Córa rodu Phoenix – Rozdział 29

Przysięga Phoenix’a

                Ethan przeglądał tytuły albumów, ustawionych w równym rzędzie na szafce w jego pokoju. Ostrożnie wysunął jeden z nich, opatrzony złotym napisem „HOGWART”. Trzymając pod pachą bezcenny zbiór zdjęć, wyszedł ze swojego azylu, by wrócić do sypialni Lady Crown. Zgodnie z ustaleniami, poczynionymi między Phoenix’ami, a Samaelem, rankiem 16 grudnia podjęto pierwszą i na szczęście ostatnią próbę wybudzenia Vallerin. Płomiennowłosa, ku radości zebranej wokół jej łóżka rodziny oraz oddanych skrzatów, w końcu po tylu dniach nieustannego niepokoju, otworzyła oczy. Ich radość trwała jednak ledwie pół minuty…Erin, siadając zgrabnie na krawędzi łóżka, uśmiechnęła się do nich niepewnie i swymi pierwszymi słowami rozbiła ich szczęście. „Gdzie ja jestem?”. To przerażające w swej prostocie zdanie, zmroziło wszystkich. Lady Vallerin Crown w wyniku pobytu w obrębie miejsca, zwanego Granicą, utraciła swoje wspomnienia. Cóż. Nie do końca utraciła je bezpowrotnie. Wszystko co przeżyła przez te wszystkie wieki, zlało się w niejasną, chaotyczną masę postrzępionych fragmentów, których nie potrafiła ze sobą odpowiednio połączyć ani poukładać. Arien i Damon bez namysłu rzucili się ku siostrze, by korzystając z pełni swych umiejętności, zlokalizować ewentualne źródło problemu i postarać się pomóc płomiennowłosej. Dzięki opracowanej przez nich strategii, Lady zaczęła wydajnej odzyskiwać pamięć – bezustannie stymulowaną opowieściami. Lordowie, upatrując w tym najbezpieczniejszego dla kobiety rozwiązania, cierpliwie snuli zawiłe historie o dawno minionych dniach, dając tym samym siostrze stabilny punkt odniesienia, wokół którego mogła odbudowywać cienie przeszłości wraz ze szczegółami, które tylko ona znała. Metoda okazała się zdumiewająco skuteczna – Erin najszybciej odzyskiwała wspomnienia najodleglejsze, prawdopodobnie dlatego, że najdłużej tkwiły w jej świadomości i były w niej mocno zakorzenione. Przez dwie doby udało im się usystematyzować i uzupełnić wszystkie luki w wydarzeniach, mających miejsce wcześniej, niż 30 lat temu. Błękitnooka z godnym podziwu uporem, starała się przypomnieć sobie wszystko, za nieocenionego przewodnika mając Stena. Stary skrzat towarzyszył swej Pani niemalże we wszystkim co robiła, doskonale orientując się w niuansach jej przeżyć oraz powodach podejmowania decyzji. Staruszek cieszył się, mogąc być dla swej ukochanej Lady wsparciem w sprawie, poważniejszej niż jakakolwiek inna do tej pory. Codziennie siadał obok łóżka pani domu i przy filiżance kawy godzinami snuł opowieści o wszystkim, co razem przeszli. Niemalże zalał się łzami, gdy Vallerin po raz pierwszy płynnie i bez zawahania wymieniła po imieniu pracujące w posiadłości skrzaty, podając przy tym, od ilu lat znajdowały się w rezydencji, ich główne obowiązki oraz prywatne drobnostki, sprawiające im przyjemność. Ethan i Dragan również wspomagali jak mogli błękitnookiego anioła, rozumiejąc, że nieuchronnie zbliżają się do największego i jednocześnie najbardziej naglącego problemu. Hogwart. Lady ciężko było przypomnieć sobie cokolwiek z pobytu w szkole, pomimo opowieści Luthera o jej przygodach w tych murach i gronie szkolnych przyjaciół, wyczekujących jej powrotu. Nie potrafiła zrozumieć, co tak właściwie tam robiła, a żaden z nich nie był w stanie dokładnie odpowiedzieć na to pytanie. Bez tak fundamentalnego elementu, nijak nie mogli ruszyć dalej w taki sposób, by nie obciążać tym nadmiernie skołowanej kobiety. Od czasu wybudzenia się Erin minęło cztery dni. Dziś po raz pierwszy Ethan został z nią zupełnie sam, ponieważ Dragan w końcu musiał wrócić do Hogwartu, żeby przypilnować przyciągającego kłopoty pana Pottera. Niechętnie powierzył płomiennowłosą bratu i zobowiązał się przysłać pomoc, lecz co miał przez to na myśli, Merlin jeden raczył wiedzieć. Starszy Luther zapukał delikatnie w hebanowe drzwi, oczekując na zaproszenie. Słysząc przyzwolenie, uchylił ostrożnie ciężkie podwoje i wszedł do pokoju. Vallerin siedziała na szerokim, marmurowym parapecie, wsparta o ciemnozielone poduszki. Spojrzała na kuzyna, z szerokim uśmiechem wskazując mu wygodny fotel, ustawiony pod oknem.

– Czego dziś się uczymy? – wskazała na album.

– Pokażę ci zdjęcia, które zrobiłem, odwiedzając cię w Hogwarcie – opadł na miękkie siedzisko. – Spróbujesz nazwać osoby na fotografiach i coś mi o nich powiedzieć?

– Czemu nie! – zaśmiała się melodyjnie – Może być całkiem ciekawie. Gdzie się podział Dragan?

Ognistowłosa przysunęła się bliżej niego, żeby mieć w miarę dobry widok na strony albumu. Z powodu dziecięcych gabarytów nie sięgała podłogi, więc uroczo machała nogami, pilnując, by przypadkowo nie uderzyć Ethana. Mężczyzna uśmiechnął się ciepło. Troski, którą emanowała Lady, nie były w stanie zagłuszyć nawet jej przejściowe problemy zdrowotne. Spochmurniał, nie mając ochoty na wspominanie o tym uciążliwym gówniarzu, którego od stuleci otwarcie nie nazwał bratem.

– Musiał wrócić do Hogwartu, żeby mieć na oku pana Pottera – rzucił oschle. – Wiesz, kim jest pan Potter?

– Harry James Potter, urodzony 31 lipca 1980 roku – zaczęła monotonnym, rzeczowym tonem. – Jedyne dziecko Jamesa Pottera i Lily Potter, z domu Evans. Chłopiec osierocony we wczesnym dzieciństwie. Jego rodzice zginęli z ręki Toma Marvolo Riddle’a Juniora, chowającego się za tandetnym pseudonimem Lord Voldemort, w październiku 1981 roku. Voldemort zaatakował rodzinę Potterów z powodu przepowiedni, dotyczącej dziecka, które miało stać się mu równe. Niesiony niezrozumiałym przekonaniem co do prawdziwości przepowiedni, dopuścił się próby zabójstwa całej rodziny, jednak nie zdołał zabić Harry’ego. To wydarzenie doprowadziło do końca Wojny Czarodziejów, od dłuższego czasu pustoszącej Anglię. Osieroconego chłopca powierzono pod opiekę jedynych żyjących krewnych. Wychowywał się w mugolskiej rodzinie Dursley aż do jedenastych urodzin, nie będąc świadomym swego pochodzenia, ani istnienia świata magii. W mury szkoły sprowadził go Rubeus Hagrid – sympatyczny, brodaty półolbrzym, pełniący funkcję gajowego, a obecnie również profesora Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami.

– Wystarczy suchych not biograficznych, Erin – Ethan westchnął subtelnie. – Jaki jest Harry? Możesz mi o nim coś opowiedzieć?

Błękitnooka zamyśliła się, sięgając do bezładnych fragmentów własnej pamięci. Pamiętała twarz Harry’ego, jego mimikę i sposób poruszania się, ale nie mogła z pełnym przekonaniem dociec tego, jaki właściwie był z charakteru. Strzępki wspomnień, odnoszących się do tego chłopca nie chciały przestać wirować w uciążliwym, niedbałym tańcu. Wiedziała, że była gdzieś obok niego od samego początku szkolnej przygody, lecz nie potrafiła powiedzieć, co takiego wspólnie robili. Skrawki wspomnień z pierwszego, drugiego i trzeciego roku mieszały się ze sobą, tworząc frustrującą zbieraninę. Skupiała się na nich usilnie, by choć przez chwilę przystanęły, pozwalając jej sięgnąć nieco głębiej. Wsparła czoło na splecionych dłoniach, przytłoczona tym wszystkim. Poczuła ciepłe palce, oplatające się wokół jej ramienia. Ethan spoglądał na nią wyrozumiale, dając jej znać, że wcale nie oczekiwał od niej pochwycenia w lot całej sprawy. Pogładziła jego dłoń opuszkami palców. Niebieskooki chciał jej tylko pomóc wydobyć wspomnienia, które cały czas posiadała, nie oczekując spektakularnych przełomów. Odetchnęła głęboko, tłumiąc irytację. Luther otworzył album na pierwszej stronie. Już dawno temu poprosił Albusa, żeby przysyłał mu fotografie Erin ze szkoły, ponieważ chciał sprezentować jej album, kiedy zakończy swą misję. Zależało mu, żeby Lady miała pamiątkę z czasów, które spędziła jako uczennica Hogwartu – tam mogła przeżyć w miarę zwyczajne dzieciństwo, co było dla niej zupełnie nowym doświadczeniem. W swój pomysł wciągnął również znienawidzonego brata, dzięki czemu kronika przygód panny Dumbledore mogła stać się znacznie pełniejsza. Teraz…ten album mógł okazać się dla nich zbawienny. Płomiennowłosa z uśmiechem wpatrywała się w ruchome zdjęcia i uważając, żeby ich nie dotknąć, wskazała na chłopca o potarganej, czarnej czuprynie. Nosił bardzo charakterystyczne, okrągłe okulary bezustannie zsuwające się z drobnego nosa.

– To jest Harry – w jej głosie dało się słyszeć cień ekscytacji. – Ten rudy, wysoki chłopiec obok niego, to Ron Weasley. Ron ma dwóch zabawnych, starszych braci. Freda i… – urwała, nie mogąc przypomnieć sobie imienia.

– Georga – Ethan przyszedł jej z pomocą.

– Właśnie! – zaśmiała się dźwięcznie – Fred i George. Są bliźniakami i grają w reprezentacji Gryffindoru, na pozycji pałkarzy, pod okiem Olivera Wooda. Dragan często się z nimi kręci, ponieważ są urodzonymi kawalarzami i dzięki nim jakoś znosi nudę szkoły. Ta dziewczynka z burzą włosów to Hermiona Granger. Ona jest… – przerwała czując falę nieprzyjemnego gorąca – ona jest spetryfikowana! Bazyliszek…na miłość Merlina, Ethan! W szkole jest bazyliszek! Musimy ich ratować!

Błękitnooka zeskoczyła z parapetu, z zamiarem bezzwłocznego wrócenia do zamku. Serce waliło jej jak oszalałe, kiedy zerwała się ku drzwiom. Oślizgła bestia terroryzowała bezbronne dzieciaki, a ona zamiast im pomóc, siedziała w bezpiecznym cieple rezydencji. Jakież to było upokarzające! Była jedną z nielicznych istot, potrafiących poradzić sobie z tego typu bestiami, bez narażania się na zbędne ryzyko. Jej nieśmiertelność, mogła ocalić ich wszystkich…Musiała do nich wrócić! Natychmiast! Przed wybiegnięciem z sypialni powstrzymał ją Ethan, ciasno oplatając dłoń wokół jej nadgarstka. Zatrzymała się, zamierzając wyperswadować mu niebezpieczną zwłokę.

– Już ich uratowałaś, Erin – uśmiechnął się szeroko. – W szkole rzeczywiście był bazyliszek, ale pamiętasz co powiedział Dragan? Rok temu zabiłaś tę bestię, ratując Harry’ego i Rona

Lady zwiesiła bezradnie ramiona, zastanawiając się intensywnie. Pamiętała wielką, oślizgłą, bezczelną gadzinę, z którą rozmawiała, ale nie zdawała sobie sprawy, że spotkała ją w szkole. Teraz…to miało jakiś sens. Odetchnęła z ulgą, po czym wróciła na swoje miejsce, powtórnie skupiając się na albumie. Kuzyn przewrócił kilka stron, zatrzymując się na fotografiach, które osobiście wykonał podczas swoich pierwszych odwiedzin w zamku. Płomiennowłosa uśmiechnęła się szeroko, widząc wspaniałą sypialnię o eleganckim, barokowym uroku. Jej pokój w dormitorium Slytherinu…najlepiej pamiętała przeszklony sufit, dzięki któremu mogła wpatrywać się w mętne, zielonkawe wody jeziora.

– Mój pokój – spojrzała radośnie na Ethana.

– Zgadza się. Rozpoznajesz te dzieciaki?

– Draco Malfoy, Dafne Greengrass i Blaise Zabini – klasnęła w dłonie. – Moi przyjaciele.

– Coraz lepiej ci idzie – mężczyzna zaśmiał się krótko, spoglądając przez ramię na towarzyszkę. – O nich też coś mi opowiesz?

– Wydaje mi się, że bardzo lubię Dafne – zamyśliła się. – Jest radosną, gadatliwą i bardzo serdeczną dziewczyną, która nie spuszcza oka z Dragana. Lubi ładnie wyglądać, a dzięki swojej urodzie cieszy się powodzeniem wśród chłopców. To dobrze wychowana młoda dama, w dodatku bardzo inteligentna. Dobrze się uczy i robi świetne notatki, z których wspólnie się uczymy. Pasjonuje ją quidditch i chociaż należy do cieszącego się szacunkiem rodu czystej krwi, chodziła ze mną do Skrzydła Szpitalnego, żeby odwiedzać Hermionę. Pewnie okropnie się o mnie martwi. O, nie… – jęknęła przeciągle, mocniej wbijając plecy w ścianę.

– Przypomniało ci się coś? – zapytał zaintrygowany jej reakcją Luther.

– Właśnie sobie przypomniałam, jak bardzo będę miała przesrane po powrocie – westchnęła ciężko. Draco i Blaise – wskazała na twarze chłopców, dla utrwalenia informacji – są wobec mnie bardzo nadopiekuńczy. Dragan chyba ich okłamał, że jestem na coś chora i mocno wzięli to do siebie, próbując się mną zaopiekować. Oni też chodzili ze mną do Skrzydła, chociaż Draco z jakiegoś powodu nienawidzi Harry’ego, a Blaise nie znosi Rona. Nie mam pojęcia czemu, ale to chyba ma związek ze mną.

Ethan już miał pochwalić kuzynkę i opowiedzieć jej o wydarzeniach z Pokątnej, gdy jego uwagę rozproszyło ciche pukanie. Podejrzliwie zmarszczył brwi, bowiem skrzaty, co do zasady, nie miały w zwyczaju tak formalnie ogłaszać swego przybycia, a żadnych gości się nie spodziewał.

– Proszę! – błękitnooka, wciąż sprawiając wrażenie nieszczęśliwej na samą myśl o nadopiekuńczości kolegów, delikatnie podniosła głos.

Do sypialni wszedł Sten, który zgiął się w oficjalnym ukłonie.

– Moja pani, paniczu Luther – powitał ich z należytym szacunkiem. – Panicz Dumbledore zaszczycił nas swą wizytą. Paniczu Ethanie, panicz Dragan prosił, żebym przekazał paniczowi wiadomość: „przybyła kawaleria” – zaintrygowany majordomus spoglądał to na Luthera, to na Lady.

Brązowowłosy, po chwili milczenia, roześmiał się w głos. Dragan może i był upierdliwym, nieobliczanym, niezrównoważonym, niebezpiecznym, obrzydliwym gnojkiem, ale trzeba było mu przyznać, że nie przebierał w środkach, jeśli chodziło o dobro Erin. Ten psychopatyczny szczeniak, z całą pewnością przeanalizował już sytuację i obmyślił strategię, sięgającą daleko w przód. Ethan poderwał się z fotela, odłożył album i podał dłoń kuzynce. Dziewczyna zgrabnie zeskoczyła z parapetu, odprawiając Stena szczerym, ciepłym podziękowaniem. Pamiętała Albusa…w końcu przyjaźnili się od tak dawna. Jego też musiało śmiertelnie przerazić to, co działo się w przeciągu ostatnich kilkunastu dni. Chciała go jak najszybciej zobaczyć i zapewnić, że wszystko już jest w porządku. Stała przez chwilę, ściskając dłoń kuzyna. Nagle nieoczekiwany przebłysk wspomnień wbił się w jej świadomość, więc podążyła za nim i objęła przedramię kompana, który obrzucił ją pytającym spojrzeniem.

