Złote Serce Wiedźmy – Rozdział 2

“3: Zasady, których łamać nie wolno”

Podniosłem się do siadu czując potworny ból głowy i Saharę w ustach. 

Gdzie właściwie byłem? Było tu chłodno, ale to pewnie dlatego, że byłem w samych bokserkach.

– Zaraz co?! – Pytam już na głos i zerkam na nogi, gdzie jeszcze wczoraj były moje czarne spodnie. Obecnie ich nie było.

Tak jak koszulki, a to nie oznacza nic dobrego. Właściwe jeśli budzisz się nago i nie pamiętasz ostatnich pełnych dwudziestu czterech godzin, to zawsze zły znak. 

Kolejny dreszcz chłodu na plecach utwierdził mnie, że stało się za wiele. Byłem w swoim łóżku, ale to było na tyle z dobrych wiadomości.

Pierwszą złą jest fakt, że okna były otwarte na oścież, a nocą jest zimno. Nawet gdybym spał pod kołdrą jestem w stanie złapać przeziębienie.

Drugą złą wiadomością był fakt, że jestem w samych bokserkach, a nawet w pobliżu nigdzie nie było niczego do przykrycia się. Niepokojący fakt, zwłaszcza że punkt trzeci wykluczał, bym sam się rozebrał, a to już straszne.

Nie pamiętam ostatnich godzin.

To zdecydowanie najgorsza wiadomość z uwagi na fakt, że nawet po alkoholu mało kiedy mi się zdarzało coś zapomnieć. Wytłumaczenie jest jedno. 

Stało się coś tak przerażającego, że chciałem zapomnieć. Tylko właściwie co?

Przetarłem włosy i spojrzałem w stronę półki nocnej, gdzie powinienem automatycznie zostawić telefon, jak zwykle miałem nawyk to robić. Jednak widok półki zasłoniły mi szerokie ramiona śpiącego obok mnie, tak samo pół nagiego rudzielca, który się ślinił.

Z obrzydzeniem wstałem, lekko chwiejnie i zobaczyłem jak marszczy brwi mamrocząc coś pod nosem.

CO ON TU ROBI? 

Zrozumiem wiele rzeczy, ale nie Georga w mojej sypialni. 

Zresztą to teraz nie jest najważniejsze. Wypytam i zbesztam go, jak tylko się obudzi. Właściwe już zżera mnie ciekawość, ale jeszcze bardziej wewnętrzne uczucie brudu i pokona je tylko świeży prysznic. Ale jeszcze najpierw okna.

🌿🌿🌿

Wykąpany stałem przed wielkim lustrem, z kremem łagodzącym, nie wiedząc co najpierw powinienem posmarować. Byłem dość zmieszany, zwłaszcza z uwagi na mój stan. Cała lewa strona mojej szyi była w czerwono-fioletowych malinkach i nie tylko, okolice owych śladów ucierpiały w gorszy sposób. Dość duże odciski zębów zostaną ze mną na parę tygodni. Najgorsze było to, że nie miałem pojęcia jak do tego doszło i nawet nie wiem, z kim mogłem spędzić tak wczorajszy wieczór. Pomyślałem, że to George, ale znam go. Nawet pół przytomny i napalony po alkoholu nie dotknąłby mnie w taki sposób. Czułem nieprzyjemne dreszcze widząc te ślady. Czy to liczy się pod wykorzystanie? 

Pozwoliłem na to? Miałem tak wiele pytań. Przecież ja nawet nie wiem, kto to był, a jeśli to jakiś randomowy sąsiad, który będzie się ze mnie nabijał? Albo gorzej, wróci po więcej? Ludzie są różni, a ja jestem dość atrakcyjny. 

Nie byłoby nic w tym złego, gdyby to był mój przyjaciel albo przyjaciółka, ale ktoś obcy? Pewnie facet, sądząc po śladach? To nie w moim stylu. Ja nawet się nie całuję na pierwszej randce.

A to pierwszy dzień i wyglądam jak galerianka po upojnej nocy. To miasto sprowadzi mnie na psy.

Albo gorzej, przestanę się tym przejmować. 

– Woo stary, widzę, że poszalałeś w nocy. – Poczułem na ramieniu dłoń. Przestraszyłem się i krzyknąłem przerażony ściskając tubkę maści z całej siły. Zaraz po tym słyszę skrzek George’a, a gdy uchyliłem powieki, mój przyjaciel był cały w maści.

Spojrzał na mnie krzywo, jakbym mu matkę siekierą zabił, a zaraz potem zdzielił mnie w głowę z pięści aż się zachwiałem, cofając parę kroków. 

– George! Ała, kurwa! – Kopnąłem go w łydkę, a on uśmiechnął się wrednie. – Za co to było! To ty mnie przestraszyłeś! 

– A ty piszczysz jak panienka. – Odpowiada biorąc papier do rąk i zaczął ściągać z siebie resztki żelu. 

Spojrzałem na tubkę. Była pusta. 

Wzdychając skierowałem wzrok na papier z żelem i zdejmując go trochę przyłożyłem do szyi, nie myśląc przy tym za wiele. Trochę to było dziwne i na pewno nie higieniczne, ale poczułem ulgę, gdy na ranach od ugryzień pojawił się przyjemny chłód. Jakkolwiek było to obrzydliwe, ważne że pomoże. George spojrzał na mnie krzywo i wytarł jeszcze policzek, po czym brutalnie mnie przesunął sprzed zlewu i zaczął myć twarz. 

