Gods and Punks

– Tędy, panienko Krüger – zachęcił pryszczaty jegomość w sporo za dużym mundurze Bundeswehry.

Nihal posłusznie ruszyła w ślad za przypominającym tchórzofretkę po zawale przewodnikiem, tylko cudem powstrzymując napad dzikiego śmiechu. Panienka! On ją nazwał panienką! Z jednej strony mogła mu wybaczyć – młodzik zdawał się wyraźnie zestresowany jej przenikliwym spojrzeniem smoka, twarzą trzynastolatki i odznaczeniami starszego pilota-instruktora na pagonach. No ale panienka! Litości!

– Powiedz mi, proszę, jeszcze raz, co konkretnie będę robić na statku? – spytała słodko, odgarniając na plecy długiego warkocza. Jak najlepiej spróbowała zamaskować to, że nic nie pamięta z wcześniejszego wykładu, którym tak skrupulatnie uraczył ją sam generał.

– Eee… – wypowiedział się chłopak, dopiero po chwili dodając swoje ulubione: – Tak jest, panienko Krüger!

– Więc słucham – pogoniła, niezbyt dyskretnie udając, że wcale nie zauważa, jak gówniarz ze z trudem maskowaną ciekawością zerka w stronę jej biustu, dość okazałego jak na kogoś tak mikrej postury. Miał pecha – guziki koszuli od galowego munduru zapięła regulaminowo, pod samą szyję.

– No bo ten – kontynuował rudy. – Jak panienka pewnie wie, potrzebujemy w załodze jak najwięcej istot magicznych. A zwłaszcza takich, które posiadają jakiekolwiek wyszkolenie wojskowe. Można powiedzieć, że wszelkie cudaki to taki dodatek do armii…

– Cudaki… – powtórzyła machinalnie pod nosem.

– No znaczy się istoty magiczne, no – poprawił szybko. – Na pani dowództwu jakoś szczególnie zależało, no bo w końcu smokon z wojska, nie? – Zaśmiał się na siłę.

– Smokon w połowie – westchnęła. – Nie słodź mi tutaj. Doskonale wiem, że po prostu zabrakło im… normalnych.

– Proszę się tak nisko nie oceniać – wyskoczył, ale pod wpływem miażdżącego, czerwono-białego spojrzenia jakoś tak skurczył się w sobie. – Panienka jest w połowie wyvernem, prawda?

Nihal westchnęła, wywracając oczami. Zdecydowanie nie chciało jej się rozmawiać, ale widziała, że koleś raczej się nie odczepi, jeśli nie zrobi z niej wcześniej źródła najnowszych plotek.

– Jestem smokonką. Ale na dziedziczkę wybrał mnie smok, który jest w połowie wyvernem. Bardziej w tę stronę to działa – machnęła lekceważąco dłonią.

– Ach. Ciekawe! – Chłopak ewidentnie zapomniał o tym, jak zamyka się usta. – No to tak, kontynuując. W tej chwili mamy tak słabe kadry, że potrzebujemy panienki właściwie do kilku funkcji naraz. Dowódca istot magicznych, szeregowy smok, członek chwilowego tak zwanego Rządu Okrętowego, zastępującego tymczasowo stanowisko Grossadmirala, którego jeszcze nie wybrano, no i, oczywiście, szesnasty pilot.

– Szesnasty?! – nie wytrzymała, zatrzymując się w pół kroku. – Jaki, ja się pytam, szesnasty pilot?!

Chłopak, widząc, że smokonka na poważnie bierze się za obrażanie dowództwa i jego rodzin do szesnastu pokoleń wstecz, szybko uniósł dłonie w pojednawczym geście:

– Proszę się nie denerwować…

– Jak ja mam się nie denerwować?! – ryknęła niska dziewczyna głosem tak potężnym, że aż zwróciła na siebie uwagę co najmniej kilkunastu osób, zajmujących się swoimi sprawami w pobliżu. – Wepchnęliście mnie na jakieś psychicznie niskie stanowisko i nie pozwalacie się denerwować?! W dodatku coś się zdaje, że tamten to Dieter Lammers, a chyba pierdyliard razy prosiłam, byście mi go nie przydzielali!

Rudy zmarszczył zabawnie brwi i zaciął się na moment, zaskoczony nagłą zmianą tematu. Posłał zdziwione spojrzenie sporemu czarodziejowi, zbliżającemu się do nich sprężystym krokiem, i znowu zerknął na gotującą się drobną pilotkę.

