Dziedzice ognia i popiołów 01: Zdradzeni

Prolog

To nie będzie typowa opowieść o wielkiej miłości, o spełnianiu marzeń i o przyjaźniach na całe życie.

Ta opowieść będzie o dwóch zagubionych duszach, które, by mogły być razem muszą najpierw odnaleźć samych siebie, co wcale nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać.

Za każdy uścisk zapłacić trzeba rozczarowaniem, a każdy pocałunek kosztuje tysiące łez. Właśnie dlatego oboje byliśmy samotni, choć rzadko bywaliśmy sami.

Ta opowieść będzie o tym, jak kilka sytuacji może na zawsze zmienić życie. Będzie o dziewczynie, która sądziła, że niczego więcej nie potrzebuje i o chłopaku, który myślał, że niczego więcej nie otrzyma.

Ta opowieść będzie o tym, jak w najgorszym czasie mojego życia, na mojej drodze pojawił się Rider.

1. Zasłużył na nauczkę

Saint Marine zdecydowanie nie było miastem, w którym ktokolwiek chciałby znaleźć się sam nocą. Gdy tylko słońce zachodziło za horyzontem był to znak, by dzieci grzecznie wracały do swoich domów, a dorośli zamykali drzwi na wszystkie zamki, ponieważ to zdecydowanie nie było zwyczajne, spokojne miasteczko. Nocą zmieniało się w arenę, na której każdy mógł zginąć. Wychowałam się tu i już dawno przestałam bać się odgłosów towarzyszących ciemnym zaułkom, czy postaci w kapturach na końcu ulicy. To było moje miasto, a nocą byłam jego częścią.

– Powinnaś iść – przekonywała mnie z uporem Iron.

Za każdym razem, kiedy otwierała swoje umalowane na czerwono usta kolczyk w dolnej wardze uderzał o zęby. Czasami zastanawiałam się, czy zdejmuje go, gdy maluje usta, ponieważ jeszcze nigdy nie widziałam jej bez idealnie nałożonej krwistoczerwonej szminki.

– Bo co? – przewróciłam oczami, zaciągając się papierosem zabranym chwilę wcześniej Damonowi. – Mówiłam już, że mnie to nie obchodzi.

Dziewczyna pokręciła głową, przez co kosmyki jej krótkich, czarnych włosów na moment zasłoniły twarz. Mierząc zaledwie metr sześćdziesiąt była najniższa z nas. Miała łagodne rysy twarzy, które kłóciły się z jej porywczym charakterem, dlatego chcąc dodać swojej twarzy drapieżności zdecydowała się na kolczyki w dolnej wardze, nosie, prawej brwi oraz tunele w obu uszach. Przez zamiłowanie na punkcie piercingu nazwaliśmy ją z Damonem, Iron. Chociaż miało to też związek z poczuciem lojalności i twardym, nieustępliwym usposobieniem. W rzeczywistości nazywała się Ally Moor i była uważana za hańbę w rodzinie szanowanego biznesmena. Wszyscy troje byliśmy w jakimś sensie wyrzutkami we własnych rodzinach.

– Ja sądzę tak samo – wtrącił Damon zaciągając się odebranym mi papierosem i wyrzucając niedopałek.

– Więc oboje się odwalcie – stwierdziłam po prostu, z pozoru obojętnym tonem.

Zeskoczyłam z muru otaczającego szkolny teren, po czym odwróciłam się w ich stronę. Chłopak dłonią przeczesał swoje przydługie, brązowe włosy wzdychając, a następnie również zeskoczył na ziemię. Iron za to wykrzywiła swoją twarz przyglądając się nam z niezadowoleniem.

– To, co zamierzasz zrobić? – spytała, jakby nie mogła uwierzyć, że zamierzałam sobie odpuścić.

Wzruszyłam ramionami. Bardziej, niż tej sytuacji zaczynałam mieć dość reakcji przyjaciółki. Uważała, iż nie powinnam tak po prostu tego zostawiać i miała milion pomysłów, co powinnam zrobić.

– Cholera, Bones wiesz, że ten dupek zasłużył na nauczkę – Iron z gniewnym wyrazem twarzy stanęła przede mną, a w jej zielonych oczach widniał upór, którego nawet ja nie potrafiłam czasem pokonać.

Przeklęłam pod nosem wymijając ją i zrobiłam kilka kroków, po czym odwróciłam się.

– Idziecie? – spytałam zirytowana wiedząc, że za nic nie przegapiliby tego.

Byłam zła na siebie za to, że po raz kolejny pozwoliłam jej się sprowokować. Ostatecznie wkraczaliśmy na przysłowiową drugą stronę ulicy. Miasto podzielone było na dwie strefy wpływów dwóch gangów, które chociaż utrzymywały, że ich członkowie trzymają się swoich stron tak naprawdę uprzykrzali sobie życie przy każdej możliwej okazji. My nie należeliśmy do żadnego z nich, więc dla obu byliśmy wrogami, ale Upadli, po stronie których zazwyczaj przesiadywaliśmy nie byli tak niebezpieczni, jak Łowcy. Dzisiaj jednak na szczęście mieliśmy mieć do czynienia z Upadłymi.

– Później powinniśmy to oblać – zaśmiała się zbyt zadowolona, jak na mój gust Iron.

– Chciałabym, – westchnęłam – ale jutro rano mam wizytę kuratora.

Minęliśmy dilera, który zerknął na nas, ale odwrócił wzrok z powrotem na młodego chłopaka, któremu coś właśnie sprzedawał, kiedy zrozumiał, iż nie obchodzi nas, co robił. W tym popieprzonym mieście nawet gliny ćpały, ale każdy zawsze był ostrożny. To było śmieszne. Pomimo tego na kilka sekund moje myśli zajął chłopak, który mógł mieć najwyżej piętnaście lat. Ciekawiło mnie, jak wpadł w ten nałóg. Zaraz jednak pokręciłam głową, ponieważ to nie była moja sprawa. Mnie udało się tego uniknąć, ale nie zamierzałam zostawać matką Teresą dla każdego zagubionego małolata w okolicy.

– Gdzie właściwie mamy go szukać? – spytał Damon rozglądając się dookoła, po pustych ulicach.

– Słyszałam, że przesiaduje w parku – odpowiedziała Iron.

– Oczywiście nie mogłaś powiedzieć tego wcześniej? – spytałam retorycznie, patrząc na nią z uniesioną brwią.

Wzruszyła ramionami, na co miałam ochotę jej przywalić. Powstrzymałam się jednak. Wypuściłam ze świstem powietrze i skierowałam się w stronę miejskiego parku. Ulice oświetlał żółty blask latarni, rzucając złowrogie cienie na wszystko wokół. Rozglądałam się uważnie, bo ostatnie, czego potrzebowałam to wpaść na któregoś z członków gangu. Miałam trzymać się z dala od kłopotów, a przynajmniej dopóki nie załatwię tej sprawy z Marco.

Park mieścił się w dzielnicy handlowej, w której wieżowce korporacji zdawały się niemal sięgać nieba. Iron unikała tej części miasta, jak zarazy. Wszystko przez to, że w jednym z tych szklanych gigantów pracował jej ojciec. Zerknęłam na nią kątem oka, dostrzegając napięte ramiona i zaciśnięte w pięści dłonie, które natychmiast schowała do kieszeni. Pozostawiłam jednak jej reakcję bez komentarza. Już z daleka dało się słyszeć pijackie śmiechy, więc Marco nie był sam. Pięknie, westchnęłam niemal niesłyszalnie. Park, chociaż doskonale oświetlony nie był uczęszczanym nocą miejscem. Nawet bezdomni trzymali się z daleka, jeśli nie chcieli źle skończyć, a wszystko przez to, iż ludzie Kings’a upatrzyli sobie to miejsce na swoje imprezy.

– No i wtedy powiedziałem jej – słyszałam męski głos, który zamilkł, gdy tylko nasze oczy się spotkały. – Mamy gości – uśmiechnął się obleśnie, lustrując mnie jednocześnie wzrokiem.

Na jego słowa pozostali odwrócili się w naszą stronę. Rozpoznałam kilka znajomych twarzy, w większości wyrażających niezadowolenie.

– Co tu robicie? – zwrócił się do nas Ronny, prawa ręka Kings’a.

– To publiczne miejsce z tego, co wiem – odparłam nonszalancko, obrzucając ich spojrzeniem.

Odszedł od kumpli robiąc kilka kroków w moją stronę, aż stanął dokładnie przede mną. Jego jasne włosy ukryte były pod czapką, a niebieskie oczy ciskały gromy. Jak zawsze z resztą na mój widok. On i ja mieliśmy długą historię wzajemnej nienawiści i chęci mordu, które wzrastały z każdym kolejnym spotkaniem.

– Nie dla was. Spieprzajcie, jeśli nie chcecie problemów.

– Na to trochę za późno – posłałam mu krzywy uśmiech. – Tak się składa, że mam coś do załatwienia z jednym, z twoich popychadeł.

Uniósł brew. Jeśli było coś, czego Ronny nie znosił było to partaczenie roboty. Właśnie dlatego od razu zakładał najgorsze, ponieważ nawet on wiedział, że nie przyszłabym bez powodu. W końcu byłam numerem dwa na jego czarnej liście, czego nigdy nie ukrywał.

– Słyszałam, że Marco opowiada całkiem niezłe historie.

Jak na zawołanie chłopak podszedł do nas i rzucił mi lekceważące spojrzenie zanim odwrócił się do Ronny’ego twierdząc, że nie ma pojęcia, czego mogłabym od niego chcieć. Zanim którykolwiek z nich zdążył zareagować moja pięść spotkała się z jego nosem. Marco zaklął chwytając się za bolące miejsce, a gdy się wyprostował zobaczyłam krew.

– Nie obchodzi mnie z kim się pieprzysz, ale jeśli jeszcze raz usłyszę w tych historyjkach swoje imię pożegnasz się z tą śliczną buźką – zagroziłam mu, po czym przywaliłam mu jeszcze raz, ale tym razem w szczękę.

Kiedy ponownie zgiął się pod wpływem siły uderzenia wykorzystałam jego nieuwagę i kopnęłam go w krocze na co zgiął się w pół. Uśmiechnęłam się zadowolona, ale słysząc wypowiedzianą cichym głosem groźbę mój uśmiech tylko się poszerzył. Bez swoich kumpli nie miał ze mną szans i doskonale to wiedział. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie.

– To było słabe – stwierdziła rozczarowana Iron. – Myślałam, że zrobisz coś więcej.

– Też liczyłem na lepsze show, ale to nie byłoby zbyt mądre posuwać się za daleko przy Ronny’m.

Damon miał rację. W końcu blondyn mógł w każdej chwili kazać im się nami zająć, albo zadzwoniłby do Kings’a. Miałam wystarczająco dużo problemów bez tego dupka. Prawdę mówiąc miałam nadzieję, że któryś z Łowców w końcu przestrzeli mu ten pusty łeb i będę miała spokój. Wszystko przez to, że odkąd go poznałam nie ukrywał, że chciałby mnie nie tylko w swoim gangu. Facet miał prawie trzydzieści lat, a każdą laskę traktował, jak dziwkę. Idealne powody, dla których trzymałam się z dala od niego.

– Sądzisz, że Marco poskarży się Kings’owi? – zwróciłam się do chłopaka, na co ten wzruszył ramionami.

Obserwowałam, jak wyciąga z kieszeni paczkę fajek i wyjmuje jednego. Włożył go do ust i odpalił. Gdy się zaciągnął zabrałam mu go, chcąc zrobić to samo. Czując wypełniający moje płuca dym nikotynowy od razu się rozluźniłam. Zdecydowałam, że nie zamierzam przejmować się żadnym z nich. Ostatecznie, to nie byłby pierwszy raz.

– Muszę spadać – oznajmiła Iron, kiedy przechodziliśmy obok wejścia na stację metra. – Umówiłam się z Isabell.

Obserwowaliśmy, jak zbiega po schodach, aż całkowicie zniknęła nam z pola widzenia. Odwróciłam się w stronę przyjaciela, który również mi się przyglądał.

– Zamierzasz wrócić? – spytał raczej niespecjalnie zainteresowany moją odpowiedzią. – Mam w planach iść do klubu.

– W takim razie baw się dobrze – poklepałam go po ramieniu. – Ja niestety muszę spadać. Jeśli nie pojawiłabym się jutro miałabym jeszcze bardziej przejebane, a gdybym z tobą poszła byłoby to bardzo prawdopodobne.

Zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam. Pożegnaliśmy się i każde z nas poszło w swoją stronę. Nie obejrzałam się za siebie, ale skrzywiłam się. Damon spędzał w klubach kilka nocy w tygodniu tylko dlatego, że nie mógł zapomnieć o Darcy. Dziewczynie, która sprawiła, że chciał się zmienić, ale ostatecznie wystraszyła się jego przeszłości i złamała mu serce. Najgorsze w tym było to, iż jemu naprawdę na niej zależało. Pokręciłam głową. To nie był mój problem. Nie mogłam w żaden sposób mu pomóc, więc nie było sensu się zadręczać. Wystarczyło, że on to robił.

Zatrzymałam się przed domem i z obrzydzeniem spojrzałam na piętrową konstrukcję. Światła były już zgaszone, więc wszyscy pewnie już spali. Zdusiłam w sobie mdłości i powoli weszłam na ganek. Sięgnęłam do klamki, nacisnęłam ją otwierając drzwi, a wówczas powitała mnie panująca wewnątrz przeraźliwa cisza. Zdjęłam buty zostawiając je w holu, po czym po cichu weszłam po schodach na piętro. W pokoju zdjęłam z siebie ciuchy zostawiając je na podłodze oraz wyjęłam z szafy piżamę. Nago udałam się do łazienki wiedząc, że i tak na nikogo nie wpadnę. Stojąc już pod prysznicem odkręciłam wodę i zamknęłam oczy.

2. Idiota w garniturze

Ze snu wyrwał mnie koszmarny, natarczywy dźwięk budzika. Otworzyłam oczy od razu tego żałując, gdy dotarło do nich światło słoneczne. Wszystko przez to, iż wczoraj zapomniałam zasłonić zasłony. Wyciągnęłam rękę na oślep uderzając o szafkę, aż w końcu natrafiłam dłonią na budzik zrzucając go tym samym na podłogę. Prawdopodobnie stłukłam cyferblat, ale grunt, iż przestał wydawać ten irytujący dźwięk. Poleżałam jeszcze chwilę, po czym niechętnie wstałam świadoma tego, jak okropnie miałam rozpocząć ten dzień. Obrzuciłam wzrokiem pomieszczenie. Granatowe ściany pokrywały rysunki oraz słowa zapisane markerem przeze mnie i moich przyjaciół. Na podłodze walały się ubrania, a biurko pełne było papierów, a także różnych, w większości niepotrzebnych przedmiotów. Mówiąc ogólnie miałam kompletny bałagan, ale nie przejęłam się tym, ponieważ to nie tak, że miałam powód, aby posprzątać. Z resztą większość czasu spędzałam poza domem, więc co za różnica, jak wyglądał mój pokój. Zgarnęłam tylko czyste ubrania, z którymi wyszłam na korytarz.

– Rusz się młody! – krzyknęłam uderzając pięścią po raz kolejny w drzwi łazienki.

Nie usłyszałam odpowiedzi, ale z każdą kolejną minutą spędzoną na korytarzu miałam coraz większą ochotę zamordować mojego brata. Siedział tam już chyba z pół godziny, a gdy w końcu wyszedł minął mnie bez słowa. Weszłam do środka zamykając za sobą drzwi, klnąc jednocześnie na rodziców za pomysł spłodzenia Danny’ego. Rozebrałam się przed wejściem pod prysznic o mało nie lądując na podłodze po tym, jak prawie przewróciłam się na mokrych kafelkach. Przez tego dzieciaka musiałam się pospieszyć, co nie było tak dobrym pomysłem, ale na szczęście oszczędziłam sobie siniaków w ostatniej chwili odzyskując równowagę. Kiedy skończyłam szybki prysznic owinęłam się ręcznikiem biorąc się za rozczesywanie moich blond loków. Jak tylko uporałam się z włosami zdecydowałam się użyć waniliowego balsamu do ciała, który niedawno kupiła moja matka, a usiłując posmarować sobie nim plecy odwróciłam się do lustra, przez co mogłam zobaczyć swój tatuaż. Kobieca twarz la muerte spoglądała na mnie ze smutkiem tak, jakby straciła całą nadzieję. Odwróciłam wzrok nie chcąc na nią patrzeć, jednocześnie sięgając po ubranie. Czarne, skórzane spodnie pasowały do białej koszulki, przez którą prześwitywał zarys czarnego stanika. Włosy zdecydowałam się na razie zostawić rozpuszczone, jednak na wszelki wypadek na nadgarstek nałożyłam gumkę do włosów, którą ukryłam pod skórzaną opaską. Umalowałam też oczy eyelinerem, a na twarz nałożyłam podkład. Gdy dotarłam do kuchni rodzice oraz mój młodszy o trzy lata brat siedzieli już przy stole jedząc śniadanie. Zajęłam swoje miejsce i sięgnęłam po tosta. Zaraz jednak mój wzrok padł na Danny’ego, na co miałam ochotę parsknąć śmiechem widząc jego obiór.

– Gdzieś się tak wystroił młody? – spytałam, przyglądając mu się.

Podniósł na mnie spojrzenie swoich identycznych niczym moje, szarych oczu, które odziedziczyliśmy po ojcu gromiąc mnie wzrokiem.

– Daj spokój – odezwałam się ponownie, nie zamierzając dać za wygraną. – Skoro mój braciszek tak się stroi to znaczy, że musi być jakaś okazja. Zakochałeś się czy co?

Odwrócił wzrok, a ja zachichotałam. Czyli jednak chodziło o dziewczynę.

– Odczep się – odburknął bardziej zawstydzony niż zły.

– Nie bądź taki. Opowiedz coś o niej.

Sięgnął po leżącą na talerzu grzankę z zamiarem rzucenia jej we mnie, ale matka powstrzymała go przed tym.

– Danny nie rzucaj jedzeniem, a ty Lizzy nie prowokuj brata.

– Nie nazywaj mnie tak – warknęłam, jednocześnie patrząc na nią morderczym wzrokiem.

Przez resztę posiłku nikt już się nie odzywał. W sumie dobrze, ponieważ i tak nie miałam ochoty rozmawiać z rodzicami. Jak tylko zjadłam wstawiłam naczynia do zmywarki następnie wróciłam na górę z tym, że zamiast do swojego pokoju zapukałam do drzwi królestwa mojego brata. Weszłam do środka omijając leżące na podłodze ubrania oraz gry wideo i usiadłam na łóżku.

– Opowiesz mi coś o tej dziewczynie? – spytałam już łagodniejszym tonem.

Na początku spojrzał na mnie nieufnie, ale widząc, iż nie miałam złych zamiarów zdecydował się odpuścić. Usiadł obok mnie zaczynając opowiadać zmieszanym tonem.

– Ma na imię Anita. Mamy razem kilka zajęć, a ona jest geniuszem z chemii, więc czasem pomaga mi w lekcjach.

– To dobrze – przyznałam obejmując go ramieniem. – W takim razie, na co czekasz?

– Co jeśli nie lubi mnie w ten sposób? – zwrócił się do mnie pełen wątpliwości.

– To wcale nie jest taka mądra – uśmiechnęłam się do niego pokrzepiająco. – To ona powinna martwić się o to, że mogłaby ci się nie spodobać. Jesteś świetnym chłopakiem Danny.

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, jednak mój braciszek musiał w końcu iść do szkoły. Byłam ciekawa, czy zamierzał w najbliższej przyszłości przedstawić nam tę dziewczynę. Chociaż doskonale wiedziałam, iż to nic więcej niż szczeniackie zauroczenie, które szybko minie nie zamierzałam go zniechęcać. Nie chciałam, aby mój brat miał złamane serce, w dodatku w tak młodym wieku, jednak wiedziałam, że prędzej czy później będzie musiał dorosnąć, a świat dorosłych nie był tak piękny, o czym sama doskonale się przekonałam. Właśnie dlatego chciałam, by wiedział, że zawsze mógł na mnie polegać.

Słysząc dzwonek do drzwi westchnęłam zrezygnowana podnosząc się, by ponownie zejść na dół. To był najlepszy przykład tego, jak paskudne mogło być życie, ponieważ najchętniej zatrzasnęłabym temu idiocie drzwi przed nosem. Niestety marzenia rzadko miały cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Już będąc na schodach usłyszałam, jak moja matka rozmawiała z nim w salonie, a gdy tam weszłam moim oczom ukazał się mężczyzna w średnim wieku ubrany w garnitur z idealnie zaczesanymi, rudymi włosami oraz brązowymi oczami, których spojrzenie spoczęło na mnie.

– Witaj Elizabeth – odezwał się patrząc na mnie z pozorną uprzejmością.

– Zastanawiam się, kiedy dotrze do ciebie, żeby mnie tak nie nazywać – odpowiedziałam całkowicie ignorując powitanie.

Przeszło mi przez myśl, czy po tym czasie, kiedy zdążył mnie choć trochę poznać wciąż go oczekiwał. Jeśli tak musiał pogodzić się z uczuciem rozczarowania. Zajęłam miejsce na jednym z foteli udając, że nie dostrzegałam pełnego wyrzutu spojrzenia matki.

– Podobno zostałaś zawieszona – zaczął tym swoim irytującym tonem. – Powiesz mi za co?

Prychnęłam nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. Wkurzał mnie, jak mało kto. Najgorsze w tym wszystkim było to, iż byłam na niego skazana jeszcze przez najbliższe kilka miesięcy.

– Jakbyś nie wiedział. Jestem pewna, że dyrektorka zadzwoniła do ciebie, jak tylko kazała mi się wynieść.

– Chciałbym usłyszeć twoją wersję wydarzeń – odparł spokojnie zapewne chcąc pokazać, że jako jego podopieczna obchodziłam go.

Miał już wersję tej suki, więc mój punkt widzenia miał w głębokim poważaniu. Milczałam, ale moja matka oczywiście musiała się wtrącić zaczynając opowiadać, jak to powinnam współpracować, a także wziąć się za siebie. Przewróciłam oczami słuchając jej oraz tego kretyna, który dołączył się do jej wywodu. Słyszałam to już miliony razy od każdego z nich, więc naprawdę mogliby to sobie darować.

– Chcesz wiedzieć, jak było? – spytałam w końcu tylko po to, żeby obydwoje w końcu się zamknęli. Kiwnął głową. – Ten gówniarz stwierdził, że chętnie by mnie przeleciał, po czym klepnął mnie w tyłek. Ja tylko wyjaśniłam mu, by nigdy więcej tego nie robił.

– Włożyłaś jego głowę do muszli klozetowej – powiedział tonem surowego rodzica.

– To nie był mój pomysł – uniosłam dłonie. – Iron uznała to za zabawne. Widziała to w jakimś filmie czy coś – wyjaśniłam bez przekonania.

– Zawsze robisz to, co mówi Iron? – znałam ten ton, aż za dobrze. Wiedziałam, co sugerował i ani trochę mi się to nie spodobało.

– Nie – rzuciłam mu wściekłe spojrzenie. – Nikomu nie daję sobą pomiatać.

Fakt, czasem wcielałam w życie głupie pomysły przyjaciółki, ale to nie znaczyło jeszcze, iż robiłam wszystko, co mi kazała. Po prostu w tamtej chwili sama nie miałam lepszego pomysłu, jak sobie z nim poradzić, więc kiedy Iron zaproponowała rozwiązanie zgodziłam się. Do tego czasami jej pomysły nie były wcale takie złe. Zdarzały się nawet te zabawne.

– Wiesz, że jeśli będziesz pakować się wciąż w kłopoty trafisz do poprawczaka? Naprawdę tego chcesz? Zmarnować swoją przyszłość?

– Co ty możesz wiedzieć o mojej przyszłości, albo o mnie? Przychodzisz z tą swoją teczką, papierami i sądzisz, że wiesz już wszystko – zacisnęłam dłonie w pięści. – Myślisz, że komukolwiek pomożesz pouczając takich, jak ja w tym garniturze? – zakpiłam. – Sprawiasz jedynie, że jeszcze bardziej chce nam się rzygać na twój widok.

Wstałam kierując się do kuchni. Nie obchodziło mnie, co sobie pomyślał. Prawdę mówiąc miałam nadzieję, że się obrazi jednocześnie przekazując moje akta komuś innemu. Najlepiej komuś, kto będzie miał wyjebane na takich, jak ja dając mi święty spokój. Wyciągnęłam z szafki szklankę nalewając do niej soku, nie zdążyłam jednak upić nawet łyka, gdy w kuchni pojawiła się moja matka z rozczarowanym, złym spojrzeniem.

– Czy choć raz nie możesz się powstrzymać? – zabawne, że w tej sytuacji to ona czuła się urażona. – Nie rozumiesz, że pan Donovan chce ci tylko pomóc?

Uniosłam brew jednocześnie upijając kilka łyków soku. Ta kobieta musiała być naprawdę zdrowo szurnięta, jeśli myślała, iż tak po prostu zacznę słuchać tego niewydarzonego idioty. Poza tym to i tak nie miało sensu. Nie, kiedy żadnego z nich nie obchodziło tak naprawdę, co się stało. Dlaczego się taka stałam. Nawet teraz nie próbowali mnie zrozumieć, a jedynie mieli dość problemów, jakie im stwarzałam. Nic dziwnego, iż Iron tyle razy mówiła o tym, jak w końcu ucieknie z domu. Czasami miałam ochotę uciec razem z nią, byle tylko nie musieć ich już nigdy więcej oglądać. Tyle tylko, że tęskniłabym za Danny’m. On jeden wciąż był dla mnie prawdziwą rodziną.

– Masz prawie osiemnaście lat. Niedługo będziesz dorosła, zaczniesz samodzielne życie. Musisz w końcu wziąć się za siebie.

Odstawiłam z hukiem szklankę na blat rzucając matce mordercze spojrzenie, po którym opuściłam kuchnię. Zdjęłam z wieszaka skórzaną kurtkę i ignorując ich oboje wyszłam z domu trzaskając drzwiami. W pierwszej chwili chciałam zadzwonić po przyjaciół, ale przypomniałam sobie, iż Damon zapewne odsypiał wczorajszy wypad, a Iron była u swojej dziewczyny. Choć powinnam raczej powiedzieć przyjaciółki od łóżka, ponieważ ich związek nie był niczym poważnym opierając się głównie na seksie. Zrezygnowana wsunęłam z powrotem telefon do kieszeni, a z braku lepszego pomysłu ruszyłam w stronę jedynego otwartego o tej godzinie baru, w którym mogłabym dostać alkohol bez pytania o dowód. Zaleta tego miasta. Chociaż na dworze było chłodno, jak na tę porę roku na niebie nie było ani jednej chmury. Zdjęłam kurtkę mając nadzieję, że chłodny wiatr choć trochę ostudzi mój gniew. Z resztą nawet, jeśli nie on, to odpowiedniej ilości piwa z pewnością się to uda.

3. Pozer

Bar nosił nazwę Los Diego i chociaż po wystroju można byłoby sądzić, iż to miejsce dla motocyklistów w rzeczywistości mógł przyjść tu każdy. Na pomalowanych na czerwono ścianach wisiały czarno-białe zdjęcia motorów, lada barowa oraz stoliki były z jasnego drewna, a kanapy ze sztucznej, czerwonej skóry. Oświetlenie natomiast zapewniały wiszące z sufitu lampy. Nie rozglądałam się, jednak mimo to nie dostrzegłam wielu klientów. No, ale czego mogłam się spodziewać w poniedziałek o dziewiątej rano. Podeszłam do lady, za którą stał łysy mężczyzna z brodą, w koszuli w kratę i skórzanej kamizelce.

– Co podać? – spytał obojętnie, ledwo na mnie patrząc.

– Piwo.

Po spojrzeniu, jakim mnie obrzucił z pewnością domyślił się, że wciąż byłam nieletnia. Jednak sięgnął po kufel który napełnił zanim postawił na ladzie przede mną. Chwyciłam go zanim zajęłam miejsce przy jednym z wolnych stolików pod ścianą. Rzuciłam kurtkę obok siebie i oparłam się plecami o oparcie sięgając po naczynie. Gorzki smak piwa pozwolił mi na chwilę oderwać się od nieprzyjemnej i z całą pewnością niechcianej, porannej wizyty. Kusiło mnie, aby utopić smutki w alkoholu czy innych używkach zdecydowanie częściej, aniżeli powinno. Zamknęłam oczy. Tylko tego mi brakowało, by jeszcze wpaść przez nich w alkoholizm. Ponownie uniosłam kufel do ust, kiedy usłyszałam męski głos.

– Nie za wcześnie? – nie rozpoznałam go, ale był wyraźnie rozbawiony.

Otworzyłam oczy widząc stojącego przede mną uśmiechniętego chłopaka o brązowych włosach i ciemnobrązowych, niemal czarnych oczach, które patrzyły na mnie z rozbawieniem. Zlustrowałam go wzrokiem i z trudem musiałam przyznać, że w czarnych jeansach, a także czarnym podkoszulku, który odsłaniał jego wytatuowane ramiona wyglądał nieźle. Poza tym nie wyglądał na wiele starszego ode mnie. Gdy nasze oczy ponownie się spotkały jego uśmiech się poszerzył, na co uniosłam brew. Zapewne sądził, iż oceniałam go i spodobało mi się to, co widziałam, jednak nie zamierzałam dać po sobie poznać, że wcale się nie pomylił.

– Istnieje powód, dla którego cię to obchodzi? – starałam się brzmieć na tak niezainteresowaną, jak to tylko było możliwe.

Wypiłam niemal połowę, a chłopak w tym czasie zajął miejsce naprzeciwko mnie. Nadal wyglądał na zadowolonego z siebie, co z jakiegoś powodu zaczynało mnie coraz bardziej irytować.

– Jeśli śliczna dziewczyna pije o tej porze, coś musi za tym stać. Pomyślałem, iż zamiast pozwolić ci się samotnie upijać zaproponuję coś lepszego na poprawę nastroju – miał przyjemny dla ucha, lekko zachrypnięty głos. Z pewnością o tym wiedział, wykorzystując to miliony razy wcześniej na naiwnych dziewczynach.

– Jestem pewna, że tak jest – niestety dla niego, na mnie takie rzeczy nie działały. Nie byłam pierwszą, lepszą idiotką, która głupiała na widok przystojnego faceta. – Niestety nie mam ochoty na towarzystwo, więc poprawiłbyś mi humor gdybyś wstał, odwrócił się i sobie poszedł.

Chłopak otwierał właśnie usta, chcąc zapewne coś powiedzieć, jednak mój telefon wybrał sobie akurat ten moment, by nam przerwać. Byłam wdzięczna komukolwiek, kto zdecydował się do mnie zadzwonić za danie mi możliwości przerwania tej bezsensownej wymiany zdań. Wyciągnęłam urządzenie z kieszeni i zerknęłam na nazwę kontaktu zanim odebrałam.

– Gdzie jesteś? – usłyszałam po drugiej stronie zadowolony głos.

Zapewne spędzona razem z Isabell noc była udana. Wolałam nie myśleć o tym, jak bardzo, ponieważ przyprawiało mnie to o mdłości i to bynajmniej nie dlatego, że miałam coś przeciwko lesbijkom.

– Los Diego – podałam nazwę lokalu. – A czego chcesz? – zmarszczyłam brwi przeczuwając jakieś kłopoty.

Jedyny powód, dla którego Iron dzwoniłaby do mnie o tej porze, po nocy spędzonej u Isabell było to, iż znów chciała wpakować mnie w jakieś kłopoty. Na co zapewne się zgodzę, skoro obecnej chwili okropnie się nudziłam i nie miałam nic lepszego do roboty.

– Isa poszła do szkoły, a Damon leczy kaca, więc pomyślałam, że chociaż ty znajdziesz dla mnie czas – doszło mnie, jak po drugiej stronie ktoś krzyczy zdenerwowany, na co moja przyjaciółka odpowiedziała wiązanką przekleństw. – Palant. Zamów mi piwo, zaraz będę.

– Zrobiłabym to, gdybyś w końcu oddała mi tę stówę – stwierdziłam, na co prychnęła.

– Jeny! Oddam ci, jak się zobaczymy, więc weź mi to cholerne piwo!

Rozłączyła się zanim miałam okazję ją opieprzyć. Wsunęłam komórkę ponownie do kieszeni, po czym zdałam sobie sprawę z tego, iż mój nieproszony towarzysz nadal siedział na swoim miejscu.

– Nie miałeś już iść? – zwróciłam się do niego jednocześnie unosząc brew i zerkając wymownie w stronę drzwi lokalu.

– To niegrzeczne tak mnie wyrzucać – zachichotał, a mi przeszło przez myśl, jedynie to, że który facet to robi? – Liczyłem na to, że się przedstawisz i razem się czegoś napijemy.

– Tak się składa, że zaraz będę miała towarzystwo, więc byłabym wdzięczna, gdybyś sobie poszedł – powtórzyłam coraz bardziej zirytowana.

Tym razem to on uniósł brew przyglądając mi się.

– Podobno nie jesteś w nastroju na towarzystwo – wytknął mi, przez co jeszcze bardziej chciałam go spławić.

– Najwyraźniej to dotyczy tylko ciebie – powiedziałam nie ukrywając faktu, iż zaczął mnie poważnie wkurzać.

Chwycił się teatralnym gestem za serce udając zranionego. Zacisnęłam jedną z dłoni w pięść, drugą mocniej zaciskając na szklance. Powstrzymywałam się od rzucenia nią w jego głowę. To nie był dobry pomysł zważywszy na to, że byliśmy w miejscu publicznym.

– Ranisz mnie śliczna. Mogłabyś chociaż przedstawić się i pogadać ze mną.

– A ty? Tak ciekawi cię moje imię, a nie podałeś nawet swojego – na moje słowa ponownie uśmiechnął się zadowolony. Tym razem szerzej, niż poprzednio.

Gdybym tylko mogła tą szklanką zetrzeć mu ten uśmieszek z twarzy z chęcią bym to zrobiła. Upiłam trochę piwa licząc, iż to mnie uspokoi.

– Rider – odezwał się, a ja parsknęłam śmiechem.

Na szczęście wcześniej przełknęłam, ponieważ w przeciwnym razie oplułabym go, a co, jak co, ale tego nie chciałam zrobić. Wyjść na sukę to jedno, ale zachować się, jak kretynka to zupełnie, co innego.

– Zabawne – zaśmiałam się. – Naprawdę sądzisz, że w to uwierzę? – zakpiłam, co wywołało u niego zupełnie inną reakcję, niż się spodziewałam.

Oparł się wygodnie patrząc na mnie tak, jakby chciał samym spojrzeniem udowodnić mi, iż mówił prawdę.

– Bones! – usłyszałam damski krzyk.

Odruchowo spojrzałam w stronę, z której dochodził. Iron stała przy wejściu szczerząc się, jak idiotka. Widząc mnie od razu ruszyła do stolika, który zajmowałam.

– Miałaś zamówić mi piwo – powiedziała z wyrzutem.

– Niczego nie obiecywałam – wytknęłam jej, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co widziałam. – Poza tym, co ty kurwa zrobiłaś z włosami?

Jej krótkie, naturalnie czarne włosy miały teraz odcień neonowego różu, a ich końcówki sterczały na boki, odsłaniając poprzekłuwane uszy.

– Isabell stwierdziła, że będę wyglądać zabójczo – odpowiedziała, siadając obok mnie.

– Miała rację. Ja już dawno strzeliłabym sobie w łeb.

Machnęła ręką na mój komentarz i sięgnęła po stojące na blacie naczynie wypijając resztę zawartości.

– Obsłuż się – mruknęłam ironicznie.

Dopiero po odstawieniu pustej szklanki zerknęła na chłopaka siedzącego po drugiej stronie stołu. Odwróciła się w moją stronę patrząc na mnie z pytaniem w zielonych oczach.

– Podaje się za Ridera. Tego Ridera – podkreśliłam, by zrozumiała.

– Serio? – spojrzała na niego zaskoczona.

– Daj spokój – odezwałam się wstając. – Mamy ważniejsze sprawy do załatwienia, niż marnowanie czasu na tego pozera.

Uniosła pytająco brew, czego przez jej nową fryzurę niemal nie byłam w stanie zauważyć. Głównie dzięki grzywce, którą teraz miała. Przewróciłam po raz kolejny oczami zastanawiając się, czemu zdecydowała się na taką fryzurę.

– Wsadzenie temu gówniarzowi głowy do kibla to był twój pomysł, a dzisiaj rano dostało mi się za to od Donovana.

– Serio był u ciebie? Sądziłam, że chcesz po prostu nas zbyć – przekrzywiła głowę, przez co mogłaby wyglądać nawet uroczo. Gdyby nie ten cholerny kolor włosów.

Zmarszczyłam brwi.

– Czy ja kiedykolwiek żartuję o tym idiocie? – spytałam retorycznie. – To twoja wina, więc pomożesz mi to naprawić.

Tym razem to ja miałam plan. Może i głupi, do tego nie do końca opracowany, ale co z tego.

– Jak? – Iron wstała najwyraźniej zapominając już o obecności chłopaka.

– Do tego potrzebny jest nam jeszcze Damon – zaczęłam, chwytając ją pod ramię i prowadząc do wyjścia.

Dopóki nie wyszłyśmy na zewnątrz czułam na sobie czyjś wzrok i mogłam się założyć, iż należał do chłopaka. Zignorowałam to narzucając na siebie kurtkę, po czym skierowałam się w stronę najbliższej stacji metra. Najpierw czekała nas wycieczka do domu Damona i oczywiście wyciągnięcie jego skacowanego tyłka z łóżka. Mój przyjaciel miał w zwyczaju spędzać większość takich dni w łóżku tylko po to, by nocą znów udać się do jednego z kilku klubów w mieście i pić tak długo, aż nie będzie w stanie sam wrócić, a następnie kontynuując w mieszkaniu do momentu, aż padał kompletnie pijany. Czasem wbrew sobie martwiłam się o niego.