– Ziom, czemu wchodzisz mi do kibla, jak ja jestem? – Pytam go i sięgam po szczotkę do zębów. 

Spojrzał na mnie, a chwilę potem włożył głowę pod kran i przekręcił kurek na chłodną wodę. Nie lubiłem być ignorowany. 

Zakręciłem mu wodę, na co niezadowolony wyjął głowę z umywalki i przeczesał włosy w tył.

– Tho, jesteś facetem, więc to nie problem. Widziałem cię już nago, przecież często się przebierasz gadając ze mną. – Mówi jak gdyby nigdy nic i rusza pod prysznic. – Poza tym, to ja cię rozebrałem, jak byłeś ledwo przytomny. Jesteś mi jak brat.

Mówi prezentując swoje ciało, a zaraz potem zrzuca bokserki i staje przodem do wyjścia pokazując, że się nie wstydzi swojego ciała. O mój boże…

Błyskawicznie odwróciłem wzrok, czując gorący rumieniec wstępujący na moją twarz. To idiota.

– George! – Zasłaniam sobie twarz i ruszam do wyjścia z łazienki. – Ręcznik masz w szufladzie. Idiota. – Wyszedłem przed drzwi i nagle mnie olśniło. Wróciłem znów do łazienki. – Rozebrałeś mnie?

– Ta, było ci gorąco. – Mamrocze pod nosem i odkręca wodę. 

– Więc wiesz, gdzie są moje ubrania? Tak?

– Właśnie z tym może być problem… nawet nie wiem, gdzie dokładnie to zrobiłem. Ale wiem, że to ja, nie pytaj skąd.

Odpowiada mi szczerze, a ja rumienię się jeszcze bardziej. On naprawdę jest głupi. Mógł wcale tego nie robić. Własnoręcznie go ubiję, jak nie znajdę moich okularów i bandany. 

Wróciłem do pokoju i otworzyłem szafę, by znaleźć coś zakrywającego wszystkie ślady na ciele. Ostatecznie padło na czarne dżinsy i obcisły golf tego samego koloru. 

George w tym czasie wszedł do mojego pokoju z poważną miną. Co najmniej, jakby kopnął szczeniaczka i bardzo tego żałował.

– Dell, a gdzie są moje ubrania?

– Mnie nie pytaj. – Mówię i przekładam golf przez głowę. – Może wszystko jest u Eli? – Spojrzałem na jego półnagą osobę i westchnąłem. – Mój tata powinien mieć jakieś dobre na ciebie ubrania. Idź i się spytaj. 

Skrzywił się i unosząc wyżej łokcie wyszedł z mojego pokoju. Spojrzałem w lustro czy dobrze wyglądam i zrobiłem minę podobną do tej George’a sprzed chwili.

Moje włosy układały się w specyficzny sposób. Na górze były długie aż do nosa, a po bokach przycięte zacznie krócej. I naturalnie były bardzo proste. Problem był jednak w tym, iż samoistnie się unosiły. Oczywiście nie sterczały pionowo. Tylko sprawiały wrażenie, że jest ich bardzo dużo. Taki efekt chmurki. Nie byłoby w tym nic złego, w końcu wyglądałem tak dość przystojnie, gdy ułożyłem grzywkę i boczne włosy. Jednak nie było to praktyczne, zwłaszcza w Norwegii, gdzie ciągle wiał wiar i wyglądałem jak “przychlast”.

Stąd bandana, która utrzymywała fryzurę tak jak chciałem i było mi zwyczajnie wygodniej.

A teraz nie wiem, gdzie była i czułem wielką irytację widząc, jak moje blond włosy sterczą nie tak jak ja tego żądam. 

Ciemne kosmyki mieszały się z jasnymi i tworzyły bajzel.

Im szybciej znajdę moje rzeczy, tym lepiej. W tym telefon, którego nie było w pobliżu.

🌿🌿🌿

Po szybkim śniadaniu wyszedłem przed dom, gdzie czekał już na mnie George. Jak później mi powiedział, przebiegł szybko tyłem naszych domów i poszedł po swoje ubrania. 

To by wyjaśniało, czemu nie słyszałem go krzątającego się u mnie. 

Oboje ruszyliśmy do bramki, by czym prędzej opuścić posesję i iść do Eli, ale dosłownie znikąd przede mną zmaterializował się wysoki blondyn o zielonych oczach, potocznie też zwany moim ojcem.

– Dzień dobry, Delle Evanie Lavender. – Zrobiłem dwa kroki w tył słysząc swoje pełne imię i nazwisko. Tak mówił tylko wtedy, kiedy był wkurzony. 

Od razu ślina zebrała mi się w gardle i jakoś słabo się poczułem. Jestem pewny, że byłem jeszcze bardziej blady niż w normalnych okolicznościach. Gniew tego człowieka mógłby trupa zza grobu obudzić. 

– Dzień dobry, panie Lavedner. – Mówi George obejmując mnie ramieniem z wielkim uśmiechem. Mój ojciec zrobił na to krzywą minę.

– Wyjaśnisz mi, dlaczego wróciliście o wiele za późno? Zrozumiałbym wiele rzeczy, ale nie, gdy mój syn i jego przyjaciel wracają w samych gaciach do domu. 

Więc to pewne, zgubiłem ubrania, zanim jeszcze dotarłem do mieszania. 

Ze złych wiadomości, pewnie był środek nocy, a dwoje nastolatków praktycznie nago szło po ulicy.

