Young and Beautiful || Thorin Oakenshield ᚺᛟᛒᛒᛁᛏ

Płacz. 
Rozpacz.
Miłość, która tak szybko odeszła. Zapłakana kobieta pochylona nad zimnym ciałem córki. Nic już nie pomoże. Straciła wszystkich i została sama. Już wtedy wiedziała, że sobie nie poradzi. Wiedziała, że tęsknota będzie ją rozrywać od środka.
Nadzieja wysychała ze łzami. Smutek opanował wszystkich zebranych na tej uroczystości. Tylko ostatnie słowa kapłana odbijały się od marmurowych nagrobków. Śmierć jest wszędzie. Nikt nie jest w stanie zmienić tego. Nastąpiła chwila ciszy. Nawet płacz bliskich nie był słyszalny. 
-…Była taka silna…-trzy słowa wyszeptane w stronę trumny pozostaną na długo zapamiętane
Nic tak nie mogło zaboleć matkę jak śmierć dziecka. Jedynej córki, która została brutalnie zamordowana…

Dwudziestolatka pamiętała ulicę. Bardzo dobrze jej znaną ulicę Warszawy, na której wtedy mieszkała. Była już kilka kroków od budynku, gdy poczuła ból. Potworny ból w całym ciele. Krzyczała, ale tylko chwilę. Później czuła pustkę. Jedno wielkie nic. Tak jakby zasnęła. Jednak dziewczyna nie spała. Ona…umarła. Śmierć była prosta. Zniknęła ze świata.
Poczuła, że ma siłę otworzyć oczy. Zobaczyła pustkę. Białą mgłę otaczającą ją ze wszystkich stron. Wisiała w mgle. Nagle wszystko zaczęło obracać się i szeptać. Szeptać między sobą. Tak jakby nicość była czymś. Rozalia pozwoliła swobodnie opaść swoim powiekom. Przemęczone ciało dziewczyny zmusiło ją do snu. Śniła o nicości otaczającej ją. Nie bała się. Nie cieszyła. Nie smuciła. Czuła tylko zmęczenie. Musiała wypocząć. Jeszcze nie była gotowa. 

Nagle biała nicość zniknęła razem ze zmęczeniem. Ustąpiła ciemności i obolałym mięśniom. Rozalia znowu czuła. Teraz wszystkie emocje wróciły. Leżała. Ciemność była jak najbardziej wskazana, jeśli dziewczyna miała w dalszym ciągu zamknięte oczy. Skupiła się na otworzeniu ich. To co zobaczyła nie tylko ją przeraziło. Wyzwoliło to dość dużo emocji. Gdy przypomniała sobie ostatnią rzecz, jaką pamięta to wszystkie jej mięśnie zesztywniały. Wiedziała co się stało. Umarła. Mimo to mogła teraz otworzyć oczy. Zobaczyła…znowu śmierć. Ale czy mogła umrzeć ponownie?

Wszystko wokół niej było takie inne. Nieznane jej. Nigdy nie widziała tych gór, lasu czy jeziora. Ale to nie to było teraz największą zagadką. Dużo bardziej ciekawiło dziewczynę, czy ten miecz przy jej przełyku mógł ją zabić. Chociaż kto normalny w dwudziestym pierwszym wieku nosi przy sobie miecz i do tego grozi nim komuś? Rozalii wydawało się to nienormalne, ale ona nie była już w świecie opanowanym przez telefony. Była bardzo daleko. Jeszcze o tym nie wiedziała. Nie wiedziała, że po śmierci zaczęła nowe życie. Zupełnie inne.

Spojrzała na zakapturzoną postać pochylającą się nad nią z mieczem.
-Kim jesteś? – spytał właściciel broni
Dziewczyna nie odpowiadała. Przecież umarła. To się nie mogło dziać naprawdę. 
A jednak. Nie słysząc odpowiedzi postać przycisnęła broń do skóry dziewczyny. Rozalia poczuła ból. Nie mogła czuć bólu, jeśli jej ciało leży kilka metrów pod ziemią. A jednak to się działo naprawdę. Tu i teraz. Tak jakby dostała drugą szansę od świata. Uświadomiła sobie, że to nie był koniec tylko nowy początek. Jedno ją teraz ciekawiło. Jej ciało. Jest na zupełnie innym świecie, jej poprzednie ciało leży już zapewne kilka metrów pod ziemią, a dziewczyna odczuwa ból. Zignorowała postać zagrażającą jej życiu i podparła się na łokciach. Miała na sobie brązowe spodnie i taką samą bluzkę. Miała także długi, szary płaszcz. Jedyną różnicą w jej ciele były szczuplejsze nogi, takie, o których zawsze marzyła. Nie widziała swojej twarzy. Nie wiedziała jak teraz wygląda, gdy się uśmiecha. Może tak samo, jak przed trafieniem tu? 
-Jak wyglądam? – nie powstrzymała się i zadała to pytanie postaci przyglądającej się jej z ciekawością.
-Nie odpowiedziałaś na moje poprzednie pytanie – tym razem rozmawiali bez miecza przy gardle dziewczyny.
-Zrozum, nie wiem kim jestem. Nie wiem jak wyglądam. Nie wiem dlaczego tu jestem. Nie pytaj się mnie, tylko podaj mi jakieś lusterko. Chciałabym zobaczyć swoją twarz. – Rozalia sama nie wiedziała dlaczego zaufała postaci.
-Masz chociaż jakieś imię?
-W poprzednim życiu miałam na imię Rozalia…
Nieznajomy zdjął kaptur i spojrzał na nią swoimi szarymi oczami. Miał ciemne włosy do ramion. Patrzył na dziewczynę z troską, ciekawością i współczuciem. Mimo, iż Rozalia nie znała tego człowieka czuła, że jest do niej nastawiony przyjaźnie. 
-W poprzednim życiu? – powtórzył słowa dziewczyny
-…to był chyba inny świat…świat przepełniony pośpiechem…jest bardzo dużo różnic między tym światem, a moim poprzednim…nikt nie ma przy sobie miecza. Nikt nie chodzi tak ubrany…
-Bez miecza? A inna broń?
-Broń? Tam byłaby zbędna, nawet karalna. Miecze i łuki są od tysięcy lat w muzeach.
-Co to “muzeum”?
-Miejsce, w którym są stare, cenne rzeczy. Można tam pójść i je pooglądać. – dziewczyna uśmiechała się tłumacząc to
-Ale dlaczego w takim razie trafiłaś tu?
-Nie wiem. Miałam tam 20 lat. Szłam ulicą. Poczułam straszny ból, a potem…nic. Zupełna pustka. Tak jakby wszystko ze mnie wyparowało. Potem spałam. Dość długo. Dalej już pan wie, co się stało. 
– Nie mów do mnie “pan”. Jestem Aragorn. – mężczyzna wyciągnął dłoń z lekkim uśmiechem
-Sama nie wiem za bardzo jak się przedstawić, ale…Jestem Rozalia, miło mi Ciebie poznać.-dziewczyna uścisnęła wyciągniętą dłoń
-Mi także.
Rozalia uśmiechnęła się delikatnie. Zaufała temu człowiekowi – o ile to był człowiek.

-Ładny koń-Rozalia pogłaskała zwierzę po grzbiecie.
-Wsiądziesz sama czy mam Cię podsadzić? – spytał dziewczynę właściciel konia.
-Ja mam jechać na koniu? Nie umiem jeździć konno.
-Jedziesz ze mną. Widzisz tu gdzieś drugiego konia? – zadrwił lekko z dziewczyny.

Aragorn przewidział, co się stanie i podszedł pomóc dziewczynie nieudolnie próbującej wsiąść na konia. Usiadł za nią widząc jej lekkie przerażenie. Dziewczyna poczuła się nieswojo, gdy mężczyzna przytulił się do niej sięgając po wodze. 
-Gdzie jedziemy? – próbowała zadać to pytanie normalnie, ale chyba nie udało się jej.
-Do Rivendell.
-Ile będziemy jechać?
-Około dwóch dni -Aragorn uśmiechnął się na widok lekko zdziwionej Rozalii
Ciemnowłosy zauważył zmieszanie dziewczyny wynikające z jego bliskości. Dobrze zdając sobie sprawę z tego, że pogorszy sytuacje położył głowę na ramieniu dziewczyny. Czuł jak cała spięła się i spojrzała na niego kątem oka.
-…Zasłaniałaś mi…no…drogę…- teraz Aragorn nie wiedział jak wybrnąć.
Rozalia uśmiechnęła się do szarookiego i wtuliła się w niego rozluźniając mięśnie. Miała jechać tak dwa dni, więc musiała się przyzwyczaić. Mężczyzna odwzajemnił uśmiech widząc zmianę nastawienia. Jechali chwilę w ciszy.
-Możesz mi coś opowiedzieć o tym świecie? Gdzie jestem i kogo mogę tu spotkać?- dziewczyna chciała dowiedzieć się czegokolwiek o tym miejscu
-Oczywiście, że mogę. Jesteśmy w Śródziemiu, jedziemy na północ z okolic Minas Tiri stolicy Gondoru, królestwa ludzi. Zmierzamy do Rivendell – królestwa elfów. Elfy są dosyć podobne do ludzi. Bywają wyższe i nie starzeją się, nie umierają ze starości i żyją tysiące lat. Mają długie włosy i szpiczaste uszy. Założycielem Rivendell jest Lord Elrond, którego znam osobiście. Jest jeszcze dużo innych elfów, nie tylko w Rivendell. Ludzie tak samo są jeszcze w innych miejscach niż Gondor. Na wschodzie, za Mroczną Puszczą są Żelazne Góry, w których mieszkają krasnoludy. Takie nieduże, ale za to strasznie uparte. Krasnoludy noszą brody, nawet krasnoludzkie kobiety je posiadają. Nie wiem, czy słyszałaś kiedykolwiek o smokach…
-Tak słyszałam. Były w bajkach dla dzieci tak samo jak elfy, czy krasnoludy. W moim świecie byli tylko ludzie i zwierzęta. Proszę, mów dalej.
-Smoki wiec także są. I to dosyć groźne. Natomiast na zachodzie jest Shire, dom hobbitów. Niziołki jeszcze niższe od krasnoludów. Nie lubią przygód, wolą siedzieć w domu…
Aragorn przestał mówić, gdy usłyszał wycie wilka. Przyśpieszył konia i przestał się uśmiechać.
-To wilk?- Rozalia spytała szeptem
-Nie…to nie był wilk. To warg. Dużo większy i groźniejszy od wilka. Prawdopodobnie z orkiem na grzbiecie. Orkowie to żądne naszej śmierci stwory. Są także gobliny. Obleśne małe stworzenia współpracujące z orkami. 
Mężczyzna przestał tulić dziewczynę od momentu usłyszenia warga. Wyprostował się w siodle i obserwował drogę przed nimi. Nie uśmiechał się. 
-Zaczyna się ściemniać. Nie damy rady jechać w nocy. O świcie ruszymy w dalszą drogę.- powiedział to prawie bez żadnych uczuć
Był zdenerwowany. Bał się, że orkowie ich napadną. Wiedział, że nie zdołałby obronić siebie i dziewczyny. Zatrzymał konia przy małej, nie głębokiej jaskini. Sam zsiadł z konia i rozłożył koc na skale. Spojrzał w stronę swojego konia.
-Pomóż- dziewczyna siedziała bezradnie na grzbiecie zwierzęcia.
Aragorn lekko uniósł kąciki warg. Podszedł do konia i stanął przy nim patrząc w oczy blondynki siedzącej w dalszym ciągu na wierzchowcu.
-No chodź. 
-Ale jak mam zejść?
-Tak jak weszłaś – mężczyzna delikatnie uśmiechnął się do dziewczyny.
Rozalia nie miała żadnego pomysłu na zejście z konia. Próbowała zsunąć jedną nogę, ale to był jednak zły pomysł. Po prostu spadła z tego konia. Ciemnowłosy złapał ją. Ich twarze były zbyt blisko siebie. Przez chwilę patrzyli sobie prosto w oczy. 
-Aragorn?-delikatnie odsunęła się od niego
-Tak?
-Mógłbyś mnie puścić?
Mężczyzna szybko, ale delikatnie postawił dziewczynę na ziemię.
-Przepraszam…- powiedział ledwo słyszalnie z opuszczoną głową.
Dziewczyna złapała go za rękę.
-Jest dobrze. – zmusiła go, by na nią spojrzał. Był smutny – Rozpalimy ognisko?
-Możemy…
Dziewczyna ciągle trzymając jego rękę pociągnęła go do najbliższego drzewa. Puściła jego rękę dopiero, gdy zaczęła zbierać gałęzie. Przez chwilę Aragorn patrzył na poczynania dziewczyny. Sam także zabrał kilka gałązek na ognisko. Razem wrócili do konia. Położyli gałęzie w jednym miejscu. Dziewczyna usiadła na kocu przy gałęziach. 
-Nie umiem rozpalić ogniska. Możesz ty to zrobić?
Mężczyzna po chwili rozpalił ognisko i usiadł na kocu w pewnej odległości od Rozalii. Siedzieli chwilę tak wpatrując się w ogień. Aragorn znowu stracił wszystkie emocje z twarzy. Siedział z zupełnie obojętną miną. Wyraz jego twarzy zmienił się, gdy zobaczył Rozalię układającą się do snu na jego kolanach. Dziewczyna poczuła się senna i zarazem winna pogorszeniu się humoru mężczyzny. 
-Nie przeszkadzam Ci?
-Nie, wręcz przeciwnie. Bardzo Cię polubiłem. Możesz zasnąć. Będę wszystkiego pilnował.-uśmiechnął się szczerze do zielonookiej.
Złapał ją za rękę. Dziewczyna nie protestowała. Zasnęła na kolanach Aragorna. 
-Rozalia…obudź się. Musimy już jechać – mężczyzna delikatnie głaskał dziewczynę kciukiem po twarzy.
Rozalia obudziła się dokładnie tak samo, jak zasnęła. Była tylko dodatkowo przykryta kocem. Poczuła, jak ktoś delikatnie i czule próbuje ją obudzić. Po otworzeniu oczu zobaczyła uśmiechniętego Aragorna. Naokoło dopiero robiło się jasno.
-Dzień dobry. Jak się spało?- szarooki odgarnął włosy z twarzy dziewczyny
-Dzień dobry. Bardzo wygodnie. Dziękuję za użyczenie części kolan. – dziewczyna szczerze uśmiechnęła się do mężczyzny
-Musimy jechać. 
-Ale ja muszę najpierw iść na chwilę sama.
-Gdzie?
-Załatwić potrzebę.
-Aaa…oczywiście. Zaczekam.
Dziewczyna pobiegła kawałek w las. Gdy wróciła po ognisku nie było śladu, a koce były już w jurkach. 
-Mam znowu Cię wsadzić?
-Jestem mniejsza od Ciebie. Dopóki nie nauczę się wsiadać to Ciebie wynajmę do wsadzania mnie na konia, przytulania w trakcie jazdy i łapania jak będę z niego spadać.
Aragorn zaśmiał się, gdy usłyszał słowa zielonookiej. Mimo wszystko pomógł jej wsiąść na konia, po czym sam wsiadł i poprowadził zwierzę między drzewami. 
Jechali cały dzień. Zrobili tylko jedną przerwę na zjedzenie części zapasów Aragorna. Byli już blisko Rivendell, gdy zatrzymali się na noc. Nie mogli dłużej jechać. Tym razem dziewczyna jasno powiedziała, że nie będzie spać, a jej towarzysz ma wypocząć. Szarooki próbował namówić dziewczynę do zamiany ustalonych przez nią ról. Bezskutecznie. Po pół godzinnych przekonywaniach odpuścił. Kolejnego dnia sam się obudził o świcie.
– Zostały nam dwie godziny jazdy do Rivendell. Pośpiesz się. -Aragorn pomógł wsiąść zmęczonej dziewczynie na konia.
Rozalia ledwo siedziała w siodle. Nie była przyzwyczajona do przerywanego snu. 
-Możesz zasnąć. Obudzę Cię jak będziemy dojeżdżać. – Ciemnowłosy uśmiechnął się do blondynki
Nie musiał długo czekać. Dziewczyna zasnęła po chwili.

