Tabliczka ouija – One shot PrusPol

– Mon ami nie sądzę, że to dobry pomysł.

– Jestem pewny, że będzie zabawynie! Może się przyłączysz?

– Non, non! To niebezpieczne!

Francis widocznie zbladł, na co uśmiechnąłem się szeroko. To będzie naprawdę interesujący wieczór.

– Niebezpieczne jest przebywanie przy Ivanie, to co ja robię to mały pikuś.

– Nie byłbym taki pewny Felix. Spójrz! Jesteśmy!

Staliśmy przy sklepie, gdzie miałem kupić ćwieczki. Weszliśmy, a mały dzwoneczek nad rzwiami dał znak, że przyszli nowi klienci. Nie mieliśmy problemu z wyborem świeczek, wziąłem te długie, zwykłe, białe. Kupiłem ich aż sześć sztuk, tyle powinno starczyć, racja? Mój salon nie jest jakoś szeroki, powinienem wszystko z łatwością zobaczyć. Pożegnaliśmy się z kasiorką i wyszliśmy, szukając następnego sklepu.

– Szkoda, że Arthur zachorował. Miał mi potowarzyszyć.

– Nie zrozum mnie źle, ale nawet się z tego cieszę. Im mniej ofiar tym lepiej.

– Serio Francis?

– Nie martw się Mon ami! Kupię ci różę na grób!

– Wolałbym tulipana… Ale i tak nie umrę!

Doszliśmy do kolejnego sklepu. To tu miałem ją kupić. Francis postanowił poczekać przed sklepem, bo jak to ujął “Nie chcę by przyczepiły się do mnie jakieś duchy czy inne ustrojstwa”. Gdy wszedłem, tu nie było dzwonka, ale kasier od razu mnie zauważył, pytając czego chcę. Dosłownie spytał się, czego chcę. Nie nauczyli go kultury?

– Chociaż poczekaj! Jesteś jeszcze młodym smarkiem! Zapewne tabliczkę ouija, tak?

Oburzyłem się na przezwisko “młody smark” i spojrzałem na niego groźnie. Nic sobie jednak ze mnie nie robił. I właśnie w takich momentach, przydałby mi się ten wielkolud z kranem w płaszczu.

– Tak.

Powiedziałem siląc się na spokojny ton, a on bez pośpiechu podał mi takową, od której zaświeciły mi się oczy.

– To będzie piędziesiąt złotych.

– Ile?!

– Piędziesiąt złotych. Przeliterować?

– Jak to kracież jest! Nic porządnego w naszym kraju nie ma! Nawet zwykły kawałek drewna, jest drogi! 

Zły dałem mu pieniądze i zabrałem tablicę, wychodząc ze sklepu, bez pożegnania.

– Coś nie tak?

Spytał Francis odsuwając się ode mnie i od tablicy na bezpieczną według niego odległość. Skoro tak bardzo się tego boi, to jakim cudem jest z Arthurem?

– Wszystko jest nie tak! W tym kraju sami złodzieje są! Nic tylko okradają biednych ludzi!

– Nie przesadzasz trochę mon ami?

– Nie! A teraz chodźmy, bo robi się wieczór.

Ruszyliśmy w stronę mojego domu, gdzie Francis miał mi pomóc z ogarnięciem jako tako mieszkania, na zabawę, a później wyjść, nim zdążę cokolwiek przywołać. O ile się uda cokolwiek przywołać.

– Skoro tak bardzo narzekasz na cenę, nie mogłeś sam zrobić tabliczki?

Spojrzałem na niego poważnie.

– Francis ty nieukochana żabko, ty moja. Czy ty myślisz, że mi się chce?

– Polacy…

Przewrócił teatralnie oczami, wzdychając. Po chwili byliśm już pod moim domem. Nie był jakoś specjalnie duży, ot mały, przytulny domek z jednym piętrem, to wszystko. Wyciągnąłem klucze, otwarłem drzwi i po chwili staliśmy już w salonie.

– Kiedy ty tu sprzątałeś mon ami?

Spytał niepewnie Francis, widząc moje ciuchy, które były rozwalone, gdzieniegdzie walały się talerze, kubki, czy nawet resztki jedzenia.

– Chyba w wielkanoc.

Odparłem niepewnie, chcąc sobie przypomnieć bardziej, ale miałem w głowie pustkę. Blondyn spojrzał na mnie zdziwiony.

– Wielkanoc? To było kilka miesięcy temu!

– Aj tam, totalnie przesadzasz.

Wzruszyłem ramionami, a on rozejrzał się bezradnie po salonie.

– Żałuję, że zgodziłem ci się pomóc.