– Właściwie nie, nie chcę nawet wiedzieć. – Ojciec przyłożył dłoń do czoła i westchnął. – Ehh, nie mam dziś na to siły. Zresztą to twoja pierwsza taka akcja i w sumie jesteś pełnoletni, więc tym razem ci daruję. Ale zrobisz tak jeszcze raz, a przysięgam, że zabiorę ci wszystkie książki i odetnę internet. – Odebrało mi mowę na dokładnie pięć sekund.

– C-co?! Chyba żartujesz! 

– A co sadziłeś, że poklepię cię po głowie? Dell, dla mnie wciąż jesteś brzdącem bez zębów, który zdemolował cały dom próbując usmażyć mi naleśniki. Nie mogę brać cię na poważnie.

Poklepał mnie po głowie i zaśmiał się, odchodząc w stronę domu. Obróciłem się, by jeszcze coś powiedzieć, ale nie wiedziałem co, więc odpuściłem z pokorą. Chociaż mimo wszystko nie spodziewałem się, że będzie chciał mi zabrać książki za to, że wróciłem nietrzeźwy do domu.

Nie rozmyślałem nad tym jednak za długo. Szybkim marszem udaliśmy się do domu Eli. Zastaliśmy tam jednak pobojowisko w postaci umierających od kaca ludzi. Drzwi nie były nawet zamknięte. 

Przechodząc między ludźmi, automatycznie wziąłem się za zbieranie kubków i pustych misek, zaś George mało delikatnie przesuwał ludzi z drogi. 

Dotarłem do salonu, gdzie półśpiąca Eli przelewała resztki niedopitych drinków do pustego, plastikowego pudła. Zauważyłem, że jej stan nie był lepszy od mojego. 

– Hej chłopcy… chcecie mi trochę pomóc? Okazało się, że tata wróci do południa… – ziewnęła, wrzucając kubek do wora i zerknęła w naszym kierunku. – I muszę ogarnąć ten syf. Nie spałam całą noc, by pilnować ludzi… – westchnęła i oparła się o pojemnik, ledwo dychając.

Jej wory pod oczami mówiły same za siebie. Ale może sprzątając odnajdę okulary i bandanę. I telefon, oczywiście.

🌿🌿🌿

Minęły dobre trzy godziny, odkąd zaczęliśmy sprzątać. Poza naszą paczką ludzie się ewakuowali czym prędzej. I gdy zostali sami swoi, Eli zaczęła masową produkcję czegoś na kaca. 

Ja siedziałem w kuchni na blacie polerując okulary do krystalicznej czystości. Miałem więcej pytań, ale na razie starałem się określić o co zapytam najpierw. Poza tym, myślę, że nikt jeszcze nie ma siły odpowiadać na nie.

– Na ile szacujemy straty?

Pyta George, który wręczył Hattie kubek z chłodnym napojem, a potem usiadł obok niej. Daemon zaś czynił jakieś czary mary nad swoją szklanką i dopiero po chwili zaczął z niej pić.

– Godność Dell, tak myślę, chociaż z tego co kojarzę, wracaliście do domu o trzeciej w nocy. 

Odpowiada zwinnie Tommy siedzący przed telewizją. Więc tak wyglądały u nich poranki po imprezach… 

Położyłem okulary na opasce i oparłem się o blat biorąc cytrynowy napój. Był przyjemnie chłodny.

– Ktoś pamięta większość imprezy? Albo ma nagrania?

Pytam w końcu i zerkam na towarzyszy, którzy poukrywali spojrzenia w swoich szklankach. Serio? Nie wiedzieli?

Pierwsze moje odczucie, to zażenowanie, ale z drugiej strony nie ma co się dziwić. Wszyscy wypili więcej niż mogli. 

Jednak ktoś musiał coś pamiętać albo nagrać. I jestem pewien, że chociaż jedna z tych osób ma nagranie, jak się do kogoś kleję. Chciałem się tylko upewnić, że dupek, który mnie oznaczył ustami też nie pamięta i nie będzie robił mi problemów. Zresztą, dobrze byłoby też wiedzieć, z kim mnie poniosło, skoro zwykle tak nie robię.

Dotknąłem szyi czując drobne uwypuklenia w miejscach ugryzień, spuchła jeszcze bardziej. Nawet mogłem czuć ciepło i pulsującą krew starającą się to zaleczyć. 

– No dalej, ktoś coś musi wiedzieć! – Podnoszę się z blatu, a zaraz potem Fael uderza mnie w tył głowy na znak, bym nie krzyczał. 

Eli zerknęła na mnie i chwyciła za ramię podając mi jogurt.

– Dell, organizujemy takie imprezy często, ludzie prawie wcale tego nie nagrywają. W połowie imprezy przywieźli więcej wódki, więc nie sądzę, by ktokolwiek coś pamiętał. Nie przejmuj się, serio. Myślę, że nie stało się nic szczególnego. – Poklepała moje ramię lekko i podała też łyżkę. – Zjedz coś, jogurt jest dobry na zatrucia.

Spojrzałem na białą breję i wrzuciłem do niej sztuciec. Moje myśli i tak nie dadzą mi spokoju. Bo jakim prawem na takim zgromadzeniu absolutnie nikt nie nagrywa tu niczego i pamięta jeszcze mniej? To było wręcz niemożliwe… a jeśli tak, w jakim świecie oni wszyscy żyją?

🌿🌿🌿

Wszyscy skończyli oglądając jakiś horror, właściwie ja też. Ale nie skupiałem się na fabule, siedziałem na mediach społecznościowych dodając się do różnych grup, związanych z tym miejscem.

