Chabry i róże

“Uciekałam. Sama nie wiem, dlaczego ja przed nim uciekałam. Widziałam ten jego uśmiech oznaczający “Jak cię dogonię to cię połaskoczę, więc uciekaj”. No to uciekałam.”

To wszystko miało być zupełnie inaczej.

Ale może zacznę od początku. Wymyśliłam sobie, że wykorzystam ferie i zrobię sobie wakacje w hotelu w stolicy. Nie zamierzałam nawet wychodzić z budynku, gdyby nie dramatyczna pomyłka pani recepcjonistki. 
Zaplanowałam sobie idealny klimat do odpoczynku. Podróż pociągiem, hotel w uroczej okolicy i jednoosobowy pokój-tak miało być. Było inaczej. 
Zaczynając od pociągu-nie da się wytrzymać długo w jednym przedziale z kilku miesięcznym dzieckiem, które pokazywało ile się dało, że ono też ma głos. Jasne, że nie wytrzymywałam. Podróż była koszmarem.
Uroczą okolicą nie można było nazwać miejsca, w którym zgubiłam portfel jeszcze przed dojściem do hotelu.
Miałam nadzieję, że z pokojem nie będzie żadnych problemów. O zgrozo! Myliłam się.
Z tego, co zdążyłam zrozumieć w nagłej panice obsługi hotelu, recepcjonistka pomyliła rezerwacje i posiadam kartę do dwuosobowego apartamentu. Nie mają już wolnych pokoi jednoosobowych. 
-… Ciekawie się zaczęło. – mruknęłam – Czyli przede mną dwa całe dni w pokoju z nieznajomym?
Obsługa hotelu wydawała się bardzo zadziwiona moim spokojem. Spodziewali się krzyku i awantury. Ja w duszy próbowałam jednak opanować nerwy. Przyjechałam odpocząć, więc odpocznę. W hotelu albo na ławce w parku. Teraz musiałam zablokować konto.
Mój spokój już po dwóch godzinach zakłócił ktoś…
Ten ktoś też dotarł do hotelu i także dowiedział się o malutkiej pomyłce obsługi. 
Zrezygnowany wszedł do pokoju i…na chwilę oboje znieruchomieliśmy. Nieznajomy był jednak znajomy. Dokładniej to był chłopak z podstawówki. Mogę w tajemnicy jeszcze dodać, że przez pół roku od momentu zakochania się w nim, nikomu o tym nie powiedziałam. Emil nie wiedział o tym i nie wie do teraz. Może to było głupie i dziecinne zauroczenie, ale pamiętam to wyjątkowo dobrze.

