Było ich pięcioro

Pewnie każdy się zastanawia o co z tym chodzi. ‘Było ich pięcioro’? O otóż tak. Pięć istnień rządzących ludzkim życiem. Pięć istnień, o których każdy wszystko wie, ale jednocześnie nie wie nic. Pięć istnień, najstarszych we wszechświecie. Pięć istnień… a zresztą, nieważne.

Los, jako najstarsza z całej piątki, była kobietą iście bez serca. Nie nienawidziła, ale też nie lubiła i nie kochała. Na jej twarzy zawsze gościła maska obojętności. Nikt nie wiedział dlaczego właściwie tak bardzo znęca się nad ludźmi, którzy nawet nie mieli jak jej zrobić czegokolwiek. Kto wie, może ona też kiedyś była człowiekiem, ale nie chciała się do tego przyznać, albo po prostu miała serce z kamienia. Nikt nigdy się nie dowie co działo się przed pojawieniem się pozostałej czwórki. Pomijając jej zimny i nienawistny charakter, Los była naprawdę piękna. Brązowe, lekko falowane włosy opadające na ramiona i plecy sięgały aż do pasa, mrożące krew w żyłach czekoladowe oczy przyprawiały o dreszcze, nieskazitelnie gładka i blada cera lśniła w słońcu niczym diament, lekko zadarty, niewielki nosek podkreślał jej wyższość nad światem, a usta, zwykle zaciśnięte w wąską kreskę obojętności, potrafiły wygiąć się we wredny półuśmiech. Tak, ona zdecydowanie należała do najbardziej przerażających istot we wszechświecie. Paskudnie powykrzywiane potwory spod dziecięcych łóżek nie dorastały jej do pięt, więc czemu się dziwić, że nawet Mort trząsł się jak osika w jej obecności.

Mort, czyli Śmierć, jak kto woli, był drugi w kolejności, zaraz po Losie. Śmierć jako taka jest uosabiana z żeńskim szkieletem, ale ku ogromnemu zaskoczeniu ludzi okazuje się, że po śmierci nie zabiera ich straszna kostucha z kosą w rękach, tylko magazynowy przykład bad boya. Z opowieści Morta można się było dowiedzieć, że niektóre nastolatki aż piszczały z zachwytu, kiedy odbierał im dusze i w sumie każdy mu wierzył. Nic dziwnego w tym, że istoty, którym w głowach jedno, zachwycają się niesamowicie przystojnym dziewiętnastolatkiem o czarnych jak smoła włosach i oczach. Sam Śmierć nieskromnie stwierdzał, że wygląda naprawdę świetnie jak na gościa z kilkoma mileniami na karku. Jeśli chodzi o jego charakter, to na pewno posiadał on bardzo specyficzne poczucie humoru. Oprócz tego lubował się w dokuczaniu Destowi, który ciągle pytał Los, za jakie grzechy został skazany na wieczne współistnienie ze Śmiercią, ale ta nawet nie zwracała na niego uwagi, jak zwykle zresztą.

Jeśli chodzi o Desta, zwanego też Przeznaczeniem, można by mówić wiele albo po prostu siedzieć cicho, w sumie wyjdzie na to samo. Był on trzecim bytem, jaki pojawił się we wszechświecie. Ludzie zazwyczaj, jeżeli w ogóle, wyobrażali go sobie jako milczącego mnicha w podeszłym wieku, z długą, siwą brodą i plackiem łysiny na czubku głowy, zapisującego ludzkie przeznaczenie w wielkiej księdze. Nic bardziej mylnego. Dest wyglądał jak typowy nastoletni nerd. Okulary w grubej oprawce poprawiające ostrość widzenia zielonych oczu, wiecznie rozczochrane włosy, których kolor można by określić jako ciemny blond lub jasny brąz, koszula w czarnoniebieską kratę, w której wszystkie guziki były zawsze zapięte, to wszystko to standardowy zestaw nerdowski. Ci, którzy go znali, często zastanawiali się czy przypadkiem ludzie nie ubierają się na modłę Przeznaczenia, ale brzmiało to co najmniej śmiesznie. Bałagan był jego trzecim imieniem, więc usłyszenie o wizji przedstawiającej go z uporządkowaną księgą wzbudzało niezdrowy rechot u Morta. W takich chwilach Dest wściekał się mamrocząc pod nosem coś, co brzmiało jak groźby i obelgi lecące w stronę Śmierci.