– Zawsze tak chodzę z Blaisem, Draco i Cedem – uśmiechnęła się szeroko.

– Ced? – Luther uniósł brew, powoli kierując się ku schodom.

– Cedrik Diggory – pospieszyła z wyjaśnieniem. – Wychowanek Hufflepuffu, z którym kumpluje się Dragan. Nie pamiętam od kiedy tak dobrze się dogadują, ani właściwie dlaczego…ja chyba też go lubię. Czuje się spokojna, gdy o nim myślę.

Niebieskooki nie skomentował jej słów, chcąc oszczędzić zapał kobiety na spotkanie z Albusem, więc jedynie skinął ze zrozumieniem. Erin dość losowo przypominała sobie fakty oraz ludzi, lecz kiedy już jakieś wspomnienie do niej wróciło, nie przepadało, kiedy nie potrafiła natychmiastowo dopasować go to potoku już poukładanych. Zaczynała przypominać sobie twarze względnie niedawno poznanych osób, co świadczyło o tym, że ich starania przynosiły wymierne rezultaty. Ethan odwrócił twarz od panny Crown i skrzywił się nieznacznie. Cholerny smarkacz wspomniał mu o panu Diggorym oraz jego weekendowym wyjściu, w towarzystwie płomiennowłosej. Mógłby spróbować delikatnie wypytać ją o szczegóły, ale nie chciał tego robić – najważniejsze, że zdołała sobie o nim przypomnieć. Powolnym, dystyngowanym krokiem poprowadził Vallerin ku głównemu salonowi dworku, gdzie Sten ugościł Albusa – w zgodzie z wysokimi standardami posiadłości. Stary czarodziej, widząc przyjaciółkę, poderwał się w wygodnej kanapy i podbiegł do niej, zamykając ją w szczelnym, mocnym uścisku.

– Tak się cieszę, że cię widzę, moja droga – wyszeptał, mechanicznym ruchem gładząc jej plecy.

– Też się cieszę, staruszku – zachichotała uroczo. – Nie wiedziałam, że złożysz nam wizytę.

– Sam jeszcze kilka godzin temu nie wiedziałem – dyrektor zaśmiał się szelmowsko. – Dragan wpadł jak burza do mojego gabinety, poinformował mnie o twoim wybudzeniu oraz o problemach, z jakimi się borykasz. Prawie wypchnął mnie za drzwi, rozkazując mi niezwłocznie stawić się w rezydencji i powtarzając, że w chwili obecnej tylko ja jestem w stanie ci pomóc. Nie doprecyzował jednak, co miał właściwie na myśli – czarodziej posłał Ethanowi pytające zerknięcie.

– Upierdliwy szczeniak – westchnął Luther. – Proszę się rozgościć, profesorze. Wyjaśnię panu, o co mu chodziło.

Dumbledore potulnie usiadł na kanapie, nie zamierzając wdawać się w zbędne dyskusje, ani pospieszać starszego Luthera. Tuż obok niego usadowiła się Lady, opierając bark na jego ramieniu. Dyrektor uśmiechnął się subtelnie, nareszcie mogąc w pełni docenić niewyobrażalny kunszt Lorda Ariena. Uzdrowiciel nie ograniczył się wyłącznie do wzmocnienia ciała Vallerin…sobie tylko znanym sposobem, zatroszczył się o to, by rysy jej młodszego wcielenia w jak najmniejszym stopniu odbiegały od tych prawdziwych. Niesamowity talent Phoenix’a sprawił, że młodzieńcza forma Erin wyglądała zupełnie jak wierna miniatura dorosłej – ze wszystkimi ulotnymi detalami jej nadnaturalnego, zapierającego dech w piersiach piękna. Płomiennowłosa nareszcie przestała przypominać wykończoną, nazbyt szczupłą dziewczynkę, toczącą ciężką walkę z tajemniczą chorobą. Odzyskała w pełni blask młodej damy, o przyćmiewającej wszystko wokół urodzie. Mimowolnie parsknął pod nosem. Czekałby go bardzo ciężkie czasy, w roli dziadka.

– Profesorze, Dragan zapewne wyjaśnił panu, że wszyscy staramy się opowiadać Vallerin o czasach, których nie pamięta – Luther rozpoczął formalnym tonem. – Tę metodę Lordowie uznali za najbardziej odpowiednią i przyznam szczerze, że przynosi ona oczekiwane rezultaty szybciej, niż zakładaliśmy. Zgodnie z opracowanym planem ściśle trzymamy się chronologii, żeby zminimalizować ryzyko zagubienia fragmentów historii. Erin udało się dzięki temu całkowicie odbudować większość swoich wspomnień, jednak natrafiliśmy na przeszkodę, której żaden z nas nie jest w stanie przeskoczyć – zrobił dramatyczną, efekciarską pauzę. – Vallerin nie pamięta kiedy dokładnie i dlaczego poprosił ją pan o pomoc. Ani mnie, ani Dragana nie było wtedy w rezydencji, a skoro rozmawialiście na osobności, Sten również nie może szczegółowo odtworzyć przebiegu tamtego dnia. Pańska prośba była dla Erin na tyle ważna, że nie potrafi ostatecznie uporządkować niczego, co stało się później. Dragan wysyłając pana dziś do nos, w bardzo niezgrabny sposób, poprosił o pańską pomoc. Czy zechce pan przedstawić ze swojej perspektywy wszystkie wydarzenia, dotyczące misji Vallerin w pańskiej szkole?

Czarodziej uśmiechnął się i objął przyjaciółkę ramieniem. Niewiele mógł zrobić, żeby jej pomóc, ale jeśli istniał choć cień szansy na to, że przyczyni się do poprawy jej stanu…musiał spróbować.

– Zrobi co w mojej mocy – spojrzał na Ethana.

– Doskonale – Luther wykrzywił wargi w półuśmiechu. – Ponieważ zapewne będzie mowa o sprawach prywatnych, zostawię was samych. Muszę zająć się drobną sprawą we włoskim Ministerstwie, zanim zaczną się głośno dopominać o mój przyjazd. Proszę pamiętać, profesorze, że nie wolno panu przeinaczać faktów, kłamać ani zatajać nieprzyjemnych szczegółów. Erin tak czy inaczej wszystko sobie przypomni, ale dużo później i znacznie większym kosztem, niż to konieczne. Z góry dziękuję za pańską pomoc.

Niebieskooki zgodnie z obietnicą opuścił rezydencję, uprzednio zakazując skrzatom wszelkich ingerencji w rozmowę Lady z Dumbledorem. Nie podejrzewał, żeby dobroduszny czarodziej z rozmysłem starał się wybielać pewne sytuacje, jednak mógłby do tego dążyć podświadomie, gdyby w kark dyszeli mu rozemocjonowani świadkowie. Nie o wszystkich sprawach należało dyskutować w obecności widowni. Sten, w trosce o komfort swej pani, zaopatrzył ją oraz Albusa w dzbanuszek parującej kawy, mrożoną herbatę i przekąski, mające umilić im czas dyskusji. Na wyraźną prośbę Vallerin, za miejsce rozmów obrano taras, z czym dyrektor nie zamierzał polemizować. Widok kwitnącego, bez względu na porę roku, ogrodu uspokajał kobietę i nie był na tyle okrutny, żeby odzierać ją z tej przyjemności. Kiedy tylko drzwi tarasowe się za nimi zamknęły, a oni zajęli wygodnie miejsca na rozłożystych, jasnych kanapach Albus rozpoczął swą opowieść. Podążając za wskazówkami Luthera zaczął od samego początku, starając się niczego nie pominąć. Opowiedział przyjaciółce o wszystkim – wizycie ponad dwa lata temu; swoich koszmarnych przeczuciach, odnośnie przyszłości młodego Pottera; jej roli w ochronie tego chłopca; historii upadku Toma Marvolo Riddle’a; pierwszych wspólnych zakupach na Pokątnej; początkowych wątpliwościach Minervy oraz Severusa; przydziale do Slytherinu, który uznali za najodpowiedniejszy dom; ataku rozszalałego trolla w Noc Duchów; kamieniu filozoficznym, ukrytym w szkolnych murach; ciężkim starciu na trzecim piętrze; rozmowie i przymierzu z Lordem Arieniem; pojawieniu się w Hogwarcie Dragana Luthera, odgrywającego rolę przeniesionego ucznia; gorączkowych poszukiwaniach Komnaty Tajemnic; próbach odkrycia, cóż to takiego mogło być potworem Salazara Slytherina; kłopotach z władzami ministerialnymi oraz Lucjuszem Malfoy’em we własnej osobie; jego nieobecności w szkole i czasie, jaki spędził w rezydencji; porwaniu Ginny Weasley, na której żerowały mroczne siły; potyczce Harry’ego z bazyliszkiem, w której wzięła udział; cenie, jaką przyszło jej zapłacić za wsparcie pana Pottera; jej rzekomej chorobie, którą tłumaczyli jej złe samopoczucie przed uczniami oraz nauczycielami; wakacjach, w trakcie których Syriusz Black uciekł z Azkabanu, we wciąż mocno tajemniczych okolicznościach; przeszłości Blacka i powodach, przez które uznano go za wyjątkowo niebezpiecznego uciekiniera; napiętej sytuacji w zamku i coraz poważniejszych obawach, co do bezpieczeństwa Harry’ego; ataku sprowokowanego bezczelnością Dracona hipogryfa, który przypłaciła okaleczonym ramieniem; powodach decyzji o odesłaniu jej pod opiekę Lorda Ariena. Mówił o wszystkim, co działo się w Hogwarcie pod jej nieobecność, dzieląc się z nią swymi przemyśleniami, oczekiwaniami oraz wątpliwościami, które nawiedzały go coraz częściej. Vallerin nie przerwała mu nawet raz, uważnie wsłuchując się w potok słów. Pozwalała, żeby chaotyczne strzępy wspomnień połączyły się w logiczną całość, nie zaśmiecając dłużej jej umysły bezsensownymi skrawkami. Nareszcie wszystko co sobie przypominała, zaczynało do siebie idealnie pasować – niczym misterne puzzle, tworzące piękny i groźny obraz. Wciąż umykały jej niuanse, dotyczące relacji ze szkolnymi przyjaciółmi, lecz w tym przypadku pomóc mógł jedynie powtórny kontakt i zagłębienie się w specyficzną atmosferę Hogwartu. Dumbledore skończył snuć historię, której wcześniej nie śmiałaby przerywać bezsensownymi pytaniami. Teraz, kiedy zamilkł, coraz nieprzyjemniej cisnęło jej się na usta jedno dokuczliwie palące pytania. Było coś, co wciąż nie miało dla niej najmniejszego sensu i nie mogła przejść obok tego obojętnie. Wychyliła się subtelnie w stronę starego przyjaciela i spojrzała wprost w jego jasnoniebieskie, niepewne oczy.

– Dziękuję, Albusie – posłała mu wdzięczny uśmiech. – Wiele rzeczy odzyskało dla mnie sens, dzięki tobie. Jest jednak jedna rzecz, o którą muszę cię zapytać. Dlaczego nie zwróciłeś się do mnie o pomoc, podczas Wojny Czarodziejów? Stanęłabym za tobą murem i pomogłabym ci zakończyć ten koszmar.

Profesor zamarł na kilka chwil. Czuł nazbyt wyraźnie, jak krew odpływała mu z twarzy, a palce drętwiały z zimna – pomimo ciepłej aury, miał wrażenie, że zamarza. Tego pytania…obawiał się najbardziej. Przez wiele długich lat unikał odwiedzania przyjaciółki, wzdrygając się na samą myśl, że je usłyszy. Każdego dnia, gdy była w Hogwarcie bał się, że w końcu zapyta, a on nie będzie wiedział, jak jej to wyjaśnić. Patrząc w lazurowe, litościwe oczy kobiety zrozumiał, że nie może dłużej przed tym uciekać. Zmarnował tyle lat przez swoje tchórzostwo…mógł spędzić ten czas u jej boku, wywiązując się należycie z roli oddanego przyjaciela. Nigdy wcześniej nie zapytała go o wojnę…nie podejmowała tego tematu zapewne wiedząc, że nie chciał o tym rozmawiać. Westchnął ciężko. Vallerin tak wiele zniosła, żeby mu pomóc…był jej winien prawdę o katastrofalnej decyzji sprzed lat.