Wracając do pokoju hotelowego kolejnym ciekawym punktem było łóżko. Szok! Występowało w tym apartamencie w liczbie pojedynczej!
Ktoś na siłę próbuje chyba spełnić moje nastoletnie marzenia-tylko szkoda, że dopiero teraz. Już nie czuję do niego tego samego. Zmieniłam się, zresztą on też. Byliśmy prawie nieznajomymi prowadzącymi swoje życia. 
-Rozalia…?-kiedyś kochałam się w jego głosie, który jak się okazało, za bardzo nie zmienił.
-Emil?
-Tu jest tylko jedno łóżko?!
-Tak.
Po mojej odpowiedzi zignorował mnie i poszedł rozpakować swoje rzeczy, jakby nie należała mi się połowa szafek. Wiem, że miałam dwie godziny na rozpakowanie się, ale wolałam pozwiedzać hotel. 
-Ejj, a szafki dla mnie?
Totalna ignorancja. Jak ja z nim wytrzymam dwa dni? Nie mam pojęcia.
-Gdybym była tobą nie chciałabym się sobie narazić. Oddasz grzecznie połowę szafeczek?
-Czemu miałbym ci je oddać?-powiedział to z lekką nutą śmiechu i zadziorności w tym swoim aksamitnym głosie.
-Bo mamy pokój na pół. To i szafeczki na pół.
-A wiesz, że ja mam takie trochę większe pół?- wykształcenie matematyczne zgubił chyba tak, jak ja portfel
-Dobrze. Twoje wszystkie szafeczki, telewizor i wszystko inne oprócz łóżka i łazienki. Nie można korzystać z części pokoju kogoś innego. Pasuje?-leżąc na połowie łóżka wpadłam na “genialny” pomysł
-Nie- wskoczył na drugą połowę łóżka z obojętnym wyrazem twarzy
Minę zmienił, gdy zobaczył moją. Zaczął się uśmiechać, chwilę potem śmiać, a ja razem z nim. Z czego śmialiśmy się kilka minut? Nie wiem. Ale wiem jedno-nie będzie nudno.
Powoli rozmowa się rozwinęła i dowiedziałam się, że przyjechał zrobić niespodziankę swojej mamie, ale ona wyjechała właśnie na trzy dni do Berlina na szkolenie. Mieliśmy taki sam cel-urlop.
Wieczorem rozpoczęła się najciekawsza część wakacji w Warszawie. Noc ze starym znajomym. 
-Mam nadzieję, twój chłopak nie będzie zazdrosny?
-Nie. 
-Skąd ta pewność?
-Zadajesz dużo pytań.
-Co ty się taka wściekła zrobiłaś?
-Dwa tygodnie temu zerwałam z chorobliwie zazdrosnym chłopakiem. Nie przypominaj mi o tym. 
-Czyli nie masz chłopaka?
-A ty dziewczyny?
-Nie-odpowiedział, a ja znowu pomyślałam, że wróżka spełniająca marzenia naprawdę późno znalazła dla mnie czas.
-Ale to nie znaczy, że chcę go mieć.
-Młoda, pojutrze walentynki. Naprawdę nie chcesz?
-Ty mi coś proponujesz?-czy on…? Ale tak teraz? Po takim czasie, tylu związkach…?
-Przemyśl to sobie.-szepnął zalotnie. Przypomniałam sobie wtedy jeszcze o jednym, o jego uśmiechu, który był, najprościej ujmując, boski. Magia tego uśmiechu działała na mnie, a ja od zawsze nie mogłam się jej oprzeć.
Wystarczyła chwila i wszystko wróciło. Myślałam, że dałam sobie spokój, ale najwidoczniej przyzwyczaiłam się do życia z myślą, że powinnam go sobie już dawno odpuścić. Nie odpuściłam. Posiadałam dalej okruch diamentu nadziei. Nie używałam go, ale teraz pragnęłam, żeby znalazł się w moim pierścionku zaręczynowym. W tym pierścionku, który chciałam dostać właśnie od niego. Od Emila. 
Zakochałam się w największym podrywaczu w szkole, a on do teraz potrafił uśmiechnąć się w znaczący coś konkretnego sposób.

Teraz, od samego rana, chwilę po obudzeniu się z jego ręką delikatnie obejmującą mnie w talii, zobaczyłam ten uśmiech. Moje marzenia się spełniały.

Chłopak zaczął mnie szczypać i gilgotać, to ja zaczęłam uciekać.

Uciekałam. Sama nie wiem, dlaczego ja przed nim uciekałam. Widziałam ten jego uśmiech znaczący. “Jak cię dogonię to cię połaskoczę, więc uciekaj”. No to uciekałam.

Cały hotel miał ciekawą pobudkę. Dwoje dorosłych niczym dzieci ganiających się po korytarzach. Trzeba przyznać, że zrobiliśmy “troszkę” hałasu. 
Ale było już po ciszy nocnej i nikt nie miał serca zwrócić nam uwagę, a obsługa hotelu była naprawdę zadziwiona naszym zachowaniem – mieliśmy przecież być źli na hotel przez ich pomyłkę.
Dobiegliśmy na śniadanie i już na spokojnie usiedliśmy przy jednym stoliku.
Po śniadaniu czas leciał jak szalony, a my momentami zachowywaliśmy się jak dzieci na wakacjach nad morzem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdybym nie miała dwudziestu, a Emil dwudziestu dwóch lat. Nie chciałam wychodzić z hotelu. Na dworze był luty – zimno, mokro i pochmurno. Ale Emil uparł się i udało mu się namówić mnie. Większość ludzi, których mijaliśmy na korytarzach z uśmiechem odpowiadała na nasze “dzień dobry”. Nie często widzi się dwoje ludzi w piżamach ganiających się po czterogwiazdkowym hotelu. 
Na dworze, jak przewidziałam – zimno, pochmurno i wyjątkowo mokro. Deszcz zmusił nas do wejścia do kawiarni.
-Em, jak chcesz to zostań, ale ja muszę wracać. Nie chcę tu siedzieć i niczego nie zamówić, a zgubiłam portfel. Przepraszam.
-Zapłacę, siadaj.
-Wiesz, że nie musisz…
-Wiem, ale chcę. 
Czułam się tak…dziwnie. Nie chciałam, żeby za mnie płacił. 
-Co podać uroczej parze? – kelnerka nie trafiła w naszą relację.
-Dwie kawy i dwie szarlotki na ciepło z lodami. Dziękujemy – chłopak z uśmiechem złożył zamówienie i przeniósł wzrok na mnie – Nawet kelnerka, słyszałaś?
-Tak słyszałam…daj mi trochę czasu.
-Dobrze, ale chcę za to buziaczka. 
-W policzek?
-Może być, ale to tylko tak teraz. Potem dostanę coś więcej? – rozbraja mnie ten uśmiech, ale nie mogę od tak ulec.
Delikatnie cmoknęłam jego najbliższy policzek. 
-Zadowolony?
-Jak najbardziej – czy on się nie przestanie szczerzyć do mnie? 
Cały dzień minął w wyjątkowo miłej atmosferze. I tym dniem był trzynasty lutego. Dzień poprzedzający walentynki. Dzień, który w porównaniu z kolejnym był spokojny i bardzo codzienny. Kolejna doba mojego urlopu była już zaplanowana, ale ja o tym do ostatniej chwili nie wiedziałam. 
Zasnęłam trzymając męską dłoń w swojej.

