~Złote Pola~ [Lietpol] Prolog + Rozdział 1

PROLOG

~6 lat wcześniej ~

Młody chłopak biegał wesoło po wiosce. Matka puściła go samopas, ponieważ wiedziała, że jest on odpowiedzialny i nic sobie nie zrobi. Jego jasno-brązowe loki powiewały na wietrze, delikatny, chłodny… Takowy w lato tylko napawał go energią. Jednak w wiosce nie miał nic już do robienia, zwiedził każdy jej zakamarek. Nudziło mu się już. Postanowił sprawdzić, co jest na polu obok jego wioski.

-Ale mamo, to tylko chwila, za niedługo wrócę! – obiecywał, błagając matkę by pozwoliła mu wejść na pole.

-Jeszcze się zgubisz, nawet nie wiesz jak okropne potrafią być południce… – rzekła matka kolejny raz, coraz bardziej wiedziała, że nie przekona swojego syna do zostania w domu.

-A co jeśli ktoś się właśnie tam zgubił i mu pomogę? – spytał niewzruszony, a wręcz zdeterminowany.

Matka tylko westchnęła

-Dobrze Tolys, idź na pole, ale jeśli wrócisz po zejściu Dadźboga, do wiecznej wody nie wyjdziesz do następnego księżyca – odpowiedziała kobieta stanowczo, ale jednak w głosie miała tą matczyną troskę. Bała się, że coś stanie się jej dziecku, ale z drugiej strony nie miała o co się martwić. To zwykłe pole, pole, które otaczają dwie zaprzyjaźnione wioski.

Tolys wybiegł z domu pełen euforii, był pewien, że znajdzie w polu coś bardzo ciekawego. Pewien, że odnajdzie tam coś, czego jeszcze nikt nie widział.

Gdy tak chodził wśród kłosów, których nie wiedzieć czemu nikt nie zbierał, usłyszał szelest. Jakby ktoś jeszcze był z nim. Może to ktoś ciekawy? Nowy przyjaciel? Pies? A może nowy gatunek zwierzęcia? Przepełniony ciekawością, poszedł w kierunku owego dźwięku.

Zobaczył tylko umykające w zbożu, złote jak ono, włosy. Wiedział, że chce poznać osobę, która przed nim uciekła, więc rzucił się w pogoń. Po chwili zobaczył młodego chłopca, na oko w jego wieku, chowającego się za drzewem.

-Jestem Tolys! A ty? – zawołał do blondyna, ten jednak nie odpowiedział. Tolys postanowił podejść trochę bliżej. Nieznajomy się nie poruszył. Gdy szatyn podszedł praktycznie pod drzewo, zza którego wychylał się blondyn, ten zaczął mówić.

-Jestem Feliks…- odparł cicho, nie patrzył na Tolysa. Wyglądał na przestraszonego.

-Wszystko aby na pewno jest w porządku? – spytał chłopak, martwił się czy przypadkiem nic się nowo poznanemu Feliksowi nie dzieje. Może coś go wcześniej goniło? Mama zawsze przecież straszyła go południcami, niby nie pracowali oni na polu, ale jednak mogły się, do któregoś z nich przyczepić.

-W-wszystko dobrze… Po prostu cię nie znam – powiedział, chyba nie lubił obcych. Ale dlaczego?

-Wiesz, zawsze możemy się poznać. Jakiś czas temu skończyłem moją dziesiątą wiosnę. Jestem z wioski na wschód od tego pola – opowiedział chłopak, chciał przekonać do siebie nowo poznaną osobę. A nuż może zdobędzie nowego przyjaciela? Nic nigdy nie jest wiadome od początku, ale wydawało mu się, że z tego może coś rozkwitnąć. Chciał tego, może wakacje nie będą tak nudne, gdy kogoś pozna.

-Ja mieszkam w wiosce na zachód, za niedługo kończę dziesiątą wiosnę – blondyn nabrał więcej pewności siebie. Tolys wydawał się miły, sam zaczął wierzyć, że może się z nim zaprzyjaźnić.

Rozmawiali jakiś czas i poznawali się. Po dłuższym czasie Feliks przekonał się do Tolysa. Razem poszli wgłąb pola, usiedli na środku. Był tam pusty okrąg, to w nim posadzili swoje młode ciała.

-Lubisz lato? – spytał nagle Feliks.

-Huh? Lato? Tak, jest ciepło i przyjemnie, ale zaczęło mi się nudzić. A ty, lubisz lato? – odwrócił pytanie Tolys.

