przez haki, którymi dość chętnie go dyscyplinowano przez pierwsze lata odsiadki. Szybkim krokiem wypadł z pokoju i zbiegł po schodach, przeczesując palcami wciąż mokre włosy. Zatrzymał się gwałtownie, spoglądając na podwinięte rękawy. Opuścił je po chwili namysłu, decydując, że lepiej będzie zakryć szpetne bruzdy na przedramionach. Próbował się pozbierać i chociaż postarać się zacząć żyć teraźniejszością, a pierwszym krokiem do tego było zbudowanie w miarę poprawnej relacji z Crownami. Vallerin dość już napatrzyła się na to jaki był nieporadny, bezbronny i rozbity. Chciał się jej pokazać z lepszej, stabilniejszej strony. Spróbować wskrzesić dawnego Syriusza Blacka, który wciąż przecież musiał być jego integralną częścią. Musiał, prawda? Odetchnął głęboko sięgając po gumkę do włosów, wetkniętą w kieszeń spodni. Niegdyś lubił mieć niechlujnie związane włosy, więc czemu by nie teraz? Zebrał półdługie pasma w luźny koczek i przywołał na twarz dość marną namiastkę dawnego, nonszalanckiego uśmieszku. W miarę pewnym krokiem wyszedł na taras. Stół był po części zastawiony, ale nigdzie nie widział ani Vallerin, ani żadnego z Lordów.

– O, panicz Black! Panienka jeszcze jest w kuchni, za chwilę ją poproszę – uśmiechnięta Merion ułożyła na stole srebrne sztućce.

– Nie kłopocz się, proszę. Mogę iść z tobą do kuchni? Może chociaż raz na coś bym się wam przydał – czarodziej zaplótł dłonie na karku.

– Niech panicz nie waży się mówić tak o sobie w obecności Lady! Panienkę bardzo cieszy obecność panicza. W końcu nie jest sama…No nic! Proszę za mną, paniczu!

Mechanicznie szedł za Merion myśląc o jej słowach, które nie chciały przestać dobijać się do jego świadomości w natrętny, niejasny sposób. Czemu do cholery tak się go uczepiły? Faktycznie jeśli się zastanowić Ethan i Kai bardzo często gdzieś przepadali, spędzając nawet kilkanaście dni poza domem. Nie zauważył, żeby płomiennowłosa wyglądała na osamotnioną czy nieszczęśliwą, ale już nie raz przekonał się o tym, że pozory mogły bardzo mylić. Wrócił do rzeczywistości, gdy usłyszał narastający gwar, dochodzący z kuchni. Dopiero trzeci raz był w tym pomieszczeniu, jednak widocznie zawsze było tak samo głośne i radosne. Oparł się barkiem o futrynę z uśmiechem obserwując Vallerin. Nie zauważyła jego obecności, pochłonięta krojeniem owoców i rozmawianiem ze skrzatami. Wypytywała je o wczorajszą wyprawę na zakupy, osobiste drobnostki, plany na popołudnie i dni wolne spędzane zazwyczaj poza rezydencją. Stworzonka uwijając się między kuchenką, blatami i zlewem, z entuzjazmem odpowiadały na pytania, częstokroć wchodząc sobie w słowo. Płomiennowłosa śmiała się w głos z ich wzajemnych, lekko uszczypliwych, docinek i dość niewybrednych, swobodnych żarcików. Luźna atmosfera panująca między panią, a skrzatami była czymś niezmiernie intrygującym, nie ważne ile razy by to widział. Obserwując ich nie dało się odczuć zakłopotania ani nieprzyjemnej bariery sztucznie utrzymywanego, pretensjonalnego dystansu – rozmawiali o wszystkim, bez względu na to czy wypadało czy też nie, nie wzbraniając się przed kolokwializmami ani naturalnie przychodzącymi przekleństwami. Jeden ze skrzatów, którego imienia nie potrafił sobie przypomnieć, z głośnym śmiechem wskazał na twarz płomiennowłosej przybrudzoną mąką, wyśmiewając nieprzystojną damie nieuwagę. Kobieta zaśmiała się i nie odkładając noża pochyliła się, żeby skrzat mógł otrzeć jej policzek swoją drobną dłonią, po czym podziękowała mu za pomoc subtelnym całusem w skroń. Syriusz zacisnął mocno wargi, gdy przez jego głowę przemknęła niepokojąca myśl – Vallerin wyglądała pięknie w ciemnych dość obcisłych spodniach, przylegającej do ciała czarnej koszulce na ramiączkach i wysokim kucyku, spinającym gładko jej ogniste włosy. Z białym fartuszkiem przepasanym wokół bioder w niczym nie przypominała wyniosłej, wysoko urodzonej damy, które tak często widywał. Dobroć tej dziewczyny odbijała się we wszystkim – naturalności jej gestów, barwie głosu, szczerym śmiechu, skromnym stroju, braku rodowej biżuterii, jawnej sympatii do skrzatów, cieple którym emanowała…Była zupełnie inna od kobiet, które znał, a przez to diabelnie wręcz fascynująca. Mając dość biernego gapienia się, odchrząknął przesadnie głośno. Serce zabiło mu żwawiej, gdy spojrzały na niego duże, roześmiane, błękitne oczy.

– Cześć, Syriusz! Co cię sprowadza do królestwa chaosu? – zaśmiała się dźwięcznie.

– Przyszedłem zaoferować swą skromną pomoc, jeśli nie macie nic przeciwko – podszedł bliżej gospodyni i oparł się plecami o kuchenny blat.

– Pomoc zawsze się przyda! Kawy? – wskazała porcelanowy, śnieżny dzbanek zdobiony gustownymi, złotymi różami – Świeżo zaparzona. Nalać ci?

– Powiedz tylko, gdzie trzymacie kubki.

– Szafka po twojej prawej, górna półka – wróciła do krojenia.

Czarodziej odwrócił się i otworzył wskazaną szafkę, wyjmując pierwszy z brzegu, pozbawiony zdobień czarny kubek. Zerknął przez ramię na Lady i szybko omiótł spojrzeniem blaty wokół niej, nie widząc na nich żadnego kubka z polaną już kawą, co było dość zaskakujące. Widocznie nie zdążyła jeszcze zaopatrzyć się w aromatyczny napar.

– Też chcesz?

– Jeśli byłbyś tak miły. Zielony kubek poproszę! Wiem, że to głupie, ale w nim kawa smakuje mi najbardziej – grzbietem dłoni założyła za ucho niesforny kosmyk włosów.

Black uśmiechnął się kącikiem ust i zlokalizował wspomniane naczynie. Pewnym ruchem nalał, mocno jeszcze ciepłą,  kawę do kubków i postawił ten przeznaczony dla Lady obok jej prawej ręki. Wrócił na poprzednie miejsce, ponieważ stojąc w ten sposób mógł kątem oka obserwować profil dziewczyny, co bardzo mu odpowiadało. Powolnym ruchem uniósł kubek, upijając łyk kawy – mocnej z wyrazistymi nutami pomarańczy oraz kardamonu.

– Co robisz? – brodą wskazał miskę owoców, czekających na obranie i pokrojenie.

– Mam dziś ochotę na naleśniki z owocami. Skusisz się?

– Pewnie, tylko nie przesadzaj z brzoskwiniami! – zaśmiał się pod nosem.

– Nie lubisz brzoskwiń?

Błękitnooka na chwilę przerwała krojenie, przyglądając się z zaciekawieniem czarodziejowi. Do tej pory nigdy nie mówił o swoich preferencjach kulinarnych, jedząc wszystko co mu podano. Zapewne w Azkabanie nie przykładano zbytniej wagi do serwowanych skazańcom posiłków, przez co przywykł do jedzenia byle czego. To, że zaczynał mówić co lubi odczytywała jako dobry znak – kolejny z niewielkich, pozbawionych na pierwszy rzut oka znaczenia przełomów.

– To nie tak, że wcale nie zjem, ale szczerze to wolę ich unikać.

– Dobrze wiedzieć! Które owoce lubisz najbardziej?

– Ogólnie większość mi nie przeszkadza, ale jeśli miałbym wybierać to chyba truskawki. Często podkradałem Remusowi czekoladę truskawkową – spochmurniał wracając pamięcią do tym beztroskich chwil prostego szczęścia.

Jego przygnębiona mina i pustka wracająca do szarych oczu, nie spodobały się płomiennowłosej. Nauczyła się rozpoznawać niuanse świadczące o tym, że znów był na krawędzi kolejnej huśtawki nastrojów i nie miała zamiaru pozwolić mu się w niej zatracić. Nie, kiedy miał w miarę dobry humor od rana, co często się nie zdarzało. Postanowiła spróbować pocieszyć go w najprostszy możliwy sposób.

– Chcesz?

Syriusz skamieniał na ułamek sekundy widząc smukłe palce Lady trzymające połówkę truskawki tuż przed jego twarzą. Powinien taktownie przyjąć owoc, jednak odezwały się w nim resztki zaczepnej natury. Niesiony chwilą luźnego rozbawienia rozchylił wargi, chwytając zębami truskawkę wprost z jej dłoni, niechcący muskając przelotnie językiem chłodną, białą skórę dziewczyny. Kiedy zdał sobie sprawę na jak śmiałe posunięcie to musiało wyglądać, o mało nie udławił się podstępnym owocem. Odetchnął z ulgą, gdy płomiennowłosa roześmiała się, dając mu tym samym do zrozumienia, że nie przeszkadzał jej ten, bądź co bądź, bezczelnie bezpośredni gest.

– Dzięki – wymruczał przeżuwając. – Jak mogę pomóc?

– Przejmiesz ode mnie krojenie? Muszę zająć się sosem karmelowym.

– Z krojeniem chyba sobie poradzę – odłożył niemalże pusty kubek.

Lady podała mu nóż i podeszła do kuchenki na której już czekał garnek gotowy do rozpoczęcia zabawy z sosem. Nie lubiła korzystać ze swojej magii, zwłaszcza podczas gotowania lub opiekowania się domem. Jej destrukcyjna moc zupełnie nie pasowała do tak delikatnych, finezyjnych i uspokajających czynności. Czekając aż cukier się rozpuści, zerkała co jakiś czas na Syriusza. Nie mogła powstrzymać się od chichotu, widząc jego zdezorientowaną minę. Black za cholerę nie potrafił gotować, uznając jakiekolwiek kulinarne pojęcie za wiedzę zbyteczną. Jego umiejętności kończyły się na odgrzewaniu gotowych posiłków, a i to robił rzadko. Przez znaczącą część swojego wolnego życia żywił się cukierkami, śmieciowym żarciem, piwem, fajkami i ognistą. Zarówno on jak i Rogacz w kuchni byli beznadziejni, a jak się okazało pewnego dnia nawet niebezpieczni. Raz jeden Lily pozwoliła im podejść na bliżej niż metr do kuchenki co skończyło się płonącym makaronem. Jakim cudem się zapalił skoro był w wodzie, Merlin jeden raczył wiedzieć. Po tym zajmującym popisie dostali dożywotni szlaban na mieszanie się w gotowanie, którym niespecjalnie się martwili. Zazwyczaj pili piwo i gadali o głupotach, gdy Evans uwijała się przy garach. Wolała już robić to sama niż narażać cały dom na spłonięcie albo ich obu na niechybną utratę palców. Podniósł jabłko, które wydawało mu się najłatwiejszym celem. Niezdarnie naciął skórkę, przesuwając ostrze noża zbyt głęboko, żeby ostatecznie nie zmasakrować owocu. Wyszło mu kanciaste cholera wie co, pozbawione jakiś 70% masy początkowej. Westchnął, rozczarowany swoim absolutnym brakiem talentu, ale nie zamierzał się poddawać. Chciał być przydatny. Następnego owocu w ogóle nie rozpoznawał – miał dziwny kształt i twardą zielono-czerwoną skórkę, za to pachniał obłędnie. Chcąc go przekroić, żeby sprawdzić jak wyglądał w środku, pewnie wbił nóż, natykając się na zdecydowany opór. Warknął sam do siebie niezadowolony, że jakiś owoc się stawiał i mocniej docisnął ostrze, które ześlizgnęło się wprost na drewnianą deskę z głośnym łoskotem. Teraz to już nic nie rozumiał. Uniósł owoc, przyglądając mu się uważnie. Wzdrygnął się, gdy poczuł delikatne klepnięcie w ramię. Vallerin stała obok niego z szerokim, rozbawionym uśmiechem.

– Niezbyt sobie radzisz w kuchni, co?

– Nigdy nie gotowałem – wymamrotał speszony. – Nawet nie wiem, co to za cholerstwo!

– Mango. Zapewniam, że jest niegroźne! Jeśli chcesz, mogę nauczyć cię gotować.

Propozycja Lady z jednej strony go ucieszyła, z drugiej wprawiła w zakłopotanie. Nie chciał po raz kolejny wyjść przed nią na oderwanego od rzeczywistości durnia, który kompletnie nie raził sobie z codziennymi czynnościami, ale jeśli na poważnie myślał o zaopiekowaniu się Harrym, powinien nauczyć się chociażby podstaw samodzielnego przetrwania w warunkach domowych. Pole walki wydawało mu się mniej niebezpieczne od pułapki obowiązków domowych.