Obudziłam się zupełnie inaczej, sama. Mojego współlokatora nie było w naszym apartamencie. Ubrałam się i poszłam sama na śniadanie. Zrobiło mi się smutno. Przez ten krótki czas przyzwyczaiłam się do jego obecności. Zaczęłam przyłapywać się na tym, że bezcelowo wpatruje się w niego. Chyba musiałam się przyznać do tego uczucia…
Weszłam do hotelowej restauracji i…zobaczyłam ją całą obsypaną serduszkowym konfetti. A na środku ładnie ubrany stoliczek ze śniadaniem dla dwóch osób. Jedno z miejsc zajmował Emil, drugie było dla mnie…
Usiadłam przy stoliku i zaczęłam jeść. Wyjątkowo mi smakowało walentynkowe śniadanko. Może to przez osobę siedzącą obok mnie.
-To wszystko dla mnie? – szepnęłam
W odpowiedzi otrzymałam potwierdzające kiwnięcie głową-“Dziękuję.”
Zobaczyłam delikatny uśmiech na twarzy Em. Po chwili uśmiechał się do mnie, jakby mnie zobaczył po kilku miesiącach rozłąki. Ja też uśmiechałam się, jak zakochana i chyba naprawdę taka byłam. 
-Co robimy po śniadanku?
-Zobaczysz. – nie chce mi powiedzieć, drań, słodki drań.
Rozmawiając z nim, dowiedziałam się różnych rzeczy na jego temat. To, że jest wysportowany i silny wiedziałam już od dawna, ale o hodowli królików dowiedziałam się dopiero w kawiarni trzynastego lutego.
Wstałam od stolika, a on mnie złapał, przerzucił przez ramię jak worek kartofli i wyniósł z hotelu. Próbowałam się czegoś dowiedzieć, ale nie chciał mi nic powiedzieć. Kazał mi grzecznie wsiąść do taksówki i czekać na koniec.
-Gdzie ty mnie wywozisz? – zażartowałam 
-Do lasu. – ciągnął dalej.
-Pobić i zakopać?
-Nie, no co ty. Zostawić samą. Nie masz przy sobie kasy i telefonu. Zginiesz tam. 
-I co ci to da?
-Pusty pokój.
-Będzie ci smutno beze mnie.
-Wiem, dlatego nie jedziemy do lasu. Nie dopytuj tak, bo ci nic więcej nie powiem.
Nie mogłam nic innego zrobić, jak grzecznie czekać na to, co się stanie. Taksówkarz zatrzymał auto przy galerii handlowej.
-Ale ja nie mam pieniędzy…
-Wiem Roza, dlatego idziesz ze mną. 
To była wyjątkowo droga galeria. Chłopak trzymając mnie za rękę, prowadził do sklepu na drugim piętrze. Gdy już mogliśmy usłyszeć zaproszenie sprzedawczyni, zobaczyłam, co ten sklep sprzedaje-suknie wieczorowe. Piękne, długie zwiewne suknie idealne na romantyczne wieczory przy świecach. 
-Dzień dobry, poszukujemy idealnej sukni dla tej piękności. Ja płacę.
-Em, przecież…-zamurowało mnie, chciał kupić mi tak drogi prezent
-Cii, to jest prezent ode mnie i ani słowa więcej, bo chcę cię zobaczyć, w którejś z tych pięknych kreacji.
Zaczęłam mierzyć. Sprzedawczyni doradzała, dobierała i mierzyła suknie, a ja nie wiedziałam którą mam wybrać. Emil stał w wejściu i delikatnie próbował zobaczyć mnie w długiej sukni. Zdecydowałam się dosyć szybko. Długa, prosta na dole i zdobiona koronkami na górze chabrowa suknia. Sprzedawczyni szepnęła mi, żebym szybko zdjęła suknię i nie pokazała jej teraz Emilowi. Dlaczego? Bo to takie romantyczne. Okej. 
Zrobiłam tak. Emil był trochę zawiedziony. Powiedziałam mu, że to będzie niespodzianka.