-Rozalia…Rozalia…ROZALIA! – ptak siedzący na najbliższym drzewie odleciał jak najdalej od dwóch postaci na koniu
-Cii, płoszysz ptaki – dziewczyna uciszyła próbującego obudzić ją mężczyznę
-Chyba nie chcesz zobaczyć pierwszy raz elfów śpiąc?
-Oczywiście, że nie! Tylko mnie się ciężko budzi- Rozalia uśmiechnęła się tak słodko jak tylko umiała
-Dobra, raz Ci odpuszczę. Za tym zakrętem zobaczysz pałac
Jechali tak pełne dwa dni. Trochę mniej niż zapowiadał Aragorn, ale to się wiązało z późną godziną rozpoczęcia podróży. Dziewczyna cieszyła się na wiadomość o końcówce jazdy. Nie była przyzwyczajona do tak długich podróży mimo, iż to dość krótka podróż jak na Śródziemie. 
Dziewczyna zobaczyła pałac i na chwilę wszystko odmawiało posłuszeństwa. Rozalia była zauroczona pałacem, a delikatne strumyczki były takie znane dla niej. Co prawda jedyne wspomnienia z poprzedniego świata, jakie zostały w jej pamięci to jej śmierć i imię. Nie pamiętała niczego innego, chociaż bardzo starała się przypomnieć to sobie. 
Aragorn minął strażników witając się z nimi w elfim języku. W Rivendell wszyscy dobrze znali tego strażnika i nie był ich nieprzyjacielem. Mimo, iż dziewczyna nie powinna zrozumieć tych słów, usłyszała i zrozumiała powitanie, nieświadoma, że mówią w innym języku. 
-Witaj Aragornie, witaj gościu Aragorna. Zapraszam was serdecznie na posiłek. Na pewno jesteście zmęczeni podróżą. – po zejściu z konia zauroczona pałacem Rozalia przez chwilę słuchała melodyjnego głosu elfa, który-o czym jeszcze wtedy nie wiedziała- był Lordem Elrondem, władcą Rivendell. 
Trzy postacie przeszły z dziedzińca, do komnaty gościnnej, w której była przygotowana uczta dla Aragorna i Rozalii.
-W jakiej sprawie przybywasz? I kim jest twoja towarzyszka, Aragornie?
-Właśnie ze względu na Rozalię tu jestem. To dość ciekawa i niewyjaśniona sytuacja. Zupełnie sam przeczesywałem tereny Gondoru w poszukiwaniu nieposzukiwanych niespodzianek. Właśnie wtedy zobaczyłem ją leżącą na ziemi. Wyglądała jakby była nie przytomna. Podszedłem dość nieufnie, od razu z mieczem, ale ona nawet mając go przy przełyku nie przestraszyła się. Wręcz przeciwnie, śmiała się ze mnie, co ja robię z mieczem. Po spytaniu odpowiedziała, że nie pamięta zbyt dużo. Pamiętała tylko tak jakby swoją…śmierć. Dziewczyna mogła się przenieść z innego świata, co wynika z jej opowieści. Wie o sobie tylko tyle, że miała na imię Rozalia. Nie wiem, kim jest, a ona sama wie jeszcze mniej na ten temat. Nie miałem pojęcia, co mam zrobić. Wiedziałem, że ty znajdziesz odpowiednie rozwiązanie. 
-Znalazłeś dziewczynę na pustkowiu…Zupełnie samą śpiącą…Która pamięta tylko własną śmierć i inny świat…
-Jest rozwiązanie…? – Aragorna zaciekawiły słowa elfa
-Kiedyś dawno rozmawiałem z jedną z najstarszych elfek z całego Rivendell. Mogło to być tysiące lat temu. Powiedziała mi kilka ważnych słów, które zapamiętałem na zawsze. “Miałam córkę, ale ona miała coś więcej niż elfi dar magii. Jej ojciec ma coś więcej niż każda zwykła postać w tym świecie. Ona to po nim odziedziczyła.” Powiedziała mi to i odeszła. Nigdy nie widziałem jej córki….Nie wiem nawet jak ma na imię ta elfka. Ale dwa dni później doszły wieści, że zniknęła. Nie pozostawiła ani jednego śladu swojego istnienia. Zniknęła też jej komnata, a w zamian rośnie w tym miejscu pradawne drzewo. Słyszałem dużo legend na jej temat. Nikt od tak nie znika. Jednak nikt do tej pory nie znał jej ostatnich słów przed zaginięciem. Jesteście pierwsi. Ale nie dam ci gwarancji, że to ty jesteś jej córką, Rozalio. Nie wiem, kim jesteś, ale powinnaś tu zostać. Będziesz bezpieczna. Na dodatek za trzy tygodnie ma tutaj dotrzeć czarodziej Gandalf Szary z 13 krasnoludami i hobbitem. Może i on pomoże. 
-Ja niestety z samego rana muszę wracać do Gondoru. Czekają na mnie. – Aragorn zauważył smutną minę Rozalii. – Na pewno jeszcze się zobaczymy.

Przez kilka kolejnych dni dziewczyna zadomawiała się w swojej tymczasowej komnacie. Wyglądem nie różniła się dużo od elfów. Była zgrabna, ładna, miała długie blond włosy i zielone oczy. Jedyną różnicą był wzrost. Lekko odstawała od tłumu i patrzyła na twarze strażników i służby z dołu. Mimo to nikt nie traktował jej gorzej. Była traktowana z szacunkiem i delikatnością, ale gdzieś krążyły jej myśli, że dochodziła do wniosku, że pan Elrond nie powiedział tego samego, co Aragornowi później…
Rozalia zakochała się w długich, pięknie zdobionych korytarzach pałacu, które szybko poznawała zwiedzając je całe dnie. Żyła tak jakby, to był tylko sen i za chwilę miała wrócić do zimnej i nieprzyjemnej pustki, od której to wszystko się zaczęło. Ciążyły na niej myśli, które podpowiadały jej, że może być kimś ważnym tutaj, że nie pojawiła się tu bez powodu. 
Po trzech dniach samotnego przechadzania się po pałacu, nie znudziło się to jej. Wychodziła do ogrodów i dochodziła do ogromnych przepaści, pełnych uroczych widoków Gór Mglistych i krain widocznych z balkonów gołym okiem. Wpatrywała się w to wszystko chwilami, które postanowiła na dłużej zapamiętać. 
Zostały jeszcze cztery dni do przybycia Kompani Dębowej Tarczy. Dziewczyna była ciekawa, dlaczego właśnie grupka krasnoludów z hobbitem i czarodziejem nazywa się Kompanią Dębowej Tarczy. Kim jest jej założyciel? Próbowała szukać na to odpowiedzi, ale nie było chętnych elfów do opowiadania jej o krasnoludach. Sama natrafiła na jedną z kilkunastu bibliotek w Rivendell. Złapała pierwszą książkę, która leżała na stole i przeczytała jej fragment. Przeczytała słowa, które chciały jak najbardziej oddać ten moment czytelnikowi. Dziewczyna znalazła opis ataku smoka na Erebor – Samotną Górę, kiedyś jedno z najpotężniejszych krasnoludzkich królestw. Teraz…opustoszałe ruiny z legendarnym Smaugiem w środku. Dopisano także legendę o jednej trafionej czarnej strzale. Nie zabiła ona smoka, tylko osłabiła. Smok żyje bez jednej łuski pod lewą piersią – tak jak głosiła legenda napisana starokrasnoludzkim pismem, a nieświadoma tego Rozalia czytała to z zaciekawieniem i bez większych problemów z rozszyfrowaniem języka lektury. Rozumiała więcej niż wiedziała. I wiedziała mniej niż miała. Nie była świadoma swojej wrodzonej i odziedziczonej siły do walki. Nie wiedziała kim jest, a była kimś ważniejszym od tłumu, za który się uważała. Musiała walczyć, ale nie wiedziała, co ją czeka.

Czas nie stał w miejscu. Rozalia nie zdążyła przejść wszystkich korytarzy, a minęły trzy tygodnie i do Rivendell doszło potwierdzenie o przybyciu grupy odzyskującej dom. W jednej z najpiękniejszych sukni, które miała w komnacie dziewczyna wyszła na spotkanie z krasnoludami. Na pierwszy rzut oka wyglądali na bardzo zmęczonych i głodnych. Strudzeni dźwiganiem broni i resztek jedzenia szli w zwartej grupie w stronę pałacu. Tylko jeden z nich – ten, który szedł drugi zaraz za najwyższym, zgarbionym niepodobnym do reszty- najszybciej przyciągnął wzrok Rozalii. Nie wyglądał na szczęśliwego i mimo ciężaru i zmęczenia nie dał po sobie niczego poznać. Miał kamienną twarz i szedł pewnie, a na dodatek dość szybko. Dziewczyna przez chwilę jeszcze mu się przyglądała, dopóki sama nie przyłapała się na tym, że nie oderwała od niego wzroku przez kilka minut. Stojąc na jednym z najniższych balkonów poprawiła błękitny jedwabny materiał sukni zahaczający o ostre końce wykutej ręcznie balustrady. Obserwowała całą ceremonię przyjęcia krasnoludów z daleka. Elrond prosił ją wcześniej o chwilę odpoczynku dla gości. Dziewczyna miała wejść do sali gościnnej, kiedy krasnoludy rozsiądą się przy stole.
Tak też zrobiła. Samym wejściem nie zrobiła wielkiego zamieszania. Była podobna do elfów i większość potraktowała ją jak stałego mieszkańca pałacu. Tylko stanęła za jedynym wolnym krzesłem po lewej stronie Elronda i po skinieniu władcy pałacu usiadła na wskazanym krześle. Wtedy wzrok wszystkich krasnoludów powędrował w jej stronę. 
-Gandalfie mam do ciebie jedną sprawę. Właściwie chodzi o tą młodą damę siedzącą obok mnie…-Pan Elrond zwrócił się w stronę czarodzieja
-Rozalia-delikatnie ukłoniła się
-…i to na tyle, co o niej wiemy. Pojawiła się na pustkowiu, gdzie znalazł ją Aragorn i przywiózł tutaj. Dziewczyna pamięta tylko swoją śmierć. To brzmi, tak jakby przeniosła się z innego świata. Nie wiem kim jest i co ma teraz zrobić. 
Czarodziej przez chwilę siedział w zupełnej ciszy i myślał. Domyślał się, kim może być, ale niedowierzał tak jak Pan Elrond.

Rozalia po uczcie wróciła samotnie do komnaty. Nic szczególnego potem nie wydarzyło się. Krasnoludy trochę odżyły, mimo braku mięsa na stole. Wszystkie łapczywie rzucały się na jedzenie, tylko jeden, ten który najbardziej przyciągał wzrok dziewczyny siedział w pałacu nieufnie i ostrożnie. Rozalia mimo, że bardzo chciała nie dowiedziała się niczego więcej na swój temat. Od pana Elronda usłyszała tylko prośbę, żeby jeszcze poczekała chwilę na odpowiedź. Dziewczyna wiedziała, że ta chwila to może być nawet kilka dni, ale postanowiła być wytrwała i cierpliwa. Co prawda nie musiała czekać aż tak długo.

Kolejnego dnia na śniadaniu spotkała władcę Rivendell. 
-Droga Rozalio, chcielibyśmy ci zaproponować dołączenie do Kompanii Thorina Dębowej Tarczy. Skrywasz w sobie jakąś jeszcze nie znaną nam moc i możesz pomóc krasnoludom odzyskać utracony dom.
-To jest umowa, którą musisz podpisać, jeżeli się zdecydujesz. Masz czas do obiadu. – i  tu właśnie dziewczyna musiała bardzo skupić się na zrozumieniu słów krasnoluda. Tak, tego właśnie krasnoluda, który zwraca na siebie wzrok i myśli Rozalii. Te słowa, które wypowiedział w jej stronę były oschłe i w dość oficjalny sposób wypowiedziane. Nie trudno było się domyślić, że przyjęcie Rozalii do kompani nie było pomysłem tego właśnie krasnoluda. Ten właśnie krasnolud nie odwzajemniał zainteresowania jakim darzyła go przyszła członkini Kompanii Thorina Dębowej Tarczy.

Czyli dziewczyna po znalezieniu pierwszego lepszego pióra i atramentu od razu podpisała umowę. Stwierdziła, że musi od czegoś zacząć, a jeżeli ma szansę pomóc komuś i samemu zobaczyć jedno z największych krasnoludzkich królestw to to przekonywało ją jeszcze bardziej do wyruszenia w stronę Samotnej Góry.

Elfy zaczęły dziewczynę przez ten krótki okres czasu traktować inaczej. Rozalia nie widziała jak ma to odbierać. Służba nie była tylko służbą, ale zachowywali się tak, jakby dziewczyna była córką Lorda. Była traktowana po królewsku. Elfy od zawsze były gościnne, ale uczty i gości traktowały bardziej oficjalnie. Tutaj było inaczej. Może pierwszy dzień, pierwsza uczta były inne, ale elfy przekonały się do dziewczyny. Rozalia miała to coś, co przekonywało nowo poznanych do chęci zaprzyjaźnienia się z nią. 
Kompania przyjęła bardzo ciepło Rozalię, szczególnie ze względu na to, że poznali ją najedzeni i wyspani. Tylko to coś, co miała w sobie dziewczyna nie przekonywało zupełnie jednego z krasnoludów. Ten krasnolud był najważniejszy z nich wszystkich-był ich królem. Ale nie ze względu na to Rozalia chciała go do siebie przekonać. Dziewczyna nie wiedziała co to jest, ale było to coś, co ciągnęło ją do Thorina. W niewytłumaczalny dla niej sposób zawsze przyciągnął jej wzrok albo myśli, nawet jak go nie było w pobliżu. Dziewczyna nie chciała dopuścić do siebie myśli, że mogła się zakochać. Walczyła z uczuciem, a taka walka, była jak próba zamrożenia ognia. Mimo to, dziewczyna miała tak wiele nadziei i siły, że mogła tę walkę toczyć.

Kompania miała wyruszyć w dalszą drogę kolejnego dnia rano. Rozalia była dość dobrze na tę podróż przygotowana. Służki znalazły i lekko zmniejszyły najpraktyczniejszy, nieużywany, bardzo wygodny, ciepły strój. Do tego Lord Elrond dzień wcześniej zaprosił Rozalię do królewskiej zbrojowni.
-Dziecko, potrzebujesz broni do walki. Te krasnoludy wybiorą najniebezpieczniejszą drogę i bez broni nie masz nawet czego z nimi szukać. Broń to będzie mój podarunek dla ciebie. Czuję się za ciebie odpowiedzialny i nie wybaczyłbym sobie, gdyby ci się coś stało z mojej winy. 
-Ale…naprawdę dziękuję i nie mam pojęcia jak się mam odwdzięczyć…
-Wystarczy, że będziesz walczyć z całych sił o honor i krew. Wystarczy, że pozostaniesz sobą, nawet w najcięższych chwilach. Wystarczy, że będziesz takim przyjacielem, jakiego chciałabyś sama mieć. Tyle mi zupełnie wystarczy. – po czym sięgnął jeden z najdłużej tworzonych ręcznie przez elfickiego kowala miecz i podał go dziewczynie. 
Takie miecze miały już nadawane imiona przez kowala. Rzemieślnik miał taki przywilej, że mógł uhonorować broń nazwą. Rozalia delikatnie wysunęła miecz z pochwy i spojrzała ponad rękojeść. Mieniąca się w świetle księżycowym broń miała nadane bardzo wyjątkowe imię. 
-…Merion…- dziewczyna odczytała szeptem napis wykuty na naostrzonej klindze miecza
-Teraz jest twój.
-Jeszcze raz dziękuję. – Rozalia delikatnie przytuliła Lorda.
W odpowiedzi otrzymała pełen opiekuńczości i odpowiedzialności uśmiech.

Noc minęła, a Rozalię chwilę po wschodzie słońca rozbudziła zaaferowana służba.
-Pani Rozalio, krasnoludy wyruszyły bez pani! Są już po drugiej stronie wzgórza. Pan Gandalf prosił o jak najszybsze obudzenie Pani. Jego też zostawiły.
-Pewnie za chwilę mnie tu nie będzie. Proszę przekazać wszystkim moje serdeczne podziękowania za wszystko, co tutaj otrzymałam. Dziękuję. – uśmiechnęła się do służki, która zdecydowanie się tego nie spodziewała.
Rozalia spakowała wszystko co miała i pobiegła w stronę wyjścia. Tam już czekały dwa konie. Na jednym siedział Gandalf. 
-Naprawdę jeszcze raz dziękuję za wszystko, do zobaczenia! – pożegnała się z elfami i ruszyłam galopem razem z Gandalfem
Bardzo szybko dogonili idące pieszo krasnoludy. Rozalia obserwowała z boku kłótnie Gandalfa i Thorina. Zdaniem Gandalfa było nie w porządku wyruszyć szybciej i samemu, a Thorin powiedział, że to jego wyprawa, jego dom i jego kompania, więc to jego postanowienia są najważniejsze. 
Stosunki między nimi były dość napięte, ale nikt nie miał czasu ani ochoty na ciągłe kłótnie. W szczególności Rozalia, która nie widziała co ze sobą zrobić, gdzie ma iść i jak się zachowywać. Czuła się obco, co było jak najbardziej zrozumiałe.
Góry były niebezpieczne, ale kompania miała ze sobą tajną broń, o której nie wiedzieli. I tu nie chodzi o jeden dodatkowy elficki miecz, ale o jego nową właścicielkę…

-Idziecie drogą, która za niedługą chwilę będzie nie do pokonania przez konia. Zresztą ja mam kilka spraw do załatwienia. Pilnujcie dziewczyny bardziej niż czegokolwiek innego.-te słowa Gandalfa były słyszane tylko przez tego, do którego były skierowane-Znasz te góry, poradzicie sobie jakiś czas beze mnie.
-Zostawiasz nas? – Gandalf nie odpowiedział na słowa hobbita, który jednak usłyszał kawałek rozmowy Gandalfa i Thorina.
-Drogi Bilbo, niestety muszę. 
Po tych słowach nastała chwila ciszy. Sam król nie skomentował oznajmienia czarodzieja, ale gdyby mógł powstrzymać Gandalfa to zrobiłby to. 
Czarodziej zatrzymał się i z początku kompanii dotarł na koniec, gdzie lekko szła jedyna dziewczyna prowadząc konia obok siebie. 
-Jestem zmuszony was na chwilę opuścić i zabiorę ze sobą konie, ponieważ i tak dalsza trasa jest dla tych zwierząt za wąska.-czarodziej delikatnie uśmiechnął się do dziewczyny
Wiedział, że za długo nie będzie szła tak sama. Kili i Fili normalnie zawsze szli pierwsi, albo zaraz za Thorinem, a nie czaili się na tyłach, jak teraz.

Gandalf wiedział, że ona nie jest zwykłą dziewczyną i pilnował jej nawet bardziej niż Thorina, a ten drugi podejmował spontaniczne i bardzo często niemądre decyzje.