– Panienko Krüger, ja to już tłumaczę… Statek wymaga obecności dwóch pilotów. Piloci pracują dwójkami i mają swoje liczby, parzysta oznacza pilota głównego, nieparzysta pomocniczego.

– Ach. – Nihal zatrzymała się z dłonią w górze. Sama nie wiedziała, co jeszcze przed chwilą chciała z nią zrobić – gestykulować, czy może chłopakowi zwyczajnie maznąć z powszechnie znanego plaskacza w tą pryszczatą facjatę. – Skoro tak… Ale co Dieter tu robi?!

– Oprowadzi panią po statku – wytłumaczył żołnierz, wycofując się z widocznym zamiarem ulotnienia się do koszar i schowania w najgłębszej dziurze. – Nie znaleźliśmy nikogo odpowiednio wykwalifikowanego. Poza tym… państwo się znacie.

– Dlatego właśnie nie chciałam, żebyście mi go przydzielali! – zawyła smokonka.

– Cześć, Nihal. – Dieter znalazł się już na tyle blisko, że z łatwością mogła policzyć wszystkie jego nieskazitelnie białe zęby, lśniące w szerokim uśmiechu gwiazdy filmowej.

– Specjalnie list pisałam! – krzyknęła jeszcze za odbiegającym rudzielcem, jednak nie doczekawszy się reakcji, odwróciła się w stronę czarodzieja z przerażeniem na twarzy.

– Serio? Napisałaś list do dowództwa, żeby ci mnie nie przydzielali? – Niebieskooki blondyn o umięśnieniu, na widok którego każda zdrowa na ciele i umyśle kobieta padłaby zemdlona na betonową płytę lotniska, zmarszczył brwi.

Nihal niestety nie była zdrową na ciele i umyśle kobietą.

– Tak jakoś wyszło. – Zgrzytnęła zębami, z całych sił zaciskając dłonie w pięści. Czuła się jak naburmuszona czterolatka, za żadne skarby nie godząca się na zjedzenie następnej łyżki kaszki manny.

Choć w tym przypadku kaszka manna była wyjątkowo dobrze doprawiona i zdecydowanie z najwyższej półki.

– Znowu wydziwiasz? – Czarownik przekrzywił głowę, dzięki czemu skojarzył się z siedzącym na grzędzie indykiem. – Chodź, nie marudź już.

Nihal westchnęła boleśnie, pod uwagę biorąc szybkie wskoczenie do metalowej beczki z paliwem, która stała nieopodal, kusząc i nawołując. Niestety nie łudziła się nawet, że blondas ją zostawi, by mogła utopić się w spokoju. Minęły trzy lata, od kiedy ostatni raz się widzieli, a on nadal tak samo ślinił się na jej widok, jak wtedy.

Nigdy nie potrafiła dokładnie opisać tego, jak to się właściwie stało, że na samym początku górnolotnie określanego mianem „kariery wojskowej” okresu trzymali się razem. Być może sprawiło to specyficzne przyciąganie, które w niewiadomy sposób nakazywało istotom magicznym podświadomie szukać towarzystwa podobnych sobie, może ta cała „chemia”, jaką ktoś nieustannie między nimi czuł… grunt, że zaprzyjaźnili się błyskawicznie. I na dobre. Choć nigdy nie szczędziła mu złośliwości i wiele brakowało jej do miana najlepszej przyjaciółki na świecie, Nihal trzymała się przystojnego blondyna jak magnes, niemal nie odstępując go na krok. Podziwiała go, imponował jej, choć za nic nie przyznałaby się do tego głośno… poza tym od samego początku po prostu dobrze im się rozmawiało. Miała wrażenie, że nie istnieje temat, z którym nie mogłaby się do niego zgłosić, że nie ma takiego problemu, z którego rozwiązaniem nie chciałby jej pomóc, tylko… no właśnie – gdy to wszystko zaczęło wyściubiać nieśmiało nos poza granice przyjaźni i przeradzać się w coś większego, wolała czym prędzej wziąć nogi za pas. Dieter, choć z pewnością cudowny, atrakcyjny i jakiś taki idealny w każdym tego słowa znaczeniu, zupełnie jak przesłodzony obraz księcia z bajki Disney’a, był w swoich zapędach przerażająco wytrwały, nie przejmując się tym, że wybranka jego serca mogłaby mieć cokolwiek przeciwko. Na przykład permanentną alergię na związki i romantyczność jako taką.

Jak to jest, że do niektórych facetów po prostu nie dociera, że nie są mile widziani? To cud, że po tylu koszach jeszcze nie zorientował się, że coś jest nie tak. Gdzie on miał wyłącznik?!