– Przez dumę, Vallerin – zaczął, ledwo przełykając gorycz. – Ślepą wiarę w to, że zdołam naprawić wszystko własnymi siłami oraz irracjonalny upór, graniczący z głupotą. Doskonale pamiętam ten dzień w 1938 roku – przymknął powieki, wtapiając się we wspomnienia. – Ten dzień był chwalebnym początkiem tragicznego końca. Na polecenie przełożonych wyruszyłem do Wools, mugolskiego sierocińca o nie najlepszej opinii i jeszcze gorszych warunkach. Docierały do nas sygnały, że znajduje się tam interesujący chłopiec, prawdopodobnie uzdolniony magicznie. Podjąłem się zadania zbadania tego przypadku oraz ewentualnego zaproszenia chłopca do Hogwartu, by mógł pobierać nauki. Tego dnia poznałem Toma Marvolo Riddle’a – jego głos zadrżał melancholijnie. – Już wtedy miałem co do niego złe przeczucia, Vallerin. Młody Tom emanował czymś…tajemniczym, wyrachowanym i w jakiś ulotny sposób okrutnym. Zaniepokoiły mnie jego słowa na temat tego, że jest w stanie sprawić komuś ból samymi myślami. Wiesz, co wtedy zrobiłem? – spojrzał na przyjaciółkę, ze złością na samego siebie, wymalowaną w jasnych oczach – Nic. Mogłem zostawić go w sierocińcu, ale niesiony współczuciem oraz ideałami o równym dostępie do nauki, nie zrobiłem tego. Zabrałem go ze sobą, ignorując podszepty umysłu i niejasne obawy. Nie chciałem wierzyć w to, że jakiekolwiek dziecko może po prostu urodzić się złe, a Tom mógł być doskonałym przykładem, na słuszność moich racji. Z całego serca wierzyłem w to, że odpowiednim podejściem, cierpliwością i ciepłem, da się ocalić każdą zagubioną duszyczkę. Tom bardzo szybko zaczął uważać Hogwart za swój prawdziwy dom, doskonale czując się w jego murach. Dzięki rzadko spotykanemu talentowi oraz naturalnym zdolnością oczarowywania wszystkich wokół, zaskarbił sobie sympatię moich kolegów i koleżanek profesorów. Grono z miesiąca na miesiąc było tym chłopcem coraz to bardziej zachwycone, a ja…podejrzliwy. Długo, stanowczo zbyt długo, nie chciałem dostrzec, że patrząc na Toma, widzę Gellerta w jego najgorszym wydaniu – ton starca stał się wyjątkowo ciężki i ponury. – Przyglądałem się uważnie Riddle’owi, o czym doskonale wiedział i potrafił przekuć to na swoją korzyść. Zachowywał się jak uczeń doskonały! Osiągał najlepsze wyniki w nauce, udzielał się sportowo, uczestniczył w zajęciach dodatkowych, pomagał pozostałym uczniom w nauce, ciesząc się ich uznaniem oraz szacunkiem. Zawsze miły i uczynny, sprytnie wytrącał mi z rąk wszelkie argumenty. Wtedy popełniłem kolejny, potworny w skutkach błąd. Zacząłem wątpić w słuszność mojej pierwszej oceny. Tom zdołał mnie skołować na tyle, że przestałem bezgranicznie ufać samemu sobie oraz mojemu doświadczeniu. Otrząsnąłem się dopiero, kiedy patrząc na Toma podświadomie próbowałem sam przed sobą wybielić Gellerta. Vallerin… – wyciągnął dłoń ku Lady, która natychmiast ją uścisnęła – były nawet takie momenty, gdy przez myśl przechodziło mi, że metody Gallerta, choć odrażające, mogły zostać usprawiedliwione. Wyrwałem się spod tego niedorzecznego stanu i zrozumiałem, że było już za późno na uratowanie Toma. W 1943 roku w szkole wybuchła panika. Komnata Tajemnic została otwarta po raz pierwszy, a bazyliszek terroryzował uczniów, zostawiając za sobą szlak spetryfikowanych ciał. Staraliśmy się opanować sytuację i przynosiło to rezultaty, lecz spadł na nas ostateczny cios, rozbijając wszystko w pył. Bazyliszek zamordował Martę Warren – zamilkł na chwilę, łapiąc głębokie oddechy. – To jej krew jako pierwsza splamiła ręce Toma i moje również. Po tragicznej śmierci Marty, byliśmy w pełni przygotowania na decyzję o zamknięciu szkoły. Muszę przyznać, że oczekiwałem na to niecierpliwie, chcąc wyłącznie chronić dzieciaki. W całej tej gorączce poszukiwania winnego, dołującej atmosferze nieustannego zagrożenia oraz paranoi, która toczyła większość z nas, tylko jedna osoba pozostawała niewzruszona. Tom Riddle. Podejrzewałem, że mógł mieć coś wspólnego z Komnatą, ale nie miałem na to żadnego dowodu i nie mogłem liczyć na pomoc, ponieważ wszyscy nauczyciele, będąc pod wrażeniem tego chłopca, automatycznie wykluczyli go z kręgu podejrzanych. Moje podejrzenia zmieniły się w pewność, gdy ataki nagle ustały, a Riddle „odszukał” winnego – akwamarynowe oczy zalśniły złością. – Poczciwy Hagrid zapłacił słoną cenę za występki Toma, który zdołał przekonać cały magiczny świat, co do winy Rubeusa. Miotałem się chaotycznie, szukając czegokolwiek, co mogłoby rzucić cień podejrzeń na Toma, ale po raz kolejny zawiodłem. Jedyne co udało mi się wskórać, to uprosić Dippeta, żeby pozwolił Rubeusowi zostać na terenie szkoły i złożyć w jego ręce obowiązki gajowego. Dałem się pokonać chłopcu, moja droga – zaśmiał się cynicznie. – Jedynie dwa razy odniosłem zwycięstwo w starciu z Riddlem. Przekonałem Dippeta, by odmówił, kiedy Tom prosił go o możliwość objęcia posady nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią. Dziesięć lat później, już jako dyrektor, osobiście odrzuciłem jego kolejne podanie. Obawiałem się, że powtórne wpuszczenie Riddle’a w mury szkoły, zakończy się czymś okropnym. Po odejściu Dippeta na emeryturę, zacząłem dokładnie badać wszystko, co wiązało się z Tomem, gdy był jeszcze jednym z naszych wychowanków, a to co odkryłem… – westchnął ciężko – przeraziło mnie. Kiedy przestałem mieć pilne baczenie na jego poczynania, targany nieuzasadnionymi wątpliwościami, Tom wykorzystał moją nieuwagę i zaczął działać. Zgromadził wokół siebie grupę uczniów, tak samo jak on zaślepionych rządzą władzy oraz potęgi. Nauczał ich o czarnej magii, wpajając im niesprawiedliwe przekonanie o wyższości czystej krwi. Zdołał ich przekonać, że koniecznym jest wyeliminowanie tych, których uważali za gorszych od siebie, by czarodzieje stali się silną, jednolitą nacją. Wykorzystując naturalną charyzmę i urok osobisty, stanął na czele swoistego rodzaju mrocznego kultu, przyznając sobie funkcję dowódcy, z którego wolą nie można było dyskutować. Tuż pod moim nosem wykorzystywał omamionych obietnicami podwładnych do dokonywania straszliwych czynów. Jego grupa dręczyła, szkalowała i niszczyła każdego, kto ośmielił się im sprzeciwić. Kiedy ja usilnie starałem się dostrzec w tym chłopcu dobro, on powołał do życia grupę, z której wywodzili się przyszli Śmierciożercy – przerwał na chwilę, starając się uspokoić skołatane nerwy. – Tom, po mojej odmowie odnośnie jego powrotu do Hogwartu, zapadł się pod ziemię na długie lata. Naiwnie wierzyłem, że niewiele wyszło z jego radykalnych planów, więc zmuszony był się poddać. Spokojnie pełniłem funkcję dyrektora, czuwając nad przekazaniem naszym uczniom starannego wykształcenia oraz zagwarantowania im wspaniałych wspomnień z lat szkolnych. Upojony błogą ciszą, po raz kolejny nie zauważyłem niebezpieczeństwa, czającego się tuż przed moimi oczami. Tom, już jako Lord Voldemort nie zrezygnował ze swoich pokrętnych planów. Poprzez oddane grono popleczników, zaszczepił z moich uczniach pragnienie oczyszczenia krwi, przygotowując tym samym wierne zastępy Śmierciożerców do rozpoczęcia wojny, która miała pochłonąć świat magii, a sam zaszył się w cieniu. Wypełzł z niego w 1970 roku, rozpętując Wojnę Czarodziejów. Wezwał do walki Śmierciożerców, którzy szpiegostwem, torturami i masowymi mordami, mieli usunąć z drogi zdrajców krwi, mugoli, mugolaków oraz wszystkich czarodziei, popierających prawa mugoli. Jego fanatyczni poddani bez zawahania stosowali Zaklęcia Niewybaczalne, niszcząc i zabijając bez krzty miłosierdzia. Voldemort coraz śmielej zapędzał się w swoich makabrycznych planach, rekrutując do swej armii olbrzymów, wilkołaki oraz wszelkie niebezpieczne stworzenia, żywiące urazę do czarodziei. Świat, który znaliśmy pogrążył się w przygnębiającym, krwawym chaosie. Powinienem wtedy zwrócić się do ciebie, moja droga, lecz duma i poczucie winy mi na to nie pozwoliły – spojrzał na przyjaciółkę z żalem, wymalowanym w jasnych tęczówkach. – To ja sprowadziłem Toma do Hogwartu. To przeze mnie dostał szansę nauczenia się, jak wykorzystywać magię. To ja nie protestowałem, gdy co wakacje zmuszaliśmy go do powrotu do miejsca, które podsycało w nim wszystko, co najgorsze. To ja nie wyciągnąłem do niego ręki wiedząc doskonale, jak bardzo cierpiał w sierocińcu. To przez moją słabość robił co chciał, wprowadzając w Slytherinie własne, potajemne rządy. To ja, pomimo obaw i podejrzeń, nie zrobiłem wszystkiego co konieczne, żeby go zatrzymać. To moja nieuwaga nie pozwoliła na zdobycie przeciw niemu dowodów, choć było to wykonalne. To przez moją ślepą wiarę w dobro, tak długo pozostawał bezkarny. To ja zaniechałem przemówienia do rozsądku nauczycielom oraz dyrektorowi, obawiając się pochopnego oskarżania niewinnego chłopca. To ja zbyt późno zrozumiałem, że tego procesu nie sposób było już zatrzymać. To ja musiałem zakończyć to, czemu dałem początek – zacisnął mocno pięści, dławiąc wyrzuty sumienia. – Stworzyłem organizację, której jedynym celem było powstrzymanie Voldemorta. Zakon Feniksa. Zebrałem niewielką grupkę oddanych sprawie, potężnych osób, by wspólnie spróbować stawić czoła brutalnemu reżimowi. Minerva McGonagall, Rubeus Hagrid, Severus Snape, Remus Lupin, Syriusz Black, James Potter, Lily Potter, Alastor Moody, Frank Longbottom, Alicja Longbottom, Aberforth Dumbledore, Arabella Figg, Sturgis Podmore, Emmelina Vance, Dedalus Diggle, Hestia Jones, Edgar Bones, Marlena McKinnon, Gideon Prewett, Fabian Prewett, Benio Fenwick, Caradoc Dearborn, Elfias Doge, Dorcas Meadowes, Mundundus Fletcher – wymienił nazwiska niemalże jednym tchem. – Wielu przypłaciło walkę własnym życiem, Vallerin. Zbyt wielu… Edgara zamordowano wraz z całą jego rodziną, podobnie jak Marlenę. Gideon i Fabian polegli w bohaterskim pojedynku, przeciw pięciu poplecznikom Voldemorta. Benia rozsadzono na kawałki. Caradoc zaginął i nigdy nie udało nam się odnaleźć jego ciała, by wyprawić godny pogrzeb. Dorcas zginęła z ręki samego Toma. Lily i James również zostali przez niego osobiście zamordowani, gdy chciał pozbawić życia Harry’ego. Syriusz boleśnie zdradził naszą sprawę i nas wszystkich, okazując się szpiegiem wroga. Alicja i Frank… – głos mu się załamał – ich spotkał los gorszy od śmierci. Już po upadku Voldemorta, zostali porwani przez pozostających na wolności Śmierciożerców i poddani okrutnym torturom. Choć przetrwali katusze, cierpienie pozbawiło ich zdrowych zmysłów, więc po dziś muszą przebywać w św. Mungu. Zwyciężyliśmy, Vallerin, lecz za jaką cenę? To, że nie poprosiłem cię wtedy o pomoc, jest prawdopodobnie największym z moich błędów. Pokutuję za to po dziś dzień. Sądziłem, że za moim głosem pójdą liczniejsze zastępy, a terroryzowani czarodzieje zjednoczą się w walce o wolność. Nie doceniłem destrukcyjnego wpływu tego całego koszmaru. Tomowi udało się spętać większość magicznej społeczności kajdanami strachu, bezsilności, bierności i zwątpienia. Dławił bezlitośnie wszelkie przejawy buntu, mordując wszystkich, którzy ważyli się wyrazić sprzeciw. Ta wojna zniszczyła i podzieliła świat magii, pogłębiając wcześniej dzielące nas różnice. Krew, którą przelał Tom, plami również moje dłonie. Jestem współodpowiedzialny za śmierć tych wszystkich ludzi. Mugoli, mugolaków, czarodziei…moich wychowanków i przyjaciół. Poczucie winy nie pozwala mi spać spokojnie, nieustannie przypominając o tym, jak bardzo skupiony byłem na własnej dumie. Nauczony doświadczeniem, tym razem bez wahania poszedłem za przeczuciem i poprosiłem o twoje wsparcie, Lady Crown. Błagam cię, Vallerin! – wbił spojrzenie w oczy przyjaciółki. – Cokolwiek by się nie stało…z jak wielkim niebezpieczeństwem nie musielibyśmy się mierzyć w przyszłości, użycz mi swojej siły. Poprowadź Harry’ego ku jego przeznaczeniu i dopilnuj, by wypełniła się przepowiednia, za którą jego rodzice zapłacili życiem. Pozwól mu zakończyć rozpoczętą przed laty historię, żeby mógł nadać znaczenie śmierci tych wszystkich ludzi. Niech ich ofiara, poświęcenie w walce o wolność własną oraz przyszłych pokoleń nie pójdzie na marne. Błagam cię, moja droga.

Erin jeszcze przez kilka sekund wpatrywała się w oczy Albusa, mocno zaciskając wargi. W tych oczach kłębiło się tak wiele cierpienia i nazbyt długo tłamszonego żalu. Nareszcie wszystko rozumiała. Nie miała zamiaru pocieszać starca, ani zapewniać go, że wszystko będzie dobrze – nie tego potrzebował, po tak wielu latach dźwigania ciężaru swoich decyzji. Lady miękkim, pełnym gracji ruchem wstała z kanapy, ściągając na siebie uwagę czarodzieja. Złączyła drobne, delikatne dłonie i zamknęła oczy, przygotowując się do czegoś, czego nie robiła od wieków. Albus wpatrywał się w nią zaciekawiony i zbity z tropu, nie miał bowiem bladego pojęcia, czego tak właściwie jest świadkiem. Eteryczne sylwetka Vallerin stanęła w rozszalałych, wysokich płomieniach. Języki ognia przesuwały się po jej ciele, wpływając wdzięcznie do plecy kobiety, gdzie w widowiskowym tańcu połączyły się, tworząc szeroko rozpostarte skrzydła. Dumbledore odsunął się nieznacznie, zaniepokojony iskrami, bijącymi od tego fascynująco urokliwego, hipnotycznego zjawiska. Subtelne wstęgi ognia przybrały postać feniksów, które wzbiły się w powietrze, krążąc ponad głową swej pani – kołowały zwinnie, śpiewając nieznaną, przepiękną pieśń. Kobieta powoli uchyliła powieki. W jej cudownych oczach nie pozostało nic z mroźnego, niebiańskiego lazuru – tliły się pradawnym, nieujarzmionym płomieniem najczystszej magii.

– Ja, Vallerin Phoenix, przysięgam tobie, Albusie Persiwaldzie Wulfryku Brianie Dumbledore, że poprowadzę Harry’ego Jamesa Pottera ku jego przeznaczeniu.

Czarodziej zamarł słysząc jej głos. Tysiące razy wsłuchiwał się w symfonię głosu Erin, ale teraz…brzmiał zupełnie inaczej niż zazwyczaj – towarzyszył mu przypominający śpiew pogłos, dodający nieopisanej głębi każdemu z wypowiedzianych słów. Nigdy nie zdarzyło mu się również usłyszeć, jak Vallerin nazywa samą siebie Phoenix, ponieważ zawsze używała nazwiska Crown – z powodu, którego nie znał. Wpatrywał się w to nienaturalnie piękne zjawisko, czując drżenie całego ciała. Znał tę kobietę od tak dawna…wiedział o niej dość dużo i zdawał sobie sprawę z tego, kim była, lecz nigdy wcześniej aż tak wyraźnie nie dostrzegał tego, że miał do czynienia z najprawdziwszą niebiańską istotą. Jego ukochana przyjaciółka z całą pewnością była istotą należącą do zupełnie innego świata, niż ten w którym żył – bytem bardzo odległym od śmiertelnych. Mógłby bez końca szukać odpowiedzi na pytanie, czemu tak cudowna istotka zaprzątała sobie głowę sprawami zwykłych ludzi, ale jeden z feniksów skutecznie odciągnął go od tej zagadki. Ognisty ptak zanurkował ku jego klatce piersiowej, po czym przeniknął przez jego serce, zaszczepiając w nim spokój, który wydarł wszystkie ciążące na nim troski. Nagle poczuł się tak młody…lekki…wolny…. Erin uśmiechnęła się do niego, rozłączając dłonie. Płomienne skrzydła zniknęły, podobnie jak feniksy oraz ogień, lśniący w jej mistycznych oczach. Odetchnęła z ulgą. Nie lubiła przyjmować właściwej formy Phoenix’ów, tak samo jak jej bracia – znacznie lepiej czuli się, przybierając wygląd złudnie podobny do ludzkiego. Zaśmiała się perliście, widząc minę Albusa. Zapewne ciężko było przetoczyć przez swą twarz tak wiele skrajnych emocji, w tak krótkim czasie.

– Co… – wydukał staruszek, dotykając swojego mostka.

– To przysięga rodu Phoenix – uśmiechnęła się łagodnie. – Nie istnieje równie potężna magia, wiążąca obietnicą dwie osoby. Przysięgi Phoenix’a nie jest w stanie przełamać nawet śmierć.

                Dragan, w mało radosnym towarzystwie Severusa, stanął przed budynkiem brytyjskiego Ministerstwa Magii. Nie mając najmniejszej ochoty na pośpiech, sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki po swoją ulubioną, odrapaną papierośnicę. Wprawnie wyciągnął papierosa i przytrzymując go delikatnie w zębach, podsunął papierośnicę pod nos Snape’a. Mistrz eliksirów skrzywił się z odrazą, odsuwając sprzed swojej twarzy tę śmierdzącą truciznę. Luther zaśmiał się krótko, schował srebrzyste pudełeczko po czym odpalił papierosa. Zaciągnął się głęboko i leniwie przesunął wzrokiem po zdobnych gzymsach budowli, doskonale wkomponowanej w typowo angielską architekturę.

– Jak tam chcesz – uśmiechnął się zaczepnie do czarodzieja, wypuszczając z ust mleczny dym.

– Nie mogłeś zaczekać, aż wyjdziemy? – Snape zaplótł ręce na piersi, z dezaprobatą zerkając na towarzysza.

– Durne pytanie – kruczowłosy przewrócił oczami. – Wystarczy już, że muszę tracić tu czas. Nie odmówię sobie dymka na uspokojenie.