Każda stacja wyglądała niemal tak samo. Graffiti na ścianach, a do tego porozrzucane wszędzie dookoła śmieci oraz wiecznie obecny smród, którego nie dało się pozbyć. Tak, jakby na dobre przywarł do ścian, zrastając się z nimi w jedno. Samo metro też prezentowało się niewiele lepiej. Podczas dnia nie było za dużo czasu na czyszczenie, więc zazwyczaj pod wieczór pełne było śmieci, a także tego okropnego zapachu. Te, które jeździły nocą były jeszcze gorsze. Zwłaszcza, jeśli trafiali się w nich bezdomni.

– Sądzisz, że uda nam się go wyciągnąć z mieszkania? – zwróciła się do mnie, kiedy stałyśmy już na stacji czekając.

– Jak nie po dobroci, to coś się zawsze wymyśli – stwierdziłam.

Chwilę później maszyna z nieprzyjemnym i zbyt głośnym zgrzytem zatrzymała się przed nami. Drzwi otworzyły się i wysiadło kilkoro ludzi, którzy minęli nas nawet nie zwracając na nas uwagi. Wsiadłyśmy do środka siadając na plastikowych siedzeniach, takich samych, jak te w szpitalu. Nawet kolor się zgadzał.

– Sądzisz, że ten gość to mógł być Rider? – w przeciwieństwie do mnie ona naprawdę wydawała się w to wierzyć.

– Nie sądzę.

Tak naprawdę nie wiedziałam, czy kłamał, co do swojej tożsamości. Tyle, że jakoś nie potrafiłam przypisać obrazu chłopaka, którego widziałam do opowieści, które słyszałam o Riderze. Domyślałam się, iż nie wszystkie plotki na jego temat były prawdziwe, ale pomimo tego nie pasował mi do osoby, którą spotkałam w barze. Rider z opowieści był kimś w pewnym stopniu podobnym do mnie. Był groźny, a ponad to był prawą ręką szefa Łowców, przez co nikt nie chciał z nim zadzierać. Nawet wśród policjantów bano się go ze względu na krwawą reputację, jaką zyskał. Chociaż, jak wspomniałam część z tego zapewne była przerysowana. Chłopak w barze nie sprawiał wrażenia kogoś, kogo nawet ja nie chciałabym spotkać nocą w ciemnym zaułku. Jednak, jak mawiała babcia nawet psychopaci wyglądają całkiem normalnie.

– Wiesz, że jeśli jednak to rzeczywiście był on, to masz ostro przejebane? – Iron zawsze wiedziała, co powiedzieć.

4. To mój plan

Wysiadłyśmy dwie stacje dalej narzekając na wyjątkowy, jak na tę porę dnia tłum. Zdecydowanie zbyt wielu ludzi kręciło się po ulicach z pozoru zajmując się własnymi sprawami, ale w rzeczywistości każdy z nich bez wątpienia porzuciłby wszystkie zajęcia, by z chęcią zostać widzem jakiegoś niespodziewanego dramatu. Ludzie po prostu kochali stać i przyglądać się cudzym nieszczęściom, miałam jednak nadzieję, że gdy nadejdzie odpowiednia pora każdy z nich wróci do domu, szkoły, pracy. Gdziekolwiek, gdzie nie mógłby zostać świadkiem dramatu, jaki zamierzałam stworzyć. Damon mieszkał niedaleko, więc już po kilku minutach znalazłyśmy się przed odnowioną ostatnio kamienicą, na której zdążyło już pojawić się graffiti i korzystając z okazji, iż jakaś staruszka wychodziła właśnie z psem weszłyśmy do środka. Inaczej pewnie nie miałyśmy szans szybko znaleźć się w środku, a wszystko przez niewątpliwy stan, w jakim znajdował się chłopak. W ciszy wspięłyśmy się po schodach na ostatnie piętro. Dzwonienie dzwonkiem czy dobijanie się nie miało najmniejszego sensu, kiedy Damon leczył kaca, ponieważ zawsze wtedy ignorował każdego, kto usiłował dostać się do mieszkania czy choćby do niego dzwonił i właśnie dlatego miałyśmy własne klucze. Poza tym zdarzało się, że kilka razy któraś z nas nocowała u niego, kiedy potrzebowałyśmy miejsca do spania, a nie było mowy o powrocie do domu. W środku, jak zawsze panował względny porządek, co było naprawdę niezwykłe, bo nigdy nie widziałam walających się po pokoju opakowaniach po alkoholu bądź innych śmieci, co powinno być niejaką normą u samotnie mieszkającego, młodego chłopaka. W czasie gdy ja przeszłam do salonu uprzednio zdejmując buty oraz rzucając się na kanapę, Iron udała się do sypialni, aby obudzić Damona. Chwyciłam pilot i włączyłam telewizję przekonana, że mogło to trochę potrwać, więc przerzucałam znudzona kanały, aż natrafiłam na powtórkę jakiegoś kiepskiego talk show. Jedyny powód, dla którego oglądaliśmy takie rzeczy to możliwość wyśmiewania się z głupoty biorących w nich udział ludzi.

– To powinno być karalne – usłyszałam zaspany, pełen niezadowolenia głos należący do chłopaka. Rozbrzmiał wyjątkowo blisko, więc nawet bez odwracania się w jego stronę wiedziałam, że musiał stać w pobliżu.

– Ciebie też miło widzieć – odezwałam się unosząc w powitaniu dłoń i machając nią nie wiedząc tak naprawdę, czy to widzi. Nie, żebym o to dbała.

Iron dołączyła do mnie również siadając na kanapie i chwilę później obie usłyszałyśmy szum wody dochodzący z małej łazienki znajdującej się za ścianą. Dziewczyna ułożyła głowę na moim ramieniu zarzucając nogi na moje oraz usiłując także odebrać mi pilota, ale po znaczącym spojrzeniu niechętnie odpuściła. Talk show dobiegł końca, a po denerwujących reklamach zaczął się odcinek jakiegoś zagranicznego serialu, którego nie znałam. Zamierzałam właśnie przełączyć w poszukiwaniu czegoś innego, kiedy doszedł nas odgłos ciężkich kroków i Damon pojawił się w salonie.

– Sądziłem, że przez kaca mam przywidzenia, ale coś ty u diabła zrobiła z włosami? – zwrócił się do Iron, patrząc na nią zdziwiony z szeroko otwartymi oczami. No cóż, mogła spodziewać się takiej reakcji, w końcu to nie była mała zmiana i mówiąc szczerze nie wiedziałam, czemu się na nią zgodziła. To nie było tak, że ta fryzura całkiem jej nie pasowała, ale nie wyglądała w niej także zbyt korzystnie.

– Isa twierdzi, że wyglądam świetnie, więc się odwalcie – odpowiedziała obrażona, krzyżując ręce na piersi i zabijając nas wzrokiem.

– A nie przyszło ci do głowy, że mówi tak tylko, żeby cię pieprzyć? – spytałam w rzeczywistości nie oczekując odpowiedzi. Już raz musiałam wysłuchiwać ze szczegółami zwierzeń o jednym z nich spotkań i choć nie należałam do osób uprzedzonych i miałam wysoką tolerancję w takich sprawach, to nawet ja omal nie wymiotowałam słuchając tego.

Damon zaśmiał się na moje słowa, po czym spytał, czy chcemy kawę, ponieważ sam stanowczo odmówił wyjścia bez niej z domu. W efekcie już po kilku minutach cała nasza trójka siedziała z parującymi od gorącego płynu kubkami.

– Wolałabym piwo – marudziła Iron patrząc na mnie z wyrzutem.

Wzruszyłam ramionami. Miałam gdzieś jej piwo, a jeśli tak jej na nim zależało zawsze mogła iść do jednego z tych cudownych miejsc, gdzie nikogo nie obchodzi twój dowód tak długo, jak masz wystarczająco dolarów w portfelu.

– No więc powiecie mi, dlaczego zwalacie mnie z łóżka w tym stanie? – spytał, gdy mając dość opierania się o kuchenną wyspę dosiadł się do nas na kanapie.

Upił łyk kawy i odstawił kubek na stół, po czym przyjrzał się nam uważnie. Musiał być nieźle zaskoczony widząc nas w swoim mieszkaniu o tak wczesnej porze. Przeważnie wybieraliśmy inne miejsca wagarując.

– Pomożecie mi coś załatwić – powiedziałam tylko, na co kiwnął głową.

Siedzieliśmy w ciszy oglądając tą zagraniczną głupotę dopóki Damon, jako ostatni nie skończył kawy, po czym uznał, iż musi jeszcze pozmywać. Później wyszliśmy, jednak chłopak uprzedził nas, że zanim gdziekolwiek z nami pójdzie najpierw musi załatwić fajki. W związku z tym udaliśmy się najpierw w przeciwnym kierunku do miejsca, które zamierzałam dzisiaj odwiedzić. W jednym z tych sklepów, w których obsługa nie robiła żadnych problemów mój przyjaciel zaopatrzył się w kilka paczek papierosów, a korzystając z okazji ja również wzięłam jedną paczkę dla siebie. Rzadko paliłam, ale zawsze miałam przy sobie chociaż jednego papierosa, tak na wszelki wypadek, gdybym potrzebowała się dzięki niemu odstresować. Ostatnią paczkę wyrzuciłam w zeszłym tygodniu i jakoś przez cały ten czas zapominałam o kupnie nowej.

– Zdradzisz teraz coś więcej? – Damon zaciągnął się nikotyną, by za chwilę uśmiechnąć się do mijającej nas dziewczyny.

Ta również uśmiechnęła się do niego, ale poszła dalej. Najwyraźniej nie miał tym razem szczęścia.

– Chodzi o tego dzieciaka, przez którego jestem zawieszona.

– Tego, dzięki któremu masz tydzień wolnego od szkoły? – upewnił się, jakby nie widział w tym najmniejszego problemu.

– Tak się składa, że mój kurator dowiedział się o tym i rano znów truł mi z matką o tym, jak powinnam w końcu zacząć myśleć o swojej przyszłości. Stwierdził nawet, że takie wybryki sprawią, że w końcu wyląduję w poprawczaku – zakpiłam, na co moi przyjaciele zaśmiali się, a ja dołączyłam do nich.

To, że jeszcze tam nie trafiłam było prawdziwym cudem. Tyle, że ani moi rodzice, ani idiota w garniturku nie mieli bladego pojęcia o większości rzeczy, które robiłam, kiedy szwendałam się po mieście. Zwłaszcza nocą.

– Co chcesz zrobić? – podał mi odpalonego papierosa, ale pokręciłam przecząco głową.

– Upewnię się, że tym razem będzie trzymał gębę na kłódkę – wyszczerzyłam się do niego.

Parsknął śmiechem jednocześnie obejmując mnie ramieniem. Po jego drugiej stronie szła Iron, która wyglądała na całkiem zadowoloną z mojego pomysłu.

– To mój plan – zerknęłam na nią znacząco – i zrobimy to po mojemu – zastrzegłam pamiętając o tym, kto wpędził mnie w najnowsze kłopoty.

Uniosła dłonie w górę dając mi do zrozumienia, że nie zamierzała mi się sprzeciwiać. Szliśmy powoli nie musząc się nigdzie spieszyć. Znałam adres tego dzieciaka, bo kilka razy widziałam go wracającego ze szkoły czy sklepu i wiedziałam też, że on również jakiś czas spędzi w domu. Gdy dotarliśmy na miejsce było już południe, a na dworze zrobiło się cieplej, niż rano, więc zdjęłam kurtkę przewiązując ją w pasie.

– Wygląda na to, że jest sam – uznała dziewczyna, widząc pusty podjazd kawałek przed nami.

– Ja i Damon wejdziemy od ogrodu, a ty na wszelki wypadek pilnuj, czy nikt nam nie przeszkodzi.

– Dlaczego to ja stoję na czatach? – oburzyła się, na co uniosłam brew.

– Zapomniałaś już, że to przez ciebie mam teraz kłopoty?

Bez słowa odwróciła wzrok. Uważając na ewentualnych sąsiadów weszliśmy do ogródka, a stamtąd wślizgnęliśmy się po cichu do domu. Na szczęście tylne drzwi były otwarte, a słysząc odgłos telewizora szybko zrozumiałam dlaczego. Zatrzymałam się w korytarzu nakazując to samo przyjacielowi. Dopiero, gdy upewniliśmy się, że w domu nie było nikogo poza samym chłopakiem będącym moim celem przeszliśmy do salonu. Siedział na kanapie i był zupełnie nieświadomy naszej obecności, na co posłałam Damonowi uśmiech. Zabawę czas zacząć. Bez słowa podał mi scyzoryk, który wyciągnął z kieszeni. Teraz byłam wdzięczna za to, że zawsze ma go przy sobie. Chociaż głównie dlatego, że poza nożem był tam jeszcze otwieracz do butelek, który przydawał nam się znacznie częściej. Uważając na każdy krok podeszłam najbliżej, jak się dało i zakryłam siedzącemu na kanapie chłopakowi usta dłonią.

– Na twoim miejscu nie szarpałabym się – odezwałam się wypranym z emocji głosem, przykładając mu jednocześnie ostrze do gardła.

Najwyraźniej był wystarczająco mądry, by wiedzieć, iż nie należało się stawiać. Damon zaśmiał się i przeskoczył kanapę siadając obok niego z szerokim uśmiechem.

– Niezła chata młody – zaczął, rozglądając się dookoła. – Byłoby szkoda, gdyby coś, albo ktoś – rzucił mu wymowne spojrzenie – ucierpiało.

– Czego chcecie? – zapytał wyraźnie przestraszony szczeniak po tym, jak zabrałam dłoń z jego ust.

Przeszłam obok niego i zajęłam miejsce po jego drugiej stronie.

– A jak sądzisz? – zerknęłam na niego kątem oka. Nawet nie ukrywał tego, jak wystraszony był, ale właśnie o to mi chodziło. – Przez ciebie mam poważne problemy. Sądziłeś, że możesz tak po prostu na mnie donieść i nie poniesiesz za to kary?

Damon wyciągnął nogi opierając je o stół, niby przypadkiem strącił tym szklankę, której zawartość rozlała się na białym dywanie. Chłopak zerwał się z zamiarem zrobienia czegoś, ale powstrzymała go moja ręka, blokująca mu drogę.

– Nikt nie lubi kapusiów. Prawda Damon? – zwróciłam się do przyjaciela z powagą. Pokiwał głową z identyczną, jak moja miną. – No widzisz – odwróciłam się z powrotem do dzieciaka. – Nie tylko mnie obraziłeś, ale jeszcze doniosłeś na mnie.

– Ja – zaczął, jednak nie miałam ani ochoty, ani cierpliwości, żeby go wysłuchać.

Uniosłam dłoń, w której trzymałam scyzoryk i ostrzem delikatnie przejechałam po jego twarzy uważając, by go nie skaleczyć.

– Nie obchodzą mnie twoje powody. Zrobiłeś to i teraz muszę upewnić się, że więcej nie popełnisz takiego głupstwa.

Po tych słowach dałam znak Damonowi, który natychmiast chwycił chłopaka za ramiona uniemożliwiając mu ucieczkę czy obronę. Zacisnęłam drugą z dłoni w pięść i walnęłam go z całej siły w brzuch. Usiłował się skulić, ale pozycja w jakiej był uniemożliwiała mu to. W jego oczach dostrzegłam łzy. Cholerny mięczak. Prawdziwy facet nie ryczałby po takim ciosie. Chwyciłam jego dłoń.

– Musiałeś być strasznie nieostrożny, żeby zbić szklankę i zaciąć się odłamkiem – westchnęłam kręcąc głową, jakby naprawdę było mi go szkoda.

Wyglądało na to, że zrozumiał moje słowa, ponieważ próbował wyrwać dłoń z mojego uścisku. Niestety nie miał takiej szansy, kiedy scyzorykiem rozcięłam wnętrze jego dłoni. Puściłam go wykonując tylko niego głębsze nacięcie nie wymagające jednak szwów i Damon zrobił to samo zaraz po mnie.

– Tym razem radzę ci zachować to dla siebie. Inaczej potnę coś więcej – zagroziłam mu.

Strach widoczny w jego oczach usatysfakcjonował mnie, więc dałam przyjacielowi znać, iż musimy spadać. Wyszliśmy tą samą drogą, którą weszliśmy, więc szybko stanęliśmy przed Iron rozglądającą się dookoła, ale kiedy nas zobaczyła od razu do nas podbiegła.

– No i jak? – nawet nie próbowała ukryć ciekawości, niemal nie mogąc ustać przez to w miejscu.

– Lepiej dla niego, żeby tym razem siedział cicho – westchnęłam oddając Damonowi scyzoryk po tym, jak chusteczką wytarłam z niego krew.

– To teraz idziemy się napić – zadecydowali, na co przewróciłam oczami, ale ruszyłam za nimi do baru.

Wybraliśmy ten sam, w którym spotkałam się rano z Iron. Było to jedno z naszych ulubionych miejsc w tym beznadziejnym mieście do tego stopnia, iż z pewnością dostalibyśmy karty stałych klientów, gdyby takowe mieli. Gdy dotarliśmy na miejsce w środku było o wiele więcej klientów, niż kilka godzin wcześniej, co wcale nie dziwiło biorąc pod uwagę, że większość z nich skończyła już nocne zmiany i zdążyła złapać trochę snu przed przyjściem. Pomimo tego udało nam się znaleźć wolny stolik. Ja oraz Iron usiadłyśmy na jednej z kanap, a Damon poszedł do barmana złożyć zamówienie, wracając chwilę później z trzema szklankami wypełnionymi po sam brzeg.

– Szukasz kogoś? – spytał widząc, jak dziewczyna rozgląda się wokół.

– Nowego faceta Bones – zachichotała, a Damon spojrzał na mnie zdziwiony odstawiając szklanki na stół.

– Nie mówiłaś, że masz faceta.

Miałam szczerą ochotę walnąć Iron w ten różowy łeb. Wyglądało na to, że nowy kolor włosów działał destrukcyjnie na jej zdolność myślenia.

– Szukasz kogoś? – spytał widząc, jak dziewczyna rozgląda się wokół.

– Nowego faceta Bones – zachichotała, a Damon spojrzał na mnie zdziwiony odstawiając szklanki na stół.

– Nie mówiłaś, że masz faceta.

Miałam szczerą ochotę walnąć Iron w ten różowy łeb. Wyglądało na to, że nowy kolor włosów działał destrukcyjnie na jej zdolność myślenia.

– Nie mam – odburknęłam zła.

– Jasne, jasne – przyjaciółka machnęła dłonią lekceważąco. – Najlepsze jest w tym to, że gość próbował ją wyrwać twierdząc, że jest Rider’em. Tym Rider’em.

Sięgnęłam po szklankę. Wolałam zająć się swoim piwem, niż słuchać tych bzdur, które z entuzjazmem mu opowiadała. Niestety nadal wszystko słyszałam, ponieważ nawet gwar rozmów pozostałych gości nie mógł zagłuszyć jej paplaniny.

– Oczywiście ona twierdzi, że to nie mógł być naprawdę on. No, ale sam przyznasz, że jeśli to faktycznie był Rider, to nasza kochana Bones ma przechlapane – mówiąc to sprawiała wrażenie bardziej rozbawionej, niż zmartwionej.

– Muszę się z nią zgodzić – oznajmił Damon. – Jeśli to faktycznie był Rider to miło było cię poznać.

– Jej! – zawołałam z udawanym entuzjazmem. – Dzięki, że obydwoje tak we mnie wierzycie.

5. To byłoby kłamstwo

Z nastaniem wieczora byliśmy już po kilku piwach, a nie chcąc zapijać się do nieprzytomności w barze zdecydowaliśmy się przejść. Chłodne, nocne powietrze nieco mnie otrzeźwiło wywołując dreszcze, więc ubrałam kurtkę, ale bynajmniej jej nie zapięłam. Szliśmy bez celu przed siebie gadając o głupotach, gdy w pewnej chwili minął nas radiowóz i dopiero na jego widok dotarło do mnie, że drażniący dźwięk, który słyszałam to syrena.

– Po co w ogóle się fatygują? – głos Iron ociekał złośliwością.

– Wiesz, że ktoś sprawdza papiery, które wypisują? – Damon spojrzał na nią, jak na idiotkę. – Sprawdzają papiery, statystyki i cholera jeszcze wie co.

Kłócili się jeszcze przez jakiś czas, ale zupełnie ich nie słuchałam. W końcu miałam jednak tego dość i kazałam im się zamknąć, na co oboje się obrazili. Alkohol zdecydowanie źle wpływał na ludzi, ponieważ Iron wystawiła mi nawet język, czego nigdy nie zrobiłaby na trzeźwo w odniesieniu do nikogo. Przez to wszystko nawet nie zorientowaliśmy się, jak zawędrowaliśmy na terytorium Łowców. Nie, żeby miało to jakiekolwiek znaczenie, przynajmniej dopóki nie szkodzimy ich interesom. Moi przyjaciele albo nie zdawali sobie z tego jeszcze sprawy, albo tak, jak ja nie przejęli się tym za bardzo. W każdym razie nie powiedziałam im o tym. Zamiast tego maszerowaliśmy dalej w stronę boiska, na którym często widywano członków tego gangu. W sumie sama nie wiedziałam, czemu kierowaliśmy się akurat tam skoro mogliśmy mieć przez to tarapaty. Gdybyśmy ich spotkali raczej mało prawdopodobne, że zwyczajnie rozeszlibyśmy się w pokoju po wymianie uprzejmości.

– Jestem głodna – zamarudziła po kilku minutach Iron. – Zjedzmy coś w tej knajpce niedaleko. Tej od Rico.

Raczej jego brata, Cole’a, który po śmierci Rico odziedziczył interes. Ważne było tylko to, że nadal serwowali tam najlepsze śmieciowe żarcie po tej stronie miasta. Poza tym knajpa Cole’a nie bez powodu znajdowała się po tej części miasta, był on członkiem Łowców, którzy pomogli jego bratu w otwarciu interesu zapewniając stałą klientelę, ale również z tego samego powodu zginął Rico. Jednak łatwiej jest wstąpić do gangu, niż z niego wyjść. Dlatego Cole nadal w tym tkwił, a bar był legalną przykrywką dla nielegalnych interesów Łowców. Właściwie też byłam głodna, więc chętnie zgodziłam się na jej prośbę.

– Byle szybko, później muszę iść do warsztatu Margo – usłyszałam cichy głos Damona. – Jeśli się uda zacznę tam pracować.

– Przy tej legalnej części? – spytałam, nie patrząc na niego.

– Wszystko jedno. – uznał bez entuzjazmu raczej nie przejmując się tym, czego jego przyszły szef mógłby od niego oczekiwać.

– Wiesz, że jeśli zaczniesz babrać się w ich czarnej robocie nie dadzą ci spokoju? Prędzej czy później łuk znajdzie się także na tobie. – W wyobraźni już widziałam ten charakterystyczny symbol na jego ciele.

Członkowie gangu Łowców musieli w ramach przynależności mieć wytatuowany gdzieś na ciele dość specyficznie wyglądający łuk ze skrzyżowanymi strzałami. Członkowie gangu Upadłych natomiast szczycili się tatuażem przedstawiającym skrzydła, z których jedno przypominało błoniaste skrzydło nietoperza, a drugie poszarpane anielskie. Niczym piętno pozostające z nimi przez resztę życia, którego członkowie obydwu gangów nie mają zbyt długiego i szczęśliwego. Oczami wyobraźni już widziałam Damona wśród łowców śmiejącego się i pijącego z nimi, a chwilę później martwego od kuli wystrzelonej przez jednego z Upadłych. Zamknęłam oczy nie chcąc pokazać, jak bardzo zabolała mnie ta wizja. Mogłam być dla nich suką, ale Iron i Damon byli jedynymi ludźmi, jakich miałam. Moimi jedynymi przyjaciółmi i rodziną. Tylko im mogłam powiedzieć o wszystkim i być przy nich sobą. Tworzyliśmy nasz własny, mały gang. Tyle, że bez większości tego syfu.

– Zamierzam upewnić się, że Margo zrozumie, że to nie wchodzi w grę – dodał najwyraźniej widząc moją minę i obejmując mnie ramieniem.

Wypuściłam powietrze czując ulgę, choć nie kompletną, bo zawsze istniało ryzyko. Pokręciłam głową chcąc pozbyć się z niej tych myśli. Jeszcze zanim dotarliśmy do knajpy w oddali mogliśmy dostrzec grupkę osób przed wejściem składającą się na dwa motory i kilku stojących przy nich facetów. Nie trzeba było długo myśleć, by dojść do wniosku, że byli to Łowcy. Przeklęłam cicho, co jednak usłyszeli moi przyjaciele. Po ich niezadowolonych minach wiedziałam, iż oni również nie byli tym zachwyceni.

– Szukamy innego miejsca? – Iron popatrzyła na naszą dwójkę z pytaniem w zielonych oczach. Po jej własnej minie wiedziałam, iż tak samo mocno, jak nie chciała się do nich zbliżać, tak nie uśmiechało jej się szukać nowego miejsca.

– Od kiedy przed nimi uciekamy? – prychnął Damon, starając się wyglądać na bardziej wyluzowanego, niż w rzeczywistości był.

– Z resztą – wtrąciłam się – pewnie i tak już nas widzieli. Z twoimi włosami zauważyliby nas kilometr dalej.

W odpowiedzi dziewczyna pokazała mi środkowy palec, na co przewróciłam oczami z uśmiechem. Chociaż każde z nas wolałoby odwrócić się na pięcie i odejść nie pozwoliliśmy, aby kierowały nami nasze obawy. Gdyby Łowcy czy Upadli dowiedzieliby się, że się ich obawiałam nie tylko nie daliby mi spokoju, ale straciłabym również swoją reputację, którą z takim zaangażowaniem tworzyłam.

– Kogo ja widzę – doszedł nas niezbyt zadowolony głos TJ’a. – Zabłądziłaś?

Zlustrował mnie wzrokiem, po czym przeniósł spojrzenie szarych oczu na moich towarzyszy. Gdy tylko znalazłam się wystarczająco blisko niego uśmiechnęłam się złośliwie. Ten gość zalazł mi za skórę i to nie w tym dobrym znaczeniu, a ja nie zapominałam takich rzeczy, więc mogłam dopisać kolejną osobę do cholernie już długiej listy moich wrogów. Tylko, że on raczej nie zajmował na niej wysokiej pozycji stanowiąc śmiesznie małe zagrożenie. Już raz go pokonałam, czyli mogłam zrobić to znowu, gdyby zaszła taka potrzeba.

– Widzę, że twój nos ma się lepiej. – Zakpiłam, przyglądając się jego twarzy. W rzeczywistości jego nos wciąż był nieco krzywy po tym, jak walnęłam go jakieś dwa miesiące temu. – Mogłeś poprosić, wyrównałabym ci go za darmo.

TJ już otwierał usta, by jakoś mi odpowiedzieć, ale w tym samym momencie drzwi knajpy otworzyły się i ze środka wyszedł niezadowolony Ronny, a za nim chłopak, którego spotkałam w barze i który przedstawił się, jako Rider. On również nie wyglądał na wesołego. Obaj stanęli w miejscu, kiedy tylko nas ujrzeli. Ronny uniósł brew odzywając się jako pierwszy.

– Jeśli tak bardzo chcesz opowiedzieć się po czyjeś stronie zawsze możesz na nas liczyć – posłał mi kpiący uśmieszek, po którym odsunął się od rzekomego Ridera.

– Jasne. Jak tylko sięgnę dna jestem pewna, że będziesz pierwszą osobą, która się o tym dowie.

Przyglądał mi się jeszcze chwilę, zanim podszedł do jednego z motorów i wsiadł na niego. Chwycił w obie dłonie czarny kask, ale zanim go założył znów zerknął na nas.

– Komukolwiek innemu powiedziałbym, że marnuje swoje talenty, ale ciebie wolałbym widzieć martwą w rowie, niż jako jedną z nas – zamilkł, a chwilę później pokręcił głową, jakby nie był zadowolony z własnych myśli. – Niestety decyzja nie należy do mnie.

– Nie masz się czym martwić Ronny – mój głos był przesadnie słodki. – Ja również wolałabym widzieć ciebie i Kings’a podziurawionych od kul, niż zostać waszą dziwką.

Nikt poza moją rodziną nie potrafił wkurwić mnie tak bardzo, jak ten skurwiel. Wyminęłam ich wszystkich kierując się do środka, a otwierając drzwi udałam, że nie widzę w nich odbicia wpatrzonych we mnie par oczu. W szczególności jednych, niemal czarnych tęczówek, których właściciel wyglądał, jakby jego wcześniejszy zły humor nagle wyparował. Weszłam do środka i od razu uderzył we mnie zapach oleju. Krzywiąc się podeszłam do lady, a chwilę później pojawił się za nią Cole.

– Podaj mi dwa cheeseburgery i pizze z oliwkami. Do tego coś zimnego do picia.

– Sądząc po twojej minie spotkałaś się z Ronnym – Cole zawsze był spostrzegawczy i nigdy nie ukrywał, że mnie lubi. W czysto platonicznym sensie, rzecz jasna biorąc pod uwagę dość znaczącą różnicę wieku.

Kiwnęłam głową, na co on posłał mi pokrzepiający uśmiech po czym oznajmił, iż zamówienie będzie gotowe za jakieś dwadzieścia minut. W tej samej chwili Damon i Iron znaleźli się przy mnie.

– Na mój koszt – odezwał się męski głos, który zdążyłam już poznać. – Dodaj też do tego kawę.

Cole zrobił wielkie oczy, ale bez słowa wycofał się do kuchni. Ja natomiast nie miałam nastroju na kłótnie i choć nie polubiłam tego gościa nie zamierzałam sprzeciwiać się skoro chciał płacić za nasze jedzenie. Zamiast więc robić scenę usiadłam przy jednym ze stolików. Bar był pusty i nie trzeba było być geniuszem, żeby domyślić się, że to wina spotkania, jakie urządzili tutaj przed naszym przyjściem. Byłam wdzięczna za tę pustkę, ponieważ naprawdę nie miałam głowy do martwienia się tym, czy przypadkiem nie zrobiłam czegoś, co wpędzi mnie w kłopoty. Tak, jakbym nie miała ich już wystarczająco, pomyślałam.

– Widzę, że nie przepadasz za Ronnym – ponownie się odezwał, siadając obok mnie.

– Nikt, kto ma mózg go nie lubi – odpowiedział za mnie Damon.

On z Iron również usiedli, ale dziewczyna nie odrywała spojrzenia od chłopaka, który twierdził, że był największym postrachem tego miasta nawet, jeśli to nie on stał na szczycie.

– W każdym razie miło znów cię widzieć – uśmiechnął się do mnie zachęcająco, jakby w ogóle nie usłyszał Damona.

– Powiedziałabym to samo, ale to byłoby kłamstwo – rzekłam rzucając mu znudzone spojrzenie.

Czy ten gość naprawdę nie zamierzał dać za wygraną? Był aż tak ślepy, żeby nie widzieć, że nie byłam nim zainteresowana czy może należał do tych, którzy zwyczajnie nie przyjmują od dziewczyn słowa ‘nie’, ponieważ mają się za chodzące bóstwa?

– Serio jesteś Riderem czy liczysz na podryw podszywając się pod niego w nadziei, że się nie dowie? – Iron najwyraźniej zamierzała ciągnąć dalej ten temat, a ja zaczęłam żałować, że to nie nią się zainteresował.

Chłopak nie odpowiedział, ponieważ Cole podszedł do nas z dwoma tacami, na których miał talerze z jedzeniem. Bez słowa położył przede mną i przyjaciółką cheeseburgery, a Damonowi podał pizze. Nie miałam pojęcia, jak chłopak mógł jeść to świństwo, nie zamierzałam jednak w to wnikać.

– A to wasze napoje – dodał Cole  stawiając na stole trzy szklanki z jak przypuszczałam słodkim, gazowanym napojem i jedną kawę. – To już czwarta – oznajmił patrząc na szatyna. – Mów, co chcesz Rider, ale to twoja ostatnia dzisiaj.

Po tych słowach ponownie zostawił nas samych. Jeśli wierzyć jego słowom chłopak siedzący z nami przy stoliku w rzeczywistości był tym Riderem, o którym mówili niemal wszyscy w mieście. Moi przyjaciele byli tym bardziej zaskoczeni niż ja. Naprawdę nie obchodziło mnie kim był, w tej chwili chciałam tylko się go pozbyć.

– Sądzę, że masz swoją odpowiedź – odezwałam się do Iron obojętnym tonem.

Dziewczyna za to natychmiast stała się podekscytowana. Widziałam to w jej zielonych oczach, które ciągle miała w nim utkwione. Ciekawe, czy zastanawiała się teraz nad zmianą orientacji? Sądząc po tym, jak wpatrywała się w niego, gdybym nie wiedziała, że woli dziewczyny byłabym pewna, iż wpadł jej w oko. Choć może naprawdę tak było. Moja przyjaciółka była wystarczająco szalona, aby przespać się z nim tylko po to, by móc później o tym opowiadać, jakby było to jakieś niezwykłe przeżycie.

– Bones! – zawołała z dezaprobatą. – Mówiłam ci, że powinnaś być milsza!

– Mówisz też wiele innych rzeczy, których nie słucham.

Westchnęłam. Miałam dość matki i ojca prawiących mi kazania razem z Donovanem. Nie potrzebowałam tego jeszcze od niej. Najwyraźniej moja przyjaciółka sądziła inaczej za co chciałam ją udusić już z milion razy, a to tylko w tym tygodniu.

– Cóż – wtrącił się milczący do tej pory Damon. – Pamiętasz jeszcze to, o czym mówiliśmy wcześniej?

Przewróciłam oczami wiedząc, do czego zmierza. Nasza wspaniała rozmowa w Los Diego, w której to okazali mi tyle wsparcia. Nie przejęłam się tym wtedy i z całą pewnością nie zamierzałam przejmować się tym teraz.

– Jesteście takimi cholernymi optymistami – mruknęłam sięgając po swój napój. – Jeśli zamierzasz nas zastrzelić bądź łaskaw zaczekać, aż skończymy jeść – powiedziałam do Ridera.

6. Nie rozczarowałem się

– Bones! – znów usłyszałam podniesiony ton siedzącej naprzeciwko dziewczyny.

Nie trudno było się domyślić, że znów była na mnie zła. Rider za to roześmiał się, jakbym powiedziała właśnie coś wyjątkowo zabawnego.

– Słyszałem o tobie, ale muszę przyznać, że rzeczywistość nie oddaje prawdy – stwierdził wesoło zupełnie nie przejmując się moją wypowiedzią czy tonem.

– Ty też nie wyglądasz, jak Rider, o którym tyle słyszałam – zaczęłam uśmiechając się niewinnie. – Nie dorastasz do pięt opowieściom. Prawdę mówiąc rozczarowałam się – oczywiście kłamałam, chociaż może nie do końca. Naprawdę nie wyglądał na aż tak groźnego.

– Wybacz jej – Damon mordował mnie wzrokiem. – Już jakiś czas temu straciła resztki instynktu samozachowawczego.

Moi przyjaciele chcieli dla mnie dobrze i bali się, iż swoim zwyczajem mogłam przeholować, a wówczas nie tylko ja miałabym problem. Niestety z jakiegoś powodu nie potrafiłam siedzieć cicho w takich sytuacjach. Nawet wiedząc, że naprawdę mogłabym zaraz zginąć od wystrzelonej w moją stronę kuli.

– Jesteś interesująca Bones – posłał mi uśmiech. – Prawdę mówiąc – powtórzył moje słowa – już dawno chciałem cię poznać. Podobno jesteś jedyną dziewczyną w mieście, której boją się faceci.

– Jeśli tak, to tylko banda słabych kretynów bez kręgosłupa czy choćby odrobiny poczucia własnej wartości – podsumowałam, po czym zajęłam się jedzeniem.

Cały czas czułam na sobie nie tylko jego wzrok, ale także przyglądających mi się przyjaciół. Zerkałam na nich co jakiś czas w nadziei, że dzięki temu przestaną choć głównie jednak udawałam, iż nic mnie nie obchodziło, co o mnie w tej chwili myśleli. Jedzenie, jak zawsze było pyszne, więc kiedy skończyłam nadal czułam niedosyt. Pomimo tego nie chciałam spędzić w tym miejscu więcej czasu. W innych okolicznościach mogłabym skusić się na przykład na kawałek ciasta, ale nie zamierzałam siedzieć tu dłużej z Riderem, którego najwyraźniej nie obchodziło, jak niechcianym towarzyszem był.

– Co teraz? – Damon przesuwał pytającym spojrzeniem brązowych oczu ze mnie na Iron. – Chcecie się napić?

– Ona pewnie tak – wskazałam na Iron, która rzadko przegapiała takie okazje szczególnie, iż to nie my mieliśmy uregulować rachunek, – ale ja mam na dzisiaj dość. Może zamiast tego pójdziemy coś obejrzeć? – zaproponowałam w nadziei, że się zgodzą.

Ostatnią rzeczą na jaką miałam obecnie ochotę był powrót do domu. Nie po tym, jak wcześniej pokłóciłam się po raz kolejny z matką. Znałam ją na tyle, by wiedzieć, że jeśli pokazałabym się teraz w domu nie oszczędziłaby mi kolejnej połajanki, a nie byłam już małym dzieckiem. Nie byłam małą Lizzy, którą mogła rozstawiać po kątach i ignorować za każdym razem, kiedy tylko było jej tak wygodnie. Ta myśl przywiodła za sobą wspomnienia, o których chciałam zapomnieć, a które wciąż dobijały się o uwagę. Zacisnęłam dłonie w pięści wściekła na siebie po raz kolejny za to, iż pozwoliłam im wrócić.

– Chcesz iść do kina? – upewniła się Iron wyglądając przy tym nieco dziwnie, czego nie rozumiałam.

– Do kina, do Damona, bez różnicy – wzruszyłam ramionami na potwierdzenie swoich słów.

Wstałam i nie czekając na ich reakcję wyszłam na zewnątrz zatrzymując się przed lokalem. Opierając się o ścianę sięgnęłam do kieszeni, z której wyjęłam paczkę fajek. Rozerwałam rębami owijającą je folię i otworzyłam kartonik wyciągając z niego jednego papierosa. Minęło kilka sekund nim klnąc na głos uzmysłowiłam sobie, iż przecież nie wzięłam zapalniczki.