Podczas niedługiego spaceru po lotnisku skupiała się na wszystkim, byleby tylko nie musieć patrzeć na szerokie plecy prowadzącego ją mężczyzny. Rozglądała się, wyszukując ciekawostek. Zdołała zauważyć parę osób ze swojej nowej załogi, krzątających się i usiłujących upilnować wszystkiego przed wylotem. Choć polegała jedynie na opowieściach i nie najlepszych opisach generała, niektóre z tych osobistości były na tyle charakterystyczne, że z łatwością je rozpoznawała.

Na przykład doskonale zbudowana kobieta o obfitym biuście, dodatkowo podkreślanym przez skórzany kombinezon mechanika. Miała cynamonową skórę i intensywnie zielone włosy, ścięte do połowy policzka. W różowych oczach czaiły się sadystyczne ogniki gdy wymachując kluczem pięćdziesiątką, krzyczała na noszących skrzynie pomocników. Na policzku miała spory ślad smaru.

Albo wysoka dziewczyna paląca papierosa w pobliżu ciężkich pudeł z wybuchową amunicją. Czarne włosy zaplotła w masę cienkich, ozdobionych kolorowymi koralikami warkoczyków, bujną falą opadających aż do bioder. W różnobarwnych oczach czaiło się zatuszowane przez wrogość zagubienie.

– Oto nasz Zerstörer! – Dieter złapał dziewczynę za ramiona i bez najmniejszego wysiłku postawił przed sobą, jakby była zabawką. Wyrwana z zamyślenia smokonka zawarczała na niego groźnie, błyskając zaostrzonym kłem, ale nie przejął się zbytnio. – Jakie robi wrażenie?

Nihal, dochodząc do wniosku, że na ten moment kolesiowi odpuści, spojrzała na górujący nad nią statek. Pierwszym, co przyszło jej na myśl, było:

– Ja pierdzielę. I to lata?

– I to jak lata! Jak marzenie! – rozległo się w niewielkiej odległości za jej plecami.

Smokonka odwróciła się gwałtownie na pięcie, przestraszona, lecz uspokoiła się nieco na widok intruza. Dziewczyna wyglądała cokolwiek oryginalnie – filigranowa, niska blondyneczka z ostrym makijażem miała na sobie elegancką czarną bluzkę w białą łączkę, obcisłe spodnie koloru pudrowego różu i modne botki z ćwiekami, ponadto na jej szyi błyskał niewielki srebrny półksiężyc na delikatnym łańcuszku – symbol tego, że do czynienia mieli z wilkołakiem. Dość słabym, patrząc na jej gabaryty, i z pewnością takim, który nigdy choćby nie postawił stopy na terenie wojskowym.

Nihal spięła się zauważalnie i skrzywiła nieufnie. Laseczka szczerzyła się szeroko, ukazując aparat na zębach, a tona biżuterii na jej smukłych dłoniach zadzwoniła, gdy poprawiła trzymany pod pachą plik papierów i kubek termiczny w kotki.

– A ty coś za jedna? – syknęła nieufnie, mierząc lalunię nieprzychylnym wzrokiem.

– Leah Wilkosz się nazywam. – Blondi wbrew pozorom miała wręcz miażdżący uścisk dłoni. Ponadto za pasek różowych rurek zatknęła bagnet od kałasznikowa, nie zamierzając w żaden sposób go maskować.

– Tutejsza chyba nie jesteś? – Dieter już chciał coś powiedzieć, lecz zjeżona smokonka przerwała mu gwałtownie uniesioną dłonią. – I co tutaj robisz? Jesteś księgową? Bo nie wyglądasz na taką, co by tu mogła cokolwiek innego…

– Można powiedzieć, że jestem panią od wszystkiego. – Wilkołaczyca nadal się uśmiechała, lecz w jej brązowych oczach błysnęło coś niebezpiecznego. – Nazywają mnie kapitanem. O wiele łatwiej by było, gdybym sama potrafiła określić swoją funkcję. – Wzruszyła ramionami. – Jestem… nadzorcą, mechanikiem, pomocą techniczną i megafonem jednocześnie, jeśli trzeba kogoś ochrzanić. Pochodzę z Polski, skoro już tak bardzo chcesz to wiedzieć. Chociaż wątpię, żeby to było do czegokolwiek komuś potrzebne.

– Ty?! Mechanikiem?! – Nihal już zamierzała wytknąć blondi palcem, lecz dłoń opadła jej bezwładnie wzdłuż ciała.