Severus nie miał zamiaru tego komentować. Po tym jak Dragan zastąpił go w obowiązkach, grono pedagogiczne zebrało się na specjalnym posiedzeniu o barbarzyńsko wczesnej porze. Minerva usiłowała zaprosić na nie Luthera, ale przez jego rozdrażnienie oraz zmęczenie, skończyła z pokąsaną szyją. Turkusowooki uśmiechnął się na wspomnienie miny czarownicy. Mini po tamtym wydarzeniu zupełnie pogubiła się w tym, jak powinna go postrzegać. Czasem wydawał jej się niebezpiecznym, nieobliczalnym psychopatą, by po chwili zmienić się w szalenie utalentowanego, czarującego młodego mężczyznę, z którym mogłaby rozmawiać godzinami. Nie wiedziała, jak powinna go oceniać, a Luther doskonale się bawił, czerpiąc sadystyczną satysfakcję z dręczenia jej uciążliwymi wątpliwościami na swój temat. Oczywiście McGonagall pognała donieść Dumbledore’owi o cudacznym incydencie z ugryzieniem, ale Albus nie przejął się tym za szczególnie. Staruszek pamiętał o ostrzeżeniach zarówno Lorda Ariena, jak i Tiary, więc uznał ten…osobliwy przypadek za pojedynczy wybryk chłopaka, który zachowywał się zaskakująco poprawnie. Zapytał Minervę, czy życzy sobie wyjaśnienia całego zajścia i ukarania Dragana, jednak kobieta zrezygnowała z dochodzenia rekompensaty za swoją krzywdę. Luther może i lubił ciągnąć swoje chore gierki, ale nie był głupi. Zawczasu zmiękczył serduszko czarownicy olbrzymim bukietem róż, przeprosinami i brzmiącym szczerze wytłumaczeniem, że zachował się w ten sposób, ponieważ nie potrafił poradzić sobie z tym, co spotkało Lady Crown. Podczas rozmowy był tak przekonujący – z całym tym drżącym głosem, żalem wymalowanym w demonicznych oczach i uroczą niepewnością –, że łyknęła wszystko co mówił. Mini całkowicie mu uwierzyła, nieświadomie lekko go rozczarowując. Była taka sama, jak każda z jego marionetek, choć spodziewał się po niej czegoś więcej. Dragan Luther nie miał sobie równych w sztuce zwodzenia innych, co wykorzystywał bezlitośnie. Potrafił nagiąć wolę otaczających go ludzi do swojej własnej i sprawić, żeby byli przekonani o tym, że podejmują samodzielne decyzje, chociaż to on nimi sterował. Był lalkarzem, otoczonym przez tysiące sznurków, którymi pociągał wedle własnego uznania. Ponieważ ostatecznie nie uczestniczył w zebraniu, dopiero następnego dnia dowiedział się o pomyśle Albusa. Grono, podczas obrad, zgodnie uznało, że można potraktować go wyjątkowo i sprawić, żeby wcześniej ukończył szkołę. Profesorowie doskonale zdawali sobie sprawę z własnej niemocy nauczenia go czegokolwiek więcej, niż już potrafił, przez co zwyczajnie marnował się jako jeden z uczniów. Wielu z nich podzielało również przekonanie, że bezzwłoczne powierzenie mu obowiązków asystenta Severusa, będzie skutecznie trzymało go z daleka od kłopotów – zajmując mu czas czymś pożytecznym. Bandzie głupców wydawało się, że mając Luthera w swoim gronie, będą mogli łatwiej i skuteczniej nad nim zapanować. Dumbledore oraz Snape spodziewali się, że ten pomysł może przynieść skutki odwrotne od zamierzonych, lecz nie mieli zamiaru zgłaszać sprzeciwu, ze względu na misję turkusowookiego w szkole. Nauczyciele z reguły nie patrzyli sobie wzajemnie na ręce, ani nie rozliczali jeden drugiego z planu dnia, co mogło zapewnić Draganowi większą swobodę działania. Dyrektor, wykorzystując swą pozycję i szacunek, jakim się cieszył się w środowisku zasłużonych czarodziei, zdobył pozwolenie Ministra Magii na przeprowadzenie wcześniejszych, komisyjnych egzaminów końcowych w siedzibie ministerstwa. Swą nietypową prośbę umotywował szczególnymi zdolnościami ucznia oraz jego szczerą chęcią wsparcia kadry Hogwartu, co było argumentem nico przekłamanym. Albus powinien osobiście stawić się dziś z kruczowłosym, jednak w związku z przebywającym wciąż na wolności Blackiem, wyznaczył Severusa na swego zastępcę. Całkiem nieźle to wyglądało, od strony formalnej. Wieloletni, cieszący się uznaniem profesor eliksirów, z mającym iść w jego ślady uczniakiem u boku – dodawało to niezbędnej dozy autentyzmu całemu przedsięwzięciu. Czarodziej przewrócił oczami, rzucając ukradkowe spojrzenie Lutherowi, który zdecydowanie nie przejmował się ani trochę tym, co miało go czekać już za kilka chwil – palił spokojnie, gapiąc się w niebo bez większego celu. Profesor westchnął przeciągle, próbując wyciszyć irytację, Dragan chociaż wyglądał tak, jak powinien prezentować się młody człowiek, podchodzący do egzaminów z należną powagą. Turkusowooki wcisnął się w idealnie dopasowany, dzienny garnitur oraz stylowy, ciemnoszary płaszcz. Długie, smoliste włosy spiął porządnie, pozwalając im opadać wzdłuż szerokich pleców. Założył nawet eleganckie okulary w czarnych oprawkach, podkreślających nienachalnie ostre rysy jego twarzy, dzięki czemu wyglądał na nieco dojrzalszego. Dodatkowym plusem tego rozwiązania było to, że lekko przyciemniane szkła tłamsiły niepokojący, demoniczny turkus.

– Jakie przedmioty zaznaczyłeś w deklaracji? – Snape warknął niechętnie.

– Wszystkie – Luther raźnie wzruszył ramionami, gasząc papierosa na obręczy stojącego obok kosza.

Severus szeroko otworzył oczy, nie widząc, czy jest bardziej wściekły, czy zaintrygowany.

– Nie mogłeś ograniczyć się do wymaganego minimum?! – podniósł głos.

– Nie mogłeś ograniczyć się do zamknięcia japy, skoro nikt nie pyta cię o zdanie? – kruczowłosy rzucił ostro. – Macie obrzydliwie ograniczone umysły! Albus położył na szali swoją reputację, prosząc ministerstwo o wyświadczenie przysługi. Czemu mam się ograniczać, skoro mogę tam wejść i wbić egzaminatorów w podłogę? Dzięki temu pokażę, że jeśli Albus Dumbledore prosi o coś nietypowego, to wie co robi. Strategia długofalowa, ślimaczy móżdżku! – uśmiechnął się kąśliwie do czarodzieja. – Wiesz, dlaczego od wieków trzymam się w ścisłej czołówce skurwysynów chodzących po tej planecie? Nauczyłem się, z każdego działania, każdej pojedynczej szansy wyciągać maksimum korzyści. Nawet tych nieoczywistych, obarczonych marginalną szansą wystąpienia. Radzę ci spróbować robić to samo, jeśli chcesz do czegokolwiek w życiu dojść. Po tym, jak wyjdę z egzaminu poza ukończeniem szkoły przed czasem: potwierdzę słuszność Albusa w ocenie zdolności swoich uczniów; zagwarantuję mu przychylniejsze spojrzenie ministerstwa, na kolejne prośby; podniosę prestiż Hogwartu, jako placówki edukacyjnej; dam wam kartę przetargową posiadania geniusza w kadrach; umocnię swoją pozycję; uciszę trochę obawy, związane z bezpieczeństwem szkoły; otworzę sobie drogę do kontaktów w ministerstwie, które później możemy wykorzystać; wkurzę Lucjusza Malfoy’a i tak dalej – skończył wyliczać na palcach.

Snape zacisnął mocno usta. Dragan rzeczywiście patrzył na wszystko w znacznie szerszej perspektywie i zdawał się mieć przemyślane kilkanaście kroków w przód. Wiedział o tym, że turkusowooki planował poprowadzenie zajęć z tłumaczenia języków wymarłych oraz przywrócenie do katalogu oferowanych przedmiotów dodatkowych magii pradawnej. Gdyby mu się powiodło…Hogwart mógłby ubiegać się o przyznanie statusu placówki edukacyjno-badawczej, ściągając w swoje mury naukowców, w okresie wakacji letnich – to zdecydowanie przysłużyłoby się szkole, jej pracownikom oraz uczniom. Nie miał żadnych argumentów, by przeciągać dyskusję, więc bez słowa skierował się ku wejściu do budynku. Luther szedł za nim, zachowując elegancki dystans półtorej kroku. Severus z uznaniem zauważył, że kruczowłosy nie przystawał, nie rozglądał się, nie odzywał, ani nie zachowywał w żaden sposób nerwowo – zupełnie jakby takie wycieczki były dla niego rutyną, a w ministerstwie czuł się jak w domu. Westchnął pod nosem. Ten gnojek zapewne w poważaniu miał powagę takich instytucji…Na powitanie wyszła im niezbyt wysoka kobieta o krótko przyciętych, siwych włosach i nieco zbyt kwadratowej szczęce. Jej chłodno-niebieskie oczy uważnie obserwowały dwóch oczekiwanych gości, zatrzymując się przez dłuższą chwilę na młodszym z nich. Pomimo monokla, przysłaniającego prawe oko kobiety, Luther zauważył ukryty za nim delikatny błysk aprobaty. Uśmiechnął się, unosząc lewy kącik ust. No cóż! Mając takie geny, nie sposób było nie robić dobrego pierwszego wrażenia. W przeciwieństwie do Dragana, Snape był nieco spięty. Nie spodziewał się, że natkną się akurat na nią i niezbyt mu się to podobało…miał nadzieje, że Luther jakoś poradzi sobie w starciu z istnym ucieleśnieniem sztywnego profesjonalizmu. Kobieta wyciągnęła ku niemu dłoń, na której złożył kurtuazyjny, przelotny pocałunek.

– Witamy w ministerstwie, panowie. Pan to zapewne… – stanęła bliżej turkusowookiego.

– Dragan Luther, madame Bones – mężczyzna subtelnie pokłonił przed nią głowę.

– Miło mi, że pan o mnie słyszał, panie Luther – odpowiedziała skinieniem.

– Wątpię, by ktokolwiek nie słyszał o madame. Nie spodziewałem się zaszczytu powitania osobiście przez szefową departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Czuję się uhonorowany.

Mistrz eliksirów z niedowierzaniem patrzył na ciepły uśmiech, rozświetlający zazwyczaj surową i skrajnie opanowaną twarz Amelii. Bones słynęła ze swych sprawiedliwych osądów oraz umiejętności oddzielania emocji, od obiektywnej oceny faktów. Była profesjonalistką w najlepszym tego słowa znaczeniu i nie spodziewał się, by łatwo uległa czarowi byle młodziaka. Tymczasem wpatrywała się w oszczędny, firmowy uśmiech turkusowookiego nazbyt długo, żeby można było to uznać za czysto zawodowe zainteresowanie. Sam Luther także zrobił na nim niemałe wrażenie. Mówił aksamitnym, niskim głosem przesyconym spokojem oraz subtelną, ledwo wyczuwalną nutą pochlebstwa. Zdecydowanie potrafił rozmawiać z kobietami.

– Niech pan podziękuje profesorowi Dumbleodre’owi, który poprosił mnie o obserwowanie przebiegu pańskich egzaminów. Pozwoli pan ze mną, panie Luther. Profesorze Snape, proszę czuć się w murach ministerstwa jak u siebie. Poślę po pana, gdy skończymy.

Tym sposobem Snape został sam, patrząc na oddalające się sylwetki Bones oraz Luthera, dopóki nie zniknęli z jego pola widzenia, wspinając się po rozłożystych, dębowych schodach. Ze zdumieniem obserwował, jak Dragan podsunął Amelii ramię, które kobieta o dziwo objęła własnym przedramieniem – z daleka słyszał jej cichy śmiech, najprawdopodobniej spowodowany luźną rozmową z kruczowłosym. Westchnął przeciągle. Luther nie przestawał go zaskakiwać, jeśli chodziło o podejście do ludzi. Wydawał się doskonale rozumieć ich naturę, potrafiąc się do niej bezproblemowo dostosować. Szalenie niepokojąca umiejętność. Otrząsnął się ze zbędnych rozmyślań, nie bardzo wiedząc, co miał ze sobą począć. Rozpoczął bezsensowną wędrówkę po parterze, co jakiś czas przystając, by móc podziwiać gigantyczne portrety znanych osobistości świata magii, oprawione w nazbyt ciężkie, pozłacane ramy. Nie przepadał za wizytami w ministerstwie, dlatego unikał ich jak mógł. To miejsce nie kojarzyło mu się ani dobrze, ani źle – zwyczajnie nie przepadał za jego gwarem oraz tandetnym przepychem. Co jakiś czas mijali go urzędnicy w swych szykownych szatach, którzy zbici w niewielkie grupki toczyli przytłumione dyskusje, wracając do swoich obowiązków. Jeżeli Luther zamierzał podejść do egzaminu z każdego przedmiotu, powinien znaleźć sobie jakieś zajęcie na dobrych kilka godzin. Jako nauczyciel miał dostęp do zgromadzonych w ministerstwie archiwów – co prawda w ograniczonym zakresie, jednak wystarczającym, żeby mógł zabić czas lekturą. Wolnym krokiem podszedł do planu budynku, umieszczonego w przeszklonej gablocie tuż przy drzwiach wejściowych. Przesuwał wzrokiem po spisie gabinetów, należących do pracowników poszczególnych departamentów, nieco więcej uwagi poświęcając temu, opatrzonemu nazwiskiem Weasley. Od dość dawna nie widział Artura, ponieważ niespecjalnie zależało mu na podtrzymywaniu bliższych kontaktów z nim i Molly – jakoś średnio dogadywał się z tą parką. Rozmyślał, czy stosownym byłoby złożenie Arturowi niezbyt długiej wizyty, skoro już tu jest, lecz nie zdążył się zdecydować. Przerwał mu znajomy głos.

– Szukasz czegoś, Severusie?

Profesor przymknął powieki i niechętnie odwrócił się, by spojrzeć w szare, beznamiętne oczy.

– Niczego konkretnego, Lucjuszu – skwitował krótko.

– Słyszałem, że miałeś dzisiaj przyprowadzić tego „szczególnego” chłopaka na egzamin.

– Niedawno poszedł z madame Bones.

– Skoro tak, to chyba znajdziesz chwilę na dotrzymanie mi towarzystwa – Malfoy uśmiechnął się ostrożnie.

– Z pewnością.

Zaproszony gestem dłoni Lucjusza, Snape poszedł za nim w głąb budynku. Przez całą drogę do gabinetu Malfoy’a praktycznie ze sobą nie rozmawiali, co nieszczególnie mu przeszkadzało. Zmieniło się to diametralnie, gdy od reszty ministerstwa oddzieliły ich ciężkie, solidne drzwi. Blondyn, jak na dobrego gospodarza przystało, wskazał profesorowi jeden z dwóch obszernych foteli, oddzielonych rustykalnym stolikiem o okrągłym blacie. Oparł swą charakterystyczną laskę o wolne siedzisko, uśmiechając się uprzejmie.

– Masz ochotę na coś do picia? – obrzucił gościa czujnym spojrzeniem.

– Poproszę kawę, jeśli można.

Lucjusz podszedł do drzwi i uchylił je nieznacznie, wydając swojej asystentce polecenie zaparzenia dwóch kaw. Jak zwykle nie odnosił się do kobiety zbyt uprzejmie, zwracając się do niej władczym, szorstkim tonem. Wrócił na swoje miejsce, rozsiadając się wygodnie w fotelu, po czym odrzucił przydługie włosy i założył nogę na nogę, przyjmując mniej oficjalną pozę.

– Przyznaję, że byłem zaskoczony, kiedy usłyszałem o przyzwoleniu ministra na zorganizowanie wcześniejszych Owutemów. Początkowo chciałem zaprotestować w imieniu Rady Nadzorczej, ale dotarła do mnie ciekawa nowina – uśmiechnął się jadowicie. – Ten chłopak to twój wychowanek?

– Zgadza się, należy do Slytherinu – Snape podejrzliwie spoglądał na kompana, niepewny jego intencji.

– Mogłem się spodziewać! – zaśmiał się radośnie. – Tylko Ślizgon z krwi i kości mógłby zostać w ten sposób wyróżniony! Ponoć uważacie go za geniusza – wydawał się mocno zaintrygowany Lutherem.

– Wiesz, jak bardzo nie lubię określenia geniusz, ale Dragana nie sposób inaczej nazywać – syknął nauczyciel. – Już w tym momencie dorównuje mi w eliksirach, biegle włada wymarłymi językami, posługuje się wysoce zaawansowanymi zaklęciami i rozczytuje nawet najbardziej skomplikowane pismo runiczne.