– Zdaje się, że tego ci trzeba – odwróciłam się do źródła dźwięku dostrzegając Ridera stojącego po mojej lewej stronie z wyciągniętą dłonią, w której trzymał zapalniczkę.

Nie czekając, aż zgodzę się z nim albo zaprzeczę rozpalił ją i podpalił końcówkę mojego papierosa. Zaciągnęłam się mocno i podobnie, jak w przypadku marihuany zatrzymałam wciągnięte powietrze przez kilka sekund w płucach zanim wypuściłam je przez usta w postaci szarego obłoczka.

– Zwykle nie przepadam za laskami, które palą, ale ty wyglądasz seksownie.

– Uznałabym to za komplement i podziękowała ci, gdyby choć trochę obchodziła mnie twoja opinia – miałam gdzieś, że po raz kolejny prawdopodobnie go prowokowałam będąc niemiłą.

Z zasady odpychałam od siebie wszystkich, którzy próbowali się zbliżyć. Wyjątkiem byli tylko Iron oraz Damon, choć do nich również musiałam się przekonać. Nie chciałam zostać znów zraniona, więc już zawczasu nie dopuszczałam do sytuacji, w której to mogłoby się powtórzyć. Na nim jednak najwyraźniej nie robiło to żadnego wrażenia, ponieważ wciąż stał niewzruszony obok mnie. Zaczynałam zastanawiać się, czego potrzeba do zniechęcenia tego gościa.

– Muszę przyznać – zaczął pochylając się w moją stronę, – że nie rozczarowałem się – dokończył z ustami niemal przy moim uchu, dzięki czemu mogłam poczuć jego oddech na skórze.

– Powinnam w takim razie zapytać, co takiego usłyszałeś na mój temat? – odsunęłam się od niego, ponieważ ta bliskość zaczynała mnie już denerwować.

– Słyszałem o seksownej, pyskatej i odważnej dziewczynie, która potrafi powalić nie jednego faceta – przekrzywił głowę i zmarszczył na moment brwi. – Zastanawia mnie, która z wersji o twoim przezwisku jest prawdziwa.

Gdyby w tej chwili świat miał się skończyć nikt nie usłyszałby ode mnie słowa sprzeciwu czy narzekań. Byłabym wdzięczna za spadający meteoryt, wielki pożar, czy cokolwiek innego, co sprawiłoby, że mój mózg zmieniłby się w papkę, a ja byłabym niezdolna do myślenia. W jednej chwili znienawidziłam tego chłopaka bardziej, niż większość osób, z którymi miałam do czynienia przez całe moje dotychczasowe życie, a wszystko to za sprawą jednego, z pozoru prostego pytania, na które odpowiedź wcale nie była tak łatwa. Istniały bowiem dwa powody i żaden z nich nie był czymś, czym chciałam dzielić się z kimkolwiek.

– A ty? – zdecydowałam się odbić piłeczkę, zamiast mu odpowiedzieć. – Czemu Rider?

Zamknął oczy na kilka chwil, a kiedy je otworzył również nie sprawiał wrażenia skorego do zwierzeń.

– Czyli zgaduję, że zostają nam oficjalne wersje – mruknął zamiast tego.

Oficjalne wersje, które wcale nie były oficjalne. Powstały jedynie przez to, jaką reputację zyskaliśmy i przynajmniej w moim przypadku miała niewiele wspólnego z prawdziwym powodem. Jednak to przezwisko było dla mnie ważniejsze, niż moje własne imię. Wypaliłam już niemal całego papierosa, gdy pozostała dwójka w końcu skończyła jeść i dołączyli do nas na zewnątrz. Było już nie tylko ciemno, ale także chłodno, więc wzięłam od Damona moją kurtkę zarzucając ją na siebie, by choć trochę osłonić się przed zimnem.

– Idziesz – Damon odchrząknął zwracając się do Ridera. – Idziesz z nami?

Ciekawe, czy naprawdę tego chcą czy udają miłych w obawie, że inaczej pozabijałby nas, przeszło mi przez myśl, na co uśmiechnęłam się rozbawiona. Z drugiej strony nie mogłam ich za to winić. Nie mieli tak pochrzanionego życia, jak moje i sami też nie byli tak pochrzanieni.

– Z przyjemnością – po raz kolejny szatyn uśmiechnął się zadowolony, tym razem przeczesując swoje włosy dłonią.

– W takim razie chodźmy do ciebie – zadecydowała Iron sięgając po telefon. – Zadzwonię po Isabell.

– Mowy nie ma! – krzyknął od razu Damon. – Zapomnij o pieprzeniu się z nią w moim mieszkaniu!

– Tym razem zgadzam się z nim – wskazałam na przyjaciela. – Ja też nie chcę słyszeć waszych jęków.

– Jesteście po prostu zazdrośni – burknęła oburzona zielonooka.

W ten sposób po raz kolejny zaczęli się kłócić. Przewróciłam oczami wzdychając zrezygnowana. Czasem to był prawdziwy cud, iż tych dwoje w ogóle potrafi się ze sobą porozumieć. Gdybym nie znała ich lepiej nie uwierzyłabym w to, że jeszcze się nie pozabijali. W końcu pomimo ich kłótni, jakimś cudem udało nam się dotrzeć do stacji metra. Oczywiście wcześniej Rider musiał poinformować Cole’a, iż zostawia mu pod opiekę swój motor i że jeśli coś mu się stanie mężczyzna będzie za to odpowiedzialny. Faceci i ich miłość do pojazdów. Zupełnie tego nie rozumiałam. Dla mnie każdy środek transportu był jedynie czymś, dzięki czemu mogłam dostać się z jednego punktu, do drugiego. Zeszliśmy pod ziemię mając doskonałe wyczucie czasu, ponieważ niemal od razu nadjechało metro. Wsiedliśmy do środka żałując tego, kiedy po zamknięciu drzwi do naszych nozdrzy dotarł przeraźliwy smród moczu, potu oraz zwietrzałego piwa pochodzący od mężczyzny siedzącego niedaleko nas.

– Gdyby nie te durne gangi pewnie nie musielibyśmy się nimi przejmować w metrze – powiedział do nas cicho Damon. Zaraz jednak zdał sobie sprawę, że wśród nas jest wysoko postawiony członek jednego z tych gangów, co widziałam w jego oczach.

– Wiedzą, że nie pożyliby długo, gdybyśmy natknęli się na nich na naszych terenach będąc w złym humorze – skwitował obojętnie Rider. – To jedno z niewielu miejsc, w których mogą schronić się przed zimnem i nie będą przez nas niepokojeni.

– Tak, czy inaczej to i tak przegięcie – Iron zmarszczyła brwi, rzucając mężczyźnie zniesmaczone spojrzenie, którego ten jednak nie widział.

– Banda hipokrytów – skwitowałam. – Spędzamy tyle czasu włócząc się po ulicach, że nas też można byłoby nazwać bezdomnymi.

Iron prychnęła najwyraźniej zła, że porównałam ją do kogoś takiego. Damon również wyglądał, jakby miał zamiar zaprzeczyć moim słowom i tylko Rider patrzył na mnie nieodgadnionym wzrokiem. Nie chcąc wdawać się z nimi w kłótnię milczałam przez całą resztę drogi. Wysiedliśmy na odpowiedniej stacji niedługo później i z ulgą przyjęłam nocne powietrze zaciągając się głęboko, kiedy na powrót znaleźliśmy się na chodniku. Przez resztę drogi do mieszkania przyjaciela wciąż pozostawałam cicho, pogrążona we własnych myślach podobnie, jak reszta. Damon otworzył drzwi wpuszczając nas do środka samemu wchodząc przez to na końcu i od razu zamknął drzwi na zamek.

– Coś do picia? – Iron już kierowała się do kuchni gotowa najwyraźniej przejąć rolę uprzejmej gospodyni.

Pokręciłam przecząco głową słysząc, jak pozostała dwójka składa zamówienia zdjęłam kurtkę i powiesiłam ją na jedynym wolnym wieszaku przy wejściu. Zdjęłam też buty mając ochotę jęknąć, kiedy stopami stanęłam na zimnych panelach. Uwielbiałam chodzić boso po domu, ale teraz miałam wrażenie, iż zaraz zamarzną mi stopy i właśnie dlatego siadając na kanapie podciągnęłam nogi pod brodę. Miałam jednocześnie głęboko w dupie, że zapewne wyglądałam w tej pozycji, jak skrzywdzona dziewczynka.

– To co oglądamy? – Damon ukląkł przed półką, na której trzymał skromną kolekcję filmów, z których większość widzieliśmy dziesiątki razy, ale i tak je uwielbialiśmy oglądając raz za razem.

Rider nie wiedząc, jakie filmy miał nasz przyjaciel pozostawił wybór nam, co nie było takim dobrym pomysłem, bo podałyśmy z Iron dwa zupełnie różne tytuły. Ona miała ochotę na horror, podczas kiedy a ja wolałam komedię. Każda z nas przez kilka minut próbowała przekonać tą drugą do swojego zdania. Z marnym skutkiem niestety, ponieważ w końcu mając dość naszego przekomarzania się Damon wstał chwytając pilota i po tym, jak kazał nam się zamknąć oznajmił, że obejrzymy to, co leciało akurat w telewizji. Ku mojej radości była to komedia i to w dodatku jedna z lepszych, jakie widziałam.

– To nie fair – jęczała cały czas niezadowolona Iron przerywając nam wciąż w oglądaniu.

– Życie bywa nie fair, kotku – Damon puścił jej oczko związując jednocześnie swoje włosy, co robił tylko w mieszkaniu będąc sam lub z nami. Uważał, że wygląda przez to mniej atrakcyjnie, dlatego nie robił tego jeśli istniała szansa, że ktoś mógłby go tak zobaczyć.

Zdziwiło mnie zatem, iż zdecydował się na to przy Riderze, ale najwyraźniej cokolwiek mój przyjaciel o nim myślał nie uważał go za kogoś, kogo opinia miałaby dla niego jakieś znaczenie. Jednak było to tak nie w jego stylu, że przez cały czas nie mogłam powstrzymać się od zerkania na Damona kątem oka w celu upewnienia się, czy to co widziałam było prawdziwe.

7. Nadzieja matką głupich

Gdy film się skończył Iron oznajmiła, że wraca do domu wspominając coś o rodzinnym spotkaniu, ale nie wyglądała przy tym na zadowoloną, dlatego żadne z nas nie dopytywało. Przeważnie jej rodzinne spotkania kończyły się podobnie do moich kłótnią, przez co każda z nas wolała ich unikać. Skoro jednak tym razem najwyraźniej chodziło o coś, co wywoływało jej radość nie chciałam w to wnikać, bądź próbować odciągnąć ją od tego.

– A ty Bones? Zostajesz? – zwróciła się od mnie zakładając na powrót buty.

Pokręciłam przecząco głową, bo podczas oglądania filmu przypomniało mi się coś ważnego. Damon przyjmując do wiadomości, że zostaje sam życzył nam obu dobrej nocy, po czym udał się do łazienki zapewne wziąć prysznic. Sama nie miałabym nic przeciwko temu. Całą trójką wyszliśmy więc na dwór i ponieważ dom Iron mieścił się w tym samym kierunku, co bar Cole’a zaproponowała Riderowi wspólny powrót z czego się ucieszyłam, ponieważ nareszcie mogłam się go pozbyć. Zostawiłam ich więc ruszając w stronę swojego domu, po drodze rozmyślając o Riderze. Zastanawiałam się, dlaczego spędził z nami tyle czasu i dlaczego nie docierało do niego, albo co bardziej prawdopodobne jedynie udawał, że nie docierało to, iż nie chciałam jego towarzystwa. Jego obecność była denerwująca, chociaż nie do końca wiedziałam, czemu tak na niego reagowałam. Owszem, był przystojny i w innych okolicznościach nie miałabym nic przeciwko kilku godzinom gorącego seksu z nim, ale być może chodziło też o to, jak podobni do siebie byliśmy pod pewnymi względami. Oboje wywoływaliśmy strach, oboje byliśmy zimni i pozbawieni uczuć. Oboje najwyraźniej mieliśmy część siebie, której nie chcieliśmy pokazywać światu, pomyślałam przypominając sobie jego reakcję, kiedy zapytałam o jego przezwisko. Czy raczej o to, co się za nim kryło. Dalsza znajomość z nim byłaby niebezpieczna na tyle różnych sposobów, iż miałam szczerą nadzieję, że już nigdy więcej go nie zobaczę.

– Nadzieja matką głupich – skwitowałam, szepcząc do siebie.

Chciałam, by trzymał się z daleka ode mnie i moich przyjaciół. Nawet, jeśli traciłam przez to okazję na genialny seks, ponieważ z tego, co słyszałam był w tym świetny i potrafił zadowolić każdą dziewczynę. Choć nie miałam wątpliwości, że to przede wszystkim one muszą zadowolić jego. Przez chwilę ta myśl pozostała w mojej głowie, a ja zastanawiałam się, czy uznałby mnie za równie dobrą, co jego poprzednie zdobycze. Nie byłam wprawdzie łatwa, a całe doświadczenie, które posiadałam wyniosłam z tych kilku razów, jakie mogłam policzyć na palcach jednej ręki. Z tego, co słyszałam Rider wolał doświadczone dziewczyny. Czy w takim razie rozczarowałby się mną po wspólnej nocy? Zaśmiałam się sama z siebie. Jakie to miało znaczenie? Ledwo przekroczyłam próg domu, a natknęłam się na ojca śpiącego na kanapie w salonie. Przystanęłam unosząc brwi ze zdziwienia, przyglądając mu się chwilę. Roger nigdy nie spał na kanapie. Nigdy. Zaraz jednak wspięłam się po schodach na piętro i zamknęłam się w łazience. Nawet jeśli moi rodzice mieli jakieś problemy to nie była moja sprawa. Rozebrałam się i weszłam pod prysznic.

– Cholera! – zaklęłam nieco głośniej, kiedy lodowato zimne krople wody uderzyły o moje ciało.

Odsunęłam się odruchowo, jak najdalej i wyciągnęłam rękę manipulując przy pokrętle, usiłując ustawić odpowiednią temperaturę. Po chwili stałam już pod strumieniem gorącej wody, która z początku parzyła, ale po kilku minutach dawała przyjemne ciepło. Chwyciłam żel i wylałam trochę na dłoń, rozprowadzając go następnie na ciele. Spłukując jego pozostałości w postaci białej piany przypomniałam sobie o głupiej zagadce, którą kiedyś usłyszałam od Iron. Ponoć dziewczyny pod prysznicem robiły tylko dwie rzeczy. Śpiewały konkretną piosenkę, albo masturbowały się i jej pytanie polegało na tym, czy wiedziałam, o jaką piosenkę chodziło, ponieważ jeśli nie znaczyło to, że robiłam tą drugą rzecz. Nie miałam pojęcia, jaka to mogła być piosenka, co wywołało jej histeryczny napad śmiechu. Przez następne dni musiałam wbijać jej do głowy, że w rzeczywistości nie robiłam żadnej z tych rzeczy. Przynajmniej pod prysznicem, bo zdarzało mi się czasem robić to w łóżku, choć naprawdę rzadko. Nie powiedziałam jej o tym oczywiście. W przeciwnym razie jeszcze długo nie dałaby mi spokoju.

W pokoju przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka nastawiając przy okazji budzik, który na szczęście nie uległ poważnemu uszkodzeniu po wcześniejszym spotkaniu z podłogą. Pomijając rzecz jasna to, że cyferblat był teraz siateczką pęknięć, przez które nie mogłam ustalić, która była dokładnie godzina patrząc na wyświetlacz. Musiałam się wyspać. Zbyt wiele nocy spędziłam ostatnio siedząc do późna z przyjaciółmi lub zajęta innymi rzeczami. Na szczęście sen przyszedł szybko.

Słysząc budzik niechętnie otworzyłam oczy i uważając, by tym razem nie zrzucić go na podłogę czego raczej już by nie przetrwał wyłączyłam go i opadłam ponownie na poduszki. Miałam wrażenie, że ledwo zdążyłam zamknąć oczy, a już musiałam wstać. Jakbym naprawdę nie przespała całej nocy. Z jękiem wygrzebałam się spod kołdry i wstałam następnie wyjmując z szafy jeansy z dziurami na udach oraz kolanach, a do tego ciemnoszary crop top. Gdy Danny wyszedł z łazienki wzięłam szybki prysznic, który tylko pogorszył sprawę, bo od gorąca jeszcze bardziej chciało mi się spać. Ledwo przytomna zeszłam do kuchni i nalałam do kubka zaparzonej wcześniej kawy.

– Odprowadzę cię dzisiaj – oznajmiłam Danny’emu na co kiwną głową nie przerywając jedzenia śniadania.

Ja zadowoliłam się tylko tostami. Nie byłam fanką sałatek, szczególnie tych przyrządzonych przez moją matkę. Po dwóch kubkach kawy mających mnie rozbudzić i kilku tostach wyszłam z bratem z domu i ruszyliśmy powoli w stronę szkoły.

– No więc, jak się udało z Anitą? – zagadnęłam z pozoru niezainteresowana, ale tak naprawdę to właśnie był powód, dla którego wróciłam w środku nocy do domu.

Z doświadczenia wiedziałam, że na rodziców często nie mogłam liczyć, kiedy potrzebowałam z kimś szczerze pogadać, ponieważ czasem naprawdę sprawiali wrażenie, jakby mieli mnie w dupie. Nie przebywałam za dużo w domu, więc nie wiedziałam, jakie relacje ma z nimi Danny i choć miałam nadzieję, że są lepsze niż moje chciałam, żeby wiedział, że nawet jeśli oni go zawiodą, ja zawsze będę przy nim.

– Dobrze – odpowiedział speszony, wpatrując się w swoje stopy.

– A coś więcej? Powiedziałeś jej w ogóle?

Nie musiał nic mówić. Jego postawa dała mi odpowiedź. Mój mały braciszek był strasznie nieśmiały, chociaż nie miał do tego żadnych powodów. Nawet teraz nie był brzydki i wiedziałam, że kiedy podrośnie zmieni się w prawdziwego przystojniaka. Do tego był mądry, co potwierdzały jego oceny i potrafił być zabawny. Jeśli nie skończy, jako jeden z tych kretynów, jakich tu pełno stanie się jednym z tych chłopaków, których rodzice chętnie widzieliby ze swoimi córkami.

– Mówiłam ci Danny, nie masz się czego wstydzić – poczochrałam jego ciemne, jak u ojca włosy i uśmiechnęłam się do niego. – Ta dziewczyna ma szczęście, że taki chłopak, jak ty się nią zainteresował.

– Przestań! – zawołał wyraźnie zawstydzony, na co zachichotałam. – Liz – zaczął z wahaniem.

Był jedyną osobą, która mnie tak nazywała. To był pewnego rodzaju kompromis, ponieważ on stanowczo odmawiał nazywania mnie Bones, a ja zabroniłam mu zwracać się do mnie Lizzy czy Elizabeth, jak mówili nasi rodzice. Wymyślił więc ten skrót, na który niechętnie przystałam.

– Będziesz na bankiecie?

Zacisnęłam usta w cienką linię. Zdawałam sobie sprawę, że niebawem miał odbyć się ten głupi bankiet w firmie ojca, na który zaprasza się wszystkich pracowników wraz z ich rodzinami. Nie chciałam tam iść i nie byłam pewna, czy ojciec chce mnie tam widzieć. Z drugiej jednak strony, jak zamierzał wyjaśnić moją nieobecność? W tym roku było to dla niego szczególnie ważne, ponieważ liczył na awans.

– Nie wiem młody – westchnęłam. – Nie wiem.

Odprowadziłam go prawie pod sam budynek, po czym życzyłam powodzenia i odwróciłam się na pięcie odchodząc. Nie chciałam myśleć o tym bankiecie, a tym bardziej o tym, co się z nim wiązało. Pomimo to nie musiałam nawet pytać, by wiedzieć, że Danny’emu zależało na tym, bym przyszła. Chciał, bym jakoś dogadała się z rodzicami, a ja nie chciałam go rozczarować, ale nie sądziłam, żeby to jeszcze kiedyś było możliwe. Byśmy jeszcze kiedykolwiek wrócili do bycia szczęśliwą rodziną. Byłam tak pogrążona we własnych myślach, iż dopiero w ostatniej chwili dostrzegłam czarny, lśniący motor znajdujący się w moim polu widzenia. Zatrzymałam się gwałtownie omal na niego nie wpadając. Czy też raczej na właściciela, który siedział na nim zwrócony w moją stronę. Uniosłam wzrok rejestrując wcześniej jego ubiór zanim moje oczy spotkały się z brązowymi tęczówkami Ridera.

– Co tu robisz? – jak przyznałam wcześniej, nadzieja matką głupich. Jasne było, iż jeszcze się spotkamy.

– A ty? Poza tym, że jeszcze chwila i wylądowałabyś na mojej maszynie – dodał zawadiacko się uśmiechając. – Albo na mnie.

Sądząc po jego minie ta druga opcja sprawiłaby mu o wiele więcej radości. Ja za to przeklęłam się w myślach za nieuwagę. Przeklęłam też tego, kto stwierdził, że ponowne postawienie chłopaka na mojej drodze było dobrym pomysłem. Nadzieja matką głupich. Oczywiście.

– W obecnej chwili zastanawiam się, jak się ciebie pozbyć – odezwałam się mało przyjaźnie. – Blokujesz drogę.

Zamiast odpalić silnik i odjechać, jak w duchu liczyłam, zsiadł z motoru stając przede mną. Zmienił ubranie, ale nadal wyglądał nieźle. Choć prawdopodobnie faceci tacy, jak on nie wychodzą z domu dopóki nie upewnią się, że wyglądali zabójczo. Pewnie nawet niektórzy z nich spędzają w łazience więcej czasu, niż kobiety. Rider jednak nie wyglądał na takiego, który godzinami poprawia swój wygląd starając się, by był jak najbardziej perfekcyjny.

– Co powiesz na przejażdżkę?

Musiałam naprawdę powstrzymać się, by nie zacząć krzyczeć z radości, jak miała to w zwyczaju Iron. Jazda na motorze była jedną z moich słabości, na którą nieczęsto mogłam sobie pozwolić, ponieważ nie tylko nie miałam własnego pojazdu, ale także co ważniejsze prawa jazdy. Rodzice uznali, że miejska komunikacja jest wystarczająca. Do tego sądzili, że jeśli będę miała własny środek transportu narobię jeszcze więcej bałaganu. Bijąc się chwilę z myślami w końcu poddałam się tej gorszej części mnie. Najwyżej będę później tego żałować.

– Tylko przejażdżka, nic więcej – uprzedziłam go od razu.

– Szkoda – najpierw sam usiadł zanim wyciągnął do mnie dłoń najwyraźniej sądząc, że potrzebowałam pomocy.

Zignorowałam go i z wprawą usiadłam zaraz zanim obejmując go w pasie, a ponieważ miał rozpiętą bluzę musiałam objąć go pod nią, inaczej krępowałabym jego ruchy, co byłoby niebezpieczne. W każdym razie przez koszulkę, którą miał na sobie wyraźnie czułam jego wyrzeźbione mięśnie.

– Nie mam nic przeciwko, jeśli przysuniesz się bardziej – powiedział prowokująco.

– Trzymam cię tylko dlatego, żeby nie spaść, więc nie wyobrażaj sobie nie wiadomo czego.

Chociaż tak naprawdę ja sama nie miałabym nic przeciwko temu, by mocniej do niego przylgnąć. Oczywiście natychmiast zaczęłam wrzeszczeć na siebie w myślach. To było absurdalne, iż podobał mi się jeszcze bardziej, niż wczoraj tylko przez to, że zaproponował mi przejażdżkę. No i miał zapewne niezły sześciopak, którego teraz dotykałam. To nadal był Rider, czyli ktoś od kogo powinnam trzymać się z daleka, ponieważ z naszej znajomości nie wynikłoby dla mnie nic dobrego. Część mnie liczyła na to, że po przejażdżce pożegnamy się i rozejdziemy w swoje strony. Druga część po raz kolejny w ciągu ostatniej doby pomyślała o tym, że nadzieja była matką głupich.

8. Kręgle

Kolejne dni minęły zaskakująco szybko bez dramatów ze strony moich przyjaciół czy kolejnych niechcianych spotkań z Riderem. Właściwie nie widziałam go odkąd po naszej wspólnej przejażdżce zatrzymał się w jakiejś knajpie proponując mi kawę. Chwilę po tym, jak nasze zamówienia znalazły się przed nami zadzwonił jego telefon, a on z niezadowoloną miną wyszedł na zewnątrz zapewne nie chcąc, by ktokolwiek usłyszał z kim i o czym rozmawiał. Wrócił chwilę później oznajmiając, iż wyskoczyło mu coś ważnego do załatwienia i zostawił mnie. Na zewnątrz udawałam, że nic mnie to nie obchodziło tak, jak nie obchodził mnie on, ale prawda była taka, iż byłam zła na tego, kto do niego zadzwonił. Choć domyślałam się, kim była ta osoba skoro Rider musiał natychmiast jechać. Chyba, że to była tylko wymówka, by się mnie pozbyć. W każdym razie chciałam, żeby został, ponieważ to oznaczało, iż mogłam nakłonić go do odwiezienia mnie do domu. Dzięki temu mogłabym jeszcze choć przez chwilę poczuć wiatr we włosach wywołany jego szaleńczą jazdą oraz – o czym naprawdę nie chciałam myśleć – znów móc dotykać tych wyrzeźbionych mięśni. Jak na kogoś, kto nie jest szczególnie zainteresowany facetami niepokojąco szybo zaczynałam interesować się nim. Nawet, jeśli chodziło tylko o seks.

– Z resztą – odezwałam się cicho, wracając do domu pieszo – co innego mógłby mi dać ktoś taki, jak on? – wygięłam kącik ust w niewielkim uśmiechu bez humoru. Dla takich, jak my bycie razem z tym całym życiem długo i szczęśliwie raczej nie było możliwe.

Kochać kogoś, kogo w każdej chwili mogę stracić? Już raz doświadczyłam tego przez Lance’a, kiedy postanowił wstąpić do gangu grając swoim życiem w cholerną rosyjską ruletkę. Nie bez powodu tak niewielu ludzi Arcosa i Kings’a mogło poszczycić się wiekiem powyżej trzydziestki. Ten styl życia po prostu drastycznie skracał jego długość, a ja nie poradziłabym sobie ponownie ze stratą tych, których nosiłam w sercu.

Po drodze minęłam kilka osób, które widząc mnie przyspieszyły kroku i za wszelką cenę unikały patrzenia na mnie, choć mogłabym się założyć, że kiedy tylko się mijaliśmy odwracali głowy oglądając się za mną. Miałam przez to ochotę się roześmiać. Ludzie byli tak pełni sprzeczności. Zupełnie, jak ja, kiedy chodziło o tego denerwującego chłopaka o ciemnych oczach, który wiedział, jak wywołać zarówno mój uśmiech, jak i łzy. Zatrzymałam się przed drzwiami domu oddychając głęboko w nadziei na uspokojenie. Musiałam w końcu porozmawiać z ojcem o bankiecie i mojej obecności na nim. Przekręciłam klamkę i przekroczyłam próg licząc na to, że obejdzie się bez zwyczajowej kłótni, choć ostatnio większość naszych rozmów tak się kończyło. Choć w domu panowała cisza wiedziałam, że ojciec jeszcze nie wyszedł do pracy. Dlatego właśnie wychodziłam z domu wcześnie rano, albo nie ruszałam się z łóżka do czasu, aż zyskiwałam pewność, iż zostałam sama.

– Tato – odezwałam się zastając go w salonie.

Odwrócił się słysząc mój głos i spojrzał na mnie. Nie mogłam nic wyczytać z jego miny, czego jednak nie uznałam za zły znak.

– Chciałam dowiedzieć się, czy mam być razem z wami na bankiecie? – spytałam patrząc na niego i czekając na jakąkolwiek, najmniejszą nawet reakcję.

Z początku wydawał się zaskoczony moim pytaniem, jakby naprawdę nie spodziewał się, że o to zapytam. Zaraz jednak znów patrzył na mnie ze spokojem i powagą.

– Liczę na to, że pójdziemy tam wszyscy. Mam też nadzieję, że ubierzesz się odpowiednio i będziesz się przyzwoicie zachowywać – po tych słowach odwrócił się ode mnie powracając do wcześniejszego zajęcia, które mu przerwałam.

Kiwnęłam głową wiedząc dokładnie, co te słowa według niego oznaczały. Miałam nie odzywać się niepytana oraz zgrywać miłą, ułożoną córeczkę z manierami, których nie powstydziłaby się królowa. Wyglądało na to, że zostałam po raz kolejny zmuszona do spędzenia wieczoru na odgrywaniu szopki o idealnej rodzince. Paranoja. Zupełnie, jakby nasza rodzina była jedyną z problemami, a moi rodzice uważali, że naszym obowiązkiem było zostawić je wszystkie zamknięte w tym domu. Nie zamierzałam się o to sprzeczać, ponieważ to i tak było to bez sensu. Zamiast tego wróciłam do swojego pokoju i otworzyłam szafę zastanawiając się, czy mam coś odpowiedniego do ubrania. Najgorsza w tym była świadomość, że gdyby nie śmierć Lance’a ta rodzina mogłaby być naprawdę szczęśliwa.

Przeglądanie wszystkich ubrań i sprawdzanie różnych zestawów zajęło mi kilka godzin, a i tak ostatecznie uznałam, że nic co miałam w szafie się nie nadawało. Głównie dlatego, że od śmierci brata rzadko uczestniczyłam w takich wydarzeniach, więc moja szafa pełna była ubrań w zupełnie innym stylu. Potrzebowałam sukienki, co oznaczało konieczność wybrania się do centrum handlowego, a ponieważ potrzebowałam czyjejś opinii musiałam zadzwonić po przyjaciół, a to – co wiedziałam z góry – nie skończy się dobrze. Pełna obaw oraz wątpliwości sięgnęłam po telefon wybierając najpierw numer Iron, a zaraz później Damona. Umówiłam się z nimi późnym popołudniem dzięki czemu mogłam spokojnie przygotować sobie obiad.

– Czego dokładnie potrzebujesz? – Iron rzecz jasna była zachwycona tym wyjściem. Ja z Damonem nieszczególnie podzielaliśmy jej entuzjazm.

– Nic ekstrawaganckiego – uprzedziłam ją widząc, jak jej podekscytowanie nieco opadło na moje słowa. – To bankiet w firmie ojca, więc muszę sprawiać wrażenie eleganckiej córeczki rodziny królewskiej.

Damon zaczął śmiać się, jakby było w tym coś zabawnego i uciszył się dopiero widząc mordercze spojrzenie, jakim go obrzuciłam. Nie wyglądał jednak na skruszonego, więc w odwecie uderzyłam go w ramię, na co skrzywił się rozmasowując bolące miejsce. Po wejściu do najbliższego sklepu od razu rozdzieliliśmy się przechodząc pomiędzy półkami i wieszakami starając się znaleźć coś, co wyglądałoby na mnie dobrze i w czym nie czułabym się, jak kompletna kretynka, co graniczyło niemal z cudem biorąc pod uwagę, iż takie przyjęcia ani trochę nie były w moim guście.

– Przymierz tą – Iron podała mi błękitny kawałek materiału, który, jak się okazało był całkiem ładną z pozoru, prostą sukienką.

Posłusznie poszłam do przymierzalni z materiałem w dłoni. Zdjęłam swoje ubrania zakładając wybraną przez przyjaciółkę sukienkę, po czym przejrzałam się w lustrze. Miałam rację, ponieważ sukienka była prosta, z lekkim marszczeniem w talii i kończyła się dokładnie przed kolanem. Odsłaniała ramiona i górną część pleców dzięki czemu nie czułam się zupełnie, jak zakonnica, ale też nie była przez to zbyt wyzywająca. Spodobała mi się nawet, jeśli nie miałam wielu okazji do noszenia takich rzeczy, więc po krótkim namyśle darując sobie dalsze szukanie od razu ją kupiłam. Prawdopodobnie postępowałam głupio, ale nigdy jakoś szczególnie nie lubiłam zakupów.

– Skoro mamy to z głowy to, co powiecie na kręgle? – zaproponował Damon po tym, jak ekspedientka przestała wdzięczyć się do niego i niemal siłą wepchnęła mu w dłoń wizytówkę sklepu z jej numerem telefonu. Oczywiście mój przyjaciel uznał za zabawne oddać ją pierwszemu napotkanemu facetowi.

On i Iron byli całkiem nieźli w tej grze i nieraz chodziliśmy do kręgielni, by mogli po raz kolejny zmierzyć się ze sobą. Ja w tym czasie siedziałam i obserwowałam ich grę, bo sama byłam gorzej niż beznadziejna, ale lubiłam to. Chociaż jedyna kręgielnia w mieście była na obrzeżach już kilka razy zdarzało się, iż ledwo weszliśmy, a okazywało się, że w środku było tak dużo ludzi, że nie było szans, by moi przyjaciele zagrali. Zdziwił mnie widok Iron piszącej do kogoś wiadomość, której treści wyraźnie starała się nam nie pokazać. Nigdy wcześniej nie przejmowała się tym, że ja czy Damon moglibyśmy przeszukiwać jej telefon, ponieważ tajemnice, które przed sobą mieliśmy nie były tak łatwe do odkrycia.

– To nic takiego – stwierdziła z miną niewiniątka widząc moje pytające spojrzenie.

Nie ufałam jej za grosz i dałabym sobie rękę uciąć, że cokolwiek planowała to właśnie były kłopoty, których oczekiwałam i których się obawiałam. Liczyłam chociaż na to, że nie znajdę się przez nią oraz jej idiotyczne pomysły w jeszcze większym bagnie, niż obecnie byłam, bo z Donovanem na głowie musiałam się naprawdę mocno pilnować. Wszystko przez to, że nie zamierzałam spędzić w jego towarzystwie więcej czasu, niż było to absolutnie konieczne. Nie zamierzałam także iść do poprawczaka, bądź więzienia, czym już wielokrotnie podczas naszych spotkań mi groził. Musiałam w miarę możliwości zachowywać się grzecznie. Będąc pogrążoną w myślach w pierwszej chwili go nie zauważyłam czy też nie dotarło do mnie, że chłopak siedzący na motorze to on. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero, kiedy pomachał, a Iron z uśmiechem na ustach odpowiedziała mu tym samym.

– Iron? – wypowiedziałam to słowo nie pozostawiającym wątpliwości tonem.

Nie podobała mi się obecność Ridera, chociaż to nie tylko dlatego, iż coraz częściej łapałam się na myślach o tym, co moglibyśmy robić sami, najlepiej w sypialni. On był groźny, a poza tym jeśli zaczniemy spędzać z nim więcej czasu wszyscy zainteresowani mogą dojść do wniosku, że dołączyliśmy do Łowców, co byłoby nie tylko kompletną bzdurą, ale przede wszystkim stawiałoby naszą trójkę w niebezpieczeństwie ze strony Kings’a oraz jego ludzi.

– Powiedział, że nas polubił – wyznała niekoniecznie skruszona.

Miałam ochotę na nią nawrzeszczeć. Jasne, że tak powiedział skoro oba gangi nie ukrywały, iż chciały mieć mnie po swojej stronie, choć nie do końca wiedziałam dlaczego. Moja reputacja była nieco przesadzona o czym najwyraźniej zdawali się nie wiedzieć chyba, że chodziło im o to, aby zrobić ze mnie swoją dziwkę. Zacisnęłam usta powstrzymując cisnące mi się na nie przekleństwo i przyspieszyłam kroku. Omijając wyluzowanego Ridera bez słowa przeszłam przez automatyczne drzwi znajdując się w środku. Jedyną rzeczą, której nie znosiłam w kręglach były te idiotyczne buty, które musiałam zakładać nawet, jeśli nie zamierzałam grać. Po dość niechętnym ubraniu ich poszłam kupić dla nas jakieś napoje skoro mieliśmy spędzić tu trochę czasu. Wzięłam także jeden dla Ridera uznając to za swego rodzaju podziękowanie za przejażdżkę, jednak nie dbałam o to, czy będzie mu odpowiadał. Ostatecznie to on wprosił się za pośrednictwem Iron, więc nie obchodził mnie jego gust. Zawsze mógł kupić sobie coś sam. Chwyciłam plastikowe butelki i podeszłam z nimi do stolika, który już zajęła pozostała trójka. Po tym, jak odstawiłam je na blat usiadłam z brzegu półokrągłej kanapy.

– Nie zamierzasz grać? – najwyraźniej moja przyjaciółka zapomniała poinformować go o tym drobnym szczególe naszego wspólnego wyjścia.

– To byłoby nieuczciwe – Damon zaśmiał się najprawdopodobniej myśląc o ostatnim razie, kiedy grałam przeciwko nim. – Bones jest do kitu.

– Mam lepsze talenty, niż głupie kręgle – odpyskowałam mu.

– Jasne, jasne – skwitował to machnięciem dłoni. – Wmawiaj sobie dalej – w odpowiedzi pokazałam mu środkowy palec, co znów wywołało jego śmiech. Iron w tym czasie popijała swój napój obserwując nas z uśmiechem, a po chwili ja również się uśmiechnęłam.

Obserwowałam, jak grali stwierdzając, że Rider był w tym zaskakująco dobry. Nie tylko prowadził, ale też całkiem nieźle przy tym wyglądał pochylając się, by rzucić kulą i strącić wszystkie kręgle. Była kolej Damona, kiedy zostawił ich przy torze podchodząc do mnie.

– Mogę nauczyć cię kilku sztuczek – zaproponował, na co zmarszczyłam brwi w konsternacji.

– Co kryje się za tym zaszczytem? – spytałam pełna podejrzeń.

– Może po prostu jest mi cię żal, kiedy tak tu siedzisz – mówił zagadkowym tonem nie patrząc na mnie, a na coś co znajdowało się za mną. – To jak?