Już po powrocie do hotelu Emil zaczął rozmowę dość normalnym, ale mimo to zaskakującym zdaniem.
-Wieczorem mamy wyjście. Będziesz gotowa na osiemnastą?
-Jeżeli tu chodzi o prezent, to jak najbardziej. Czyli o osiemnastej gdzie?
-Przed hotelem kochanie. 
-Udam, że tego nie słyszałam.
-Nie podobało ci się?
-Właściwie to podobało…
-Czyli nie będziesz zła, jeśli to zrobię?
-Ale co…- i tu mi przerwał, nie dał dokończyć, ponieważ zrobił to, co planował zrobić od dłuższego czasu.
Namiętnie pocałował.

Chwila była chwilą, ale najpiękniejsze chwile trwają dłużej. To nie było tylko złączenie ust przez zakochanych. To był dowód niepowtarzalnej i niewytłumaczalnej relacji łączącej dwoje ludzi. Chciałam jeszcze dłużej czuć rytm jego serca. Chciałam jeszcze dłużej tulić się do niego. Chciałam jeszcze dłużej smakować jego ust i trzymać ręce na jego szyi.
Ale…on odsunął się. Odszedł. Zostawił mnie samą w tym pechowym dwuosobowym apartamencie na najwyższym piętrze hotelu. Potrzebowałam chwili na opanowanie emocji. Nie udało mi się to do popołudnia. A wtedy czas był na szykowanie się. Zaznaczam, że był to czternasty lutego. Dzień zimny i bezchmurny. Mimo wszystko wierzyłam, że ta dzisiejsza noc będzie pełna gwiazd i nie chcę jej popsuć.
Zrobiłam wszystko co mogłam, żeby wyglądać jak ideał. Mimo wszystko suknia była w centrum lustra. To ona dodawała uroku i wpasowywała się w powoli ciemniejące niebo. O siedemnastej pięćdziesiąt pięć wyszłam z pokoju. Tego dnia do mnie dotarło, że on jest tą jedną osobą, której tak naprawdę na mnie zależy. Tylko mu mogę w pełni zaufać i to właśnie w nim się zakochałam. Zobaczyłam taksówkę przed wyjściem z hotelu. Ale…nie było nigdzie mojego Em. Taksówkarz zaprosił mnie do auta i pojechał w nieznaną mi stronę. Zatrzymał się przy tej samej kawiarni, w której pierwszy raz razem wypiliśmy kawę. 
Wysiadłam z samochodu i zobaczyłam coś nie prawdopodobnego. Scena wydawała się pochodzić z moich najśmielszych i najpiękniejszych snów. Cała sala czerwonych róż, a do tego wyjątkowy walentynkowy klimat. Chwila, której nie oddałabym za żadne skarby. A na samym środku ON. Ten, którego kocham. Ten, któremu odpowiem “tak”. Ten, który jest taki tylko jeden, a każdy inny był pomyłką.
-Rozalio, czy wiesz już, co mi odpowiesz?
Wiedziałam. Nie odpowiedziałam, tylko podbiegłam i jeszcze raz, z długo przemyślaną siłą i delikatnością połączyłam nasze usta, które od teraz należały do siebie wzajemnie i oddały się uczuciu. Niektóre chwile są zapamiętane na zawsze i już nigdy nie dam rady wymazać ich z pamięci.

Ps. Hotel niczemu nie był winny. Jak się później okazało to w tych rezerwacjach pomieszał troszkę sam mój Em, ale wybaczam draniowi.

Autor Julaa
Opublikowano
Kategorie One-shot Romans
Odsłon 485
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

Autor

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!