– Dragan? Dragan Luther? – srebrzyste oczy zalśniły ciekawością – Zdaje się, że Draco nam o nim opowiadał. Odniosłem wrażenie, że ten chłopak ma dość trudny charakter.

– Trudny! – prychnął Snape – To mało powiedziane, Lucjuszu. On ma okropny charakter! Jest arogancki, bezczelny, nieposłuszny, niepokorny, leniwy, złośliwy, wybuchowy, irytujący…mam wymieniać dalej?

Malfoy roześmiał się perliście, nie oczekując dalszego wyliczania. Jeżeli Severus uważał kogoś za okropnego, wolał nie wnikać w szczegóły, wierząc mu na słowo. Średnio interesowały go szkolne żale syna, lecz opowieści o Lutherze skutecznie wryły mu się w pamięć. Jeśli prawdą był jego niespotykany talent, ten chłopak mógł okazać się cenną zdobyczą w przyszłości, a on nie zwykł przepuszczać takim szansom. Słuchając komentarzy Draco na temat starszego kolegi, mimowolnie zaczynał w nim widzieć mocno wyidealizowane odbicie siebie samego z lat młodzieńczych. Pan Luther wydawał się tak samo ambitny i bezkompromisowy w dążeniu do wyznaczonego celu, więc nie mógł go w pewien sposób nie doceniać. Dodatkowo jeżeli dzieciak podoła egzaminom, prawdopodobnie będzie dalej rozwijał się pod okiem Severusa, co mogło ułatwić kilka spraw. Lucjusz Malfoy nie kwapił się do żywienia cieplejszych uczuć wobec kogokolwiek, jednak Snape’a całkiem lubił. W czasach szkolnych podzielali wspólne zainteresowania oraz pasje, co zaowocowało późniejszą, udaną współpracą. Był przekonany, że oddanie Dragana pod opiekę mistrza eliksirów było najlepszą z możliwych opcji zabezpieczenia kapitału. Jeszcze przez dłuższy czas rozmawiali niezobowiązująco o turskusowookim, jednak Snape pilnował, żeby Lucjusz nie dowiedział się o nim niczego więcej, niż można było usłyszeć z relacji uczniów oraz niewtajemniczonych nauczycieli. Później temat zszedł na Draco, bardziej przez kurtuazję, niż rzeczywistą ciekawość ojca, jak to radził sobie jego jedyny syn w szkole. Zadaniem Narcyzy było interesowanie się na bieżąco takimi sprawami i ewentualne informowanie męża, jeżeli uznała to za konieczność. Lucjusz kochał tego dzieciaka, to oczywiste, ale przez zaniedbania swoje i żony – zbytnie pobłażanie zachciankom; ciągłe rozpieszczanie; stawanie na baczność, z powodu byle jęku; ustawiczne usprawiedliwianie, bez pociągania do odpowiedzialności i zasypywanie zbędnymi luksusami – uczynili go zbyt słabym, żeby mógł w przyszłości stanąć na czele rodu. Chłopcu brakowało tej niedającej się zaspokoić ambicji, niezachwianej pewności, charyzmy oraz smykałki, które wyniosły Lucjusza na szczyt. Miał nadzieję, że jeżeli odetnie się trochę od syna, zachowując oschły dystans, pomoże mu odnaleźć właściwą dla Malfoy’ów ścieżkę ku doskonałości. Była jeszcze jedna sprawa, którą chciał poruszyć z Severusem, jednak nie miał ku temu sposobności.

– Jak zdrowie panny Dumbledore? – rzucił od niechcenia.

Snape sięgnął po filiżankę kawy, która od dłuższego czasu stała na stoliku, dając sobie tym samym czas, na przemyślenie odpowiedzi. Nie mógł wzbudzać żadnych podejrzeń, co nie było łatwe, mając na uwadze inteligencję rozmówcy. Upił niewielki łyk gorzkiego płynu i skrzywił się mimowolnie, zawiedziony jego smakiem. Paskudztwo nie smakowało jak powinno…było zbyt rozwodnione i pozbawione charakterystycznego, palonego posmaku do którego zdążył przywyknąć. Cóż…najwidoczniej Lady Crown przyzwyczaiła go do znacznie wyższych standardów, a oszukanie wyczulonych kubków smakowych nie wchodziło w grę. Nie mógł doczekać się aż Vallerin wróci i powtórnie będzie mu dane delektować się wraz z nią smakiem czegoś porządniejszego.

– Z tego co mi wiadomo wraca do zdrowia – odparł wyzutym z emocji, profesjonalnym tonem. – Dumbledore twierdzi, że uda jej się wrócić do zamku przed świętami. Czemu cię to interesuje, jeśli mogę wiedzieć?

– To w końcu koleżanka mojego syna – blondyn wzruszył ramionami. Jako ojciec, jestem po prostu ciekaw. Draco bardzo przeżył jej chorobę i nagły wyjazd z Hogwartu. Swoją drogą to zastanawiające, dlaczego wnuczka Dumbledore’a trafiła do Slytherinu, nie uważasz?

– Nie widzę w tym niczego zastanawiającego. Zdarzały się już podobne przypadki w przeszłości. Dyrektorowi nie spodobała się decyzja Tiary, ale sam dobrze wiesz, że jej słowo nie podlega dyskusji. Albus zapewne widziałby swoją wnuczkę w barwach Gryffindoru – profesor zachowawczo przybrał kpiący ton, wypowiadając się o domu lwa.

– Nigdy nie wiedział co dobre! – Malfoy zaśmiał się ochryple – Narcyza i ja zastanawialiśmy się nad zaproszeniem panny Dumbledore do naszej posiadłości, w trakcie wakacji. Za nieeleganckie uznaliśmy nie posłanie jej zaproszenia, skoro będziemy gościć pannę Greengrass i pana Zabini’ego. Sądzisz, że dyrektor wyrazi zgodę?

– Zapewne będzie się wahał, ale postaram się go przekonać do tego pomysłu.

Czarnooki wymusił naturalny wyraz twarzy, chcąc stłamsić oznaki niepokoju. Ładnych kilka lat znał Lucjusza i zdążył się niejednokrotnie przekonać, że nie działał bez powodu. Z całą pewnością wizyta płomiennowłosej była mu do czegoś potrzebna, pytanie tylko do czego? Jaki powód by to nie był, im również było to na rękę. Vallerin od zeszłych wakacji chciała odwiedzić Malfoy Manor, żeby poobserwować Lucjusza i Narcyzę na ich własnym terenie. Nie musieli obawiać się o bezpieczeństwo Lady, więc czekali jedynie na odpowiednią okazję – tymczasem sam Malfoy, nieświadomie, pchał się w ich ręce. Należało jednak odpowiednio przemyśleć strategię, żeby nie narażać przykrywki błękitnookiej. Blond arystokrata już otwierał usta, żeby podziękować mistrzowi eliksirów, gdy przerwało mu natarczywe pukania. Zirytowany zerwał się z fotela, uprzednio uprzejmie przepraszając swego gościa. Mocno szarpnął za klamkę i gwałtownie szarpnął drzwi, zamierzając odpowiednio napomnieć asystentkę. Kobieta spoglądała na niego zmieszana, dyskretnie wskazując młodego mężczyznę, stojącego tuż za jej plecami.

– Madame Bones szukała profesora Snape’a, więc ośmieliłam się zaproponować jej pomoc – wyjaśniła pospiesznie. – Madame prosiła, by przyprowadzić do profesora tego gentlemana.

Malfoy, nie trudząc się na podziękowania, uśmiechnął się do przybysza i zaprosił go do środka, całkowicie ignorując asystentkę. Chłopak mijając zakłopotaną dziewczynę puścił jej oczko, przez co cała oblała się rumieńcem. Bez zawahania wkroczył do gabinetu, czekając jednak, aż gospodarz raczy zamknąć drzwi i będzie łaskaw go pokierować. Snape, widząc turkusowookiego, zerwał się z fotela i podszedł do niego, zaskoczony tak wczesnym powrotem wychowanka.

– Skończyłeś już? – podejrzliwie uniósł brew.

– Tylko części pisemne – Luther nonszalancko wzruszył ramionami. – Poprosiłem, żeby dali mi wszystkie arkusze od razu, bo nie chce mi się siedzieć tutaj dłużej, niż to konieczne. To miejsce mnie dobija! – warknął nieprzyjemnie – Madame Bones dała mi chwilę przerwy, przed rozpoczęciem części praktycznej, żeby mogli na spokojnie sprawdzić testy. Upierdliwa strata czasu.

Czarnooki mimowolnie wykrzywił usta w nienachalnym uśmiechu. Dragan najwidoczniej niezbyt polubił sztywną atmosferę ministerstwa, czemu nie mógł się dziwić. Dołączył do nich Malfoy, który czując się ignorowanym, odchrząknął znacząco. Kruczowłosy ostentacyjnie przewrócił oczami, po czym odwrócił się ku gospodarzowi.

– Pan wybaczy! – uśmiechnął się niejednoznacznie – Dragan Luther, miło poznać. Pan to zapewne Lucjusz Malfoy, Draco jest do pana bardzo podobny – wyciągnął dłoń ku arystokracie.

– Więc to jest słynny geniusz ze Slytherinu! – szarooki nie krył podekscytowania – Zapraszam, niech pan usiądzie. Kawy?

– Merlinie broń! – Luther rzucił zaczepnie – Sądząc po zapachu, to co dumnie nazywa pan kawą, nawet nie leżało koło takowej. Szkoda psuć sobie zmysł smaku takim gównem. Mogę? – wyciągnął papierośnicę.

Zdezorientowany Lucjusz jedynie skinął mechanicznie głową, na znak przyzwolenia. Nie przywykł to tego, by ktokolwiek zwracał się do niego w równie bezczelny sposób! Stojąc jak słup soli, patrzył jak Luther zamiast skorzystać z fotela rozsiada się na podłodze, opierając plecy tuż obok nóg Severusa, który zdążył wrócić na swoje miejsce. Snape nie do końca rozumiał, dlaczego Dragan zachowywał się w ten sposób wobec starszego Malfoy’a, ale musiał przyznać, że całkiem mu się to podobało. Śmiał się w duchu, widząc durną minę dawnego, szkolnego kolegi. Wszystko wskazywało na to, że miał poznać młodego geniusza od najgorszej strony. Co Luther chciał tym ugrać, nie ośmieliłby się nawet zgadywać.

– Więc, panie Malfoy? – turkusowooki odpalił papierosa – Czym się pan zajmuje?

– Ja… – wytrącony z równowagi czarodziej, ciężko opadł na fotel, nie mogąc zebrać myśli.

– Mniejsza – Kolekcjoner lekceważąco machnął dłonią. – Pewnie to obrzydliwie nudne, tak jak wszystko tutaj. Cholerna, zapyziała dziura! Przy okazji, fajna laska. Pamiątka po początkach kryzysu wieku średniego?

Mistrz eliksirów pożałował wziętego chwilę wcześniej łyka kawy, którym o mało się nie zakrztusi. Luther z całą pewnością był dzisiaj w szczytowej formie, jeśli chodziło o uszczypliwości. Czemu jednak miałby tak otwarcie atakować Lucjusza? W trakcie egzaminu stało się coś, co go zirytowało, czy był to skutek czystej przekory?

– To rodzinna pamiątka – wymamrotał poczerwieniały blondyn.

– Nie sądziłem, że kiepski gust się dziedziczy – prychnął kruczowłosy. – Nie mogłeś tego spalić, zamiast robić z siebie pretensjonalnego elegancika z końca lat dwudziestych? Żałosny sentyment. Będziemy musieli pilnować, żeby Draco nie zaczął nam zaśmiecać dormitorium jakimś tandetnym badziewiem, co Gacku?

– Luther, na wszystkie magiczne świętości! – Severus wysilił całą swą wolę, by zabrzmieć surowo i stanowczo – Mógłbyś chociaż raz zachowywać się odpowiednio?

– Nie widzę powodu.

– Luther… – westchnął nauczyciel.

– Dobra, weź się nie spinaj, bo ci jeszcze nos zmaleje – zaśmiał się kpiąco. – Wkurzyłem się! Od ponad roku wysłuchuję: zapamiętajcie to, bo Owutemy; zapiszcie tamto, bo Owutemy; myślicie, że będzie tak łatwo na Owutemach; przyłóżcie się, bo Owutemy. Owutemy to, Owutemy tamto! – wycedził ze złością – Nakręciłem się na jakieś wyzwanie, a oni rzucają mi przed oczy pakiet zadań, z którymi poradziłby sobie średnio rozgarnięty troll. W dodatku całość miała polecenia sformułowane tragicznie niejednoznacznie. Mam sobie sam zinterpretować o co autorowi chodziło? Co to ma być?! – teatralnie podniósł głos – Analiza pierdolonego wiersza, czy sprawdzian umiejętności magicznych? Nie mam pojęcia kto to gówno wysrał, ale powinni go zwolnić i zatrudnić trolla. Mniej by mu płacili, a efekt byłby porównywalnie śmieszny.

– Jak zwykle pewny siebie – zakpił Severus.

– Jak zwykle uroczy, niczym rozwolnienie – Dragan zatrzepotał rzęsami. – Panie Malfoy, dysponuje pan może popielniczką? Szkoda byłoby zniszczyć podłogę.

Skołowany gospodarz wstał i powlókł się do biurka, by z szuflady wyciągnąć kryształową czarkę, pełniącą od czasu do czasu funkcję popielniczki. Postawił przedmiot tuż obok prawego uda Luthera, po czym powtórnie rozsiadł się w fotelu. Coś w tym chłopaku wzbudzało w nim lęk i za żadne skarby nie potrafił jednoznacznie powiedzieć, cóż takiego. Kruczowłosy palił jednego papierosa za drugim, najwyraźniej stopniowo się uspokajając.

– Zdaje się, że przeniesiono pana z innej szkoły, zgadza się? – szarooki zdobył się w końcu na zadanie pytania.

– Ma to jakiekolwiek znaczenie? – zimny turkus wbił się w tęczówki rozmówcy – Każdy z nas ma jakąś przeszłość, panie Malfoy.

Odpowiedź chłopaka wydawała się niewinna, jednak zmroziła go do szpiku kości. Luther zabrzmiał tak, jakby doskonale zdawał sobie sprawę z grzechów jego młodości. Nie…to niemożliwe! Był za młody, żeby pamiętać ciężkie czasy wojny, a dodatkowo pochodził ze Stanów…nie mógł wiedzieć o niczym istotnym. Zwyczajnie nie mógł. Lucjusz postanowił nie drążyć tematu i skupił się na nienachalnych pytaniach o sam Hogwart. Turkusowooki dość pobłażliwie wypowiadał się o gronie pedagogicznym twierdząc, że podziwiał ich cierpliwość w przekazywaniu wiedzy bandzie rozkrzyczanych ignorantów.

– Chyba niezbyt ceni pan sobie szkolne towarzystwo, prawda? – Malfoy uśmiechnął się ciepło.

– Skąd takie przypuszczenia? – Dragan spojrzał na niego w przenikliwy sposób, prowokujący dreszcze niepewności – Myli się pan sądząc, że mam uprzedzenia wobec młodzieży. Po prostu nienawidzę ludzi. Cały gatunek jest w moim odczuciu odrażającą, zdziczałą abominacją w świecie przyrody. Proszę chwilę się nad tym zastanowić. Żaden inny gatunek nie zabija, dla zwykłej przyjemności zabijania. Żaden inny gatunek nie dąży tak radośnie do autodestrukcji, racjonalizując własną brutalność wydumanymi ideałami. Jesteśmy obrzydliwą pomyłką, która sama sobie zgotuje bolesny koniec. To cud, że do tej pory nie powyrzynaliśmy się wzajemnie, z powodów tak durnych, że aż komicznych.

Lucjusz i Severus znieruchomieli, porażeni słowami Luthera. Jak niby mieliby odpowiedzieć na coś takiego? Z kleszczy duszącej presji wyrwał ich odgłos cichego pukania. Malfoy błyskawicznie wstał, chcąc choć przez kilka chwil znaleźć się jak najdalej od tego przedziwnego faceta o demonicznych, turkusowych oczach. Sam nie wiedział dlaczego poczuł przemożną chęć ucieczki, jednak nie miał czasu o tym teraz rozmyślać – coś z tym dzieciakiem było mocno nie tak, to pewne. Im dłużej przyglądał się Draganowi, tym bardziej upewniał się w przekonaniu, że było w nim coś upiornie znajomego…ulotne podobieństwo, którego nie potrafił zidentyfikować. Tym razem znacznie delikatniej otworzył drzwi i odetchnął z ulgą, widząc przed nimi madame Bones, przyciskającą do piersi równy stosik pergaminów.