– Jesteś pewna, że chcesz tracić na mnie czas?

– To wcale nie jest strata czasu. Jeśli wszystko dobrze się ułoży, niedługo będziesz mógł zaopiekować się dorastającym chłopcem. Harry cały czas rośnie, nie może żyć o słodyczach i mrożonkach.

Po raz kolejny mocno zdziwił się tym, jak dobrze Vallerin go rozumiała. Myślała w bardzo podobny sposób, co zdejmowało z jego barków dziwny ciężar. Może wcale nie musiał wstydzić się przy niej swoich braków? Nie znał nikogo innego, kto mógłby nauczyć go jak sobie radzić samemu, nie pogrążając w chaosie wszystkiego wokół.

– Masz rację. Już od jakiegoś czasu chciałem cię o coś zapytać. Dlaczego zajmujesz się gotowaniem skoro masz skrzaty?

– Pomaganie w gotowaniu sprawia mi przyjemność i mnie uspokaja. Mogę też dzięki temu spędzać więcej czasu z rodziną, w dodatku robiąc coś pożytecznego. – zaśmiała się ciepło.

– Lady… – wyszeptała wzruszona Merion.

– Panienka jest najprawdziwszym aniołem – zawtórował jej starszy skrzat o imieniu Cody.

– Oj przestańcie! Wiecie przecież, że was kocham – płomiennowłosa uśmiechnęła się szeroko. – Zaczniemy naukę od czegoś prostego.

Błękitnooka wyjaśniła Syriuszowi jak obchodzić się z mango, wraz z najprostszym sposobem jego krojenia, nie wymagającym zręcznego lawirowania nożem wokół sporej, spłaszczonej pestki. Przygotowanie tego badziewia wcale nie było tak intuicyjne jak zakładał, ale wysiłek opłacał się dzięki smakowi owocu. Lady pokazała mu również jak obierać owoce typu jabłka czy gruszki, prezentując iście magiczne urządzenie zwane obieraczką, znacznie ułatwiające robotę. Sącząc letnią już kawę, obserwowała uważnie, jak raził sobie z nożem, co jakiś czas udzielając mu wskazówek. Speszył się lekko, gdy trzymając dłonie na jego nadgarstkach usiłowała wpoić mu utrzymywanie bezpiecznej odległości między palcami a ostrzem noża, poprawiając przy okazji płynność i pewność jego ruchów. Kiedy skończyli z przygotowywaniem owoców, przyszedł czas na starożytną sztukę robienia naleśników. Dokładnie wyjaśniła jak przygotowywało się ciasto, wraz z optymalnymi proporcjami składników i kilkoma trikami na poprawę jego pulchności oraz smaku. Samą technikę smażenia wyłożyła mu Merion, posługująca się patelniami po mistrzowsku. Przy pomocy Merion usmażył pierwszego w życiu naleśnika, nie doprowadzając do pożaru ani znacznych strat w mieniu. Kontynuował swoją przygodę z naleśnikami, kątem oka co jakiś czas zerkając na Vallerin. Roześmiana goniła po kuchni Jona – tego samego skrzata, który wytarł jej policzek – żądając sprawiedliwości za obrzucenie jej mąką. Biały puch unosił się w powietrzu, wciągając do zabawy pozostałe skrzaty, które wcześniej z rozbawieniem ratowały gotowe jedzenie przed niechybnym pogrzebaniem pod warstwą mąki. Doprawdy niezwykła dziewczyna. Nawet zdyszana, z bezładną fryzurą i cała wybrudzona wyglądała olśniewająco, wirując wśród drobniutkiego pyłu. Zatrzymała się tuż przy nim, chcąc chwilę odsapnąć. Zauważył cienkie pasmo włosów, które wkradło się w kącik jej ust. Niewiele myśląc poprawił kosmyk, zakładając go za jej ucho, przy okazji przesuwając opuszkami palców po nieskazitelnym policzku Lady. Spojrzała na niego lekko zaskoczona, przez co poczuł się jakby dostał z całej siły w brzuch. Jego ślina nabrała gorzkiego posmaku. Do tej pory raczej nie garnął się do dotykania panny Crown, jednak dzisiaj…dzisiaj miał ku temu coraz wyraźniejsze ciągoty. Co do jasnej kurwy się z nim działo?! Nie chciał wprawiać Vallerin w zakłopotanie. Rozluźnił się widząc jej subtelny uśmiech.

– Dziękuję. Skończyliście już? – pytanie skierowała bardziej do Merion, niż do niego.

– Tak Lady, wszystko gotowe.

– To zapraszam państwa na taras! Pomożesz mi to zanieść? – podała Syriuszowi półmisek z parującymi naleśnikami.

– Mhm – tylko tyle był w stanie z siebie wykrzesać, zabierając naczynie z jej rąk.

Płomiennowłosa zabrała tacę z następnym dzbankiem kawy i pasującymi do niego śnieżnymi filiżankami. Ramię w ramię wyszli z kuchni, otoczeni rozgadanymi skrzatami, niosącymi dzielnie kolejne naczynia z pysznościami. Black nie odezwał się słowem przez całą drogę na taras, próbując rozszyfrować czemu zachowywał się dzisiaj tak dziwacznie. Zaśmiał się w duchu, kiedy na to wpadł. Był w końcu tylko facetem, a jaki facet czułby się inaczej w towarzystwie piekielnie atrakcyjnej kobiety? Zwłaszcza po kilkunastoletniej odsiadce w ciemnej celi. Zawsze był bardzo wrażliwy na kobiece wdzięki, lubił flirty i zainteresowanie dziewcząt, a teraz, gdy odzyskał wolność i wypoczął, najwidoczniej odzywała się ta część jego natury, podjudzana wypitym alkoholem. Nic poważnego, tylko durna biologia nad którą powinien być w stanie zapanować. Usiadł na swoim zwyczajowym miejscu tuż przy gospodyni po jej lewej stronie. Usadzanie się przy stole odbywało się wedle wzorca, do którego zdążył się przyzwyczaić, nie kwestionując go podobnie jak cała reszta. Lady zawsze siadała u szczytu stołu, po jej prawej zasiadali bracia w kolejności Kai – Ethan, obok Syriusza siadał Sten – gotów w każdej chwili służyć swej ukochanej pani. Dalsze miejsca po lewej zajmowały skrzaty pracujące w kuchni – Merion, Jon, Cody, Wiley, Elissa, Alison, Tarah, Pam oraz ogrodnicy – Thome, Yun, Peizhi i Pedr. Prawą stronę zajmowały skrzaty opiekujące się rezydencją – Dovan, Io, Merry, Bertris, Doris, Liqin, Hodyn, Brin, Thady, Llew oraz Lemuel. Vallerin sięgnęła po dzbanek z kawą, tym samym rozpoczynając wspólne śniadanie. Posiłkom nieodłącznie towarzyszyły wesołe rozmowy, śmiechy, delikatne słowne przepychanki i docinki. Skrzaty, z ciekawością wymalowaną na drobnych twarzyczkach, pytały Syriusza o to jak wyglądał Hogwart, unikając tematów, które mogły go zranić zgodnie z poleceniem Lady. Zadawały raczej ogólne pytania o sam zamek, czarodziei i ich magiczne enklawy. Z zainteresowaniem słuchały o wszystkich wspaniałościach przy Pokątnej – staruszku Olivanderze; magicznych księgarniach; niezwykłych słodkościach; sklepach wyspecjalizowanych w sprzedaży zwierzaków, mioteł, kociołków i wszystkich tych cudowności, których nie widywały zbyt często. Większość skrzatów nie pochodziła z Anglii i nie czuła potrzeby poznawania osobiście tutejszego świata czarodziei, który już raz boleśnie je rozczarował. Wystarczyły im opowieści. Szarooki właśnie kończył opowiadać o koszmarze kupowania szat u Madame Malkin, gdy zauważył, że przy stole kogoś brakowało.

– Vallerin, gdzie są Ethan i Kai? – zerknął na płomiennowłosą, która nie ruszyła jedzenia, zadowalając się wyłącznie kawą.

– Och, chłopców nie będzie przez jakiś czas. Ethan musiał zająć się swoją pracą, a Kai, jak to Kai. Zapytał tylko czy poradzę sobie sama przez dwa dni i gdzieś polazł. Czasem brak mi do niego słów!

Zaśmiała się melodyjnie, jednak Syriusz dostrzegł subtelną zmianę w jej oczach – wydawały się nieco przygaszone. Atmosfera wokół stołu, również się zmieniła. Skrzaty wyraźnie ucichły, nagle zainteresowane jedynie jedzeniem i wymianą półszeptów. Coś zdecydowanie wisiało w powietrzu, ale nie do końca wiedział co, a pytać wprost nie miał zamiaru. Wolał poczekać i przez obserwację dowiedzieć się co było grane. W tej chwili mógł jedynie postarać się przełamać chłodnawy nastrój.

– Lady, mogę cię o coś zapytać? – uśmiechnął się półgębkiem.

– Pytać zawsze pan może, ale czy odpowiem, to inna sprawa – zerknęła na niego wyraźnie zainteresowana.

– Czym tak właściwie zajmuje się Ethan? – wbił widelec w kolejnego naleśnika.

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. Spodziewali się, że Black w końcu zacznie zadawać podobne pytania, więc mniej więcej ustalili co mu mówić, żeby się nie wkopać ani nie odbiegać zbytnio od rzeczywistości. Każdy porządny kłamca wiedział, że najdoskonalszym jest kłamstwo wprawnie wplecione w prawdę.

– Pracuje jako konsultant dla różnych ministerstw, prowadząc dla nich badania odnośnie historii magi. Ma do tego talent!

– Często wyjeżdża – rzucił luźno, chcąc wybadać reakcję płomiennowłosej.

– Taką ma pracę. Jedzie tam, gdzie znajdują obiekty wymagające zabezpieczenia i przebadania. Jest jednym z najlepszych łamaczy klątw w branży i nie narzeka na brak zleceń.

– Taki archeolog-naukowiec! – zaśmiał się.

– Zapunktowałbyś u niego takim określeniem! Zazwyczaj nazywają go po prostu badaczem i niezbyt mu się to podoba.

– A Kai?

– Jego zdecydowanie trudniej przypasować do konkretnego zawodu. Cała nasza rodzina związana jest poniekąd z archeologią i studiowaniem historii. Kai ma szeroki wachlarz zainteresowań i doświadczeń, ale głównie interesuje się magicznymi artefaktami. Czasami zajmuje się tłumaczeniem starożytnych tekstów albo odrestaurowywaniem antyków, w zależności na co akurat ma ochotę.

– Ty też jesteś archeologiem?

Skrzaty poruszyły się niespokojnie przy stole, co nie uszło uwadze Blacka. Więc cały czas chodziło o Vallerin. Z jej subtelnej buzi nie schodził uśmiech, jednak nie odpowiedziała mu od razu. Odstawiła miękkim ruchem filiżankę, oparła łokcie na blacie i wsparła podbródek na splecionych dłoniach. Kilka luźnych pasm włosów opadło na jej twarzyczkę, przecinając ognistą czerwienią biel skóry. Syriusz drgnął niepewnie, widząc jej błękitne oczy – zamyślone, odległe i smutne. Z każdą sekundą odczuwał coraz wyraźniej, że nie był w stanie tego znieść. Chciał już przeprosić za zbyt osobiste pytanie, ale nie zdążył.

– Wiesz…ja…nie za bardzo mogę opuszczać rezydencję. Na dłużej wyjeżdżam rzadko, tylko wtedy, gdy jest to konieczne i zawsze pod opieką któregoś z braci. W przeciwieństwie do chłopców, nigdy nie byłam na żadnych wykopaliskach ani wyprawie badawczej. Większość czasu spędzam w bibliotece albo pracowni, ucząc się o magii bez wychodzenia z domu i poznawania jej w warunkach naturalnych. Oni są praktykami, ja teoretykiem. Dbam o rezydencję, żeby chłopcy mieli spokojny dom, do którego zawsze mogą wrócić.

Jej ton dotknął czarodzieja do żywego. Nigdy nie słyszał, by ktoś mówił w taki sposób – z ulotną mieszanką ciepła, tęsknoty, czułości, smutku i melancholii. Wszystko nagle ułożyło się w bolesną całość. Lady Crown od początku dzieliła z nim ten sam typ cierpienia – była samotna. Mieszkała w przepięknej posiadłości, zamknięta w jej urokliwych murach jak w złotej klatce. Skrzaty kochały ją tak mocno nie tylko z powodu tego jak cudowną osobą była – swą miłością i oddaniem starały się złagodzić poczucie wyizolowania, chociażby przez chwilę. Dlaczego, ktoś taki jak ona miałby być samotny? To nie miało sensu. Przecież była istotą doskonałą w każdym calu. Myśli zawirowały w jego głowie błądząc wokół zagadki, sprawiającej wrażenie kompletnie pozbawionej jakiejkolwiek logiki. Nim się spostrzegł z jego zdradzieckiego gardła padło pytanie, którego umysł nie chciał zadać.