Rozalia przez chwilę obserwowała oddalającego się czarodzieja. Teraz czuła się jeszcze bardziej nieswojo, ponieważ tylko z nim chociaż przez chwilę rozmawiała. Ale i to się miało zmienić.
-Witaj piękna. – chórkiem zaczęli najmłodsi z kompanii bracia.
-Pewnie nas nie znasz. Fili. – przedstawił się blondwłosy.
-I Kili. – i ciemnowłosy.
-Jesteście bliźniakami?
-Nie. Fili jest starszy. Pięć wiosen. – Rozalia się pomyliła, ale było to nietrudne, ponieważ byli ze sobą bardzo zżyci i zgrani. -Ale za to jesteśmy siostrzeńcami Thorina.
Wzrok dziewczyny, który ewidentne przekazał Kiliemu, że nie wie ona, kim jest jego wujo zauważył także Fili.
-Nie wiesz jeszcze czyja to jest kompania? – Fili nie chciał, żeby to zabrzmiało jak atak, ale chyba tak się stało.
-…Thorina Dębowej Tarczy…no tyle wiem, ale nie wiem, kto to. Idę z wami dopiero chwilę, a z Gandalfem ledwo rozmawiałam o sprawach organizacyjnych. Przepraszam, ale nie wiem, kto to…
-Och, nie przepraszaj. To ja nie powinienem tak na Ciebie naskakiwać. Przecież miałaś prawo nie wiedzieć. – Fili naprawdę nie chciał, tak sformułować tego wcześniejszego pytania.
-…Kili!-większość kompanii zwróciła uwagę na krasnoluda prowadzącego ich przez całą drogę
Rozalia także. Gdy spostrzegła, czyj to był głos, po jej ciele przeszedł przyjemny dreszcz. Dziewczyna miała wiele pytań, ale nie miała komu ich zadać. Jedno z ważniejszych polegało na przedstawieniu jej tego właśnie prowadzącego krasnoluda.
-Dobra, Fili opowiedz jej wszystko co wiesz, oprócz tego, jak kiedyś wylaliśmy przypadkiem wiadro wody na wuja. A ja do niego pojadę. Papa.
Rozalia mimo wszystko po tym oznajmieniu Kiliego uśmiechnęła się. Zauważyła, że bracia nie mają złych intencji, więc coraz bardziej im ufała. 
-Tak więc, chyba zacznę od tego, kim jest nasz wujo. Thorin II Dębowa Tarcza, król Ereboru, władca Samotnej Góry, brat naszej mamy Diš i naszego wuja Frenira, wzór do naśladowania. Darzę go ogromnym szacunkiem. A do tego jest bardzo przystojny. I uparty, jak to krasnolud. Chcesz jeszcze coś o nim wiedzieć?
-Ma rodzinę? Dzieci? Żonę? Nie ma królestwa, ale czy ma szczęście? – Rozalia mimo pierwszego wrażenia, które najczęściej przedstawiało ją jako egoistkę i zimną kobietę, była bardzo uczuciowa
-Nie, ma tylko nas. W momencie, gdy to wszystko się zaczęło, gdy Smaug zaatakował górę, Ereborem rządził jego dziadek Thrór. Jego ojciec Thráin II zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Są nikłe szanse, że mój dziadek żyje, ale mimo to Thorin dalej go szuka, dalej strasznie tęskni i ma nadzieję. Mógłby dać sobie spokój i się tym nie zadręczać, ale jego wytrwałość i upartość mu na to nie pozwala. – Fili tłumaczył wszystko dziewczynie z lekko zaszklonymi oczami, ale gdy zobaczył, że dziewczyna płacze bez zastanowienia przytulił ją.
Cała ta sytuacja wywoływała ogromne emocje i nikt nie mógł ich za długo powstrzymywać, szczególnie Rozalia, która po prostu tego nie potrafiła. Sama znajdowała się w niewyjaśnionej sytuacji, ale to co przeszedł ten właśnie król było straszne. Dziewczyna podziwiała jego wytrwałość ponad wszystko. A gdyby jeszcze wiedziała, że to właśnie ten pierwszy krasnolud jest Thorinem…
-…już lepiej? – po kilku minutach Fili spojrzał w mokre oczy Rozalii
-Tak…Dziękuję – dziewczyna w podziękowaniu posłała krasnoludowi delikatny uśmiech – A…ale ja dalej nie wiem kto to…
-Nasz przewodnik. Nie tylko teraz, mnie prowadzi od zawsze…
Po tych słowach Filiego Rozalia musiała na chwilę zatrzymać pogoń swoich myśli i przetrawić słowa krasnoluda-“Czy…czy to właśnie ten silny i przystojny krasnolud to właśnie on? Czy to jest król?…Czy to on, aż tyle przeszedł i dalej idzie, jak gdyby nigdy nic?”. Rozalia nie mogła tego wszystkiego połączyć w jedno. Elementy układanki nie pasowały do siebie, ale najszczególniej wyróżniającym się i zupełnie niepasującym elementem w głowie Rozalii było dla niej jej uczucie. Jej zainteresowanie krasnoludem zupełnie straciło na sile. To nie o to chodziło, że dziewczyna przestała lubić krasnoluda, wręcz przeciwnie. Ona uważała, że to uczucie nie ma sensu. Uważała się za mniej ważną i nie godną myślenia o nim. 
A to tylko ona miała do tego najwyłączniejsze przykazanie…

Wskazówki zegarów robiły kolejne okrążenia, a czas nie stał w miejscu. Nie każdy wiedział, co się w tych górach stało. Nagła burza. Ale to nie było najstraszniejsze. To były walki olbrzymów. Nagle góry wybudzone ze snu, niczym Śpiący Rycerz z Giewontu broniąc Polski, powstały i walczyły o własny honor. Walki były świetne, dość brutalne, ale jeden z olbrzymów miał na kolanie grupę krasnoludów, hobbita i dziewczynę. Zapewne nie był tego świadomy, ale to było śmiertelne zagrożenie dla wszystkich członków wyprawy. Wątpię, by ten skalny olbrzym był czegokolwiek świadomy. Szczególnie niebezpiecznie zrobiło się, gdy niziołek trzymał się jedną ręką nad przepaścią. 
Mimo wszystko krasnoludy polubiły Bilbo i nie chciały, żeby spadł. Thorin go uratował narażając swoje życie. I ta cała sytuacja skończyłaby się dużo gorzej, gdyby nie udział w niej pewnej osoby. Ta osoba nie była podejrzewana o nieświadome wypowiedzenia zaklęcia ratującego życie Dębowej Tarczy. Tą osobą była Rozalia. Ale o tym, że tak właśnie się stało wiem tylko ja-jako narrator. Nawet dziewczyna nie wie, że tą szczerą prośbą wypowiedzianą na głos uratowała bardzo cenne dla siebie istnienie. Uratowała bohatera. 
Po kilku godzinach walk, burza i pojedynki uspokoiły się, a zbliżającą się noc krasnoludy postanowiły spędzić w pierwszej znalezionej jaskini. Wydawała się sucha i spokojna. Tak naprawdę to było wejście do kolejnych kłopotów.

Jaskinia, jaka miała być, taka była. Akurat ta była bardzo niebezpieczna, ale żaden krasnolud nie był tego świadomy. Każdy znalazł sobie kawałek do spania tylko Rozalia weszła ostatnia i nie miała najmniejszego wyboru, co do miejsca do spania. Jedyne wolne było przy Thorinie. Dziewczyna nie mogła się bać, a szczególnie nie mogła się bać “swoich”. Nie po to z nimi szła. Po cichu i ostrożnie doszła do Thorina i rozłożyła koc na wolnym kawałku kamiennej podłogi. Rozalia zauważyła delikatnie obserwującego jej ruchy władcę. Nie chciała czuć się nieswojo, ale nie mogła nic z tym uczuciem zrobić. Dalej czuła tą dziwną niegodziwość zakochania się w nim. W najprzystojniejszym krasnoludzie jakiego znała. 
Położyła się na rozłożonym kocu tak, że była zwrócona twarzą w stronę Dębowej Tarczy. Nie chciała próbować zasypiać z myślą, że nie widzi kogoś, kto ją obserwuje. Z mojego punktu widzenia, a ja mogę mieć każdy dowolny punkt widzenia to wyglądali słodko zwróceni w swoją stronę. Ale to tak tylko z mojego punktu widzenia. Dziewczynę przytłaczały myśli, tak jak Thorina i także nie mogła zasnąć, co Thorin zauważał. Tylko ona myślała o czymś innym niż on. 
-To jest takie niewytłumaczalne…-Rozalia czułą jakąś radość tylko dlatego, że on zaczął z nią rozmawiać.
Nie odpowiedziała, ale trochę pewniej spojrzała w oczy króla. Błękitne tęczówki mogłyby dziewczynę całkowicie pochłonąć, ale musiała pamiętać, kim jest obiekt jej zainteresowań.
-…tam, nad przepaścią, już w pewnym momencie zabrakło mi sił na utrzymanie się na krawędzi skały. Już miałem się puścić…gdy usłyszałem dość wyraźne, ale wyszeptane słowo “proszę”…ten szept dodał mi sił. Nie wiem, kto to zrobił, ale na pewno mi pomógł.
“Proszę? A do tego wyszeptane? Czy to nie przypadkiem było to moje “proszę”?”- i kolejny temat do myślenia dla Rozalii. Ale pozostawało jedno pytanie: “Czy miała się przyznać, że to ona to wyszeptała?”.
-Bo…ja wiem kogo to było słowo…to było moje słowo. Ale nie mógł król go usłyszeć, ja stałam na końcu i na dodatek ta burza…
-Nie jestem królem. Nie mam korony, nie mam poddanych, ani nawet nie mam domu. Jak można mnie nazywać królem?
-Dla mnie jesteś królem. To ile przeszedłeś wystarczy by wynagrodzić brak korony czy poddanych. A co do domu, to właśnie idziemy go odzyskać. 
-Ale, Rozalia, ja…ja nie chcę traktować cię jak swojego poddanego. Jesteśmy jedną kompanią, a to że jest ona nazwana moim imieniem nie świadczy o tym, że reszta jest mi poddana. Może jeszcze nie mieliśmy okazji porozmawiać, ale na pewno nie chcę, żebyś zwracała się do mnie, jak do króla. Po prostu “Thorin”, naprawdę. -czy to właśnie był delikatny uśmiech na twarzy Thorina?

-czy to właśnie był delikatny uśmiech na twarzy Thorina?

Dziewczyna odpowiedziała tak samo delikatnym uśmiechem. Czuła się naprawdę przeszczęśliwa. Poświęcił jej pierwszy raz uwagę i to jeszcze w tak bardzo przyjazny sposób. Podzielił się z nią dręczącymi go myślami. Zaufał jej…
Gdy już skończyli rozmowę, która bardziej była szeptem, to mogli usłyszeć rozmowę Bilba i Bofura pełniącego akurat wartę. Hobbit chciał odejść. Nie można było się mu dziwić, kiedy, po uratowaniu go Thorin dodał komentarz w swoim stylu. Krasnolud powiedział wtedy, że hobbit się nie nadaje do kompani i Bilbo się po prostu z tym pogodził. Bofur pozwolił mu odejść-rozumiał go. Ale to wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. W jednym momencie posadzka się załamała i krasnoludy miały tylko chwilę na pobudkę. Tak, to było wejście do królestwa goblinów. Dosyć małe, obleśne stwory współpracujące z orkami znalazły właśnie jednego z największych wrogów Azoga Plugawego, za głowę którego została wyznaczona dość wysoka nagroda, a chciwe gobliniska nie przepuściłyby takiej okazji. 
Cała kompania ledwo pobudzona spadła do podziemi. To był dosyć nieczysty atak, atak podczas snu wroga, ale gobliny nie były zbyt czystymi graczami – dosłownie także. Krasnoludy znalazły się w tłumie goblinów. Stwory pozabierały im wszelką broń i pieniądze. Wszystkim oprócz Rozalii. Gdy tylko ją zobaczyli to złapali ją-sama nie wiem, czy to było możliwe w przypadku goblinów, ale-dość delikatnie. Nie zabrali jej broni tylko wyprowadzili ją przed grupę krasnoludów i kazali iść przed siebie. Obchodzili się z nią, jak co najmniej z córką ich władcy, co było niemożliwe – chociaż tak naprawdę pochodzenie dziewczyny nie było wyjaśnione. Cała ta sytuacja była niewyjaśniona, ale coś więcej mieli się dowiedzieć w miejscu, do którego byli prowadzeni-na spotkanie z królem goblinów. 
Sam król okazał się być najobleśniejszy i największy z pośród wszystkich goblinów. 
-Kogo my tu mamy…-zaczął “wielki” król.
-Byli we frontowym przedsionku. – dodał mały goblin stojący po lewej stronie ich władcy
-Kim jesteście i co tu robicie?…- żaden z krasnoludów nie miał ochoty tłumaczyć się goblinowi-Noo, co taka cisza? Gadać!…nie chcą gadać, będą piszczeć. Dać łamacz kości!
Po tym z nie wiadomo skąd grupka goblinów wyprowadziła jedno ze swoich narzędzi tortur. Gobliny uwielbiały torturować swoich wrogów, a były przy tym bardzo okrutne. Ale w tym momencie przed grupę wystąpił Thorin.
-Kogo my tu mamy…? Thorin Dębowa Tarcza, Król pod Górą, ale bez góry!-i tu paskudnie się zaśmiał, a jego śmiech odbił się echem między tysiącami mu poddanych-Powiadom Plugawego, że mamy dla niego coś ciekawego.-dodał w stronę niekształtnego goblinka wciśniętego w ledwo trzymający się wagonik.
Mała paskuda przekazująca wiadomości wyruszyła na swoją kolejną podróż, a krasnoludy znalazły się w potrzasku.
-Panie, jest jeszcze ktoś…-trochę niepewnie dodał goblin stojący najbliżej obskurnego władcy.
Wtedy pilnujące Rozalii gobliny popchnęły ją lekko w stronę króla, a takiej jego reakcji nie spodziewał się nikt z kompanii. Przerośnięty goblin przez chwilę nie dowierzał, potem powiedział coś tak cicho, że było zupełnie niezrozumiałe i padł na kolana przed dziewczyną, a za nim to samo zrobili tutejsi mieszkańcy. Teraz to krasnoludy i sama Rozalia patrzyli na to nie dowierzając. To było takie niezrozumiałe i pozostawiało za sobą więcej pytań niż odpowiedzi…
-Pokłońcie się! Nie zasługujecie nawet na to, gbury!-król goblinów zauważył zdezorientowanych krasnoludów, nie robiących tego, co reszta zgromadzonych tam
-Stop! Oni nie będą mi się kłaniać! Wytłumaczcie mi dlaczego mnie szanujecie. Dlaczego jestem inaczej traktowana, niż oni, kiedy jestem najmniej ważną częścią Kompani Thorina Dębowej Tarczy? Dlaczego tylko mi nie odebraliście broni? Nie boicie się, że was pozabijam?
-Pani, ty nas możesz pozabijać i bez broni. Wiemy, że jesteś niepoinformowana, ale potrafisz się obronić. Pani Lili…zostań tu i poczekaj na tego, co ci to wszystko wyjaśni, a my w zamian puścimy ich wolno.
-Nasłaliście na nich zgraję orków i wypuścicie ich tam gdzie chcecie bez broni i siły do walki? Nie jestem głupia, wiem co kombinujecie.
-Pani! Nie jesteś w żadnym wypadku inna niż wspaniałomyślna i piękna. My nic nie knujemy przeciw tobie, pani. Jesteś ponad nami i się ci poddajemy…
-Dlaczego?-Rozalie najbardziej ciekawiły powody ich zachowania
To było niewytłumaczalne. Jak odwieczni wrogowie krasnoludów mogli tak bardzo szanować jedną z wędrujących z nimi? Kim ona tak naprawdę była?

Nikt nie zdążył zorientować się, a po całej wielkiej sali przeszedł powalający promień światła. Czarodziej.
-Za mną! Żywo!
Krasnoludy powalone na ziemię razem z goblinami zerwały się i pobiegły wszystkie za Gandalfem. Rozalia także. Nie miała najmniejszej ochoty tam zostawać, a wypytywała go tylko po to, żeby się czegoś więcej o sobie dowiedzieć i zyskać na czasie dla krasnoludów. To mogła być zasadzka, a po tej ich reakcji na jej widok wszystkiego mogła się spodziewać.