– Witaj, Lucjuszu – suche powitanie zdecydowanie nie należało do najszczerszych. – Poinformowano mnie, że profesor Snape i pan Luther przebywają w twoim gabinecie. Mogę wejść? – zręcznie poprawiła monokl.

– Naturalnie, madame – przesunął się usłużnie, robiąc jej miejsce.

Amelia wyminęła go zgrabnie i skierowała się wprost ku gościom z Hogwartu. Szczerze mówiąc, nieszczególnie przepadała za Malfoy’em, ku czemu miała swoje własne powody. Ten mężczyzna od lat wydawał jej się mocno podejrzany, jednak nigdy nie przyłapała go na niczym niewłaściwym. Przystanęła dwa kroki przed czarodziejami i postarała się uspokoić oddech, by przemówić pewnie.

– Panie Luther – zaczęła oficjalnie. – Muszę przyznać, że to czego jestem dziś świadkiem, jest wręcz niewiarygodne. Profesorze, zechce pan zerknąć na wyniki pańskiego podopiecznego?

Severus podniósł się ociężale, wciąż skołowany wcześniejszymi słowami turkusowookiego. Spodziewał się, że Dragan mógł mieć jakiś uraz do ludzi, lecz czysta nienawiść do całego gatunku? Skąd mu się to wzięło, u licha?! Vallerin…czy ona o tym wiedziała? Zdawała sobie sprawę, jak niebezpieczną bestią mógł być jej przyjaciel? Mógł jedynie zgadywać, a to zdecydowanie nie był najlepszy moment na takie zabawy. Sięgnął po wyciągnięte w jego stronę dokumenty i w milczeniu przekładał kolejne arkusze. Okiem specjalisty mógł ocenić jedynie poziom trudności eliksirów i musiał przyznać, że komisja starała się robić wszystko co w jej mocy, by Dragan poległ na egzaminie. Zadania wybiegały bardzo daleko poza rozszerzony materiał, wymagając nie tylko biegłej orientacji w sztuce warzenia, ale i umiejętności praktycznych w stosowaniu wyszukanych substytutów oraz przeliczania bardzo niewygodnie zaprezentowanych danych. Paskudny skurcz ścisnął mu serce, gdy uświadomił sobie, że żaden młody czarodziej poza Lutherem, nie byłby w stanie przebrnąć przez takie pole minowe. Spokojnie mógł założyć, że nie tylko eliksiry wyglądały w taki sposób. Choć od samego początku doskonale wiedział, jak zakończy się podejście Dragana i tak poczuł rozsadzającą go dumę.

– Jak mi poszło? – kruczowłosy zapytał niewinnie, podnosząc się z podłogi.

– Dokładnie tak, jak przypuszczaliśmy – podał arkusze kompanowi. – Osiągnąłeś maksymalny wynik z każdego testu. Gratuluję zdania Owutemów z samymi Wybitnymi, Luther.

Dragan nie kwapił się do udawania zadowolenia, ponieważ uważał to za uwłaczające. Zamiast żywej reakcji, zrozumiałej w takiej sytuacji, nawet nie spojrzał na wyniki. Oddał plik bezwartościowych papierów Severusowi i zaplótł dłonie na karku.

– Przyłączam się do gratulacji, pani Luther – Amelia uśmiechnęła się szeroko. – Poproszono mnie o złożenie panu pewnej propozycji. Czy nie zechciałby pan dołączyć do naszego ministerstwa, żeby poprowadzić własną grupę badawczą?

Słowa kobiety zmroziły Snape’a i Malfoy’a. Członków grup badawczych nominował osobiście sam Minister Magii, a od kandydatów wymagano niebagatelnej wiedzy, doświadczenia popartego latami praktyki oraz niesłabnącego oddani nauce. Turkusowooki musiał wywrzeć niemałe wrażenie na najważniejszych oficjelach ministerstwa, skoro od ręki zaproponowano mu równie zaszczytną funkcję. Dzisiejszy dzień zdecydowanie nie mógł być już dziwniejszy.

– Pani propozycja, madame, jest dla mnie niewysłowionym zaszczytem, jednak muszę odmówić – Luther nie zawahał się nawet przez sekundę. – Chcę wrócić do Hogwartu, by u boku profesora Snape’a doskonalić swoje umiejętności. Obawiam się również, że nikt o zdrowych zmysłach nie zniósłby współpracy ze mną przez dłuższy czas.

– Wielka szkoda, panie Luther. Pańskie umiejętności mogłyby okazać się bezcenne dla ministerstwa. Gdyby zmienił pan zdanie, czekamy na pana z otwartymi ramionami – serdecznie spojrzał na młodzieńca, zawiedziona jego odmową. – Póki co, pozostaje mi zaprosić pana na część praktyczną egzaminów, która jak ufam będzie jedynie dopełnieniem formalności.

– Jest pani dla mnie zbyt miła, madame. Pani pozwoli.

Dragan podsunął kobiecie ramię, tak samo jak wcześniej na schodach. I tym razem Amelia skorzystała z szarmanckiego gestu, wspólnie z kruczowłosym opuszczając gabinet. Beztrosko zostawili za sobą dwóch oniemiałych mężczyzn, którzy jeszcze przez dłuższą chwilę stali w bezruchu, wpatrzeni w kojące ciepło drewnianych drzwi.

– Geniusz… – wymamrotał Lucjusz.

– Uprzedzałem.

– On zawsze się tak zachowuje?

– Nie – Snape rzucił gorzko. – Zazwyczaj jest dużo gorszy. Robi tylko to, na co ma ochotę i nie liczy się ze zdaniem innych. Mówi co chce i kiedy chce, nie zwracając uwagi na możliwe konsekwencje. Nie słucha ani mnie, ani Dumbledore’a, ani żadnego z nauczycieli. Nad tym chłopakiem nie da się zapanować, Lucjuszu.

                  Luther jak huragan wpadł do Pokoju Wspólnego Slytherinu, ściągając na siebie pytające spojrzenia zebranych tam Ślizgonów. Uczniowie oderwali się od prowadzonych rozmów, nauki oraz innych zajęć, by posłać w jego stronę mniej lub bardziej ostentacyjne zerknięcia. Turkusowooki, swoim zwyczajem, olał je wszystkie, nie mając czasu na takie bzdury. Rozglądał się w poszukiwaniu znajomych twarzy i uśmiechnął się, dostrzegając Dafne, siedzącą przy stole razem z Parkinson. Sprężystym krokiem podszedł ku dziewczętom i oparł się nonszalancko o bogato zdobiony blat. Uniósł wysoko podbródek, skupiając się wyłącznie na blondynce – tym samym celowo dopiekając Pansy.

– Greengrass, poświęcisz mi chwilę? – nachylił się ku dziewczynie, mrucząc słodko.

– Pewnie – uśmiechnęła się bez zbytniego przekonania. – O co chodzi?

– Nie tutaj, ślicznotko – uśmiechnął się szelmowsko. – Pogadajmy w ustronnym miejscu.

– Mogę iść z wami? – Parkinson wtrąciła się zdecydowanie zbyt śmiało.

Już po chwili gorzko pożałowała nieprzemyślanego pytania. Luther zmierzył ją wyzutym z emocji wzrokiem, uzmysławiając jej, że nie była mile widziana – nie miał jednak zamiaru ograniczać się wyłącznie do tak delikatnego wyrazu niechęci.

– Możesz mi wyjaśnić, jak wpadłaś na to, że chciałbym z tobą rozmawiać, psia mordo? – prychnął kąśliwe, wcale nie oczekując odpowiedzi – Tak myślałem. Nawet najbardziej wyszczekany kundel powinien wiedzieć, kiedy zamknąć paszcze. Obyś i ty się kiedyś tego nauczyła. Dafn, wiesz gdzie znajdę Blaise’a i naszą blond królewnę?

Dziewczyna tym razem uśmiechnęła się szeroko, jakoś niespecjalnie przejęta tym, że ostre słowa Dragana mogły sprawić Pansy przykrość. Odebrała to, że kruczowłosy chciał porozmawiać z nimi wszystkimi, jako bardzo dobry znak! Zabini powiedział jej o rozmowie, którą odbył z Lutherem na temat Malfoy’a. Blaise, idąc za radą starszego kolegi, podjął trudną walkę o naprawienie swoich relacji z przyjacielem. Początki okazały się istną drogą przez mękę – tak, jak uprzedzał turkusowooki. Za pierwszym razem udało im się zamienić ledwo trzy w miarę cywilizowane zdania, zanim neutralna konwersacja przemieniła się w niepohamowany potok wyzwisk, przekleństw i wykrzykiwanych pretensji. Wrzeszczeli na siebie non stop przez dobre dwie godziny, zapędzając się w tym do tego stopnia, że nie potrafili skończyć. Wykrzyczeli sobie wszystko, co leżało im na sercach, wracając żalami aż do samego początku ich znajomości. Przez te kilka lat wiele z pozoru nieistotnych drobnostek…delikatnych zatargów, niezakończonych kłótni i duszonych pretensji, zmieniło się w potężną górę syfu, któremu wcześniej nie chcieli stawić czoła. Kiedy to wszystko wybuchło, stało się niczym lawina – niepowstrzymane. Uparcie siadali wspólnie każdego dnia w swoim pokoju i słuchali co jeden drugiemu miał do powiedzenia, starając się nie dopuścić do rękoczynów – niekiedy z marnym efektem. Przez kilka pierwszych dni nie obyło się bez szarpanin, a nawet wycelowanych w oponenta różdżek, które na szczęście ostatecznie nie zostały użyte. Gdy żar gniewu przygasł, mogli pozwolić sobie na szczerą i w miarę spokojną rozmowę – świeży start. Blaise zdołał przekonać Draco, że jego decyzja o nie wsparciu krucjaty Malfoy’a przeciw Ginny nie była podyktowana jakimś poczuciem wyniosłej dorosłości, ani tym bardziej dziwnym sentymentem do Gryfonki – o co przyjaciel niejednokrotnie go oskarżał. Wyjaśnił mu, że również był wściekły i chciał sprawiedliwości, jednak nie w taki sposób. Dręcząc dziewczynkę poczułby się jak zdrajca, pod nieobecność Tei świadomie sprzeniewierzając się jej przekonaniom. Dumbledore wiele poświęciła budowaniu wątłego porozumienia, starając się, by odwieczne konflikty dzielące uczniów zelżały choć odrobinę. Dziesiątki razy Blaise słyszał szydercze szepty, poddające w wątpliwość jej próby – padające zarówno z ust Ślizgonów, jak i Gryfonów. Setki razy miał ochotę powiedzieć kilka dosadniejszych słów, gdy słyszał jak mrucząc pod nosami nazywano ją idiotką, bezczelną dziewuchą, beznadziejną marzycielką, zarozumiałą smarkulą lub zwykłą krętaczką, wykorzystującą swoje nazwisko. Tea również to słyszała, jednak za każdym razem zbywała gadanie pobłażliwym uśmiechem, nie mając zamiaru inaczej reagować na zaczepki, a tym bardziej poddawać się z ich powodu. Mogła zrezygnować tysiące razy…dać sobie spokój i zamknąć się w bezpiecznym dormitorium Slytherinu – jak przeważająca większość podopiecznych domu węża – by cieszyć się tam spokojem raz uznaniem. Była na to zbyt uparta, o czym wszyscy zdążyli się już przekonać i niejako przywyknąć do jej ekscentrycznego podejścia – stało się czymś codziennym, na stałe wpisanym w koloryt uczniowskiej społeczności. Malfoy, po przemyśleniu słów przyjaciela, niechętnie uległ jego prośbą i obiecał złagodzić ataki na wrednego rudzielca – póki co dotrzymując danego słowa. Nie było to dla niego tak łatwe, jak mogłoby się wydawać i to niekoniecznie z powodu zapalczywego temperamentu. Draco od maleńkiego nasiąkał zasadami panującymi w Malfoy Manor, tak na dobrą sprawę nie znając żadnych innych sposobów, na radzenie sobie z problemami. Zemsty nie postrzegał jako satysfakcjonującej przyjemności, a czysty obowiązek, którego nie wolno było zaniechać. Lucjusz Malfoy zawsze i bez wyjątku niszczył tych, którzy ośmielili się stanąć na jego drodze, zaszczepiając tę metodę rozwiązywania konfliktów w swoim jedynym potomku. Młody dziedzic nigdy nie widział, żeby głowa rodu zniżała się do dyplomatycznych zagrywek wobec ludzi, których uważała za gorszych od siebie – w skrócie, większości czarodziei. W jego rodzinie królowała prosta, jednoznaczna zasada: wystąp przeciw mnie, a odpłacę ci dwukrotnie. Księciu Slytherinu niebywale ciężko było odsunąć na bok ten wyuczony schemat, za którego powielanie zawsze był sowicie nagradzany, ale starał się jak mógł. Sprawę ułatwiało mu ograniczenie czasu, jaki spędzał ze swoją osobliwą świtom. Grabbe oraz Goyle ślepo za nim podążali, wykorzystując pozycję blondyna, by dawać upust własnym potrzebom. Nie zaliczali się do młodzieńców szczególnie lotnych, ani urokliwych. Brakowało im również wyrobionego charakteru, lecz posiadali jedną rzecz, wyróżniającą ich spośród tłumu przeciętniaków – siłę. Chętnie użyczali Malfoy’owi swoich mięśni wiedząc o tym, że nie mają co liczyć na jego wdzięczność, ale mając nadzieję na wykazanie się w szarych oczach przywódcy oraz zabawienie się. Tych dwóch było półgłówkami, więc z nimi sprawa prezentowała się dość jasno i raczej nie miała większych szans na zmianę. Znacznie gorzej było w przypadku Pansy, która nie liczyła na możliwość schowania się za plecami Draco, by bezpiecznie robić, co jej się żywnie podobało. Ta dziewczyna czerpała najczystszą przyjemność z prostego faktu znęcania się nad osobami, które postrzegała jako gorsze od siebie – w tym aspekcie w niczym nie różniła się od Lucjusza, co bynajmniej jej nie przeszkadzało. Parkinson, pomimo pozorów rozdmuchanego ego oraz wyniosłego, drażniącego stylu bycia, nie posiadała czegoś takiego, jak pewność siebie – wykorzystywała wszystkie nadarzające się okazje, żeby podbudować własną samoocenę kosztem innych, głównie za pomocą niewybrednych komentarzy. Upodobała sobie łażenie za Draco niczym cień i rozpływanie się w zachwytach nad wszelkimi jego pomysłami z jeszcze jednego, dużo ważniejszego powodu – od dziecka była w nim zakochana. Chłopak zdawał się nie zauważać jej uczuć, więc musiała znaleźć sposób na przebywanie blisko niego i udowadnianie na każdym kroku, że jest dla niego dziewczyną idealną. Chciał kumplować się z Dumbledore? Ona także próbowała. Krążył po szkole, za cel obierając sobie wyżywanie się na uczniach? Szła tuż przy nim, licząc na błysk aprobaty w szarych oczach. Odbywał karę u profesora Snape’a? Dotrzymywała mu towarzystwa, bez względu na to, czy sobie tego życzył. Grał w drużynie? Przychodziła na wszystkie treningi oraz mecze, robiąc co w jej mocy, by zauważył jej obecność. Nie lubił malin? Ona również ich nie jadła, choć były jednymi z jej ulubionych owoców. Pochwalił czerwoną sukienkę Dafne? Przez cały następny tydzień ubierała się na czerwono, wyczekując na najlichszy komplement. Obraził się na Balsie’a? Zabini momentalnie z kolegi stał się jej wrogiem, którego każdy ruch wylewnie krytykowała. Jej niezdrową obsesję na punkcie młodego arystokraty dodatkowo napędzały słowa, które padły z ust Lucjusza kilka lat temu. Pan Malfoy, obserwując syna bawiącego się z panną Parkinson, uśmiechnął się do jej matki mówiąc, że w przyszłości byłaby z nich dobrana para. To co dla każdego zdrowo myślącego człowieka brzmiałoby, jak zwykła uprzejmość, dla Pansy stało się celem życia. Pansy Parkinson tak naprawdę nie posiadała własnej osobowości, a to kim aktualnie była, zależało od tego czego – według niej – oczekiwał Draco. To była pierwsza rzecz, jaką dostrzegł w niej Luther i pomimo tego, czym parał się od wieków – środowisk, w jakich się obracał, szumowin i wykolejeńców, których spotykał – musiał przyznać, że nigdy nie przyszło mu patrzeć na coś równie obrzydliwego. W tej przedziwnej relacji było coś szalenie niepokojącego oraz odrzucającego…Doskonale widział zguby wpływ tej parszywej trójki na arystokratę, dlatego zasugerował Zabini’emu, żeby skupił się na oddzieleniu przyjaciela od tego nieciekawego towarzystwa, a zdrowy rozsądek wróci mu znacznie szybciej. Blaise nie miał powodu, by nie ufać ocenie turkusowookiego, więc zastosował się do kolejnej z jego rad i nie pożałował efektów. Od kiedy Draco odpuścił nękanie Ginny na każdym kroku, mając w końcu okazję do spędzania więcej czasu z nim i Dafne, dużo łatwiej było się z nim dogadać. Gdy nie nakręcał się, otoczony przez bezwartościowe oklaski oraz puste wyrazy podziwu, był znacznie spokojniejszy, rozluźniony i znacznie skorszy do niewymuszonego dialogu. Zanim się obejrzeli, ciężka atmosfera po prostu wyparowała, dzięki czemu mogli zachowywać się tak, jak przed rozłamem i czerpać przyjemność, ze wspólnie spędzonych chwil.