Lubię być na bieżąco ze wszystkim, a Instagram i Facebook, to kopalnie informacji o czymkolwiek.

Do domu wróciłem pod wieczór, już zupełnie sam, bez George’a. W końcu muszę pogadać z tatą, nie czułem się w porządku w stosunku do tego, że rano był wściekły. Do tej pory był mi bliską osobą, której mogłem mówić wszystko. 

Gdy trzeba było, był mi przyjacielem, ale potrafił też mnie zbesztać i okazać miłość matki. Zajęło mu to jakiś czas, to całe przyzwyczajanie się, że nagle musiał zastąpić mi tak wiele osób na raz. Na moje szczęście był troskliwym rodzicem, który nigdy nie zatracił się w swojej pracy, by dać mi wszystko, nawet jeśli nie potrzebowałbym połowy tych rzeczy.

– Wrócił syn marnotrawny. 

Wymamrotał, gdy tylko przekroczyłem próg kuchni, a zaraz potem z gorącym omletem stanął w pobliżu wskazując patelnię. Automatycznie ruszyłem po talerz.

– Wybacz, nie chciałem wrócić tak późno… i w takim stanie. Zapomniałem się. – Wyznałem bardzo cicho, gdy przekładał omlet na moje naczynie. 

– W porządku, już ci wybaczyłem. Chcąc nie chcąc, muszę cię zrozumieć. Też byłem nastolatkiem i też uczestniczyłem w libacjach alkoholowych. – Podniósł głowę w górę i zaraz potem wrócił do mnie chwytając miskę, w której był nieudany omlet. – Ale przynajmniej byłem ubrany.

Zaśmiał się, a ja niemal zadławiłem. Jednym ruchem zabrałem szklankę z wodą i zacząłem pić, by tylko przełknąć ten cierpki smak tej uwagi.

– Ta, tak czy siak, powinienem się pilnować. 

Odpowiedziałem wbijając widelec w omlet. A wtedy na blacie ojciec ustawił sporego rozmiaru księgę, owiniętą rzemiennymi paskami. Od razu wydała mi się dziwna. Wzbudziła w moim ciele ukryty lęk, ale też miałem wrażenie przyciągania. 

Byłem pewny, że to książka mamy. Ona miała pełno takich rzeczy. Nie wiem, czym się tam zajmowała, to był jakiś kult czy coś takiego. Wszystko trzymała na strychu, by nie drażnić tym ojca, chociaż w moich wspomnieniach on zawsze chciał jej pomagać w tych sprawach.

– To książka rodowa twojej mamy. – Stwierdził ojciec, jak gdyby nigdy nic. Ale powiedział to w taki sposób, jak gdyby wiedział, nad czym myślałem. – Pewnie myślisz, czemu daję ci ją dopiero teraz. 

Tak. Nie. Tak? 

Pewnie wcześniej byłem za młody. Moment, on mi ją daje?

Palce mi zadrżały, a chwilę potem mój talerz został usunięty jednym ruchem na bok stołu. Dla mnie w tej chwili nie było ważne już zupełnie nic, czy to fakt, że jestem głodny, czy kolejny fakt, że byłem padnięty jak nigdy.

Złapałem za księgę i postawiłem przed sobą, łapiąc palcami za rzemyk. Moje palce drżały, a z głowy zniknęły wszystkie myśli. Pozostały emocje, szczęście, niepokój, przyjemność. 

Rozwiązałem wstążkę odrzucając ją na bok i już miałem otworzyć pierwszą stronę, kiedy moją dłoń chwycił ojciec, sprowadzając tym samym na ziemię. 

– Dell… Posłuchaj mnie. 

– Tak? – Pytam niepewnie, a on wstał z krzesła i zaraz potem usiadł przy mnie. Miał na twarzy ciepły uśmiech i w tej jednej chwili wyglądał zupełnie jak ona… moja mama.

– Twoja mama pochodziła ze starej rodziny, ale to wiesz, prawda? – Spytał, a ja na potwierdzenie skinąłem głową patrząc na jego dłonie, powoli dotykające symbolu na okładce. – Tradycją jest, aby pierworodny w swoją pierwszą równonoc wiosenną, został wpisany do księgi. Twoja mama też cię do niej wpisała, bo byłeś naszym jedynym synem. – Wymamrotał otwierając księgę w połowie i zaraz później położył ją na moich nogach, wskazując pismo mojej rodzicielki i kilka rozmazanych kropel krwi. – Dokładnie osiemnaście lat później należy oddać księgę następnemu pokoleniu, które będzie jej strzegło. Daję ci ją jednak dziś… ponieważ wypełniam teraz ostatnią wolę twojej mamy.

Odpowiedział, a ja miałem wrażenie, jakby na chwilę zatrzymało się moje serce. 

Jego słowa, mimo że nie były jakieś nadzwyczajne albo gnębiące, to wywołały we mnie smutek, a w moich oczach zebrały się łzy. 

Dziwny ból wypełnił mnie całego. To było dziwne, inne. Spojrzałem na ojca, który otulił mnie szybko ramieniem, nawet na mnie nie patrząc. Jemu też zrobiło się smutno. Pochylił głowę nad księgą i ścisnął moje ramię dodając mi otuchy.

Nie miałem słów, które mógłbym powiedzieć w tamtej chwili. Jedynie wpatrywałem się w księgę, gdzie każda strona należała do kogoś innego. Dotykałem palcami lekko każdej litery, drżąc jakby z obawy, że za chwilę którąś ze stron mogę zniszczyć. To był dziwny stan. Nagle oprócz mnie i ojca czułem obecność wielu innych osób, a te przypatrywały mi się.