Zgodziłam się z kilku powodów. Faktycznie zanudzałam się na śmierć przy tym stoliku, no i chciałam dać moim przyjaciołom trochę fory, więc z przyjemnością nieco popsułabym jego dobry wynik. Do tego jakoś nie potrafiłam znaleźć argumentu przeciw, gdy pomyślałam, że będzie musiał zbliżyć się do mnie, jeśli zamierzał mnie czegokolwiek nauczyć, a miał niezaprzeczalnie świetne ciało. Gdzieś z tyłu mojej głowy majaczyło pytanie, czy przypadkiem jemu nie chodzi o to samo. Wstałam i razem podeszliśmy do odpowiedniego toru, a ja chwyciłam kulę spoglądając na niego w oczekiwaniu na dalsze instrukcje.

– Noga do tyłu – powiedział stając za mną, a gdy wykonałam jego polecenie przysunął się tak, że czułam na plecach jego tors. – Teraz pochyl się.

Zawahałam się, ale ostatecznie zrobiłam to, co mi kazał, na szczęście nie czułam go przyciśniętego do mnie w żaden nieodpowiedni sposób. Nie miałam pewności, czy zdawał sobie sprawę z ewentualnych konsekwencji czy zwyczajnie nie byłam jednak w jego typie, więc nie miał powodu, by wykorzystać okazję. Nie mniej nawet, jeśli był Riderem ucierpiałaby nie tylko jego przystojna twarz, gdyby znalazł się bliżej mnie niż bym mu na to pozwoliła.

– A teraz zamach – trzymał moją rękę wykonując nią odpowiedni gest. – Puść kulę zanim całkiem wyciągniesz dłoń do przodu.

9. We troje

Po kilku godzinach nauki wciąż byłam w tym kiepska, a wynik Ridera pogorszył się przeze mnie, chociaż chłopak nie wydawał się tym przejmować. Nie, żebym zwracała szczególną uwagę na jego samopoczucie będąc bardziej zajętą swoim własnym. Z jednej strony cieszyło mnie to, iż nie próbował w żaden sposób wykorzystać okazji, a z drugiej część mnie właśnie tego chciała. Dlatego uśmiechałam się i żartowałam z nimi, w rzeczywistości chcąc po prostu przywalić głową w ścianę. Na szczęście dla Ridera mój kolejny beznadziejny zapewne rzut przerwał dzwonek mojego telefonu. Odsunęłam się podając mu wcześniej kulę, którą zdążyłam już chwycić zanim wyciągnęłam komórkę z kieszeni. Zerknęłam na nazwę kontaktu zanim odebrałam i uśmiechnęłam się lekko zastanawiając się, o co mogło chodzić.

– Co jest? – starałam się, by mój głos brzmiał wesoło nie chcąc dawać przyjaciołom podejrzeń, że źle się bawiłam, ponieważ nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć, iż jak zwykle podsłuchiwali.

Przez kilka sekund po drugiej stronie panowała niepokojąca cisza, zanim w końcu usłyszałam westchnienie i nieśmiały, chłopięcy głos.

– Będziesz jutro prawda? – brzmiał na przejętego i wnioskowałam, że zapewne teraz marszczy brwi mając ten zmieszany, niepewny wyraz twarzy. Byłam ciekawa czy rozmawiał wcześniej o tym z rodzicami czy po prostu miał własne wątpliwości.

– Przecież chciałeś, żebym przyszła. Czy może zmieniłeś już zdanie? – zażartowałam wiedząc, jak zareaguje.

– Nie! – zaprzeczył od razu, trochę zbyt gwałtownie. – To znaczy jasne, że nie – poprawił się szybko, opanowując się.

Nie mogłam nie uśmiechnąć się szeroko słysząc zakłopotanie w jego głosie. Ten dzieciak nadal miał czasem problem, by rozmawiać ze mną normalnie, co wiązało się także z tym, że nigdy nie był duszą towarzystwa. Danny najlepiej czuł się wśród małego grona swoich znajomych, a ja w przeciwieństwie do naszych rodziców nie próbowałam zmieniać tego na siłę.

– W takim razie możesz spać spokojnie. Chociaż uprzedzam, że przeżyjesz szok, kiedy zobaczysz mój strój – zaśmiałam się rozbawiając także jego.

Żegnając się ze mną po wymienieniu jeszcze kilku krótkich zdań brzmiał na bardziej rozluźnionego niż na początku rozmowy, co przyjęłam z ulgą. Nie miałam ochoty iść na ten głupi bankiet, ale skoro Danny’emu zależało na tym, byśmy poszli całą rodziną byłam gotowa zrobić to dla niego. Najwyżej spędzę ten wieczór marudząc do siebie i narzekając na wszystko wokół, jednak było warto, jeśli w zamian miałam zobaczyć jego uśmiech. Rzucając krótkie pożegnanie rozłączyłam się chowając z powrotem telefon w kieszeni jeansów.

– Kto to? – zainteresowana Iron od razu przeszła do rzeczy. Wszyscy troje stali teraz blisko mnie przyglądając się mi, ponieważ moja rozmowa była znacznie bardziej interesująca od ich gry. Byli tak cholernie wścibscy.

– Danny martwi się, czy przyjdę jutro.

– Gdybym był nim – wtrącił Damon opadając na kanapę – też bym się martwił. To oczywiste, że nie chcesz tam iść, a on doskonale wie, jaka potrafisz być denerwująca, kiedy coś ci nie odpowiada.

Wzruszyłam ramionami, chociaż chłopak miał całkowitą rację.

– Dla niego mogę poświęcić jeden wieczór.

Siedzieliśmy w kręgielni aż do zamknięcia. Chociaż tragicznie popsułam statystyki Ridera i tak, ku niezadowoleniu moich przyjaciół udało nam się wygrać. Wychodząc na zewnątrz Damon oraz Iron cały czas marudzili o tym, jak niesprawiedliwe to było, na co ja z Riderem jedynie kiwaliśmy głowami słuchając ich zażaleń. Pożegnałam się z nimi chwilę później i ruszyłam w drogę powrotną do domu. Musiałam się wyspać przed bankietem, w przeciwnym razie będę zmuszona użyć niebotycznej ilości podkładu, by zatuszować ciemne cienie pod oczami.

Nie nastawiłam budzika przez co obudziłam się kilka minut po dziewiątej. Przeciągnęłam się zanim wstałam i udałam się do łazienki wyjmując wcześniej z szafy jakieś luźne ciuchy. Właściwie nawet nie spojrzałam na to, co dokładnie brałam, ponieważ nie musiałam się nigdzie szykować, planując spędzić ten dzień na siedzeniu przed ekranem w towarzystwie mojego młodszego brata. Poświęciłam więcej czasu niż przeważnie pod strumieniem ciepłej wody, rozmasowując swoje ramiona, bo nie sądziłam, że kilka godzin rzucania kulą do kręgli skończy się obolałymi barkami. Ubraniem wyciągniętym z szafy okazały się sportowe szorty i stara, podziurawiona koszulka z plamami po farbie. Na grubych ramiączkach i sięgająca mi za pośladki sprawiała raczej wrażenie zniszczonej, zbyt krótkiej sukienki i zakrywała prawie całe szorty. W ostateczności wzruszyłam ramionami na mój wygląd stojąc przed lustrem zanim zabrałam się za rozczesywanie włosów, które następnie związałam w niedbałego koka.

– Tylko nie mów, że chcesz tak iść – Danny zlustrował mnie wzrokiem z niepokojem. – Rodzice dostaną zawału.

– Nie bój się – zachichotałam czochrając mu włosy. – Obiecuję być przyzwoicie ubrana, ale teraz zamierzam zjeść coś tłustego i niezdrowego, więc – zamilkłam dając mu do zrozumienia, o co mi chodzi zanim zbiegłam po schodach chcąc sprawdzić, czy w kuchni był jeszcze jakiś gazowany napój.

– Zamów też dla mnie! – krzyknął za mną brat tak, jak się tego spodziewałam.

Przeszukałam każdą szafkę, ale nie znalazłam niczego odpowiedniego, więc ponownie weszłam do swojego pokoju, aby chwycić telefon leżący na biurku i wyszukałam w kontaktach numer do mieszczącej się najbliżej naszego domu pizzerii. Gdy nareszcie odebrała jakaś kobieta znudzonym tonem pytając o moje zamówienie, wybrałam dwa podwójne cheeseburgery z litrową colą i rozłączyłam się po podaniu adresu. Rzuciłam komórkę na łóżko wchodząc następnie bez pukania do pokoju brata, zastając go rozwalonego na łóżku z laptopem umieszczonym na poduszce.

– Jedzenie będzie za jakieś pół godziny – oznajmiłam kładąc się obok niego. – Co oglądasz?

-“Lucyfera” – podał nazwę serialu nie odrywając wzroku od ekranu.

Udało mi się namówić go, byśmy zaczęli oglądanie od początku dzięki czemu nie musiałam zastanawiać się, o co chodziło w fabule. Pod koniec pierwszego odcinka uznałam, iż serial był w moim guście, więc postanowiliśmy spędzić dzisiejszy dzień na oglądaniu wszystkich dostępnych sezonów. W chwili, w której Danny miał  właśnie włączyć drugi odcinek ktoś zadzwonił do drzwi. Sądząc, iż było to nasze zamówienie dostarczone najwyraźniej przed czasem wzięłam przygotowane wcześniej pieniądze i zbiegłam na dół. Otworzyłam drzwi zamierając w szoku, kiedy zrozumiałam kto stał po drugiej stronie.

– Co u diabła tu robisz? – spytałam będąc jednocześnie zaskoczona i niezadowolona z jego obecności.

On tylko uśmiechnął się bezczelnie podając mi pojemniki, w których były cheeseburgery oraz butelkę coli, po czym pchnął drzwi otwierając je szerzej i wszedł nieproszony do środka.

– Nieźle wyglądasz – zaśmiał się lustrując mnie wzrokiem.

– Liz! – właśnie miałam ochrzanić go za wpraszanie się, kiedy przeszkodziło mi wołanie z góry. – Idziesz czy nie?

Przewróciłam oczami zanosząc wszystko do kuchni, zamykając wcześniej nogą drzwi od domu. Słyszałam za sobą kroki Ridera.

– Chwila! – zawołałam jednocześnie wyjmując z szafki szklanki. Jeśli chodziło o mnie i Danny’ego mogliśmy pić z butelki, ale nie byłam pewna, czy Riderowi też by to odpowiadało.

Nie marnowałam czasu pytaniem go, czy zamierzał zostać, skoro najwyraźniej i tak zamierzał to zrobić. Nie zadałam sobie też trudu próbując go wyrzucić, ponieważ znałam go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że i tak mi się nie uda. Z jakiegoś powodu ten chłopak pojawiał się przy mnie nie mając zamiaru odejść.

– Czego chcesz? – zwróciłam się do niego podając mu z powrotem butelkę samej biorąc w dłonie szklanki oraz jedzenie.

Skoro już tu był mógł się na coś przydać, ponieważ nie zamierzałam krążyć po kilka razy między kuchnią, a pokojem Danny’ego.

– Zawsze tak witasz gości czy ta uprzejmość zarezerwowana jest tylko dla mnie?

– Nie czuj się wyjątkowy. Rzadko jestem zachwycona widokiem gości, zwłaszcza niespodziewanych i nieproszonych.

Ruszyłam na górę i gdybym miała zgadywać obstawiałabym, że idący za mną Rider gapił się na mój tyłek. Nawet, jeśli nie byłam w jego typie – o czym wciąż nie wiedziałam i nie byłam pewna, czy chcę wiedzieć – nadal pozostawał tylko facetem. Zatrzymałam się przed odpowiednimi drzwiami uderzając w nie nogą dając znać bratu, by otworzył. Kiedy to zrobił zrozumiałam, że zamknął je ponieważ chciał się przebrać, bo miał teraz na sobie szorty do kolan i luźny podkoszulek.

– Przyprowadziłam zbłąkanego kundla – oznajmiłam, jak gdyby nigdy nic siadając na łóżku i opierając się plecami o ścianę.

Danny uniósł zdziwiony brwi, a jego wzrok powędrował ze mnie, na Ridera. Mój mały braciszek nie potrzebował dużo czasu, by zdać sobie sprawę, iż szatyn był jedyną z tych osób, które ja widuję włócząc się po nocach i nie był odpowiednim towarzystwem dla niego. Nie wiedział tylko, że poznałam go raptem kilka dni wcześniej i z całą pewnością nie był mi tak bliski, jak Damon czy Iron.

– To Rider, a to mój młodszy brat Danny – przedstawiłam ich sobie.

– Hej – Rider posłał mu uśmiech, który mój brat z lekkim wahaniem odwzajemnił i skinął głową.

Obaj dołączyli do mnie, siadając po obu moich stronach. Mój braciszek traktował mnie, jak mur odgradzający go od szatyna, ale nie zamierzałam go za to winić. Nie ufał mu. Podałam Danny’emu drugi pojemnik oraz szklankę.

– Możesz włączyć? – spytałam Ridera wskazując na ekran, na co ten od razu przytaknął wypełniając moją prośbę.

Zajęłam się jedzeniem skupiając się na rozgrywającej się akcji, ignorując tym samym obecność nieproszonego gościa obok mnie. Kilka odcinków później stwierdziłam, że najlepsze w tym serialu były relacje tytułowego, głównego bohatera z córką głównej bohaterki. Gdzieś w międzyczasie puste pudełka oraz plastikowa butelka już dawno wylądowały rzucone na podłogę, a puste szklanki stały na biurku, ponieważ ani mi, ani brunetowi nie chciało się tego w obecnej chwili sprzątnąć.

– Zaraz wracam – Danny podniósł się wciskając wcześniej pauzę. – Przy okazji trochę ogarnę, zanim wrócą rodzice.

– Kiedy mają być? – miałam nadzieję, że brat nie dosłyszał niechęci w moim głosie.

Zerknął na zegarek milcząc przez chwilę.

– Teoretycznie za jakieś dziesięć minut. Tata mówił, żebyś wcześniej była w domu, bo chce z mamą o czymś z tobą pogadać.

Jasne, że tak. Wiedziałam nawet o czym i wcale mi się to nie podobało. Pozostałam jednak cicho zamiast zacząć narzekać, jak zrobiłaby to Iron będąc na moim miejscu. Danny wyszedł z pokoju z jakiegoś powodu zamykając za sobą drzwi.

– To z nim rozmawiałaś wczoraj w kręgielni? – odwróciłam się słysząc to pytanie z jego ust.

– A z kim innym miałabym rozmawiać? – byłam zaskoczona tym, że o to pytał nie wiedząc, co miał przez to na myśli.

Patrzył na mnie przez chwilę nieodgadnionym wzrokiem zanim uniósł kącik ust w nieznacznym uśmiechu, który szybko zniknął z jego twarzy.

– Nie sądziłem, że tak dobrze możesz się z nim dogadywać – odezwał się po chwili milczenia.

– Dogadujemy się całkiem nieźle, więc nawet nie myśl o wciągnięciu go w jakieś wasze brudne interesy – powiedziałam twardo, nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Nie ważne który z was. Pożałujecie, jeśli mój brat choćby zbliży się do waszego bagna – zagroziłam mu, co prawdopodobnie było głupie, ale chodziło o mojego brata. Dla Danny’ego zrobiłabym wszystko. Nie miałam wątpliwości, co właśnie zobaczył w moich oczach.

Pomimo dzielącej nas różnicy wieku niemal nigdy się nie kłóciliśmy, a kiedy już dochodziło do takich sytuacji nie potrafiliśmy się na siebie długo gniewać. Z resztą nawet, gdy byłam na niego wściekła nie odmawiałam mu pomocy ilekroć mnie potrzebował. On jedyny zdawał się nie oceniać mnie i często dawał mi do zrozumienia, że zwyczajnie martwił się o mnie. W przeciwieństwie do rodziców tysiące razy wypytywał mnie o moje powody, ale niestety był jedyną osobą, której naprawdę nie mogłam ich zdradzić. Przede wszystkim jednak był jedynym bratem, jaki mi pozostał. Już straciłam jednego z nich przez gangi i prędzej przeszłabym przez piekło niż pozwoliła, by to samo spotkało drugiego. Rider pokiwał głową, jakby nie spodziewał się takiej odpowiedzi bądź mojej zdecydowanej reakcji, ale w pełni ją zrozumiał.

– Nie sądziłem, że czas spędzony we troje okaże się całkiem niezłą zabawą – zmienił temat znów wyglądając na rozbawionego.

W duchu przyznałam mu rację. Ja również, kiedy zobaczyłam go w drzwiach nie sądziłam, że będziemy się tak dobrze razem bawić.

10. Niespodziewany znajomy

Rider wyszedł zanim wrócili rodzice, za co byłam mu wdzięczna. Nie miałam ochoty wysłuchiwać jeszcze tego, iż sprowadzałam bandytów do domu. Wystarczyło, że rodzice nie lubili Damona i Iron, co dawali mi do zrozumienia za każdym razem, kiedy ci przychodzili do mnie. Tak, jak się spodziewałam nie obyło się bez pouczania przez nich na temat tego, jak powinnam zachowywać się przez cały wieczór. Naprawdę powstrzymywałam się resztkami sił przed wywracaniem oczami słysząc po raz kolejny te same słowa i gdy rodzice w końcu mnie puścili udałam się do łazienki wiedząc, że to ostatnia szansa zanim Danny zająłby ją na najbliższą godzinę. Po szybkim prysznicu wtarłam w ciało balsam i owinięta ręcznikiem wróciłam do swojego pokoju, gdzie zdjęłam ręcznik rzucając go na łóżko, po czym wyjęłam z szafy niebieski komplet bielizny, na który ubrałam kupioną wczoraj sukienkę. Włosy najpierw rozczesałam, później wysuszyłam, a następnie spięłam z tyłu, żeby nie opadały mi na twarz. Zdecydowałam się także na delikatny makijaż. Ostatecznie przeglądając się w lustrze uznałam, że wyglądałam dobrze, choć w tym wydaniu nie czułam się sobą.

– To tylko na ten jeden wieczór – pocieszyłam samą siebie.

Wzięłam jeszcze czarny żakiet, który rzadko nosiłam zanim zeszłam na dół. Na bose stopy założyłam białe sandałki na niewielkim, może centymetrowym obcasie, które sama nie do końca wiedziałam, po co kupiłam w zeszłym roku.

– Ładnie wyglądasz Lizzy – głos matki pobrzmiewał dumą.

Tak, jakby właśnie dostała swoją idealną, perfekcyjną córeczkę. Miałam ochotę prychnąć i roześmiać się, pomijając rzecz jasna złość na dźwięk mojego imienia. To tylko kilka godzin, powtarzałam sobie w myślach. Choć prawdopodobnie nie odwrócę się słysząc, jak woła mnie ktoś inny niż rodzice czy Danny sądząc, że to nie o mnie chodzi, ponieważ od dawna przestałam reagować na swoje imię wypowiadanie przez kogokolwiek innego. Nieraz zdarzało mi się nie reagować nawet, kiedy wypowiadali je rodzice.

– Zaraz wychodzimy! – zawołała matka do Danny’ego, który wciąż był na górze. – Pospiesz się!

Zbiegł ze schodów omal z nich nie spadając, ale na szczęście chwycił się poręczy odzyskując równowagę, na co matka pokręciła głową mówiąc, by bardziej uważał. Na dworze zaczynało już być chłodno, ale ojciec włączył ogrzewanie w samochodzie dzięki czemu nie zdążyłam zmarznąć zanim razem z Danny’m zajęliśmy miejsca z tyłu. Podczas drogi siedziałam w milczeniu starając się przygotować się na cały ten cyrk, w którym miałam wziąć udział. Samochód zatrzymał się przed zajazdem, który wynajęto z okazji imprezy na całą noc. Pokoje były pozamykane, a do naszej dyspozycji oddano przestronną jadalnię oraz dość sporych rozmiarów teren na tyłach, na którym ustawiono małą, prowizoryczną scenę, gdzie grał już jakiś kiepski zespół i przygotowano kilka innych atrakcji. Rozejrzałam się widząc wokół siebie przywiązane do drzew lub metalowych słupów hamaki, lampiony pozawieszane na gałęziach, a także cała masa nieszczęśników pijących tanie piwo ze sztucznymi uśmiechami przyklejonymi do twarzy. Chyba wolałabym już spotkanie z Ronny’m, pomyślałam wzdychając i przybierając jednocześnie postawę męczennicy.

– Pamiętajcie, że to spotkanie jest ważne dla ojca – powtórzyła matka cicho, zanim uśmiechnęła się sztucznie rozglądając wokół. – Donna! – zawołała po chwili machając dłonią, a przesadnie szczupła kobieta, której raczej bliżej było do wkurzonej na cały świat panienki, niż żony biznesmena na poziomie podeszła do nas i uścisnęła moją matkę z równie fałszywym uśmiechem.

Ojciec również uśmiechnął się do niej całując jej dłoń, na co ja miałam ochotę rzygać. Oczywistym było, że kobieta miała ich w głębokim poważaniu tak, jak oni ją, ale cała trójka zgodnie odgrywała ten teatrzyk przed resztą publiczności, której nic to nie obchodziło i z której większość, jak mogłam się założyć o wiele bardziej wolałaby, żeby się nawzajem pozabijali. Zgadywałam, że do tej właśnie części należałam też ja.

– To nasze dzieci – zaczął ojciec wskazując na nas. – Elizabeth i Danny.

Duma malująca się na obliczach naszych rodziców przynajmniej częściowo była udawana, ponieważ nadal nie wiedziałam, czy Danny znaczył dla nich równie mało, co ja. Niemniej było dla mnie prawdziwym cudem nie skrzywić się i milczeć na dźwięk znienawidzonego imienia. Zazdrościłam bratu dlatego, że jego przynajmniej było nowoczesne. Moje własne zawsze wydawało mi się zbyt długie, przesadnie poważne i średniowieczne. Po prostu do mnie nie pasowało.

– Miło was poznać – Donna wciąż miała na twarzy szeroki uśmiech i zaczęłam zastanawiać się, czy nie boli jej od tego przypadkiem twarz. – Możecie zwracać się do mnie pani Lanshert. Mój mąż i ja pracujemy z waszym tatą dość długo i nie mogliśmy się doczekać, żeby was poznać.

Przywitałam się grzecznie tak, jak tego po mnie oczekiwano, po czym przeprosiłam towarzystwo sekundę po tym, jak dołączył do nas pan Lanshert twierdząc, iż zaschło mi w gardle. Z ulgą zostawiłam ich za sobą udając się do jadalni, w której również było całkiem sporo osób. Przez moment przeszło mi przez myśl, czy nie zabrać Danny’ego ze sobą odciągając go tym samym od tej bandy fałszywych snobów. Szybko z tego zrezygnowałam rozumiejąc, iż on w przeciwieństwie do mnie nie czuł obrzydzenia na samą myśl bycia tutaj. Nie mogąc pozwolić sobie na nic mocnego – a tego właśnie potrzebowałam – czując rozczarowanie wzięłam do ręki dzban z mrożoną herbatą i nalałam sobie pełną szklankę.

– Wyglądasz na znudzoną – usłyszałam męski głos za plecami. Odwróciłam się, a moim oczom ukazał się młody chłopak w garniturze uśmiechający się zawadiacko. – Zgaduję, że ty też wolałabyś dać się pociąć, niż spędzić tu choćby kolejne pięć minut.

Dłonią odgarnął opadające mu na mętnie zielone oczy kosmyki ciemnoblond włosów, kiedy ja posłałam mu w odpowiedzi niewielki uśmiech. Dobrze było wiedzieć, iż nie byłam osamotniona w tych myślach.

– W dodatku impreza dopiero się zaczyna – odparłam zrezygnowanym tonem, choć w oczach zapewne wciąż miałam wesołe iskierki.

– W takim razie, co powiesz na to, żebyśmy razem spróbowali nie umrzeć tu z nudów? – zaproponował sięgając do tacy z przekąskami, z której podniósł ciastko.

Puścił mi oczko, a ja zachichotałam. Od razu go polubiłam, więc nie miałam problemu ze zgodzeniem się na jego propozycję. Dopiłam napój, po czym wyszliśmy na zewnątrz i Greg – tak się przedstawił mój nowy, niespodziewany znajomy – zaprosił mnie do tańca. Z wyraźnym oporem przystałam na jego propozycję zastrzegając wcześniej, by nie liczył na żaden bardziej klasyczny taniec, ponieważ najzwyczajniej w świecie żadnego z nich nie umiałam i nie ciągnęło mnie do ich nauki. Zamiast tego wolałam doskonalić umiejętności taneczne w klubach, jak każda normalna nastolatka, która ma chociaż minimum życia towarzyskiego. Greg nie wyglądał na rozczarowanego, wręcz przeciwnie przez cały czas sprawiał wrażenie, jakby świetnie się bawił nawet, kiedy deptałam mu po stopach.

– Prawdopodobnie powinnam iść poszukać rodziców, zanim całkiem oszaleją – odezwałam się po którymś z kolei tańcu.

Chłopak przytaknął oferując, że poszuka ich ze mną i wyjaśni moją tak długą nieobecność. Znaleźliśmy ich z łatwością rozmawiających z nieco starzej wyglądającą od nich parą, a Danny towarzyszył im mając minę, jakby liczył na to, iż nagle ziemia przed nim rozstąpi się wybawiając go z kłopotu. Mój mały braciszek był po prostu znudzony.

– Coś mnie ominęło? – zwróciłam się do rodziców, którzy spojrzeli na mnie i na moment w ich oczach pojawiła się złość. Zniknęła, gdy dostrzegli mojego towarzysza.

– Miło, że jesteś Lizzy – matka udawała zadowoloną moją obecnością, ale najwyraźniej nikt z trojga naszych towarzyszy nie zauważył jej nieszczerości lub nie zareagował na nią. – To są państwo Kelly, właściciele firmy, w której pracuje Roger – przedstawiła mi dwójkę ludzi, którzy uśmiechali się do mnie przyjaźnie, witając się ze mną.

– Widzę, że poznałaś już naszego syna – odezwał się pan Kelly zerkając na Grega stojącego obok mnie.

Nie sądziłam, iż chłopak mógł okazać się synem prezesa skoro tak dobrze się z nim dogadywałam, a on sam już na początku dał mi wyraźnie do zrozumienia, że nie znosił tych oficjalnych przyjęć, na które był zmuszony chodzić. To sprawiło, że pomyślałam o Iron, która pochodziła z podobnego środowiska. Zapewne dlatego tak bezproblemowo mi się z nim rozmawiało.

– Spotkaliśmy się w jadalni i tak dobrze się bawiliśmy, że trochę straciliśmy poczucie czasu – chociaż starał się brzmieć przepraszająco było jasne dla każdego z nas, iż ani trochę nie czuł się winny.

Wymieniłam z nim porozumiewawcze uśmiechy potwierdzając jego wersję. Widziałam, jak rodzice uspokajają się najwyraźniej uznając, że cokolwiek robiłam z synem szefa – zapewne spodziewali się, że w rzeczywistości zajęci byliśmy bardziej skandalicznymi rzeczami niż wersja zabawy, jaką tu oferowano – tak długo, jak chłopak wydawał się być zadowolonym, pomogłoby to ojcu z planowanym awansem, a przynajmniej nie zrujnowało szans na to. Jak zawsze stawiali coś ponad mnie, ale przestało mnie to już dziwić.

– Danny – zwróciłam się do bruneta, podczas gdy rodzice na nowo pogrążyli się w dyskusji z państwem Kelly. – Chcesz iść z nami do jadalni?

Sądząc po spojrzeniu, jakie mi posłał w tej chwili wychwalał mnie pod same niebiosa za uratowanie go. Powstrzymałam śmiech nie chcąc narażać się na niepotrzebne spojrzenia stojących najbliżej nas ludzi i wymyślanie wyjaśnień swojego zachowania. Zamierzałam grać tak długo, jak było to konieczne tylko dlatego, że nie chciałam później wysłuchiwać pretensji, jakie mieliby do mnie rodzice za zrujnowanie im tego bankietu.

– Czyli jesteś synem szefa – zaczęłam zajmując miejsce przy wolnym stole na końcu sali. Dołączyli do mnie siadając po moich bokach tak, jak wcześniej siedziałam z Riderem i Danny’m u niego w pokoju, jeszcze kilka godzin wcześniej. – Sądziłam, że będziesz, jak reszta towarzystwa.

– Nadętym snobem z poczuciem wyższości? – uniósł pytająco brew na co przytaknęłam, a on wyszczerzył się w szerokim uśmiechu. – Wybacz, że cię rozczarowałem.

– Nie jestem rozczarowana – powiedziałam doznając uczucia deja vu na wspomnienie Ridera kierującego podobne słowa do mnie. Odgoniłam od siebie to wspomnienie razem z postacią szatyna, która zbyt często pojawiała się w moich myślach. – Gdyby nie ty zapewne już dawno sfrustrowana rozniosłabym to miejsce.

– Mógłbym to samo powiedzieć o tobie.

– Skoro zamierzacie się do siebie mizdrzyć pójdę po coś do picia – wtrącił się nagle niezadowolony Danny. Na szczęście Greg nie wziął do siebie jego zachowania, które mnie natomiast mocno zastanowiło. – Chcecie coś?

Przekazaliśmy mu swoje zamówienia, a on odszedł dając mi wcześniej znak, jakby miał zamiar wymiotować, czego Greg dzięki bogu nie zobaczył. Danny zachowywał się coraz dziwniej, a przecież dopiero poznał Grega, więc skąd mogła pochodzić jego niechęć? Mój mały braciszek, jak na kogoś przeważnie nieśmiałego potrafił czasem dać mi popalić i nieźle wkurzyć. Poza tym kto, najwyraźniej oprócz niego używał jeszcze słowa mizdrzyć, spytałam się w myślach patrząc na jego oddalającą się sylwetkę.

Ostatecznie kilka godzin później, kiedy na powrót znaleźliśmy się w samochodzie jadąc z powrotem do domu byłam mile zaskoczona tym, iż bankiet nie okazał się, jak sądziłam początkowo cholernie nudną katastrofą, a wszystko dzięki mojemu nowemu znajomemu, dzięki któremu mogłam chociaż częściowo wyrwać się z narzuconych na tę imprezę sztywnych schematów. Nadal jednak zastanawiało mnie, co stanowiło przyczynę zachowania Danny’ego i dlaczego aż tak nie chciał mi o tym powiedzieć.

11. Powrót do szkoły

Przeklinając wszystko na czym stoi świat zwlokłam się na wpółprzytomna z łóżka i ziewając przetarłam dłońmi oczy zanim podeszłam do szafy. Niestety moje przymusowe zawieszenie dobiegło końca, więc musiałam oficjalnie wrócić do grona uczniów liceum Saint Marine, co nie napawało mnie optymizmem. Wyciągnęłam czarne, obcisłe spodnie ze sztucznej skóry, a do nich luźną tunikę w tym samym kolorze na grubych ramiączkach, miejscami poprzecieraną, ale lubiłam ją zbyt mocno, by się jej pozbyć przynajmniej do czasu, aż przestanie zasłaniać mój biust. Włosy zdecydowałam się związać w wysoki kucyk ubierając też na dłonie bransolety z ćwiekami. Wyjrzałam przez okno krzywiąc się na widok mżawki i unoszącej się nad ziemią mgły. Jak pogoda mogła zmienić się tak diametralnie w zaledwie kilka godzin?

– Pięknie – mruknęłam niezadowolona zanim udałam się do łazienki.

Na moje nieszczęście nie zajmował jej Danny, co oznaczało, iż miałam większe prawdopodobieństwo zdążyć na czas. Jak raz nie miałabym nic przeciwko, by mój brat siedział tam godzinami on musiał mieć odwołaną pierwszą lekcję dzięki czemu mógł dłużej spać. Życie czasem było strasznie niesprawiedliwe. Z tą myślą znalazłam się w kuchni i ignorując obecność rodziców zjadłam w ciszy śniadanie, po czym nie widząc sensu w odwlekaniu nieuniknionego, ponieważ gdybym tylko się spóźniła dyrektorka z całą pewnością zadzwoniłaby natychmiast do domu, zabrałam torbę i ubrałam glany. Wyszłam zarzucając na siebie skórzaną kurtkę i patrząc z chęcią mordu w oczach na szare niebo ruszyłam przed siebie. Ledwo dotarłam na dziedziniec, a od razu wyczułam na sobie spojrzenia innych uczniów. Jak przypuszczałam plotkowali o mnie i moim powrocie, o który część z nich modliła się, aby nigdy nie nadszedł. Ostentacyjnie ignorując całą tę bandę zmierzałam do wejścia, gdy zatrzymał mnie dziewczęcy głos.

– Bones! – uśmiechnęłam się słysząc go i odwróciłam w stronę, z której dochodził. Właścicielka różowej czupryny biegła do mnie zadowolona. – Zapomniałam, że to już dzisiaj – oznajmiła zatrzymując się przede mną.

Wzruszyłam ramionami rozglądając się wokoło w poszukiwaniu jeszcze jednej postaci, której jednak nigdzie nie dostrzegałam. Ona w tym czasie dokończyła swój napój wyrzucając kubek do kosza przy wejściu.

– Co z Damonem?

– Zabalował – powiedziała, jakby to było oczywiste. W sumie tak było, bo nasz przyjaciel nie ukrywał, iż znacznie bardziej wolał spędzać czas w klubach, a ponieważ był już pełnoletni nikt nie mógł zmusić go do dalszego uczęszczania do szkoły.

Razem szłyśmy korytarzem w stronę sali od fizyki. Na szczęście większość zajęć miałam z Iron, dzięki czemu nie umarłam jeszcze z nudów. Nasze czy też raczej moje pojawienie się w klasie uciszyło wszystkie rozmowy sprawiając, że każda znajdująca się już tu osoba przyglądała się nam, kiedy przeszłyśmy na koniec sali zajmując nasze miejsca w ostatniej ławce pod oknem. Chwilę później rozległ się dzwonek i do sali weszła nauczycielka, a zarazem dyrektorka szkoły, panna Rose. Miała ponad czterdzieści lat i nieudane małżeństwo na koncie, co prawdopodobnie było powodem jej wiecznie złego humoru. Wyżywała się na nas za to, że mąż zostawił ją dla innej nie potrafiąc sobie z tym poradzić. Kobieta, która płacze za takim facetem, bez względu na wiek jest po prostu żałosna.

– Dzisiaj pomówimy o zjawiskach optycznych – wzrokiem modliszki skanowała salę, a kiedy dotarła do mnie wyraz jej twarzy zmienił się, jakby rzucała mi nieme wyzwanie. Nie odwracając spojrzenia siedziałam cicho, spokojnie czekając na rozwój wydarzeń. Kobieta nie widząc reakcji z mojej strony na sekundę uniosła kącik ust w zadowolonym uśmiechu. – Na początek powiemy, czym są soczewki. W skrócie są to najprostsze urządzenia optyczne zrobione z przezroczystego materiału. Jednak by móc powierzchnię taką nazwać soczewką  – przestałam jej słuchać zamiast tego rozglądając się po sali.

Większość uczniów notowała każde jej słowo, jakby dyktowała im co najmniej sens ich istnienia. Zdusiłam rodzący się w piersi śmiech. Ta kobieta była złośliwą jędzą, która czerpała przyjemność z uprzykrzania nam życia, a poza tym i tak niemal nic z tego, o czym mówiła nigdy nam się nie przyda, jeśli nie liczyć oczywiście egzaminów. Poczułam szturchnięcie i zerknęłam na Iron, która zapisała coś w zeszycie. Jej pismo było bardziej staranne od mojego, także z łatwością przeczytałam jej pytanie i pokręciłam przecząco głową w odpowiedzi. Otworzyła szerzej zielone oczy zaskoczona moją odpowiedzią, na co odpisałam jej, że pogadamy później rzucając porozumiewawcze spojrzenie w stronę dyrektorki przechadzającej się obecnie pomiędzy ławkami.

– A wzór na zdolność skupiającą soczewki przedstawi nam panna Stone – słysząc swoje nazwisko uniosłam głowę. – Na tablicy – dodała ze złośliwym uśmieszkiem.

Wyobrażając sobie dziesiątki sposobów, na które ta wiedźma mogła zdechnąć wstałam i podeszłam niespiesznie do tablicy na przodzie sali. Wiedziała, że nie mam pojęcia o jaki wzór jej chodzi, ale i tak postanowiła wybrać mnie tylko po to, aby móc się na mnie bezkarnie mścić. Uwzięła się na mnie odkąd przy całej klasie wytknęłam jej, że mąż porzucił ją dla striptizerki. Cole miał długi język jeśli chodziło o takie plotki i kilka interesujących znajomości, które czasem się przydawały. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, iż przyjdzie mi za to płacić aż do matury, ale to i tak było tego warte.

– Skoro najwyraźniej to przekracza twoje możliwości zapisz przynajmniej to, co mówię dla reszty klasy – z wyraźną satysfakcją podyktowała mi wzór i co oznaczała każda zmienna. – Napiszesz to tysiąc razy na jutro rano – dodała, gdy wracałam do ławki.

– Suka – szepnęłam do Iron mając na myśli dyrektorkę, zasiadając na miejscu. Przyjaciółka pokiwała głową zgadzając się ze mną.

Dzwonek był moim wybawieniem. Z wyraźnie odczuwalną ulgą wrzuciłam zeszyt do torby i wyszłam na korytarz. Iron dołączyła do mnie chwilę później.

– Szkoda, że nie można załatwić jej, jak tamtego dzieciaka – odezwała się nawiązując do chłopaka, któremu nie tak dawno temu złożyłam wizytę z Damonem. – Może to czegoś by ją nauczyło – prychnęła gniewnie.

– Nie kuś – westchnęłam mimo wszystko wyobrażając to sobie.

Zaśmiała się chwytając moje ramię i ciągnąc mnie do toalety. Przed lustrem stało kilka dziewczyn w skąpych pomimo niesprzyjającej pogody ciuszkach, poprawiających makijaż. Na nasz widok kilka z nich przewróciło oczami, ale żadna się nie odezwała. Iron przybliżyła twarz do lustra upewniając się, że jej makijaż był wciąż perfekcyjny.

– Zastanawiam się nad kolejnym kolczykiem – powiedziała poprawiając włosy, które przez wilgoć zdążyły jej nieco oklapnąć.