– Uczą się w swoim pokoju – Greengrass, subtelnym ruchem głowy, wskazała w stronę męskiej części dormitorium.

– Dzięki, mała – kruczowłosy puścił dziewczynie oczko. – Zaczekasz na mnie chwilę? Tylko błagam cię, odsuń się od tej zarazy z paskudnym pyskiem! Szkoda, żebyś marnowała się w pobliżu kogoś takiego.

Dragan odepchnął się od stołu, nijak nie zainteresowany reakcją Pansy. Skupił się wyłącznie na Dafne. Co prawda początkowo nie przepadał za towarzystwem blondynki, jednak od kiedy zabrakło płomiennowłosej, powoli zaczynał się do niej przekonywać. Ciężko było nie zauważyć, jak bardzo Greengrass wydawała się rozbita, po odejściu jego pani. Tęskniła za przyjaciółką do tego stopnia, że Luther często widywał ją, gdy samotnie przesiadywała noce przed drzwiami jej pustej, cichej sypialni. Ani Draco, ani Blaise nie zauważyli w jak złym stanie psychicznym była Dafne, dając się bez trudu zwieść jej wymuszonym uśmiechom i nieszczerym próbom zachowywania się jak zazwyczaj. Malfoy zajęty był własną, bzdurną krucjatą, a Zabini wściekaniem się na kumpla oraz łażeniem za Lutherem i węszeniem wokół niego, jak jakiś pies gończy. Tych dwóch kretynów zostawiło biedną dziewczynę samą sobie, nawet raz nie zadając sobie trudu, żeby sprawdzić, co robiła tak późno w Pokoju Wspólnym. Kilkukrotnie zdarzyło się, że Dragan, chcąc zabrać coś z pokoju Tei, natykał się na Dafne śpiącą w mało wygodnej pozycji pod drzwiami. Sądząc po jej rozpaczliwym wyrazie twarzy z całą pewnością musiała paść ze zmęczenia, wykończona płaczem i nieprzyjemnymi myślami, którymi nie dzieliła się z nikim. Luther za każdym razem przenosił ją delikatnie do części wspólnej dormitorium i układał na kanapie przed kominkiem, czasem przykrywając ją własną marynarką. Po każdej takiej sytuacji Greengrass oddawała mu okrycie następnego dnia, z zażenowaniem dziękując za opiekę. Pewnego wieczoru postanowił zostać przy niej do poranka, więc usiadł przed kanapą, opierając plecy o podłokietnik i czytał, dopóki Dafne nie wstała. Jej snów nie można było uznać za spokojne…Drobna blondynka wierciła się, kuliła i mamrotała, co jakiś czas wymawiając imię Tea. Tamtej nocy zdecydował, że istota do tego stopnia oddana jego aniołowi, zasługiwała na życzliwsze podejście i zrezygnował z oschłego traktowania dziewczyny. Więcej z nią rozmawiał, pomagał jej w pracach domowych i zapraszał do spędzania czasu z nim, Cedem oraz Tonym. Nie miał jednak czasu bezustannie niańczyć Dafne, a kiedy spuszczał ją na dłużej z oka, kończyła rozmawiając z tym ścierwem Parkinson. Potrzebowała znacznie lepszego towarzystwa, więc sięgnął po sprawdzoną karę-pułapkę o słodko brzmiącym imieniu Blaise. Nie siląc się na uprzejmości uświadomił Zabini’ego, jak bardzo ślepy był na samopoczucie Greengrass i zawierzając wrażliwości dzieciaka, zostawił tę sprawę w jego rękach – nie zawodząc się. Uśmiechnął się sam do siebie. Trochę go to brzydziło, ale popychając lekko te dzieciaki na właściwe tory, zdołał pomóc im w odnowieniu łączącej ich przyjaźni. Bardzo dobrze! Vallerin wracając do szkoły, nie powinna od progu wpaść w to cuchnące bajorko. Kruczowłosy zatrzymał się przed drzwiami pokoju Blaise’a i Draco, po czym nie trudząc się kurtuazją otworzył je mocnym kopnięciem, przy okazji mocniej wciskając dłonie w kieszenie spodni.

– Ej, Mięśnie i Rozum! Mam do was sprawę. Za mną – rzucił pospiesznie i odwrócił się wychodząc.

Nie musiał sprawdzać, czy za nim idą, ponieważ słyszał nierówne, pospieszne kroki tuż za swoimi plecami. Uśmiechnął się półgębkiem widząc, że Dafne dostosowała się do jego prośby i już bez wątpliwej jakości towarzystwa czekała, opierając się biodrem o kanapę. Zatrzymał się przy uczennicy i zarzucił ramię na jej bark, w ten sposób prowadząc całkiem zadowoloną małolatę ku wyjściu z dormitorium. Zanim na dobre przekroczyli próg Pokoju Wspólnego, Luther niespodziewanie zatrzymał się i odwrócił twarzą do idących za nim chłopaków.

– Uprzedzam, że nie spodoba się wam to, co za chwilę zobaczycie. Ostrzegam również, że nie chcę słyszeć nawet jednego niezadowolonego jęku, bo się wkurzę i nici z niespodzianki – warknął ostrzegawczo. – Rozumiemy się?

Młodzi czarodzieje pokiwali zgodnie w oznace zrozumienia, chociaż wyglądali na mocno zdezorientowanych. Taki stan rzeczy odpowiadał turkusowookiemu, który nie miał zamiaru tłumaczyć się przed bandą szczyli – szkoła była wystarczająco upierdliwym miejscem. Wyszli z dormitorium wprost w relaksujący półmrok korytarza, jednak Ślizgoni spięli się mimowolnie, widząc czekające na nich towarzystwo – trójka znienawidzonych Gryfonów, wpatrywała się w nich z identycznym niedowierzaniem.

– Co… – próbował wydukać Ron.

– Przymknąć jadaczki – kruczowłosy zmierzył nieznoszącym sprzeciwu spojrzeniem całą szóstkę.

– Ale… – Draco spróbował szczęścia.

– Powiedziałem, że macie się przymknąć – demoniczne oczy zalśniły złowrogo. – Stracę cierpliwość, jeśli usłyszę jakikolwiek bełkot, jęk, a nawet głębsze westchnięcie. Mordy w kubeł i iść za mną.

Luther podszedł do Granger, którą tak samo jak Greengrass objął ramieniem. Nie spodziewał się problemów ze strony dziewcząt, lecz chłopcy to zupełnie inna bajka. Wbrew jego obawom, cała szóstka grzecznie milczała, idąc za nim przez szkole korytarze. Uczniowie, zdziwieni tym dziwacznym pochodem, przystawali, zastanawiając się, jak to możliwe, że Draco Malfoy i Blaise Zabini przebywali tak blisko Harry’ego Pottera oraz Rona Weasley’a, bez nieustannego przerzucania się ostrymi uprzejmościami. Do szokującego przemarszu wkrótce dołączył Diggory, który na prośbę Dragana czekał w pobliżu zejścia do lochów. W pierwszej chwili uniósł pytająco brew, zamierzając dowiedzieć się o co chodziło, jednak wystarczyło mu jedno spojrzenie turkusowookiego, żeby zrozumiał, że nie powinien się odzywać, ani drążyć tego tematu. Chcąc nie chcąc, cała siódemka zmuszona była iść w ciemno za swoim przewodnikiem, mogąc jedynie domyślać się, z jakiego powodu zebrał ich wszystkich tak nagle. Dragan poprowadził ich ku swojej nowej siedzibie – opuszczonej klasie, którą za zgodą Albusa urządził po swojemu. Nie żeby potrzebował pozwolenia Siwobrodego…nawet bez niego i tak wybrałby to miejsce na tymczasową bazę w zamku, przerabiając ją zgodnie z własnymi standardami. Puścił na chwilę Hermionę, po czym otworzył tajemne przejście i gestem zachęcił uczniów do wejścia. Osobliwa siódemka zgodnie przystanęła tuż za progiem, by móc podziwiać zupełnie dla nich nowe wnętrze, znacznie różniące się od innych pomieszczeń w szkole. Luther odnowił zabytkowe biurka oraz ławy jedynie na tyle, żeby wydobyć ich klasyczny urok, spotęgowany licznymi śladami uszkodzeń, nabytych wskutek częstego użytkowania. Lśniący lakier blatów pieczołowicie konserwował ślady nadpaleń i plamy wżartych w drewno substancji, mocno podejrzanego pochodzenia. Przed zwróconymi w stronę gabinetu pracowniczego ławami, ustawił sprowadzony z Francji podest, przyozdobiony misternymi rzeźbieniami motywów roślinnych. Spektakularna plątanina, dopracowanych w każdym calu, rzeźbionych winorośli okalała tablicę, wykonaną z surowca, którego uczniowie wcześniej nie widzieli – grafitowa powierzchnia lśniła migotliwym, urzekającym światłem tysięcy zatopionych w nią drobinek. Wysokie sklepienie krzyżowe posłużyło Draganowi za stelaż, pozwalający na stworzenie zapierającej dech w piersiach kompozycji zadbanych, archaicznych cudeniek o nieodgadnionych, na pierwszy rzut oka, zastosowaniach. Wkomponowane w architektoniczne zagłębienia niskie, dębowe szafki skrywały za swoimi, mistrzowsko wykonanymi, drzwiami wspaniałości, o jakich świat magiczny niesłusznie zapomniał. Turkusowooki świadomie zrezygnował z monumentalnych, piekielnie topornych szaf, które wcześniej przysłaniały tylną ścianę klasy. Ich okropnie ciężkie, pozbawione wykonanie zupełnie nie pasowało mu do koncepcji, więc zastąpił je obszerną, otwartą biblioteczką, sięgającą aż po sam sufit. Dostęp do kolekcji starannie wyselekcjonowanych, drogocennych książek ułatwiały przesuwane, spiralne schody wykonane z drewna oraz kutego żelaza. Wszelkie przestrzenie, które po ustawieniu podstawowego wyposażenia, nie zostały odpowiednio zagospodarowane, posłużyły jako miejsce uhonorowania artefaktów, zamkniętych szczelnie w przeszklonych gablotach. Niesamowitego uroku tego pomieszczenia dopełniały liczne rośliny, doskonale pasujące do gustownego umeblowania. Nieme podziwianie zagadkowego miejsce przerwał szybki ruch pod sufitem. Nad głowami uczniów zawisł Irytek, szczerząc się do nich złośliwie, jak miał to w zwyczaju.

– Głupotter i Durnfloy razem? Cóż za nowina! Bliznowata pokraka i blond-włosa świnia! – duch zaskrzeczał radośnie, robiąc zgrabnego fikołka w powietrzu.

– Zamknij się, Irytek – Draco warknął w kierunku roześmianego ducha.

– Naślesz na mnie Zabini’ego? – szyderczy śmiech przybrał na sile – Nie zmieścimy się tu my wszyscy i jego rozdmuchane ego!

– Nie zwracajcie na niego uwagi – Diggory uśmiechnął się do młodszych kolegów.

– Cuchnący Puchon dobrze wam radzi! Nie przejmujcie się Irytkiem, on nikomu nie wadzi!

Poltergeist wirował, śmiejąc się w najlepsze, jednak niespodziewanie zupełnie znieruchomiał. Poczuł na sobie spojrzenie demonicznych, wygłodniałych oczu, które nie pozwalały mu poruszyć się nawet o milimetr. Miał szczerą ochotę zwiać czym prędzej, lecz dobrze wiedział, że nie zdoła uciec daleko. Nikomu nie udawało się uciec spod wpływu tych przeklętych oczu…

– Do mnie – Dragan rzucił suchym, nieprzyjemnym tonem.

Duszek, nie mając wyboru, podleciał do kruczowłosego i pokornie zwiesił głowę, chowając splecione dłonie za plecami. Wszystkie duchy wiedziały, kim był białowłosy przyjaciel Dragana i od czasu jego pojawienia się w murach szkoły, otoczyły turkusowookiego czymś na kształt strachliwego kultu. Ten chłopak musiał być kimś przerażająco wyjątkowym, skoro przyjaźnił się z samym Aniołem Śmierci.

– Pamiętasz naszą ostatnią rozmowę? – gospodarz westchnął z irytacją.

– Tak, panie Luther – Irytek wymamrotał cicho.

– Chcesz mnie znowu wkurzyć?

– Nie, panie Luther.

– To wypierdalaj i nie wracaj, dopóki ci nie pozwolę – upiorne oczy zamigotały ostrzegawczo. – Zrozumiano?

– Tak, panie Luther.

Irytek wykrzesał z siebie jeszcze pokraczne przeprosiny i z prędkością światła zniknął, przebijając się przez sufit. Blaise przez kilka chwil wpatrywał się w miejsce, za którym zniknął duszek, rozmyślając gorączkowo. Poltergeisty ze swej natury były istotami złośliwymi i psotnymi, a Irytyek zawieszał tę poprzeczkę jeszcze wyżej. Nikomu krzywdy nie robił, dlatego pozwolono mu zostać w szkole, jednak nikt nie miał nad nim kontroli. Ta mała bestyjka sprawiała kłopoty zarówno uczniom, jak i nauczycielom i jakoś tak się przyjęło, że było to jednym ze stałych elementów atmosfery Hogwartu. Czemu Irytek miałby zachowywać się równie pokornie wobec Dragana? Dlaczego natychmiastowo wykonywał jego rozkazy, zamiast stroić sobie z niego żarty i uciec? Czyżby król marionetek oplótł swymi sznurkami nie tylko żywych? Te uciążliwe myśli uleciały, gdy w pomieszczeniu rozbrzmiał głos turkusowookiego.

– Wybaczcie mu, proszę – lekceważąco machnął dłonią. – Pozwalam Irytkowi ukrywać się tu przed Baronem i woźnym, ale przyznaję, że potrafi zachowywać się karygodnie wobec gości. Upierdliwy pajac. Nienawidzę upierdliwców – warknął ostrzej niż zamierzał, jednak już po sekundzie na jego twarzy pojawił się w miarę ciepły uśmiech. – Wchodźcie dalej.

Gospodarz wskazał zebranym drzwi, prowadzące do gabinetu pracowniczego, który był istnym ukoronowaniem całego przedsięwzięcia przywracania zapuszczonej meliny do stanu używalności. Po napadzie furii niewiele z oryginalnych mebli dostąpiło zaszczytu pozostania w jednym kawałku, dlatego zdecydował się na wymianę całości wyposażenia. Ze swojej rezydencji na Kubie sprowadził przepiękne, gotyckie meble, które wieki temu wyszły spod dłuta pewnego weneckiego mistrza rzeźby. W centralnym punkcie pokoju ustawił masywne, bogato zdobione, hebanowe biurko wraz z wykonanym w tym samym stylu fotelem, wyściełanym ciemnozielonym atłasem. Niemalże całość ścian zajmowała misternie rozbudowane biblioteczka, mieszczące bezcenne okazy ksiąg, z jego prywatnej kolekcji. Na wprost wejścia dobudował wkomponowany w gładkie drewno, marmurowy kominek o beżowym, ciepłym zabarwieniu, subtelnie rozświetlającym całe wnętrze – tuż nad nim wisiał oprawiony w delikatne złoto obraz, przedstawiający widok z tarasu rezydencji Lady Crown. Po prawej od wejścia stały dwie dwuosobowe kanapy oraz dwa fotele, które wspólnie ze smukłym stolikiem tworzyły nierozerwalną, perfekcyjnie wyważoną całość. W lewy róg pokoju wciśnięta była solidna, zdobiona rzeźbieniami komoda, obok której stał olbrzymi złoto-miedziany globus, ukrywający w swym przepastnym wnętrzu dobrze wyposażony, podręczny barek. Pomieszczenie sprawiało wrażenie miejsca eleganckiego, wyrafinowanego i pełnego tajemnic – dokładnie tak, jak sam Luther. Gospodarz zaczekał, aż jego goście rozsiądą się wygodnie na wypoczynku, po czym zajął jeden z foteli i wyciągnął papierośnicę, przysuwając bliżej siebie kryształową popielniczkę, w kształcie idealnie odwzorowanej, ludzkiej czaszki. Odpalił papierosa, zaciągając się głęboko przyjemnym, gęstym dymem.