– Tę księgę ludzie spisują od wielu pokoleń, z pierwotnego na pierwotne. To po części symbol głowy rodziny. – Pociągnął nosem i otarł dłonią samotną łzę. – Jesteś teraz ostatnim z rodu Adine. Chociaż nikt już nie używa tego nazwiska, to wciąż zaszczyt.

Uśmiechnął się w moim kierunku ciepło, obserwując zdobienia okuć okładki. Przez te lata musiał pilnować tej pamiątki dla mnie… 

Chcąc nie chcąc, w jednej chwili wybuchnąłem płaczem, a z mojej twarzy zaczęły kapać duże, słone łzy. Zaciskając oczy schowałem twarz w ramieniu ojca. Opisać ten wybuch było dość dziwnie. Miałem wrażenie, jakbym uzyskał pozwolenie na łzy. 

Nawet jeśli minęło tak wiele lat od tej tragedii i nauczyłem się walczyć z takimi emocjami. Mając jednak coś, co należało do moich przodków, poczułem stan wprowadzający moje ciało w wibracje. Smutek, złość i szczęście pomieszane z żalem, że to właśnie nie moja matka oddala mi księgę własnoręcznie. Ale nie mogłem nikogo obwiniać za to, że ona nie żyje. 

Ojciec owinął mnie ramionami, lekko kołysząc na boki. Myślę, że spodziewał się tego, jak bardzo się rozkleję, gdy dostanę coś takiego. Dłonią gładził moje włosy tak długo, aż się w miarę nie uspokoiłem. Potem z promiennym uśmiechem wytarł mi nos jak małemu dziecku i biorąc księgę owinął rzemykiem.

Otarłem resztę łez, zaczynając czując, jak drętwieją mi palce, żal wypełniał mnie po brzegi. Ale i tak przecież nic na to nie poradzę. Przytuliłem jedynie księgę do piersi i wstałem, jeszcze raz ściskając tatę. Żaden z nas nie musiał nic mówić. On czuł to samo, więc pozwolił mi odejść. 

Wróciłem do pokoju i zasłoniłem wszystkie zasłonki oraz włączyłem ledy w moim pokoju, i usiadłem na łóżku. Księgę ułożyłem sobie na kolanach i zaraz znów odrzuciłem rzemyki na bok, przyglądając się książce. Była obita grubą warstwą skóry i żelaznymi okuciami na okładce. Była bardzo ciężka, a na dodatek do przedniej części był jeszcze ręcznie wyrzeźbiony symbol rodowy. Nie była najpiękniejsza, to fakt, ale liczyła się wartość księgi.

Przesunąłem palcami po symbolu gwiazdy, który był trzymany przez dwie, niewyraźne, kobiece postaci. 

Otworzyłem księgę na pierwszej stronie i zobaczyłem ścianę zdobionego tekstu, którego jednak nie rozumiałem. Głównie dlatego, że było to napisane jakimś starym językiem, który na pewno nie jest już nigdzie urzędowy. Nie była to nawet łacina, bo ona wyglądała inaczej. 

Czułem buzującą we mnie ekscytację, aż włosy stanęły mi dęba. Przewróciłem kilka stron tekstu i zauważyłem pierwsze opisy rodowe. Imiona i nazwiska oraz ciemne plamy krwi. To pewnie jeden ze starych obrzędów, a krew należy do osoby, której imię napisane było wyżej.

Byłem pewny, że ta księga dość szybko załata moją pustkę po przeprowadzce i z pewnością jakiś czas skupię na niej myśli. Będzie mi lekiem na niepokój, związany ze wczuciem się w otoczenie. 

Oczywiście księga nie sprawi, że nagle zapomnę o wczorajszej imprezie, wciąż będę szukał odpowiedzi na pytania. Ale na parę dni po prostu skupię się na czymś innym. 

Z tą myślą przysnąłem, ściskając na w pół otwartą księgę. Miałem wrażenie otaczającego mnie ciepła i drobnych dłoni mojej rodzicielki. Chociaż to pewnie złudzenie. 

Wiedziałem, że od dziecka otaczają mnie dziwne rzeczy związane z jakimś kultem, czasem miałem nawet wrażenie, że to magia. Ale przecież to niemożliwe. Jeśli by tak było, ojciec by mi to powiedział. To zwykła wiara, jak każda inna.

Na wszystko było wyjaśnienie, nawet na moje dziwnie pocące się dłonie.

Obudziłem się następnego dnia, wcześnie rano. Owinięty w kokon otworzyłem oczy i zobaczyłem moją księgę leżącą obok. To rozbudziło mnie bardzo szybko i zaraz potem z księgą pobiegłem na dół i położyłem ją na kuchennym, granitowym blacie, gdzie ojciec układał na talerzu tosty. 

– Dzień dobry, Dell. 

– Dobry… – Odpowiadam szybko i z uśmiechem poklepuję książkę. – Tato, tu jest parę kartek tekstu, mama wspominała ci może, jaki to język? 

Miałem nadzieję, że chociaż może przypuszczać, jaki to dialekt. Może gdzieś w internecie znalazłbym coś więcej. Może nawet jakiś artykuł uczący to odczytywać. Ludzie interesują się starymi językami. A ja byłem święcie przekonany, że jak to przeczytam, to na bank będę w stanie zbliżyć się do mamy. On przełożył kolejne tosty na talerz i ruszył do lodówki. 