– Dlaczego nie możesz opuszczać rezydencji? – słyszał swój własny głos i nie potrafił go powstrzymać, chociaż dobrze wiedział, że nie była to sprawa w którą powinien się wtrącać.

– Paniczu Black!

Sten poderwał się ze swojego miejsca, uderzając otwartymi dłońmi w stół. Pozostałe skrzaty wspierały swego nieformalnego przywódcę, śląc czarodziejowi karcące spojrzenia. Nie powinien był pytać…

– W porządku, Sten, dziękuję. Nie opuszczam rezydencji bo taka jest wola mojego rodu, którą zgodziłam się uszanować. Jeśli pozwolisz Syriuszu, nie chciałabym dyskutować o skomplikowanej naturze wzajemnych relacji w mojej rodzinie.

– Rozumiem, wybacz proszę moją ciekawość. To było niestosowne pytanie – posłał jej przepraszający uśmiech.

– Kto wie? Może, któregoś dnia wszystko ci opowiem.

Poczuł ulgę słysząc jej melodyjny, lekki śmiech. Najwidoczniej nie uraził dziewczyny tak bardzo jak się spodziewał. Skrzaty również rozluźniły się, puszczając nietakt czarodzieja w niepamięć. Doskonale wiedział jak bardzo popieprzone potrafiły być sprawy rodzinne, więc w jakiś sposób ucieszyło go, że Lady wyraziła chęć opowiedzenia mu w przyszłości o swoich przeżyciach. Chciał wiedzieć o niej wszystko, chociaż sam nie rozumiał skąd brała się u niego taka potrzeba. Nie przemawiała przez niego jedynie czysta ciekawość – za tym kryło się coś więcej. Ten melancholijny głos…słysząc go poczuł przemożną potrzebę okazania jej wsparcia. Otoczenia tej płomiennowłosej kruszyny troską i ciepłem jakimi ona obdarowała jego. Było to dziwne uczucie, jednak w sumie całkiem przyjemne. Przy stole znów zrobiło się gwarno i wesoło. Jon z zaangażowaniem opowiadał Blackowi jak przygotować czerwone curry z kurczakiem, mango i szpinakiem, na które przepis przywiózł mu Ethan po powrocie z Indii. Syriusz co prawda pogubił się już na samym początku opowieści, jednak nie miał serca przerywać skrzatowi widocznie zadowolonemu, że w końcu znalazł wytrwałego słuchacza. Vallerin, wychylając się za jego plecami dyskutowała zawzięcie ze Stenem na temat wydłużenia okresu płatnego wolnego dla skrzatów o dodatkowe dwa dni, na co staruszek zareagował początkowo głębokim oburzeniem. Jego zdaniem skrzaty i tak już miały zbyt dużo wolnego czasu, jednak nie mógł całkowicie zignorować woli swojej pani. Z ostentacyjnym niezadowoleniem przystał na jeden dodatkowy dzień, mrucząc pod nosem o konieczności powtórnego ustalenia grafików.

– Lady… – do błękitnookiej podszedł drobnej budowy skrzat o granatowych oczach.

– Mogę w czymś ci pomóc, Liqinie? – kobieta uśmiechnęła się do niego ciepło.

– Moja pani, czy zamierzała dziś panienka korzystać z pracowni? – stworzonko nieśmiało opuściło wzrok.

Liqin był jednym ze skrzatów, które stosunkowo niedawno rozpoczęły pracę w rezydencji. Ethan wykupił jego oraz Yuna z rąk rodziny czarodziei, wykorzystujących niewolniczą pracę dwóch bardzo młodych skrzatów w dokach. Pod opiekę Vallerin trafili w stanie skrajnego wycieńczenia, nie dającego pewności, czy przeżyją. Lady Crown mocno przeżywała tragedię swoich nowych podopiecznych, co rozwścieczyło pewnego nerwusa o demonicznych oczach. Dragan, nikomu nic nie mówiąc, wyruszył do rzeczonych doków i zakończył sprawę po swojemu – wyżynając w pień czarodziei przy okazji przejmując ich nieźle prosperujący interes. O tym co zrobił wiedzieli tylko Liqin i Yun, którym przywiózł na pamiątkę ucięte palce byłych oprawców, wraz z wciąż tkwiącymi na nich rodowymi sygnetami, dedykując dokonanie zemsty ich szybkiemu powrotowi do zdrowia. Młodziutkie skrzaty po dość długim okresie leczenia doszły do siebie na tyle, żeby zacząć pomagać, jednak do tej pory czuły się mocno niepewnie w towarzystwie ludzi, obdarzając zaufaniem jedynie Dragana, Ethana i Vallerin. Liqin był odważniejszym z tej dwójki, ale cały czas wstydził się mając rozmawiać oko w oko z Lady, nie mogąc przywyknąć do tego jak serdeczną i dobrotliwą mogła być ludzka istota wobec skrzatów.

– Chciałam popołudniu popracować nad nową recepturą. Czy coś się stało?

– Nie, panienko…pomyśleliśmy tylko, że…meble…wymagają konserwacji. Chcieliśmy z Brinem i Llewem zając się tym dzisiaj – młodziutki skrzat mówił coraz ciszej, unikając patrzenia zarówno na płomiennowłosą jak i Stena.

– Cudowny pomysł. Szczerze mówiąc, przez mój ostatni eksperyment mocno ucierpiało biurko. Będę wdzięczna, jeśli zatroszczycie się o meble. Mną się nie przejmujcie, znajdę sobie inne zajęcie na dziś. Dziękuję chłopcy i przepraszam, że dołożyłam wam pracy – Crown wyciągnęła dłoń i delikatnie pogładziła głowę skrzata, który spłonął rumieńcem.

– Moja pani – skłonił się nisko i uciekł, zanim piękna dama mogłaby zauważyć jego zawstydzenie.

Błękitnooka wzniosła filiżankę, kiwając subtelnie głową w stronę Brina i Llewa, na co odpowiedzieli takim samym gestem, szczerząc się szeroko. Black przypatrywał się temu kątem oka, wciąż słuchając Jona, który uznał za doskonały pomysł wyjaśnienie mu jak robiło się paellę z owocami morza. Ledwo radził sobie z naleśnikami, więc ugotowanie czegoś równie wymyślnego wydawało się być daleko poza zakresem jego możliwości, ale samo słuchanie mu nie przeszkadzało. Merion widocznie uznała, że jest inaczej, bo śląc mu ukradkowy uśmiech zagadała swojego kolegę, pytając o jakieś niezrozumiałe dla niego kuchenne czary-mary. Szarooki wykorzystał podarowaną chwilę wytchnienia, żeby odwrócić się w stronę Vallerin. Nie ruszyła praktycznie niczego poza kawą i kilkoma niewielkimi kawałkami owoców. W sumie jakby o tym pomyśleć, nigdy nie jadła za wiele, a z tego co mówił Dovan, również sen nie przychodził jej łatwo. Sięgnął po aksamitny sos karmelowy, którym polał naleśnika.

– Vallerin, skoro dzisiaj nie popracujesz, może pomogłabyś mi wybrać jakąś interesującą książkę? – niespecjalnie ciągnęło go do czytania, ale chciał spędzić z płomiennowłosą trochę czasu w sposób, który mógłby sprawić jej przyjemność.

– Z chęcią!

Śniadanie jak zazwyczaj mocno przeciągnęło się w czasie, pełniąc funkcję towarzyskiego spotkania, a nie zwykłego posiłku. Lady i Syriusz pomogli skrzatom uprzątnąć stół, po czym poszli prosto do biblioteki. To miejsce sprawiało, że czuł się nieswojo. Pomieszczenie z regałami pełnymi książek kojarzyło mu się z nudnym przesiadywaniem nad podręcznikami przed egzaminami. Zawsze stronił od tej wątpliwej przyjemności, razem z Rogaczem zaszywając się w tajnych przejściach, żeby uniknąć karcącego ponaglania Remusa, każącego wziąć się im do roboty. Z ich paczki tylko Luniaczek nie dostawał palpitacji na myśl o godzinach, które musieli spędzić na nauce. Zawsze był bystry i rządny wiedzy, z czego okazjonalnie się nabijali. Dwóch beztroskich kretynów i ten jeden ambitny, który musiał znosić otaczający go wszędobylski debilizm. Black powolutku przesuwał się wzdłuż półek, śledząc wzrokiem tytuły zapowiadające się na przerażająco męczące w czytaniu. Same poważne tomiszcza, częstokroć opatrzone napisami w dziwacznych językach nie do odczytania. Co mu strzeliło do łba, żeby dobrowolnie pchać się w objęcia biblioteki zdecydowanie dedykowanej historii i poważnej nauce?

– Coś ci wpadło w oko? – Vallerin zrównała z nim krok, uśmiechając się tajemniczo.

– Chyba za głupi jestem na czytanie – zaśmiał się szczerze.

– Albo szukasz w złym miejscu. Chodź.

Dziewczyna pewnie poruszając się wśród tego natłoku wzniosłej, naukowej literatury przeprowadziła go do wąskiego przejścia, ukrytego pomiędzy dwoma strzelistymi regałami. Zachęcającym gestem zaprosiła go do środka. Black przystanął kilka kroków za wejściem czując, że właśnie wkroczył do zupełnie innego świata. Stał pośrodku pomieszczenia niewiele mniejszego od poprzedniego w którym, najprawdopodobniej Lady, zgromadziła zbiór literatury o charakterze beletrystycznym. Miała tu wszystkie możliwe gatunki książek – akcji, sensacyjne, podróżnicze, przygodowe, fantastkę, kryminały, horrory, thrillery…czego dusza zapragnęła. Mężczyzna rozglądał się uważnie, dopóki nie zlokalizował swojego świętego Graala. Podszedł do sięgających sufitu regałów z prawej strony, zawierających najpełniejszą kolekcję równo poukładanych komiksów i magazynów o tematyce wszelakiej, jaką kiedykolwiek widział. Z uśmiechem na ustach przyglądał się kolejnym tytułom.

– Łał… – westchnął urzeczony.

– Wiem, że jestem okropnym molem książkowym, ale nie czytam wyłącznie, żeby zdobywać wiedzę. Lubię też się odprężyć przy czymś bardziej…artystycznym – błękitnooka zaśmiała się delikatnie.

– Mogę? – czarodziej wskazał na serię komiksów Journey Into Mystery .

– Nie krępuj się.

Lady zostawiła Syriusza, kierując się ku miejscu w którym przechowywała ukochane thrillery. Sięgnęła po powieść Michaela Dobbsa pod tytułem House of Cards. Co prawda miała ją już w swoich zbiorach od jakiegoś czasu, jednak do tej pory nie znalazła chwili, by zatopić się w świat politycznych intryg, a z tego co mówił Dragan – warto było. Jego osądowi odnośnie literatury zawsze mogła ufać, dość nieczęsto bowiem kończył zaczętą książkę zbyt szybko nudząc się mało satysfakcjonującą fabułą. Skoro więc w jeden wieczór pochłonął dzieło pana Dobbsa, zapewne się na nim nie zawiedzie. Usiadła na podłodze nie zwlekając z rozpoczęciem podróży do krainy wyobraźni Michael’a, co jakiś czas zerkając na swego towarzysza. Zachichotała widząc z jaką pieczołowitością przykładał się do sięgania po interesujące go tytuły. Zdążyła przeczytać ledwie 40 stron, kiedy szarooki czarodziej zakłócił jej spokój, stając obok z naręczem komiksów i książek – w większości sensacyjnych. Zaintrygował ją cień zakłopotania na jego twarzy.

– Ekhm…Vallerin, nie wolałabyś pójść gdzieś, gdzie będziesz mogła usiąść wygodnie?

– Masz na myśli salon? – uśmiechnęła się, wstając zgrabnie.

– No…niekoniecznie. Może moglibyśmy posiedzieć u mnie w pokoju? Wiesz…podoba mi się widok z okna i ten..no… – język plątał mu się niemiłosiernie, przez co brzmiał coraz durniej.

Crown rozbawiona jego zmieszaniem roześmiała się. Syriusz Black był bardzo dziwnym mężczyzną – rozchwianym przez toczące go konflikty wewnętrzne; niepewnym tego kim właściwie jest i kim być powinien; popadającym często w huśtawkę skrajnych nastrojów; skłonnym do nieoczekiwanych wybuchów złości; przekonanym o słuszności ciągłego karania samego siebie; zniszczonym przez wojnę i niesłabnącą rozpacz; pozbawionym jakiejkolwiek stabilności emocjonalnej, a przy tym dumnym, upartym, aroganckim, zaczepnym, inteligentnym i zabawnym. Pełno było w nim sprzeczności, które zderzały się ze sobą wzniecając iskry nie do opanowania. Ethan, zapewne słusznie, widział w nim niebezpiecznego na swój szaleńczy sposób człowieka, jednak w chwilach takich jak ta, gdy jąkał się niepewny tego co powinien powiedzieć, w jej oczach był po prostu uroczy.

– Coś ty taki spięty, paniczu Black? Nie mam nic przeciwko dotrzymaniu ci towarzystwa, ale żądam kawy! – przycisnęła książkę do piersi, władczo unosząc brodę.