– Ta kupa zardzewiałego złomu to moje dziecko. – Wskazała kciukiem na ogromny kształt. – Ale nie, ja też nie mam pojęcia, jakim cudem dostałam się na to stanowisko. Nie jestem wojskową. Nie jestem nawet inżynierem, informatykiem czy… – Wzruszyła ramionami. – Nieważne. W każdym razie to ja muszę ci pokazać większość spraw. Wiesz, pilot musi wiedzieć, co trzyma się na taśmę klejącą, a co jedynie na słowo honoru, co nie? – Ruszyła w stronę gigantycznego statku, po drodze trącając wyszczerzonego Dietera łokciem. – A ty już się tak nie szczerz, przyjacielu mój ty kochany, bo ci ząbki od słońca pożółkną.

– Pani kapitan? – powtórzyła bezgłośnie smokonka, ruszając za małą blondynką i rzucając przelotne spojrzenie Dieterowi. – Słabo mi się to widzi…

– Przez jakiś czas nazywali ją Grossadmiralem, ale po tym, jak dość dobitnie nam wytłumaczyła, co o tym sądzi… Sama wiesz. – Czarownik nadal uśmiechał się jak pomylony, zupełnie jakby w poznaniu się smokonki z wilkołaczycą miał jakiś ukryty interes.

Grossadmirala i tak nie mamy, więc czemu by nie? No dawaj, zróbmy jakąś nieprzeszkoloną blondynę szefem wszystkich szefów, będzie fajnie – parsknęła. – Ona w ogóle coś potrafi oprócz malowania paznokci?

Leah odwróciła się przez ramię i puściła nowej koleżance oczko, przytykając obładowany pierścionkami palec do ust, jakby zdradzić miała ogromną tajemnicę.

– Beze mnie byście własnego tyłka nie umieli znaleźć – powiedziała konspiracyjnym szeptem. – No. Ale to jest Zerstörer. Moje ulubione dziecko, jak już mówiłam. – Przez chwilę faktycznie wyglądała na dumną matkę, przedstawiającą swoją ukochaną pociechę innemu rodzicowi.

Zerstörer był gigantyczny. Tysiące ton ciemnej, topornie spawanej blachy tworzyły kanciasty korpus, do złudzenia kojarzący się z lotniskowcem – twór miał nawet podobną platformę u góry kadłuba. Cztery chronione stalowymi obręczami silniki miały śmigła tak wielkie, że z trudem można było wyobrazić sobie, jak transportowano ich części.

Ramię w ramię obdarzony paranormalnymi mocami człowiek i zaniepokojony nadpobudliwy smok pokonali pochyłość rozłożonego trapu, podążając za tajemniczą kobietą o twarzy małej dziewczynki.

No bo właśnie – w Lei było coś takiego… Nihal sama nie potrafiła dokładnie powiedzieć, o co mogło chodzić, lecz jej instynkt dosłownie bił na alarm, nie pozwalając się w pełni rozluźnić i dziewczynie zaufać. Coś z nią było zdrowo nie tak. Tylko co?

Wnętrze, niestety, wyglądało tak, jak można tego było spodziewać się po dość dawnej dacie produkcji – wszystko można było określić jednym słowem: „toporne”. Korytarze w większości zmieściłyby jedynie dwie osoby idące obok siebie. Oświetlały je niewielkie, okratowane, kojarzące się z kopalnią lampki – zwyczajne, spotykane w każdym domu żarówki-bańki dawały ciepłe, jednak trochę za słabe światło. Wszystko wyłożono ciemną, prawie matową blachą, zespawano niezbyt dokładnie i poprawiono śrubami wielkości wnętrza kobiecej dłoni. Nierówne spojenia metalowych płyt tworzących podłogę starano się zamaskować zaskakująco czystym czerwonym dywanem. Niestety nawet najbardziej nieskazitelny dywanik nie ukryje partactwa na ścianach…

Nihal, mierząc wzrokiem jeden z przypominających rzepę mętnych kloszy, musiała przyznać, że wszystko to miało swoisty fascynujący urok. Nie mogła przestać przyglądać się szczuplutkiej Lei, z zachwytem opowiadającej o wszystkim, co mijali. Odnieść można było wrażenie, że zna historię wiążącą się z dosłownie każdym elementem, a każdy najdrobniejszy niedokładnie wykonany spaw budzi w niej bezsprzeczny, z trudem maskowany zachwyt. Czasami wręcz wcale nie maskowany.

Kim ona tak właściwie była?