– Niby gdzie? – zdziwiłam się, ponieważ nie sądziłam, że tak szybko zdecyduje się na kolejny. Ostatni zagoił jej się w pełni niecały miesiąc temu.

– Industrial i orbital w prawym uchu. Co ty na to? – Nasze spojrzenia się spotkały, a ja pokręciłam rozbawiona głową. – Też mogłabyś sobie zrobić. Zwykłe przekłucie uszu jest strasznie nudne – dodała pijąc do moich standardowo przekutych uszu.

– Zastanowię się – obiecałam chcąc, aby dała mi spokój chociaż na chwilę.

To nie tak, że nie podobały mi się jej kolczyki. Zwyczajnie nie miałam takiego bzika na tym punkcie, co ona i jak dotąd jedna dziurka w każdym uchu w zupełności mi wystarczyła. Choć widząc moje odbicie zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno nie zdecydować się na coś. Tylko na co? Było tak dużo różnych rodzajów piercingu, że ciężko byłoby mi cokolwiek wybrać. Jedyne, czego byłam pewna to to, że z całą pewnością odpadają wszelkiego rodzaju kolczyki w miejscach intymnych oraz ten w języku. Jakiś czas temu była to moja słabość dopóki nie dowiedziałam się o nieprzyjemnych konsekwencjach tej konkretnej ozdoby, a nie zamierzałam niepotrzebnie niszczyć sobie zębów.

– Możemy pójść razem do salonu. Co powiesz na dzisiaj? – zerknęła na mnie zanim znów zajęła się swoim odbiciem.

– Umówmy się, że jeśli żadne z naszej trójki nie wpadnie na lepszy pomysł pójdziemy tam dzisiaj wieczorem – zadecydowałam, co wyraźnie jej się spodobało, choć początkowo usiłowała protestować, co do tej części o innych planach. Prawdopodobnie zdąży wysłać Damonowi przynajmniej dziesięć wiadomości na ten temat jeszcze przed końcem zajęć upewniając się, że postawi na swoim.

Większość lekcji spędziłam bazgrząc w zeszycie pomiędzy okazjonalnym robieniem notatek, a rozmowami, jakie prowadziłyśmy z Iron podczas tych lekcji, które miałyśmy razem. Ostatnie było wychowanie fizyczne, które w przeciwieństwie do większości przedmiotów nawet lubiłam. Przynajmniej w te dni, podczas których nie graliśmy w siatkówkę. Nienawidziłam tej gry przez to, jak nudna była. Wolałam ruch i pod koniec zajęć nie miałam nic przeciwko mokrym od potu ubraniom i włosom przyklejającym mi się do ciała.

– Na początek zróbcie dziesięć okrążeń – poleciła trenerka, na co wszyscy ruszyli biegiem. Część dziewczyn głośno wyrażała swoje niezadowolenie, podczas gdy ja tylko nieznacznie się uśmiechnęłam. Zamierzałam się zmęczyć, dzięki czemu mogłam przez ten krótki czas skupić się wyłącznie na tym, co działo się tu i teraz, bez żadnych niepotrzebnych myśli. – Ruszać się! – kobieta popędziła te najbardziej oporne z dziewczyn, które nadal stały w miejscu.

Przestało padać, a podłoże bieżni było ze specjalnej gumy, więc mogliśmy ćwiczyć na zewnątrz, co dodatkowo mnie ucieszyło. Oczywiście nadal było chłodno, ale bieg rozgrzał mnie wystarczająco, by tego nie odczuwać. Iron również nie narzekała przez większość okrążeń dopasowując się do mojego tempa. W połowie ostatniego okrążenia ujrzałam trenerkę z piłką w dłoni, na co uśmiechnęłam się szeroko i dałam znak Iron, a ona zareagowała podobnie do mnie wiedząc, że będziemy miały okazję się wyżyć. Piłka nożna była jedyną grą, w jaką mogłyśmy grać z chłopakami, a oni przeważnie grali nieczysto i nie przejmowali się tym, iż mieli za przeciwników dziewczyny, z których większość wolałaby siedzieć na trybunach i podziwiać ich.

– Znacie zasady! Trzy faule i wypadacie! – krzyknęła trenerka po tym, jak podzieliliśmy się na drużyny.

Iron trafiła do przeciwnej, więc przynajmniej obie miałyśmy zapewnione więcej zabawy, ponieważ żadna z nas nie zamierzała łatwo się poddawać. Powierzchnia boiska wykonana była z tego samego materiału, co bieżnia ułatwiając nam poruszanie się, ale zupełnie nie sprawdzała się w razie upadków. Mokra od deszczu ziemia mogłaby choć odrobinę go zamortyzować, dzięki czemu Iron nie zabolałoby tak bardzo, kiedy jeden z chłopaków podciął jej nogę, gdy była przy piłce. Miałam ochotę odegrać się na nim nawet, jeśli był z mojej drużyny, ale przyjaciółka świetnie sobie poradziła wyrównując rachunki chwilę później, gdy to ona go powaliła i strzeliła nam gola. Spojrzałam na nią wzrokiem mówiącym, by nie cieszyła się za wcześnie, a w odpowiedzi zaśmiała się. Bramkarz wybił piłkę podając ją do mnie. Sprawnie omijałam przeciwników i będąc wystarczająco blisko kopnęłam piłkę posyłając ją prosto do bramki.

12. Poznajcie się

Po skończonych zajęciach poszłyśmy na najbliższą stację metra i po niecałych dziesięciu minutach byłyśmy w pobliżu mieszkania Damona. Chociaż mogłyśmy spokojnie doprowadzić się do porządku u niego byłam wdzięczna za prysznice w szatniach. Dzięki temu mogłam od razu zmyć z siebie pot zamiast przejmować się tym, co powiedzą ludzie na mój temat widząc mnie w takim wydaniu. Nadal mokre włosy związałam w kok, a Iron ukryła swoje pod czapką. Nie miałaby tego problemu, gdyby nie zdecydowała się pozwolić przefarbować Isabell swoich czarnych włosów na wściekły róż, co zdążyłam jej już wytknąć. Korzystając z dorobionych kluczy weszłyśmy do środka zastając właściciela siedzącego na kanapie przed telewizorem.

– Czemu zawdzięczam waszą obecność? – nawet nie spojrzał na nas, gdy Iron poszła do łazienki suszyć włosy, a ja zajęłam się parzeniem kawy.

– Iron chce nowe kolczyki.

– Wiem – odpowiedział potwierdzając moje przypuszczenia o wiadomościach. – Pisała, że ty też jakieś chcesz.

Wzruszyłam ramionami zanim dotarło do mnie, że przecież tego nie widział. Zanim odpowiedziałam wyjęłam z szafy dwa kubki stawiając je na kuchennym blacie.

– W sumie czemu nie – nadal wpatrywałam się w zawartość szafki zaciskając dłonie na uchwytach. – Chcesz kawy?

Odmówił prosząc jedynie o wodę, co skwitowałam śmiechem. Musiał naprawdę nieźle zabalować skoro trzymało go tak długo. Wyjęłam jednak butelkę wody z lodówki i podałam mu, po czym wróciłam do kuchni nalewając zaparzoną już kawę do kubków. Znalazłam też paczkę chipsów, którą ostatecznie także wzięłam i dosiadłam się do niego stawiając wszystko na stole. Upiłam kilka łyków gorącego napoju czując, jak powoli mnie rozgrzewa, a on w tym czasie otworzył chipsy biorąc całą garść.

– A ty? – zapytałam nagle odwracając się do niego. – Dasz się namówić na kolczyk?

Spojrzenie, jakie mi posłał nie pozostawiało wątpliwości, iż miał mnie w tej chwili za wariatkę. Damon lubił tatuaże i piercing tak długo, jak żadna z tych rzeczy nie znajdowała się na jego ciele. Przed wygłoszeniem genialnej odpowiedzi, którą miałam na końcu języka powstrzymał mnie dzwonek telefonu. Wyciągnęłam urządzenie z kieszeni i odczytałam wiadomość uśmiechając się nieznacznie.

– Dobre wieści? – Damon patrzył na mnie z uniesioną brwią i łobuzerskim uśmieszkiem.

– Można tak powiedzieć – skwitowałam pisząc jednocześnie odpowiedź.

W tym samym czasie Iron wyszła z łazienki z suchymi, ułożonymi włosami dosiadając się do nas i chwyciła mój na wpół opróżniony już kubek z kawą zapewne wypijając resztę. Po odstawieniu go sięgnęła po swój własny szybko go opróżniając.

– Idziemy? – zapytała odstawiając naczynie na stół.

Kiwnęłam głową kątem oka widząc, jak Damon wstaje. Zrobiłam to samo i odniosłam oba kubki do kuchni wkładając je od razu do zmywarki. Całe szczęście chłopak był zbyt leniwy na mycie naczyń ręcznie, dzięki czemu nie musiałam tracić teraz czasu. Plecaki zostawiłyśmy z Iron w salonie zabierając tylko bluzy, które narzuciłyśmy na siebie i wyszliśmy. Salon, w którym robili tatuaże i piercing mieścił się niedaleko centrum, więc bez problemu dotarliśmy tam metrem w mniej niż pół godziny. Nie było to może jedyne takie miejsce w mieście, ale jedyne, które uznawała Iron. Do tego nie trzeba było mieć wyrobionego dowodu, aby zostać ich klientem. Już z oddali widziałam stojącą przed wejściem postać, a kiedy podeszliśmy bliżej okazało się, iż to czekający na nas Greg. Przytuliłam go na powitanie, ponieważ naprawdę go polubiłam i nie miałam nic przeciwko jego towarzystwu.

– To są moi przyjaciele, Damon i Iron – przedstawiłam mu dwójkę stojącą obok mnie. – To jest Greg, którego poznałam wczoraj na bankiecie.

Damon również zdawał się nie mieć problemu z obecnością chłopaka, co innego Iron, która skrzywiła się mamrocząc coś o niezadowoleniu, ale gdy zapytałam ją o to wzruszyła jedynie ramionami. Mieliśmy właśnie wejść do środka, kiedy doszedł nas ten charakterystyczny dźwięk silnika, a chwilę później przed nami pojawił się Rider na swoim motorze.

– Kto to? – zerknął na Grega, który także patrzył na niego wyraźnie niezadowolony z jego obecności.

– Poznajcie się – uśmiechnęłam się sztucznie przedstawiając ich sobie. – To jest Rider, a to Greg.

Rider uniósł brew, po czym bez słowa wyminął nas wchodząc do wnętrza budynku, przewróciłam oczami na jego dziecinne zachowanie zanim również skierowałam się za nim. W środku nie było innych klientów dzięki czemu nie musieliśmy czekać w kolejce czy znosić obecności innych ludzi, którzy nieraz decydując się na oferowane tu metamorfozy zapominali, iż nie były one bezbolesne. Rozejrzałam się po znajomym wystroju ścian niemal w całości obklejonych wzorami tatuaży lub po prostu szkicami, których autor z całą pewnością nie potrafiłby przenieść na skórę. Były na to zbyt skomplikowane i zawierały zbyt dużo małych szczegółów, więc zapewne trzeba byłoby powiększyć je przynajmniej pięciokrotnie, a na to nie starczyłoby miejsca na ciele. Szkoda, ponieważ część z nich wyglądała naprawdę świetnie. Podłogę wyłożono linoleum imitującym czarno-białe kafelki i zastanowiłam się, czy czyściło się je łatwiej czy po prostu właściciela nie stać było na oryginał i musiał zadowolić się podróbkami. Ostre światło lamp drażniło oczy, ale heavy metalowa muzyka lecąca w tle spodobała mi się.

– W czym mogę pomóc? – z sąsiedniego pomieszczenia, w którym, jak wiedziałam z doświadczenia robiono piercing wyszedł starszy mężczyzna, którego niemal wszystkie odsłonięte części ciała pokrywała mozaika kolorowych tatuaży.

Przyjrzał się naszej grupie najdłużej zatrzymując spojrzenie na Gregu, co nie było zaskoczeniem. W ciuchach, jakie chłopak miał na sobie nie pasował do reszty z nas. Wyglądał zbyt porządnie, niczym dzieciak z dobrego domu, który chciał zrobić na złość rodzicom. Uśmiechnęłam się pod nosem na tę myśl. Choć byłam tu już wcześniej, ale nie zdziwiło mnie, że facet mnie nie pamiętał. Zapamiętał za to Iron, której przyglądał się z rozbawieniem.

– Tak szybko? – spytał podchodząc do lady.

– Tak i nie – odpowiedziała zagadkowo dziewczyna. – Tym razem chodzi o mnie i koleżankę – wskazała dłonią na mnie zanim zdążyłam zareagować na jej słowa.

Mężczyzna odwrócił od niej spojrzenie swoich szarych oczu, by zerknąć na mnie. Zlustrował mnie wzrokiem i sądząc po wyrazie aprobaty miał nadzieję na coś bardziej szalonego niż przekłucie uszu. Zdusiłam ogarniające mnie mdłości i udawany odgłos puszczania pawia. Doskonale pamiętałam, że już wcześniej gość przystawiał się do mnie. To, iż nie potrafił nawet zapamiętać, że już tu byłam skutecznie skreślało go w moich oczach. Tak samo z resztą, jak wiek oraz to, iż z całą pewnością nie zadzwoniłby po upojnej nocy.

– W takim razie, co was interesuje? – nie widząc odwzajemnionego zainteresowania z mojej strony poważniejąc przeszedł do konkretów.

– Dla mnie industrial i orbital w prawym uchu – Iron podeszła bliżej lady, a Damon i Greg w tym czasie zajęli się dyskusją na jakiś zapewne interesujący, sądząc po ich gestykulacji temat oglądając katalog rozłożony na stoliku przy fotelu do tatuowania. – A ty, co w końcu byś chciała?

– Dwa helix’y – powiedziałam tylko. Chciałam mieć drugi tatuaż, ale wciąż nie mogłam wymyślić żadnego, który miałby dla mnie głębsze znaczenie, a nie lubiłam bezsensownego pokrywania skóry tuszem tylko dlatego, że jakiś wzór chwilowo mi się podobał. Dlatego wolałam poczekać.

Tatuaż można było usunąć. Wiedziało o tym mnóstwo osób i część z nich było nawet na to stać zakładając, iż zniosą towarzyszący temu – oraz ponoć znacznie gorszy – ból niż przy ich robieniu. Dla mnie tatuaż był czymś na zawsze. Naznaczał mnie. Był czymś, co zostanie ze mną do śmierci, więc musiał być dla mnie wyjątkowy. Facet pokiwał głową wyraźnie nieucieszony tym, iż żadna z nas nie zrzuci przed nim ciuchów.

– W takim razie zapraszam do drugiego pokoju – wskazał na przejście, które zamiast drzwi odgradzały wiszące z górnej framugi fioletowe koraliki nawleczone na sznurki.

Damon i Greg zostali w drugim pomieszczeniu zajmując kanapę i wciąż przeglądając katalog. Rider za to poszedł za nami, co nie spodobało się facetowi, a jednak widząc to, jak Rider na niego spojrzał, gdy ten kazał mu zostać z pozostałą dwójką, facet odpuścił. Drugie pomieszczenie wyłożone było białą tapetą, której wzory wyglądały, jak niechlujnie wylana farba w różnych kolorach. Bliżej ściany stał niemal identyczny fotel, jak ten w sąsiednim pomieszczeniu z tym, że tu zamiast sprzętu do tatuowania były przeróżne rodzaje kolczyków i potrzebny do ich zrobienia sprzęt.

– Ja pierwsza – odezwała się wyraźnie podekscytowana Iron zasiadając na fotelu.

Chociaż miała już całą masę kolczyków za każdym razem, kiedy robiła sobie nowy przypominała dziecko w bożonarodzeniowy poranek. Uśmiechnęłam się lekko. Korzystając z okazji Rider chwycił moją dłoń odciągając mnie nieznacznie w stronę przejścia, na co spojrzałam na niego zaskoczona.

– Sądząc po tym, co usłyszałem sądziłem, że jesteś nieco bardziej – zamilkł najwyraźniej zastanawiając się, jakiego słowa powinien użyć.

Uniosłam brew samej będąc ciekawą, jak zamierzał dokończyć. Gdy tego nie zrobił przewróciłam oczami, zerkając na chwilę na przyjaciółkę, która nie zwracała na nas najmniejszej uwagi, ponieważ facet już zaczął.

– Często to ostatnio powtarzam, ale nie wszystkie plotki są prawdziwe – wytknęłam mu z jakiegoś powodu nie chcąc, by bezwarunkowo wierzył we wszystko, co na mój temat mówiono. To by mnie rozczarowało, chociaż nie byłam pewna czemu miało to dla mnie jakiekolwiek znaczenie.

– Racja – uniósł kącik ust w uśmiechu. – Zastanawiam się, jak bardzo szalona w rzeczywistości jesteś. Chociaż – spojrzał wymownie w stronę, gdzie za zasłoną z koralików siedzieli Damon i Greg – ten chłoptaś, który z wami przyszedł z pewnością wie mniej ode mnie.

– Skąd ten pomysł? – nie zamierzałam otwarcie przyznawać mu racji. To nie była jego sprawa i nie musiał wiedzieć z jakich powodów chciałam obecności Grega.

Tym razem uśmiechnął się szeroko i zbliżył do mnie tak, że niemal się stykaliśmy. Czułam jego oddech na twarzy i dziękowałam bogu za to, iż nie cuchnął papierosami. Nienawidziłam tego zapachu nawet, jeśli sama czasem paliłam, ale mężczyźni mieli zwyczaj uważać je za coś dodającego im uroku.

– Ponieważ, gdyby znał cię choć w połowie tak dobrze, jak ja – mówił szeptem z wyraźnym zadowoleniem – już dawno spieprzałby stąd. Z resztą prędzej czy później i tak zniknie. Dzieciaki takie, jak on trzymają się na granicy naszego świata tylko po to, by zagrać bogatym starym na nerwach, ale nigdy tak na prawdę do niego nie wchodzą. Nie to, co my. Gdy pojmie, że nie macie ze sobą zbyt dużo wspólnego, bo ty już tu należysz zapewne sam odejdzie.

Wiedziałam ile w jego słowach było prawdy. Część mnie chciała temu zaprzeczyć, zbuntować się i powiedzieć, że go nie znał, że Greg może okazać się inny niż sądził. Jednak milczałam, ponieważ doskonale wiedziałam, iż w życie, na które przystałam mało kto wkraczał z tak prozaicznych powodów. Tutaj prawdziwa przyjaźń i możliwość bezgranicznego zaufania komuś były cenniejsze niż złoto i szybko należało nauczyć się, z kim warto było tego spróbować.

– Gotowe – męski głos wyrwał mnie z nieprzyjemnych myśli. – Teraz twoja kolej – kiwnął na mnie dłonią, w której trzymał zużytą już igłę, po czym wyrzucił ją do stojącego obok małego kosza.

Wyminęłam Ridera nie patrząc na niego i usiadłam na fotelu, który sekundę wcześniej zwolniła moja wyraźnie zadowolona przyjaciółka. Polubiłam Grega, ale nie miałam pewności, czy któregoś dnia, być może wcześniej niż sądziłam chłopak odejdzie stwierdzając, iż to zbyt wiele dla niego. To właśnie był kolejny powód, dla którego nie potrafiłam w pełni ufać ludziom. Nigdy nie wiedziałam, czy nie widzę ich po raz ostatni.

13. Mój szczęśliwy dzień

Ból był chwilowy, więc przestałam odczuwać go chwilę po tym, jak ucieszona opuściłam salon. Oczywiście wcześniej zostałam pouczona, jak dbać o moje nowe kolczyki, żeby wszystko prawidłowo się zagoiło. Oszczędzono tego wykładu Iron, jednak ona z drugiej strony wiedziała już wszystko, co potrzebne na ten temat i obiecała pomóc mi w razie, gdybym miała kłopot czy po prostu zapomniała o czymś.

– Co powiecie na piwo? – zaproponował Damon, jak tylko oddaliliśmy się od budynku na wystarczającą odległość, bym nie czuła przechodzących mnie dreszczy towarzyszących byciu obserwowaną przez tego faceta, niczym tania dziwka.

– Serio? – Rider patrząc na niego, jak na idiotę wskazał dłonią stojący przy wejściu motocykl, na którym tu przyjechał.

– To, że ty nie możesz nie oznacza, że my też sobie darujemy – brunet posłał mu szeroki uśmiech dając mu tym samym jasno do zrozumienia, iż  nie zamierzał się nim przejmować.

Zachichotałam, po czym jako pierwsza z pozostałych wyraziłam chęć pójścia do baru. Ja też nie chciałam się ograniczać. Szybko padła nazwa Los Diego, co nie spodobało się Gregowi, który skrzywił się nie kryjąc odrazy. Z jednej strony byłam nieco zaskoczona, iż słyszał o tym miejscu, a z drugiej rozczarowana tym, jak szybko zaczął się wycofywać. Na bankiecie sądziłam, że kiedyś moglibyśmy się nawet zaprzyjaźnić, ale najwidoczniej Rider miał więcej racji, niż byłam chętna mu przyznać.

– Naprawdę zamierzacie tam iść? – przyjrzał się kolejno każdemu z nas, jakby licząc na to, iż za chwile zaczniemy się śmiać twierdząc, że propozycja była tylko żartem.

– Jasne – odpowiedziała natychmiast Iron nie rozumiejąc, czemu ten pomysł nie wzbudzał w nim entuzjazmu. Najwyraźniej nie dostrzegała, jak głęboka była jego niechęć.

Kątem oka widziałam spojrzenie, jakie za plecami Damona i Iron rzucił mi Rider zanim uśmiechnął się z satysfakcją. Zbliżył się do Grega zarzucając mu ramię na lewy bark. Grał tak przekonująco, że gdyby nie nasza wcześniejsza rozmowa nigdy nie domyśliłabym się, jak mocno nim gardził.

– Coś nie tak? My często tam chodzimy – powiedział zapewne chcąc go sprowokować i sprawdzić, jak zareaguje.

Jakaś część mnie miała to gdzieś. Wybór, jaki podejmie mój nowy znajomy. Jednak tylko niewielka, ponieważ cała reszta była szczerze ciekawa jego decyzji. Gdyby teraz odmówił istniała szansa, że nasze drogi rozeszłyby się znacznie szybciej niż jeszcze kilka godzin wcześniej sądziłam. Zgoda zaś oznaczała, iż w jakimś stopniu bardziej do nas dołączy. Nie podobało mi się to, jak się w tej chwili czułam, ponieważ jeśli miałam być ze sobą całkowicie szczera ani trochę nie obchodziła mnie odpowiedź Grega. Chodziło mi wyłącznie o to, aby pozbawić Ridera tej satysfakcji, tej jego pewności, że znów miał rację, że znał mnie lepiej niż inni.

– W takim razie chodźmy – Greg odpowiedział mu niepocieszony zrzucając z siebie jego ramię.

To była pierwsza rysa. Jeszcze nie pęknięcie, ale ślad, który z czasem sprawi, że kruche szkło, po którym oboje stąpaliśmy tą znajomością pęknie, a kiedy to się stanie będą istnieć tylko dwa sposoby na zakończenie tego. Zginie, albo odejdzie. Tak czy inaczej już nigdy go nie zobaczymy, ponieważ mijając się na ulicy każde z nas będzie odwracało wzrok. Nawet jeśli przeżyje dla nas nawzajem byłoby tak, jakby był martwy. Zanim odwróciłam wzrok dostrzegłam jeszcze wyraz twarzy szatyna, co przypomniało mi o reakcji Iron, kiedy zobaczyła dzisiaj Grega przed salonem. Chciałam z nią o tym pogadać, jednak zanim zdążyłam się choćby odezwać jej telefon zadzwonił, a uśmiech, jaki pojawił się na jej twarzy nie pozostawiał wątpliwości, co do tego kto dzwonił. Znałam ją na tyle dobrze, by wiedzieć, iż z jej strony było to nieco więcej niż przyjaciółka, z którą okazjonalnie sypiała, dlatego trzymałam kciuki za ten związek nawet, jeśli nie chciałam słyszeć o jego szczegółach.

– Isabell dołączy do nas – oznajmiła zadowolona, po krótkiej rozmowie.

Damon i ja odruchowo skrzywiliśmy się zgadując, jak przebiegnie to spotkanie i ile razy w ciągu niego będziemy musieli odwracać od nich wzrok.

– Nie sądzę – zaczęłam mało przyjaznym tonem, – żeby ktokolwiek poza tobą cieszył się z tego.

W odpowiedzi Iron pokazała mi środkowy palec każąc mi i Damonowi się odpieprzyć. Pozostała dwójka nie wiedziała, o co nam chodziło, więc w dużym skrócie wyjaśniliśmy im, iż Isabell była koszmarną suką niemal dla każdego, kogo spotkała. Naprawdę nie wiedziałam, co moja przyjaciółka w niej widziała, ale jeśli ta dziewczyna ją uszczęśliwiała czasem mogłam znieść jej złośliwość zwłaszcza, że nie była jedną z osób, którymi się przejmowałam. Gdybym tylko chciała mogłabym pokazać jej, że nie powinna mnie wkurzać, ale dla dobra Iron zaciskałam zęby tak, jak robił to Damon.

– W takim razie, dlaczego się z nią przyjaźnicie? – blondyn wydawał się tego nie pojmować. Zmarszczył brwi czekając, aż któreś z nas wyjaśniłoby mu to.

– Nie przyjaźnimy się z nią – odparł urażony tą sugestią Damon. – Ona i Iron tak jakby są razem.

Słysząc to spojrzał na nas szerokimi ze zdziwienia oczami. Kilka sekund zajęło mu względne opanowanie się zanim przeniósł wzrok na dziewczynę, która wzruszyła jedynie ramionami. W jego zielonych oczach dostrzegłam przez moment coś, co mi się nie spodobało. Odrazę. Zacisnęłam dłonie w pięści tłumiąc naturalny odruch i chęć uderzenia w coś. Najlepiej w niego. To, że nie lubiłam Isabell nie znaczyło, że miałam jakikolwiek problem z orientacją mojej przyjaciółki. Miałam za to cholerny problem z ludźmi, którzy tego nie akceptowali i nie chciałam, by Greg był jednym z nich. Zawiodłabym się na nim. Wciągnęłam nosem powietrze starając się powstrzymać przed jakimkolwiek osądem. To mógł być zwykły szok, ot nagła informacja, której się nie spodziewał, myślałam mimo wszystko obserwując go uważnie. To była tylko pierwsza reakcja, uznałam. Nie odpowiedział na to zamiast tego ponownie ruszając w stronę baru, więc uznałam, że chyba nie było czym się martwić.

– Przez moment wyglądałaś, jakbyś zamierzała mu przywalić – wyszeptał Damon wprost do mojego ucha pochylając się nieznacznie w moją stronę tak, aby nie usłyszeli nas pozostali.

– Tak sądzisz? – nie wiedziałam, czy on także dostrzegł pierwszą reakcję blondyna na tę rewelację, ale jeśli nie, nie było szans, bym mu o tym powiedziała.

Wnioskując po jego minie nie wiedział o niej. Przewróciłam oczami przyspieszając kroku i zostawiając ich wszystkich w tyle. Okazało się to całkiem dobrym pomysłem, ponieważ mój telefon zaczął wibrować, co oznaczało wiadomość. Wyjęłam go z kieszeni i odblokowałam. Zmarszczyłam brwi po raz drugi czytając treść, która ani trochę mi się nie podobała. Zaciskając mocniej dłoń na urządzeniu schowałam je z powrotem do kieszeni i wzięłam głęboki oddech. Nie mogłam pozwolić, by któreś z nich zobaczyło, że cokolwiek było nie tak.

Bar był niemal pusty, co o tej porze nie wróżyło zbyt dobrze. Choć masywny mężczyzna za ladą, który przyjął nasze zamówienia nie odezwał się słowem w jego oczach widziałam coś, co mnie zaniepokoiło. Nie chciał, żebyśmy tu dzisiaj byli, choć jakikolwiek był tego powód nie zamierzał nam go zdradzić. Dlatego ze swoimi kuflami piwa, czy w przypadku Ridera i Damona szklankami z wódką oraz gazowanymi napojami zignorowaliśmy go siadając przy stole na tyle oddalonym od tych kilku obecnych klientów, aby nie mogli nas usłyszeć.

– Isabell zaraz będzie – pierwsza odezwała się Iron po tym, jak zerknęła na telefon.

– Świetnie – wymamrotał z ironią Damon wypowiadając na głos także moje myśli, ale kopnęłam go pod stołem nie chcąc, by sprowokował kłótnię.

Już po pierwszym naszym spotkaniu było wiadomo, iż nie przypadliśmy dobie do gustu z nową seks przyjaciółką Iron. Obiecaliśmy jednak nie wtrącać się do ich związku i nigdy nie zmuszać jej do wyboru między nami, a nią. Dodatkowo miałam już dzisiaj wystarczająco wiele dramatów i spraw, które będą męczyć mnie, kiedy wrócę do domu, nie dając mi zasnąć.

– Cześć – dziewczyna, o której była mowa niespodziewanie znalazła się przy naszym stoliku witając się z nami ze sztucznym uśmiechem, gdy szare oczy przesuwały się po nas z niezadowoleniem.

Damon i ja odpowiedzieliśmy jej równie wymuszonym powitaniem zanim zasiadła obok Iron witając się z nią pocałunkiem. Odwróciłam wzrok nie tyle zdegustowana, co po części po prostu zazdrosna. Minęło całkiem sporo czasu odkąd ja z kimkolwiek się całowałam. Przyjaciele znali z tej opowieści tylko tyle, ile uznałam za odpowiednie im opowiedzieć. Obydwoje uważali, że nawet jeśli nie zamierzałam się wiązać mogłabym tak, jak Iron znaleźć sobie kogoś z kim przynajmniej mogłabym się zabawić. Bez konsekwencji i bez uczuć. Wiedziałam, aż za dobrze, że to nigdy tak nie działa. Seks zawsze w jakimś stopniu polegał na zaufaniu. Chociażby takim, że partner nie jest psychopatycznym mordercą. Z resztą obserwując Iron z Isabell nawet, jeśli wiedziałam, że nie był to związek na całe życie znałam przyjaciółkę na tyle, aby dostrzec, w którym momencie dla niej to przestało być tak zupełnie bez uczuć. Gdybym postąpiła, jak ona i zakochała się w kimś z kim nigdy nie miałabym przyszłości sprowadziłabym na siebie tylko cierpienie, a tego za wszelką cenę pragnęłam uniknąć. Jednak wciąż chciałam znów to poczuć. Miękkie, ciepłe ciało obok mnie i wrażenie, że choć przez krótką chwilę komuś naprawdę na mnie zależało. Nawet, jeśli wiedziałam, iż byłoby to kłamstwem stworzonym na potrzebę chwili.

– Bones – ocknęłam się z nieprzyjemnych myśli słysząc podniesiony głos Damona, który machał mi dłonią przed oczami.

– Co? – warknęłam mało przyjaźnie, odrzucając jego dłoń sprzed mojej twarzy.

– Zdaje się, że mamy problem – palcem wskazał na drzwi wejściowe, więc obróciłam się w tamtym kierunku i moje oczy rozszerzyły się na widok tej szumowiny Kings’a w towarzystwie jakiejś kobiety oraz kilku mężczyzn zapewne robiących za jego ochroniarzy.

Odruchowo mój wzrok powędrował do postaci siedzącej po drugiej stronie naszego stolika. Rider uważnie śledził każdy ruch mężczyzny nie spuszczając z niego spojrzenia brązowych oczu. Wiedziałam, że nie powinniśmy byli tu przychodzić. Najwyraźniej nie dane mi było zaznać dzisiaj spokoju. To było, jak zły sen i miałam nadzieję, że uda mi się z niego szybko obudzić. Liczyłam na to, iż wszystko potoczy się bezproblemowo. Opuścimy lokal, a Kings nawet nie dowiedziałby się, iż tu byliśmy. W tej chwili przypomniało mi się spojrzenie barmana i zrozumiałam, że wiedział. Wiedział, że mężczyzna wkrótce się tu pojawi.

– Co teraz? – mój przyjaciel wyraźnie chciał stąd wyjść unikając ewentualnego konfliktu, za co nie mogłam go winić, ja sama myślałam w tej chwili tylko o tym.

Nie bałam się. Nie miałam stuprocentowej pewności, co do moich przyjaciół, ale ja nie bałam się Kings’a. Nawet to, co mógłby mi zrobić, gdyby dostał mnie w swoje ręce nieszczególnie napawało mnie strachem. Niestety znałam tego mężczyznę i wiedziałam, że wiążą się z nim jedynie kłopoty, których naprawdę chciałam za wszelką cenę uniknąć. Wbrew temu, co sądzili o mnie moi rodzice nie miałam w planach zmarnowania swojego życia na ulicy, choć nie miałam także złudzeń, iż stanie się ono wyjątkowe. Nigdy nie dokonam niczego wielkiego, ale to nie oznaczało, że miałam zamiast sięgnąć szczytu znaleźć się na samym dnie. Dlatego otwierałam właśnie usta, aby poinformować ich o opuszczeniu tego miejsca. Niestety zanim zdążyłam się odezwać zrobił to Greg.

– Bones? – zapytał nieco zaniepokojonym tonem na tyle głośno, by ktoś stojący niedaleko mógł go usłyszeć. – Co wam się stało do cholery? Wyglądacie, jakbyście – zaczął, ale nie skończył, ponieważ w tej samej chwili mężczyźni towarzyszący Kings’owi odwrócili się w naszą stronę. Musieli go usłyszeć i być z Kings’em na tyle długo, aby o mnie słyszeć. Nie mógł istnieć inny powód, dla którego zareagowali.

Dotarły do mnie dwie rzeczy. Pierwsza, iż byli młodsi niż początkowo sądziłam, choć czemu się dziwić skoro widziałam ich zaledwie przez kilka sekund. Drugą był fakt, iż jednym z nich był Ronny. Nie było mowy o tym, by nas nie rozpoznał. Uniósł brew zanim uśmiechnął się z zadowoleniem i powiedział coś do szefa pochylając się nad nim, a ten odwrócił się w naszą stronę, jak tylko Ronny odsunął się od niego. Na tej okropnej twarzy zaczął pojawiać się pełen satysfakcji uśmiech, kiedy wstał mówiąc coś do swojej towarzyszki, a następnie powoli podszedł do nas.

– No proszę, co za miła niespodzianka – sądząc po jego głosie był zadowolony z tego spotkania, czego z całą pewnością nie można było powiedzieć o nas. – Bones, Rider. To chyba jednak jest mój szczęśliwy dzień.

14. Wiesz, jak strzelać?

Po tym oświadczeniu Isabell zajęła miejsce Iron, która usiadła na jej kolanach. Mieliśmy więc jedno wolne krzesło, które teraz Andrew Kings odsunął od stolika i usiadł na nim. Cała nasza grupa nie dawała po sobie poznać, co tak naprawdę czuliśmy w tej chwili w obecności tej gnidy. Żałowałam, że opuściłam dom zostawiając glocka w jego kryjówce, bo w tej chwili o niczym nie marzyłam tak bardzo, jak wycelować lufą w tego pewnego siebie mężczyznę i pociągnąć za spust. To pragnienie było tak silne, że wyraźnie czułam wbijające mi się w wewnętrzne części obu dłoni paznokcie i odzywało się za każdym razem, kiedy widziałam twarz tego sukinsyna.

– Czego chcesz? – Rider odezwał się do niego pierwszy, skupiając na sobie jego uwagę, za co byłam mu w tej chwili wdzięczna. Potrzebowałam chwili czasu na uspokojenie się inaczej mogłabym zrobić coś, czego już nigdy nie dałoby się cofnąć.

Po prawdzie nie byłam pewna, czy powinnam się w ogóle odzywać. Zastanawiałam się, czy gdybym to zrobiła Andrew i jego ludzie uznaliby, iż oficjalnie opowiedziałam się za jedną ze stron i należałam teraz do Łowców. Choć równie dobrze mogło spowodować to już samo przebywanie przy ich drugim. Wszyscy wiedzieli, że Rider był prawą ręką Lucasa i jego najlepszym człowiekiem. Nie chciałam tego. Wyboru, jaki mi ofiarowywali. Nie zamierzałam stawać po żadnej ze stron, ponieważ po obu nie było niczego, czym mogliby zrekompensować towarzyszący tej decyzji ból i pewną śmierć, na jaką wówczas bym się pisała. Bez względu na wybór ostatecznie czekałoby mnie tylko zniszczenie.

– Chętnie bym porozmawiał, ale – rozejrzał się po nas jednoznacznie patrząc na pozostałych, którzy nie byli do końca świadomi interesów rozgrywających się nocami na ulicach tego miasta.

Jednym wystarczały plotki i pomówienia, jakie słyszało się na każdym kroku z ust chętnie dzielących się nimi ludzi. Niestety ci, którzy mieli najwięcej do powiedzenia zawsze wiedzieli najmniej. Dla nich postacie w cieniach zaułków były tylko bezimiennymi kształtami. Dla mnie mieli twarze, których nie mogłam usunąć ze swoich myśli. Nie należałam do tych ignorantów. Widziałam i słyszałam zbyt dużo, by wierzyć w cokolwiek, co opowiadali ludzie. Prawda zawsze była gorsza. Jednak wciąż istnieli ci, którzy woleli żyć wierząc naiwnie w te kłamstwa. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego Arcos oraz Kings pozwalali im na to.

– Za to ja chętnie kazałabym ci spadać – powiedziałam w końcu, co prawdopodobnie nie było najmądrzejszą rzeczą. Miałam jednak już dość jego obecności. Nienawidziłam tego człowieka niemal tak mocno, jak tego, który pociągnął wtedy za spust.

Ktoś kopnął mnie pod stołem, ale nie wiedziałam które z moich znajomych to było. Z resztą, jakie to miało teraz znaczenie. Słowa zostały już wypowiedziane sprawiając, iż Kings zwrócił wzrok na mnie przeczesując dłonią z sygnetami swoje starannie ułożone na żel, ciemnoblond włosy. Szare oczy przez ułamki sekund śledziły uważnie moją sylwetkę zanim uniósł kąciki ust w pobłażliwym uśmiechu, jakim ojciec mógłby obdarzyć swoje dziecko. Gdybym go nie znała mogłabym nawet uznać go za przystojnego, ale ten obraz zdecydowanie psuł drapieżny wyraz jego twarzy, jaki najczęściej u niego widywałam.