Poprowadzeni przez Gandalfa uciekli. Coraz niepewniejsze i ciekawskie spojrzenia krasnoludów wyłapywała kątem oka nadal lekko niedowierzająca Rozalia. To co się tam stało było szokujące nie tylko dla Rozalii czy Thorina. Nikt jej nie znał, nawet ona sama nie wiedziała nic na swój temat, a przebrzydłe górskie gobliny nie chciały jej niczego powiedzieć. 
Dana sytuacja wyglądała tak, że grupa krasnoludów z Rozalią i Gandalfem czekała na decyzję, co robią dalej. Właściwie, to czekali na decyzję w sprawie hobbita, którego z nimi nie było. Zgubili go gdzieś po drodze.
-Uciekł! Pewnie jest teraz w połowie drogi powrotnej! Cały czas myślał tylko o ciepłym kominku i kolacji w swojej norze!-Thorin nie wytrzymał
Emocje towarzyszyły każdemu, ale te negatywne emocje Thorina skrywane na co dzień czasami wypływają ze zdwojoną siłą.
-Tak, myślę o swoim domu. To jest miejsce, do którego chcę wracać. Tylko najpierw musimy odzyskać wasz, ponieważ odebrano wam go bardzo brutalnie.-jest i niziołek, który pojawił się nie wiadomo skąd
-Gdzie byłeś? I jak wróciłeś? Po co?
-Niee….-niziołkowi brakło słów
-Czy to ważne…? Wrócił, to się liczy. – Gandalf odciągnął uwagę Thorina.
Na nieszczęście Rozalii teraz była jej kolej.
-Kim ty jesteś?-to nie był ten ton głosu, którego krasnoludzki król używał, gdy choć trochę szanował swojego rozmówcę
To pytanie było skierowane w stronę dziewczyny. Było wypowiedziane wręcz z odrazą. Upartość, honor, duma, ego i nienawiść do goblinów spowodowała takie nastawienie krasnoluda w stronę nieświadomej swoich uczuć dziewczyny. Nie była świadoma, że nawet takie krótkie zdanie ją tak bardzo zaboli.
-Nie wiem! Zrozum to, że ja wiem o sobie tyle co ty wiesz o mnie! Ja naprawdę nie wiem!-wykrzyczała to, nad czym od początku, albo od końca się zastanawia
Rozalia nie mogła tak dłużej. Była z nimi zaledwie kilkanaście godzin, a już pojawiła się pełna emocji sytuacja wywołana przez członków kompanii. Ona sama żyła w stałej niewiedzy, a to uczucie zabijało ją od środka. Gdy goblin przyznał się, że wie coś więcej to dziewczyna miała ochotę go wysłuchać. Ale wyżej była kompania i ich dobro. 
-Pani Lili…-po chwili ciszy wyszeptał Kili
-Co powiedziałeś?-Gandalfa widocznie to zainteresowało
-Pani Lili.-powtórzył głośniej już trochę opanowany Thorin.-Tak zwrócił się do niej ten obleśny…
-Nie kończ.-Gandalf oszczędził wszystkim słuchania wyzwisk na temat goblinów
-Mówi ci to coś?-Thorina naprawdę ciekawiło to tak samo, jak dziewczynę
-Coś na pewno…UWAGA!-i po tych słowach kawałek od nich z lasu wyskoczył liczący kilka sztuk oddział orków na wargach
Pierwszy raz Rozalia zobaczyła największych wrogów jej króla, największych wrogów Dębowej Tarczy. 
Krasnoludy były bezbronne z zaledwie kilkoma ocalałymi mieczami. Gandalf kazał i powchodzić na wysokie rosnące nad przepaścią drzewa. Wargowie, jako przerośnięte wilki szybko dobrali się do pni drzew. 
Sytuacja toczyła się tak nagle, że jedyna broń kompani to podpalone szyszki Gandalfa. Drzewa przewracały się i krasnoludy ledwo się trzymały. 
Thorin nie miał chwili na opanowanie emocji. To właśnie było jednym z czynników, które przekonały go do zeskoczenia z drzewa. Przeszedł pomiędzy ogniem i sam, tylko z mieczem i konarem dębu jako tarczą na spotkanie z uzbrojonym orkiem na wargu. Poszedł do wodza orków. Do Azoga Plugawego. 
Ork miał sporą przewagę, ale siłę, jaką dawały Thorinowi wspomnienia ciężko było pokonać. Odrzucony przez warga wstał i wrócił do ataku. W pewnym momencie ork kolejny raz odrzucił króla, a ten nie wstał. Potomek Durina mógłby zginąć, gdyby nie waleczność małego hobbita. Niziołek jak tylko mógł bronił króla, ale po chwili i reszta krasnoludów przyłączyła się do walki. Rozalia nie myśląc nad tym, że nie potrafi walczyć wyciągnęła swój nieużywany jeszcze miecz i pobiegła w stronę białego orka.
Ten zatrzymał ją z łatwością, ale nie po to, by ją pokonać, ale po to, by jej się przyjrzeć.
-Lili…moja kochana potomkini. Mój dziedzicu. Jesteś córką Bolga i pewnie o tym nie wiedziałaś. Jedź ze mną. Pokażę ci twoją rodzinę.
Słowa orka wmurowały Rozalię w ziemię. Nie chciała w nie wierzyć, ale to jedyne, co o sobie wiedziała. Zabrała Meriona i rzuciła się biegiem w przeciwną stronę. Wtedy zobaczyła kilkanaście ogromnych orłów. Wtem jeden złapał ją delikatnie i zrzucił ją na grzbiet drugiego. Rozalia cały czas lotu ptaka miała łzy w oczach. Nie chciała myśleć. Nie miała siły na to.
Siły jeszcze trochę potrzebowała, gdy zobaczyła nieprzytomnego Thorina trzymanego przez orła przed nią. To dodało jej łzom natarczywości i siły to rośnięcia w liczbę, co dziewczynie nie pomagało. 
Orły zostawiły krasnoludy dużo dalej od orków. Całe to miejsce było bardzo urocze, ale nikt na to nie zwracał uwagi, kiedy życie Thorina było zagrożone. Dziewczyna zeszła z orła i stanęła dość blisko wszystkich. Gandalf uzdrowił Dębową Tarczę, a sam uzdrowiony pierwsze co zrobił to spytał o niziołka. W końcu tamten uratował mu życie.
Thorin ucieszył się na jego widok i przeprosił go. To było naprawdę wyjątkowe, ponieważ krasnolud wcześniej nie lubił hobbita. Rozalia cieszyła się z takiej sytuacji, ale…dalej miała łzy w oczach. I zauważył to Kili.
-Rozalia?
-Nie! Nie Rozalia. Lili. Córka Bolga, potomkini Azoga…jestem pół orkiem…
-…i pół elfem. Jesteś córką bardzo potężnej Pani Galadrieli i tak, syna Bladego Orka, Bolga. Jesteś jedną z najpotężniejszych istot w Śródziemiu i mimo, że twoja matka, próbowała cię obronić i wysłać do innego świata ty i tak miałaś kiedyś powrócić. Krążyły legendy…-Gandalf domyślał się już od początku 
-…o niewyobrażalnie potężnej i do tego pięknej córce elfa i orka. – Kili uwielbiał i znał masę legend
-Rozalia to imię nadane ci już w tamtym świecie. Pani Galadriela nigdy cię nie nazwała, ale orkowie już tak. Dumnie czekali na twoje odnalezienie się. Czekali na ich Lili. Wiedzą, że posiadasz coś więcej niż oni i się ciebie boją. Dlatego właśnie tak reagowały gobliny. Orkowie zadbali o pamięć o tobie…-Gandalf powiedział tyle, ile na temat dziewczyny wiedział
Nikt nie miał odwagi się odezwać, a mimo ogromnych emocji cisza przejmowała całe wzgórze.
Dziewczyna nie miała siły. Dała całkowicie ponieść się łzom. Cała ta sytuacja na wzgórzu robiła się coraz bardziej nietypowa. A do tego co się jeszcze chwilę później wydarzyło…
Pewny siebie, męski, dumny, honorowy, uparty, majestatyczny, przywódczy i przystojny krasnoludzki król miał w sobie jeszcze coś. Miał cechę, która była niemożliwa w połączeniu z pozostałymi, ale mimo to była. Posiadał on wrażliwość na cierpienie innych. Łzy Rozalii były bolesne nie tylko dla niej. Nie tylko one były dowodem ogromnych emocji. 
Krasnolud podszedł do niej, dość blisko i otarł kciukiem prawej dłoni łzę spływającą po jej jasnym policzku. Potem położył swoją ciepłą dłoń na jej szyi. 
-Spójrz na mnie…- wyszeptał, ale był tak blisko, że go doskonale usłyszała.
-Nie chcecie mnie…nie zasługuje na bycie częścią kompanii…-zaszklone oczy dziewczyny nie kłamały, nie mogły.
-Rozalia! Jesteś nieodłączną częścią kompanii. Jesteś jej sercem, którego brakowało. Było co najwyżej takie z lodu, którego byłem autorem. Teraz, jak już je ożywiłaś nie możesz odejść. Bez ciebie nie ma kompanii. Bez ciebie to nie ma sensu…-i nie czekając na nic więcej Thorin zrobił coś, o czym Rozalia nie chciała nawet marzyć. Krasnolud przytulił ją, a ona mimo tych wszystkich emocji oplotła rękoma jego szyję. Dziewczyna przez chwilę czuła się jak w niebie. Czuła jego zapach. Czuła się niesamowicie. Usłyszała przed chwilą słowa, które już mimo swojej ogromnej wartości wypowiedziane przez tego krasnoluda stawały się bezcenne. Dziewczyna dalej płakała, ale tym razem ze szczęścia. Wtuliła głowę w ciepły płaszcz Thorina i czuła, jak krasnolud nadal ją obejmuje. Dębowa Tarcza przez dłuższą chwilę nie wypuścił jej z objęć, a gdyby chciał tylko ją pocieszyć, już kilka chwil wcześniej odszedłby. Krasnoludowi udało się podnieść ją na duchu i zamienić miejscami dwie skrajne emocje.

To była piękna chwila, która mogłaby trwać w nieskończoność.

Ta chwila, mimo że była bardzo lubiana przez wszystkie strony, nawet przez gapiów nie mogła trwać wiecznie. Kompania musiała iść dalej i to akurat się nie zmieniło. Także nie zmienił się na gorsze stosunek krasnoludów wobec Rozalii. Można by było nazywać ją Lili, ale większość poznało ją jako Rozalię i będzie ją znało jako Rozalię do końca. Jedyne co się zmieniło, to kolejność, ustawienie kompanii. Ostatni stali się pierwszymi, czyli Thorin złapał Rozalię za rękę, wyciągnął na początek i ustawił ją obok siebie. Gdy już znalazł jej nowe miejsce puścił jej rękę i miał nadzieję, że dziewczyna nie wróci na tyły. Chciał mieć ją przy sobie. Mógłby się tłumaczyć, że to Gandalf kazał jej pilnować, ale oszukiwał by wtedy nawet siebie.
Uczucia krasnoluda były bardzo nietypowe. Potrafiły siedzieć cicho w środku, albo wyrywać się na zewnątrz. Były też sytuacje, w których Thorin najchętniej pozbył się tych wszystkich emocji. Ale to właśnie one najczęściej dają siłę do walki. 
Więc sytuacja wyglądała tak. Thorin i Rozalia na samym początku. Za nimi najczęściej Kili i Fili, Gandalf był wszędzie i nigdzie, a to było zależne od tego, gdzie właśnie była prowadzona najciekawsza rozmowa. A na samym końcu wylądował biedny Bombur.
Pierwsi szli prawie w totalnej ciszy. Rozalia nie miała kłopotów z nadążeniem za krasnoludem. Czasami nawet krasnolud nie dorównywał Rozalii, ale obydwoje mieli dobrą kondycję.

Thorin wyciągając dziewczynę na początek nie miał konkretnego celu na myśli. Chciał mieć ją blisko siebie.
Rozalia dalej toczyła walkę. Bitwa z uczuciami była bardzo nierówna, a szczególnie niekorzystna dla dziewczyny. Po prostu przegrywała. 
I po kilku minutach takiego cichego marszu Rozalia odważyła się zrobić coś, czego nie chciała robić. 
Złapała Dębową Tarczę za rękę. Nie robiła tego jakoś nachalnie, na siłę, czy mimo woli krasnoluda. Delikatnie wsunęła swoją niedużą dłoń w jego męską, większą od jej dłoni dłoń. Zasugerowała mu tylko delikatnie, żeby złapał ją za tą rękę i nie puścił.
Thorina lekko zdezorientował gest dziewczyny. Najpierw spojrzał na nią, potem na ich już teraz złączone ręce, a potem znowu na jej twarz. 
Z perspektywy Rozalii nie wyglądało to tak uroczo. Krasnolud najpierw miał kamienną twarz, ale przy drugim spojrzeniu uśmiechnął się do niej i złapał delikatną dłoń dziewczyny. Wtedy motylki w brzuchu Lili postanowiły ożywić się nagle. Motylki nie znikały przez długi czas. Dalszą część drogi do domu Beorna król trzymał za rękę dziewczynę. Wyglądali oboje naprawdę uroczo.

Oczywiście nie byli świadomi planu Gandalfa do ostatniej chwili, kiedy na końcówce musieli przed ich gospodarzem uciekać i schronić się w jego domu. Byli już wszyscy zmęczeni i nie myśleli o niczym innym jak znaleźć siebie kątek do spania. Rozalia nie utrudniając sobie życia grzecznie rozłożyła koc na wolnym kawałku posadzki i położyła się na wykonanym własnoręcznie łóżku. Już dawno tęskniła za łóżkiem w królestwie elfów. Było ciepłe i wygodne. Chociaż, gdy król zupełnie przypadkiem znalazł miejsce tylko przy Rozalii to już nie było dziewczynie tak zimno. Krasnolud samą obecnością wywoływał masę emocji w dziewczynie. Chwile, które mogła wykorzystywać na bez konsekwentne przyglądanie się Thorinowi były chwilami, do których najchętniej wracała.
-Jak tam podróż, młoda?-zaczął szeptem krasnolud.
-Młoda? Nie jestem taka młoda.
-Ale młodsza ode mnie.
-Skąd ty to wiesz?-tutaj Rozalię to trochę bardziej zaciekawiło.
-Od Gandalfa.
-I ci powiedział, ile mam lat, a mi nie?! Jak ja go tylko dorwę…-…to może się Gandalf bać, oj biedny Gandalf…
-Już lepiej zostaw czarodzieja w spokoju, bo ci się jeszcze przyda. Ale tak, jesteś na tym świecie w sumie dwadzieścia trzy lata, a dwudzieste czwarte urodziny będziesz mogła obchodzić dokładnie w dzień Durina.
-…czyli tak jakby musimy dotrzeć do góry na moje urodziny? 
-No tak.
-Jeszcze nam tylko smok zostanie i będziemy mieć podwójny powód do świętowania. 
-Jak nam się uda…
-Uda się. I nadzieja jest na pierwszym miejscu listy potrzebnych nam rzeczy, mój królu.
-Lili, nie jestem królem bez królestwa, bez poddanych, bez korony…za to ty tak. Twoja matka pochodzi z królewskiego rodu, a i twój ojciec i dziad mają pod ich rozkazami kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt, czy kilkaset uzbrojonych i gotowych do walki oddziałów. Jesteś księżniczką, nawet gdyby jeden z rodziców się do ciebie nie przyznał.
-Thorinie…powiedziałam “mój królu”, tego nic nie zmieni…
Krasnolud, gdy dokładniej zrozumiał słowa dziewczyny uśmiechnął się. Właśnie ten uśmiech Rozalia z każdą chwilą coraz bardziej “lubiła” i specjalnie doprowadzała do sytuacji, w których pojawiał się na twarzy Dębowej Tarczy.
A obiekt zainteresowań Rozalii zainteresował się samą zainteresowaną. Krasnoludzki władca powoli zauważał dodatkowy miecz kompanii, tylko tu nie o miecz chodziło, a o jego właścicielkę. 

Noc minęła spokojnie, jak na ostatnie noce podróży krasnoludów. O świcie do domu wrócił gospodarz, ale nie miał tak strasznie złych intencji wobec gości, jak to wyglądało dzień wcześniej. 
…-Nie lubię krasnoludów.  Są ślepe na los tych, których uważają za gorszych od siebie. Ale bardziej nienawidzę orków. Czego wam trzeba?
Plan Gandalfa się udał, a ich gospodarz nie rozszarpał ich na strzępy. Rozalia usłyszała, o co poprosili Beorna. Konie
-Oho, ciekawe ile ujadę…
-No co tam Rozaa?-Kili jak gdyby wyrósł obok dziewczyny- Przecież jechałaś już na koniu?
-Mówisz o tym koniu z Rivendell? Akurat to ja na nim tylko siedziałam, on sam jechał. Takie konie potrafią same prowadzić, dopóki się czegoś nie wystraszą.
-Jazda na koniu nie jest taka trudna. Po prostu to ty prowadzisz konia i musisz o tym wiedzieć. 
-Noo zobaczymy. I tak dostanę tego konia i i tak będę musiała na nim jechać, więc no. No zobaczymy, Kili. 
I tutaj przy powtarzającym się “no” Rozalii obydwoje zaczęli się śmiać.

Dziewczyna nie skupiała się już na tym, czy sobie poradzi na koniu. Zajęła się pakowaniem rzeczy i przygotowywaniem zwierzęcia do drogi. 
-Jedź blisko mnie.-te słowa Thorina wzbudziły jeszcze większe zaufanie w oczach Rozalii
Zamiast odpowiedzi krasnolud otrzymał uśmiech dziewczyny. Nie umiał mu się oprzeć, nie potrafił ukryć emocji i spodziewał się protestu Rozalii. Próbował wmawiać sobie, że nie troszczy się o nią najbardziej. Próbował nie zauważać jej i nie myśleć o niej. Próbował dalej ukrywać uczucia, które miał i zawsze idealnie maskował obojętnością. 
Rozalia mogłaby zauważać odwzajemnione uśmiechy, wzrok i troskę Thorina, tylko dalej pochłonięta walką z emocjami wmówiła sobie skutecznie, że to się nie mogłoby udać. Dziewczyna zawsze znalazła jakieś wytłumaczenie gestu krasnoluda i dalej była przekonana, że jej uczucie jest nieodwzajemnione. 
A coraz dłużej skrywane uczucie staje się coraz silniejsze.

Na szczęście dziewczyny, konie nie były potrzebne długo. Po kilkunastu minutach drogi dotarli na brzeg wysokiego lasu. Z daleka las wyglądał normalnie, lecz po zbliżeniu się do drzew od razu było widać, że coś jest nie tak. To była Mroczna Puszcza teraz jeszcze bardziej mroczna niż bywała wcześniej. 
-Rozwiążcie i puśćcie konie wolno, niech wrócą do swojego właściciela.-Gandalf zawołał w stronę pilnujących koni krasnoludów-Mój koń zostaje!
-Opuszczasz nas Gandalfie?-Bilbo zapytał czarodzieja, a ten potwierdził obawy hobbita
Czarodziej udzielił im kilku ważnych wskazówek, zapowiedział, gdzie mają na niego czekać i odjechał w przeciwną stronę.
-Idziemy! Nie schodzimy ze ścieżki, której pilnujemy bardziej niż broni!-przywódca kompani zwołał wszystkie krasnoludy do siebie i wszedł do puszczy
Rozalia nie podchodziła do niego teraz, kiedy widziała, że nie jest w najlepszym humorze. Wchodząc do tego lasu musieli być wyjątkowo ostrożni. Nie wiedzieli, co tu może mieszkać i strach był normalną rzeczą. A nie mieli innego wyjścia. 
Las był chory i zarażał tym krasnoludy. Zgubili ścieżkę i mieli serdecznie dosyć tego lasu. Chcieli jak najszybciej z niego wyjść, a tylko krążyli wokół kilku drzew czując się coraz gorzej. Hobbit jako istotka bardzo pomysłowa nie czekając na pozwolenie krasnoludów wdrapał się na jedno z najwyższych drzew i tym samym zrobił najlepszą rzecz, jaką mógł wtedy zrobić. Odetchnął zdrowym powietrzem i chciał poinformować krasnoludy. Wiedział dokładnie, w którą stronę należy iść. 
Zszedł z drzewa i nikogo nie zobaczył. Cała historia z ogromnymi pająkami się zadziała i hobbit uratował krasnoludy i Rozalię przed zjedzeniem. Tylko…pojawiły się elfy. Oddział leśnych elfów ze swoim księciem na czele. Złapali krasnoludy i zaprowadzili ich do swojego pałacu. 
Od razu wychwycili z krasnoludzkiego tłumu Rozalię. Rozpoznali także Thorina. Wiedzieli już, po co krasnoludy przedzierały się przez puszczę. Zabrali im wszystkim broń i wtrącili do lochów jak zwykłych niewolników. Kompania zdecydowanie nie zasłużyła sobie na takie traktowanie, chociaż faktem pozostaje, że weszli na tereny leśnych elfów. 
-W górze są i klejnoty, których ja pożądam…uczciwy układ-wypuścimy was wolno w zamian za drogocenne klejnoty z wnętrza góry. Co ty na to, Thorinie?
-…Nie! Nie wchodzę w żadne układy z elfami!
-Straże! Pilnować go! Zgnijesz w moich lochach. Sto lat dla elfa to zaledwie mrugnięcie oka…Ale ty…Kim ty jesteś? Wyglądasz jak elf, zdecydowanie elf, ale jakiś takiś mały…-przy ostatniej części zdania przeszedł obok dziewczyny pokazując dokładnie, ile wystarczy, że podniesie rękę, żeby sięgnąć jej głowy.
Zapewne taki ruch byłby łatwą drogą do wyprowadzenia obrażanego z równowagi. Rozalia miała to jednak w głębokim poważaniu i równie dobrze mogłaby się pośmiać z “ogromnego efla”, jak on z niej.
-Jestem pół elfem.-krótko, zwięźle, sucho
-…i pół?-zbyt ciekawski był elficki król
-I pół orkiem, jeżeli się nie mylę…-tutaj niechętną do odpowiedzi dziewczynę wyręczył elficki książę i nie za bardzo się to samej zainteresowanej podobało-…ma czarną krew. Tylko jedna rasa szczyci się taką krwią.
Dziewczyna dalej milczała, ani nie potwierdzając, ani nie zaprzeczając.
-Ciekawe połączenie…Tylko męczy mnie pytanie: Jak?-Thranduil przerwał dla niektórych bardzo niepewną ciszę
Wszystkiemu przysłuchiwał się trzymany przez strażników krasnoludzki król.
-Podstępem orków.-dziewczyna miała już serdecznie dość tej rozmowy
-Koniec o tym, kim jesteś. Pół elf i pół ork. Tylko co mają z tym wspólnego krasnoludy? Narażasz się na niebezpieczeństwa, kochana. Możesz przecież zostać tutaj z nami. Oni kiedyś zdechną jak szczury w tych swoich podziemiach…ty możesz żyć wiecznie. Nie wolisz zostać naszą księżniczką?-propozycja króla wydawała się być taka kusząca
Kolejną warstwę ciszy Rozalia domurowała do tej konwersacji. Gdy już stał konkretny mur między nią i elfickim królem, ona nie chciała go burzyć. Dalej nie odpowiadała.
-Odpowiedz!
-Jestem częścią Kompanii Thorina Dębowej Tarczy, podpisałam umowę. Nie mogę jej zerwać, czyli nie mogę z wami zostać. Chyba, że właściciel kompanii zgodzi się na zerwanie umowy. 
Dość szybko Thranduil przeniósł wzrok na krasnoluda. Uparty, honorowy i dość nerwowy krasnolud przysłuchiwał się każdemu słowu z coraz większą złością. Nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Był wręcz pewny, że dziewczyna zostawi krasnoludy i wybierze ciepłą komnatę w elfickim pałacu, albo że chociaż poprosi o powrót do Rivendell. Ale na pewno nie spodziewał się takiej odpowiedzi. 
-Ona jest moim skarbem. Jeżeli nadal chce pozostać ze mną, niech pozostanie. Nie oddam jej tak łatwo.
Takie słowa z ust króla wypowiedziane przeciwko drugiemu władcy same w sobie były pełne uczucia. A to jakie spustoszenie wywołały w Rozalii już nawet nie było porównywalne do niczego. “Ona jest moim skarbem…moim…skarbem…”-Rozalia mogłaby tego słuchać trzy dni i trzy noce i nadal by to ją nie znudziło. Zarumieniła się i nie umknęło to uwadze krasnoluda. 
-DOŚĆ! Wyprowadzić ich do lochów!-słowa Thorina wywołały dokładnie taką złość w elfie, jaką miały wywołać
Obydwoje zostali zamknięci w lochach obok reszty kompani. Cele były dosyć daleko i na samym końcu, przy celi Kiliego właśnie rodziło się małe, ale za to silne uczucie. Jednak przy celi Thorina nie było nic słychać z konwersacji elfki i krasnoludzkiego księcia.
-Proponował układ? Zgodziłeś się, Thorinie?-Balin pokładał nadzieje w to, że choć raz Thorin pomyśli w bardziej strategiczny sposób
Otóż nie. Białobrody dowiedział się dość szybko, że to nie miało szans się udać.
-To była nasza ostatnia nadzieja.
-Nie ostatnia…-krasnoludy przez chwilę nie wiedziały, co miał na myśli Thorin
-Bilbo!!!
-Cicho bądźcie, bo nic się nie uda!
Ostatecznie udało się i beczki były już na ostatniej prostej, ale…brama, strażnicy, orkowie, Kili, strzała, ucieczka, i tak dalej.
Ostatecznie z pomocą elfów krasnoludy ocalały i Tauriela dowiedziała się o zatrutej strzale. Poszła w las, a za nią Legolas. 
Wszystko toczyło się tak, jak miało się potoczyć.
Bard zabrał grupkę i przetransportował ich wszystkich do miasta. Rozalia ucierpiała z nich wszystkich najmniej, ponieważ od ludzi różniła się tylko wzrostem i delikatnie urodą. Została uroczo potraktowana jako daleka kuzynka przemytnika i bez problemów weszła do miasta. Gorzej z krasnoludami, które o mało co nie skończyły za burtą razem z beczkami wypełnionymi rybami. 
Thorin próbował omijać Rozalię, a ta specjalnie nie szukała go. Czuła, że coś jest nie tak, ale nie zrobiła niczego złego i nie ukrywała się.