-Ja? Lubię. A zwłaszcza, gdy mogę pochodzić po lesie. Często znajduję tam pyszne jagody! – powiedział pełen entuzjazmu. – A niby dlaczego zaczęło ci się nq wychodzić, a kuzyn ostatnio złamał nogę. Dlatego też dzisiaj tu jestem, chciałem zobaczyć coś nowego – powiedział i uśmiechnął się promiennie. Tolys odpowiedział mu tym samym.
Polubili się, ile przecież zajmuje dzieciom w im wieku nabranie zaufania do drugiej osoby?

Zanim się obejrzeli, słońce już zachodziło. Chors powoli wchodził na niebo, tak by tylko Dadźbóg go nie zauważył. Gdy Tolys to zauważył, wstał szybko.

-Muszę już wracać! Mama nie będzie zadowolona! – powiedział spanikowany, bał się spóźnić do domu. Jego matka była miła, jednak surowa i trzymała się swoich słów. Mógł mieć kłopoty, jeśli by nie wrócił.

-Szkoda… Spotkamy się jutro? – spytał z nadzieją Feliks. Chciał bardziej poznać nowego znajomego. Wierzył że jego życie będzie jeszcze ciekawsze niż przedtem.

-Tak, jeśli tylko mama się nie zdenerwuje – odpowiedział chłopak z dobrym nastawieniem. Sam też nie chciał jeszcze iść, ale wiedział, że jeśli tylko matka się zgodzi, to będzie mógł kontynuować jutro rozmowę z kolegą.

-W takim razie, do zobaczenia – uśmiechnął się Feliks i pomachał mu na pożegnanie. Tolys także się uśmiechnął.

-Do zobaczenia – I odbiegł, zadowolony z dzisiejszego dnia, do domu.
~

-Prawie się spóźniłeś Tolys! Nie sądziłam, że tyle czasu tam spędzisz, opowiadaj w takim razie, co dziś robiłeś – powiedziała matka, nakładając każdemu kolację.

-Poznałem dzisiaj nowego ziomka, ma na imię Feliks i jest z sąsiedniej wioski! – i zaczął opisywać wszystkim, jak wyglądał jego dzisiejszy dzień. Robił to z ogromną pasją i zaangażowaniem, był szczęśliwy, że poznał Feliksa. W końcu miał z kim spędzać wakacje.

-Dobrze, dobrze, tylko się nie zgubcie w tych krzakach – powiedziała matka, zbierając już brudne naczynia ze stołu.

KONIEC PROLOGU

Hej! Zanim was wypuszczę, chcę powiedzieć kilka rzeczy

1. Ziomek to staropolskie (Jeśli nie starosłowiańskie) określenie, więc stwierdziłam że użyję go by pokazać czasy w jakich się znajdujemy

2. Jeśli coś się nie zgadza, prosiłabym byście mi to szczerze napisali, chcę by się to dobrze czytało

3. Dadźbóg jest słońcem, Chors księżycem

4. Polecam trochę się zapoznać z mitologią słowiańską do dalszego czytania

Liczę że wam się spodoba! Do zobaczenia w następnym rozdziale

Ciekawostka na dziś: Słowo księżyc jest pochodnym od słowa książe i oznacza mniej ważnego syna króla. Używamy go by określić naszą satelitę poprzez starodawne wierzenia, Chors był określany takim księżycem.

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

   Słońce, jak w prawie każdy letni dzień, dopisywało. Inaczej, nic nie zakłócało spokojnego marszu pewnego bożka. Tak samo miał się Feliks, spokojnie przenosił kosze z owocami zebranymi przez kobiety z wioski. Mieli je dzisiaj wymieniać z kupcami z innych wiosek, którzy przyjechali do nich z różnych stron państwa. Te nie przetworzone były przeznaczone dla kupców mieszkających bliżej, te zaś już zasuszone lub spreparowane odpowiednio były warte trochę więcej i były dla kupców mieszkających dalej, tak aby te owoce (i mięsa, ale tych Feliks nie miał w koszykach jakie nosił) mogły spokojnie przetrwać podróż.

   Zaraz obok niego szedł jego młodszy brat z mniejszym koszyczkiem, w którym miał śliwki i truskawki. – Widzisz jakie mam śliczne śliweczki? Sam je zbierałem! – Powtarzał dumnie Kubuś z zapałem maszerując by odnieść swoje owoce na miejsce przy którym za zwyczaj zbierali się kupcy. Feli tylko uśmiechnął się do brata i pogłaskał go po głowie – No popatrz! Oby tak dalej. – Pochwalił go. Lubił patrzyć jak jego rodzeństwo jest z siebie dumne. Zwłaszcza Kuba, ponieważ Radmila często go denerwowała. No i była od niego starsza, więc, gdy byli skłóceni, był zdania, że powinna sobie już sama radzić ze wszystkim i nikt nie musi jej za to chwalić. Kuba za to miał dopiero dziesięć wiosen. On jeszcze, w oczach Feliksa, był niewinnym dzieckiem które zasługuje na pochwały.