– Pewnie zastanawiacie się, po co was tu zebrałem – pozwolił, żeby strużka dymu wyrwała się spomiędzy jego rozciągniętych w półuśmiechu warg. – Zanim zaczniemy kwestie formalne…Potter, Malfoy! – spojrzał gniewnie na chłopców – Możecie przestać gapić się na siebie, jakby zaraz miało tu dojść do rękoczynów? Żadnej krwi na antykach, na miłość Merlina! To samo tyczy się was Zabini, Weasley. Moglibyście choć raz wziąć przykład z dziewczyn i zachowywać się jak na cywilizowanych młodych ludzi przystało. Ced, whisky?

– Nie tym razem – Puchon rozejrzał się dokoła. – Dragan, co to za miejsce?

– To? – kruczowłosy z rozbawieniem uniósł lewą brew – Moje nowe królestwo, przystojniaczku. Przez przypadek znalazłem opuszczoną klasę i dyrektor zgodził się, żebym ją zajął, o ile dam radę z remontem. Mówię ci, kiedyś to mieli rozmach! – roześmiał się – Tam, gdzie teraz jest kominek stała stara szafa, zamknięta na cztery spusty. Rozwaliłem ją, bo chciałem zobaczyć co jest w środku i okazało się, że ukrywała przejście do pracowniczej sypialni z prywatną łazienką. Normalnie witamy w Narni! – zagasił papierosa o swoją dłoń, nie przestając się śmiać – Trochę to wszystko przebudowałem, ale udało mi się zachować klimat tajemnych przejść, których tu nie brakuje. Zaprosiłbym was dalej, ale jestem jeszcze w trakcie remontu i straszny tam syf.

– To tutaj znikałeś! – Dafne poderwała się jednocześnie z Diggorym.

– Skoro tak bardzo chcecie wiedzieć, to tak. Myśleliście, że co? – spojrzał na nich pobłażliwie – Śpię po kątach, albo na błoniach? Jeśli już jesteście usatysfakcjonowani wnikaniem w moje sprawy mieszkaniowe, przejdźmy do rzeczy. Kochane dzieciaczki i ty, przystojniaczku! Jako człowiek znany ze swego miłosierdzia oraz radosnego usposobienia, postanowiłem dać wam prezent świąteczny przed czasem – przewrócił oczami, słysząc nienachalny śmiech. – Zabini, jak nie zamkniesz japy, to cię stąd wyrzucę.

– Wybacz – Blaise uniósł dłoń w obronnym geście, starając się zdusić chichot.

– Nieznośne bachory – westchnął Luther, naśladując ton Severusa. – Wracając do tematu mam dla was nie jeden, a dwa prezenty. Pierwsza sprawa jest taka, że od dwóch dni nie jestem już uczniem Hogwartu.

Luźna atmosfera posypała się momentalnie. Uczniowie zerkali po sobie ukradkowo, nie wiedząc, jak powinni odebrać taką rewelację.

– W końcu cię wywalili… – jęknął czarnoskóry Ślizgon.

– Jak Merlina kocham, za chwilę to ja cię stąd wywalę! Oczywiście, że mnie nie wykopali, tępa dzido! Dwa dni temu zdałem przyspieszone Owutemy w Ministerstwie, dzięki czemu wcześniej skończyłem szkołę i po przerwie świątecznej oficjalnie zacznę pracę, jako asystent Ponurakeusa.

Podopieczni domu węża zgodnym rytmem zaczęli wiwatować i gratulować starszemu koledze. Gryfoni nieco mniej śmiało przyłączyli się do potoku wyrazów uznania, niekoniecznie wiedząc, czy wylewniejsze okazywanie radości było na miejscu. Ced, jak na mięśniaka przystało, zamiast słów wolał staromodne przybycie piątki sukcesu.

– Wiedziałem, że ci się uda, stary! – Puchon uśmiechnął się, dumny z sukcesu przyjaciela.

– Co zdawałeś? – oczy Hermiony rozbłysły ognikami ciekawości – Testy były bardzo trudne?

– Spokojnie, mała, zaraz wszystkiego się dowiesz – turkusowooki musiał wziąć głębszy wdech, chcąc zdławić poddenerwowanie. – Dyrektor przekonał Ministra do zorganizowania dla mnie wcześniejszych egzaminów, przed komisją złożoną z pracowników ministerstwa. Zdawałem wszystkie przedmioty, których u nas uczą. Część pisemna była banalną stratą czasu, a praktyczna wbiła się na poziom zabawy łopatką w piaskownicy.

– Udało ci się zdać WSZYSTKIE przedmioty? – Weasley pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Jakie miałeś oceny? – Granger nie poddawała się z drążeniem tematu, choć ze strony Dragana nie widziała większego zainteresowania.

– Owszem – Luther spojrzał na Rona, po czym przeniósł wzrok na Gryfonkę. – Zdałem wszystko na Wybitny.

Po pomieszczeniu rozniosły się ciche pogwizdywania podziwu oraz pełne szacunku, zbyteczne gratulacje, które na dobre rozdrażniły gospodarza. W jego przekonaniu nikt nie powinien być pod wrażeniem osiągnięcia czegoś równie mało satysfakcjonującego. Nie kłamał mówiąc, że ta bzdurna wycieczka była dla niego jedynie stratą czasu. Nie oznaczało to jednak, że nie był w stanie przekuć jej w cokolwiek pożytecznego. Wykorzystywanie każdej nadarzającej się okazji, weszło mu w krew bardzo, bardzo dawno temu i takiej filozofii trzymał się od lat.

– Starczy tego wchodzenia w dupę – uśmiechnął się kąśliwie. – Przed nami rzecz dużo ważniejsza. Spędziłem was tutaj niemający ze sobą nic wspólnego mali nienawistnicy i ciebie, o przystojny, żebyście wspólnie usłyszeli wielką nowinę! – teatralnie przycisnął zaciśniętą w pięść dłoń do swojego mostka, w okolicach serca – Uroczyście oświadczam, że 24 grudnia roku pańskiego, którykolwiek tam teraz mamy, w te wiejące nudą mury powróci panna Gallatea Dumbledore. Macie dwie minuty, żeby się cieszyć.

Gabinet wypełniły radosne okrzyki, których się spodziewał. Ślizgoni zaczęli przybijać sobie piątki, wciągając w ten proceder Cedrika. Granger rzuciła się na szyje kolegów, wykrzykując, że przecież im mówiła. Dragan rozparł się wygodnie w fotelu i palił powoli kolejnego papierosa, obserwując żywiołowe reakcje bandy małolatów. Chciał, żeby mogli się nacieszyć chwilą, zanim bezlitośnie zetrze ten entuzjazm w pył. Uśmiechnął się gorzko, nie mając szczególnej ochoty na wyrwanie ich z tej sielankowej obłudy.

– To już pewne? – zwrócił się do niego Puchon.

– Jak ona się czuje? – Greengrass, niesiona radością, wstała i przytuliła go – Wyzdrowiała?

– Tak, dla pana Diggory’ego i nie do końca, dla naszej uroczej Dafn.

Jak zakładał, ogólne zadowolenie momentalnie przygasło, ustępując miejsca nerwowej ciekawości. Siedem par oczu wpatrywało się w niego wyczekująco, a jego zadaniem było wymierzenie bezlitosnego ciosu wprost w ich niewinne serduszka. W sumie…całkiem odpowiadała mu rola kata, który miał uświadomić zaślepionym szczęśliwym życiem dzieciakom, że świat był miejscem znacznie okrutniejszym, niż mogło im się wydawać. Lepiej, żeby nauczyli się tego jak najszybciej, w kontrolowanych warunkach. Wyjął papierosa z ust i rozgniótł go w dłoni.

– Informację o powrocie Galli przekazał mi osobiście dyrektor, więc jest pewna – zaczął zblazowanym tonem. – Może zauważyliście, że nie było Dumbledore’a podczas obiadu, a to dlatego, że pojechał do szpitala. Pamiętacie pewnie mojego przyjaciela o imieniu Sammy – uśmiechnął się szelmowsko, widząc iskierki w oczach dziewcząt. – Sądząc po reakcji pięknych pań, wiedzą o kogo mi chodzi. Ten czarujący skubaniec pomógł w zaleczeniu przypadłości Gall, bo choć na to nie wygląda, jest najlepszy w swoim fachu. Z dobrymi wiadomościami jest jednak tak, że zazwyczaj towarzyszą im złe – westchnął przeciągle. – Wszyscy byliście zaniepokojeni brakiem wiadomości od Gallatei. Panna Dumbledore była znacznie bardziej chora niż początkowo zakładano, dlatego lekarze zdecydowali o wprowadzeniu jej w śpiączkę, żeby przyspieszyć leczenie. Mogłem nic wam nie mówić i zrobić z powrotu Gall wielką niespodziankę, ale ostatecznie zrezygnowałem z tego, bo chcę, żebyście wszyscy byli w pełni świadomi tego, co nasz czeka – jego głos stał się ponury i mocno rzeczowy. – Leczenie Gallatei pociągnęło za sobą skutki uboczne. Po tym jak ją wybudzili okazało się, że ma problemy z pamięcią – rozejrzał się po twarzach zgromadzonych i mimowolnie zaśmiał się krótko. – Nie róbcie takich przerażonych min! Ona was pamięta, ale jeszcze przez jakiś czas mogą jej umykać pewne szczegóły. Dyrektor powiedział mi, że potrzebny jej spokój, bo może czuć się przytłoczona powrotem. Przekazał mi również wskazówkę lekarza, jak wszyscy możemy spróbować jej pomóc. Musimy powoli opowiadać o wszystkim, co każdy z nas z nią przeżył, ponieważ to ułatwi jej odnalezienie się w tym chaosie i poukładanie wspomnień. Nie ma tu miejsca na szarpanie się między domami, ani głupią rywalizację.

Zasępieni uczniowie siedzieli sztywno, pogrążeni w rozmyślaniach. Wyglądali jakby ktoś nagle spuścił z nich całe powietrze – czyli znacznie lepiej, niż kruczowłosy zakładał. Pośród tego ponurego zbiorowiska, po raz kolejny, wyróżniała się Dafne, która jako jedyna nie przestała się uśmiechać, jednocześnie roniąc łzy. Luther widząc co się dzieje wstał i przyklęknął przed dziewczyną, opierając dłoń na jej ramieniu w przyjacielskim geście wsparcia.

– W porządku, Dafn? – nietypowo ciepły ton Dragana zwrócił uwagę reszty na Ślizgonkę.

– Tak – uśmiechnęła się szerzej. – Tea do nas wraca i to jest najważniejsze. Znowu będę mogła z nią porozmawiać…

Blondynka ukryła zaczerwienioną twarz w jasnych dłoniach. Turkusowooki uśmiechnął się pod nosem – panna Greengrass wciąż potrafiła go zaskoczyć. Usiadł obok niej, pozwalając, żeby oparła się wygodnie o jego bok i wsparła skroń na jego wyrzeźbionym ramieniu. Dafne, dając upust emocjom, niezamierzenie pomogła reszcie – przestali się zamartwiać głupotami, wracając myślami do tego, co było najważniejsze. Hermiona nieśmiało poklepała bark Luthera, na co zareagował zerknięciem kątem oka.

– Dragan, myślisz, że moglibyśmy zorganizować dla niej kameralne przyjęcie powitalne? – Gryfonka opuściła wzrok – No wiesz…takie tylko z naszą ósemką.

– Nie.

Ostra i jednoznaczna odmowa zaskoczyła nie tylko Granger, ale i całą resztę. Uczniowie wpatrywali się w kruczowłosego, zdezorientowani dosadnością odpowiedzi, która padła chociażby bez chwili zawahania.

– Pozwól nam spróbować – Dafne rozsunęła dłonie, żeby móc spojrzeć na starszego kolegę. – Tea powinna poczuć, że wszyscy na nią czekaliśmy, bez względu na to, co nas dzieli.

– Nie – powtórzył w identyczny sposób.

– O co ci chodzi? – wtrącił się Ced – Przecież to dobry pomysł.

– Nie.

– To tylko góra dwie godziny – wymamrotał Malfoy. – Nie musimy nawet ze sobą gadać…

– Nie.

– Będziemy się zachowywać, obiecuję – Potter wsparł propozycję przyjaciółki.

– Nie.

– Dam radę przez dwie godziny znieść tę ordynarną mordę Weasley’a – Blaise zaplótł ręce na piersi.

– Nie.

– Też tyle wytrzymam z tym wymuskanym lalusiem – odparował Ron.

Dragan delikatnie odsunął od siebie Dafne, opierając jej plecy o fotel. Powoli podniósł się z podłogi, a im był od niej dalej, tym głośniejszy i bardziej niepokojący stawał się jego śmiech. Początkowo ledwo słyszalny chichot przerodził się w przerażająco prześmiewczy, kpiący wybuch niepowstrzymanego rozbawienia. Luther odchylił głowę do tyłu, zakrywając lewe oko otwartą dłonią – oni wszyscy byli tak cholernie zabawni! Małe, wątłe kukiełeczki nie zdające sobie sprawy, że taniec, który tak bardzo chciały rozpocząć, przerastał ich skromne możliwości. Cudowna, głupia naiwność!!!

– Czy wy się wzajemnie słyszycie?! – zaśmiał się maniakalnie – Zgodziłbym się bez wahania, gdybym sądził, że ten plan ma jakiekolwiek szanse powodzenia. Jesteście przekomiczni w swoim braku krytycyzmu. Nic tylko wyzwiska, kłótnie, złośliwości, wypominanie zatargów, dziecinne bitwy na spojrzenia – rozbawienie momentalnie zniknęło z jego głosu, zastąpione przez twarde zdecydowanie z nutą odrazy. – Do pełnej błazenady brakuje jeszcze kopania, gryzienia, szczypania i ciągnięcia za włosy. Jestem pewny, że nie znieślibyście się nawet przez te dwie marne godziny, a ja byłbym zmuszony przerwać ten chory eksperyment i uprzykrzać wam za karę życie do końca świata. Dafne, Hermiono, Ced – spojrzał kolejno na każdego z nich – na wasz rozsądek jeszcze mógłbym liczyć, ale tych czterech kretynów nawet teraz próbuje pozabijać się wzrokiem, myśląc najwyraźniej, że skoro na nich nie patrzę, to nie widzę. Dumbledore potrzebuje spokoju. Jak wam się wydaje, jak by się poczuła, gdyby podczas powitalnego przyjęcia puściły wam nerwy, a gwarantuję, że tak by się to skończyło? Hermiono, nie chciałem cię urazić odrzuceniem twojego pomysłu. W każdych innych okolicznościach uznałbym to za świetny plan i bardzo miły gest, ale jesteś inteligentną dziewczyną, więc sama chyba przyznasz, że prędzej Snape włosy umyje, niż wy zdołacie ze sobą wytrzymać.

LIST

Szanowny Panie Pchlarzu!

Z przykrością informuję, że nasza zabawa w Hogwarcie musi zaczekać. Obecnie mam
na głowie poważniejsze rzeczy niż planowanie przemycania kundla w szkolne mury. Wywiad środowiskowy potwierdził, że wybrany przez nas czas nie jest dłużej najlepszym i nie gwarantuje zminimalizowania szans niepowodzenia. Wpadnę z Tobą pogadać szybciej niż myślisz.

P.S. : Ogarnij ten burdel w Chacie, bo żal patrzeć! O i nastaw kawę, bo nie lubię
czekać aż przestygnie.

Całuję,

Kolekcjoner :*

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 583
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!