– Czy szanowna Lady nie uważa, że zbyt często sięga po kawę? – uniósł wyzywająco jedną brew.

– Tak nikczemne słowa?! Pod moim dachem?! Niech waszmość zważa cóż za bezeceństwa głosi!

– Racz mi wybaczyć zbytnią śmiałość, Lady! Słowa swe bluźniercze cofam i uniżenie o przebaczenie proszę! – Syriusz dając się ponieść grze, odłożył na chwilę książki, by pokłonić się z teatralnie dworną manierą przed płomiennowłosą – Bezzwłocznie majordomusa zawezwę, ażeby chyżo kawę dla panienki przygotował, honor mój na względzie mając.

– Majordomusa waszmości kłopotać nie trzeba. Przeprosiny przyjmuję, winy pana tym samym odpuszczając.

Vallerin dygnęła z godną pozazdroszczenia gracją i niezmąconym, kamiennym wyrazem twarzy. Black roześmiał się mimowolnie. Teraz przypominała koleżanki jego matki, wiecznie pałętające się po jego rodzinnym domu, brakowało tylko pogardliwego spojrzenia, w żaden sposób nie pasującego do tego co mówiły.

– Długo tak możesz? – schylił się po książki.

– Czasami tygodniami rozmawiałam w ten sposób z Kaiem. Jak coś sobie ubzdura, nie ma szans przekonać go do zmiany zdania. Jest zawzięty do tego stopnia, że zupełnie ignorował co się do niego mówiło, jeśli wychodziło się z roli.

Wyszli wspólnie z biblioteki, rozmawiając o innych osobliwych przejawach nieprzejednanego uporu Kaia. Po drodze natknęli się na Pam, którą płomiennowłosa poprosiła grzecznie o przyniesienie kawy do pokoju czarodzieja. Black uchylając przed gospodynią drzwi swojego tymczasowego lokum, dziękował opatrzności za przezorność Dovana. Skrzat najwidoczniej odwiedził sypialnię, żeby podczas nieobecności Syriusza posprzątać pokój, usuwając wszelakie oznaki tego, że po raz kolejny zarwał noc gapiąc się przez okno. Vallerin zajęła miejsce w fotelu, zostawiając szeroki parapet do dyspozycji gospodarza za co był jej wdzięczny. Rozsiadł się na chłodnym marmurze, jedną nogę zginając w kolanie, drugą swobodnie spuszczając ku podłodze do której ledwo dosięgał. Sięgnął po pierwszy zeszyt z cyklu Journey Into Mystery , ostrożnie uchylając miękką okładkę. Komiks zdecydowanie był używany o czym świadczyły delikatne zagięcia papieru. Uśmiechnął się sam do siebie. Razem z Jamesem potrafili spędzać całe noce na czytaniu komiksów, zajadając się słodyczami podprowadzonymi z Luniaczkowych zapasów i przepijając ich nadmierną słodycz gorzkim piwem. Często kończyło się tym, że komiksy ulegały nieodwracalnym uszkodzeniom w zetknięciu z czekoladą i rozlanym alkoholem. Pozwolił sobie wciągnąć się w wir akcji, zapominając o wszystkim co go otaczało. Lady siedziała tuż obok, w milczącym skupieniu przewracając kolejne kartki książki. Nie rozmawiali ze sobą, ale żadne z nich nie czuło się skrępowane tą ciszą. Mogli cieszyć się swoim towarzystwem bez zbędnych słów. Ich spokój jedynie przez chwilę zakłóciła Pam, przynosząc zamówioną kawę. Uśmiechając się subtelnie postawiła ją na komodzie i wyszła, uprzednio posyłając ku tej dwójce usatysfakcjonowane spojrzenie. Żadne z nich nie odczuwało upływu czasu, co jakiś czas sięgając automatycznie po filiżanki z parującym naparem. Black nigdy jakoś za szczególnie nie przepadał za kawą. Zazwyczaj towarzyszyła mu przy porannym papierosie i tyle. Nie zastanawiał się nad jej palonym posmakiem, aromatyzowanymi nutami ubogacającymi naturalny aromat czy tym jak mocna powinna być. Kawa była dla niego kawą – miała być ciepła i to mu wystarczyło. Nawet nie spostrzegł kiedy zmieniło się jego podejście do tego napoju, a wszystko przez Vallerin. Ta kobieta zdecydowanie znała się na kawie, delektując się nią nadzwyczaj często. Niemalże mechanicznie zaczął zgadzać się na propozycję wpicia małej czarnej, odnajdując w tym rytuale przyjemność. Przymknął komiks, kiedy Lady podniosła się zwinnie z fotela, pocierając intensywnie lewe oko.

– Co jest? – zapytał zeskakując z parapetu.

– Chyba coś wpadło mi do oka, strasznie kłuje – odsunęła drobną dłoń od twarzy, odsłaniając zaczerwienione, łzawiące oko.

– Pokaż – przysunął się bliżej niej.

Płomiennowłosa odchyliła lekko głowę, pozwalając, by Syriusz ostrożnym ruchem uchylił jej powiekę. Będąc tak blisko niej zaczął odczuwać falę gorąca rozchodzącą się po całym ciele. Jej bliskość…zapach…lekkie muśnięcia oddechu…subtelne ciepło bijące od białej skóry…to wszystko drażniło jego zmysły w sposób o którym myślał, że dawno już zapomniał. Skup się durniu – zganił się w myślach, koncentrując całą uwagę na zlokalizowaniu źródła problemu. Dostrzegł długą rzęsę w kąciku oka.

– Rzęsa – odchrząknął uprzednio, żeby zabrzmieć twardo i pewnie. – Pomóc ci ją wyjąć?

– Nie trzeba. Mogę skorzystać z łazienki?

– Pewnie. Chcesz żebym zaczekał na korytarzu? – palnął pierwszą głupotę jaka przyszła mu do głowy, wciąż rozproszony przez nagły przypływ cieni niepokojących emocji.

Błękitnooka wybuchnęła niepohamowanym śmiechem. Black uśmiechnął się półgębkiem, nie mogąc uwierzyć w to jak jego mózg potrafił być dysfunkcyjny.

– Nie mam nic przeciwko, żebyś tu zaczekał, o ile nie masz zamiaru wpaść niespodziewanie do łazienki, przyprawiając mnie o zawał – mrugnęła do niego rozbawiona.

Całkowicie odjęło mu mowę. Mógł tylko obserwować jej uśmiechniętą, lekko poczerwieniałą twarzyczkę oddalającą się ku łazience. Otrząsnął się, kiedy zniknęła za drzwiami. Mózg wyłączał mu się całkowicie kiedy była zbyt blisko, uzewnętrzniając to, że wciąż był tylko durnym dzieciakiem. Niezgrabnie podszedł do komody na której stała, powtórnie napełniona przez Dovana, kryształowa karafka w towarzystwie czterech szklanek. Skrzatowi nie odpowiadały ciągoty czarodzieja do picia, jednak zobowiązał się nim opiekować i troszczyć się, żeby niczego mu nie zabrakło. Szarooki uśmiechnął się pod nosem, wspominając karcące spojrzenia Dovana, gdy rankiem wchodził do jego pokoju, zastając panicza Blacka i Lorda Crown męczonych ciężkim kacem, siedzących wśród opustoszałych butelek. Kai często wpadał do niego wieczorami, żeby porozmawiać – zazwyczaj kończyło się to całonocnym gadaniem o głupotach wszelakich z jednoczesnym osuszaniem kolejnych butelek szkockiej. Te spotkania cieszyły go i jednocześnie dogłębnie raniły. Za bardzo przypominały mu tajne imprezy w Hogwarcie, podczas których chlał na umór z Rogaczem, wkurzając tym Remusa – często celowo. Luniaczek miał z nimi ciężki żywot. Przygnębiony niespodziewanym napływem szczęśliwych wspomnień, sięgnął po karafkę i napełnił jedną ze szklanej, elegancko ograniczając się do polania alkoholu na dwa palce. Przez chwilę patrzył na tackę z pozostałymi szklankami, zastanawiając się czy powinien nalać również Vallerin. Jemu i Kaiowi nie przeszkadzało picie od rana, jednak Lady mogła uznać to za niestosowne, albo co gorsza obraźliwe. Cóż, raz się żyje, najwyżej odmówi. Nalał drugą porcję szkockiej i oparł się biodrem o brzeg komody, sącząc powoli przyjemnie aksamitną ciecz. Mało się nią nie zakrztusił, gdy drzwi łazienki otworzyły się z donośnym hukiem.

– Syriuszu Blacku III! Pozwól proszę na chwilę!

Nie wiedział jak powinien interpretować ton błękitnookiej, ale zdecydowanie nie brzmiała na zachwyconą. Trzymając w dłoniach szklanki, stanął w progu wspierając bark o futrynę. Taką miał już manierę stania, zawsze podświadomie opierał się o ściany, futryny albo meble w sumie bez większego powodu. Kiedyś robił to, żeby wyglądać intrygująco łobuzersko, później weszło mu to w nawyk, który przetrwał nawet lata więzienia. Lady Crown z zaplecionymi na piersi rękami wpatrywała się w niego spod przymrużonych powiek, rytmicznie tupiąc nogą w oznace niezadowolenia. Może i by się tym przejął, gdyby nie jej komicznie urocza, naburmuszona mina, przez którą wyglądała słodko zamiast groźnie.

– Co jest, mała? – nie zdążył ugryźć się w język.

Przez mieszankę wcześniejszych radosnym wspomnień, dobrego nastroju i rozbawienia odezwał się w nim dawny Syriusz Black z całą swoją niepokorną arogancją. Musiał szczerze przyznać, że było to niebywale przyjemne doświadczenie – po raz kolejny dzisiaj, choć przez kilka sekund, poczuć się dawnym sobą. Trochę obawiał się reakcji Vallerin, jednak niepotrzebnie.

– CO-TO-JEST?!

Kolejno wskazywała dłonią na piętrzące się w kątach pomieszczenia sterty brudnych ubrań; resztki ściętego zarostu zalegające w umywalce; pozwijane ręczniki leżące gdziekolwiek; poprzewracane buteleczki, których zawartość spływała po meblach; porozrzucane przybory toaletowe…Na jego prośbę Dovan nie zajmował się łazienką. W sumie nie wiedział dlaczego go o to poprosił – prawdopodobnie chciał mieć chociaż jedno pomieszczenie, które byłoby całkowicie jego, pozbawione ingerencji kogokolwiek. Sypialnia była zbyt istotnym pokojem – należącym do właścicieli tych włości z którego mógł korzystać dzięki ich uprzejmości – żeby odważył się wprowadzać w niej własne porządki. Łazienka wydawała mu się mniej ważna i na swój sposób bardziej intymna.

– Łazienka, jak mniemam – z perfidnym uśmieszkiem podniósł szklankę do ust.

– Ooo nie, panie Black! To nie jest łazienka! To jest SYF! Dawaj mi to!

Płomiennowłosa podeszła do niego i szybkim ruchem wyrwała mu z ręki szklankę, którą opróżniła jednym łykiem. Zafascynowany tym widokiem Syriusz nawet nie zorientował się, kiedy został ograbiony z drugiej szklanki, podzielającej los poprzedniczki. Lady odstawiła opróżnione kryształy na jasną szafkę łazienkową i stanęła ledwie krok przed nim wspinając się na palce. Już po chwili miał przed swoim nosem szczupły palec, wyciągnięty w geście groźby, ale nie potrafił się na nim skupić. Vallerin znowu była zbyt blisko…

– Nie opuścisz tego pokoju, póki tu nie posprzątasz, młody człowieku! Jasne?! – warknęła, uśmiechając się kącikiem ust.

– Dobrze, mamo – czarodziej dając się porwać nastrojowi figlarnie przewrócił oczami.

– Już ja cię przypilnuje, młodzieńcze! Zaraz wracam.

Vallerin wyminęła go z tą słodko nadąsaną minką na odchodne pokazując mu język. Oparł głowę o futrynę z szerokim uśmiechem obserwując ją, dopóki nie zniknęła mu z oczu. Mrowienie całego ciała nie dawało mu spokoju, rozpędzona krew palącym strumieniem gnała w żyłach. Co do jasnej kurwy się z nim działo?! Jej obecność z jednej strony go uspokajała z drugiej onieśmielała. Potrafiła go rozbawić i sprawić, żeby czuł się komfortowo, a po chwili całkowicie rozproszyć ledwie jednym spojrzeniem. Niewiele mógł poradzić na to jak był wrażliwy na błękit jej oczu, prozaiczne gesty i barwę urokliwego głosu. Jego umysłem wciąż szargało niespokojne szaleństwo, jednak dzięki Vallerin był w stanie oderwać się od niego, gdy raz po raz nieświadomie oddziaływała na wszystkie jego zmysły, nie robiąc przecież nic szczególnego. Nie słała mu zalotnych uśmiechów, nie szeptała czułych słówek, nie dotykała go w pieszczotliwy sposób, nie flirtowała z nim…Traktowała go podobnie jak Lordów w sposób siostrzany, swobodny, naznaczony radosną wyrozumiałością. Dlaczego więc dziś czuł się tak dziwnie, gdy była obok? Nie mogło chodzić tylko o fizyczny pociąg do jej olśniewającej powierzchowności…za tym kryło się znacznie, znacznie więcej niż przychodzące instynktownie, czysto biologiczne, pożądanie. To się kupy nie trzymało! Gospodyni wróciła przynosząc ze sobą przybory do sprzątania. Wręczyła je czarodziejowi ze złośliwym uśmieszkiem i usiadła na blacie łazienkowej szafki, opierając szczupłe plecy o zimne kafelki. Obok siebie postawiła butelkę szkockiej, miękkim ruchem napełniając szklanki. Dragan nauczył ją pić bez względu na porę dnia, czy zachowanie pozorów wyrafinowanej damy. Obydwoje mieli bardzo mocne głowy, pozwalające wypić znacznie więcej niż przyzwoitość przewidywała i lubili smak alkoholu, umilający im wspólnie spędzany czas. Początkowo hamowała się w obecności Syriusza, ale uznała to za zbyteczny wysiłek, nie wydawał się skłonnym do negatywnego oceniania jej zachowania, co potwierdził sięgając po drugą szklankę.