– Twoja rodzina pochodzi z Europy, z krajów słowiańskich, ich wiara opierała się na tym, w co wierzyli poganie, ale nie tylko. Nie wykluczali późniejszej wiary chrześcijańskiej i nawet je połączyli na swój sposób. – Oparł się o blat, otwierając księgę. – Korzystali również z rzeczy, które były uznane za kult wiedźm, dlatego dość szybko zostali przepędzeni ze swoich domów i ruszyli w podróż, aż osiedli tutaj. 

– Ale co to ma do języka? – Pytam, przerywając mu odpowiedź, za co mnie zdzielił po głowie i wsadził mi do ust tosta.

– Ucisz się i słuchaj. – Warknął groźnie i spojrzał znów na książkę zapisaną drobnym, zdobnym drukiem. – Gdy tu osiedli, spotkali podobne plemię i to nie jedno. Ale nie mogli się zrozumieć. I tak utworzyli język, którym mogli zrozumieć się wszyscy. Przypuszczam, że to właśnie to. I jest połączonym językiem kilku plemion, więc nie należy oczekiwać, że ktokolwiek go zrozumie. 

– Wiesz, że mogłeś ominąć połowę twojego wyjaśnienia? – Pytam go, a on klepie mnie po plecach i zamyka księgę.

– Ta, ale w ten sposób było ciekawiej.

– Nie, wcale nie.

– Tak, wcale tak.

Widzę jego podły uśmiech, a zaraz potem zabrał tosty i poszedł do salonu.

– Jak chcesz, poszukaj na strychu, na pewno coś znajdziesz! – Wykrzyczał jeszcze, a ja jak poparzony podskoczyłem na krześle. 

Zabrałem księgę i podciągając jeszcze spodnie, pobiegłem błyskawicznie po schodach w górę. Czemu on mówi mi takie rzeczy dopiero teraz? Całe życie nawet słowem nie wspomniał, że są jakieś pamiątki po mamie. Skrzyczę go, jak tylko znajdę coś fajnego.

🌿🌿🌿

Strych był dość zniszczony. Nawet po gruntownym remoncie było widać pożółkłe plamy na deskach sufitu. 

I był w połowie pusty.

Stał tylko jeden regał świeżo po czyszczeniu.

Nie było ani kartonów czy skrzyń, jak kiedyś. Wszystko spłonęło i została tylko jedna półka. Otworzyłem szafkę i zaciągnąłem się zapachem przypalonych ksiąg. Chwyciłem tą na samej górze i spojrzałem na zabrudzoną, błękitną okładkę, w połowie wypaloną. Zdobne litery były oblepione kurzem.

Dmuchnąłem w środek, by oczyścić ją z pyłków, a zamiast tego zacząłem się od nich dusić, na zmianę z kichnięciami.

Dopiero po paru minutach mogłem normalnie odetchnąć. Zapomniałem, że to głupi pomysł, dmuchać w coś w kurzu. Otworzyłem książkę na pierwszej stronie. Te notatki się znacznie różniły od tych w moim rodowodzie. Były napisane starą łaciną, ale pojedyncze słowa udało mi się odczytać, jak stara nazwa określająca wróżki. A dokładnie dzieci wróżek. Była też mowa o bliźniaczej sile, czy czegoś takiego. A dalsze słowa nie miały sensu. Również inne nazwy nie były dla mnie racjonalne i sensowne. Kolejne strony były coraz dziwniejsze, ale miały przynajmniej jakieś rysunki, później zamierzałem ich poszukać. 

Odłożyłem ją na miejsce i chwyciłem za coś przypominającego raczej notes, obłożony czarną skórą z dużą klamrą zamykającą książkę. Nie myśląc nad tym wiele, otwarłem ją w połowie. Pierwsze, co zobaczyłem, to obrazek rozciągnięty na obie strony, z czymś jak podłużna jaszczurka, jednak miała znacznie więcej odnóży, a na głowie miała szpiczaste rogi. Przewinąłem parę kartek, były po angielsku, a bardziej w starym brytyjskim i przedstawiały opisy magicznych stworzeń. Widocznie to bestiariusz. Był naprawdę dobrze zrobiony. 

Oczywiście zdziwił mnie fakt, że wszystkie księgi są w innym języku, ale te po brytyjsku zdołam zrozumieć, więc odłożyłem je na stary stół obok i chwyciłem następne tomiszcze z zamiarem poznania zawartości. A może gdzieś będzie coś o rodzinnej historii. 

Mama spędzała tu godziny, ja czasem razem z nią, choć nie pamiętam co robiliśmy. To miejsce było ważne i poświęcała mu czas. Samo przebywanie w pobliżu, zbliża mnie do niego, a to wiele dla znaczy. Przede wszystkim poczułem spokój. 

Chwyciłem jeszcze jedno tomiszcze, w zdecydowanie najgorszym stanie. Miało parę wstążek do zaznaczania stron, trochę poszczerbione i podpalone. Czarna okładka miała dziury, przez które przebijała się warstwa jakiejś dziwnej, substancji? Nie wiem, jak to nazwać. Może to jakieś tworzywo, które nie płonie. 

Nie było zawleczki, ani paska, tylko coś jak przytopiony guzik albo coś tego typu.

Książki są moją obsesją, więc nie mogłem nie zwrócić uwagi na to, jak wyglądają.