– Jeśli zamierzasz być niegrzeczna mogłabyś chociaż zaczekać, aż zabiorę cię do siebie – puścił mi oczko, a ja zacisnęłam dłonie mocniej w pięści na powrót czując ból. Cudem było to, że nie przecięłam jeszcze skóry.

Ochota, by przestrzelić mu ten durny łeb była tak wielka, że dłonie świerzbiły mnie chcąc sięgnąć po broń. Zgadywałam, iż miał takową przy sobie tak samo, jak każdy z jego ochroniarzy. Oni nigdy nie mogliby poruszać się bez niej. Przed wykonaniem tego szalonego pomysły powstrzymywała mnie tylko pewność w jakie kłopoty bym się wówczas wpakowała oraz to, że gdybym zaatakowała Kings’a jego ludzie nie staliby biernie się temu przyglądając. Rana postrzałowa podobno cholernie bolała, a ja nie zamierzałam sprawdzać prawdziwości tego twierdzenia. Zakładając, iż udałoby mi się wydostać stąd żywej, a szanse na to były naprawdę niewielkie.

– Prędzej zdechnę niż pozwolę takiemu sukinsynowi, jak ty tknąć się choćby palcem – wysyczałam mordując go wzrokiem na tak wiele różnych sposobów. Moje myśli pełne były krwi, tortur oraz jego krzyków przemieszanych z błaganiami o litość. Takiej parszywej gnidzie nie należało się nic innego. Nieco mnie to uspokoiło, choć wciąż daleko mi było do prawdziwego spokoju.

– To się okaże skarbie, to się okaże – zachichotał nie robiąc sobie zupełnie nic z mojej wrogości, ale ktoś taki, jak on nigdy nie wziąłby mnie za prawdziwe zagrożenie. Szczególnie w tych okolicznościach, które niestety dla mnie przemawiały na jego korzyść. – Skoro już się tu spotkaliśmy nie mógłbym zmarnować takiej szansy i nie zaproponować wam współpracy.

– Idź do diabła.

Rider odpowiedział podobnie z tym, że on użył znacznie większej ilości przekleństw. Musiał być albo naprawdę lojalny względem Arcosa, albo naprawdę nienawidzić Kings’a. Wspomniany mężczyzna skrzywił się najwyraźniej niezadowolony naszą odmową.

– Nie wiecie, co tracicie – odezwał się niczym jeden z tych głosów po drugiej stronie telefonu zachwalających produkty bądź usługi firmy, dla której pracowali.

W myślach powtarzałam, jak mantrę, by w końcu wstał i zostawił nas w spokoju. Nie chciałam urządzać awantury, ale jeszcze chwila i straciłabym nad sobą resztki panowania. Nigdy nie miałam przesadnej samokontroli, a on i tak wyczerpał już znaczącą jej większość.

– Chodźmy – niespodziewanie oznajmił Rider wstając. – Nie wiem, jak wy, ale ja straciłem ochotę na imprezę.

Jak na zawołanie pozostali również wstali, więc zrobiłam to samo i jako ostatnia z nich skierowałam się do wyjścia. Zanim jednak do niego dotarłam poczułam czyjąś dłoń zaciskającą się na moim ramieniu. Odwróciłam się jednocześnie wyszarpując z uścisku i dostrzegłam wykrzywioną gniewem twarz Ronny’ego.

– Nie tak szybko – wycedził wściekle uparcie wpatrując się w moje oczy. – Sądziłaś, że tak po prostu zapomnimy o tym, co zrobiłaś TJ’owi i pomachamy ci na dowiedzenia? – zakpił cofając się o krok.

Kings stanął przede mną zasłaniając sobą Ronny’ego, a po jego bokach ustawili się jego ochroniarze. Właściwie miałam taką nadzieję, jednak najwyraźniej w moim przypadku była ona matką głupich. Przeklęłam się w myślach zastanawiając, jak się z tego wyplątać. W tym czasie chłopak, który mnie zatrzymał niszcząc resztki nadziei na spokojną noc zrobił kila kroków stając obok mnie w pewnej odległości. Gdybym usiłowała pobiec do drzwi bez problemu zatrzymałby mnie zanim moja dłoń dotknęłaby choćby ich powierzchni.

– Należało mu się – wzruszyłam nonszalancko ramionami chowając wszelkie obawy głęboko w sobie i pozwalając, by na wierzch wyszła moja pewna siebie, brawurowa strona, przez którą stałam się tak znana. – Poza tym to tylko złamany nos i kilka siniaków. Oboje wiemy, że mogłam zrobić coś gorszego – zwróciłam się do Kings’a licząc na to, iż w jakiś sposób przekonam go, aby nas puścił.

– Owszem, jednak nie mogę pozwolić, by ktokolwiek nękał moich ludzi.

– W takim razie może powinieneś znaleźć takich, którzy nie dadzą się pobić dziewczynie? – zasugerowałam z kpiną – po jego słowach nie miałam wątpliwości, do jakiego zakończenia dążył mężczyzna.

Gdyby nie miesiące praktyki nigdy nie dostrzegłabym w porę ruchu Ronny’ego, który zamachnął się chcąc trafić mnie w twarz. Działając odruchowo uchyliłam się i widząc wystającą zza paska jednego z mężczyzn broń chwyciłam ją automatycznie zaciskając na niej palce w odpowiedni sposób, a moje ciało przeszył dreszcz na towarzyszące temu znajome uczucie. Metal w mojej dłoni był chłodny i zaskakująco lekki. Wycelowałam w Ronny’ego, ponieważ gdybym tylko spróbowała skierować lufę na Kings’a nie pożyłabym wystarczająco długo, by wystrzelić.

– Nikt ci nie powiedział, że to nieładnie bić kobiety?

– Ty suko – zaklął wyciągając własną broń i mierząc do mnie.

Zapewne powinnam być w tym momencie śmiertelnie przerażona. Czułam walące mi w piersi serce, choć nie tylko ze strachu, bowiem mieszał się on z ekscytacją i adrenaliną krążącą w moich żyłach, docierającą do każdego mięśnia w ciele.

– Bawimy się w kto pierwszy? – uniosłam brew i byłam dumna, że głos mi nie zadrżał.

Jedną z moich zalet, dla których byłam dla każdej ze stron tak cennym nabytkiem była właśnie moja arogancja nawet w obliczu śmierci. Żaden gang nie potrzebował członków, którzy w sytuacjach zagrożenia płakali i robili w gacie. Nawet jeśli odczuwało się strach należało go starannie ukrywać, bo to właśnie nim karmił się przeciwnik i to on był powodem, przez który się ginęło.

– Proponowałbym jednak przenieść tę rozmowę na inny dzień – Rider pojawił się obok mnie również z bronią w ręku.

Gdybym była szalona z pewnością sprawdziłabym, kto wyszedłby z tego pojedynku cało. Jednak choćbym nie wiem, jak ciekawa tego była odpowiedź nie była warta ryzyka, jakie trzeba byłoby wówczas podjąć. Kings musiał myśleć tak samo, ponieważ kazał swoim ludziom opuścić broń. Gdy w końcu, acz niechętnie zrobili to Rider i ja także opuściliśmy pistolety. Po kilku sekundach namysłu rzuciłam ten, który trzymałam do jego właściciela.

– Do zobaczenia nigdy mam nadzieję – rzuciłam w przestrzeń zanim odwróciłam się na pięcie wychodząc.

Nie miałam pojęcia, czemu Rider zareagował stając po mojej stronie niemniej byłam mu za to wdzięczna. Gdyby nie jego interwencja prawdopodobnie nie skończyłoby się to tak dobrze, a przynajmniej nie bez rozlewu krwi. Tak więc, kiedy pojawił się na zewnątrz podziękowałam mu.

– Dla mnie to chyba za dużo wrażeń, jak na jeden wieczór – Greg odezwał się z pozoru lekkim tonem, ale po jego postawie wiedziałam, iż wciąż był spięty. – Wracam do domu.

– Ja też – Isabell natychmiast zgodziła się z nim i po odrzuceniu propozycji Iron dotyczącej jej towarzystwa odeszła za Gregiem.

Wypuściłam ciężko powietrze czując, jak jednocześnie napięcie opuściło moje ciało. Odwróciłam się do dwójki moich przyjaciół stojących z nieodgadnionymi minami.

– Co teraz?

– Ja z całą pewnością potrzebuję czegoś mocnego – głos Damona zadrżał za co nie mogłam go winić. Chłopak zacisnął pięści i zaklął. – Napijemy się u mnie? – powiódł spojrzeniem między mną i Iron.

– Właściwie – wtrącił się Rider – chciałbym porozmawiać z Bones. Na osobności – dodał widząc ich miny.

Iron więcej niż chętnie przyjęła propozycję Damona, który oznajmił mi, że mogłam dołączyć do nich później. Skinęłam głową przyjmując to do wiadomości, ale nie będąc do końca pewną, czy właśnie tego chciałam. Upijanie się z nimi nie było złym pomysłem po tym, co właśnie się wydarzyło, jednak znacznie bardziej przemawiała do mnie opcja powrotu do domu i położenia się do łóżka. Patrzyliśmy z Riderem, jak odchodzą, a gdy byli już wystarczająco daleko chłopak ruszył w kierunku salonu, przed którym jak po chwili sobie przypomniałam został jego motor.

– Masz ochotę na przejażdżkę? – zagadnął nie patrząc na mnie, kiedy szliśmy już kawałek w ciszy, pogrążeni we własnych myślach.

– Czemu nie – wzruszyłam ramionami choć nie mógł tego zobaczyć. Po prostu odpocznę w domu trochę później, niż bym chciała.

– To nie było zbyt mądre – odezwał się nagle przerywając panującą między nami po raz kolejny ciszę. – Wiesz zabieranie im broni i grożenie postrzałem.

– Pewnie nie, ale jakoś nie myślałam wtedy o innych opcjach – wyznałam cicho patrząc na swoje buty szurające co jakiś czas po asfalcie. – Ronny chciał mnie uderzyć, zobaczyłam broń i stało się.

Mówiłam bez większych emocji tak, jakbym opisywała scenę widzianą w filmie, a nie rozegraną jeszcze kilka minut wcześniej na żywo z moim udziałem katastrofę. Kolejna rzecz, której należało się nauczyć. Zdystansować do wszystkiego, nawet własnego życia.

– Wiesz przynajmniej, jak strzelać? – po jego tanie było wiadomym, iż nie spodziewał się po mnie więcej niż wiedza z filmów akcji.

Co było nie tak z facetami w gangach, że żaden z nich nie doceniał kobiet. Choć to była chyba raczej przypadłość większości mężczyzn, ponieważ nawet ci, którzy nie włóczyli się nocami po ulicach nie wykazywali się szczególną inteligencją w pewnych sprawach.

– Zdziwiłbyś się – odpowiedziałam bardziej urażona niż powinnam być, posyłając mu mordercze spojrzenie zła, że on również mnie nie doceniał, chociaż przecież znał plotki o mnie.

– Powiedzmy, że ci wierzę – wypowiedział te słowa pojednawczym tonem, zanim  z westchnieniem wsunął dłonie do kieszeni kurtki. – To i tak nie zmienia faktu, że sporo tam ryzykowałaś.

– Bez ryzyka nie ma zabawy, nie? – słysząc to odwrócił się w moją stronę na moment stając.

Posłał mi nieodgadnione spojrzenie zanim odrzucił głowę do tyłu i zaczął się śmiać. Trwało dobrych kilka minut nim się uspokoił i ponownie na mnie spojrzał.

– Jesteś najbardziej niesamowitą dziewczyną, jaką znam.

Jakaś część mnie drgnęła na jego słowa. Było to wyrażenie, którego mężczyźni używali zwracając się do kobiet, na którym im zależało. Komplement będący jednocześnie potwierdzeniem ich uczuć. Wyraz mojej twarzy nie zmienił się, ale w środku poczułam się zraniona, ponieważ nie było absolutnie żadnej możliwości, aby Riderowi na mnie zależało. Nie mogło mu na mnie zależeć, a co ważniejsze to mnie nie powinno zależeć na nim i na tym, co o mnie myślał. To było zbyt niebezpieczne.

15. To moja wina

Rider wsiadł na motor, gdy tylko do niego dotarliśmy, a ja zaraz za nim. Objęłam go w pasie wsuwając dłonie pod jego kurtkę, by tak, jak poprzednim razem nie krępować jego ruchów. Wbrew temu, co miało miejsce ledwie chwilę wcześniej nie byłam samobójczynią. Przynajmniej, kiedy chodziło o śmierć w głupim wypadku na drodze.

– Gdzie chcesz jechać? – spytał wesoło zupełnie, jakbyśmy chwilę wcześniej nie uniknęli poważnych obrażeń przez wdanie się w strzelaninę.

– Do domu – zmęczenie było wyraźnie słyszalne w moim głosie, ale nie mogłam już nic na nie poradzić. Z resztą on już i tak wiedział o mnie znacznie więcej niż powinien, więc okazanie tej słabości było już bez znaczenia.

Zamiast się odezwać odpalił silnik i po chwili mknęliśmy niemal pustymi o taj porze ulicami. Zadrżałam z zimna czując mroźne powietrze przedzierające się przez bluzę i mocniej przywarłam do jego pleców notując w pamięci, aby zacząć cieplej się ubierać.

Następnego ranka obudził mnie Danny potrząsając mną mało delikatnie. Gdzieś pomiędzy serią przekleństw, a przecieraniem oczu spytałam go, czego chciał, że zmuszał mnie do pobudki w mój wolny dzień. Zazwyczaj mogłam wykorzystywać takie chwile do maksimum opuszczając łóżko nieraz dopiero późnym popołudniem, kiedy mój brzuch nie mógł już dłużej wytrzymać bez jedzenia.

– Mama kazała cię obudzić. Podobno zaraz przyjdzie twój kurator – na te słowa resztki snu zniknęły, a ja wyskoczyłam z łóżka niczym oparzona.

– Co? Jak to?

Danny wzruszył ramionami zanim wyszedł zostawiając mnie samą. Odgarnęłam z twarzy włosy i niezadowolona udałam się do łazienki wziąć błyskawiczny prysznic, po którym wysuszyłam włosy i ubrałam na siebie jeansy, czarny golf, a na nogi grube, wełniane skarpety we wściekle zielonym odcieniu, które nosiłam tylko w domu. Gdy zbiegłam do kuchni o mało nie zabijając się na schodach reszta rodziny kończyła już śniadanie. Nałożyłam sobie dwa ostatnie tosty i chwyciłam puszkę Sprite’a z lodówki.

– Po co znów tu jedzie? – spytałam nie musząc nawet precyzować, o kogo mi chodziło.

– Mówił, że chce z tobą o czymś porozmawiać – odpowiedziała moja matka pozbawionym emocji głosem.

To nigdy nie wróżyło nic dobrego, ten jej głos, co nie oznaczało, że przez większą część czasu nie miałam tego gdzieś. Zjadłam skromne śniadanie i wróciłam do pokoju czekając na przyjście mojego osobistego dręczyciela. Wolałam siedzieć tutaj, niż na dole w salonie razem z rodzicami patrzącymi na mnie tym pełnym rozczarowania wzrokiem chcąc nim zmusić mnie do wyznania swoich najnowszych grzechów. Problem polegał na tym, że tym razem naprawdę nie przychodziło mi do głowy nic, co mogłoby być powodem jego wizyty. Miałam właśnie napisać wiadomość do Grega z pytaniem, jak się czuł po wczorajszych wrażeniach, kiedy Danny wszedł do mojego pokoju zamykając za sobą drzwi. Po jego minie wiedziałam, że coś go wyraźnie martwiło.

– Opowiadaj – powiedziałam opadając plecami na łóżko zachęcając go, by uczynił to samo.

Brat dołączył do mnie w tej samej, pół leżącej pozycji zanim odezwał się cicho przepraszającym tonem.

– Po prostu mnie poniosło, nie chciałem tego zrobić – mówił wyraźnie przejęty. Obróciłam głowę na bok patrząc na niego i chwyciłam jego dłoń w swoją.

– Wyduś to z siebie młody – uśmiechnęłam się do niego zachęcająco.

Zacisnął usta w cienką linię i milczał przez chwilę. Nie ponaglałam go pozwalając, by sam zadecydował ile i kiedy mi powie.

– Pobiłem jednego chłopaka w szkole – wyznał wreszcie zawstydzony. – Opowiadał różne rzeczy o mnie i o tobie, więc w końcu nie wytrzymałem. Uderzyłem go dwa razy, a do tego wybiłem mu ząb.

Z jednej strony miałam ochotę go uściskać za to, że nie pozwolił się obrażać i wziął sprawy w swoje ręce, z drugiej nie podobało mi się, w jaki sposób poradził sobie w tej sytuacji. Był zbyt młody, zbyt przyjazny, by przemoc stała się jego pierwszym i jedynym sposobem rozwiązywania takich problemów. Wystarczyło, że ja zostałam czarną owcą tej rodziny sięgając według naszych rodziców dna. Danny musiał mieć lepszą przyszłość niż ja.

– Słuchaj – przekręciłam się na bok, a on zrobił to samo. – Jestem z ciebie dumna, że pokazałeś gnojkowi, że nie pozwolisz sobą pomiatać, ale jakkolwiek beznadziejnie zabrzmi to z moich ust nie możesz za każdym razem bić kogoś, kto cię obrazi czy zrobi coś, co ci się nie spodoba. Nie jestem najlepszą osobą do mówienia ci tego, ale przemoc nie jest dobrym rozwiązaniem niezależnie, co o tym sądzisz.

Spuścił wzrok zasmucony, na co przyciągnęłam go do siebie przytulając. Jakkolwiek beznadziejna byłam zawsze starałam się być dla niego dobrą siostrą. Dlatego wiedziałam, że bał się nie tylko reakcji mojej czy rodziców, ale także konsekwencji. Naprawdę żałował tego, co zrobił, więc ignorując wszystkie poradniki mówiące o odpowiedzialności i ponoszeniu konsekwencji za swoje decyzje postanowiłam załatwić tę sprawę po swojemu.

– Powiedziałeś komuś o tym? – spytałam, a on pokręcił przecząco głową. – W takim razie siedź cicho i pozwól mi to załatwić.

Sądząc po jego minie nie był pewny, co przez to rozumiałam. W tej samej chwili usłyszeliśmy dzwonek do drzwi, więc zeszliśmy na dół do salonu kończąc tym samym naszą rozmowę.

– Dzień dobry – Danny przywitał się kulturalnie z Donovanem, ja natomiast usiadłam na fotelu przerzucając nogi przez jeden z podłokietników.

– Czego chcesz tym razem?

Wydawał się nieporuszony tym, jak niegrzeczna, delikatnie mówiąc w stosunku do niego byłam. Najwyraźniej już do tego przywyknął, chociaż w tym zawodzie musiał mieć do czynienia ze znacznie bardziej chamskimi dzieciakami niż ja. Z resztą ten facet miał w ogóle specyficzne podejście do swoich podopiecznych.

– Jestem tu w sprawie incydentu w szkole twojego brata – zaczął na co obydwoje rodzice spojrzeli na Danny’ego, który spuścił głowę patrząc na swoje buty. – Chciałbym wiedzieć, jak do tego doszło i czy miałaś z tym coś wspólnego.

Brat słysząc to zerknął na mnie. Wiedziałam, że zastanawia się, jak rozegram tę sprawę skoro powiedziałam mu, że sama się tym zajmę. Odwróciłam od niego wzrok skupiając się na mężczyźnie naprzeciwko mnie. Musiałam odegrać dobre przedstawienie, jeśli chciałam, żeby mi uwierzył.

– Gnojek był bezczelny i dostał to, co mu się należało. Obrażał mojego brata – zmieniłam pozycję siadając już normalnie i pochylając się w stronę Donovana. – Masz rodzeństwo? Jeśli tak – kontynuowałam nie czekając na jego odpowiedź – z pewnością wiesz, czemu to zrobiłam. Nie mogłam od tak pozwolić temu dzieciakowi pomiatać moim małym braciszkiem.

Udałam, iż nie dostrzegam pełnego niedowierzania i sprzeciwu wzroku Danny’ego na wieść, że wzięłam jego winę na siebie oraz wściekłych spojrzeń rodziców. To i tak było lepsze, ponieważ już dawno dali mi do zrozumienia, że ich zawiodłam. Nie chciałam, więc psuć ich idealnego obrazu Danny’ego skoro na moim było już tyle pęknięć. Jedno więcej nie robiło żadnej różnicy.

– To twoja wersja? – Donovan przyglądał mi się uważnie, jakby szukając oznak kłamstwa. – Ponieważ tamten chłopiec twierdzi, że pobił go twój brat.

– A co miał mówić? Oberwał od kogoś komu nie mógł oddać, więc kłamie, żeby wrobić mojego brata. – Uśmiechnęłam się szeroko z rozbawieniem na potwierdzenie swoich słów. – Daj spokój Don, spójrz na niego – wskazałam na wciąż oszołomionego przebiegiem zdarzeń Danny’ego. – Jak on mógłby kogokolwiek uderzyć? Co innego ja. Chociaż nadal nie wierzę, że wybiłam mu tylko kilka zębów. Skoro ma czelność oskarżać Danny’ego powinnam znów złożyć mu wizytę.

Donovan z westchnieniem otworzył swoją teczkę i zapisał coś w dokumentach. Zawsze pisał przebieg wizyty i miałam nadzieję, że tym razem da się nabrać na to małe kłamstwo. Z resztą nawet jeśli nie to i tak nie miało już znaczenia, ponieważ nie dałam mu innej możliwości.

– Zdajesz sobie oczywiście sprawę, że to będzie kolejne wykroczenie, a poza tym nadal grozisz temu chłopcu w obecności urzędnika.

Przewróciłam oczami udając, iż nic mnie to nie obchodziło. Tak naprawdę było inaczej, ponieważ jeśli rodzice tego dzieciaka postanowiliby mnie pozwać potrzebowałabym więcej szczęścia niż było czterolistnych koniczyn w pieprzonej Irlandii, aby wyłgać się jakoś od poprawczaka. Chociaż może Rider udzieliłby mi kilku rad, jak tam nie zwariować, a w ostateczności być może pomógłby mi się stamtąd wydostać.

Kolejną godzinę później Donovan nareszcie wyszedł po zbyt długiej i denerwującej rozmowie ze mną oraz moimi rodzicami. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, a odgłos silnika ucichł w domu zaczęła się prawdziwa awantura. Rodzice przekrzykiwali się wzajemnie pytając, czy do reszty zgłupiałam i czy zdawałam sobie konsekwencje z tego, co mogło się teraz wydarzyć. Było jeszcze coś o mojej porywczości oraz zmarnowanej szansie, ale nie przysłuchiwałam się im. Kilka minut później miałam już tego dość, więc zostawiając ich nadal kłócących się wróciłam na górę do swojego pokoju.

– Czemu to zrobiłaś? – Danny usiadł obok mnie na podłodze opierając się plecami o łóżko.

Na kolanach ułożyłam sobie laptop, a po drugiej stronie miałam butelkę soku oraz trzy paczki chipsów. Idealny sposób na spędzenie wolnego czasu jednocześnie wyrzucając z myśli całą tę sprawę. Miałam dosyć bałaganu z własnych czynów, by myśleć jeszcze teraz o tym, którego narobiłam chroniąc mojego braciszka przed jego własną głupotą.

– Co? – zapytałam, bo bardziej zajęta byłam szukaniem jakiegoś filmu, który mógłby mnie zainteresować niż słuchaniem go.

– Wzięłaś to na siebie. Będziesz teraz miała problemy i to moja wina – powiedział z wyraźnym wyrzutem.

Zerknęłam na niego zanim znów poświęciłam całą swoją uwagę liście tytułów widniejącej na ekranie. Nie wyglądał dobrze, ale skoro podjęłam już tę decyzję musiałam się jej trzymać. Danny nie musiał znać całej prawdy.

– Właśnie dlatego – mruknęłam. – Mam przechlapane tak czy inaczej. Ty za to jesteś czystą kartą i nie chciałam, żebyś zmarnował to przez głupi wyskok, którym i tak już za bardzo się przejmujesz. Nic mi nie będzie – powiedziałam pewnym głosem.

Udawałam tak, jak wczoraj, kiedy wycelowano broń w moją głowę. Nie miałam pojęcia, jak to wszystko się teraz potoczy, mogłam za to mieć nadzieję, że tym razem szczęście mi dopisze. Do tego czasu jednak zamierzałam uśmiechać się szeroko i powtarzać, iż wszystko było w porządku. Skoro wzięłam to na siebie nie mogłam pokazać Danny’emu, jak drżę na myśl o karze, jaką mi za to wymierzą. Będzie, co ma być, a ja nie przysporzę braciszkowi zmartwień. Biedaczek nigdy nie wybaczyłby sobie, gdybym powiedziała mu, jak źle mógł w mojej obecnej sytuacji skończyć się dla mnie jego wybryk. Wolałam jednak to, niż podzielić się z nim tym wszystkim. Lance był nie tylko moim bohaterem. Powiedzenie Danny’emu prawdy zniszczyłoby jego wspomnienia i złamało go. Wystarczyło, iż moje życie legło wtedy w gruzach.

– To nie fair! – jęknął żałośnie. – Powinienem się przyznać. To ja go uderzyłem i to moja wina. Nie mogę pozwolić, żebyś brała ją na siebie.

Biorąc głęboki odłożyłam urządzenie na podłogę i spojrzałam na niego z powagą. Nie mógł zmienić mojej decyzji i musiał to zrozumieć. Wystarczyło, by siedział cicho i potakiwał moim słowom.

– Dziewczyna, którą kiedyś poznasz będzie cholerną szczęściarą, a do tej pory – uśmiechnęłam się czochrając jego brązowe włosy – zdaj się na mnie. Mam w takich sprawach nieco więcej doświadczenia niż ty. A teraz jeśli nie zamierzasz oglądać ze mną to idź sobie stąd. Nie chcę już dłużej słuchać twojego marudzenia.

Przez chwilę miałam wrażenie, że ze mną zostanie. On jednak wstał i z wciąż niezadowoloną miną wyszedł z mojego pokoju zamykając za sobą drzwi. Wypuściłam wstrzymywane od jakiegoś czasu powietrze i skrzywiłam się. Wpakowałam się właśnie w niezłe bagno, które mogło raz na zawsze przekreślić moje szanse na tę resztkę normalnego życia jaką posiadałam. Nie byłam głupia, wiedziałam, że naprawdę niewielu ludzi zatrudni mnie widząc moje akta. Pobyt w poprawczaku mógł do reszty wszystko zrujnować, ale było już za późno, żeby cokolwiek odkręcić. Kochałam Danny’ego, ale jeśli naprawdę okazałoby się, że zmarnowałam przez niego swoją ostatnią szansę wolałabym, aby przynajmniej podczas mojego zesłania nie odwiedzał mnie. Widok jego twarzy byłby wówczas dla mnie zbyt bolesny.

– Niech to szlag – zaklęłam wsuwając jedną z dłoni we włosy odgarniając je tym samym z twarzy. – Chyba naprawdę powinnam była zacząć wczoraj strzelać.

Przynajmniej nie mogliby mnie o nic oskarżyć i nie czułabym się w obowiązku bronić brata. Zamiast tego leżałabym sobie niczego nieświadoma w szpitalnej sali wyklinając gościa, który wynalazł pistolet, o ile nie dołączyłabym do jedynej osoby na tym świecie, którą podziwiałam. W tej sytuacji zapewne pilibyśmy właśnie piwo w jakiejś knajpie dla umarlaków, a on wyzywałby mnie od idiotek czy nazywał nieodpowiedzialną gówniarą. Ta myśl nieco poprawiła mi humor sprawiając, iż parsknęłam śmiechem. Lance nigdy nie potrafił na mnie krzyczeć.

16. Ma złamane serce

Z otępienia, w jakie wpadłam po wyłączeniu porannego budzika wyrwał mnie dzwonek telefonu rozbrzmiewający w pokoju. Z niezadowoleniem powolnie zwlokłam się z łóżka i podeszłam do biurka chwytając cholernie irytujące mnie w tej chwili urządzenie. Odebrałam nie patrząc nawet na to, kto dzwonił, po prostu teraz było mi wszystko jedno, ponieważ i tak nie miałam najmniejszej ochoty z nikim rozmawiać.

– Bones? – słaby głos Iron odezwał się po drugiej stronie, po czym usłyszałam, jak pociąga nosem. – Możemy się spotkać? Najlepiej teraz.

Dawno nie słyszałam w jej głosie tej nuty. Moja najlepsza i jedyna przyjaciółka płakała, więc poczułam się, jak śmieć przypominając sobie, że jeszcze chwilę wcześniej zamierzałam zignorować telefon czy chociaż kazać mojemu rozmówcy iść do diabła za przeszkadzanie mi w nie robieniu niczego. Ktoś z tak twardym charakterem, jak ona nie płakał z byle powodu i jeśli to robiła oznaczało to, iż doprowadzono ją do ostateczności. Musiało wydarzyć się coś naprawdę złego, więc powinnam okazać jej moje wsparcie. Byłam jej winna chociaż tyle po wszystkim, co dla mnie zrobiła i zapewne nieraz zrobi.

– Jasne, ale nie u mnie – odpowiedziałam natychmiast maskując wciąż obecną niechęć w moim głosie troską o nią. Wiedziałam, co należało zrobić będąc jej przyjaciółką, ale nie oznaczało to, iż miałam na to ochotę w świetle własnych tragedii. – Spotkajmy się za dwadzieścia minut na tyłach szkoły.

Kolejny z tak niewielu neutralnych terenów w tym mieście, w którym właściwie od dobrych dwóch godzin powinnyśmy być chłonąc przekazywaną nam przez grono nauczycieli wiedzę, jednak po tym, co stało się wczoraj nie miałam najmniejszej ochoty w ogóle wstawać z łóżka, że o pójściu gdziekolwiek dalej niż kuchnia na dole nie wspominając. Najwyraźniej ona również z jakiegoś powodu tam nie poszła. Już samo to wiele mówiło o powodzie, dla którego zadzwoniła do mnie w tym stanie. Zawsze, gdy decydowała się na wagary przekonywała najpierw mnie oraz Damona, byśmy dotrzymali jej towarzystwa, a jednak dzisiaj podjęła tę decyzję samodzielnie. Zgodziła się, więc rozłączyłam się i na sweter, który już na sobie miałam zarzuciłam jeszcze cieplejszą kurtkę. Wyjście z domu nie było problemem, ponieważ wszyscy już dawno wyszli, dzięki temu oszczędziłam sobie wykładów o tym, jak ważne było dla mnie zdobycie jakiejkolwiek edukacji. Szczególnie w tym czasie, kiedy nie wiedzieliśmy, co wydarzy się z moją przyszłością. Idąc wzdłuż ulicy nie rozglądałam się, jak przeważnie miałam w zwyczaju i nie zastanawiałam nad tym, co mogło być powodem rozpaczy mojej przyjaciółki. Zamiast tego starałam się upchnąć własne problemy tak głęboko w sobie, by nie była ich świadoma, kiedy się spotkamy.

– Hej – przywitałam się bez humoru, na co w odpowiedzi skinęła głową i spojrzała na mnie zaszklonymi od łez oczami. – Co jest?

Usiadłam obok niej na jednym z najdalszych piknikowych stołów. Ze względu na pogodę nie spodziewałam się tu nikogo przynajmniej do czasu lunchu choć możliwe, że wcześniej zacznie padać skoro chmury na niebie były niemal czarne. Chociaż ubranie Iron było, jak zawsze idealnie dobrane jej włosy opadały i brakowało im zapachu kosmetyków, których zawsze używała, więc zgadywałam, iż poprzestała na samym ich rozczesaniu. Ważniejszy był jednak jej ograniczony do minimum makijaż, przez co jej twarz wyglądała zbyt delikatnie i dziewczęco w porównaniu z całą znajdującą się w niej ilością metalu. Od dawna nie widziałam jej w takiej wersji, co jeszcze bardziej mnie zaniepokoiło.

– Isabell ze mną zerwała – wybuchła płaczem i zarzuciła mi ręce na szyję przytulając się. – Przez telefon! Wyobrażasz to sobie? Zadzwoniłam do niej rano zapytać, jak się czuje po tej całej rewelacji z Kings’em, a ona oznajmiła, że lepiej jeśli damy sobie spokój.

Objęłam ją pozwalając jej się wypłakać mocząc tym samym łzami moją kurtkę. Głaskałam ją po włosach starając się chociaż trochę ją tym uspokoić, ale sama byłam wściekła. Owszem, wiedziałam od samego początku, że Isabell to suka, ale przynajmniej zależało jej na Iron choćby w takim stopniu, aby tolerować nasze towarzystwo, gdy się spotykaliśmy. Nie wiedziałam, czy kochała Iron, ale nie miałam żadnych wątpliwości, co do tego, co czuła do niej moja przyjaciółka. Dlatego tak ją to bolało i jakkolwiek okropnie by to brzmiało wiedziałam, że Iron sama się o to prosiła. Nie można zakochać się w kimś naiwnie wierząc, że ta osoba nigdy nie złamie ci serca. Pozostawało jedynie pytanie, czy ból po rozstaniu był wart wspólnych chwil. Czy dla Iron to, co przeżyła z Isabell było warte wypłakiwania się w moim uścisku? Nie uważałam tak.

– Jak chcesz możemy sprawić, że tego pożałuje – odezwałam się na co gwałtownie poderwała głowę. – Spokojnie – zaczęłam widząc jej spojrzenie – nie mówię o pobiciu czy coś. Możemy pójść do jej ulubionego klubu, knajpy czy co tam i pokazać jej, że świetnie sobie radzisz po rozstaniu. Może nawet uda ci się wkurzyć ją, kiedy znajdziesz sobie lepszą dziewczynę – mrugnęłam do niej.

Prawdę mówiąc nie wiedziałam, jak leczyć złamane serce, ponieważ mojego nigdy nikt mi nie złamał. Nie w taki sposób. Nie oglądałam też tych głupich filmów dla par, więc miałam praktycznie zerowe pojęcie w tej kwestii, ale zgadywałam, iż butelka wina i odrobina zabawy nie zaszkodzą.

– Dzięki – uśmiechnęła się do mnie z wdzięcznością. – Nie sądzę, żebym była na to gotowa, ale doceniam gest.

– W takim razie, co chcesz robić?

Nie zamierzałam dodawać, że ja najchętniej zostawiłabym ją w cholerę i wróciła do własnych problemów. Moje życie mogło się lada chwila zupełnie zawalić, a ona rozpaczała z powodu jakiejś laski, która pewnie i tak nawet nie była w niej zakochana, więc prędzej czy później kazałaby jej spadać. Moje życie jednak najwyraźniej było nie fair tylko, kiedy chodziło o moje własne sprawy zmuszając mnie, abym w chwilach, które powinnam poświęcić samej sobie zajmowała się sprzątaniem po bałaganie moich przyjaciół. Mogłabym uwierzyć w przeznaczenie, gdyby to przestało nieustannie kpić ze mnie.

– Drink byłby dobrym pomysłem – zaśmiała się bez cienia humoru. – Jeszcze lepiej kilka.

Westchnęłam. Jedynym miejscem do tego odpowiednim był Los Diego, a skoro Isabell odprawiła Iron z kwitkiem po tym, co się tam stało szczerze wątpiłam w to, aby moja przyjaciółka chciała tam teraz wrócić. Wyciągnęłam telefon i wybrałam odpowiedni numer bez zastanowienia naciskając zieloną słuchawkę. Skoro i tak byłam w bagnie nie było sensu przejmować się kolejną popełnioną głupotą. Chociaż ta przynajmniej nie była rozmiarów wielkiego kanionu.

– Znasz jakieś miejsce, w którym Iron i ja mogłybyśmy się upić? – spytałam na wstępie darując sobie powitanie.

Rider znał miasto o wiele lepiej ode mnie przynajmniej w tych kwestiach, a poza tym nie miałam nikogo innego, do kogo mogłabym zadzwonić. Damon miał co prawda własne mieszkanie i z całą pewnością zapas alkoholu, jednak rozumiałam, że gdyby Iron chciała jego towarzystwa zadzwoniłaby po niego. W tej sytuacji pewnie wyzwałby ją od idiotek, na co sama miałam ogromną ochotę, ale w przeciwieństwie do niego potrafiłam czasem ugryźć się w język. W takim wypadku lepiej było zdać się na niego niż samotnie włóczyć się po ulicach narażając na coś gorszego niż zaczepki idiotów, którzy nie mieli pojęcia z kim zadzierali.

– Znam jedno miejsce – odpowiedział po chwili milczenia, po czym podał mi lokalizację. Rozłączyłam się bez pożegnania zarówno z mojej, jak i jego strony, ale nie uważałam tego za konieczne. Już nie. Prawdę mówiąc, już jakiś czas wcześniej pogubiłam się, kim tak właściwie był dla mnie ten pełen tajemnic, nie dający mi spokoju chłopak. Tylko, czy chciałam się tak naprawdę z tym zmierzyć?

Znajdowało się kawałek drogi stąd i kiedy przekazałam te informacje Iron omal nie padła z wrażenia na wieść, iż miała jechać metrem w tym stanie. W końcu po kilkuminutowej sprzeczce zgodziła się wstępnie doprowadzić do ładu po swoim wybuchu łez i mogłyśmy ruszyć. Całą drogę na stację oraz podczas jazdy metrem trzymałam przyjaciółkę za rękę, co wywołało kilka zgorszonych, jak i zaciekawionych spojrzeń w naszym kierunku. Żadnym z nich się nie przejmowałyśmy idąc w stronę opuszczonego, jak zdążyłam się zorientować z pobieżnej obserwacji budynku przed nami. Wszystkie okna na parterze zabite były deskami, a drzwi zamknięte, także idąc za radą Ridera kopnęłam w nie dwa razy uważając jednocześnie, żeby ich nie wyważyć. Nie trwało długo zanim otworzył je pojawiając się po drugiej stronie zanim odsunął się na bok wpuszczając nas do środka.