– Na co pan czeka, paniczu Black? Do sprzątania – zaśmiała się przygryzając brzeg szklanki.

– Będziesz mnie pilnowała? – uśmiechnął się zaczepnie.

– Uprzedzałam! Chyba nie masz nic przeciw mojemu towarzystwu?

– Niespecjalnie, jeśli mam być szczery. Vallerin…mhmm…tylko nie pastw się nade mną za bardzo, ale do czego to służy? – wyciągnął z przyniesionego przez nią pojemnika detergent o niebieskawej barwie.

– Serio pytasz? To płyn do czyszczenia płytek i kafelków. Musisz go rozpylić, rozprowadzić przecierając raz koło razu gąbką, a później spłukać. Pokazać ci jak?

– Nie trzeba. Gdybym coś spartolił to krzycz – dopił szkocką i odstawił szklankę, którą Lady natychmiast powtórnie napełniła.

– Nie omieszkam. Podasz mi te koszulki z podłogi? Poskładam je i posegreguję przed praniem.

– Po co je segregować? Nie można wszystkiego razem wrzucić do pralki?

– Można, jeśli chcesz się ich pozbyć. Ciemne, kolorowe i białe ubrania pierze się osobno, bo czarne i kolorowe materiały często barwią, poza tym różne materiały pierze się w różnych temperaturach i z użyciem różnych środków.

– Nie za dużo roboty z tym praniem? – jęknął przeciągle.

– Dlatego chcę ci pomóc. Podaj koszulki.

Czarodziej zebrał ciśnięte w kąt ciuchy i położył je na skrawku wolnego blatu obok dziewczyny. Odstawiła szklankę, zabierając się za równe składnie koszul i koszulek. Ukradkowymi zerknięciami przez ramię obserwował jej wprawne, szybkie ruchy. Kolejna ważna informacja o pani tego domu – w sprzątaniu i praniu, również nie posługiwała się magią. Westchnął przeciągle uchylając drzwi kabiny prysznicowej. Niezbyt przejmował się praniem, sprzątaniem, prasowaniem i innymi tego typu pierdołami. Sprzątać nigdy się nie nauczył, tak samo jak gotować. Kiedy był dzieckiem otaczała go służba, dbająca o wszystko za niego. Jego pokój zawsze był nieskazitelnie czysty, stroje wyprane i poukładane kolorami w szafie. Graty, które wieczorem leżały gdzie popadnie, rankiem spoczywały na swoich miejscach, świeżo wytarte z kurzu. Jako nastolatek buntował się przeciw wszystkiemu i wszystkim. Razem z Jamesem wiecznie robili wokół siebie niemiłosierny syf, który przeszkadzał tylko Remusowi – więc po co było sprzątać? Luniaczka dało się przekupić słodyczami, a jeśli był już na nich mocno wkurzony, ciekawą książką. Niedługo po tym jak opuścił szkołę wybuchła wojna, odbierając znaczenie wszystkim tym drobnym, codziennym czynnościom. Wtedy był młodym, dorosłym facetem, który nie zdążył jeszcze poznać smaku pełnej samodzielności – beztroskim tak w myśleniu jak i funkcjonowaniu. Wojna zrobiła z niego żołnierza, toczącego niestrudzenie bój z siłami zła. Po wojnie wylądował w Azkabanie – miejscu, w którym już nic się nie liczyło. Wtedy skończyło się jego życie jako jednostki – nie był już człowiekiem, tylko przypisanym do celi numerem. Stracił bezpowrotnie ponad dekadę życia, zatrzymując się mentalnie na wieku niewiele ponad dwudziestu lat. Był 34 letnim facetem, który bladego pojęcia nie miał o dorosłości. Odebrano mu czas, w którym powinien był wydorośleć – znaleźć swoje własne miejsce na ziemi; stałą pracę; nauczyć się odpowiedzialności za siebie i bliskich; może zakochać się na poważnie i założyć rodzinę…stać się taki jak James i Lily. Gdy jego rówieśnicy dorastali, on siedział w więzieniu wpadając coraz głębiej w odmęty szaleństwa. Miał przytłaczająco wiele do nadrobienia i mało czasu. Dobrze wiedział, że zawsze będzie się różnił od swoich rówieśników, posiadających wachlarz doświadczeń, który on dopiero musiał zdobyć. Uśmiechnął się sam do siebie, niechlujnie przecierając kafelki pod prysznicem – chciał zastąpić rodzinę chłopcu, od którego na dobrą sprawę niewiele się różnił. Cały czas był tym samym zagubionym kretynem co 12 lat temu. Spętany przez ciężkie myśli podniósł się, trącając barkiem baterię prysznica. Zimna woda uderzyła w niego mocnym strumieniem.

– Kurwa! – krzyknął, czym prędzej odcinając dopływ wody.

– Wszystko dobrze? – Vallerin zsunęła się z blatu i podeszła do prysznica.

– Tak, przypadkowo odkręciłem wodę – zmieszany wyszedł z kabiny, stając na puszystym dywaniku.

Woda kapała z niego intensywnie. Przemoknięta koszula przylgnęła nieprzyjemnie do ciała, szczelnie je oblepiając. Ze związanych włosów ściekały duże krople, roztrzaskując się o posadzkę. Z rozpostartymi ramionami przyglądał się coraz większej kałuży u jego stóp. Ten widok rozdrażnił go nieoczekiwanie. Poczuł miękki materiał opadający na jego głowę i ramiona. Lady zarzuciła na niego ręcznik i stanęła na palcach, by pomóc mu wytrzeć włosy. W tej chwili cieszył się, że półdługie pasma i ręcznik przysłaniały jego twarz. Zbyt wyraźnie czuł rumieńce pulsujące na jego twarzy. Chyba po raz pierwszy poczuł się aż tak zakłopotany swoją nietypową niezdarnością. Nie miał pojęcia kiedy taki się stał – zawsze był arogancko pewny siebie i wszystkiego co robił, nawet jeśli doskonale wiedział, że to głupota. Co do jasnej cholery się z nim działo!!

– Przyniosę ci coś suchego, dobrze?

Głos Vallerin otrzeźwił go. Jak zawsze mówiła spokojnie z wyczuwalną troską, jednak tym razem usłyszał w jej tonie inną nutę – coś na kształt…czułości? Głosy z pełną siłą rozbrzmiały w jego głowie – nie należały jednak do życzliwych przyjaciół. Morderca. Zdrajca. Tchórz. Łajdak. Oczyma wyobraźni widział Śmierciożerów. Stado bezdusznych, zadufanych w sobie szumowin wytykających go palcami, śmiejących się w głos z jego słabości i żałosnej nieporadności. Morderca. Zdrajca. Tchórz. Łajdak. Wielki, nieprzejednany Syriusz Black potrzebował niańki, niczym dziecko zagubione we mgle. Ten, którego imię budziło strach w szeregach wroga, nie potrafił sam sobą się zająć z nieustraszonego wojownika przemieniając się w zagubionego, wystraszonego szczeniaka, nie wzbudzającego nic poza litością. Morderca. Zdrajca. Tchórz. Łajdak. Roześmiał się cierpko w duchu. Uderzyła w niego nieuzasadniona wściekłość. No tak! W oczach Vallerin musiał uchodzić za kogoś nad kim jej szlachetne serce mogło się litować. Nie chciał litości! Chciał, żeby dostrzegła w nim Syriusza Blacka, którym niegdyś był! Chciał, żeby widziała w nim mężczyznę z krwi i kości, zamiast żałosnej namiastki. Zacisnął mocno pięści, pozwalając, by chaos na nowo rozgościł się w jego głowie. Ponieważ nie odpowiadał, Lady zostawiła go na moment i weszła do pokoju. Z obszernej szafy wyciągnęła czarny T-shirt z rozmytym, szarym nadrukiem w kształcie celtyckiego krzyża i parę czarnych, lekko wytartych jeansów. Uznała, że w tym komplecie czarodziej będzie prezentował się dobrze. Z tego co wiedziała podobny styl preferował za młodu, podkreślając nim swoją buntowniczą naturę. Wróciła do łazienki i podała strój mężczyźnie, który nie poruszył się nawet o milimetr.

– Syriusz?

Położyła dłoń na jego ramieniu, jednak strząsnął ją zdecydowanie. Wyrwał ubranie z jej ręki i rzucił je na podłogę. Morderca. Zdrajca. Tchórz. Łajdak. Spod krawędzi ręcznika spojrzały na nią wściekłe, srebrzysto-szare oczy.

– Przestań traktować mnie jak dziecko do jasnej cholery! – wrzasnął tak gwałtownie, że instynktownie odsunęła się od niego o krok.

– Ja chciałam tylko…

– Co?! Pomóc mi?! W dupie mam twoją pomoc! Nigdy więcej nie patrz na mnie jak na zranione zwierzę, którym musisz się opiekować!! Wynoś się!

– Syr…

Niesiony niepohamowanym przypływem agresji, bezzasadnej pretensji oraz żalu, mechanicznie zacisnął pięść i machnął na oślep, uderzając dziewczynę prosto w żebra. Nie panował nad swoją siłą, więc Vallerin zachwiała się i wpadła plecami na gładką porcelanę umywalki, która boleśnie wbiła się w jej kręgosłup. Bezwiednie zasłoniła dłonią żebra, starając się wybadać czy żadne z nich nie pękło pod wpływem porządnego uderzenia.

– Odpierdol się ode mnie, kobieto! – wściekły krzyk Syriusza całkowicie wytrącił ją z równowagi.

W jego oczach i gestach czaiła się agresywna groźba, więc zrobiła jedyną słuszną w tych okolicznościach rzecz – wycofując się powoli wyszła z łazienki drżąc z nerwów na całym ciele. Nie podejrzewała, że czarodziej będzie skłonny użyć wobec niej przemocy. Nie żeby obrażenia fizyczne robiły na niej jakiekolwiek wrażenie – w końcu była Phoenix’em, żaden śmiertelnik nie był w stanie realnie wyrządzić jej krzywdy. Chodziło o sam fakt. Musiała zastanowić się nad tym w spokoju i zatroszczyć się, żeby Dragan nigdy nie dowiedział się o tym incydencie. Znając jego porywczą naturę i całkowity brak empatii, pozbyłby się Syriusza przy pierwszej lepszej okazji, nie uznawał bowiem innej niż śmierć kary za naruszenie nietykalności cielesnej swojej Lady. Kiedy drzwi się za nią zamknęły Black osunął się na podłogę, nie mogąc ustać ani chwili dłużej. Ciężko łapał powietrze, walcząc z huraganem myśli, głosów i uczuć, pustoszącym jego głowę. Morderca. Zdrajca. Tchórz. Łajdak. Cholerne szydercze głosy Śmierciożerców nie chciały się przymknąć, wciąż i wciąż powtarzając te cztery słowa! Morderca. Zdrajca. Tchórz. Łajdak. Zacisnął lewą dłoń na włosach, ciągnąc półdługie pasma, jednocześnie gryząc bezlitośnie wargi. Wyładował złość na kobiecie, której jedyną winą było to, że wyciągnęła ku niemu dłoń, gdy desperacko tego potrzebował. Uderzył ją! Spojrzał z obrzydzeniem na zaciśniętą pięść. Umysł wciąż i wciąż odtwarzał uczucie zderzenia twardych knykci z jej delikatnym ciałem, dręcząc go okrutnie wyrzutami sumienia – wstrętem do samego siebie i swojej słabości. Uderzył ją… Zaśmiał się histerycznie, uderzając pięścią w podłogę. Morderca. Zdrajca. Tchórz. Łajdak. Oto kim tak naprawdę był! Powinien roztrzaskać w pył kości, które śmiały zagrozić tej eterycznej, płomiennowłosej istotce. Siebie powinien roztrzaskać!! Był najbardziej pożałowania godnym spośród wszystkich stworzeń! Podniósł rękę na Vallerin, bo nie potrafił porazić sobie z pozytywnymi emocjami, które dzięki niej odczuwał. Przy niej czuł się bezpieczny, rozumiany i co najgorsze – chciany. Jak mógł się tak czuć po tym wszystkim co zrobił?! To byłaby zdrada wobec Jamesa i Lily…po tym co zrobił im i Harry’emu…nie powinien czuć nic poza cierpieniem. Powinien dusić się z bólu, poczucia winy i żalu po kres swoich dni! Nie mógł być szczęśliwy…nie kiedy oni zapłacili za chwilę swojego szczęścia życiem…Nie zasłużył na chociażby ochłapy radości! Ani teraz, ani nigdy! Musiał odkupić swoje winy. Żyć cierpieniem i dzięki cierpieniu. Dobroć Vallerin gasiła jego gniew i żal, zastępując je spokojem. Ból rozrywający jego duszę i każdą komórkę ciała – tyle był godzien czuć. Vallerin…Dlaczego okazywała mu tak wiele serca? Dlaczego, pomimo tego, że znała o nim prawdę, wciąż patrzyła na niego jak na ludzką istotę? Skąd brała się u niej ta czułość i troska? Anioł – usłyszał cichy głos przebijający się przez natłok myśli. Kojąco znajomy głos. Czy to mogło być aż tak proste? Czy cały ten syf, który przetrwał odpłacił mu zsyłając najprawdziwszego anioła? Nie…niemożliwe…nie było czegoś takiego jak anioły, a nawet jeśli by istniały, nie zajmowałyby się takim śmieciem jak on.