Przewróciłem parę stron. Środek książki był niemal nie naruszony, co było dziwne. Chociaż kartki były już żółte i lekko starte, a część napisów była rozlana. I ten intensywny zapach kwiatów i ziół.

I ku mojemu szczęściu była w większości po angielsku.

Po pierwszych stronach zobaczyłem coś w rodzaju regulaminu. I podpunkty, nad którymi były ołówkowe dopiski. Właściwe na poprzednich stronach były takie same.

– Pięć zasad pierwotnej magii. – Odczytałem na głos i ramieniem oparłem się o półkę.

Wróciłem jeszcze na chwilę do pierwszej strony i zerknąłem na znak, podobny do tego, który był na książce rodowej. Może to róża sił albo coś takiego.

Przysunąłem twarz do ołówkowego napisu i odczytałem drobnym drukiem “Księga rodziny Adine”. Spojrzałem na kolejną kartkę, ale nie było więcej dopisków, które mówiłyby coś jeszcze o wstępie do magii.

Wróciłem wzrokiem do pięciu przykazań, które zaczynały się dosłownie tak, jakbym miał o tym pojęcie. A może jakieś wyjaśnienie?

“1. Każdy urok, klątwa czy zwykłe zaklęcie, ma swoją cenę, którą należy opłacić.

2. Nie ma dobra czy zła, są intencje i ich skutki.

3. Magia bez ochrony może sprowadzić nieszczęścia tak samo, jak ta nie opłacona.

4. Adept nie znający podstaw, nie powinien praktykować szerszego zakresu, nim się nie nauczy.

5. Złamanie zasad po ich świadomym przyjęciu w dniu srebrzystego chrztu, zwróci się klątwą dla każdego, który zdradził pierwotną magię.”

Rany. Moja mama interesowała się magią.

Odłożyłem książkę na blat i wróciłem z powrotem do półki. Jednak inne książki nie były już zrozumiałe. Wszystkie wypisane były łaciną i tym drugim językiem, którego chyba nikt nie zrozumie. A część była nawet w połowie spalona. Jednak znalazłem jeszcze małą szkatułkę, zamkniętą na klucz. 

Tego byłem ciekawy najbardziej, może będą tam rzeczy mojej mamy… Problem w tym, że nigdzie nie było klucza.

Podekscytowany znaleziskami zabrałem dwie książki i szkatułkę na sam dół, do ojca, który siedział na kanapie i szukał coś w laptopie.

– Czemu mi nie mówiłeś, że mama interesowała się takimi rzeczami? 

– Uważałem, że nie byłeś gotowy. – Mówi nie odrywając wzroku od laptopa i pociera czoło. – Ja sam nie byłem gotowy. Wciąż nie chcę ci powiedzieć wszystkiego. 

Odwrócił się w moją stronę i westchnął ciężko, patrząc na moje ręce. Przymknął zmęczone oczy i założył okulary wracając do laptopa.

Nie wiedząc czemu, poczułem wściekłość. Dlaczego mi tego nie powie? Otulając książki odsunąłem się sprzed progu i ruszyłem do swojego pokoju. Nie będę naciskał. Mimo że nie rozumiem, czemu nie powie. Sądzi, że wezmę magię na poważnie? A może miał powód?

Usiadłem przy biurku w swoim pokoju i otworzyłem tą większą, bardziej zniszczoną księgę, na kolejnej stornie.

Pirokineza.

Podstawą jest manifestacja. Ogień jest wszędzie, należy go jedynie obudzić. 

Odczytałem w głowie i zerknąłem niżej na rysunek świecy. Zrobiło mi się nagle gorąco i usłyszałem pękanie szkła koło swojego ucha.

Podskoczyłem błyskawicznie i spojrzałem na lampę, która chwilę potem zaczęła mrugać światłem. Chwyciłem obie książki i ruszyłem do tyłu, i w tej samej chwili pękła żarówka.

Z piskiem puściłem księgi, a szkło rozsypało się na drobny mak. Z klosza lampy zaczął wylatywać gaz z pękniętej żarówki, a potem zapłonęła.

Jedyne o czym pomyślałem, to odcięcie go od powietrza, ale na piętrze była gaśnica. 

Czując jak szybko bije mi serce, wybiegłem z pokoju i wyrwałem gaśnicę z nad drzwi łazienki, i prawie się przewracając wbiegłem znów do pokoju, ale to co zastałem, przekraczało moje oczekiwania. Lampa już nie płonęła, a na dodatek była cała mokra. Rozejrzałem się za źródłem wody, które mogłoby do tego doprowadzić. I zobaczyłem przewróconą szklankę na parapecie. 

Ale to prawie cztery metry dalej…

Odstawiłem gaśnicę i stanąłem nad biurkiem, na którym była nie wielka ilość wody. 

– Okej, musi być na to logiczne wytłumaczenie. 

Mamroczę i zbieram księgi z ziemi, po czym przenoszę je na łóżko. Lampę odłączyłem od prądu i mrugając parę razy upewniam się czy na pewno jeszcze się nie pali.

Przecież wszystko da się wytłumaczyć. Tak?

🌿🌿🌿

George pojawił się w moim domu jeszcze gdy spałem. Oczywiście mi się to nie podobało i dostał poduszką w głowę. 

– No dalej Dell. Zrobię ci śniadanie. – Kopnął mnie w tyłek i zabrał kołdrę, po czym ruszył z nią do drzwi.

Byłem zmęczony i nie miałem ochoty gadać. Pół nocy próbowałem sobie wyjaśnić co właściwie stało się z lampą. Ostatecznie stwierdziłem, że doznała samozapłonu, a ta woda na biurku to definitywnie był skroplony gaz. 