W domu Barda Dębowa Tarcza obserwował przez chwilę krasnoludzką kuszę umieszczoną na jednej z wież miasta. Balin i Bilbo także dołączyli do tej sceny z opowieścią o smoku i czarnych strzałach. Teraz za to z końca pokoju przysłuchiwała się temu Lili.
-Podziwiam Cię, pół elfko. Wybrać nas ponad pałac? Góra jest cenniejsza, ale dalej nie nasza. Nie wolisz mieć pewności?-kolejne słowa Thorina budujące relację jego i Rozalii zaczynające coś prawdziwego, bo wypowiedziane przy Bilbo i Balinie nie mogły być nieszczere.
-Warto było to powiedzieć dla tych słów, które usłyszałam potem.
Krasnolud oderwał wzrok od broni i spojrzał na swój skarb.- Powiedziałeś to szczerze? Czy tylko dla wrażenia przed elfem?
-Czy jedno wyklucza drugie?
Wszystkie słowa były dobrze zaplanowane i wypowiedziane dopiero po szczegółowej analizie. Przy tej rozmowie była także cisza, ale nie była ona niezręczna. 
Rozalia nie odpowiedziała tylko użyła jednej ze swoich kryształowych broni. Uśmiech był tutaj najodpowiedniejszy.

Kochana zgraja krasnoludów obrażona na Barda za brak najlepszej broni pod górą udała się po “małą pożyczkę”. A dokładnie to po prostu wybrali się w środku nocy do miejskiej zbrojowni, która mimo, że była pilnowana, nie była problemem dla krasnoludów. Co było tylko trochę zadziwiające na akcję rozboju w zbrojowni nie zabrali Rozalii. 
Ich idealny plan legł w gruzach kiedy narobili więcej hałasu niż można byłoby przewidzieć. Złapani i wyprowadzeni przed dom władcy miasta w środku nocy, nie dali spać dalej Lili. Gdy tylko dziewczyna poszła za niewytłumaczalnym nocnym tłumem zobaczyła kompanie, która była osądzona właśnie o kradzież. Dotarło do niej szybko, że wcale nie ma powodów do cieszenia się, że jej tam nie było. Wiedziała, że albo uznali, że będzie im zbędna w tej akcji, albo w ogóle najlepiej to by było, gdyby z nimi nie szła.
Obydwie opcje były nieprzyjemne z widoku osoby z boku, a dla Rozalii były tylko potwierdzeniem jej największych obaw. Jeszcze tego samego dnia, chwilę wcześniej Thorin powiedział, że dziewczyna jest jego skarbem, a teraz? Zostawili ją z niewyjaśnionych powodów. 
Miała ich już dosyć. Tego okłamywania jej, tych różnic i tego poczucia bezwartościowości. W tłumie prawie nikt nie zauważył jak Rozalia poszła zabrać swoje rzeczy i używając magii niezauważalnie odpłynęła z miasta.
Dziewczyna coraz częściej zastanawiała się nad swoimi umiejętnościami. Ciekawiło ją w jaki sposób wtedy uratowała Thorina. Badała tą swoją magię. Szybko uświadomiła sobie, że może naprawdę dużo w porównaniu ze zwykłym mieszkańcem Śródziemia. Była czarodziejem. Ale dość wyjątkowym. Lili wiedziała też, że w niewyjaśniony sposób przy Gandalfie swojej magii nie może używać. Zastanawiało ją, czy to działa podobnie przy innych czarodziejach. 
Nie używała tej swojej magii prawie w ogóle, nie znała jej tak dobrze. Jeżeli jej magia ma cokolwiek wspólnego z jej ojcem lub dziadem to z taką myślą zaczynała się bać. Nie chciała, by ktokolwiek nieodpowiedni dowiedział się o jej magii.

Dzięki magicznej niewidzialności w świetle księżyca Rozalia pokonała już całe jezioro i opuściła łódkę. Nie interesowało ją już, co stało się z krasnoludami, chociaż wolała, żeby jednak władze miasta na jeziorze puściły ich wolno. 
Idąc w stronę góry dopracowała swój plan działania.
Chciała znaleźć miejsce ukrytych drzwi przynajmniej chwilę przed krasnoludami. 
Chciała powiedzieć im wszystko w ostatniej chwili, na końcu. 
Chciała czekać na nich, kiedy będą iść do niej z myślą, że będą tam pierwsi. 
Chciała się dowiedzieć, czemu ją zostawili. 
Chciała się dowiedzieć, czemu on jej robił nadzieje, czemu kłamał.

Już przy wschodzącym słońcu dziewczyna niezauważalna pokonywała tereny dzielące jezioro i górę. Blisko południa zobaczyła ruiny pod górą. Ruiny miasta Dale. W tym mieście mieszkali przodkowie mieszkańców nowego miasta-miasta na jeziorze, które właśnie w tej samej opisywanej przeze mnie chwili opuszczały krasnoludy. Kompania bez Kiliego, Filiego, Oina i Bofura oraz bez Rozalii opuszczała miasto na jeziorze z obietnicą złota dla wszystkich. Z obietnicą, której nie wypełnią…

Dziewczyna bez problemów znalazła główne wejście do Ereboru. Zaraz obok ruin Dale znajdowało się wykute w skale wejście do wnętrza góry. Tyle, że było zasypane. Jedyne, jakie prowadziło do krasnoludzkiego królestwa było zaczarowane, a klucz posiadał tylko aktualny król. -Thorin II Dębowa Tarcza. O odpowiedniej porze mógł powrócić do swojego domu. I chciał to zrobić. 
Znalezienie miejsca, w którym były ukryte drugie drzwi do Ereboru zajęło trochę czasu dziewczynie. Musiała pół dnia iść bez przerwy blisko zbocza góry i szukać najmniejszej wskazówki dotyczącej dodatkowych drzwi. Ta wskazówka, która okazała się być najtrafniejsza nie była taka mała…
Niewidzialna pół elfka wspięła się po wielkiej krasnoludzkiej rzeźbie przedstawiającej jednego z historycznych przodków Thorina. Nie było innego miejsca, które mogłoby być tym magicznym miejscem. Miejscem zaklętych drzwi.
Dodatkowym śladem był drozd krążący blisko czubka ogromnej kamiennej głowy. Na końcu wspinaczki znalazł się kawałek wnęki wyglądający jak najzwyklejszy w Śródziemiu kawałek góry.
Dziewczyna została tam i czekała dość długo. Jednak kiedy wreszcie usłyszała głosy wspinających się po wielkiej rzeźbie krasnoludów, dalej nie miała ochoty pokazywać się im. Przecież mogła tam pozostać niewidzialna i obserwować ich próbę wtargnięcia do góry. Tak zrobiła. Cała kompania wpatrzona w ścianę, na którą padały promienie słoneczne nie zauważyłaby Rozalii nawet bez zaklęcia. Przez cały zachód słońca w dniu Durina krasnoludy kombinowały, jak wejść do ogromnego skarbca, należącego do Smauga, który odebrał go krasnoludom siłą. 
Nie udało im się. Próbowali nawet sforsować ścianę, ale zaklęć nie mogli pokonać, nawet największą siłą. Rozalia spokojnie ich obserwowała. Przecież dzień Durina się nie kończył, a drozd nigdzie nie zapukał dzisiaj jeszcze.
Ale…poddali się. 
-Słońce zaszło, to koniec.-po tych słowach Balina cała nadzieja, cała podróż stała się zupełnie bezwartościowa
-Światło, nie słońce. Siedzę tu od wczoraj, drozd krążył tu przez cały dzień, ale jeszcze nie zapukał. 
-Rozalia?
-O przypomnieliście sobie o mnie? Z tej zbrojowni chcieliście iść prosto do góry, a mnie zostawić tam zupełnie samą? Wiem, nie pasuję do was zupełnie, ale można mi wprost powiedzieć, że mam się “przypadkiem” zgubić i dać wam spokój!-ona, ona nie wytrzymała i wykrzyczała wszystko, co chciała
-Ale Rozalia…to nie tak…-Thorin był tak zdezorientowany obecnością dziewczyny, jak i jej słowami
Król chyba chciał, znowu usłyszeć krzyk Lili, jej siłę, mimo że podczas kłótni, ale ona nie powiedziała już ani słowa. Przejmującą i niezręczną ciszę w końcu ktoś musiał przerwać. A teraz nikt nic nie mówił, a w oczach Rozalii ukryte głęboko łzy postanowiły pokazać się. Thorin, gdy je zobaczył chciał podejść do niej, ale przypomniał sobie, że to jego wina.
-To…to wszystko była jedna wielka pomyłka. Bo miał cię obudzić Ori, ale on zrozumiał, że ma cię obudzić Nori, tylko ma mu to powiedzieć. Ale Dori i Nori nie szukając Ori’ego poszli na samym przodzie już w stronę zbrojowni. Tym samym Ori kiedy ich znalazł już byli wszyscy razem w połowie drogi do zbrojowni. Zaczęli się kłócić o to, kto miał cię obudzić i ostatecznie nie poszłaś z nami. Następnym razem żadnym kołkom nie będę zlecał obudzenia cię, tylko zrobię to sam. Przepraszam…nie płacz już.-Thorin wyjaśnił całą sytuację, a reszta pokiwała głową na jej prawdziwość
Wykończona bardziej psychicznie niż fizycznie dziewczyna nie myśląc za dużo szybko przeanalizowała całą historię, gubiąc się pięćdziesiąt razy w tych całych Orich, Norich i Dorich, podeszła do Thorina i przytuliła się do Dębowej Tarczy. On z delikatnym uśmiechem na twarzy pozbył się wyrzutów sumienia i objął Lili. Przez chwilę nie odrywali się od siebie chcąc trwać tak jak najdłużej. Nie mogli jednak właśnie teraz wykorzystywać w taki sposób czasu, ponieważ usłyszeli za sobą ciche pukanie. A dokładniej nieduży ptaszek, pukając skorupką w skałę, pokazał przywódcy kompanii, że Rozalia miała rację. Blask księżyca oświetlił małą dziurkę w skale. Teraz cała kompania momentalnie odzyskała nadzieję. I im się udało. Thorin zostawił dziewczynę na chwilę – bo i tak chciał później do niej wrócić-i podszedł z kluczem do magicznych drzwi, które po chwili już ukazywały wejście do bogatego w złoto i smoka Ereboru.

Teraz trwała wymagająca ogromnej odwagi i uwagi misja hobbita. Włamywacz właśnie po to wędrował z krasnoludami, by teraz przynieść im arcyklejnot. Kompania czekała przed wejściem, nie chcąc popsuć misji hobbita swoim zapachem, który Smaug na pewno znał. Humory krasnoludów z minuty na minutę pogarszały się. Większość martwiła się o Bilba i o jego los po spotkaniu ze smokiem. Tylko jeden krasnolud widział co innego. Thorin już nie był sobą. Martwiło go teraz tylko złoto. Chciał je mieć tylko dla siebie. Czuł wrogów nawet wśród przyjaciół. Odsunął się od nich i obserwował tereny okalające Samotną Górę. 
Powoli wśród krasnoludów pojawiało się przekonanie, że powinni wejść do góry i pomóc prawie bezbronnemu hobbitowi. Thorina jakoś tak przestał interesować los hobbita. Chociaż złoto przekonało go do wkroczenia do góry.
Za nim cała kompania również weszła do Ereboru. 
Hobbit już uciekał przed smokiem, ponieważ tylko to mu pozostało. Mimo zagrożenia, Thorina interesowało tylko jedno – arcyklejnot. Bilbo powiedział, że go nie znalazł. Krasnoludzki król nie miał czasu na dokładnie prześwietlenie słów hobbita, ale był zły, że niziołek nie znalazł jego arcyklejnotu. Dębowa Tarcza w obliczu zagrożenia ze strony smoka jednak zachował resztki rozumu i obmyślił plan na smoka. Fajerwerki tylko zirytowały bestię na tyle, że rozpuszczenie złotej rzeźby Thróra dodało złości Smauga. Smok miał dosyć krasnoludów-poleciał spalić miasto.

Kompania bardzo przeżywała los rybaków. Zmartwieni krążyli na miejscu rozwalonej przez smoka ściany i czekali na powrót bestii.
Ale on zginął. Smaug spadł na miasto i już się nie podniósł. Mieszane uczucia rodziły się w krasnoludach, a połączona radość ze śmierci smoka i smutek z powodu zniszczonego miasta nie zaraziły Thorina. On znowu zaczął myśleć o tym samym. Teraz oficjalnie był jedynym, prawdziwym i bogatym Królem pod Górą.
Choroba zawładnęła sercem króla, a on sam nie wiedział, jak walczyć z nią. Nawet chyba nie chciał z nią walczyć. 

Dni w Ereborze mijały, a po odrzuceniu wywiązania się z obietnicy złożonej ludziom z miasta na jeziorze, wielkimi krokami zbliżała się bitwa. Trzynastu krasnoludów, hobbit i pół elfka przeciwko kilkutysięcznej armii elfów i grupie ludzi-tak się wydawało większości miała ta cała bitwa wyglądać. Jednak wszystko potoczyło się inaczej. Gandalf już ostrzegł przed ogromnymi oddziałami orków, gdy na tereny pod górą dotarł kuzyn Thorina-Dáin, władca Żelaznych Wzgórz, przewodząc armią krasnoludów. 
Mało osób tego naprawdę chciało, ale było już blisko wojny pomiędzy krasnoludami, elfami i ludźmi. W dosyć odpowiednim momencie i jednocześnie zupełnie niepotrzebni pojawili się orkowie. Cała poprzednio wymieniona grupa zjednoczyła siły przeciwko orkom. A Król Pod Górą siedział w górze, jak na Króla Pod Górą nie przystało. 
-Nie możemy tu tak siedzieć, kiedy oni tam giną!- Dwalin, jako zawodowy wojownik miał zupełną rację
-To nie nasza wina. Odzyskaliśmy górę, więc teraz będziemy jej bronić. My, nie oni.-Thorin dalej zaślepiony złotem nie zamierzał odpuścić
-Mam cię już dość! Siedzisz tu i zachowujesz się, jakby cię zupełnie nie obchodziła ich śmierć! Obchodzi cię tylko złoto i korona!-głos Lili odbił się od ścian skarbca, z którego Thorin nie wychodził-Dla mnie już nie jesteś królem…-dodała szeptem i te słowa zabolały ją tak bardzo, jak zabolałyby zdrowego Thorina.
Nie czekając na reakcję Dębowej Tarczy wyszła ze skarbca, a on siedział dalej na tronie sprawiając wrażenie obojętnego na słowa dziewczyny.
Rozalia minęła wartujących przy zabudowanej bramie krasnoludów z zamiarem opuszczenia góry.
-Rozalia, stój! Co ty robisz?-jednym z wartowników aktualnie był Kili, który miał też już zupełnie dosyć Thorina.
-Idę coś zrobić. Cokolwiek. Ja z nim tu dłużej nie wytrzymam.
Kili nie miał już siły zatrzymywać dziewczynę. Dodatkowo chciał iść walczyć już dużo wcześniej, ale w przeciwieństwie do Rozalii, to Thorin był jego królem i powinien on pozostać swojemu władcy wierny.