Najmłodszymi istnieniami były bliźniaki, Luck i Misery, dwoje wyglądających na dwanaście lat dzieci. Imię Lucka mówi samo za siebie, mianowicie był on Fartem, i tak też go czasem zwano. Ludzie jakoś nie kwapili się, żeby go upersonifikować, tak samo jak jego siostrę, ale znając ich pewnie wymyśliliby coś skrajnie głupiego, a jemu jakoś pasował jego wygląd. Nie każdy ma przecież złote loki, piękną buźkę oraz cudownie błękitne oczy z iskierkami radości. Fart lubił rozdawać szczęście ludziom, czy to poprzez wszczepienie jego odrobiny do tęczy, czterolistnej koniczynki lub liczby siedem, czy po prostu rzuceniem nim w przypadkowego przechodnia. Misery z kolei, zwana Niefartem, była jego kompletnym przeciwieństwem. Z wyglądu przywodziła na myśl dziewczynkę z “Rodziny Adamsów” – czarne włosy zaplecione w dwa warkoczyki, oczy niemalże pozbawione tęczówek, ale rażące żądzą mordu, blada, niemal biała cera, i okropna powaga na twarzy. Charakteryzowała ją chęć karania ludzi za ich istnienie. W tym była bardzo podobna do Losu, z taką różnicą, że Los kierowała całym życiem ludzi, a Niefart przynosił im pecha i niszczył dobry humor.

Patrząc na to z pewnej perspektywy, cała ta piątka wyglądała jak rodzina. Co prawda dziwna i lekko psychopatyczna. Samotna matka z czwórką dzieci, z których jeden syn odbierał dusze, drugi kierował przeznaczeniem, trzeci rozdawał szczęście, a córka owo szczęście niszczyła. Bardzo sympatycznie, nieprawdaż?

Ich lokum było niedużym pokojem z wygodnym fotelem Losu, biurkiem dla Przeznaczenia oraz dwoma kanapami. Na środku, w podłodze, była ogromna dziura w kształcie koła, która nie była dziurą samą w sobie. Nie, nie. Była czymś w rodzaju spłaszczonej magicznej kuli pokazującej wybrane miejsce na Ziemi, zwanej Atlasem. Najczęściej majstrowały przy niej bliźniaki, rozdając szczęście i pecha. Dawało im to jako takie zajęcie, przez co nikt nie protestował chcąc chociaż chwili spokoju. Owego spokoju potrzebowali Los i Dest, bo Morta ciągle nie było. Wiadomo, jak to Śmierć, musiał się pofatygować po zmarłego, bo przecież dusza sama do niego nie przyjdzie, a szkoda.

Tego dnia jednak zrobił sobie wolne, bo czemu nie? Kto mu zabroni? Słysząc głośny komunikat o treści: “Mam urlop. Nigdzie dzisiaj nie idę.”, Los uniosła lekko brew do góry, ale pozostała milcząca jak zawsze, Przeznaczenie prychnął coś o lenistwie nie wyściubiając czubka nosa spomiędzy papierów leżących na biurku, a bliźniaki bezczelnie go zignorowały zajęte machaniem nogami nad przepaścią. Śmierć z westchnięciem opadł na kanapę przywołując sobie puszkę napoju gazowanego. Napił się i beknął przeciągle, co było z jego strony czystą prowokacją.

– Skoro już musisz tu siedzieć, to chociaż zachowaj pozory kultury. – bąknął Dest wielce niezadowolony z zachowania towarzysza.

Mort uśmiechnął się szeroko biorąc komentarz Przeznaczenia za fundament pod ciekawą dyskusję.