Całość składała się z dziesięciu sektorów, z których sporą część zajmowała zbrojownia i sypialnie załogi. We wnętrzu znalazło się nawet niewielkie zadaszone lądowisko dla drugiego, mniejszego statku – obiecanego, ale niepodważalnie nieobecnego, chyba że schowanego za stertą zielonych skrzyń. Całość w tej chwili mieściła ponad tysiąc żołnierzy, dwieście Istot i sto osób z wykwalifikowanej obsługi technicznej. Pokład świecił wręcz pustkami, przez całą drogę natknęli się maksymalnie na dwie osoby, czym prędzej odwracające wzrok i przyspieszające kroku. Nihal zdążyła się zorientować, ze Istoty traktowane są nawet tutaj z pewną dozą nieufności… Jeśli o czymś tak delikatnym jak nieufność można było w tym przypadku mówić. Ludzkość jeszcze nie oswoiła się z tym, że nie jest najlepiej rozwiniętą rasą na ziemi. Nawet wojskowa dyscyplina, nakazująca okazanie szacunku dowódcy, uciekała w las, gdy w półmroku błyskały czerwono-białe smokońskie oczy. Ba! Nawet stukającej obcasami „pani kapitan” woleli schodzić z drogi, co wyglądało cokolwiek absurdalnie już przez samo to, że ledwo sięgała głową do ramienia przeciętnemu żołnierzowi.

– No, a tutaj ostatni etap naszej wycieczki krajoznawczej – zapowiedziała, gdy korytarz skończył się ślepą uliczką. – Sterownia. Jak widzisz, zamek na hasło – nie zepsuj, bo sama go programowałam. Z tutorialem z youtube’a, ale jednak. – Ponownie roześmiała się, przełożyła kubek termiczny do drugiej dłoni i szybko wpisała cztery cyfry na przypominającej absurdalnie ogromny kalkulator topornej klawiaturze.

– 1410? Bitwa pod Grunwaldem? – Nihal uniosła jedną brew.

– Raczej przepis na bimber – skrzywiła się Polka. – Ale może być i tak. No, wlazł! – Teatralnym gestem wskazała podwójne metalowe drzwi i ukłoniła się lekko. – Przypominam o kulturze osobistej wobec sprzętów, bo obawiam się, że spora część ich producentów też musiała używać youtube’a… Ajć, dobra, nieważne. – Przybrała słodki uśmiech na znak, że nie powie nic więcej.

Pomieszczenie było dość małe i zwężające się ku przeszklonemu dziobowi statku. Sama szyba nie składała się z jednolitej sfery, jak to zwykle na działających jeszcze jednostkach bywa, lecz została stworzona dzięki metalowej, podzielonej na kwadraty ramie i wprawionych w nią grubych kawałkach szkła.

Fotel pilota wyglądał na zachęcająco wygodny, ale liczników i kontrolek było zniechęcająco dużo. Nihal usiadła na nim na próbę, przymierzyła się do steru, lecz cofnęła szybko dłonie. Leah wciąż zerkała jej przez ramię, jakby bojąc się, że świeżo upieczona pilotka cokolwiek jej popsuje.

– To teraz najlepsze – ucieszył się Dieter, zacierając dłonie.

– Jesteś pewien? Może najpierw… nie wiem… lot w charakterze obserwatora? – Wilkołaczyca wyglądała na zaniepokojoną.

– Daj spokój, poradzi sobie. Przecież to działa jak taki nieco większy myśliwiec – usiłował przekonać ją czarownik, przyjacielsko kładąc dłoń na drobnym ramieniu swojego dowódcy.

– Byłabym wdzięczna, gdybyście przestali rozmawiać tak, jakby mnie tu nie było – warknęła Nihal.

Leah myślała przez chwilę. Oceniła Nihal wzrokiem, nerwowo nawinęła na palec kosmyk ściętych do ramion włosów.

– A zresztą… – westchnęła wreszcie. – Wszystko ci wytłumaczę. Kolega zna praktykę, a ja teorię, jakoś to dźwigniesz.

– Zajebiście! – Dieter klasnął jak małe dziecko. – Więc usiądź wygodnie…

– Ocipiałeś? – spytała uprzejmie smokonka, gdy już zorientowała się, że chłopak wcale nie żartował. Uniosła się z fotela, zamierzając czym prędzej skorzystać z wciąż otwartych na oścież drzwi.

– Nie bój się, to naprawdę proste. – Złapał ją za ramiona i delikatnie, acz stanowczo posadził z powrotem. – Jutro twoja pierwsza czynna służba, musisz nauczyć się czegoś przed nią, żebyśmy nie musieli organizować ci instruktora, co nie? Jak zauważyłaś, mamy pewne… hm… braki kadrowe. Będzie fajnie, zobaczysz.