Lili podejmując pierwszą próbę walki zorientowała się, że tak naprawdę, to ona nie ma co tam robić. Każdy pojedynczy ork miał zakodowane w tym swoim ograniczonym mózgu, że Lili jest najpotężniejszą ze wszystkich i może ona sięgnąć ich losu nawet w wieczności, którą mieli oni kiedyś osiągnąć. Łatwo było im więc zrozumieć, że jej muszą być posłuszni i widząc ją na polu walki odsuwali się. Walczące elfy, ludzie i krasnoludy nie chcieli jej zabić, bo była do nich podobna. Podsumowując dziewczyna nie miała z kim walczyć. Zupełnie. 
Nie miała dużo czasu na myślenie, bo może i mogła by stać na środku broniona przez orków, tylko chcąc ocalić przyjaciół nie mogła swoich zamiarów zdradzić. Podjęła więc szybką decyzję i biegiem dotarła do miejsca, z którego wydawane były rozkazy. A dokładniej było to miejsce, w którym siedział Azog. 
Pokonanie stromego wzniesienia zajęło trochę czasu delikatnej istotce. Chociaż docierając na miejsce nie zawiodła się. 
-Lili! Moja droga potomkini. Zostaw tych krasnoludów i wróć do nas. Po co masz się dalej męczyć?-dziad Rozalii nie bał się jej, za to wiedział o jej magii i chciał ją przekonać do jej używania
-Chcę być z wami.

Dalej wszystko toczyło się dosyć nienaturalnie, a dokładniej to w kilka minut wydawało się, że jest ona tam od zawsze. Wystarczyło im, że siedziała tam i obserwowała co robią. Pół elfka czekała na dalszy rozwój wydarzeń i nie wiedziała jeszcze, że już nie jest do końca sobą. Stawała się kimś innym. Bezsensownie obserwowała ruchy orków coraz bardziej przekonując się, że jest jednym z nich. To był wpływ jej czarnej krwi, która jednoczyła i nakazywała słuchać przywódcy i dochować wierności ponad życie. Dzięki działaniu tej krwi całe oddziały orków trzymały się razem i mimo małych mózgów dogadywali się między sobą. Rozalia czuła co innego. To ona była następcą przywódcy. To ona miała kiedyś te oddziały prowadzić. To ona miała pozostać wierna czarnej stronie i coraz bardziej pragnęła być prawdziwym orkiem. Zaczynała się zachowywać jak zahipnotyzowana, choć nadal pozostawiała sobie swoją dużą wiedzę i inteligencję. Mogła być jedną z najcenniejszych broni orków. I się nią stawała.
-Możesz zabić?
-Mogę.-po czym bez chwili wahania Merionem odcięła głowę jednemu z kilku orków, którzy siedzieli tam z nimi tylko po to, żeby nie musieć walczyć i udawać, że coś robią

Zrobiła to płynnie i profesjonalnie, nie biorąc pod uwagę tego, że nigdy nie uczyła się walczyć. Takie ruchy wymagały kilkuletniej nauki. Nie zastanawiało ją to wtedy. Była skupiona na tym, co tam się wtedy działo i dalej nie przypominała prawdziwej siebie.
-Ale nie tak. Magią.-w głos Azoga wsłuchiwali się prawie wszyscy obecni na wzgórzu
Nie odpowiadając Lili spojrzała na kolejnego z obecnych tam orków, który tylko przez chwilę mógł bać się śmierci. Po tej krótkiej chwili padł martwy.
Władczy i mroczny uśmiech pojawiający się z niezauważalną prędkością na twarzy Azoga był dowodem na to, że właśnie tego się spodziewał. Reszta towarzystwa na wzgórzu, wcześniej lekko wątpiąc w umiejętności dziewczyny, teraz zaczynali poważnie myśleć o zagrożeniu. Tylko Azog nie przejmował się tym, że równie dobrze prawie nie znana mu jego potomkini jego także mogłaby zabić.
Orkowie byli jednak małomózgimi tchórzami potrafiącymi wyrządzić dużo zła. Jeden z nich w strachu posunął się nawet do czegoś, czego mógł bardzo żałować-jeżeli w ogóle znał takie słowo. Pod nieuwagę Azoga złapał prawą rękę Rozalii i wyciął na niej nieduży x.
Chciał w ten sposób niezauważalnie ją osłabić. Ale jej złość tylko zrosła. Faktem było, że udało mu się dziewczynę osłabić, ponieważ sztylet, którego użył był zatruty. Rana szczypała, ale z chęci zemsty dziewczyna udawała, że nic się nie stało. Był to tylko fragment jej planu. Z minuty na minutę brak reakcji Lili wywoływał coraz większa panikę orka. Wiedział, że z tego miejsca nie było odwrotu i musiał czekać na dalszy bieg wydarzeń. 
Do tego tymczasowego obozu Azoga przybył jego syn. Pierwsze spojrzenie pokierował na Lili i dumnie, po zobaczeniu jej po tej stronie walki, przeniósł wzrok na Azoga. Ten udzielił mu kilku wskazówek na temat dalszej walki, ale wtrąciła się w to na końcu Lili.
-Ojcze-nie ciągnąc tego dalej podwinęła rękaw prawej ręki ukazując czarną literę
-Kto?-jego głos zapowiadający zemstę wyjątkowo ucieszył dziewczynę
Nie odpowiadając wskazała ręką winnego orka, a on zabrany z krzykiem, wcześniej nigdy nie wyobrażał sobie istnienia tortur, których doznał później.

Dochodząca wiadomość o wyjściu krasnoludów z góry nie zrobiła wrażenia na Rozalii. Była tak samo obojętna na ich los, jak Thorin wcześniej. I tak samo jak on, nie była sobą.

Kompania walczyła ze wszystkich sił. Gdy do przywódcy orków dotarła wiadomość o zbliżających się w stronę ich obozu czterech krasnoludów, blady ork postanowił schować się przed nimi. Rozalia domyśliła się, że musieli to być Thorin, Kili, Fili oraz Dwalin, ponieważ Thorin już wiedział, że ważnych zadań kołkom powierzać nie można.
Z zimną, czarną krwią Lili obserwowała, jak sam Azog złapał Fili’ego i wyszedł z całą resztą na najwyższy balkon wieży, w której się znajdowali.
Dziewczyna stanęła przy krawędzi pozbawionej jakiejkolwiek poręczy i z kamiennym wyrazem twarzy spojrzała w stronę trzech pozostałych krasnoludów stojących na dziedzińcu przed wieżą.
Thorin dopiero wtedy dowiedział się, gdzie odeszła i jak dużo stracił przez swoją chorobę. Chciał wtedy cofnąć czas, ale to było niemożliwe nawet przy użyciu największych istniejących czarów. Pamiętał jej słowa, które skierowała w jego stronę chwilę przed odejściem i w połączeniu z jej obojętną postawą bolało to podwójnie. Nie tylko to teraz było nie do zniesienia dla krasnoluda. Ork trzymał nad przepaścią jego siostrzeńca, a on nie mógł nic z tym zrobić.
W Rozalii po zobaczeniu Thorina obudziło się momentalnie jej prawdziwe oblicze i gdyby tylko mogła rozpłakałaby się tam. Tylko właśnie nie mogła tego zrobić i będąc świadoma tego, co się tam zadziało dla dobra przyjaciół dalej udawała przekonaną do orków.
-On umrze pierwszy.-kolejne słowa Azoga, w które wsłuchiwała się nie tylko Rozalia
To miała być już ta chwila, w której Durin tracił kolejnego potomka. Chwila, w której Thorin był jeszcze bardziej przekonany do krwawej zemsty, a rozpacz Kili’ego godna była największego poświęcenia.
-Stój. Winna jestem mu przysługę. Nie zabijaj go.-ork trochę zawiedziony po prostu puścił krasnoluda
Dziewczyna używając magii i delikatnego ruchu ręki uchroniła Fili’ego przed bolesnym upadkiem, gwałtownie hamując jego wycieńczone już ciało przy samej ziemi.
Odeszła z orkami dalej udając posłuszną i wierną im, chociaż spostrzegawczości Thorina nie wymknął się jej ruch ręki. Oakenshield znał jej magię prawie tak dobrze, jak ona sama i już wiedział o jej grze.
Kili nie zauważając zaklęcia Rozalii pobiegł w sam środek wieży znaleźć i zemścić się na orkach, a Thorin i Dwalin już po chwili musieli się bronić przed całą masą goblinów z północy wspinających się po zboczu wzgórza. Każdy z nich był w niebezpieczeństwie.

Na wieży Azog porozdzielał zadania dowodzącym małymi oddziałami i zadecydował o dalszym przebiegu bitwy.
-…Lili, chodź ze mną.-to nie był rozkaz, ani propozycja, czy prośba-to było coś pomiędzy
Dziewczyna nie posiadając sensownego planu po prostu poszła za orkiem. Trasa, którą szedł prowadziła w stronę zamarzniętego wodospadu. Na samym końcu drogi dziewczyna zorientowała się, po co tam idą. Tam był Thorin.
Teraz na jego widok nie reagowała obojętnością, tylko przyśpieszonym biciem serca i obawą o jego życie. Bardziej bała się o niego niż o siebie.

Tylko, usłyszała krzyk, kobiecy krzyk dochodzący z wieży. Przez chwilę nie wiedziała, co ma zrobić. Zdecydowała się zawrócić. Mogła pomóc komuś, kto był w niebezpieczeństwie i nie musiała określić, czy staje po stronie swojego dziada czy krasnoluda.

Chociaż właściwie to musiała. Musiała określić czy staje po stronie Kili’ego i walczącej z nim rudowłosej elfki, czy po stronie swojego ojca. Kili, gdy tylko zobaczył Rozalię spojrzał na nią z odrazą. Krasnolud tak naprawdę nie wiedział, co się stało. Czuł w dziewczynie zdrajczynię. 

Rozalia nie wiedziała, co ma zrobić. Złapała za ręce Kili’ego i elfkę prosząc tylko, żeby to się udało. To, czyli rodzaj magii, której wcześniej nie próbowała-chciała chociaż kawałek przenieść ich. Nie mogła. Udało jej się tylko użyć niewidzialności.

-Uciekajcie- pół elfka dodała szeptem i pobiegła w stronę wodospadu, a Bolg lekko zdezorientowany zniknięciem całej trójki nie mógł nic innego zrobić, jak tylko odejść stamtąd

Biegnąca pół elfka nie wiedziała, co się tam wydarzyło, a jej najgorsze domysły były jednak czymś więcej niż przypuszczeniami. Nie chciała wierzyć w to, że ork mógł pokonać krasnoluda. Nie mogła wyobrazić sobie, że Azog pokonał Thorina. Dziewczyna zrozumiała, że kocha Oakenshielda tak bardzo, że nie wyobraża sobie życia bez niego. Wystarczyło tylko kilka chwil zagrożenia, by uświadomić sobie coś tak ważnego. Lili była zdolna stanąć po stronie przeciwnej swojemu przodkowi dla Thorina. Była zdolna zginąć.
Zrozumiała co się stało, gdy dotarła na miejsce. Zrozumiała, że leżące bezwładnie ciało orka jest już tylko pozostałością po jej ojcu. Ale zrozumiała też, że nie tylko on ucierpiał. Gdy zobaczyła Bilba pochylonego nad ciałem Thorina zrozumiała, że jest już za późno.
Podeszła, by zobaczyć zaszklone oczy hobbita. 
Podeszła, by zobaczyć pozbawioną emocji twarz krasnoluda. 
Podeszła, by zobaczyć krew Azoga na mieczu Thorina.
Podeszła, by ze łzami ostatni raz zobaczyć najważniejszego.
-Nie…proszę, nie….Nie!-szept połączony z krzykiem, łzami i bólem poniósł się po pustoszejących polach bitwy, a Rozalia przekonała się, że przytula go ostatni raz
Nie mogła być tam dłużej. Uczucia, jakie jej towarzyszyły były potężniejsze niż największe szczęście. Wstała i odeszła. Po prostu odeszła. Nie wiedziała, co ma zrobić. Szła przed siebie nie patrząc dokąd idzie. Dotarła aż pod pozostałości wieży i dalej szła.

Nie wiedziała jeszcze wszystkiego, co powinna wiedzieć. Ale…miała się tego szybko dowiedzieć.
-Rozalia!…Rozalia!…Lili! 
Przez chwilę miała wrażenie, że to był głos Thorina. Przez chwilę chciała wierzyć w cuda. 
Odwróciła się w stronę ledwo słyszalnego głosu, który mimo wszystko wydawał się być szczęśliwy. Nie wiedziała do kogo należy, dopóki nie weszła z powrotem na zamarznięty wodospad. Świadomie nie chciałaby tam wracać, ale teraz kierowała się ciekawością. Ciekawiło ją, kto ją tak bardzo wtedy tam pragnął zobaczyć.
-Thorin…-wyszeptała Lili widząc postać, która ją wołała. -Nie wierzę…kochanie-jej słów nikt nie słyszał, a ona sama stała dosyć spory kawałek od prawie całej kompanii z ich przywódcą na czele
Stała nie wiedząc, co ma zrobić. Pierwszymi i jedynymi myślami były takie, które sugerowały, że to złudzenie albo sen. Że ta cała historia ze Śródziemiem nigdy się nie wydarzyła. Ale czuła nadal, że go kocha. Czuła, że chce się teraz do niego przytulić, obojętnie czy to sen, czy to się dzieje naprawdę.
Zaczęła biec w jego stronę, ale na lodzie bardzo szybko straciła kontrolę nad swoim ciałem. Skończyła złapana przez Thorina, który czuł się jak nowo narodzony bez śmiertelnej rany blisko serca. 
-Żyjesz…?
-Żyję. I dziękuję.-cały czas byli bardzo blisko, wręcz za blisko
-Mi? Za co? Za zdradę? 
-Zrobiłbym tak samo, gdybyś zachowywała się tak, jak ja.-krasnolud nie pozbywał się uśmiechu, który nie codziennie można było zobaczyć na jego twarzy.-A dziękuję Ci za życie. Żyję dzięki tobie, mój jedyny, najcenniejszy skarbie.
-Dzięki mnie?…ja…ja przecież niczego nie zrobiłam…
-Tylko ja znowu usłyszałem ten jeden wyraz “proszę”. Naprawdę nie wiem, jak ci się odwdzięczyć.
Dziewczyna nie mogła w to uwierzyć, tylko wtuliła się bardziej w ramiona krasnoluda gładząc delikatnie miejsce, w którym powinna być teraz rana. Dalej ze łzami w oczach, które teraz spływały po ubraniach Thorina pół elfka zaczynała się znowu uśmiechać, gdy usłyszała za kogo ma ją król jej serca. Nie chciała odrywać się od niego, ale musiała to w końcu zrobić, kiedy na około nich stała grupa krasnoludów. Odeszła kawałek, a Thorin świadomy sytuacji i tak chciał móc dalej ją obejmować.
-Przepraszam…-Lili chciała wyjaśnić wszystko, ale
-Nie przepraszaj nas za nic. Nie jesteś winna. To było do przewidzenia, że kiedyś do nich pójdziesz. Ale uratowałaś naszego króla, to się liczy. Jesteśmy Ci wszyscy winni coś więcej niż szacunek.-Balin obecny na wzgórzu przerwał Rozalii, a reszta zgodziła się z białobrodym krasnoludem
Thorin i tak zrobił to, co chciał. Podniósł Lili i ostrożnie skierował się z dziewczyną na rękach w stronę Ereboru. Przy ruinach wieży zobaczyli Kili’ego i towarzyszącą mu cały czas elfkę pochylonych nad ciałem Fili’ego. Dębowa Tarcza odstawił Lili i ciągnąc ją za sobą, trzymając jej rękę, podszedł do swoich siostrzeńców.
-Fili…
-Fili…bracie, wstań, proszę
-Fili…-głos Thorina był teraz na skraju załamania, po raz kolejny dzisiaj
-Fili…proszę-Rozalia zrozumiała, że musi się odezwać, gdy usłyszała głos Thorina
Kolejny raz nieświadomie użyła czarów, a mijały właśnie ostatnie minuty, w których w Fili’m pozostawała cząstka życia. 
Rozalia wiedziała, że nie może używać magii przy innych czarodziejach. Uświadamiała sobie także, że bez wpływu orków używała jej tylko, gdy bliska jej osoba potrzebowała pomocy albo znajdowała się pod silnym wpływem emocji. Wiedziała też, że ta magia może być niebezpieczna, kiedy jest niewyjaśniona.
-Fili! Braciszku!-kolejna osoba dzisiaj doświadczała skrajnych emocji w jednej chwili, a Kili, gdy Fili otworzył oczy, to najżywszy okaz szczęścia
Fili powoli analizował sylwetki otaczających go osób, a Thorin zamiast patrzeć na siostrzeńca, wpatrywał się w usta Rozalii od momentu, gdy uświadomił sobie, że to jej zasługa. Dotarło to do niego szybciej niż do samej czarodziejki. Lili uświadomiła to sobie, dopiero po kilku chwilach palącego wzroku krasnoluda.
-Dziękuję.-szepnął, by usłyszała to tylko ona
Czując najwięcej siły, jak nowo narodzony, krasnolud delikatnie podniósł posiniaczonego i rannego siostrzeńca, po czym doniósł go do jednego z pozostałych niezniszczonych ludzkich namiotów w Dale. Za nim szła mała już zmęczona grupka, składająca się z Kili’ego i elfki, Rozalii i Dwalina. Reszta powoli okrężnymi drogami wracała do góry.
-Zaopiekujcie się nim, proszę.-Thorin skierował te słowa w stronę kobiet opatrujących chorych, pozostawiając Kili’ego przy bracie
Sam złapał za rękę Rozalię i wyciągnął w bardziej urokliwe miejsce, które zdołało ochronić się przed bitwą. Korytarze we wnętrzu Samotnej Góry zachwycały swoją ogromnością dziewczynę nadal, mimo że widziała je już kolejny raz. Zachwycał ją także krasnolud, z którym mogła teraz tymi korytarzami iść, a on był niezmiernie jej wdzięczny. Czuł się nadal winny temu wszystkiemu. Czuł, że mógł nad chorobą zapanować, a wtedy to wszystko byłoby zupełnie inaczej. 
-Pomożesz ludziom? Zrobili tyle dla Ciebie, a ty…
-Muszę ich przeprosić przede wszystkim. Byłem okropny. Jasne, że im pomogę. Nie może się ta sytuacja powtórzyć. 
Szli korytarzami Ereboru trzymając się za ręce. Wszystko było takie piękne, ale przecież nie mogło być zawsze idealnie.
-Jesteś teraz królem. Przeczuwam masę obowiązków.-stwierdziła lekko żartując
-Nawet mi o tym nie przypominaj. Za to ty teraz jesteś dziedziczną przywódczynią orków. Twój dziad i ojciec nie żyją. Tak trochę przeze mnie…
Może i to było dziwne, ale tak, Thorin był z tego powodu trochę smutny.
-Hejj, czasem mi tu się nie obwiniaj. Spójrz, kogo udało mi się ocalić? Kogo nie do końca świadomie uratowałam? Miałam przecież wybór.
Teraz przy pustych korytarzach odpowiedzią nie musiał być tylko uśmiech, a niezauważony przez żadną inną istotę, dość odważny, delikatny pocałunek, w po chwili pudroworóżowy policzek Rozalii był jedną z najlepszych odpowiedzi, jakie mogła dostać dziewczyna.
-Dziękuję…-wyszeptał jej prosto do ucha, gdy dotarli już do krasnoludzkiego skarbca