– Niby dlaczego? Jestem Śmiercią, wszystko mi wolno. – wzruszył ramionami pokazując idealnie białe zęby.

– Dla każdego są pewne granice. – rzucił Dest siląc się na obojętność. – Nawet dla Śmierci.

– Naprawdę tak myślisz? A może po prostu boisz się przyznać, że mam rację? – prowokował dalej bawiąc się przy tym wyśmienicie.

– Ty? Masz rację? – szatyn prychnął. – Chyba się z Głupotą na głowy pozamieniałeś.

– Nie mieszaj do tego Głupoty. – ostrzegł go Mort teraz już poważny.

Głupota była ich wspólną znajomą i pojawiła się jakoś pomiędzy Przeznaczeniem a bliźniakami. Jak się można domyślić, była głupiutką blondynką, która ciągle się uśmiechała i, jako, że była po prostu głupia, nie przejmowała się niczym poza zarażaniem ludzi swoją niczym nieuzasadnioną radością i niczym niepopartym optymizmem. Z tego też powodu czasem wołano na nią Niczym. Śmierć osobiście uważał ją za słodką, ale z uwagi na to, że nie była w “Wielkiej Piątce”, nie mógł się z nią często widywać. Dlatego zachowywał się niczym średniowieczny rycerz broniący honoru swej damy.

– Bo co? – Dest uśmiechnął się usatysfakcjonowany niezadowoleniem towarzysza. – Może do niej zadzwonię i opowiem jej jakie to rzeczy wygadujesz przez sen.

Tak, przez sen. Tak, Śmierć też potrzebuje snu. Nie jego wina, że wtedy gada, w dodatku takie rzeczy, które powinny pozostać tylko w jego głowie.

– Ani mi się waż, bo… – warknął zrywając się z miejsca i celując w niego palcem wskazującym.

– A ważę się. – powiedział swoje, również wstając gwałtownie i przy okazji przewracając krzesło.

– Tylko spróbuj, to… – Mort ponowił próbę z pogróżkami.

– To co?

Zaczęli krążyć po pomieszczeniu niczym dwa wściekłe tygrysy walczące o dominację w stadzie. Nawet warczeli podobnie. Gdyby nie Los, pewnie rzuciliby się sobie do gardeł.

– Echem. – odchrząknęła sprawiając, że obaj zamarli w półkroku. – Chłopcy… – zwróciła się do nich wskazując ręką na środek pokoju.

Obaj jak na komendę odwrócili swoje głowy w tamtą stronę. W sumie wszystko było w porządku. Kanapy stały jak stały, dziura w podłodze była w tym samym miejscu, co wcześniej, a bałagan na biurku ani trochę się nie zmniejszył. Zmieniło się tylko jedno.

– Bliźniaki! – krzyknęli obydwaj i rzucili się w stronę Atlasu.

Padli na kolana przy krawędzi zaglądając w taflę spanikowanym wzrokiem. Po bliźniakach nie było nawet śladu. Zapewne wygłupiając się, Luck sprowokował Misery w związku z czym został przez nią popchnięty do dziury, a spadając pociągnął siostrę za sobą. Przeznaczenie i Śmierć byli tak zajęci bezsensowną  kłótnią, że nawet nie usłyszeli krzyków spadających dzieciaków. Bo to były jeszcze dzieci. Miały dopiero po pięć milionów lat.

– O nie znowu to samo. – jęknął zrezygnowany Dest.

– Musimy coś z tym zrobić. – dorzucił Mort z powagą.

– Los? – powiedzieli niemalże błagalnie w tym samym czasie, zwracając swoje głowy w kierunku postaci siedzącej w rzeźbionym fotelu.

Kobieta uniosła jedną brew do góry wyginając usta w charakterystyczny dla siebie wredny półuśmiech.

– A po co? – odezwała się w końcu zachwycona zaistniałą sytuacją.

– Jak to po co? – oburzył się Śmierć. – A pamiętasz epokę kamienia łupanego, kiedy wyginęły resztki dinozaurów i mamuty?