– Nie wierzę ci jak psu! – parsknęła, mimowolnie pozwalając, by zacisnął jej palce na drążkach sterowniczych. – I gdzie drugi pilot?! Ja jeszcze nie chcę się zabić, wiesz?!

– Ja mogę być drugim pilotem – zapewnił, siadając zaraz obok niej. – Normalnie jestem czwartym, ale czasem zastępuję nieparzystych.

– Nieparzyści są ogólnie rzecz biorąc nie do końca potrzebni – włączyła się Leah. – Poleci się tym w pojedynkę. Po prostu musiałabyś wtedy samodzielnie nawigować, wprowadzać dane do komputera i patrzeć, czy nic nie odpada.

– Czy nic nie odpada? Naprawdę nie podoba mi się, że to powiedziałaś – jęknęła. – No to, pani instruktor, co teraz?

– Tutaj masz piasecznice, tutaj czuwak aktywny, tutaj syrenę, boczniki są obok nastawnika jazdy – odpowiedziała z profesjonalną miną.

Nihal otworzyła usta i zamarła tak, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Leah dopiero po dłuższej chwili parsknęła śmiechem, a Dieter pospieszył z wyjaśnieniem:

– Leah jeszcze ci o tym nie wspominała, ale zanim tutaj trafiła, była maszynistą kolejowym. Czasem lubi rzucać niezrozumiałymi lub zupełnie nieśmiesznymi żartami, nie przejmuj się.

– Moje żarty nie są śmieszne? Raczej to ty jesteś zbyt głupi, żeby je zrozumieć – żachnęła się wilkołaczyca. – Dobra, to teraz na serio. Dieter tylko cię tak pocieszał, gdy mówił, że to jest podobne do myśliwca. Bo nie jest. A w każdym razie na tyle, na ile znam się na myśliwcach – a się nie znam – przypomina je w niewielkim stopniu. Ale jest proste, a to najważniejsze. Nawet ja bym to poprowadziła, gdyby nie to, że… Ech, nieważne. – Speszyła się nagle i machnęła dłonią na znak, by nikt nie ciągnął tematu. – Przesuń się trochę i zapamiętuj, będę pokazywać.

Niechętnie smokonka pozwoliła, by drobna wilczyca usiadła na skraju jej fotela. Zaciekawiona wodziła wzrokiem za jej palcami.

– Tutaj masz manometry. Jak widzisz, jest ich sześć. Spora część urządzeń na statku działa pneumatycznie – rozwiązanie oszczędne, ale i praktycznie niezniszczalne, lepsze w większości przypadków od elektroniki. Tutaj masz sprężarkę główną – a właściwie zespół sprężarek głównych – tutaj masz przewody zasilające oznaczone cyframi od 1 do 4 – odpowiadają za poszczególne silniki – i przewody pomocnicze, które uruchamia się, jeśli główny układ zawiedzie. W razie czego sprężarka układu pomocniczego zawsze działa, ale od niej manometru już nie zamontowali. Bo niby mechanicy mają jej pilnować. Jeśli chcesz uruchomić układ pomocniczy i wyłączyć główny, musisz zgłosić się do mechaników, bo z pulpitu tego nie zrobisz. Na układzie pomocniczym możesz lecieć na jednej trzeciej mocy. We wszystkich manometrach powinno być około osiemdziesięciu atmosfer, tylko w ostatnim czterdzieści.

– Atmosfer…? – powtórzyła nieśmiało smokonka.

– Nie było tarcz w skali Pascala, więc wsadzili w atmosferach. – Leah zignorowała nieco przerażoną minę rozmówczyni. – Tutaj masz termometry silników – jak widzisz, to też nie są do końca termometry, nie pokazują zakresu w stopniach, więc musisz po prostu zapamiętać, że minimalna wartość konieczna do poderwania maszyny do lotu to 100, a maksymalna, przy której należy już lądować lub awaryjnie odłączać silniki, to 900. Pamiętaj o tym, że jeśli wyłączysz na bieg jałowy jakikolwiek silnik, musisz to samo zrobić z tym, który znajduje się po jego przekątnej. Na przykład jeśli przegrzeje się pierwszy, to trzeci też należy wypierniczyć. Zaś jeśli śmigło należy całkowicie odłączyć – jeśli nie może chodzić nawet na biegu jałowym – to dodatkowo musisz przejść na pomocniczy układ zasilania.