Góra była teraz szczytem górującym nad wielkim grobowcem, w który zamieniały się pola otaczające Erebor. Grobowej atmosfery dodawał śnieg przykrywający nieruchome ciała. Na białym puchu jeszcze licznie pojawiały się czarne i czerwone plamy. Zima zdecydowanie utrudniała odnajdywanie rannych. Do tego ludzie, mimo że już ze złotem, musieli szukać kupców, którzy sprzedaliby im rzeczy pierwszej potrzeby. Ruiny Dale nie dawały dobrego schronienia bez odpowiedniego remontu, a Erebor wypełniał się krasnoludami, do których dotarły szybko rozprzestrzeniające się informacje o odzyskaniu ojczyzny. Gdy sytuacja wśród ludzi Barda chociaż trochę się ustabilizowała, Gandalf zapowiedział wizytę w Samotnej Górze, którą opuścił szybko po bitwie odprowadzając Bagginsa do Shire. Wizyta czarodzieja nie była przypadkowa i wszyscy dobrze o tym wiedzieli. Thorin miał oficjalnie zostać koronowany na Króla pod Górą. 
Rozalia wyczekiwała uroczystości tak podobnie, jak sam Thorin. Dziewczyna mogła pozostać w Ereborze jak długo chciała, a krasnoludzki król dalej twierdził, że i tak nigdy nie spłaci długu, który ma u czarodziejki. Plotki roznosiły się dosyć szybko, nawet wśród stosunkowo niedużej ilości krasnoludów na terenie ogromniej góry. Rozalia była traktowana jak co najmniej żona Thorina. Prawie każdy uważał, że należy się jej ogromny szacunek. 
Tylko rzeczą, która martwiła Lili było zachowanie Thorina. Krasnolud jej najzwyczajniej unikał. 
-Thorinie…
-Nie mogę teraz z tobą porozmawiać, przepraszam.-Lili zobaczyła delikatny błysk ukrywanego smutku w jego oczach, choć wydawało się, że jedynym powodem tłumaczącym władcę były jego mnożące się obowiązki
Wyglądała tak prawie każda próba ich rozmowy, a dziewczyna wiedziała, że jest coś nie tak. Nie potrafił niczego przed nią ukrywać.
Pół elfka niejednokrotnie próbowała wypytać o to Balina, czy Kili’ego albo Fili’ego. Ostatecznie każdy z nich twierdził, że nie wiedzą nic na ten tamat i w oczach Rozalii nie kłamali. Jedyną osobą, która mogła to wyjaśnić był sam Thorin. 
-Thorinie…
-Rozalia, naprawdę przepraszam, ale…-ale to był znowu ten sam głos skrywający smutek
-Mój królu-Rozalia przerwała jego kolejne tłumaczenie w dość skuteczny sposób, ponieważ po tych dwóch słowach krasnolud zamilkł i wsłuchiwał się w słowa dziewczyny-Thorinie…ja widzę, że coś się dzieje. Przecież mi możesz powiedzieć…
-Nie mogę. Właśnie nie mogę. Przepraszam.-ten głos był już inny, w tym głosie już mniej ukrywany smutek był najlepiej słyszalny-Nie chcę robić ci nadziei…
-Co to znaczy?
-Powinnaś zapomnieć o tym, co czułaś do mnie.-teraz jego głos był już pewniejszy, ale nadal smutny-Raz na zawsze.
Dziewczyna spojrzała w pochłaniające oczy krasnoluda, w których po bliższym przyjrzeniu się było widać odbicie książek z jednej z ocalałych biblioteczek. Krasnolud odciągnięty od studiowania map równie dobrze mógł zatonąć w zielonoszarych oczach Lili, które były bliskie nagłej powodzi łez.
-…dlaczego?- tylko tyle zdołała wyszeptać 
-Ja to wszystko przemyślałem i…zrozumiałem, że nie powinienem w ogóle dawać ci nadziei, to byś zapomniała i byłoby teraz dużo prościej. Nie chcę cię ranić, właśnie dlatego to robię…
-…dalej nie rozumiem dlaczego…
-Jestem zwykłym krasnoludem, śmiertelnikiem, ty nie. Nie chcę, byś za mną tęskniła…koronę w Ereborze przejmie jeden z moich siostrzeńców, są wystarczająco dorośli już teraz-słowa bolały, dużo bardziej niż fizyczne rany, a krasnolud mimo przerw ciągnął dalej-Tak będzie lepiej…

Thorin już po raz kolejny wolał, żeby dziewczyna nie milczała, ale Rozalia nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Coś głęboko podpowiadało jej, że on to robi ze względu na uczucie, jakim ją darzył, a musiałoby być ono wtedy bardzo silne. Ale nie chciała się pogodzić z jego słowami, które były po części prawdą. Zrozumiała, że to od samego początku nie miało sensu. A na dodatek teraz już zupełnie nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Jedynymi najprostszymi scenariuszami, jakie wymyśliła, było zamknięcie się w swojej komnacie, albo pozostawienie wszystkiego i wyjście zupełnie przed siebie.

Krasnolud wyminął dziewczynę zmierzając w stronę drzwi, ale przechodząc bardzo blisko zatrzymał się. Rozalia bez chwili zastanowienia oplotła na chwilę rękoma jego idealne ciało. Szybko puściła krasnoluda i wybiegła z biblioteczki nadal czując jego zapach. Jego zmieszanego pozostawiła z całą masą wznowionych emocji.

Koronacja odbyła się hucznie i wielu zaproszonych gości wynoszono z uczty. Rozalia była jednym z ważniejszych gości, za których uznawano całą kompanię. Stała po prawej stronie Kili’ego ubrana w chabrową suknię zaproponowaną jej przez Diš. Kolory Ereboru idealnie pasowały do jej jasnych włosów. Goście świętowali nie tylko w jednej sali, ale i cała góra była zapełniona odświętnie ubranymi przybyszami i mieszkańcami. Na jednym z korytarzy Gandalf wychwycił Lili.
-Chodź ze mną. Muszę ci coś wyjaśnić.

Wystarczyły takie dwa zdania, by zaciekawić elfkę na tyle, żeby poszła za czarodziejem.
Ostatecznie Gandalf wynalazł jedną z biblioteczek, które licznie występowały w królewskiej części Ereboru.
-Lepiej mi nie przerywaj. Dokładniej przyjrzałem się twojej magii, bo jak pewnie się domyślasz może być ona niebezpieczna. Wiem już tyle, że posiadasz fragmenty czarnej i jasnej magii. Uzdrawianie czy niewidzialność to tak, zaklęcia, których i ja mogę użyć. Ale przekazywanie części własnego życia istocie, która swoje straciła, to już dość trudna, czarna magia. To jedno zaklęcie- którego użyłaś, chociaż nie do końca świadomie- jest zaklęciem odbijającym się na samym czarodzieju. Twój los teraz jest związany z losem drugiej części twojego życia, którą oddałaś…
-Thorinowi?-Lili przerwała czarodziejowi nie mogąc się powstrzymać
-Tak.-Gandalf nie przeoczył faktu przeszkodzenia mu i ujął to w swoim głosie
-Ale, co to dokładnie znaczy?
-Jeżeli jedno z was zginie, umiera też drugie. 
-Możemy razem żyć wiecznie?
-Nie. I to jest właśnie druga część tego, co chciałbym ci przekazać. Zostałaś raniona zatrutym sztyletem, tak?
-Ale prawie tego nie czuję.
-To nie ma znaczenia. Ostrze zabrało ci nieśmiertelność. Nie wiem, ile będziesz żyła. Chociaż na razie o to się nie musisz martwić.
Dziewczyna przez chwilę milczała analizując to, co usłyszała od czarodzieja. Powinna bardziej smucić się z powodu skutków rany, ale ona widziała w tym coś zupełnie innego. Widziała w tym szansę. Szansę miłości.
-Mówiłeś już Thorinowi?
-Nie. -jego głos wskazywał na to, jakby to było oczywiste, a zadane pytanie bezsensowne- Sama mu powiedz.
-…Rozalia Lili Oakenshield. Ładnie brzmi, nie?

Nie, nie pobiegła wpaść Thorinowi w ramiona i wypaplać wszystko, co wie. Miała plan, dosyć brutalny plan, w którym miał ucierpieć ten, który nie zawinił. Brzmiało to strasznie, ale aż takie straszne nie było.
Tego samego wieczoru sprawiała dalej wrażenie szczęśliwej z koronacji, chociaż lekko smutnej, jaka była na co dzień.
Główny stół przeznaczony dla kompanii i Gandalfa był prawie pusty. Siedział przy nim tylko najważniejszy dzisiaj krasnolud-Thorin. Rozalia ten fakt wykorzystała. Usiadła na krześle Kili’ego, tym samym siadając obok Thorina. Na sali panował już lekki chaos spowodowany pijanymi gośćmi. Najtrzeźwiejszy wydawał się być Oakenshield nie zwracający najmniejszej uwagi na elfkę.
Rozalia jednym szybkim i delikatnym ruchem położyła prawą dłoń na lewym policzku Thorina i w tym samym momencie całując prawy policzek króla wyprowadziła go zupełnie z wcześniejszych myśli. Przez chwilę całowała jego szyję błądząc lewą ręką po jego ciele. Krasnolud nie spodziewał się tego i nie reagował zupełnie dalej będąc przekonanym o ich zbyt wielu różnicach. Żaden z gości nie zwracał uwagi na króla, co było normalne w takim stanie obecnych gości.
-…Jesteś pijana…Odpuść sobie…-wyszeptał delikatnie, wciąż ukrywając fakt, że podobało mu się to, bardzo podobało
Lili wręcz odskoczyła od niego oddalając się kawałek.
-Nie jestem pijana! I wiem, że ci się podobało!-odchodząc płynnie potwierdziła głosem brak promili w swoim organizmie, pozostawiając Thorina lekko zdezorientowanego

Zaczynała realizować swój plan.

Rozalia błąkając się po górze, przypadkiem trafiła na trening Kili’ego i Dwalina. Fili rzadko kiedy opuszczał swoją komnatę, dalej czując osłabienie.
Niewiele myśląc elfka złapała leżący obok miecz i podeszła do krasnoludów. 
-Poduczyć cię walczyć?-Dwalin może i tego wprost nie powiedział, ale zadrwił sobie z Lili
-Zmierz się ze mną.
Dwalin wymienił spojrzenie z Kili’m. Siostrzeniec Thorina bardziej popierał Dwalina i bliżej mu było do wyśmiania dziewczyny niż do prawdziwego pojedynku z nią, ale ukrył to, ze względu na szacunek i wdzięczność do Rozalii. 
Ona sama przypominając sobie chwilę, w której płynnie pozbawiła życia jednego z orków, chciała sprawdzić, czy nadal potrafi tak walczyć.
-Dobra. Będę łagodny.-Dwalin dalej z niej drwił, ale mimo to wziął broń i podszedł do przeciwniczki
Rozalia udała, że tego nie usłyszała.
Dwalin na początku lekko zaatakował, będąc pewny, że dziewczyna się nie obroni i będzie musiał wycofać atak. Jednak zlekceważenie elfki dało jej moment na obronienie się i szybki atak, dużo pewniejszy niż poprzedni atak krasnoluda. 
Kili siedział na murku wyglądając jak dziecko w kinie na swoim ulubionym filmie. Brakowało mu tylko pudełka z popcornem.
Lili nie zważając uwagi na poprzednie uwagi krasnoluda atakowała na tyle skutecznie, że wojownikowi nie pozostawało nic innego jak obrona. Czuł, jakby walczył z wyjątkowo sztywno trzymającym się ziemi elfem. Krasnolud powoli męczył się pojedynkiem, ale nadal nie chciał dopuścić do siebie myśli, że przegra z elfem. I to na dodatek z kobietą. 
W międzyczasie do Kili’ego dosiadła się Tauriel, której imię Rozalia poznała już podczas pierwszych dni w Ereborze. Elfki nie znały się za dobrze i chyba miało tak już pozostać na dłużej. Nie pałały do siebie ani miłością, ani złością, ale szanowały się. 
Kili zdawał się być tak wciągnięty w nie swój pojedynek, że zauważył swoją miłość dopiero, gdy dość boleśnie odczuł jej “szturchnięcie”. 
Po kamiennej posadzce potoczył się miecz upuszczony przez już zbyt wyczerpanego krasnoluda. Dwalin nie powiedział już nic więcej, tylko pozbierał swoje rzeczy i wyszedł z sali treningowej.
-Genialne. Jak ty to zrobiłaś?-Rozalii sam uśmiech wkradał się na usta, gdy widziała krasnoluda zafascynowanego jej walką
-Mnie się nie lekceważy i tylko dlatego pozwolił mi wygrać. Zaczął lekko tym samym tracąc kontrolę nad pojedynkiem.
-Nie pytam jak wygrałaś. Skąd ty tak umiesz walczyć?
-To bardziej magiczna sfera, Kili. 
-Tak jak niewidzialność?-Tauriel do tej pory tylko słuchała
W odpowiedzi Lili pokiwała głową.
-Czy on się na mnie obraził?
-Wiesz, rzadko przegrywa.-Kili odpowiedział tak, jakby zadawano mu takie pytania co dwie minuty-E, przejdzie mu.
-Mógłby wygrać, gdyby mnie na początku nie zlekceważył…
-Myślisz, że to coś da, jak bym mu to powiedział? Pff…
-Nie.
Po chwili cała trójka wybuchnęła śmiechem. Hałas jakby tak magicznie przyciągnął Thorina. Gdy krasnoludzki władca zobaczył zmęczoną, z niektórymi kosmykami włosów ułożonymi w zupełny nieład Rozalię z bronią w ręku uniósł lekko brwi, tym samym niewerbalnie pytając o to, co tu się właściwie stało.
-Puszczamy ploty na cały Erebor?-Kili też zauważył spojrzenie Thorina, ale swoje pytanie skierował w stronę rudowłosej elfki
-Czemu nie?-oni się rozumieli lepiej niż niejedna para
Nabrali teatralnie powietrza i na zmianę w skrócie wytłumaczyli wszystko Thorinowi.
-Rozalia
-pokonała
-Dwalina 
-w pojedynku
-i się na nią obraził
Kolejny raz dzisiaj wybuchnęli śmiechem, a i nawet zarazili tym samego Thorina.
-Czyli dlatego był taki zły, jak go mijałem…
Rozalia niewinnie przepraszająco uśmiechnęła się do krasnoluda.
On sam już nie wiedział, jak ma ją traktować. Z jednej strony czuł do niej coś tak silnego, że nie chciał jej skrzywdzić. Jednak czuł też, że nie może o niej tak po prostu zapomnieć.
-Zmęczona?
-Troszkę.
Tym razem spojrzenie Thorina było skierowane prosto na siostrzeńca. Ten za to porozumiewając się z kolejną osobą bez słów rzucił Oakenshield’owi miecz. Thorin bez problemu złapał broń, nie raniąc się. Rozalia powoli rozszyfrowywała wiadomość ukrytą w spojrzeniu krasnoluda.
-Ale…-lekko się zawahała, gdy zrozumiała wszystko
Dębowa Tarcza uśmiechnął się, a Rozalia przewróciła oczami. Nie zamierzała się poddać.
Razem unieśli miecze i je po raz pierwszy skrzyżowali nie używając zbyt wiele siły. Skupiali się na sobie, powoli wykonując kolejne ruchy. Pół elfka wiedziała, że nie używając magii, czego nie zamierzała robić, jest skazana na przegranie tego pojedynku. Ale dziwnie czuła, że jest na to przegotowana. Walczyła nie dla wygranej, ale dla samego pojedynku. Najważniejszy był dla niej przeciwnik. I nie tylko podczas walki.
Pojedynek z każdą sekundą nabierał tempa. Miecze odbite od siebie atakowały i broniły na zmianę. Thorinowi też nie chodziło o wygraną. Czuł, że chce zobaczyć waleczną postawę i delikatne ruchy dziewczyny.

Może i to było prawidłowe, że byli na sobie skupieni, ale to wcale nie przyśpieszało i nie zaogniało pojedynku, tylko zatapiało ich jeszcze bardziej w sobie wzajemnie. Rozalia mogła godzinami wpatrywać się w ciemne włosy, czy przyciągające oczy Thorina. Prawie to samo można było powiedzieć o krasnoludzie. Walczyli prawie zapominając o elfio-krasnoludzkiej widowni. Kili wręcz wlepił się w ich pojedynek kierując wzrok na zmianę na każdego. Tylko teraz nawet rudowłosa elfka poczuła delikatną magię unoszącą się wokół i sama obserwowała walkę, nie odciągając od niej Kili’ego.
Ostatecznym płynnym ruchem Thorin wytrącił broń Rozalii i tym samym ruchem zmusił ją do zrobienia kilku kroków w jego stronę. Zatrzymała się kilka centymetrów przed nim, ledwo na niego nie wpadając.
Lili, mimo że bardziej zmęczona od krasnoluda, słyszała jego przyśpieszone bicie serca wywołane zmęczeniem i bliskością Rozalii. Przez kilka chwil stali dość blisko siebie. Pierwszy odsunął się Thorin, a Rozalia lekko zmieszana cofnęła się po broń, którą walczyła. Nie był to Merion, tak samo jak Thorin nie walczył Orcristem. Użyli dwóch nienajgorszych mieczy treningowych. 
Thorin tak jak pojawił się w pomieszczeniu, tak z niego wyszedł. Bez żadnych dodatkowych słów.
Rozalia tym razem usiadła na posadzce przed Kili’m i Taurielą zbyt zmęczona na bezcelowe utrzymywanie się na nogach. Ten pojedynek był o wiele bardziej męczący i zdecydowanie była to wina jej przeciwnika. On mógł tam po prostu być, a ona zmęczyła i przejęła by się bardziej niż w obecności innego krasnoluda. To było dużo bardziej magiczne, niż jakiekolwiek zaklęcia.