– Ona wie, Syriuszu…

Zerwał się z podłogi, rozglądając się gorączkowo wokół. Radość, zaskoczenie, niepewność, strach…wszystko to razem wirowało w męczącym chaosie. Ten głos…Lily. No wspaniale! Całkiem mu już odpierdalało! Setki razy słyszał jej głos, jednak zawsze był wspomnieniem rozmów, które toczyli w przeszłości…nigdy nie odnosił się do teraźniejszych zdarzeń…czyli jednak Azkaban wygrał robiąc z niego ostatniego wariata…

– Ona wie… – usłyszał po raz kolejny.

– Co wie? O co ci chodzi, Lil?

– Ona rozumie…nie walcz z nią…ona rozumie…

– Lily, nie mam pojęcia o czym mówisz!

Głos więcej się nie odezwał, zamilkł wpędzając go w panikę. Nie obchodziło go, że głos przyjaciółki był prawdopodobnie tylko wytworem jego zszarganego do granic umysłu. Chciał jeszcze z nią porozmawiać.

– Lil? Lily? Evans?!!

Głos nie powrócił, co spętało go potwornym bólem. Znów ją usłyszeć…porozmawiać…pragnął tego przez tak długi czas…a ona…ona odwiedziła go, by po raz kolejny odejść! Zamilknąć, nie wyjaśniwszy co miała na myśli. To…to bolało. Paliło go żywym płomieniem, zatrzymującym oddech. Usłyszeć ją jeszcze raz…Zamiast jednak głosu przyjaciółki, usłyszał ciche pukanie. Nie chciał na nie odpowiadać! Teraźniejszość powtórnie straciła dla niego znaczenie, zagłuszona cieniami przeszłości. Nie chciał nikogo widzieć, ani z nikim rozmawiać – poza Lily. Nie było mu to jednak dane. Drzwi uchyliły się delikatnie, a w progu stanął Dovan, przyglądający się czarodziejowi w odmienny niż zazwyczaj sposób. Ciepło czekoladowych oczu straciło swój wyrozumiały, cierpliwy blask na rzecz chłodnej podejrzliwości.

– Panienka prosiła, bym sprawdził, czy panicz dobrze się czuje.

– Nic mi nie jest – warknął szarooki.

– Winszuję, paniczu.

Skrzat odwrócił się, żeby wyjść jednak zatrzymał go cichy szept mężczyzny. Kogo chciał oszukać? Lily powiedziała, żeby nie walczył z Vallerin. To była pierwsza rzecz, nie będąca wspomnieniem, którą od niej usłyszał. Wiedział doskonale, że to właśnie o Lady Crown jej chodziło i nie chciał po raz kolejny zawieść przyjaciółki, nie licząc się z jej radą.

– Gdzie jest Lady?

– Panienka wyszła z rezydencji – Dovan rzucił oschle.

– Wiesz może kiedy wróci, albo gdzie poszła?

– Przykro mi paniczu, ale nie jestem w stanie określić, gdzie dokładnie mogła udać się Lady. Opuściła dom wyjątkowo roztrzęsiona, informując jedynie, że planuje wrócić około godziny 18. Nie miałem śmiałości wypytywać o nic więcej panienki, jednak podejrzewam, że zdecydowała się na samotny spacer po okolicznym lesie. Zawsze tak robi gdy coś ją trapi. Czy jeszcze w czymś mogę paniczowi służyć?

– W sumie miałbym do ciebie prośbę. Powiedziałem kilka słów za dużo i chcę przeprosić za to Lady Crown. Pomożesz mi przygotować dla niej kolację?

Dovan zamyślił się na chwilę, wpatrując się w twarz czarodzieja. Wszystkie skrzaty darzyły swą panią miłością i były mocno wyczulone na jej krzywdę. Zwykle nie byli skłonni wybaczać znieważania Lady, dzieląc się swymi spostrzeżeniami z Draganem, który wymierzał własnymi dłońmi karę adekwatną do przewinienia – a z miłosierdzia to on nie słynął. Skrzat westchnął przeciągle, opuszczając ramiona. Coś w szarych oczach tego człowieka mówiło mu, że był szczery w swoich zamiarach i prawdziwie skruszony. Ten jeden raz mógł zrobić wyjątek, biorąc za niego pełną odpowiedzialność.

– Zrobię co w mojej mocy, żeby pomóc paniczowi. Sugeruję na początku zwrócić się o radę do Stena, on najdłużej jest przy panience i zna ją najlepiej. Pozwolę sobie porozmawiać z nim w imieniu panicza. Nalegam, by zechciał panicz się przespać i doprowadzić do porządku. Będę panicza oczekiwał punkt 16 w kuchni. Gdyby panicz czegoś potrzebował, proszę mnie wezwać.

– Dziękuję, Dovanie – szepnął niemal bezdźwięcznie.

– Służę, paniczu.

Skrzat wyszedł zostawiając go samego. Powoli schylił się by podnieść ubranie, które przyniosła mu Vallerin. Rozłożył koszulkę i uśmiechnął się słabo. Więc zdążyła już poznać jego gust. Ściągnął z siebie przemoczoną koszulę oraz spodnie, które nieprzyjemnym chłodem przypominały mu jak wielkim był dupkiem, i założył suchy T-shirt, zostając w nim i bokserkach. Wszedł do sypialni i rzucił się na łóżko. Musiał się postarać, żeby udowodnić jak bardzo żałował wypowiedzianych w złości słów. Uderzenie jej pozostawało sprawą w której o przebaczeniu nie miał śmiałości nawet marzyć. Podniesienie ręki na kobietę nigdy nie zasługiwało na wybaczenie. Gładka, miękka pościel uzmysłowiła mu jak mocno był zmęczony. Wahania nastroju połączone z niewyspaniem, tworzyły mieszankę wybuchową nad którą z trudem mógł zapanować. Zanim przymknął powieki nastawił budzik na piętnastą, by po dłuższej chwili walki z samym sobą w końcu zasnąć.

 

                   Vallerin wróciła do rezydencji dużo spokojniejsza. Włóczenie się bez większego celu po okolicznych lasach zawsze przynosiło jej ulgę, mogła w samotności pomyśleć nie narażając się na to, że ktoś będzie jej w tym przeszkadzał. Kochała swoje skrzaty, ale wiedziała doskonale, że zrobiłyby wszystko, żeby poprawić jej humor na co nie zawsze miała ochotę. Potrzebowała czasu, żeby przemyśleć, gdzie popełniała błąd w podejściu do Syriusza. Musiała sama przed sobą przyznać, iż była wobec niego natarczywa, nie zostawiała mu zbyt wiele przestrzeni ciągle narzucając się ze swoją troską. Błędnie założyła, że po tak wielu latach całkowitej izolacji będzie potrzebował nieustannego wsparcia i towarzystwa. To w końcu musiało przelać czarę goryczy. Black wciąż był dumnym facetem, niechętnym do okazywania przed innymi słabości, teraz to wiedziała. Dragan i Ethan lepiej rozumieli potrzeby jego buntowniczej natury, dzięki czemu przy nich powoli robił postępy, których ona nie chciała i nie mogła zniweczyć powodując u niego dyskomfort. Zamyślona nie zauważyła nietypowej dla jej domu ciszy. Żaden skrzat nie wyszedł jej powitać, z przejęciem próbując pytać o samopoczucie. Zatrzymała się zaskoczona, gdy ujrzała opartego o barierkę schodów Syriusza. Wcisnął się w smolisty, dopasowany garnitur, który Ethan przywiózł mu z Włoch, a w dłoni trzymał pokaźny bukiet czarnych róż, udekorowany subtelnie wijącą się srebrzystą wstążką. Nigdy wcześniej nie widziała go w tak eleganckim wydaniu i musiała przyznać, że pasowało do niego doskonale, wydobywając z czarodzieja zapomniany urok arystokraty. Arien lecząc Syriusza postawił sobie za wzorzec ciało, którym czarodziej dysponował w wieku 20-22 lat, chcąc w jak najnaturalniejszy i najmniej inwazyjny sposób przywrócić mu dawne siły. Efekty tej decyzji mogła teraz podziwiać w pełnej krasie. Czarny materiał marynarki, w przyjemny dla oka sposób, opinał wyraźnie zaznaczone mięśnie ramion i dość szeroką klatkę piersiową, podkreślając szczupłą, wyrzeźbioną sylwetkę mężczyzny. Półdługie włosy związane w nieco niechlujny, łobuzerski kucyk odsłaniały mocny kark, okalany zaczepnie wyciągniętym kołnierzykiem białej koszuli. Na szyi widoczny był fragment jednego z tatuaży zdobiących jego skórę, o których estetykę również zatroszczył się Lord Phoenix, poprawiając wyszczerbione, wyblakłe kontury. Syriusz Black był doprawdy przystojnym mężczyzną, który spokojnie mógł reprezentować wygórowane oczekiwania co do arystokracji. Szare oczy unikały patrzenia wprost na nią, a delikatne drżenie warg dawało jasny sygnał o zdenerwowaniu. W końcu czarodziej wyprostował się i podszedł do niej wolnym, pewnym krokiem.

– Vallerin, przepraszam za to co powiedziałem…za to co zrobiłem…Poniosło mnie i to bardzo. Czy zechcesz zjeść ze mną kolację, przygotowaną w ramach przeprosin?

Wyciągnął ku niej bukiet, z każdą kolejną sekundą denerwując się coraz bardziej. Wystroił się jak pacan, chcąc zrobić na płomiennowłosej dobre wrażenie, a jedyne co udało mu się osiągnąć to stać przed nią z durnym uśmieszkiem, pocąc się jak świnia. Obawiał się, że odmówi przyjęcia kwiatów…zmierzy go chłodnym spojrzeniem i odejdzie…od tak…bez słowa. Odetchnął z ulgą, gdy wzięła od niego bukiet, wciąż zdezorientowana. Spodziewała się trudnej, nieprzyjemnej dla obydwojga rozmowy z mnóstwem niepotrzebnych żali i pretensji, a nie kwiatów i kolacji. Pan Black, kiedy się postarał, potrafił być czarujący.

– Suknia dla pani, Lady.

Sten pojawił się znikąd z jej ulubioną, biało-srebrną suknią wieczorową przewieszoną przez wyciągnięte ramiona. Stary skrzat wysłuchał opowieści Dovana i tłumaczeń panicza, przychylając się do pomysłu wsparcia go w godnym przeproszeniu panienki Crown. Spodziewał się, że jego pani będzie zaskoczona i niepewna co powinna zrobić, postanowił więc wesprzeć ją duchowo, przyniesieniem sukni dając jasno do zrozumienia, że powinna przyjąć zaproszenie. Podniósł odrobinę ramiona patrząc w lazurowe oczy z zachęcającym uśmiechem. Lady, odwzajemniając uśmiech, wzięła sukienkę.

– Dziękuję, Sten.

Staruszek uśmiechnął się szerzej, rozpoznając ten ton. Wiedziała, co chciał przekazać jej bez użycia zbędnych słów. Tak nadzwyczajna dama jak ona w pełni zasługiwała na miły wieczór, w towarzystwie gentlemana, którym jak żywił nadzieję panicz Black się okaże.

– Będę czekał w jadalni, jeśli zechcesz się zjawić.