   Po skończonej pracy, bracia wrócili do domu. Czekała tam już matka z obiadem i siostra która kończyła wszystko wystawiać by można było w ogóle zjeść. Feliks mógł się sprzeczać z siostrą, jednak nie mógł zaprzeczyć jej wielofunkcyjności. Czasem zajmowała się domem z o wiele większą dokładnością niż matka. Z innych rzeczy z których słynęła jego siostra była jej samowystarczalność i upór. Każdego adoratora skutecznie odpędzała od siebie, a gdy ojciec wyjeżdżał z domu, chodziła za niego na poranne polowania. Uważała bowiem, że Feliks nie da sobie jeszcze rady o takiej porze w walce ze zwierzętami. Faktycznie, lepiej jej szła praca z bronią. Chłopak często jej tego zazdrościł, jednak nie miał zamiaru się jej do tego przyznawać. On wolał z rana zająć się zwierzętami. Mógł wstać później, więc po prostu korzystał. Podziwiał siostrę i te sprawy, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Nie mógł przecież być jej kopią!

-I jak poszło? Co otrzymaliście z wymian? – Zapytała matka, gdy już odstawili wszystkie worki i usiedli przy stole.

-Jest trochę mięsa w różnych formach, mamy też nawet trochę soli! Ale głównie to są tam jakieś przetwory – Opowiedział Feliks. Nie pamiętał już co dokładnie było w workach jakie przyniósł z bratem. Wiedział, że chce szybko zjeść i wyjść w pole. Chciał spotkać się ze swoim wieloletnim przyjacielem i odpocząć trochę. Wiedział, że on nie zbombarduje go pytaniami, jak matka.

Po obiedzie chłopak wstał od stołu i skierował się do wyjścia z domu. 
-Idę do Tolysa! Będę wieczorem – Rzucił i wyszedł z domu truchtem. Cała wioska akceptowała Tolysa, także matka Feliksa, więc nikt nie miał nic przeciwko temu, że lata on po wioskach. Dodatkowo były to zaprzyjaźnione wioseczki, więc tym bardziej nikt nie miał do tego problemu.

Chłopak wbiegł w pole z takim rozpędem, że nikt raczej nie posądziłby go o takie zdolności. Był podekscytowany niemiłosiernie, dawno nie widział przyjaciela, ponieważ oboje mieli nadmiar pracy w swoich domach. Chciał go wypytać o wszystko! Może w końcu udało mu się znaleźć sobie ładną wybrankę? A może widział jakiegoś Biesa? Te tematy zawsze interesowały blondyna. Chociaż Biesy były niebezpieczne, kochał o nich słuchać. Najbardziej podobała mu historia wąpierza. Oni we dwójkę uwielbiali mroczniejsze tematy, więc raczej oboje by sobie do gardeł nie rzucali po takim pytaniu.

Przemyślenia Feliksa przerwał jego przyjaciel śpiący na granicy lasu i pola, w cieniu drzew. Spokój jaki okalał jego osobę był nie do opisania. Kosmyki jego jasnobrązowych włosów idealnie pasowały do trawy na jakiej się w tej chwili znajdowały. Pojedyncze kwiaty dookoła nadawały tylko uroku. Klatka piersiowa Tolysa delikatnie poruszała się za jego każdym oddechem, jego twarz była wyprana z jakiegokolwiek stresu, chociaż pod oczami można było zobaczyć jasne cienie. Chłopak miał problemy ze snem po dużym wysiłku wcześniejszego dnia, na prawdę potrzebował tej drzemki. Feliks postanowił go nie budzić. W czasie gdy Tolys spał, on zaplatał wianki dla nich.

Oczy nastolatka powoli się otworzyły. Gdy tylko obudził się całkowicie, napotkał ciekawski wzrok zielonych oczu. Z początku trochę się przeraził, jednak był to tylko jego przyjaciel. 
-Patrz jaki świetny wianek ci zrobiłem! Totalnie do ciebie pasuje, śliczny nie? – Przywitał go dość oryginalnie i wystawił do niego wianek, na jego twarzy pojawił się uśmiech. Dla Tolysa Feliks był wręcz przypisany do takich emocji. Było mu dobrze ze szczerym uśmiechem. Czuć było w nim blask, co zawsze fascynowało szatyna. Sam delikatnie się uśmiechnął, jeszcze trochę nie kontaktując ze światem rzeczywistym.