Rozalia mogła się tylko domyślać, czy jej plan działa. Nie mogła o tym wiedzieć, bo właśnie ta tajemniczość i obojętność Thorina pociągały ją najbardziej. Czuła, że chcę być jedyną, przed którą nie będzie niczego skrywał. Chciała być godna jego zaufania. Jedyną przeszkodą wydawały się różnice ich dzielące, ale właściwie ta największa właśnie zniknęła zamieniając się na cechę łączącą ich już ze sobą na zawsze. Rozalia chciała to wykorzystać, że Thorin jeszcze o tym nie wie. Chwilami uświadamiała sobie, że chyba nie powinna tego przed nim ukrywać, ale jeżeli Gandalf mu tego osobiście nie powiedział, to chyba nie było to aż tak ważne.

Pół elfka zauważyła władcę samotnie spacerującego jedną z bardziej przytulnych części góry. Wykorzystała to. Podeszła do niego pewnym krokiem wydając się równie zwyczajnym spacerowiczem. Gdy była już tylko kawałek za nim postanowiła oznajmić o swojej obecności.
-Ładnie tu.
Krasnolud nie miał żadnego wymigania i chyba go jakoś szczególnie nie szukał.
-Uroczo.
Lili szła teraz obok krasnoluda. Przeszli kawałek w ciszy.
-Szkoda, że nie ma tu ogrodów. Nie przepadasz za elfami, wiem, ale musisz przyznać, że ogrody w Rivendell są piękne.
Tym bardziej stwierdzeniem niż pytaniem Rozalia lekko zaskoczyła Thorina.
-W Ereborze są ogrody. Dużo bardziej wyjątkowe niż te w Rivendell. 
-Nigdy nie słyszałam o ogrodach tutaj.
-Mało kto o nich wie. To są królewskie ogrody, które mają pełnić funkcję jedynego miejsca, w którym król ma całkowity brak obowiązków. 
-Dziękuję.
-Zadziwiasz mnie.- krasnolud lekko się uśmiechał i nie krył tego-Bo nie mam pojęcia za co ty mi dziękujesz.
-Ufasz mi. Za to Ci dziękuję.-Rozalia równie delikatnie odwzajemniła uśmiech
Thorin objął szybko Lili i wręcz przestawił ją na bok. A dokładniej to postawił ją przed długą granatową zasłoną przyozdabiającą korytarz. Lili nie rozumiała, po co jej ta zasłona, których było dość dużo w całym Ereborze. Mocno zakurzony materiał wydawał się być najzwyklejszą zasłoną. Wydawał się być.
-Dużo tu takich ukrytych korytarzy?-Rozalia nie spodziewała się długiego wąskiego korytarza za kawałkiem ciężkiego materiału
-Jeżeli są ukryte też przede mną, to Ci nie powiem, bo nie wiem.-Thorin lekko zaśmiał się z oczarowanej dziewczyny-Idź prosto.
Rozalia odwróciła się, by spojrzeć na Dębową Tarczę. Przez chwilę wahała się, czy tam iść, ale chciała zaufać krasnoludowi i poszła przed siebie. Przez cały korytarz, mimo braku okien czy świec, było na tyle jasno, żeby móc spokojnie przejść. Idąc kawałeczek przed krasnoludem zastanawiała się, czy nie ma ochoty przypadkiem gwałtownie zahamować. Zrezygnowała jednak z tego pomysłu z powodu zbyt wielkiej szansy na bolesne zderzenie.
Po kilkunastu metrach wąskiego korytarza poczuła, jak ktoś ją chwyta w talii i dość gwałtownie zatrzymuje. Nie chcąc stracić równowagi Rozalia oparła się o ścianę korytarza. Po prawej stronie poczuła jednak coś więcej niż kamienną ścianę. Spojrzała w tą stronę i zobaczyła drewniane drzwi znajdujące się w niedużej wnęce. Thorin nadal trzymał jedną ręką Lili, a drugą otworzył drzwi. 
Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się Rozalii była zieleń, która zdecydowanie królowała w komnacie. 
Thorin postanowił nie puszczać dziewczyny tylko wniósł ją do podziemnego ogrodu. 
-Każdy z władców Samotnej Góry ma w tym korytarzu swój ogród. Idąc dalej korytarzem nie znalazłabyś jednak ani jednych drzwi. Tych, przez które weszliśmy tutaj, też byś nie zobaczyła, gdybym nie szedł z tobą. Co pozostaje jedną z największych tajemnic Ereboru to to, jak te ogrody wyglądają po śmierciach swoich właścicieli. Nikt inny nie może otworzyć takiego ogrodu, jak tylko jego władca, co nie znaczy, że nie może tu nikogo przyprowadzić.-delikatny głos Thorina rozchodził się po wręcz ogromnej komnacie, która prawie cała była opanowana przez ciemnozielone pnącza. 
Czasami pojawiały się małe, białe kwiatki przyozdabiające silne liście. Rozalia nadal obejmowana przez krasnoluda, nie zauważając tego gestu Thorina chłonęła oczami każdy centymetr pomieszczenia. Powiedzieć, że jej się tam podobało to zdecydowanie zbyt mało.
Zauważyła też złotą harfę stojącą przy małym stawie z idealnie przejrzystą wodą. W wodzie pływały nieduże pomarańczowe rybki. Miejsce wydawało się być kawałkiem z marzeń. 
-Tu jest wręcz…-Rozalia nie umiała znaleźć odpowiedniego słowa
-…magicznie?-Thorin dokończył za dziewczynę
-Yhm…magicznie.
Rozalia dalej zachwycona komnatą zdawała się nie zauważyć, że Oakenshield puścił ją i podszedł do złotego instrumentu.
Dziewczyna po chwili skierowała swoje spojrzenie na Króla pod Górą.
-Umiesz na niej grać?
Thorin nie odpowiedział Lili tylko zrobił to, o co pytała.
Pół elfka już dosyć zdumiona samym miejscem i podejściem krasnoluda miała kolejny powód do wyjątkowych emocji. Umiejętność gry na tak delikatnym instrumencie była ostatnią rzeczą, jakiej spodziewała się po krasnoludzkim władcy. Muzyka była przepiękna i nie tylko ja tak uważam. Krasnolud przerwał i spojrzał w stronę stawiku z kamienistym dnem. Rybki zdecydowanie uspokoiły się przy dźwiękach harfy. 
-Jesteś pierwszą osobą, której o tym miejscu powiedziałem. Nie powiesz nikomu?-Dębowa Tarcza podkreślił głosem, że wolałby, żeby nikomu o tym miejscu jednak nie mówiła
-Nikomu, Mój Królu.-Rozalia trochę zbyt przybliżyła swoją twarz do jego twarzy, co skutkowało lekkim opamiętaniem się Thorina i kolejnym pozbyciem się widocznych uczuć przez krasnoluda
Lili znalazła kolejną szansę dla siebie. To właśnie o to chodziło, że im bardziej on z tym walczył, to ona próbowała mu w tym przeszkodzić. Położyła jedną dłoń na jego policzku, a drugą znalazła jego męską dłoń i ją złapała. Nie czekała długo. Wpiła się w jego usta pragnąc ich jeszcze bardziej. Cały czas czuła jego zapach, który kojarzyła jako jeden z najlepszych, jakie znała. Czuła jego dumę i męskość, które przyciągały ją do niego jeszcze bardziej. 
Krasnolud odwzajemnił nieznacznie jej pocałunek nie mogąc tego powstrzymać. Mocno to ukrywał, ale również tego pragnął. Chciał móc dumnie nazwać ją swoją żoną, ale czuł, że nie może tego zrobić. 
Po kilku chwilach delikatnie ją od siebie odepchnął.
-Dlaczego ty to robisz? Czemu jeszcze bardziej to pogłębiasz?-w jego głosie wyraźnie słyszalne były pretensje do dziewczyny, ale to nie był krzyk
W tej komnacie wystarczająco głośny był szept.
W odpowiedzi usłyszał lekkie westchnienie. Wyczekiwał odpowiedzi i chciał jak najszybciej znać powód, ale mimo to nadal wpatrywał się w małe pomarańczowe stworzenia towarzyszące im. 
-Mogę Ci wyjaśnić nawet więcej niż byś chciał wiedzieć. 
-Proszę, mów.
-Nie jesteśmy zwykłymi dwoma przedstawicielami różnych ras. Ja jestem czarodziejką, a ty…ty powinieneś nie żyć. Ta sprawa przez jakiś czas pozostawała niewyjaśniona, tak jak moja magia, która okazała się mieszanką jasnej i czarnej magii. Tej drugiej użyłam tylko raz. Nieświadomie połączyłam nas ze sobą już na zawsze. 
-Co to znaczy?
-Podzieliłam moje własne życie na dwie części. Jeżeli któraś z nich zginie, ginie też ta druga. 
-I chcesz powiedzieć, że ja…?
-Tak, ty żyjesz drugą częścią. Jak by to nie brzmiało, ale jesteś moją drugą połową.
Thorin nie pokazywał tego, ale nie mógł uwierzyć w prawdziwość słów dziewczyny. Tym bardziej nie mógł uwierzyć, że aż tak poświęciła się dla niego.
-Oddałaś mi połowę swojego życia, czyli nie będziesz już żyła wiecznie?
-Tak, nie będę żyła wiecznie, ale to nie z tego powodu. Zostałam raniona zatrutym ostrzem zanim użyłam tej czarnej magii. Trucizna jest powodem mojej śmiertelności.
-Skąd ty to wszystko wiesz? Przecież wcześniej mówiłaś, że nie wiesz nic o swojej magii…
-Gandalf postarał się o kilka odpowiedzi na moje pytania. 
-Ale czarodziej ostatni raz w Ereborze był na…
-…twojej koronacji. Tak, od wtedy wiem.
-Czyli to na uczcie…to ty już wiedziałaś, że…
Odpowiedzią było kiwnięcie głową, które wyjaśniało kolejną rzecz.
Thorin z każdym słowem Rozalii rozbrajał jej plan. Z każdą minutą tej dość istotnej rozmowy uśmiech wracał na jego usta, a Lili chociaż próbowała, to nie mogła powstrzymać swoich uczuć, gdy widziała jego emocje. Widziała, jak bardzo jej ufa. Ceniła to ponad wszystko.
-Skarbie…-nikt tego nie usłyszał, nikt oprócz tych dwojga, a stało się to jednym z najlepszych wspomnień Lili

-Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że zadam to pytanie elfce, to bym go szczerze wyśmiał.
Rozalia nie odpowiedziała, tylko wpatrywała się w Króla Ereboru stojącego przed nią w największej sali w całej górze. W sali tronowej lepiej znanej jako skarbiec Smauga.
To była część normalnego dnia, jednak cały Erebor zaproszony na dosłownie pięć minut do sali tronowej otaczał tą najważniejszą teraz dwójkę.
Rozalia nie mogła uwierzyć, w to co widziała. Chciała, żeby to nie był piękny sen.
-Zostaniesz Moją Królową, Lili córko Bolga syna Azoga?
-Thorinie synu Traina syna Thróra. Od początku jestem twoim skarbem. Chcę być nim nadal.-wyszeptała, ale jej słowa potoczyły się po mieszkańcach Ereboru lawinowo
Dzień zdawał się być zwyczajny, lecz okazał się zapowiedzią czegoś wielkiego w królestwie. Dzień ten był zapowiedzią ślubu króla, a taka uroczystość wymagała wielkiego przygotowania.
Lili pocałowała Thorina na oczach nadal wiwatującego tłumu, a na jej palcu znajdował się biały pierścionek z kawałkiem najcenniejszego klejnotu, jaki tylko można było znaleźć w Ereborze. Okruszki Arcyklejnotu znalazły się w dwóch pierścionkach-jeden dowodem miłości na palcu przyszłej królowej, drugi symbolem władzy króla. Wielu uważało, że żaden fragment Arcyklejnotu nie powinien istnieć w obawie przed powrotem choroby, ale namówienie Thorina na zniszczenie chociażby jego części wymagało ogromnej pracy, do której przystąpił nie tylko Balin. 

-Mam już wszystkie wymiary. Dziękuję ślicznie i słucham wszystkich wymagań odnośnie sukni. Koronki? Welon? Może pelerynka? Co sobie pani życzy.-krawcowa przysporzyła sobie sympatii Lili już samym podejściem z uśmiechem na twarzy
-Uważam, że będzie piękna, jak pani ją zaprojektuje.-Rozalia odpowiedziała równie szczerym uśmiechem
-Niech się pani nie stresuje za bardzo. Suknia się Rozalii na pewno spodoba, bo każdy wie, że pani dzieła są przepiękne. My już pani nie przeszkadzamy więcej. Do widzenia.-Tauriel mimo wszystko towarzyszyła Rozalii w przygotowaniach do ślubu
-Złote słowa. Do widzenia pani.
Jedne z nielicznych elfek w całym Dale opuściły dom krawcowej. Do ślubu został zaledwie tydzień, ale starsza pani obiecała, że suknia będzie gotowa dzień przed uroczystością.
-Tauriel?
-Tak Rozi?
-Będziesz moją druhną?
Rudowłosa zatrzymała się na środku uliczki miasta i mimo rażącego słońca miała szeroko otworzone oczy ze zdumienia.
-Chcesz żebym była twoją druhną? Druhną przyszłej królowej? Zwykła wojowniczka z Mrocznej Puszczy?
-Tak, dokładnie tego chcę. I teraz jesteś przyszłą żoną potomka Durina. Nie jesteś zwykłą elfką. Zgadzasz się?
-Będę nosić tytuł twojej druhny z dumą. Dziękuję.
Po tej odpowiedzi Lili zrobiła kolejną rzecz, której Tauriel się nie spodziewała. Przytuliła ją. 
Szans na ich przyjaźń było mało, ale mimo wszystko były. I właśnie się ujawniały. 

-Nasz ślub…nie wierzę.
-…teraz wierzysz?-namiętnie ją pocałował i dopiero potem spytał
-No…przekonaj mnie bardziej.
Thorin delikatnie zaczął całować ją po szyi z drugiej strony gładząc dłonią jej policzek. Ostatecznie wrócił do ust Rozalii i przez ponad minutę nie odrywali się od siebie. Co dodawało wyjątkowości to to, że stali na jednym z najbardziej zatłoczonych korytarzy, ale większość przechodniów była zbyt zajęta, by zwracać na nich uwagę. 
-Teraz wierzę, Mój Królu.
-Jesteś moja, wiesz o tym?-szept dodawał pikanterii, wychodzący z ust, które znajdowały się kilka milimetrów od jej ucha 
-Tylko…twoja…-po każdym słowie Lili na nowo smakowała ust Oakenshielda
Do ich ślubu został zaledwie jeden dzień, ale oni nadal zachowywali się tak, jakby się tym za bardzo nie przejmowali. Mimo obowiązków króla spędzali razem wiele czasu. Częstym celem spacerów Rozalii stawało się teraz pomaganie (ekm przeszkadzanie) w obowiązkach Thorina. Pasowali do siebie dużo bardziej, niż im się to kiedykolwiek wydawało. Byli sobie przeznaczeni i nic nie mogło temu przeszkodzić.

-Nie wpuszczajcie tu nikogo, a przede wszystkim Thorina.-Tauriel ustawiła i szkoliła właśnie straż przed komnatą Rozalii-Kili! No…Kili! Nie teraz.-Lili wywnioskowała, że zaczął ją po prostu łaskotać
-Czemu mamy nie wpuszczać Thorina?
-Och Fili…on nie może zobaczyć jej w sukni ślubnej przed ceremonią.-rudowłosa była zawiedziona wiedzą krasnoluda na temat ślubnych zwyczajów
-No widzisz, Fili. To było głupie pytanie. Ja…-Kili’emu przerwała Tauriela
-…tak, że ty niby wiedziałeś. Uważaj, bo ci uwierzę.-sarkazm poczuł nawet przechodzący korytarzem przypadkowy krasnolud-Pilnujcie po prostu drzwi.
Elfka trzasnęła wyżej wymienionym obiektem i odwróciła się stronę blondwłosej. 
-Naprawdę piękna ta suknia…
-No wiem, wiem. Ubieraj ją.
Ostatnie chwile przed uroczystością były nerwowe, nie tylko dla osób odpowiedzialnych za jej przebieg.

Balin poprowadził Lili przez środek sali tronowej i pozostawił ją w rękach zauroczonego nią Thorina, a ten nie wypuścił swojej królowej przez długi czas.

-Silna i piękna księżniczka czy dziedzic tronu?-na sali znajdowało się tyle ważnych i bliskich królowej osób, że dokładnie nie wiadomo było, kto o to spytał
-Dziewczynka!

Przy ledwo żyjącej młodej mamie cały czas był jej ukochany, a kilka miesięcy po ich ślubie ich uczucia nadal nie słabły.
-Trina, kochanie. – mimo, że to było stwierdzenie popatrzyła na niego pytającym wzrokiem
-Trina, córka Thorina i Lili, władców Ereboru-krasnolud zgodził się z wymyślonym przez Rozalię imieniem-Piękne. Jak ty.
Na chwilę znowu zapomnieli o wszystkim i wszystkich. Rozalia znowu czuła ten sam zapach, który pokochała na wzgórzu, często nazywanym przez nią wzgórzem nadziei. Wzgórzu, na którym Thorin pierwszy raz przytulił swoją żonę i nie wiedział wtedy, jak kiedyś będzie ją nazywał. Znowu łączyli swoje usta i to dość długą chwilę. 

Po niecałym roku historia się powtórzyła, a obok małej pół krasnoludki przejawiającej oznaki magii i wyglądającej jak białowłosy elf pojawił się krasnoludzki dziedzic tronu Samotnej Góry. Frain całkowicie przypominał krasnoluda, bez magii, z wyjątkiem równie jasnych włosów, jakie miała jego siostra. 

Początkiem został koniec życia, a z końcem rozpoczyna się nowe życie.
Częściej początek jest końcem niż koniec zakończeniem.


W sumie około 18 000 słów. Dziękuję, że jesteś. 
Ti amo
JK

Autor Julaa
Opublikowano
Odsłon 415
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

Autor

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!