– No wiesz co? Jak możesz!

Rzuiłem w niego poduszką, którą zdążył złapać w locie. Wzieliśmy się do roboty, a po godzinie opadliśmy z sił na kanapę, ale przynajmniej salon był czysty.

– To jak? Teraz reszta?

Spytałem podekscytowany, a on jedynie kiwnął głową. Ja ruszyłem po świeczki i zapalniczkę, po czym zacząłem je rozstawiać w różnych miejscach. Francis zasunął rolety, by było ciemniej i po chwili jedynym źródłem światła były świeczki. Na stoliku położyłem tablicę i spojrzałem na Francisa.

– Na pewno nie chcesz spróbować?

– Non! Poradzisz sobie sam, ja już będę szedł. Miłego umierania!

I jak był, tak go nie było, a ostatnie co słyszałem to dźwięk zamykanych drzwi wejściowych, po czym zostałem sam w domu. Skąd on miał moje zapasowe klucze? 

Zamknąłem drzwi, po czym rozsiadłem się na kanapie przed tabliczką i dotknąłem wskaźnika.

– Jeśli mnie słyszysz daję ci pozwolenie na przybycie do tego miejsca, daj mi znak, że tu jesteś.

Powtórzyłem te zdanie jeszcze kilka razy, a gdy już straciłem wszelką nadzieję i miałem ściągnąć dłoń ze wskaźnika, poczułem na sobie delikatny podmuch wiatru, po czym usłyszałem kroki z nikąd. Coś zapukało w okno, a ja uśmiechnąłem się lekko. Udało się!

– Więc generalnie moim pierwszym pytaniem jest, czy jesteś dobry czy zły. Jak zły to możesz już się pożegnać, jak dobry to z chęcią porozmawiam, poznam, opowiesz mi z jakiego kraju jesteś, byle byś nie okazał się kolejnym Francuzem, wtedy będzie nieprzyjemnie. I weź mi tu nie rób wiatru, jest dość zimno, nadchodzi zima, a ja nie chcę kupować ogrzewania, to kosztuje, nie wiem jak u ciebie było.

Przez moment chwilę nic się nie działo. Wystawił mnie? Nagle jak na złość poczułem silny podmuch wiatru na sobie, a do moich uszu dotarł cichy śmiech. 

– Co za bałwan z tego ducha.

Mruknąłem do siebie pod nosem, jednak musiał to usłyszeć, bo dostałem z nikąd poduszką w głowę. Ja nie tego się spodziewałem! Miało być ponoć strasznie! Teraz za gorsz przyzwoitości nikt nie ma. Nawet duchy!

– Więc może coś powiesz?

Spytałem, dalej trzymając dłoń na wskaźniku, gdy nagle usłyszałem głos obok siebie.

– Co mam powiedzieć?

To było tak niespodziewane, że pisnąłem i spadłem z kanapy, puszczając wskaźnik i odsunąłem się szybko od kanapy. Wstałem na nogi i zacząłem się rozglądać, jednak nikogo nie było. Ale wiedziałem, że tu jest bo słychać było śmiech tym razem głośniejszy i taki dziwny.

– Ty mendo! Już mnie nawet nie obchodzi kim jesteś, dla mnie możesz być nawet samym demonem, ale tak się nie robi! Chcesz bym na zawał zszedł?!

– Przynajmniej nie byłbym sam.

Głos jakby dochodził z nikąd, a ja znów się zacząłem rozglądać. Nikogo nie widziałem.

– Czemu mówisz? Przecież duchy nie mówią i od tego jest tabliczka.

– Nie wszystkie duchy nie umieją mówić. Większość co prawda nie umie, ale zdażają się wyjątki, jednak te wyjątki wolą się ukrywać. Ja jakimś cudem dalej mam pełną świadomość.

– Jesteś poltergeistem?

– Nie, jestem zwykłą duszą.

– A czemu nie chcesz się pokazać?

– Wątpię byś chciał mnie widzieć.

– Pokaż się! Chcę!

Poczułem jak ktoś nagle łapie mnie od tyłu, za nadgarstek i jak opażony odwróciłem się. Za mną stał chłopak, który widocznie był albinosem. Miał białe włosy, bladą cerę, oraz blade usta na których widniał kpiący, a zarazem rozbawiony uśmiech. Posiadał czerwone oczy, a na sobie miał jakiś niebieski mundur. Wyglądałby normalnie, gdyby nie to, że połowa jego brzucha była praktycznie rozerwana. Odsunąłem się kilka kroków, a on jagdyby nigdy nic rozsiadł się wygodnie na kanapie. Chociaż rozsiadł to za małe słowo, on się praktycznie na niej rozłożył.