Czarodziej uśmiechnął się do niej nieśmiało. Nie wiedząc co odpowiedzieć wyminęła go, bez słowa wspinając się po schodach. Kątem oka dostrzegła jak Sten uspokajał szarookiego pokazując uniesione kciuki. Syriusz…z całą pewnością potrafił zaskakiwać. Rzadko kiedy ktoś zdobywał się wobec niej na równie miły i poniekąd romantyczny gest. Ethan uznawał to za zbyt dwuznaczne, a Dragan…jak to on…zbytecznie upierdliwe. Weszła do swojej sypialni i ułożyła ostrożnie suknię na zielonej, jedwabnej pościeli. Dłuższą chwilę patrzyła na kontrast pomiędzy bielą a szmaragdem, zastanawiając się czy powinna zejść. W końcu jednak zdecydowała, że zjawienie się na kolacji będzie najlepszym wyjściem, chociażby żeby dowiedzieć się czego tak właściwie szarooki czarodziej od niej oczekiwał. Wzięła szybki prysznic, zmywający z niej trudy dnia, uczesała włosy w luźny kok i założyła jasną suknię. Skusiła się nawet na zrobienie delikatnego makijażu, a nieczęsto marnowała czas na malowanie się. Gotowa odetchnęła głęboko i zeszła na parter, powoli kierując się ku jadalni. Po drodze na nikogo się nie natknęła, co zaczynało robić się mocno podejrzane. Mieszkając z dwudziestoma czterema skrzatami i trzema mężczyznami, ciężko było o nienapotkanie absolutnie nikogo. Przystanęła zaraz po wejściu do jadalni. Pomieszczenie tonęło w półmroku, dzięki grubym kotarom dławiącym promienie słońca. Półcień rozświetlały chybotliwe płomienie tuzina świec, tańczące przy najmniejszym ruchu powietrza. Skrzaty przygotowały elegancką, srebrną zastawę, która mieniła się miękkim blaskiem ognistych języków. Syriusz cały w nerwach czekał na nią oparty ramieniem o gładki kamień kominka. Pomimo zapewnień Stena, że Lady przyjdzie, nie był tego wcale taki pewny. Przemilczał przed skrzatami jedną istotną sprawę – podniósł na nią rękę. Zadrżał czując znajomy, subtelny zapach kwiatów, który zawsze towarzyszył pani tego domu. Odwrócił się w stronę drzwi i zamarł na moment pod wpływem przyjemnego dreszczu, który przetoczył się wzdłuż jego kręgosłupa, by przejąć całe ciało rozpalając najczulsze jego struny. Vallerin…Nigdy nie widział piękniejszej kobiety – włączając w to mugolskie plakaty, kolorowe pisemka i filmy. Anioł – znów wyszeptał cichy głos Lily. Nie…nie anioł. Stała przed nim bogini o której przebaczenie powinien walczyć. Nie..nie to, że powinien…chciał walczyć. To przedziwne pragnienie zagłuszyło wszystko inne. Jego umysł po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna był czysty – owładnięty tylko jedną myślą. Chciał, żeby było jak wcześniej. Chciał znów poczuć jej troskę i ciepło, którym emanowała. Co do jasnej cholery się z nim działo!!!

– Pięknie tu – uśmiechnęła się uroczo przekrzywiając głowę.

– Ty jesteś piękna… – wyszeptał tak cicho, że nie miała szansy usłyszeć.

– Możesz powtórzyć? – podeszła bliżej, przesuwając palcami po wypolerowanym blacie.

– Zechcesz usiąść? – odsunął przygotowane dla niej krzesło.

Zamiast odpowiadać po prostu usiadła, powalając uprzednio, by Black usłużnie przysunął jej krzesło w szarmanckim geście. Dłonie mu dygotały i nadmiernie wilgotniały. Ciężko przełknął ślinę z trudem odwracając wzrok od smukłej, białej, łabędziej szyi. Zdecydowanie była za blisko…Mimowolnie zerkając na kobietę, zajął miejsce naprzeciw niej. Wiedział, że powinien się odezwać, miał wcześniej nawet przygotowaną przemowę, jednak wystarczyło jedno spojrzenie błękitnych oczu, żeby stracił całkowicie rezon. Do tej pory Vallerin aż tak go nie onieśmielała. Zaczerwienił się mocniej niż kiedykolwiek, zażenowany tym w jak pożałowania godnych stanach go widziała. Kiedy pierwszy raz wyciągnęła do niego dłoń był wrakiem człowieka – bliskim śmierci, zapuszczonym kundlem. Później wcale nie było lepiej: ataki paniki, nocne krzyki, powracające wizje wojny, wszędobylskie głosy – całe szaleństwo, które nim targało. Podświadomie wiedział jak cholernie słaby był, ale nie chciał tego zaakceptować. Z okowów niezręczności wybawili go Sten i Bertris, przynosząc tagliatelle z kurczakiem w sosie z białego wina. Skrzaty postawiły wprawnie talerze i rozlały ulubione wino swej Lady do dwóch kieliszków.

– Życzymy smacznego, moja pani. Panicz Black osobiście przygotował dla panienki kolację – Sten uśmiechnął się serdecznie.

– Naprawdę? – płomiennowłosa z zainteresowaniem spojrzała na czarodzieja, który uśmiechnął się zawstydzony.

Skrzaty pożegnały ich eleganckimi ukłonami. Black zerknął na swoją prawą dłoń, zakrytą równo owiniętym bandażem. Starając się gotować jak należy, poparzył dłoń wrzątkiem, który prysnął niespodziewanie kiedy wrzucał makaron do wody. Makaron z całą pewnością prowadził w rankingu jego kulinarnych wrogów, wyprzedzając mango. W kuchni był do niczego, ale się starał, niekiedy powodując znacznie więcej szkody niż pożytku. Skrzaty cierpliwie znosiły siany przez niego chaos, starając się wyratować go z każdej trudnej sytuacji. Z zainteresowaniem i wyczekiwaniem patrzył jak błękitnooka nawija dystyngowanym ruchem makaron na widelec, kosztując pierwszy kęs. Zachęcony jej delikatnym uśmiechem zrobił to samo. Nie był w stanie przełknąć tego co sam ugotował i rozglądał się nerwowo, walcząc z samym sobą, by nie wypluć ostentacyjnie tego obrzydlistwa! Jak jedzenie mogło być tak…niejadalne. Makaron był jednocześnie rozgotowany i niedogotowany, a sam sos nieprzyjemnie słony. Przerażająca słoność była jednak niczym w porównaniu z cierpkim posmakiem, który cholera wiedziała skąd się wziął. Do tego gumowaty i nijaki w smaku kurczak – prosty przepis na całkowitą katastrofę. Po jaką cholerę uparł się, żeby samodzielnie doprawiać cokolwiek?! Czemu chociaż raz nie mógł się zamknąć i posłuchać Merion?!

– Całkiem smaczne, dziękuję – płomiennowłosa obdarowała go szerokim uśmiechem.

– Nie kłam! To jest…okropne – odłożył widelec, sięgając po kieliszek wina.

Mimowolnie roześmiał się. Zdecydowanie nie powinien więcej zbliżać się do kuchni – Lily dobrze wiedziała co robi przyznając jemu i Rogaczowi bana na gotowanie. Błękitnooka podchwyciła jego nastrój i również się zaśmiała. Nawinęła kolejną porcję, wkładający do ust tym razem również ohydnego kurczaka. Zaczerwienił się aż po same koniuszki uszu.

– Nie musisz tego jeść – wymamrotał opuszczając wzrok.

– Ugotowałeś dla mnie kolację, więc pozwól mi się nią cieszyć, panie Black.

Czarodziej z coraz większym szokiem patrzył, jak płomiennowłosa bogini kończyła podaną jej porcję jedzenia. Nawet raz się nie skrzywiła, jakby to coś przez niego przygotowane naprawdę było chociażby w najmniejszym stopniu jadalne. Odłożyła zgrabnie widelec, opierając jego wypolerowane ząbki o brzeg talerza. Zjadła coś równie obrzydliwego, a teraz rozświetlała półmrok jadalni perłowym uśmiechem. Nie mógłby prosić o więcej…

– Dziękuję, Syriuszu – przemówiła delikatnie.

– Vallerin…ja…naprawdę przepraszam. Za to co powiedziałem i za te nędze przeprosiny – poderwał się od stołu i podszedł bliżej niej z kieliszkiem w dłoni.

– Jesteś dla siebie zbyt surowy. Jak na pierwsze samodzielne gotowanie naprawdę dobrze ci wyszło.

Ten błysk w błękitnych oczach…jej wyrozumiałość…nie zasługiwał na to. Mocno zacisnął pieść na nóżce kieliszka, łamiąc ją. Skruszone szkło wbiło się w jego skórę, ale nie odczuwał fizycznego bólu. Zagłuszał go psychiczny dyskomfort.

– Obraziłem cię w twoim własnym domu…krzyczałem na ciebie…na miłość Merlina, uderzyłem cię…przeze mnie zjadłaś okropną kolację, bo łudziłem się, że mogę zrobić dla ciebie coś miłego. Czemu, Vallerin? Dlaczego mimo wszystko, wciąż jesteś dla mnie taka dobra?

Kobieta poderwała się widząc krew ściekającą z jego dłoni. Zdecydowanym ruchem wysunęła strzaskany kieliszek spomiędzy jego palców, by położyć go na stole. Nie miała czym zatrzymać krwawienia, więc zrobiła pierwszą rzecz jaka przyszła jej do głowy – ucisnęła ranę przyciskając do niej skrawek swojej sukni. Musiała pozbyć się pokaźnego słupka szkła, przebijającego dłoń Syriusza niemalże na wylot, zanim pokusi się o uleczenie jego rany. Do tego potrzebna była jednak chwila spokoju, a Black nie miał zamiaru stać spokojnie. Ręce mu dygotały, gdy wpatrywał się we własną rękę otuloną świetlistym całunem. Jej śliczna, śnieżna suknia…zbroczona jego bezwartościową krwią. Widok karmazynowych plam, przejmujących coraz większe połacie materiału zabolał go, był to jednak ból inny od tego, do którego przywykł – delikatniejszy, przenikający głęboko w ciało i umysł, a przez to przerażająco destrukcyjny.

– Dlaczego, Vallerin…

Po jego policzkach stoczyły się drobne łzy. Poczuł chłody grzbiet dłoni Lady, ocierający słone krople. Objęła ostrożnie szczupłymi palcami jego szczękę, zmuszając go, żeby na nią spojrzał. Uśmiechała się do niego ciepło.

– Syriusz…przymknij się w końcu. Chociaż raz przestań kłapać jadaczką i posłuchaj co mam do powiedzenia! Za dużo o tym wszystkim myślisz. Czy to nie oczywiste? Lubię cię, ty skończony idioto. Lubię spędzać z tobą czas, lubię z tobą rozmawiać. Kiedy uwolniłam cię z Azkabanu i sprowadziłam do rezydencji, nie pytając cię o zdanie…wzięłam za ciebie odpowiedzialność. Jestem odpowiedzialna za każdą istotę w tym domu. Ty straciłeś swoją bezcenną rodzinę, czego z całego serca ci współczuję, ja cały czas staram się zbudować moją własną tutaj. Chciałam, żebyś poczuł się jej częścią, ale nie pomyślałam, że możesz nie chcieć tego samego albo możesz nie być na to gotów. Nie chcę zająć miejsca Jamesa, Lily, Harry’ego i Remusa…oni zawsze będą częścią ciebie. Chcę tylko…chcę, żebyś wiedział, że istnieje miejsce w którym zawsze będziesz mile widziany, bez względu na wszystko. Nie wymagam od ciebie, żebyś nam zaufał ani udawał, że wszystko jest w porządku…Przepraszam. Przepraszam, że wyprowadziłam cię z równowagi swoją nadopiekuńczością. Postaram się być mniej natarczywa, więc obiecaj mi proszę, że następnym razem kiedy poczujesz się przeze mnie osaczony powiesz mi o tym.

Jej słowa oczarowały go do tego stopnia, że nie potrafił z siebie nic wykrztusić. Wpatrywała się w niego tymi prześlicznymi, troskliwymi oczyma. Był kretynem…zwyczajnym, beznadziejnym debilem. Uśmiechnął się pokracznie. Nazwała go skończonych idiotą. Od bardzo dawna nie słyszał tego określenia które, choć obraźliwe, kojarzyło mu się zaskakująco dobrze. Ostatni raz, gdy ktoś nazwał go skończonym idiotą miał miejsce jeszcze podczas piątego roku nauki w Hogwarcie. Zapomniał już czym akurat wtedy wkurzył Evans, ale doskonale pamiętał identyczne słowa, padające z jej ust. To zabawne, ale Lady wypowiadała je z bardzo podobną nutą czułej kpiny.

– Obiecuję – wyszeptał cicho.

– Dziękuję. Musimy zająć się twoją dłonią. Stój przez chwilę spokojnie, może trochę boleć.

Dziewczyna pewnym, szybkim ruchem wyciągnęła szkło, natychmiast nakrywając ranę swoją dłonią. Poczuł szczypanie, którego nie mógł uznać za uciążliwe, raczej…kojące. Przez wysublimowany wdzięk płomiennowłosej zdążył zapomnieć jak potężną czarownicą była. Wtargnęła do najpotworniejszego z więzień, jakby był to dla niej zwykły spacer; wyprowadziła go stamtąd, w poważaniu mając dementorów; zwyczajnie skorzystała z teleportacji, choć powinno to być niemożliwe…jednym dotknięciem skruszyła kajdany, do których zdejmowania potrzebnych było dwóch krzepkich czarodziei…a to wszystko bez wypowiedzenia chociażby jednego słowa. W sumie nigdy nie widział, żeby ona Kai albo Ethan używali różdżek, więc zapewne zaliczali się do grona osób obdarzonych rzadkim talentem magii bezróżdżkowej. Po blisko dwóch minutach odsunęła dłoń. Rana zniknęła nie pozostawiając po sobie śladu. W leczeniu również była niesamowita…

– Lepiej? – uśmiechnęła się.