– Starożytny Egipt i plagi? – dorzucił się Przeznaczenie.

– Epidemie średniowieczne?

– Wyginięcie Indian?

– Pierwsza Wojna Światowa?

– Druga Wojna Światowa?

Wymienili najbardziej krwawe i nieprzyjemne wydarzenia na Ziemi spowodowane przez jednoczesne przejście tamtędy fali Fartu i Niefartu. Dobrze, że nie wywołali armagedonu, bo ostatni armagedon, jaki spotkał tą planetę wybił 7/8 populacji dinozaurów.

– Oh, dajcie spokój. Nie mówcie, że nie chcecie zobaczyć Trzeciej Wojny Światowej? – zdziwiła się.

– Nie chcemy! – zaprotestowali chórem.

– Kobieto, ja po drugiej się jeszcze nie pozbierałem! – Przeznaczenie złapał się za głowę.

– A ja jeszcze nie odespałem! Nawet sobie nie wyobrażasz, jaka to ciężka robota, kiedy w ciągu jednej sekundy umiera pięćdziesiąt do stu osób i musisz ich wszystkich posegregować, bo nie wiesz, w kogo lub co wierzyli! – wrzeszczał Mort.

– Widzisz moje biurko?! Widzisz ile tam papierzysk?! A było jeszcze więcej! Połowę musiałem wrzucić, bo ludzie umarli zanim zdążyłem rozplanować im życie! Zdajesz sobie sprawę ile było przy tym pracy?! – darł się Dest.

– To idźcie po nich. – kobieta wzruszyła ramionami zakładając z powrotem maskę obojętności i skupiając się na wadze szalkowej, która nie wiadomo skąd się tam wzięła.

Dest i Mort spojrzeli na siebie zaskoczeni. Co za kobieta?! Co ona sobie myśli? Że niby opuszczą swój posterunek, a ona będzie siedzieć na tyłku i patrzeć na nich z góry? Pewnie będzie miała masę frajdy widząc Śmierć i Przeznaczenie błąkających się wśród ludzi i niewiedzących jak znaleźć dwójkę urwisów, którzy mogą być dosłownie wszędzie. Ziemia nie jest dużą planetą, ale patrząc na nią z tej perspektywy, wydaje się być ogromna. Chcąc nie chcąc chłopcy musieliby przeszukać co najmniej pół planety, zanim wpadną na właściwy trop. Ta myśl przywołała na ich twarze skwaszone miny. Raczej im się nie uśmiechało biegać za bliźniakami, zwłaszcza takimi. W końcu to Fart i Niefart. Znajdą się sami. Kiedyś. Chyba.

Mort i Dest spojrzeli na Atlas rozważając wszystkie za i przeciw. Przeciw było zdecydowanie więcej. Wzdrygnęli się na myśl o ich poprzedniej wycieczce. Nie było to przyjemne wspomnienie. W końcu odezwał się Śmierć.

– Wiesz co Dest, ta Trzecia Wojna Światowa… to chyba dobry pomysł. – stwierdził po chwili namysłu przeczesując swoje czarne włosy dłonią.

– Z ust mi to wyjąłeś, przyjacielu. – Przeznaczenie pokiwał głową poprawiając okulary i robiąc minę, z której Mort pewnie by się śmiał, ale jakoś nie miał nastroju do żartów.

Objęli się ramionami niczym starzy, bardzo dobrzy przyjaciele, a był to niezwykle rzadki widok. Pomimo to Los nawet nie zareagowała wciąż skupiając się na swojej wadze. Nikt nie wiedział co ona tak właściwie tam waży, ale niech jej będzie. Byleby nie mordowała ludzi bez powodu.

– Wrócą sami. – dorzucił jeszcze Dest siadając z powrotem za biurkiem.

– Zgadzam się. – Mort kiwnął głową wznawiając picie swojego napoju gazowanego.

Opublikowano
Kategorie Fantasy One-shot
Odsłon 1213
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!