-Dziękuję, jest na prawdę ładny – Stwierdził sennym głosem i założył wieniec. Był on z białych kwiatów, nie wiedział on co to dokładnie za kwiaty, jednak miały swój urok. Normalnie nie założyłby tego, ponieważ to kobiece, ale teraz byli sami a osobiście bardzo podobały mu się wianki. No i nie mógł odmówić Feliksowi, bo ten był zdolny się obrazić. Wolał nie ryzykować. Blondyn był czasem na prawdę kapryśny, gdy był zły ciężko było się z nim dogadać. Chociaż też łatwo było go udobruchać jak już się do niego odpowiednio przemówiło. Trzeba było jednak potrafić to robić.

Gdy już chłopak się rozbudził, zaczęli opowiadać sobie o tym jak spędzili dzień – Dziś przygotowywałem dla ojca włócznie. Wyrusza za niedługo na dłuższe polowanie, więc postanowiłem mu pomóc. Jedzie razem z moim starszym bratem, więc musiałem zrobić ich trochę więcej, wiesz, by im obu starczyło. Po tym chodziłem po ludziach z wioski i pytałem czy czegoś nie potrzebują, ponieważ matka pilnie musiała wymienić parę rzeczy. Nie lubi posiadać w domu zbędnych rzeczy, a akurat potrzebowała paru innych, takich jak jajka. Nasze kury ostatnio coś dopadło i nie zniosła za dużo jaj, ale już jej się poprawia. Więc pozbyła się tego co nie potrzebne i- Przerwał Tolys i spojrzał na Blondyna – Feliks, czy ty mnie w ogóle słuchasz? Ja cię wysłuchałem – Rzucił z urazą chłopak patrząc jak znajomy wodzi wzrokiem za motylem, w ogóle nie zwracając uwagi na niego. -No generalnie to tak, worki robiłeś. No, to też jest ciężkie by się skupić w takim ładnym miejscu. – Odpowiedział Feli i spojrzał w końcu na drugiego chłopaka. Ten tylko westchnął, nie raz już zdarzały się takie sytuacji, przywykł do tego – Wpadła ci już jakaś ładna dziewczyna w oko? – Spytał by zmienić temat, który i tak do niczego nie prowadził. Chłopak o zielonych oczach po prostu spojrzał się, jakby zdziwiony pytaniem, na kolegę i głosem pełnym niedowierzania rzekł – Czy ja ci wyglądam na zakochanego? Jeszcze nie znalazłem tej jedynej. Miła już odeszła, a wiesz, że ona była mi z kobiet najbliższa. Chociaż i tak, nie nazwałbym tego nawet zauroczeniem. – Wyjaśnił mu, bo chłopak najwidoczniej nie zrozumiał. Tyle razy mu to przecież powtarzał!

Miła była jego przyjaciółką jeszcze przed Tolysem. Mieszkali w chatkach obok siebie, więc spotykali się od zawsze. Co prawda wioska była malutka, ale łatwiej było porozmawiać z kimś z kim przyjaźni się mama niż z kimś dalszym dla was. Dziewczyna zmarła w młodym wieku, ponieważ miała jedenaście wiosen, dopadł ją we śnie jeden z biesów. Nikt dokładnie nie wie jaki, jednak dziewczyna od miesięcy borykała się z krwawymi dusznościami podczas snu, po tym okresie została ostatecznie zabrana przez posłańców Welesa do jego Nawii.