– Co ci się stało?

Spytałem wskazując na szczątki brzucha, a jego uśmiech zniknął. W pokoju nagle zrobiło się nieprzyjemnie zimno.

– Ratowałem swojego brata. Oboje byliśmy zmuszeni walczyć na drugiej wojnie światowej i zastrzelił mnie czołg.

– Co z tym bratem? Gdzie jest teraz?

– Żyje, chociaż widać, że ze starości zaczyna umierać.

– Obserwowałeś go?

– Obserwowałem i chroniłem, dopóki jakaś pchła nie postanowiła mnie wywołać.

Powietrze znów było normalne.

– Ej! Nie ja wybierałem kogo mam przywołać.

– Mogłeś tego zakrwawionego ducha za sobą.

Wskazał na coś za mną, a ja cały blady odwróciłem się za siebie, jednak nikogo nie dostrzegłem, za to usłyszałem ponowny śmiech albinosa. Czyli sobie żartował!

– Gdybyś mógł już dawno byś nie żył.

Warknąłem na niego i rzuciłem w niego poduszką, która zatrzymała się w ułamek sekundy przed nim i została odbita w moją stronę. Ledwo zdążyłem zrobić unik.

– Gdy przestaniesz się mnie bać, to może wtedy o tym porozmawiamy.

– Wcale się nie boję!

Na jego twarzy znów pojawił się kpiący uśmiech i podniósł się, siadając.

– Tak? To chodź do mnie.

Poklepał miejsce obok siebie, a ja niepewnie usiadłem tak gdzie chciał. On zaczął dotykać moich włosów, a ja lekko się wzdrygnąłem. Jego dłoń była chłodna. 

– Mówiłem, że się nie boję!

Powiedziałem po chwili pewnie, czując, że nic mi się nie dzieje. Pewność nie trwała długo, gdy poczułem jak ten mnie podnosi kładąc na swoich kolanach.

– Ej! Tak się nie umawialiśmy! Z resztą dlaczego ty jesteś materialny?

– Możemy stać się materialni kiedy tylko chcemy. Myślisz, że dlaczego jest tyle nagrań, gdzie duchy były widoczne? Albo momenty, w których ludzie czuli, że duchy ich łapały?

– W takim razie, dlaczego nie żyjecie z ludźmi?

– Nie możemy. 

– Czemu?

– Siły wyższe nie pozwalają. Z resztą nie wszyscy mają świadomość, niektóre dusze chcą źle dla ludzi.

– Gdzie mieszka twój brat?

– W Niemczech.

– Jakim cudem przywołałem Niemca?

Spojrzałem na niego zszokowany, a on jedynie przewrócił oczami. O! Drugi Francis!

– Nie jestem Niemcem, on jest ale nie ja. Ja jestem Prusem.

– To jakim cudem jesteście rodzeństwem?

– Inna matka, ten sam ojciec.

– Jak na ducha, wydajesz się być normalny.

– Ja jestem normalny! To, że umarłem nie czyni ze mnie nienormalnego!

Usłyszałem nagle dziwne ćwierkanie. Zacząłem się rozglądać, aż w oczy padło mi małe, żółte stworzenie.

– Ptak?

– Nazywa się Gilbird i w przeciwieństwie do mnie, on żyje. Polubił mnie i od pisklaka, podąża za mną.

– Duch, który zakumplował się z ptakiem. Tego jeszcze nie słyszałem.

Albinos przez chwilę nic nie mówił, a uśmiech zniknął z jego twarzy.

– Wybacz pchełko, ale muszę iść.

Nie czekając, aż odpowiem zniknął, pozostawiając po sobie jedynie karteczkę, a ja opadłem na kanapę. Wziąłem skrawek papieru w dłoń i przeczytałem napis. 

“Jeszcze do ciebie przyjdę! Właśnie będziesz zdany na zaglibistego mnie do końca życia!”

Dlaczego do końca życia? Nagle ku mojemu zdziwieniu, papierek jakby wyparował. Zgasiłem świeczki, zapaliłem światło i ruszyłem do kuchni. Zrobiłem sobie kanapkę, po czym wróciłem z powrotem do salonu, położyłem się na kanapie i wziąłem telefon w dłoń.

I<3Paluszki: Ej Francis!

Żaba_69: Co?

I<3Paluszki: Nie uwierzysz co się stało!!!

Żaba_69: Jakaś zjawa cię zabiła i piszesz do mnie jako duch?

I<3Paluszki: Błąd! Chodź tu!

Żaba_69: Otwórz drzwi.