– Głowa mnie boli…

– Musisz cierpieć, nic na to nie poradzę. W razie czego wszystko spisałam ci w książeczce. – Pomachała ostentacyjnie kupą papierów, które ze sobą przyniosła. – Tutaj masz napięcia na przetwornicach i prądnicach, tutaj prędkościomierz, tutaj wskaźniki poziomu paliwa we wszystkich zbiornikach, tutaj wysokościomierz. Tutaj coś w rodzaju poziomicy. Przyspieszasz tym – wskazała na prymitywny pedał w podłodze – a hamujesz tym. – Kopnęła w drugi, niemal taki sam. – Ster to taka jakby kierownica. Do kontrolowania wysokości masz to. – Wskazała na wajchę, którą wcześniej nazywała bocznikami. – Żeby maszynę uruchomić, musisz kolejno włączyć wszystkie silniki na sto procent i trzymać ten przycisk – on jest od nagrzewania. Chłodzenie masz też pod przyciskiem – bladego pojęcia nie mam, dlaczego tego nie zautomatyzowali, ale nie wnikam. Gdy będzie dobra temperatura, przechodzisz na obroty jałowe, czekasz na wyrównanie się ciśnienia i… w drogę. – Podniosła się szybko i ponownie szeroko uśmiechnęła. – Proste? Proste. Zerkaj jeszcze czasem na temperaturę wody do chłodzenia, na lampkę od przekaźników nadmiarowych i poziom paliwa, ale tym już raczej jako parzysty pilot nie musisz się zajmować. Tego, jak wszystko konkretnie działa, nie musisz też wiedzieć, ale jeśli będziesz kiedyś chciała… pytaj śmiało. Lubię o tym gadać.

– Zauważyłam – burknęła smokonka.

Leah wyglądała, jakby zamierzała się odgryźć, lecz zdołała zdusić w sobie komentarz.

– To startuj.

Smokonka posłusznie przesunęła przełączniki wszystkich silników i trzymała chwilę przycisk od nagrzewania, jednocześnie patrząc na manometry. Słuchając warkotu włączających się urządzeń i obserwując niebezpiecznie drgający kubek z kawą, który Leah postawiła wcześniej na kokpicie, wygłosiła pod nosem krótką wypowiedź o tym, co dokładnie sądzi o Niemieckich Siłach Powietrznych i ich obsłudze, oraz rodzinie i znajomych tejże obsługi, następnie odnalazła jeszcze kilka przycisków, postanawiając skupić się na czymś oprócz wymyślania coraz to nowszych epitetów.

Silniki nagrzały się zaskakując szybko. Lub wręcz za szybko. Statek uniósł się w powietrze dość płynnie, posłusznie słuchał wszystkich poleceń, reagował wyjątkowo zwrotnie jak na swoje lata. Choć wielka maszyna okazała się o wiele lepsza w prowadzeniu, niż dziewczyna mogła spodziewać się po odniesieniu pierwszego wrażenia, i tak z ulgą osadziła ją ponownie na lotnisku.

Odchyliła się w fotelu i, próbując przestać panikować na widok odczytów termometru w jednym ze śmigieł, spytała cichym głosem:

– Kochana pani Grossadmiral…

– Nie jestem Grossadmiralem, kurna, no – jęknęła Leah. – Mówiłam już, że w sumie to nie mam ściśle określonej funkcji. Ale jeśli tak bardzo chcesz… możesz chyba nazywać mnie mechanikiem.

– Zachowujesz się jak dowódca, więc nic dziwnego, że cię nim tytułują – burknęła smokonka. – Ale niech ci będzie, pani mechanik. I ty, Dieter, właściwie też. Moglibyście odpowiedzieć mi na kilka pytań?

– Co tylko zechcesz – zapewnił gorliwie czarownik.

– Zarąbiście. Czy tylko mi ten ton brzmi na preludium kurwielca na skalę światową? – Wilkołaczyca wywróciła oczami, lecz szybko się opamiętała. – Znaczy tak. Już mówiłam, że możesz śmiało pytać.

Nihal obróciła się na krześle, by lepiej ich widzieć, i zakładając nogę na nogę i rozpościerając się na oparciu, wycedziła:

– Powiedzcie mi, tylko szczerze. Ile ta łajba ma lat?

– Mojego Złomka nazywać jakąś tam łajbą? – Leah zbulwersowała się jak małe dziecko.

– Dwadzieścia trzy – odpowiedział Dieter. Nawet nie drgnęła mu powieka.

– A ile dokładnie ma najstarszy działający statek w szeregach Tarczy? Najstarszy walczący czynnie?

– Dwadzieścia trzy. Zerstörer jest najstarszy. – Leę nagle bardzo zaciekawiło coś, czego dopatrzyła się na swoich paznokciach.

