Stucky: Piękno w sercu // Rozdział 14. Poznając samotność

      (Ja jestem zakochany w tobie całym, Bucky)

      Mrużył oczy, spoglądając przed siebie i myśląc o nim… o swoim małym Stevie’m… pamiętał każdy szczegół jego twarzy, te zmarszczki mimiczne miedzy brwiami, które tak kochał, ładne usta, zawsze łagodne spojrzenie. Przywoływanie wspomnień nieraz go koiło, gasiło niepokój, pozwalało zasnąć… albo sprawiało, że samotność była nie do zniesienia, bywały dni… i noce… kiedy myślał, że ta tęsknota go zabije.

      Półleżał w pełnym umundurowaniu w poprzek torów, które mieli później wysadzić w ramach ćwiczeń przed poważną akcją. Opierał się o własny wojskowy plecak, w ręku trzymał żarzącego się papierosa. Nie palił. Powiódł wzrokiem do grupki rozmawiających żołnierzy, jeden z nich to zauważył i zakrzyknął do niego przywitanie.

      – Hej, Barnes!

      Odkiwnął mu głową na znak, że usłyszał. I przyglądał się dalej, nie przeszkadzało mu, że koledzy znajdowali się w pewnej odległości i nie wiedział, co mówią. Nie musiał słyszeć, nie dziś, kiedy czuł się tak bardzo… nieszczęśliwy. Nieszczęśliwy? Boże, przecież nigdy wcześniej nie zaznał tego uczucia, więc skąd mógł wiedzieć… Tak, kurwa, był nieszczęśliwy. To Steve stanowił jego szczęście, a teraz go z nim nie było. Miał wrażenie… wiedział… że jego życie nie należy już do niego. Kiedyś należało… kiedyś, gdy miał przy sobie małego, chorowitego chłopaka, który czynił go pełnym wewnętrznie człowiekiem, który był jego częścią, połową duszy… i któremu ofiarował swoją miłość. Już dawno oddał swoje zaufanie, serce, życie… Steve’owi, który pozwolił mu wierzyć, że zawsze pozostanie bezpiecznym, szczęśliwym… a teraz… teraz… należał do wojny. Do chaosu. Nie mógł być pewnym niczego, teraz to rozumiał, został świetnie wyszkolonym snajperem, znał się na walce wręcz… lecz nawet tacy ginęli. Codziennie. Kiedyś może nadejść jego dzień, taki, w którym… Nie, nie wolno mu tak myśleć… musiał przeżyć… obiecał…

      (Będę z tobą do końca)

      …i wiedział, że nie zawiedzie. Obiecał. Dokona tego dla swojego delikatnego, malutkiego Steve’a. Miał motywację. Miłość. Poczuł się silny, pewny danej przysięgi… i zaraz zaatakował go ból tak straszny… Steve, kocham… Steve… tęsknota za jego ciepłem, dotykiem… Steve, błagam…

      (Proszę, zatrzymaj mnie tutaj)

      Wspomnienie własnych słów sprawiło, że zadrżał. Pamiętał, jak bardzo go potrzebował, kiedy je wypowiedział… jak bardzo był zdesperowany… tak jak teraz, jak teraz… Steve… Pragnął go znów zobaczyć, objąć… najszczelniej jak tylko mógł i nigdy już nie wypuścić z ramion. Zacisnął zęby, musiał być twardy, był żołnierzem…

      (Zatrzymaj mnie)

      …lecz czuł się jego Bucky’m… wrażliwym i potrzebującym bliskości… szlag, był na wojnie, nie było tu miejsca na słabości, tęsknotę… a jednak to odczuwał. Jak każdy tutaj. Chciałby móc chociaż na chwilę przestać być wojskowym… zaznać ciepła ukochanego, poczuć jego zapach…

      (Spraw, żebym zapamiętał to na zawsze… żebym nie zapomniał nawet, gdy…)

      …wtulić twarz w miękkość jego włosów, dotykać ciała… Steve, proszę… proszę… nie radził sobie z bólem, tęsknił… potrzebował jego pomocy, ukojenia, które tylko on mógł mu podarować. Tak bardzo tęsknił… tak bardzo bolało… musiał spojrzeć w jego spokojne oczy, pocałować usta… po prostu musiał… lecz jedynym pocieszeniem dla jego cierpienia były wspomnienia. Takie silne, wyraziste… wiedział, że nigdy ich nie straci. Nie istniała żadna siła, która mogłaby odebrać mu miłość i pamięć o niej.

      Odrzucił papierosa przed siebie w ogóle nim niezainteresowany, wyciągnął nogę i przydeptał ciężkim butem. Czekał aż znów będzie mógł mieć blisko ukochanego… aż będzie mógł go poczuć… Steve, proszę… i tak mocno mu go brakowało… chciałby móc odpocząć od tej tęsknoty… przy nim. Potrzebował ukojenia… potrzebował przestać się bać… Steve, pomóż…

      (Jak chcesz?)