I<3Paluszki: Nawet nie pytam… Z resztą masz klucze.

Żaba_69: A no tak. Racja.

Usłyszałem jak ktoś wchodzi do domu, a później do salonu. 

– Posuń się.

Posłusznie usiadłem, a on spojrzał na mnie wyczekująco.

– Przywołałem ducha! I to nie takiego zwykłego! Był albinosem, mogłem go widzieć, dotykał mnie, a nawet rozmawiał ze mną!

– Mówisz, że cię dotykał?

Na jego twarzy wykwintł zboczony uśmiech, od którego moje policzki lekko się zarumieniły.

– Nie w takim sensie zboczeńcu! Dotykał tylko moich włosów.

– To nie brzmi wcale lepiej.

– Domyślam się.

Nasza dalsza rozmowa była głównie o tym jaki jest duch, a później Francis musiał już iść. Jako dobry przyjaciel, zamknąłem za nim drzwi i spojrzałem na zegarek. Już kilka minut po dwudziestej trzeciem, trzeba iść spać. 

Przebrałem się w piżamę, umyłem i po chwili leżałem w ciepłym łóżku. Zamknąłem oczy, a zmęczenie zaczęło brać nade mną górę i po chwili odpływałem do krainy snów i kucyków.

Znaczy odpłynąłbym gdyby nie fakt, że poczułem jakąś obecność przy sobie. I to nie żadna fałszywa obecność, bo dotyk na włosach utwierdził w przekonaniu, że ktoś tu jest, a tak chłodną dłoń mogła mieć tylko jedna osoba. Otworzyłem oczy i przed sobą miałem twarz ducha.

– Co tu robisz?

Podniosłem się do siadu, a on razem ze mną.

– Przecież mówiłem, że będziesz musiał ze mną wytrzymać do końca życia.

Uśmiechnął się, ale widoczne było to, że był jakoś dziwnie przybity.

– Coś się stało?

– Nie, a co?

– Przecież nie jestem ślepy.

– To nic wielkiego dla ciebie.

– Dla mnie może, ale widocznie dla ciebie bardzo welkie. Gadaj i czuj łaskę, że możesz mi się wygadać. W ostatnim wypadku, zawsze mogę iść spać.

– Brat mi umarł.

Przez moment zapanowała między nami cisza, a on przestał się uśmiechać.

– Nie cieszysz się? Przecież teraz oboje jesteście duchami.

– Jesteśmy, ale on przedostał się na tamten świat. Przedostał się do nieba i mimo, że będzie tam szczęśliwy, to będzie mi go brakować.

Uśmiechnął się gorzko, a ja niepewnie go objąłem.

– Nie możesz iść za nim?

– Gdyby to było takie proste. Nie mogę, muszę zostać tutaj.

– Dlaczego?

– Przywołałeś mnie racja? Jesteś teraz ostatnią osobą, która trzyma mnie tutaj. Nie to, żebym się nie cieszył, jednak brakuje mi ludwiga.

Bez większych problemów domyśliłem się kim jest Ludwig, jednak nie sądziłem, że to ja go tu trzymam. 

– Jak mogę cię odesłać?

– Musisz to powiedzieć przy tablicy.

Wstałem i zajrzałem do szafki, gdzie schowałem tablicę. Wyciągnąłem ją i usiadłem na ziemi, a on przede mną.

– Na pewno chcesz to zrobić?

– Na pewno.

On uśmiechnął się lekko i przytulił mnie.

– Będę tam na ciebie czekać.

Również się uśmiechnąłem i przytuliłem go ostatni raz. Po chwili znów usiadł przede mną, a ja wziąłem wskaźnik.

– Powiesz mi na koniec jak masz na imię?

– Jestem Gilbert, a z tego co wiem, to ty nazywasz się Feliks.

Kiwnąłem głową i ostatni raz na niego spojrzałem. Jego oczy wskazywały widoczne szczęście, jak i obawę. 

– Tylko Feliks obiecaj mi coś.

– Tak?

– Bądź dobrą pchłą i nie baw się więcej w wywoływanie duchów, to naprawdę niebezpieczne.

– Obiecuję.

Uśmiechnęliśmy się do siebie po raz ostatni, a ja zacząłem mówić.

– W takim razie dziękuję za rozmowę i proszę cię o opuszczenie tego miejsca.

Minęła dosłownie chwila, a on naprawdę zniknął. Cała jego obecność zniknęła, a ja poczułem narastającą pustkę.

– Do zobaczenia Gilbercie.

Autor HitaKun
Opublikowano
Kategorie Hetalia
Odsłon 521
3

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!