– Nie udawaj, że nie wiesz, o co mi chodzi, lalka! – krzyknęła dowódczyni, uderzając pięścią w podłokietnik. – Pytam się jako twój zwierzchnik. Ile ma najstarszy statek, ale oprócz tego rzęcha?

– No… dwa lata z hakiem? – Blondyn niepewnie zerknął na Leę.

– Niecałe dwa lata – sprostowała bez chwili wahania. – Wprowadzają plany wycofania go z gry, bo uznali go za przestarzały.

Nihal zerwała się z miejsca, zgodnie z przewidywaniami Lei dostając prawdziwego kurwielca.

– Dziewczyno, czy ty słyszałaś, co właśnie padło z twoich ust?! Drugi najpotężniejszy kraj Tarczy lata jakimś zasranym rzęchem!

– Czwarty, nie drugi – przerwał jej nieśmiało Dieter.

– A gówno mnie właściwie obchodzi który! – wrzeszczała, machając ramionami w nieskoordynowany sposób. – Potęga gospodarcza, kraj z gospodarczej czołówki świata, cholera jasna, ja pierdolę, a nie stać go na zbudowanie jednego gównianego statku, ja się pytam?! Czy kogoś ta pieprzona Ziemia jeszcze obchodzi?!

– Obchodzi, przecież po to jest Tarcza – zdenerwował się Dieter. – Poza tym wiesz, jak to jest. Pierwszy atak nastąpił w Niemczech. Zdajesz sobie sprawę z tego, ilu ludzi straciliśmy? Z gospodarczej potęgi, o której mówisz, naprawdę niewiele już zostało. Mamy bardzo poważne kłopoty, jeśli o to idzie…

– No i o to mi, kurwa, chodzi! – weszła mu w pół słowa. – Nie mamy nawet wystarczająco ludzi, by obsadzić tu wszystkie stanowiska, a co dopiero… Przecież rozbijemy się tym złomem na pierwszej pierdolonej akcji, nie ma bata! Albo i wcześniej! A ja, do chuja wafla, nie mam ochoty umierać! Za młoda jestem! Czy to coś w ogóle wytrzyma w trybie międzygalaktycznym, jeśli zajdzie potrzeba?!

– Wytrzyma. To stara konstrukcja, kiedyś budowano solidniej. – Leah sprawiała wrażenie niepokojąco spokojnej.

– Nie, ja nie chcę jednak tego wiedzieć, zawrzyj się, nic do mnie nie mów! – Dowódczyni w dziecinnym odruchu zatkała uszy dłońmi.

– Nihal, błagam, uspokój się. – Dieter objął ją delikatnie ramionami.

– Japierdolękurwamać, jak ja mam być spokojna, ja się pytam…?!

– Okres się zbliża? – palnęła Leah, co zdołało wściekłą smokonkę niejako uspokoić. – Wiem, jak to wszystko wygląda, moja kochana koleżanko. Wiem. I wiem też, że to wszystko – te niedociągnięcia, brak niektórych funkcji, ten ciężar i toporność – można przemienić w zalety. To konstrukcja z lat, gdy walczono zdecydowanie mniej humanitarnie. Mamy największą jednostkę z sił całej Tarczy. Mamy najwięcej broni. Mamy przygotowane miejsca dla ogromnej załogi. Podczas gdy wszyscy będą bawić się w podchody, my pójdziemy jak taran. – Uśmiechnęła się z niepokojącym błyskiem w oku.

– Taran-sraran… – Nihal zmęczonym gestem potarła czoło. – I co z tym taranem, skoro nie mamy go kim obsadzić?

– Jak to nie mamy kim? – Leah rozłożyła demonstracyjnie ramiona i roześmiała się złośliwie. – Sytuacja wygląda tak, że świat roi się od istot magicznych. A kim one są we własnych krajach? Wyrzutkami. Ściganymi listami gończymi, poszukiwanymi… samym społecznym dnem. Myślisz, że nie chcieliby się wyrwać? Myślisz, że nie chcieliby nam pomóc, gdyby to była jedyna cena… amnestii? Możemy im dać drugie życie, Nihal. I stworzyć armię składającą się z najgorszych z najgorszych. Na co czekasz, odważna smokonko?

Nihal milczała dłuższą chwilę, przyglądając się drobnej dziewczynce z półksiężycem na szyi.

– Kim ty jesteś, Grossadmirale? – spytała wreszcie niebezpiecznie cichym tonem.

W uśmiechu Lei było coś nad wyraz wilczego.

Opublikowano
Kategorie Sci-Fi
Odsłon 914
1

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!