Ubierając przez głowę golf, wszedłem do łazienki i wsadziłem w usta szczoteczkę. Wyglądałem, jakby mnie piorun strzelił, a czułem się jeszcze gorzej. 

Nie wyspałem się, moje powieki zdawały się zamykać samoistnie podczas szorowania zębów. Zdecydowanie bardziej wolałbym dziś dzień spędzić w łóżku. 

Szkoła zaczęła się dwa tygodnie temu, a ponieważ ja przyjechałem w piątek, to miałem te trzy dni na przywyknięcie. Ale nie byłem gotowy na szkołę. Po pierwsze, tu każdy się zna. Będę więc obiektem zainteresowania z bez sensownych powodów. Miałem nadzieję, że tym razem nie będę też obiektem drwin. W poprzednich szkołach zawsze byłem najniższy, a nawet niektóre panny były wyższe niż ja.

Miałem coś koło metra siedemdziesiąt pięć, nie chodziłem na siłownię, więc nie miałem fantastycznych mięśni, ale swojego czasu trochę ich wykształciłem, dzięki czemu nie wyglądałem najgorzej. Chociaż miałem swoje prywatne kompleksy, jak wcięcie w tali albo ciut większe piersi, chociaż według trenera to mięśnie i to całkiem normalne, że tak wyglądam…

Aczkolwiek czułem się z tym dziwnie. Zdecydowanie dziwnej, niż z moimi szerokimi udami, co akurat lubiłem w mojej sylwetce.

Ale czasem moje wady, widoczne lub nie, są bardzo wytykane. Raz zostałem obrażony tylko dlatego, że moja karnacją jest za blada, co dla mnie było absurdem. 

Skończyłem myć zęby i lekkim krokiem zszedłem na dół, gdzie serio stał George z gotowym śniadaniem.

– Twój tata zostawił ci kartkę, że pojechał do pracy. Jesteś gotowy? To pojedziemy do szkoły.

Mówi, a ja zadrżałem na dźwięk wyrazu “szkoła”. Niespecjalnie się tam spieszyłem, raczej wolałbym uniknąć tego tłumu. Jestem pełen sprzeciwów.

Uderzył mnie torbą z jedzeniem w klatkę piersiową i chwycił za klucze od domu, i łokciem zaczął mnie pchać do wyjścia. 

– Słuchaj Dell, może już ci mówiłem. – Zaczął, zamykając drzwi. 

– George, nie mam torby… – Przypominam sobie nagle, a on krzywiąc się zdzielił mnie w tył głowy.

– To na co czekasz! Won po torbę. – Wpycha mnie z powrotem do domu. – Czekam w aucie.

Praktycznie na spirncie pobiegłem po moje rzeczy. 

Z drugiej strony, może w szkole dowiem się, z kim się całowałem dwa dni temu. 

Z torbą na ramię i zapasową kamizelką wszedłem do auta i otworzyłem lusterko, by związać moje włosy bandaną.

– Jedziemy. – Warknął na mnie George i odpalił auto. Widziałem, że tak naprawdę był podekscytowany, ale nic nie mówiłem. – Wracając. Nasza szkoła ma swoje dziwne zasady. Ich złamanie zwykle kończy się nieciekawie. Można uznać to za społeczną śmierć. Więc staraj się je ogarnąć.

– Ta… Czego ja się spodziewałem…? – Przekręcam oczami i z uśmiechem zakładam okulary. – No dawaj. 

– Po pierwsze, nasza szkoła sobie wykształciła hierarchię i grupy społeczne…

– Nic nowego. Chociaż to brzmi jak typowo amerykańskie liceum z książek.

– Oj zamknij się. Może kiedyś się dowiesz, czemu tak jest. Pierwsza zasada… Naucz się rozróżniać, kto stoi na jakim stanowisku. Druga, nigdy nie odmawiaj tym “wyżej” od siebie. Trzecia, uważaj z kim się zadajesz i co mówisz, to ma zwykle fatalne skutki. Czwarta, nie prowokuj nikogo, bo jeśli mówi, że cię zniszczy, zrobi to na wielu poziomach. I piąta, mądrze wybierz miejsce, gdzie chcesz spędzać czas. 

Już przy trzeciej zasadzie miałem ochotę się zaśmiać. Te zasady były absolutnie głupie i pozbawione sensu. Ale dla mojego dobra, nie skomentuję tego, inaczej George walnie jedno ze swoich kazań o tym, jak to się kończy, gdy go nie słucham. 

– A jak kończą ci, co łamią zasady?

– Zależy od osoby, ale zwykle przenoszą się do szkół parę miast dalej. Możesz po prostu uznać, że mamy bardzo toksyczną szkołę. Zwyczajnie je zapamiętaj i się stosuj. Będę przychodził po ciebie, więc wychodź ostatni z klasy. 

Stwierdził, a ja nie zauważyłem nawet, kiedy dotarliśmy na szkolny parking. Faktycznie tutaj jest wszędzie blisko. George spojrzał na mnie i zaraz potem na tłum nastolatków. 

– Mogę zostać w aucie? – Pytam, a George zaczyna się sarkastycznie śmiać, po czym zupełnie poważnie patrzy na mnie.

– Nie.

W tej chwili żałowałem, że jednak nie zapisałem tego testamentu.

Rozdział poprawiony [email protected] 

Autor StarsFiel
Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 485
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!