Tolys popatrzył ze skruchą na chłopaka, który definitywnie nie chciał poruszać tematu jego zmarłej pięć wiosen temu przyjaciółki. Chociaż się już z tym pogodził, nadał irytowało go tłumaczenie, że jej nie ma i że ona była jedyną opcją na jego przyszłą żonę. Irytował go temat jego pojęcia miłości. – A ty może w końcu kogoś masz? Ty też raczej nikogo nowego sobie nie znalazłeś – Odburknął blondyn gdy już trochę ochłonął.  
-No wiesz, jest taka jedna dziewczyna… Natalya… – Zaczął brunet, jednak zostało mu to przerwane -Ile razy mam ci powtarzać, że moja kuzynka jest psychopatką a nie dobrą partnerką na żonę?! Pokaż palce, znowu ci je połamała? – chłopak złapał rękę przyjaciela i obejrzał ją, czasem nie tylko palce były łamane. 
-Daj spokój Feliks, nie jest zła! I nic mi nie złamała! Pewnie po prostu inaczej nie umie odwzajemnić uczucia… – Rzucił niepewnie. 
-To nie jest ani trochę zdrowa relacja, moja kuzynka jest co najmniej obłąkana, a ty się jej dajesz bo cię coś też opętało. – Stwierdził oburzony Feliks. Nienawidził Natalyi i jej brata, za to co robili Tolysowi, ale Natalyi obrywało się bardziej ponieważ ta gnębiła jego przyjaciela bardziej. Ivan, bo tak nazywał się jej brat (czyli niestety jego kuzyn), po prostu mówił przerażające rzeczy, czasem też chwalił siostrę za jej sposoby odrzucania zalotów Tolysa. Feliks się dziwił dlaczego jeszcze nie uznano ich za opętanych i nie spalono lub wygnano. Jedyną normalną w tej całej zgrai była ich siostra, Olena, była najstarsza z trójki rodzeństwa i zajęła się nimi gdy ich matka odeszła z powodu kataru. Niestety, niezbyt mogła ostudzić charaktery rodzeństwa, ponieważ była tylko nastolatką i dodatkowo jest zbyt miła by im odmówić. Feliks jej współczuł.

Przez jeszcze kilka chwil Tolys dostawał wykład o tym, jaka Natalya jest beznadziejna i że byłoby lepiej gdyby dał sobie z nią spokój. Potem temat zszedł na to, że ów Tolys słyszał matkę blondyna rozmawiającą z innymi matkami z obu wiosek o tym, iż jej syn to w ogóle się nie interesuje dziewczynami i ona zaczyna się powoli martwić, że coś ostudziło mu serce. Feli tylko się zaśmiał z wywodów jego matki i oparł się o drzewo.

-Wiesz, chciałbym kiedyś zobaczyć wodę większą niż rzeka. Podobno gdzieś daleko stąd leży coś takiego. Podróżnik od którego to słyszałem nazwał to morzem. Woda jednak jest tam słona, wyobrażasz to sobie? – Zagadnął brunet po dłuższej ciszy. Dla każdego zainteresowanego, była to miła dla nich obu cisza, nie ta niezręczna. 
-To musi być ciekawy widok, nie myślałeś kiedyś o wyjechaniu w taką podróż na koniu? Sam bym chętnie to zobaczył – Odparł rozmarzonym głosem chłopak. Uwielbiał wody, więc dlaczego miał nie spróbować?
-Możemy się kiedyś wybrać, tylko trzeba by było znaleźć kogoś doświadczonego
-A dlaczego by nie pojechać we dwóch? O drogę można pytać ludzi dookoła
-Byłoby ciekawie, ale to niebezpieczne. Poza tym, nie planujmy tego na razie, bo jak nie wyjdzie to się zawiedziemy. – Podsumował rozmowę Tolys  – Powoli robi się ciemno, powinniśmy wracać – Stwierdził patrząc na ściemniające się niebo.
-A może dzisiaj nocny spacer? – Zaproponował Feliks z chytrym uśmiechem.
-Po lesie? Chodzenie po nocy w lesie jest niebezpiecznie, przecież wiesz, że to czas w którym biesy i dzikie zwierzęta czują się najpewniej. – Przytrzymał go przy ziemi brunet.
-Nie wiesz co to dobra zabawa. Jak cię zaproszę na ognisko do nas do wioski za tydzień, też nie przyjdziesz?
-Nic takiego nie powiedziałem.
-W takim razie chcę cię tam widzieć! Oddawać będziemy hołd Mokosz za cudowne plony w tym roku! – Blondyn uśmiechnął się i pociągnął chłopaka za rękę do pola na którym zawsze się rozdzielali. To ono dzieliło ich wioski.
-Wracamy do siebie, tak jak chciałeś – Rzucił i przyspieszył.

Pożegnali się na środku pola przytuleniem i rozeszli do siebie. Zaplanowali spotkanie na następny dzień.

Chors spokojnie wyszedł na niebo, dwaj nastolatkowie siedzieli już w domach zasypiając. 
Dzień minął im zaskakująco dobrze.

KONIEC ROZDZIAŁU

Zacznijmy od ciekawostki
Świat u słowian dzieli się na trzy części, jest to:
Jawia – Jak niebo, głównym bóstwem jest tam Perun

Nawia – są to podziemia, głównym bóstwem jest tam Weles
Prawia – Nasz świat, jego opiekunką jest Mokosz
~
To tak, ogólnie styl mówienia Feliksa czasem jest zbyt nowoczesny, jednak nie widzę go inaczej

Opublikowano
Kategorie Hetalia
Odsłon 946
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!