– Powinnam zapytać, co to za miejsce? – zwróciłam się do niego po tym, jak rozejrzałam się po wnętrzu, a przynajmniej tej jego części, którą widziałam. Nie chciałam problemów, jeśli nagle miało znaleźć się tu więcej osób roszczących sobie do niego prawo.

Niewielkiego przedpokoju, do którego weszłyśmy zaraz po przekroczeniu progu nic nie oddzielało od salonu. Po drzwiach, które z pewnością kiedyś tam były teraz pozostały tylko zawiasy. Brązowa farba miejscami odpadała ze ścian i brakowało oświetlenia, ale był za to wieszak na kurtki z czterema haczykami przymocowany do ściany. Zawiesiłam na nim najpierw swoją kurtkę, a później Iron i pozwoliłyśmy poprowadzić się Riderowi do salonu. Okazało się, iż połączony był z niewielką kuchnią oddzielającą ją od niego tylko wąską wysepką. Przy ścianach w części przeznaczonej na salon stały trzy kanapy, każda inna oraz drewniany stolik na środku. W kuchni zaś poza lodówką i mikrofalą oraz kilkoma szafkami, które widziały lepsze czasy dostrzegłam kilka puszek piwa i szklanki stojące przy zlewie. 

– Powiedzmy, że to jedna z moich kryjówek i chciałbym, aby tak zostało – rzucił mi znaczące spojrzenie, na co przytaknęłam. Nie obchodziło mnie, gdzie spędza czas, a skoro był skłonny podzielić się tym miejscem na kilka godzin ze mną i moją przyjaciółką mogłam dochować tajemnicy. Byłam mu to winna w zamian za pomoc.

Odetchnęłam korzystając z tego, iż żadne z nich nie patrzyło w tym momencie na mnie, ponieważ zdawałam sobie sprawę, jak wiele ostatnio zaczęłam być innym dłużna i jak wiele razy potrzebowałam pomocy innych do poradzenia sobie ze sprawami, którymi powinnam była zająć się sama. Świadomość posiadania przy sobie ludzi gotowych wyciągnąć do mnie dłoń była pocieszająca, ale zaczynałam za bardzo na nich polegać. Zanim poznałam Iron oraz Damona potrafiłam ze wszystkim dać sobie radę samej, co pomogło mi zbudować mój autorytet. Moją własną legendę. Teraz będąc z nimi coraz bardziej oddalałam się od tego, a najgorsze było, iż nie wiedziałam, czy tak naprawdę chciałam wrócić do przeszłości.

– Możemy liczyć też na coś do picia? – tym razem odezwała się Iron, której głos brzmiał już nieco lepiej, chociaż wciąż miała lekką chrypkę.

Rider uniósł kącik ust w nieznacznym uśmiechu potakując, ale kiedy Iron odwróciła się plecami do nas idąc w kierunku jednej z kanap posłał mi pytające spojrzenie. Idąc za nim do kuchni westchnęłam cicho.

– Isabell najwyraźniej nie spodobało się to, co stało się w Los Diego i kazała Iron spadać – odpowiedziałam czując złość na obie dziewczyny. – Tyle, że ta durna kretynka – wskazałam na siedzącą tyłem do nas na jednej z kanap przyjaciółkę – zakochała się w niej, więc teraz ma złamane serce.

Zerknął na Iron po czym jego spojrzenie powróciło do mnie. Przyglądał mi się kilka sekund zanim sama odwróciłam wzrok czując się z jakiegoś powodu speszona tym, jak intensywnie mi się przyglądał, chwyciłam jedną ze szklanek i dla pewności opłukałam ją tak, jak pozostałe dwie, z którymi dołączyłam do przyjaciółki. Postawiłam wszystkie na stole, a Rider chwilę później pojawił się z winem oraz kilkoma puszkami piwa.

– Nie spodziewałem się gości, więc moje zapasy są nieco skromne – powiedział jednocześnie przepraszająco oraz z rozbawieniem podając nam po piwie.

– I tak nie zamierzałam narzekać – westchnęła Iron i od razu upiła kilka sporych łyków.

Poszłam w jej ślady przechylając swoją puszkę i pozwalając gorzkiej zawartości spłynąć w dół przełyku pozostawiając w ustach smak goryczy. Mogłam nie być zachwycona siedzeniem tu i pocieszaniem Iron, ponieważ według mnie sama była sobie winna, jednak wciąż czułam się źle z tym, że moja jedyna przyjaciółka była w takim stanie.

– Nie zrozumcie mnie źle, ale gdzie wasza męska obstawa? – Rider usiadł na drugiej kanapie, koło nas rozsiadając się wygodnie. Iron zaśmiała się, a ja uśmiechnęłam rozbawiona wiedząc, co zaraz powie.

– Czasem potrafi być okropnym dupkiem, a w tym stanie wystarczy mi Bones.

– Hej! – zawołałam natychmiast protestując. – Przecież jestem grzeczna.

W końcu ani razu nie nazwałam ją na głos idiotką i dzielnie znosiłam jej płaczliwy stan. Rider wyglądał na jeszcze bardziej zaciekawionego. Prychnęłam. Siedziałam z nią i pocieszałam kiedy wcześniej płakała, a ona tak mi się odwdzięczała.

– Bones uważa, że jestem kretynką. Tak, wiem co myślisz – spojrzała na mnie znacząco, na co wzruszyłam ostatecznie ramionami nie mogąc zaprzeczyć jej podejrzeniu. – Sądzi, że skoro się zakochałam to zasłużyłam na to, ale nie mogę jej winić, skoro nigdy nie była zakochana.

Posłałam jej mordercze spojrzenie uznając, że powiedziała już zdecydowanie za dużo. Moje uczucia nie były sprawą Ridera i w zupełności wystarczyło mi, iż ona i Damon o nich wiedzieli. Na całe szczęście chłopak nie skomentował tego w żaden sposób.

– Tak dla jasności – odezwałam się po chwili milczenia – zapomnij, że następnym razem pozwolę ci wypłakiwać mi się na ramieniu. Będziesz musiała zadowolić się Damonem.

Iron zaśmiała się po czym objęła mnie ramieniem i pocałowała w policzek.

– Jesteś najlepszą, najgorszą przyjaciółką na świecie – powiedziała z szerokim uśmiechem zanim opróżniła puszkę sięgając po kolejną.

17. Błąd

Iron wypiła zdecydowanie więcej od nas wlewając w siebie niemal cały zapas, jaki posiadał Rider, dlatego obecnie zajmowała całą kanapę pod ścianą śpiąc i pochrapując cicho, co jakiś czas. Przenieśliśmy ją na nią z chłopakiem zaledwie niecałą godzinę wcześniej zanim sami postanowiliśmy dokończyć to, co zostało z zawierających procenty napoi.

– Masz coś przeciwko, żebyśmy zostały tu jeszcze trochę? – zerknęłam na Ridera zanim na powrót utkwiłam wzrok w przyjaciółce. – W tym stanie nie ma szans, żebym dociągnęła ją do domu.

– Chyba nie mam wyjścia – mruknął obojętnie zanim upił kolejny łyk, po którym odrzucił puszkę na powiększający się w miarę upływu czasu stos koło stołu.

Wstał i chwycił nieotwartą jeszcze butelkę wina, po czym używając noża pozbył się korka i nalał czerwonego płynu do połowy szklanki zanim odwrócił się w moją stronę z pytaniem w brązowych oczach. Kiwnęłam głową, na co napełnił drugą szklankę po czym odstawił butelkę, by następnie chwycić szklanki podając mi jedną z nich jednocześnie siadając obok mnie. Zadziwiające, że nawet się nie zachwiał, choć pewnie miał już większą wprawę w upijaniu się ode mnie.

– Naprawdę nigdy wcześniej nie byłaś zakochana? – przyglądał mi się z ciekawością wracając do tego, co powiedziała mu Iron.

Nie wiem, czy spowodowała to ilość wypitego alkoholu, choć wypiłam go znacznie mniej niż moja pijana już do nieprzytomności przyjaciółka czy niespodziewana przyjaźń, która w jakiś zupełnie niezrozumiały dla mnie sposób wytworzyła się pomiędzy nami, ale wzdychając ciężko udzieliłam mu odpowiedzi.

– Raz byłam blisko, ale w porę się opamiętałam czy raczej to on pomógł mi się otrząsnąć. A ty? – cały czas patrzyliśmy na siebie, więc nie przegapiłam zmiany, jaka zaszła w jego oczach.

– Nigdy wcześniej nie spotkałem dziewczyny, która byłaby warta uwagi, że o zakochaniu się w niej nie wspominając – uśmiechnął się do mnie szelmowsko. – Choć mogło to mieć coś wspólnego z tym, że każda dziewczyna, z którą miałem do czynienia przez więcej niż pięć minut sama pchała mi się do łóżka – zachichotał, a ja mu zawtórowałam.

Wino okazało się słodkie, co było miłą odmianą po gorzkim piwie. Piłam powoli nie chcąc się zbyt szybko upić. Rzadko sobie na to pozwalałam, ponieważ nie chciałam z własnej głupoty powiedzieć o czymś, czego później mogłabym gorzko żałować. Zwłaszcza, że byłam w obecności osoby, do której moje uczucia były tak skomplikowane.

– A co z tym dzieciakiem, który ostatnio z wami był? – chociaż poruszył ten temat nie brzmiał na szczerze zainteresowanego odpowiedzią.

– Nie podobało mu się już samo pójście w takie miejsce. Wątpię, by zareagował z entuzjazmem na mój widok po tym, co się stało – odstawiłam szklankę na stół milknąc na chwilę. – Z resztą, jakie to ma znaczenie?

Tym razem to on wzruszył ramionami zanim opróżnił szklankę ponownie nalewając sobie wina. Sięgnęłam po swoją chcąc skupić się na czymś innym niż Rider. Nie mogłam pozwolić, aby z powodu alkoholu czy czegokolwiek innego potraktować go, jak swojego spowiednika. To byłby błąd, który mógłby mnie drogo kosztować. Od naszego pierwszego i niezbyt udanego spotkania pojawiał się i dotrzymywał towarzystwa, a teraz użyczył jednej ze swoich kryjówek, bym mogła pomóc przyjaciółce zapić się do nieprzytomności, ale ani przez chwilę nie traktowałam go tak, jak traktowałam Damona. Nie był jednym z moich przyjaciół, ponieważ po kimś takim, jak on w każdej chwili mogłam spodziewać się wycelowanej w moją głowę broni. Należał do gangu i miał reputację, która zapewniała mu wśród takich, jak on szacunek. Właśnie z tego powodu był bardziej niebezpieczny niż zbuntowany, bogaty chłoptaś, jakim był Greg. Jednak to z nim teraz tu siedziałam, a perspektywa niemożliwości spotkania się więcej z blondynem nie wywoływała we mnie smutku.

– Jeśli zapytam cię o coś odpowiesz mi? – już samo to pytanie sprawiło, że się spięłam. To nie mogło wróżyć nic dobrego. Z doświadczenia wiedziałam, iż po takim wstępie zawsze padały te pytania, których powinno się unikać.

– Zależy – mruknęłam jednak zamiast od razu zaprzeczyć. Czy mogłam zrzucić winę za to na alkohol krążący w moich żyłach zamiast dziwnego, niepokojącego uczucia, jakie swoją obecnością we mnie wywoływał?

To musiała być wina wypitego alkoholu. Tylko jego, choć nie było go wcale aż tak wiele, ale mieszanie gatunków nigdy nie było dobrym pomysłem. Do diabła! Zaklęłam w myślach zaciskając mocniej dłoń na szklance, zanim dopiłam resztę wina i sięgnęłam po butelkę chcąc nalać sobie więcej. Miałam się tylko rozluźnić i przy okazji choć odrobinę poprawić Iron humor, a nie zwierzać mu się ze swojego życia.

– Czasem traktujesz ich, jak – zaczął, ale nie skończył pozwalając, aby niedopowiedziane określenie zawisło między nami. – Dlaczego to robisz, skoro się przyjaźnicie? Czy nie powinnaś grozić śmiercią każdemu, kto ich zrani?

Takiego pytania się nie spodziewałam. Milczałam przez chwilę z zamkniętymi oczami pozwalając wspomnieniom sprzed kilku lat wrócić do mnie. Gdy ponownie otworzyłam oczy nie patrzyłam na niego, a na szklankę w moich dłoniach i byłam pewna, że w moich oczach nie było nic prócz smutku.

– Kiedy ich poznałam miałam już na koncie kilka wyskoków. Właściwie właśnie z tego powodu się poznaliśmy – westchnęłam przypominając sobie wszystko tak, jakby zdarzyło się to zaledwie przed chwilą. – Iron miała kłopoty, z których ją wybawiłam, a ona w ramach podziękowania poznała mnie z Damonem.

Nawet teraz nie mogłam powstrzymać uśmiechu na wspomnienie pierwszych słów, które chłopak do mnie wypowiedział, gdy zjawiłam się razem z Iron w jego mieszkaniu. To był idealny przykład tego, żeby nie dać zwieść się pierwszemu wrażeniu.

– Nazwał mnie dziwką, po czym stwierdził, że jego dom nie jest burdelem i jeśli chciałam pieprzyć się z Iron powinnyśmy znaleźć sobie inne miejsce – zachichotałam mając przed oczami jego wkurzoną twarz, gdy zamknęły się za nami drzwi. – Widziałeś wgniecenie w ścianie kuchennej? W tamtej chwili byłam tak wściekła, że rzuciłam w niego pierwszą rzeczą, jaką chwyciłam. Okazało się, że była to drewniana figurka na tyle ciężka, żeby spowodować nieco szkód.

Zaśmiał się najwyraźniej wyobrażając sobie tę scenę i pamiętając o zniszczeniu, jakiego dokonałam, a które widział podczas swojej wizyty tam.

– Nie ufałam im na początku, ale z czasem przekonali mnie do siebie – zerknęłam na niego przekonując się, że cały czas na mnie patrzył. – Oczywiście, że urwę łeb każdemu, kto ich zrani, jednak nie zmienia to faktu, iż czasem sama mam ochotę to zrobić, ale chyba na tym to właśnie polega. Prawda?

Przez kolejne minuty żadne z nas nie odezwało się popijając powoli wino ze szklanek. Kiedy w końcu po raz kolejny postawiłam puste naczynie na stole czułam już wystarczające zawroty głowy, aby zrezygnować z kolejnej porcji. Wystarczyło, że Iron leżała pijana na jednej z kanap Ridera. Nadal nie ufałam mu na tyle, żeby samej do niej dołączyć.

– Wiesz – zaczął cichym, ledwo słyszalnym tonem – to niezwykłe, jak bardzo oboje sobie ufamy chociaż żadne z nas nigdy nie przyznałoby się do tego – on również odstawił szklankę nie sięgając po butelkę, by ją napełnić. – Pozwoliłem wam wejść do jednego z niewielu miejsc, które były tylko moje nawet nie zastanawiając się, że mogłabyś kiedyś mnie wydać, a ty – odwrócił wzrok na mnie, a w jego brązowych oczach płonęła determinacja – nie zawahałaś się przyprowadzić tu przyjaciółki wierząc, że nic wam tu nie zagrozi.

Nie mogłam nic poradzić na szok, jaki wywołały we mnie jego słowa. Nie mogłam także zamaskować tego odczucia tak, aby nie mógł dostrzec go na mojej twarzy. Nie, zamiast tego wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi oczami, gdy dochodziło do mnie, iż miał całkowitą rację. Już na samym początku podjęłam decyzję zachowania istnienia tego miejsca w tajemnicy i nawet przez ułamek sekundy nie pomyślałam, iż mógłby czekać tu na nas uzbrojony, albo z resztą członków gangu. Chociaż byłaby to dla nich całkiem dobra okazja.

– Zaskakujące, prawda? – ponownie się odezwał tym razem posyłając mi arogancki uśmieszek, jakby wyzywał mnie, bym temu zaprzeczyła. – Ale wiesz co jest w tym najbardziej szalone? To, że nawet nie masz pojęcia, jak bardzo cieszę się, że tu jesteś.

Jeśli chciał w ten sposób wywołać we mnie jeszcze większy szok, to udało mu się to tylko przez krótką chwilę, po której pochylił się bardziej w moją stronę i zanim do mojego wciąż oszołomionego tą rewelacją mózgu dotarło, co zamierzał zrobić jego usta znalazły się na moich wpijając się w nie. Zassał moją dolną wargę, po czym przejechał po niej językiem w niemej prośbie. Rozchyliłam usta pozwalając mu w nie wtargnąć, gdy naparłam mocniej na jego ciało oddając pocałunek. Minęło tak dużo czasu odkąd po raz ostatni czułam to wszystko. Usta poruszające się razem z moimi, dotyk dłoni na ciele oraz to, jak przyciśnięta do niego byłam. Pocałunek był mocny, drapieżny może nawet nieco brutalny, ale w obecnej chwili nie miałam nic przeciwko temu. Wręcz przeciwnie, podobało mi się to, każda sekunda tego.

Niemal jęknęłam, kiedy po raz kolejny zassał moją wargę lekko ją przygryzając, a jedna z jego dłoni obejmowała mnie ciasno w talii podczas, gdy drugą wplótł w moje włosy odciągając moją głowę do tyłu. Nie powstrzymałam za to jęku protestu, kiedy oderwał swoje usta od moich przesuwając je niżej na tę część gardła, którą odsłonił golf. Całował, lizał i ssał moją skórę zapewne zostawiając na niej ślady, ale nie dbałam teraz o to. Jedyne, co mnie w tej chwili obchodziło to jego usta, które ponownie przyciągnęłam do swoich siadając mu okrakiem na kolanach. Rider całował wspaniale i choć moje doświadczenia w tym temacie były żałośnie wręcz małe nie wahałabym się stwierdzając, iż robił to lepiej niż większość mężczyzn. Zarzuciłam mu ręce na szyję czując wyraźny dowód jego podniecenia między nogami. Poruszyłam się ocierając o niego i tym razem nie byłam jedyną, z której ust wydostał się jęk. Dłoń, którą mnie trzymał przesunął bardziej na środek moich pleców, a następnie wyżej podciągając golf. Jego dłoń była ciepła, kiedy sunął nią po moich plecach i wysyłała iskry w dół mojego brzucha pobudzając mnie jeszcze bardziej.

Tą właśnie chwilę wybrała sobie Iron, aby przypomnieć nam o swojej obecności. Przewróciła się na drugi bok, a kanapa pod nią zatrzeszczała wydając mało przyjemny, aczkolwiek zbyt cichy odgłos, by w innych okolicznościach zwrócić na niego uwagę. Chociaż możliwe, iż tylko Rider udał, że go nie usłyszał. Dla mnie był głośny niczym gong przywracając mnie do rzeczywistości i pozwalając zrozumieć, co się właśnie działo. Gwałtownie oderwałam się od niego i odsunęłam tak daleko, jak było to możliwe uderzając tyłem głowy w boczną część blatu po tym, jak spadłam na podłogę. Moje ciało wciąż pulsowało pożądaniem błagając, abym do niego wróciła i skończyła to, co on zaczął. Wygrała jednak ta bardziej racjonalna część, przez którą wyklinając się w myślach na moment zamknęłam oczy starając się uspokoić swoje rozszalałe serce oraz ciało.

– Bones – Rider odezwał się szeptem i poruszył się, jakby chciał chwycić mnie, by ponownie do siebie przyciągnąć.

– Nie – nadanie głosowi twardego tonu podczas, kiedy w środku wciąż czułam ten ogień, który roztapiał wszystko we mnie było niezwykle trudne. – Nie Rider. Nie obchodzi mnie, dlaczego to zrobiłeś, ale to był błąd, którego nie chcę powtarzać.

Coś pojawiło się w jego oczach, gdy nie spuszczał ze mnie wzroku, jednak zniknęło tak szybko, iż nie byłam w stanie tego nazwać. Jego twarz zmieniła się w maskę, z której nie mogłam niczego odczytać, po czym powoli kiwnął głową przyjmując moje słowa.

18. Zastanów się

Iron spała, jak zabita niemal do północy zmuszając mnie, bym razem z nią siedziała w tym domu. Od pocałunku zachowywałam dystans pomiędzy mną, a Riderem. Kilka razy usiłowałam zacząć swobodną, niezobowiązującą rozmowę, ale chłopak odpowiadał zdawkowo i gniewnie, więc ostatecznie poddałam się i następne godziny przesiedzieliśmy słuchając radia, które włączył.

– Bones? – usłyszałam zaspany głos Iron.

Odwróciłam się do niej widząc, jak przeciera oczy pozbywając się resztek ogarniającej ją senności i do końca rozmazując to, co zostało z jej makijażu. Rozejrzała się dookoła, jakby potrzebowała chwili, aby zdać sobie sprawę z tego, gdzie się znajdowała.

– Skoro już się obudziłaś możemy iść – powiedziałam sztywno modląc się, by nie przeciągała tego. Naprawdę chciałam opuścić to miejsce najszybciej, jak się dało.

Szczerze wątpiłam, abym w najbliższym czasie była w stanie przebywać z Riderem w jednym pomieszczeniu, a co dopiero odezwać się do niego czy spojrzeć. To był kolejny powód, dla którego ten pocałunek był katastrofalnym pomysłem. Od dawna nie należałam do nieśmiałych dziewczyn i wkurzało mnie to, iż nie potrafiłam faktycznie traktować tego, co między nami zaszło jedynie, jak nic nieznaczący wybryk. Zupełnie, jakbym miała za mało rzeczy, którymi musiałam się obecnie przejmować.

– Która godzina? – dziewczyna wstała przeciągając się, po czym spojrzała na mnie, a w jej zielonych oczach kryło się znacznie więcej pytań, które zapewne zamierzała zadać mi, gdy tylko stąd wyjdziemy.

– Za jakąś godzinę wybije północ – odpowiedziałam spokojnie jednocześnie samej wstając.

W pomieszczeniu było zimno, więc żadna z nas poza kurtkami niczego nie zdjęła, kiedy tu przyszłyśmy, domyślałam się więc, że dziewczynie musiało być niewygodnie. Z doświadczenia wiedziałam, że obudzenie się po kilku godzinach snu w ubraniu nie było komfortowym doświadczeniem. Przynajmniej nie była spocona i nie zwymiotowała, jak kiedyś zdarzyło się mi. Podczas, gdy ja stałam już przy wyjściu z salonu Iron pożegnała się z Riderem, któremu ja kiwnęłam tylko głową. Wyszłyśmy odprowadzone przez niego do drzwi, które zamknął natychmiast po naszym wyjściu nieco głośniej niż było potrzeba.

– Wyglądaliście – zaczęła ze zmarszczonymi brwiami – dziwnie. Coś się stało?

Schowałam dłonie do kieszeni kurtki, by Iron nie dostrzegła, jak zaciskałam je w pięści. Mogłam powiedzieć jej prawdę i zmierzyć się z lawiną pytań oraz niedorzecznych domysłów, jakie by to wywołało, albo skłamać i przynajmniej przez jakiś czas mieć spokój. Nie zastanawiałam się dwa razy nad decyzją.

– Nic – wypowiedziałam to jedno słowo tonem, który jasno dawał do zrozumienia, iż nie miałam najmniejszej ochoty zagłębiać się bardziej w ten temat.

Przyjemne otępienie, jakie dawał alkohol zniknęło w momencie, w którym zdałam sobie sprawę z tego, co robiłam z chłopakiem. Choć nie wróciła mi jeszcze pełna świadomość, a w głowie nadal szumiało teraz odczuwałam coraz większy gniew. Głównie na Ridera myśląc o tym, jak mógł to zrobić. Co mu przyszło do głowy, że w ogóle uznał pocałunek za coś dopuszczalnego? Nawet, jeśli także był pijany w moich oczach nic go nie usprawiedliwiało. Z resztą zawsze łatwiej było zrzucić całą winę na kogoś innego, niż samemu przyznać się do swojej słabości.

Gdy tylko dotarłam do domu po tym, jak pożegnałam się z przyjaciółką upewniając się, iż będzie w stanie samej dotrzeć do siebie, od razu padłam na łóżko. Darowałam sobie prysznic i przebieranie zadowalając się jedynie pozbyciem się ubrań oraz butów zanim zasnęłam w samej bieliźnie.

Nie dane mi było nacieszyć się długim snem, ponieważ zaledwie kilka godzin później, kiedy budzik wskazywał nadal zbyt wczesną, jak dla mnie porę obudziła mnie kłótnia rodziców, co było dość niezwykłe zważywszy na fakt, że oni niemal nigdy się nie kłócili. Pomimo zamkniętych drzwi oraz dzielącej mnie od nich odległości dolatywały do mnie niezrozumiałe urywki zdań i słów, więc nie miałam pojęcia, co aż tak wyprowadziło ich z równowagi, chociaż domyślałam się, iż miało to jakiś związek ze mną. Od dłuższego czasu byłam jedynym powodem domowych awantur, do czego zdążyłam się już przyzwyczaić. Przeciągnęłam się żałując, że nie zdecydowałam się jednak na prysznic. Nudności przez smród alkoholu nie były najprzyjemniejszą rzeczą z rana, więc czym prędzej rozebrałam się wchodząc szybko pod prysznic.

– Co jest? – zatrzymałam Danny’ego w drodze do jego pokoju po tym, jak odświeżyłam się i ubrałam w czyste rzeczy, wskazując na schody. Mój brat skrzywił się i na moment uciekł wzrokiem w bok, zanim spojrzał mi w oczy.

– Chodzi o to pobicie – zaczął cicho i sądząc po jego minie wciąż miał wyrzuty sumienia, że wzięłam winę na siebie. – Jego rodzice rozmawiali rano z naszymi.

Bez słowa zostawiłam go zamykając się w pokoju, po czym oparłam się plecami o drzwi i zjechałam po nich w dół. Siedząc skuliłam się walcząc z opanowującymi mnie złością oraz smutkiem. Odczuwałam także strach, ponieważ naprawdę nie chciałam trafić do poprawczaka i zrujnować sobie reszty życia. Jednak równie mocno, jak nie chciałam ponosić odpowiedzialności za to, co zrobił Danny wiedziałam, że nie wydałabym brata. Obiecałam mu, iż bez względu na wszystko będę zawsze po jego stronie i zawsze go obronię, a teraz musiałam tego słowa dotrzymać. Nawet, jeśli miałam za to zapłacić. Kolejny powód, dla którego nie trzeba było w ogóle zaczynać znajomości z Riderem, a już na pewno pozwalać, aby zaszła tak daleko. Choć teraz, kiedy wytrzeźwiałam znacznie bardziej dostrzegałam w tym też swoją winę. Nie byłam przecież aż tak pijana, by nie wiedzieć, co się działo i nie kontrolować się. Powinnam była odepchnąć go już wtedy, gdy pochylił się do pocałunku, a tym bardziej nie odpowiadać na niego.

– Cholera – wymamrotałam do siebie z czołem opartym o kolana.

Zaczęłam zastanawiać się, dlaczego właściwie to wszystko zwaliło się na mnie teraz. Dlaczego każda z tych rzeczy nie mogła wydarzyć się w innym czasie? Dlaczego jeden problem zawsze pociągał za sobą następny, aż waliło się wszystko dookoła? Mówiło się, iż nieszczęście lubiło towarzystwo, cóż w moim przypadku miało go aż nadto. W dalszym biczowaniu się w myślach przerwał mi dźwięk telefonu.

– Nie jestem w nastroju na picie – zaczęłam, gdy sięgnęłam po urządzenie i odebrałam sprawdzając wcześniej, kto dzwonił.

Iron była teraz jedną z pierwszych osób na liście, z którymi nie chciałam rozmawiać, a tym bardziej widzieć się. Jednak gdybym podała jej powody, dla których tak było nie mogłabym wymigać się od konfrontacji.

– A co powiesz na film u Damona? Tylko nasza czwórka – dodała, jakby to miało mnie przekonać do zmiany zdania.

– Czwórka? – powtórzyłam pytająco zastanawiając się, kogo jeszcze mogła mieć na myśli.

– Ty, ja, Damon i Rider – westchnęła, jakby to było takie oczywiste. – Chyba muszę mu się przecież jakoś odwdzięczyć za upicie mnie. Ubieraj się. Spotkamy się na miejscu.

Zacisnęłam usta. Iron nie wiedziała o tym, co zaszło między mną i Riderem, a ja nie zamierzałam wtajemniczać w to ani jej, ani Damona. Z drugiej strony dziewczyna była uparta, więc gdybym odmówiła zaczęłaby nalegać i w końcu domyśliłaby się, że to z szatynem nie chciałam się widzieć. Znałam ją, więc wiedziałam też, że nie odpuściłaby dopóki nie powiedziałabym jej, dlaczego miałam z nim problem.

– Nie jestem w nastroju. Mam sprawę, którą muszę się zająć – rozłączyłam się nie czekając na jej reakcję.

Gdy tylko to zrobiłam wyłączyłam telefon wiedząc, iż zacznie wydzwaniać domagając się wyjaśnień, których nie zamierzałam jej udzielać. Mogłam oczywiście wymigać się tą całą sprawą z Danny’m i pobitym chłopakiem, ale o tym także nie chciałam im obojgu mówić. Nie potrzebowałam bzdurnych rad dziewczyny, które zazwyczaj wpędzały mnie w jeszcze większe kłopoty, albo połajanek przyjaciela. Zdawałam sobie sprawę, iż zachowywałam się właśnie względem nich, jak suka, jednak zranione uczucia moich przyjaciół były teraz zaskakująco nisko na mojej liście priorytetów. Wstałam, odłożyłam telefon na biurko i zeszłam na dół. Powinnam właściwie być w szkole i zdawałam sobie sprawę, iż wagary w mojej obecnej sytuacji nie pomogą, ale kompletnie nie miałam głowy do tych wszystkich pierdół. Siedząc w ławce najpewniej i tak bym się zamartwiała, więc jaki miało to sens. Ubrałam buty, kurtkę i wyszłam z domu na szczęście unikając spotkania z rodzicami. Nie bardzo wiedziałam, gdzie iść, ale zdecydowałam się odwiedzić Cole’a. Tam przynajmniej mogłam ukryć się przed przyjaciółmi, choć wątpiłam, aby mnie szukali. Była to jednak bezpieczniejsza opcja niż Los Diego, którego po ostatnim wydarzeniu mającym tam miejsce jeszcze przez jakiś czas będę unikać.

W środku było niemal pusto, co było zaskakujące biorąc pod uwagę porę dnia. O tej godzinie zazwyczaj było tu pełno ludzi, którzy w przerwie od pracy wpadli coś zjeść. Dzisiaj natomiast dostrzegałam zaledwie kilka osób zajmujących samotnie stoliki.

– Nie wyglądasz najlepiej – usłyszałam dobrze znany mi głos właściciela.

Cole od jakiegoś czasu farbował włosy na jasny blond, więc zdziwiło mnie, że nie zakrył jeszcze ciemnych odrostów. Przyglądał mi się uważnie niebieskimi oczami, na co w odpowiedzi posłałam mu słaby, wymuszony uśmiech.

– Ostatnio mam kilka problemów – wyznałam z udawaną nonszalancją, chociaż tym razem to było znacznie gorsze, niż kłopoty, z jakich wcześniej mu się zwierzałam.

Musiał zdać sobie z tego sprawę, ponieważ przywołał do siebie mężczyznę, który wcześniej zajęty był sprzątaniem stolików i polecił mu, by staną za ladą, a mnie zaprowadził na zaplecze. Prywatne pomieszczenie, którego używał, jako gabinet było niewielkie, ale dwa fotele i okrągły, drewniany stolik w zupełności wystarczyły.

– Opowiadaj – zaczął rozsiadając się wygodniej.

Nikomu tego nie mówiłam, ale Cole był dla mnie niemal, jak starszy brat. Poznałam go jeszcze przed Iron i od razu znaleźliśmy wspólną płaszczyznę. Chociaż miał już ponad trzydzieści lat zawsze traktował mnie niemal, jak równą sobie. Przynajmniej nie miał mnie za dzieciaka. Na swój sposób dbał o mnie, jednak w granicach rozsądku. To on powtarzał mi, abym trzymała się z daleka od obu gangów, ale jednocześnie sam nigdy nie postawiłby mnie ponad rozkaz szefa. Doceniałam jego szczerość i cieszyłam się, że przynajmniej nie okłamywał mnie, co do tego.

Z westchnieniem zaczęłam opowiadać mu, jak to Danny powiedział mi o pobiciu dzieciaka w szkole, o wizycie Donovana, przed którym wzięłam na siebie grzech brata i zostałam poinformowana o nieprzyjemnych konsekwencjach, o spotkaniu Kings’a w barze i tym, co wydarzyło się później oraz o zerwaniu Isabell z Iron, które doprowadziło nas do Ridera, z którym piłyśmy. Zgodnie z przypuszczeniami chłopaka nie zdradziłam jego kryjówki oraz nie wyznałam, co tak naprawdę zaszło między nami. Nazwałam to, po prostu nieporozumieniem. Cole słuchał mnie nie spuszczając ze mnie wzroku, który w miarę mojej historii stawał się coraz bardziej troskliwy i zmartwiony.

– Bones – zaczął cicho, kładąc dłoń na mojej – właśnie dlatego cię ostrzegałem. Ten świat to nic przyjemnego, a ty jesteś zbyt dobra, by w to wchodzić.

Zabawne, iż on jako jedyny zdawał się w to wierzyć podczas, gdy każdy kto chociaż trochę mnie poznał nie mógł uwierzyć, jak daleka tego wszystkiego w rzeczywistości byłam. Każdy poza nim wydawał się od samego początku spisywać mnie na straty. Nawet wcześniej. Zanim Lance odszedł na zawsze, ja nigdy nie byłam perfekcyjna.

– W takim razie, co twoim zdaniem miałam zrobić? – spytałam znużona. Słyszałam podobne słowa miliony razy z innych ust. Ani razu mi nie pomogły. Mężczyzna mocniej ścisnął moją dłoń, po czym odezwał się przybierając poważną minę.

– Jako przyjaciel radziłbym ci wyznać prawdę z pobiciem i stanowczo trzymać się z dala od Ridera. Ten chłopak to kłopoty, a ty jesteś dobrą dziewczyną, która po prostu miała pecha.

Wykrzywiłam usta w grymasie. Powiedzieć, że miałam w życiu pecha, było cholernym niedomówieniem. Pomimo tego byłam mu wdzięczna za towarzystwo oraz radę nawet, jeśli nie zamierzałam z niej skorzystać.

– Wiesz, że nie mogę zdradzić brata.

– Czasem w życiu trzeba dokonywać trudnych wyborów. Zastanów się, czy twój brat zrobiłby to samo będąc na twoim miejscu i czy warto za to zaprzepaścić własną szansę.

19. Kara

Rozmowa z Cole’em, jakkolwiek nieprzyjemny był bardzo mi pomogła. Możliwość wyrzucenia tego z siebie przed kimś, kto w żadnym stopniu nie osądzałby mnie i doradzał mając na uwadze moje dobro była czymś, czego rzadko doświadczałam. Za rzadko, jeśli o mnie chodziło. Niestety Damon nigdy nie ukrywał, że większość problemów moich i Iron zupełnie go nie obchodziła, ponieważ stanowiła nasze własne wybory, z którymi musiałyśmy się mierzyć, więc przyjąłby moją decyzję w sprawie brata, a przy odrobinie szczęścia oznajmiłby, iż będzie mnie odwiedzać, kiedy już mnie zamknął. Iron za to zaraz miałaby mnóstwo pomysłów na to, jak uciszyć tego dzieciaka i jego rodziców, albo jak mogłabym przedostać się do Kanady czy Meksyku nie zostając złapaną na granicy, co skończyłoby się dla mnie jeszcze gorzej. Pytanie Iron o radę w ważnej sprawie było, jak strzelenie sobie w stopę. Nie dość, iż cholernie bolało to jeszcze samemu się siebie wykańczało. Byłam pewna, iż powiedzenie o piekle wybrukowanym dobrymi chęciami powstało specjalnie dla niej.

– Dzięki – spojrzałam na blondyna z wdzięcznością. – W takich chwilach naprawdę żałuję, że nie jesteśmy rodziną.

– Nie wszystko stracone – zachichotał, po czym posłał mi rozbrajający uśmiech, którym zapewne podrywał kobiety. – Gdybyś za mnie wyszła – nie dokończył, ponieważ przerwał mu mój śmiech.

Cole zawsze potrafił mnie rozbawić, nieważne w jak beznadziejnym nastroju byłam, a żart o nas, jako małżeństwie zawsze się sprawdzał, ponieważ oboje wiedzieliśmy, iż nie wyszłoby z tego w rzeczywistości nic dobrego.

– Nie chciałbym cię wyrzucać – zaczął wstając i poprawił koszulkę, – ale mam trochę pracy.

– W porządku – również wstałam, posyłając w jego stronę uśmiech, którego nie mógł zobaczyć, ponieważ stał już tyłem do mnie otwierając drzwi.

Wróciliśmy do głównej sali, w której pożegnałam się z nim. Opuściłam lokal w lepszym humorze, choć nie mogłam stwierdzić, by nasza rozmowa rozwiązała wszystkie moje problemy i rozwiała wszelkie wątpliwości. W domu za to powitał mnie niecodzienny widok. Obydwoje rodziców siedziało w salonie na kanapie, a Danny zajmował fotel. Mój brat wyglądał, jakby czuł się winny i jednocześnie chciał zniknąć sprzed ich surowego wzroku. Cała trójka odwróciła się w moją stronę słysząc moje kroki.

– Usiądź Elizabeth – powiedziała matka nad wyraz opanowanym tonem.

Uniosłam brew zastanawiając się, co właściwie im się stało, przez co nie zwróciłam uwagi na to, jak mnie nazwała. Usiadłam na podłokietniku fotela, który zajmował brunet.

– Danny powiedział nam o wszystkim – tym razem odezwał się ojciec. On również był wyjątkowo opanowany, co jeszcze bardziej mnie zaniepokoiło. – Jesteśmy ci winni przeprosiny.

– Za co? – spytałam nie rozumiejąc, o czym oboje mówili.