– Zdecydowanie. Dzięki – wymamrotał.

Wzdrygnął się kiedy usłyszał subtelne dźwięki muzyki, która niespodziewanie rozległa się w pomieszczeniu. Lady tak samo zdziwiona jak on, spojrzała w kierunku drzwi. Skrzaty, chcąc umilić im wieczór, zjawiły się wraz z instrumentami. Wspierając się magicznymi sztuczkami, zaczęły grać utwór, który Syriusz doskonale znał – często gościł na balach wydawanych przez jego rodziców. The Second Waltz, Dimitrija Shostakovicha. Nieśmiało wyciągnął dłoń ku Vallerin.

– Pozwoli pani? – uśmiechnął się zadziornie.

– Z przyjemnością! – zaśmiała się opierając subtelnie palce na wewnętrznej części jego dłoni.

Black wyprostował się dwornie jak zawsze wymagała od niego matka. Często obrywało mu się za to jak niechlujnie podchodził do tańca, przez co zaczął nie znosić bankietów. Jako młody chłopak nie miał ochoty godzinami zabawiać tańcem podstarzałych bab, mizdrzących się do niego ohydnie. Teraz jego towarzyszką była nadnaturalnie piękna kobieta, więc chciał zachować się jak należy. Objął jej talię i przyciągnął bliżej siebie, utrzymując jednak niekrępującą odległość. Nie chciał po raz kolejny naruszyć jej strefy komfortu…nie chciał, żeby się go bała, a miała ku temu wszelkie powody, po tym jak ją uderzył. Płomiennowłosa oparła dłoń o jego bark, drugą wsuwając czarująco w jego dłoń. Tańczyła zupełnie tak jak wyglądała – z magnetyczną gracją, poddając się jego prowadzeniu. Obawiał się, że zapomni kroków albo ją podepcze, jednak dziesiątki godzin spędzonych za młodu na balach nie pozwoliły pamięci ruchowej puścić w niepamięć wysiłków. Nienachalnie obserwował swoją towarzyszkę. Uśmiech nie schodził z jej cudownej buzi, sprawiając mu niewypowiedzianą radość. Nigdy nie trzymał w ramionach tak urzekającego zjawiska. Nieświadomie wzmocnił uścisk, chcąc mieć ją bliżej siebie. Wpatrzony w błękitne oczy nabrał ochoty na chwilę nieskrępowanej szczerości, której później mógł słono pożałować.

– Vallerin to jak cię potraktowałem…jest niewybaczalne, ale pozwól mi proszę spróbować się wytłumaczyć. Od kiedy tutaj jestem czuje się…dziwnie. Dzięki tobie, Kaiowi, Ethanowi i skrzatom przypomniałem sobie jak to jest być częścią grupy, elementem czyjegoś życia. Ja…to mnie przeraża, wiesz? Raz już straciłem wszystko przez jeden głupi błąd. Nawiną, nieprzemyślaną decyzję podjętą w chwili słabości. Ja…nie chcę po raz kolejny przez to przechodzić. Nie chcę przywiązać się do nikogo, żeby powtórnie nie poczuć tego przeraźliwego bólu straty. To-to by mnie zabiło. Za każdym razem, kiedy poczuję się szczęśliwy, mam wyrzuty sumienia. Zawiodłem ich…zawiodłem Jamesa, Lily i Remusa, a przede wszystkim zawiodłem Harry’ego. Ta myśl…nie pozwala zaznać mi spokoju. To nie ja zabiłem Jamesa i Lily, ale przyłożyłem do tego rękę. Bez znaczenia czy świadomie, czy nie…przeze mnie zginęli. Powinienem mieć chociaż na tyle rozsądku i przyzwoitości, żeby zaopiekować się Harrym zamiast uganiać się za zdrajcą, ale wtedy-wtedy obchodziła mnie tylko zemsta. Prześladują mnie obrazy martwych ciał przyjaciela, który był mi bratem i jego pięknej, kochającej żony. Dzieliłem z nimi tak wiele wspomnień…przez wszystko przechodziliśmy razem, a w jednej chwili ich zabrakło. Czasami słyszę ich głosy, przywracające wspomnienia najpiękniejszych chwil w moim życiu. Nienawidzę tego. Nienawidzę myśli, że więcej ich nie zobaczę. Nienawidzę swojej przeszłości. Nienawidzę teraźniejszego świata, który jest dla mnie zupełnie obcy. Nienawidzę przyszłości bo wiem, że nie będzie w niej Jamesa i Lily, choć pragnę tego bardziej niż czegokolwiek innego. Nienawidzę tej cholernej pustki, która mnie przepełnia. Nienawidzę obrazów wojny, które widuję w koszmarach. Nienawidzę tego jak jestem słaby. Nienawidzę samego siebie. Za każdym razem, gdy widzę w lustrze tę durną gębę, czuje wstręt. Nie zasługuję na twoją troskę. Nie zasługuję na żadne cieplejsze uczucie. Jestem zwykłym, bezwartościowym śmieciem…Wrakiem bez marzeń i realnych pragnień, które umarły razem z Jamesem i Lily. Nie mam już nic i na nic nie zasługuję. Kiedyś byłem Syriuszem Blackiem III. przyjacielem, Huncwotem, ojcem chrzestnym wspaniałego dzieciaka, żołnierzem…nie mam pojęcia kim jestem teraz, ani kim być powinienem.

Szarooki zamilkł. Nie spodziewał się, że jego monolog tyle potrwa. Mówiąc gapił się w przestrzeń, nie przestając wirować w rytm dobrze znanych melodii. Teraz kiedy zrzucił z serca potężny kamień, zaniepokoił się brakiem reakcji ze strony Lady. Zerknął w dół, chcąc zobaczyć jej twarz i skamieniał. Po jasnych, drobnych policzkach spływały łzy. Patrzyła wprost w jego oczy z rozdzierającym serce smutkiem. Wstrzymał oddech widząc coś nieprawdopodobnie przerażającego w tym nieskazitelnym błękicie. Ona wie – teraz słowa, które wypowiedział głos Lily nabrały sensu. Ona rozumiała…całym sobą odczuwał, że dokładnie znała każdy aspekt uczuć o których mówił. Znała potworność utraty ukochanej osoby. Znała ciężar przytłaczających wspomnień. Znała strach przed powtórnym popełnieniem brzemiennego w skutkach błędu. Znała samotność i niepewność. Znała dręczącą nienawiść do własnej osoby. W jej urzekających oczach odbijało się jego własne oblicze. Skąd ona… – to pytanie uleciało z jego myśli, gdy poczuł szczupłe ramiona obejmujące jego tors. Vallerin przytulała go z całych sił, opierając mokry policzek na jego piersi. Serce załomotało mu nieznanym rytmem, a ciało odmówiło posłuszeństwa zastygając nieruchomo.

– Skoro nie wiesz kim powinieneś być, zostań Syriuszem Blackiem III. Bądź boleśnie doświadczonym przez los czarodziejem z bagażem przejmujących doświadczeń. Bądź aroganckim, niepokornym flirciarzem. Bądź mężczyzną, który pomimo utraty wszystkiego, nigdy nie zapomniał o miłości do przyjaciół. Bądź beztroskim, sarkastycznym dupkiem z idiotycznymi pomysłami. Bądź byłym żołnierzem, nawiedzanym przez demony wojny. Bądź bezczelnym buntownikiem, broniącym za wszelką cenę własnego zdania. Bądź rozchwianym, skrzywdzonym człowiekiem, próbującym odnaleźć swoje miejsce. Bądź roześmianym pijusem, niechętnym do przemęczania się. Bądź wiernym obietnicom przyjacielem, starającym się sprostać roli ojca chrzestnego. Bądź zadziornym, śmiałym awanturnikiem. Bądź facetem stale szukającym balansu między tragiczną przeszłością, a pozbawioną marzeń przyszłością. Bądź czarującym, pewnym siebie bawidamkiem. Bądź skonfliktowanym wewnętrznie byłym więźniem, którego niesłusznie zamknięto na tyle długich lat. Bądź człowiekiem ponad wszystko ceniącym sobie przyjaźń, oddanie, lojalność, odwagę i przywiązanie. Bądź Blackiem, czarodziejem, Gryfonem, wojownikiem i skazańcem. Wszystko co przeżyłeś czyni cię Syriuszem Blackiem III – zarówno tym, którego kochali twoi przyjaciele, jak i tym, którego ujrzałam w celi Azkabanu. To wszystko ty. Zaakceptuje każdy, nawet najmniejszy, element pozwalający ci być tym kim jesteś poza jednym – póki żyję, a pożyć zamierzam jeszcze całkiem długo, nigdy nie zaakceptuje twojej nienawiści do samego siebie, słyszysz? Nie znałam Lily i Jamesa, ale czuję się wobec nich zobowiązana do chronienia tego, co oni darzyli miłością – ciebie. Wierzę, że powierzyli ci zaszczyt bycia ojcem chrzestnym swojego jedynego dziecka, ponieważ kochali cię tak samo mocno jak ty ich. Nie pozwolę ci umniejszać ich uczuciom i zaufaniu, przez nienawidzenie tego co oni pokochali. Wytłukę to z ciebie, jeśli będzie trzeba.

Nie walcz z nią. Ona rozumie. Głos Lily po raz kolejny wydarł się z jego świadomości. Czy to o to jej chodziło? Czy ona i James…nie nienawidzili go tak bardzo jak on samego siebie? Poczuł się tak cholernie słaby, kruchy…bezbronny…nie hamując dłużej potoku łez, objął mocno ramionami Vallerin, opierając czoło na jej obojczyku. Lady jedną ręką gładziła jego plecy, palce drugiej dłoni wplatając w luźno związane pasma ciemnych włosów, by delikatnie przycisnąć jego głowę do swojego ramienia. Nic nie mówiła, o nic nie pytała…po prostu była, pozwalając mu na swobodny upust gromadzonych przez lata emocji. Czuł jej ciepły oddech na swojej skórze, uspokajający dotyk drobnych dłoni…słyszał cichy rytm jej serca, bijącego tuż obok jego twarzy. Była tu i nic więcej się dla niego w tej chwili nie liczyło.

   DIABEŁ STRÓŻ 

           Dragan siedział samotnie na tarasie, ukryty w mroku nocy. Nieprzebraną ciemność mąciła jedynie tląca się końcówka papierosa, ledwie muskająca wątłym światłem jego twarz. Tego wieczoru wypalił zbyt wiele fajek, nawet jak na niego. Uśmiechnął się, a jego demoniczne oczy rozświetlił lodowaty błysk. Intrygowało go to co widział we wnętrzu rezydencji.

Black był mężczyzną, który nigdy nie dorósł – Vallerin kobietą, która dorastała zbyt wiele razy.

On stracił ukochaną rodzinę – ona od wieków powtarzała cykl budowy i nieuniknionej straty własnej.

Jemu odebrano wszystko – ona walczyła, by mieć cokolwiek.

On został okrzyknięty mordercą – ona potworem.

O nim świat chciał zapomnieć – o niej nigdy nie pamiętał.

On zatracił się w walce – ona unikała jej za wszelką cenę.

On nie potrafił wziąć odpowiedzialności za samego siebie – ona uparcie brała odpowiedzialność za wszystkich.

On był słabym człowiekiem – ona najpotężniejszą z istot.

Wiele ich dzieliło, jeszcze więcej łączyło. Obydwoje byli rozbici przez przeszłość i zdewastowani wspomnieniami. Obydwoje pragnęli niezachwianej, pewnej bliskości kogoś, kto by ich zrozumiał. Dragan roześmiał się pod nosem, odsuwając od ust papierosa. Wypuścił powoli dym, wpatrując się w obraz nocnego, migotliwego nieba. Tych dwoje mogło stworzyć interesujący duet – choć nie był pewien czy okazałby się magicznym, czy też tragicznym. Miał zamiar to sprawdzić, wykorzystując niewiedzę pana Blacka w dość znaczącym aspekcie. Vallerin miała za plecami swego oddanego anioła stróża – jego. Dragan Luther nie był jednak aniołkiem jak wszystkie inne. Znaczniej bliżej było mu do istnego diabła, który swymi demonicznymi oczyma cierpliwie wyczekiwał odpowiedniego momentu, by dać porwać się skrzętnie skrywanej naturze. Nie otaczał swej Lady opiekuńczymi skrzydełkami z całą tą troską, zrozumieniem, empatią i tego typu bzdurami. Nie był wrażliwy, uczuciowy i ciepły jak ona. On był kruczoskrzydłym psychopatą z shotgunem w dłoni – gotowym w każdej chwili odstrzelić łeb każdemu, kto śmiał zagrozić jego pani. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 369
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!