      Te słowa… Boże, kochanie… nagle uderzyło w niego wspomnienie tego, jak kochali się po raz ostatni zanim wyjechał. Steve go wtedy ze sobą zatrzymał, nie pozwolił mu na strach…

      (Tak jak mnie kochasz)

      …sprawił, że obaj zapomnieli się w bliskości, odczuwali wzajemnie własne emocje, przenikali się w nich, istnieli tylko we dwóch i byli dla siebie wszystkim…

      (Właśnie tak cię kocham)

      …wierzyli, że nic ich nie rozłączy, ich więź potrafiła pokonać niepokój, zespoili się w jedno i już zawsze tacy pozostaną. Poczuł niebywałą wdzięczność za to, że Steve potrafił tego dokonać i… pragnął mu to powiedzieć… wyznać, że kocha. Nie mógł. Był na wojnie. Kiedy ten chaos się skończy? Kiedy? Chciał już wrócić… przytulić…

      Zastanowił się, co ukochany teraz robi i ta myśl wydała mu się tak miła… nie pasowała do wojennej rzeczywistości, ale potrzebował się jej oddać. Uśmiechnął się z lekka. Pomyślał o codzienności, zwykłości życia, której doświadcza… i to, co jeszcze chwilę temu go uspokoiło naraz wydało mu się smutne. Zawsze dzielili każdą z takich chwil, żaden z nich nie był osamotniony… a teraz obaj dźwigali ten ciężar. I nie mogli się nawzajem podtrzymać w bólu. Nie mogli dać sobie ukojenia, nie mogli być blisko… blisko… życie, które kiedyś było złożone z pięknych, wspólnych momentów było teraz wypełnione samotnością. Wiedział, że Steve czuje to samo i było mu tak bardzo żal… nie chciał, by szarość codzienności odbierała mu radość życia, ale… ale… był bezsilny. Szczęśliwi byli tylko razem.

      Chciałby go przytulić, ukoić jego ból… wywołać na twarzy uśmiech, nie mógł… to, co kiedyś było dla niego łatwością stało się niemożliwością. Ich obu otaczała samotność. Szarość, która kiedyś ich nie dosięgała. Okrutna szarość wojny… i bezlitosna szarość zwykłej codzienności. Każdej doświadczali inaczej, a jednak tak samo. Byli jednością i cierpieli razem, nawet jeśli dzieliły ich niezliczone kilometry.

      Przyjaciela nie było tutaj, ten chaos nie mógł go skrzywdzić, sięgnąć po jego życie i je odebrać… a jednocześnie mógł, ponieważ to on, Bucky, był jego życiem. Steve był bezpieczny, nie mógł zginąć tutaj, gdzie wystarczy moment i kolejny żywot gaśnie. Dawało mu to nieopisaną ulgę, sprawiało, że potrafił zasnąć spokojniej, mógł wyobrażać sobie kolejne zwykłe czynności, jakie on wykonuje codziennie. Bezpieczne czynności. I jednocześnie się martwił. O jego zdrowie, o to, czy nie wdaje się w bójki, czy nie choruje… o to, że jest zmuszony do tęsknoty, samotności. Zawsze się nim opiekował, zawsze przy nim trwał, a teraz nie mógł nawet mieć pewności, jak on sobie radzi. Jednak robił coś, co mogło uratować jego małego, chorowitego chudzielca. Dbał o siebie, pozostawał czujny i dzielny, wiedząc, że jeśli będzie żył… to Steve także. Stanowili dla siebie tlen, dzielili życie, łączyli serca i dusze. Mogli być tylko razem… więc dla niego przeżyje. I wróci. Znów pocałuje. Znów powie, że kocha.

      – Barnes!

      Spojrzał w kierunku, z którego dobiegło wołanie. Inny wojskowy. Też miał na imię James. Młody chłopak, zbyt młody. Jak każdy tutaj. I każdy mógł pozostać młodym już na zawsze.

      – Złaź z torów, bo ciebie też wysadzimy.

      – Jasssne.

      Przyglądał się jak chłopak na przekór własnemu ostrzeżeniu siada obok niego, podciąga pod siebie kolana i obejmuje je rękami. Przez chwilę na siebie patrzyli, po czym skierowali wzrok przed siebie. Milczeli. Porozumienie żołnierzy, nie potrzebowali słów.

      Zastanowił się nad ulotnością życia, nad tym jak wojna łatwo je odbierała. Brutalnie wyszarpywała. Od kiedy stał się takim cholernym myślicielem? Zadrżał, czując się nagle przytłoczonym. Przestraszonym. Nie chciał się bać w miejscu, gdzie każda słabość, każda niepewność mogły przyczynić się do śmierci. Wystarczy chwila zawahania, lęku, zapomnienia w ostrożności… i już. Koniec.

      – Myślisz, że przyjdzie nam wrócić? To badziewie zdaje się rozkręcać w najlepsze.

      – Nie wiem, Jimmy. Wierzę, że tak, wrócimy.

      I znów nastało milczenie. Nagle poczuł się zły, oszukany… rzeczywistość kłamała, każdy miał szansę, nadzieję… i zostawały one wydzierane tak gwałtownie… Przerażało go to i wywoływało nieopisaną wściekłość. Czym na to zasłużyli? Co takiego zrobili? Jakim prawem wojna wyciągała po nich swoje okrucieństwo? Jakim prawem okaleczała? Ich dusze? Ciała? Dlaczego umierali? Tak bardzo tego wszystkiego żałował, tak bardzo… i owładnęło nim zmęczenie. Nie miał sił, by wciąż się zadręczać, wciąż się bać. Chciałby móc przytulić jedno małe ciało. Chciałby poczuć ten kochany zapach, dotknąć… nie mógł… pozostały mu wspomnienia. Jedyne, co w tej chwili miał. Tęsknił. Nie miał przy sobie ukochanego, nie mógł objąć. Żył tutaj razem z innymi żołnierzami, a jednak każdy z nich pozostawał samotny. Dzielili ten sam strach, niepewność, tęsknotę za bliskimi, a jednak byli sami. Boże, pomyślał, pozwól nam żyć.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 666
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!