– Twój brat przyznał się do tego pobicia – wyjaśnił ojciec, a mnie zamurowało.

Danny powiedział im prawdę? Po co? Wbiłam spojrzenie szarych oczu w brata.

– To prawda? – chłopak na moje słowa zacisnął usta w cienką linię i przytaknął. – Odbiło ci? – zwróciłam się do niego wkurzona.

– Elizabeth! – Matka uniosła nieznacznie głos uciszając mnie. – Rozumiem, dlaczego nas okłamaliście, ale twój brat postąpił słusznie przyznając się. Co nie oznacza, iż uniknie kary – dodała wciąż wpatrując się w niego z naganą w zielonych oczach.

Prychnęłam. Miałam ochotę krzyknąć, że to nieprawda. Wykłócać się z nimi, że Danny wcale nie postąpił właściwie i przekonywać, iż to jednak moja wina. Z drugiej strony jednak część mnie skakała właśnie ze szczęścia na wieść o tym, iż nie będę musiała mierzyć się z konsekwencjami nie swojego czynu. Gdybym była teraz sama odetchnęłabym z ulgą i śmiała się z radości. Mocniej ścisnęłam w dłoniach obicie fotela nienawidząc się za zadowolenie z obecnej sytuacji.

– Co zamierzacie? – odezwałam się po chwili milczenia, które zapadło po słowach matki.

– Na początek szlaban – oznajmił ojciec trafnie odczytując moje pytanie.

To akurat była całkiem znośna forma kary zwłaszcza, iż wiedziałam, że pod nieobecność rodziców i tak będę pozwalała Danny’emu na wszystko czego mu teraz zabronią. Z drugiej strony mój mały braciszek pewnie i tak nie będzie chciał często korzystać z okazji.

– A poza tym? – spytał mój brat z wyraźną pokorą. To była jedna z tych rzeczy, które nas odróżniały. On nie potrafił przeciwstawić się rodzicom, ale był jeszcze za mocno zależnym od nich dzieciakiem.

– Porozmawiamy z Rogerem o najodpowiedniejszej karze – odpowiedziała matka, po czym przeniosła spojrzenie zielonych oczu na mnie. – Nie myśl, że zapomnieliśmy o tobie. Rozumiem, dlaczego wzięłaś winę na siebie, ale okłamałaś nas.

Przewróciłam oczami słysząc jej pełen oskarżeń ton głosu. Nie był to nawet setny raz, podczas którego mijałam się z prawdą w rozmowie z nimi. Okłamywanie ich stało się dla mnie prawie tak łatwe, jak oddychanie, więc przestałam dbać o ich opinie po tym, jak dowiadywali się prawdy.

– Jakby mnie to obchodziło – mruknęłam. – Jasne, cokolwiek – dodałam już głośniej tak, by ona i ojciec mogli mnie usłyszeć.

Następnie odwróciłam się na pięcie i opuściłam dom nie mogąc darować sobie trzaśnięcia drzwiami. Choć raczej po prostu pchnęłam je po prostu ze zbyt wielką siłą kierując się do najbliższej stacji metra. Po drodze wyciągnęłam telefon podłączając do niego słuchawki. Włączyłam sobie jedną z moich na tę chwilę ulubionych piosenek. Słuchałam konkretnych gatunków muzycznych i przeważnie trzymałam się tych samych zespołów, ale moja playlista co chwila się zmieniała. Wysiadłam kilka stacji dalej na przeciwko boiska, przy którym akurat siedziała grupa chłopaków. Nie widziałam za dobrze ich twarzy, ponieważ mieli na głowach kaptury. Przechodząc obok nich dostrzegłam w dłoniach niektórych puszki z piwem. Kilka pustych leżało już na ziemi przy ich nogach.

– Hej laska! – zawołał za mną jeden z nich. – Zabaw się z nami!

Po jego słowach reszta jego towarzyszy wybuchnęła śmiechem. Odwróciłam się patrząc na nich z uniesioną brwią.

– Jesteście pewni, że chcecie się zabawić? Mam parszywy nastrój, więc – zaczęłam, ale przerwał mi jeden z nich, który nagle przyjrzał mi się dokładniej, po czym szeroko otworzył oczy. Wiedziałam, co było powodem jego reakcji i miałam ochotę zaśmiać się na widniejący w jego oczach niepokój.

– Stary – zwrócił się do tego z nich, który odezwał się do mnie chwilę wcześniej, zaczepiając mnie. – To Bones.

Po jego słowach pozostali również uważnie mi się przyjrzeli. Jeden nawet cofnął się o krok rozśmieszając mnie tym, ale najwyraźniej ten, który mnie zaczepił nie przejął się tym za bardzo lub po prostu nie uwierzył. Zamiast tego wstał prychając lekceważąco, po czym zbliżył się do mnie mierząc mnie spojrzeniem zielonych, zamglonych tęczówek.

– Ty masz być tą sławną Bones? – zakpił, uśmiechając się z wyższością. – Do pięt mi nie dorastasz dziewczynko – powiedział lekceważąco.

Uśmiechnęłam się do niego szeroko, co go zaskoczyło. Jeśli spodziewał się łez oraz błagań o litość musiałam go poważnie rozczarować. Zanim zdał sobie sprawę z tego, co zamierzałam, moja pięść wylądowała na jego twarzy. Zaklął przykładając dłoń do bolącego miejsca po tym, jak się wyprostował. Jakimś cudem tym ciosem rozcięłam mu łuk brwiowy przez co lewa część jego twarzy pokryła się krwią. Mogło to być efektem zetknięcia jego skóry z moim skromnym, metalowym pierścionkiem, który postanowiłam rano wsunąć na palec. Widziałam, jak powoli zaskoczenie ustępowało w jego spojrzeniu miejsca złości, ale nie czekając na jego kontratak kopnęłam go z całej siły w krocze. Warknął wściekle, łapiąc się drugą dłonią za bolące miejsce i upadł na kolana. Wykorzystując to uderzyłam go jeszcze raz tym razem celując w szczękę.

– Któryś z was chce się jeszcze zabawić? – zwróciłam się z udawaną słodyczą do pozostałych chłopaków, którzy gwałtownie pokręcili głowami.

Kilku z nich uciekło, a pozostali pomogli przyjacielowi podnieść się i odciągnęli go w przeciwnym kierunku niż zmierzałam. Westchnęłam, ponieważ potrzebowałam czegoś więcej, by w pełni się wyżyć. Wyjęłam z kieszeni telefon i przeklinając się za to w myślach wysłałam Riderowi wiadomość, że czekałam na niego przed domem, w którym spotkaliśmy się po raz ostatni. Uprzedziłam go również, iż będę potrzebowała czegoś znacznie mocniejszego niż woda, aby dojść do siebie.

Na miejscu byłam kwadrans później. Oparłam się o ścianę i przymknęłam oczy skupiając się na słowach piosenki. Wciągnęłam się tak bardzo, że dopiero, kiedy ktoś szarpnięciem wyrwał mi z ucha słuchawkę zorientowałam się, iż nie byłam już dłużej sama. Otworzyłam oczy dostrzegając stojącego zdecydowanie zbyt blisko mnie Ridera. Ciekawość w jego brązowych oczach zastąpiło rozbawienie, kiedy zdał sobie sprawę, czego słuchałam. Najwyraźniej znał ten kawałek. Oddał mi słuchawkę jednocześnie wyjmując z kieszeni bluzy klucz.

– Też lubię ten zespół – odezwał się zanim puścił mnie przodem, otwierając szeroko drzwi wejściowe.

Wyminęłam go bez słowa, ponieważ jego gust muzyczny w ogóle mnie nie interesował. Zdjęłam kurtkę rzucając ją na kanapę przez co zostałam w samej koszulce. Na szczęście w pokoju było wystarczająco ciepło, abym nie zamarzła. Musiał podkręcić ogrzewanie po naszej wizycie. Usiadłam na podłodze opierając się plecami o kanapę, na której ostatnim razem spała Iron, a zaledwie minutę później dołączył do mnie Rider.

– Mam czuć się zaszczycony, że do mnie napisałaś? – zakpił, jednocześnie wykładając na stół dwie butelki. W jednej była wódka, a w drugiej napój gazowany.

Dobry pomysł z rozcieńczeniem wódki. Dzięki temu mogłabym dłużej zachować świadomość i mogłabym wypić zdecydowanie więcej zawartości szklanej butelki, która miała być w tej chwili moim zbawieniem i zapomnieniem.

– Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele – przemówiłam złośliwie. – Potrzebowałam tylko jakiegoś miejsca, gdzie mogłabym się upić, a chwilowo nie mam ochoty widzieć się z żadnym z moich przyjaciół.

Obserwowałam go, kiedy wstał kierując się do kuchni skąd zabrał dwie szklanki, by po chwili wrócić z powrotem na miejsce obok mnie. Odezwał się nalewając do obu wódkę.

– Czyli nie zaliczam się do twoich przyjaciół?

– Miałeś co do tego wątpliwości? – odpowiedziałam pytaniem, na pytanie chwytając swoją szklankę, gdy tylko dolał do niej napoju.

Prawdę mówiąc w obecnym nastroju wolałabym czystą, ale z drugiej strony taka opcja była bezpieczniejsza. Po tym, co stało się ostatnio nie mogłam pozwolić sobie na upijanie się przy nim.

– Chuj mnie obchodzi za kogo mnie masz – odparł wzruszając ramionami.

Przez kolejne kilka minut pozostawaliśmy cicho popijając swoje drinki. Żałowałam, że nie było tu telewizora, na którym mogłabym skupić całą swoją uwagę. Takie siedzenie w ciszy po pocałunku, którym kompletnie mnie rozstroił było denerwujące.

– Co takiego stało się, że wybrałaś moje towarzystwo? – Rider zdecydował się w końcu rozpocząć jakąś konwersację wybierając mało dogodny dla mnie temat, ale nie mogłam mieć mu za złe tej ciekawości.

Zacisnęłam usta w cienką linię. Nie miałam ochoty opowiadać mu o całej sprawie z moim bratem. Może i całowałam się z nim, ale nie byłam na tyle głupia, by wierzyć, iż Rider mógłby stać się moim powiernikiem. Jednak mogłam dać mu przynajmniej częściowe wyjaśnienie mojej obecności.

– W sumie to, co zawsze – odpowiedziałam ogólnikowo obojętnym tonem. – Kolejna rodzinna kłótnia.

– Nie wiem, za kogo mnie masz Bones – zaczął przyglądając mi się ze złością, – ale nie jestem idiotą. Nie wmówisz mi, że krew na twojej ręce to wynik kłótni rodzinnej.

Otworzyłam szerzej oczy zaskoczona jego słowami i spuściłam wzrok na swoje dłonie. Na jednej z nich rzeczywiście widniała zaschnięta krew, której wcześniej nie dostrzegłam. Zachichotałam rozbawiona przypominając sobie, jak się tam znalazła.

– Po drodze wpadłam na jakichś dupków i jeden z nich oberwał – wzruszyłam ramionami, ponieważ dla mnie nie było to nic wielkiego. Sądząc po reputacji Ridera, dla niego również.

Chłopak w milczeniu odwrócił spojrzenie z powrotem na ścianę przed nami. Ja za to obserwowałam go kątem oka próbując zrozumieć, dlaczego w ogóle przyszłam tutaj, chociaż obiecałam sobie, iż już nigdy więcej się z nim nie spotkam. Przynajmniej sam na sam. Niestety, jak na złość nie mogłam rozgryźć samej siebie, kiedy chodziło o tego chłopaka, więc jak miałam dowiedzieć się, dlaczego Rider zgodził się mimo wszystko spotkać się dzisiaj ze mną po tym, jak go ostatnio potraktowałam?

20. Mam tego dość

Nie spiłam się do nieprzytomności. Nie byłam nawet bliska tego stanu, ale już sama nie wiedziałam, czy tak na prawdę tego właśnie w tej chwili chciałam. Nie wiedziałam nawet, za co miałabym pić. Uczcić fakt, że jednak prawda wyszła na jaw, a ja nie będę miała tak przejebane czy po to, aby zapomnieć o tym, że zawiodłam Danny’ego. Skoro zdecydował się wyznać prawdę rodzicom musiał martwić się o to, jak to wpłynie na mnie, a nie powinien aż tak się tym przejmować. Ja z kolei powinnam lepiej udawać, że miałam to w głębokim poważaniu. Życie jest do kitu, westchnęłam smętnie, upijając kolejny łyk z prawie na wpół pustej już butelki piwa, którą udało mi się znaleźć.

– Bones – zaczął, ale nawet nie zdobyłam się na to, by na niego spojrzeć.

Po wypiciu niemal całej wódki pod postacią kolorowych drinków zdecydowaliśmy się zmienić ją na piwo i chociaż mieszanie różnych alkoholi rzadko kończyło się dobrze, poza szumem w głowie nie odczuwałam jeszcze żadnych innych objawów. To zapewne szybko się zmieni, ale na razie nie myślałam o tym.

– Gdybym chciała gadać byłabym teraz z Damonem albo Iron – warknęłam wkurzona, kiedy po raz kolejny wypowiedział moją ksywkę chcąc nakłonić mnie do rozmowy.

Nie widziałam, jak zareagował na moje słowa, ale przez następne kilka minut nie odzywał się, co przyjęłam z zadowoleniem. W końcu jednak nawet ta cisza zaczęła mnie irytować, więc wstałam i bez słowa skierowałam się w stronę drzwi. Dopiero, gdy stanęłam przed nimi usłyszałam za sobą kroki, a kiedy się odwróciłam dostrzegłam stojącego za mną Ridera, który przyglądał mi się z nieodgadnioną miną.

– Co robisz jutro wieczorem?

Uniosłam brew słysząc jego pytanie. W końcu, czego mógł ode mnie chcieć? Może i zaczął spędzać z nami czas, ale nie przyjaźniliśmy się i chłopak nie wydawał się specjalnie chętny, aby to zmienić. Nie, żeby mi samej jakoś specjalnie na tym zależało. Nawet, jeśli część mnie ciągnęło do niego.

– Pewnie dostanę szlaban, ale pieprzyć to – mruknęłam niezadowolona na samą myśl o tym. Nie znosiłam siedzieć w domu, gdy miałam szlaban, ponieważ zawsze wtedy nie wolno było mi oglądać telewizji i korzystać z internetu. Przez to godziny samotności spędzone w pokoju dłużyły się i stawały jeszcze bardziej nie do zniesienia.

Ostatnim razem, kiedy rodzice zorientowali się, że nie zastosowałam się do ich zasad posunęli się do założenia hasła na obie te rzeczy. Wiedziałam, że można było to łatwo zrobić w przypadku dostępu do internetu, ale nie miałam pojęcia, że jest to możliwe także w przypadku telewizora, który po jego uruchomieniu zażądał ode mnie hasła, którego za cholerę nie znałam. W ten sposób dałam sobie spokój z siedzeniem tam i za każdym razem w takiej sytuacji wymykałam się z domu, włócząc z przyjaciółmi. Teraz niestety raczej nie będę miała tej możliwości skoro nie chciałam podzieli się z nimi najnowszymi rewelacjami z mojego życia.

– A czego chcesz? – dodałam widząc jego zadowoloną po moim oświadczeniu minę.

– Jutro jest wyścig, w którym, jako prawa ręka szefa Łowców muszę wziąć udział – odpowiedział patrząc cały czas w moje oczy. – Skoro lubisz jazdę na motorze pomyślałem, że cię to zainteresuje.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie miałam ochoty tam iść. Już dawno słyszałam o tych wyścigach, ale odbywały się poza miastem i tylko nieliczni znali konkretną lokalizację oraz czas, a żadne z moich przyjaciół nie należało do takowych osób. Cole z kolei upierał się, że to nie miejsce dla mnie, ale nie mogłam go za to winić. Miałam czternaście lat, kiedy prosiłam, by zabrał mnie ze sobą. Od tamtej pory ani razu z nikim nie poruszyłam już tego tematu.

– Skoro wspominasz o swoim gangu to te wyścigi są nielegalne, prawda? – spytałam, a on posłał mi spojrzenie mówiące, że byłam idiotką pytając o to. – Jasne, czemu nie – powiedziałam po chwili z pozoru obojętnie. Nie musiał wiedzieć, jak bardzo mi na tym zależało.

W odpowiedzi posłał mi uśmiech po czym odwrócił się na pięcie wracając do salonu. Usłyszałam jego głos w chwili, w której nacisnęłam na klamkę.

– Podwiozę cię!

Wyszliśmy na dwór i od razu skierowaliśmy się do jego motoru, na który chłopak natychmiast wsiadł. Z głośnym westchnieniem zajęłam miejsce za nim, ponieważ miał na sobie kurtkę, co oznaczało, iż musiałam objąć go pod nią tak, by nie ograniczać jego ruchów. Może i wcześniej nie było to dla mnie, aż tak wielkim problemem, jednak nie byłam ślepa i doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że był przystojny. Nie byłam też tak głupia, by wdawać się z nim w jakiegokolwiek rodzaju bliższe relacje, ponieważ ten chłopak był chodzącymi kłopotami. Jednak całowałam się z nim i choć nie zamierzałam tego nigdy więcej powtarzać nie miałam pojęcia, czy liczył na coś więcej. Dlatego niezbyt odpowiadała mi jazda będąc przyciśniętą do niego i obejmując go. Pomimo tego zajęłam miejsce za nim. Rider zatrzymał się dopiero bezpośrednio przed moim domem, więc z ulgą puściłam go i stanęłam na chodniku.

– Do jutra – usłyszałam jeszcze jego głos kierując się do drzwi.

Spojrzałam na niego przez ramię, kiwając głową po czym weszłam do środka. Nie paliło się już żadne światło, więc po cichu wspięłam się po schodach do swojego pokoju. Nie miałam ochoty nawet się przebierać, także po raz kolejny rzuciłam się na łóżko w samej bieliźnie.

Obudził mnie dźwięk budzika. Zaspana podniosłam się do pozycji siedzącej jednocześnie przecierając dłońmi oczy następnie wstałam przeciągając się, a zaraz później podeszłam do szafy, z której wyjęłam ciemne jeansy z trzema poziomymi rozcięciami na udach. Do tego czarna koszula w białe czaszki i mój strój na dzisiejszy dzień był gotowy.

– Jesteś zła? – odezwał się Danny, kiedy tylko zajęłam miejsce obok niego przy stole w kuchni. Martwił się o to, a mnie denerwowało, iż w ogóle doprowadził do takiej sytuacji. Mówiłam mu, że zajmę się tym, a on wolał po wszystkim postąpić po swojemu.

Byłam zła, ale z innego powodu, niż sądził, tak więc pokręciłam głową na nie, jednocześnie nakładając sobie na talerz naleśniki. Jak na złość w kuchni nie było niczego poza syropem klonowym, którego nienawidziłam, więc zmuszona byłam zjeść je bez żadnych dodatków krzywiąc się przy tym. W międzyczasie dopiłam czarną, gorzką herbatę i umyłam naczynia, by następnie wrócić do pokoju po swój plecak. Chwytając go nieumyślnie potarłam szorstkim materiałem o poranione knykcie. Cicho syknęłam z bólu, ponieważ po ostatniej bójce miałam nieco zdartą w kilku miejscach skórę. Powinnam była to wczoraj opatrzyć, ale nie miałam ochoty zajmować się swoimi kolejnymi ranami, a teraz nie miałam na to czasu.

– Liz – głos Danny’ego zatrzymał mnie przed samym wyjściem. Wciąż brzmiał na zmartwionego, jednak nie umiałam zmusić się do uciszenia jego lęku. – Pamiętasz tę dziewczynę, o której wcześniej mówiłem? – spytał, na co pokiwałam głową robiąc kilka kroków w jego stronę. Faktycznie wspominał o dziewczynie, która mu się spodobała i byłam ciekawa, czy coś z tego wyszło. – Jak dowiedziała się o bójce powiedziała, że nie chce się ze mną zadawać.

Czyli to także go martwiło. Mogłam spodziewać się, iż chodziło o coś więcej niż namieszanie w naszych relacjach, ale nie przypuszczałam, że aż tak przejmie się odrzuceniem od jakiejś małej dziewczynki.

– Więc suka nie była ciebie warta – odpowiedziałam od razu po swojemu chcąc go tym wesprzeć, a gdy na mnie spojrzał posłałam mu głupi uśmiech. – Jesteś jeszcze dzieciakiem, więc nie ma sensu się tym przejmować. Za parę lat to ty będziesz łamał dziewczynom serca – puściłam mu oczko na co zachichotał wyraźnie się rozluźniając.

Przytulił mnie, a ja w odpowiedzi objęłam go ramionami. Trwaliśmy tak przez kilkanaście sekund zanim odsunęłam się od niego twierdząc, że to tulenie się do siebie psuło moją reputację. Uśmiechnął się do mnie, więc zrobiłam to samo, ale kiedy znalazłam się już na zewnątrz, a drzwi zamknęły się za mną uśmiech natychmiast zszedł z mojej twarzy. To ja byłam tą złą w rodzinie i nie chciałam, aby Danny kiedykolwiek przez to cierpiał. Nigdy nie chciałam także, by stał się podobny do mnie, ponieważ był z natury dobrym chłopakiem. Westchnęłam ciężko. Dlaczego nie mogłam przebaczyć bratu, że martwił się o mnie, że zdradził mnie z dobroci serca i troski?

Do szkoły dotarłam z dziesięciominutowym opóźnieniem, co i tak było niezłym wyczynem, jak na mnie. Nic sobie nie robiąc z pełnego złości spojrzenia nauczycielki zajęłam swoje miejsce.

– Co jest? – zwróciłam się do Iron widząc, że ewidentnie nie była w humorze. Czyżby nadal przetrawiała rozstanie? Spojrzała na mnie z irytacją unosząc brew.

– Serio? – zakpiła zabijając mnie wzrokiem zielonych tęczówek. – Wczoraj olałaś mnie, żeby włóczyć się z Riderem, a teraz cię obchodzę? Ostatnio zachowujesz się, jak suka i mam tego dość! – mówiła cicho nie chcąc skupiać na nas uwagi, ale była wyraźnie wkurwiona przez co przychodziło jej to z trudem.

Jej podejście z kolei wkurwiło mnie, ponieważ nie miałam pieprzonego obowiązku spędzać z nią każdej minuty i tłumaczyć się jej ze wszystkiego. Niby właśnie to robią przyjaciele, zwierzają się sobie, ale Iron od początku naszej znajomości doskonale widziała, że nie będziemy miały tego rodzaju relacji między nami. To, że nie potrafiła tego zaakceptować stanowiło jej problem.

– To twój problem – warknęłam nie odrywając spojrzenia od jej zielonych oczu, samej ledwo się kontrolując. – Jak ci to nie pasuje to spieprzaj.

Byłam już nieźle wkurwiona i niewiele mi brakowało, bym wybuchła. Tak więc wzięłam swój plecak i bez słowa wyszłam z sali, a następnie ze szkoły ignorując kompletnie fakt, iż nadal odbywała się lekcja, a ja pojawiłam się na niej zaledwie kilka minut wcześniej. Zatrzymałam się na parkingu wyciągając telefon i zadzwoniłam do Damona, który odebrał po jakichś pięciu sygnałach.

– Co jest? – zadał mi to samo pytanie, co ja Iron przed kilkoma minutami.

– Ty też się na mnie wściekasz tak, jak Iron? – spytałam prosto z mostu chcąc wiedzieć, na czym stałam w naszych relacjach.

Na odpowiedź nie musiałam długo czekać, ponieważ uznał, że dziewczyna miała całkowitą rację wściekając się na mnie. Kłóciliśmy się jeszcze kilka minut, po czym rozłączyłam się nie mogąc już dłużej go słuchać. Na domiar złego zaczęło padać, chociaż trafniejszym określeniem byłaby ulewa. Coś na wzór oberwania chmury, ponieważ przez deszcz ledwo widziałam krajobraz przed sobą. Wystarczyła minuta, bym całkowicie przemokła, ale nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić czy gdzie się podziać. Powrót do domu stanowczo odpadał, a nie byłam w nastroju na wizytę towarzyską u Ridera, a tym bardziej Cole’a. Zwłaszcza, że mężczyzna znów zacząłby powtarzać, bym trzymała się z dala od szatyna.

– Kurwa – zaklęłam trzęsąc się z przenikającego mnie zimna.

Nie mając innego wyjścia zacisnęłam szczękę i powolnym krokiem skierowałam się do najbliższej stacji metra. Ze względu na pogodę było tam znacznie więcej ludzi, którzy szukali po prostu schronienia przed deszczem. Przeciskałam się między nimi, aż wsiadłam do wagonu zajmując ostatnie wolne miejsce obok starszej kobiety, która posłała mi karcące spojrzenie, na co przewróciłam oczami. Opinia jakiejś staruchy nawet nie kwalifikowała się do bycia na liście rzeczy, które miałyby kiedykolwiek dla mnie jakieś znaczenie. Wysiadłam dopiero, gdy dotarliśmy do końcowej stacji. Nadal padało, jednak byłam już cała mokra, więc nie spiesząc się udałam się do miejsca, którego naprawdę nie chciałam odwiedzać jeszcze przynajmniej przez najbliższe dziesięciolecie.

– Nie ma, jak w domu – mruknęłam, odczytując napis z wycieraczki, którą zostawiliśmy tu dawno temu dla zabawy. W czasach, kiedy jeszcze oboje tu przychodziliśmy. Kiedy wszystko było zdecydowanie łatwiejsze. Przynajmniej dla mnie, jak się później okazało.

Drewno miejscami pokrywał już ciemnozielony mech, a gdzieniegdzie krople deszczu wpadały przez powstałe w deskach sufitowych dziury. Z materiału w małym okienku, który miał być zasłonką pozostał już tylko brudny strzęp o nieokreślonej barwie, a skrzynie, na których siadaliśmy wyglądały, jakby w każdej chwili miały się rozpaść nawet bez naszego ciężaru na nich. Z głośnym westchnieniem usiadłam na pokrytej przywianymi przez wiatr liśćmi podłodze opierając się o ścianę. Rozprostowałam nogi dotykając podeszwami butów przeciwległej ściany i chwyciłam mały, zardzewiały samochodzik, który dostrzegłam porzucony obok. Zamknęłam oczy przywodząc w pamięci obraz tego miejsca sprzed lat.

Nie ma to, jak w domu, w moich myślach rozbrzmiał wesoły, pełen zadowolenia chłopięcy głos wypowiadający to samo zdanie za każdym razem, gdy tu przychodziliśmy. Samotna, pełna goryczy łza spłynęła po moim policzku, gdy przypomniałam sobie, kiedy byłam tu po raz ostatni.

21. Nowy rekrut

Nie miałam siły wrócić do domu, więc całą noc spędziłam w małym, drewnianym domku walcząc ze łzami i przechodzącymi mnie od zimna dreszczami. Z samego rana wyszłam na zewnątrz przeciągając się i jęknęłam z bólu. Spędzenie tych kilku godzin w jednej pozycji nie było za dobrym pomysłem, który zapewne przypłacę przeziębieniem, ale w obecnej sytuacji kto by się tym przejmował.

Stojąc przed drzwiami domu przypomniałam sobie, że zapomniałam zabrać wczoraj kluczy i modliłam się, żeby ktoś był w środku. Jeszcze tego mi brakowało, gdyby któryś z uczynnych sąsiadów wezwał policję widząc mnie wchodzącą przez wybite wcześniej okno. Odetchnęłam i niepewnie uniosłam dłoń do dzwonka. Jeszcze zanim usłyszałam kroki opanowałam się przybierając najbardziej obojętny wyraz twarzy, na jaki było mnie stać. Drzwi otworzył mi zaskoczony moją obecnością Danny, którego oczy rozszerzyły się na mój widok. Przepuścił mnie pozwalając wejść do środka zanim na powrót je zamknął.

– Co ci jest? – spytał zmartwiony, nie spuszczając ze mnie zatroskanego wzroku, podczas gdy ja zdejmowałam buty i kurtkę.

– Nic – odparłam lekceważąco nawet na niego nie zerkając. – Rodzice już poszli? – zmieniłam temat będąc ciekawą, czy czekało mnie teraz wymyślenie kolejnego kłamstwa o tym, gdzie spędziłam noc.

Po uzyskaniu twierdzącej odpowiedzi zadowolona z tego obrotu spraw skierowałam się do łazienki, w której zrzuciłam z siebie brudne ciuchy i od razu weszłam pod prysznic. W pierwszej chwili na kontakt gorącej wody z moją nadal zimną skórą odskoczyłam na drugi koniec kabiny. Byłam tak przemarznięta, że zdawało mi się, jakby z prysznica zamiast wody leciała płynna lawa. Dopiero po kilku minutach przyzwyczaiłam się na tyle, aby móc zacząć się myć. Nie wzięłam ze sobą żadnych ubrań, więc stojąc na kafelkach owinęłam się ręcznikiem i tak wróciłam do swojego pokoju. Tam założyłam na siebie stary, wypłowiały już dres zanim zeszłam z powrotem do salonu.

– Jaką karę wymyślili nasi wspaniali rodzice? – zwróciłam się do brata siedzącego w salonie z podręcznikiem na kolanach pilnując, aby brzmieć na mniej zainteresowaną, niż w rzeczywistości byłam.

– Mam szlaban na wszystko poza szkołą. Poza tym wspominali coś, o obozie w czasie ferii – odpowiedział wyraźnie niezadowolony z tej drugiej części, ale nie mogłam mu się dziwić.

Mnie również wysłali kiedyś na obóz. Było tak koszmarnie, że kiedy rok później postanowili znów to zrobić i na chwilę zostawili mnie samą na dworcu wsiadłam do innego pociągu. W ten sposób wylądowałam prawie sto kilometrów dalej mając piętnaście lat oraz średnich rozmiarów walizkę i dwieście dolarów w kieszeni. Po tej wycieczce do domu wróciłam aż czterema radiowozami, ponieważ policjanci eskortujący mnie musieli się zmieniać tłumacząc coś o swoich rewirach. Od tamtej pory rodzice nie zawracają mi już tym głowy. Niestety kochani Roger i Marta doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że Danny nigdy nie posunąłby się do czegoś takiego.

– W takim razie, co powiesz na powtórki głupich seriali? – spytałam unosząc kącik ust w psotnym uśmiechu. Musiałam wyrzucić z pamięci ostatnie wydarzenia inaczej nie mogłabym przebywać w jego towarzystwie nie czując się zdradzoną. To był mój brat, którego przysięgałam bronić. Musiałam wziąć się w garść i przełknąć własną zranioną dumę. – Nie zaszkodzi nam trochę rozrywki.

Zaskoczony obserwował, jak sięgnęłam po pilot, by następnie włączyć urządzenie. Tak, jak się spodziewałam od razu pojawiła się blokada, wymagając podania hasła. Mój braciszek wyglądał na zawiedzionego, co zmieniło się w niedowierzanie, gdy po wpisaniu przeze mnie ciągu liczb na ekranie pojawiło się coś więcej niż czarne tło.

– Skąd wiedziałaś? – zamrugał zdziwiony tym, iż znałam kombinację. Prawdę mówiąc odkryłam je dopiero niedawno i musiałam wiedzieć także które z rodziców je ustawiło.

– To banalnie proste – powiedziałam, machając lekceważąco dłonią. – Jeśli to matka ustawiała blokadę to kodem będzie data ich ślubu, a jak ojciec to rok jego studniówki – mrugnęłam do niego porozumiewawczo. – Zachowuję to na odpowiedni moment. Tylko pomyśl, jak matka wkurzyłaby się wiedząc, że ojciec za najważniejszą datę uznaje coś takiego – zachichotałam wyobrażając sobie, co mogło być tego przyczyną. Z tego, co wiedziałam Roger i Marta poznali się dopiero, kiedy matka była na ostatnim roku, a ojciec właśnie zaczynał pierwszą poważną pracę. Danny jedynie pokręcił głową, po czym jednak uśmiechnął się słabo.

Przez następne godziny świetnie się bawiliśmy wyśmiewając się z głupich scen czy parodiując aktorów. Wydawało się nawet, iż ostatnie spięcie między nami nigdy nie miało miejsca. Czas do wieczora zleciał nam tak szybko, że dopiero odgłos silnika przypomniał mi o pozbyciu się śladów naszej małej, niewinnej zbrodni. Danny wyłączył telewizor wracając do swojego pokoju z podręcznikiem, który wcześniej czytał, podczas gdy ja wyrzuciłam puste paczki po chipsach i udałam się do kuchni.

– Elizabeth – myłam właśnie szklani, gdy doszedł mnie irytujący głos matki po tym, jak ledwo zamknęły się za nią drzwi.

Przewracając oczami zrobiłam kilka kroków w jej stronę opierając się o próg kuchni i wycierając dłonie w ścierkę obserwowałam, jak zdejmowała buty.

– Mówiłam ci, żebyś mnie tak nie nazywała – powtórzyłam po raz kolejny, zdenerwowana. Miałam naprawdę serdecznie dość tego głupiego imienia, na które rodzice tak nalegali. Gdyby zależało to ode mnie, już dawno bym je zmieniła.

– To twoje imię i właśnie tak będę się do ciebie zwracać – odparła niewzruszona moimi słowami. – Jestem twoją matką i nie zamierzam nazywać cię tak, jak robią to twoi znajomi.

Prychnęłam z całych sił powstrzymując chęć wrócenia do pokoju i zatrzaśnięcia za sobą drzwi, albo wyjścia z domu trzaskając drzwiami.

– Zapomniałam po drodze wstąpić do sklepu – odezwała się ponownie, jednocześnie sięgając do torebki. – Jutro spodziewamy się gości, więc zrób zakupy.

Po tych słowach wręczyła mi kawałek papieru, który zapewne był listą produktów oraz potrzebne pieniądze. Jedyną wadą tego, że byłam jedną z osób, które mogły spokojnie chodzić nocami po ulicach Saint Marine było to, że nie miałam wymówki na takie właśnie sytuacje. Podczas, gdy rodzice innych dzieciaków po zmroku trzymali ich w domu, moi nie widzieli problemu w wysyłaniu mnie w swoich sprawach. Wiedząc, iż kłótnia nie miała sensu bez słowa założyłam buty i wybrałam cieplejszą kurtkę narzucając ją na siebie. Celowo nie zerknęłam nawet w stronę lustra, ponieważ byłam pewna, iż wyglądałam w tym zestawie ubrań, jak bezdomna. Kogo to jednak obchodziło.

Zadrżałam czując chłodny wiatr na zewnątrz, ale szłam przed siebie nie zwalniając kroku. Chciałam możliwie, jak najszybciej mieć to za sobą. Poprzedniej nocy przez beznadziejne warunki oraz zbyt dużo myśli nie zmrużyłam oka, więc ledwo trzymałam się na nogach i marzyłam tylko o tym, aby w końcu położyć się do łóżka. Niestety pomimo moich modlitw, by w spokoju pokonać drogę do sklepu i z powrotem, będąc już całkiem niedaleko marketu natknęłam się na Ronny’ego , który na mój widok uśmiechnął się bezczelnie.

– No, no – zlustrował mnie wzrokiem wyraźnie rozbawiony tym, co widział. – Sądziłem, że to jakiś pijak. Nie spodziewałem się, że zobaczę cię w takim stanie. Czyżby w końcu wykopali cię z domu? – zakpił, a ten cholerny uśmieszek ani na chwilę nie znikał z jego twarzy.

– Wiesz, chętnie pogadałabym, ale mam tyle ważniejszych spraw na głowie, niż ty – odpowiedziałam bezczelnie. – Teraz na przykład muszę iść liczyć płyty chodnikowe, więc sam rozumiesz.

Zaczął się śmiać, jakbym naprawdę powiedziała coś zabawnego. Zacisnęłam usta w wąską linię zaciskając również obie dłonie w pięści nadal trzymając je w kieszeniach. Chłopak był sam, więc jeśli nie miał też przy sobie broni chętnie uderzyłabym go kilka razy.

– Wiesz Bones – mruknął po chwili, uspokajając się. – Jestem zadowolony, że to nie o ciebie chodziło.

Uniosłam pytająco brew zastanawiając się, co ten dupek miał przez to na myśli. Moja niewiedza najwyraźniej mu się spodobała, co dał mi do zrozumienia, zanim łaskawie udzielił mi odpowiedzi.

– Mamy dzisiaj inicjację – po jego słowach na ułamek sekundy ogarnął mnie strach.

Wystarczająco nasłuchałam się o tym całym zwyczaju inicjacji nowych członków gangu od Cole’a. Większość z przedstawionych przez niego historyjek była tak okropna, że już samo to wystarczyło, by zniechęcić mnie do dołączenia, do którejkolwiek z takich grup. Bolesne i nieraz krwawe rytuały przyjęcia nie tylko mnie trzymały z daleka od nich. Wiele dzieciaków rezygnowało z wstąpienia na tę drogę w obawie o to, czego można byłoby od nich zażądać, by udowodnili swoją lojalność.

– Kings może i chce cię, jako jedną z Upadłych, ale ja nieszczególnie – wyznał, z czego właściwie od początku zdawałam sobie sprawę. Niechęć między nami była jak najbardziej odwzajemniona i ciągnęła się już od naszego pierwszego spotkania. – Cóż, skoro to nie ty jesteś tym nowym rekrutem mogę odetchnąć spokojnie.

Odwrócił się na pięcie i odszedł w sobie tylko znanym kierunku zostawiając mnie z wciąż kłębiącymi się w głowie pytaniami. To nie tak, iż interesowało mnie kto i po co chciał do nich dołączyć. Zastanawiało mnie tylko, dlaczego Ronny myślał, że mogło chodzić o mnie, bo przecież musiał mieć co do tego jakieś podstawy. Ta myśl nie dawała mi spokoju zaprzątając umysł podczas robienia zakupów i w trakcie drogi powrotnej do domu. Nawet moja matka zauważyła, że coś było na rzeczy, kiedy bez słowa położyłam na kuchennym blacie siatki z resztą pieniędzy obok nich. Chciałam dowiedzieć się, o co chodziło Ronny’emu, jednak zanim padłam na łóżko, by w spokoju nad tym pomyśleć przypomniało mi się, że byłam dzisiaj umówiona z Riderem. Jakaś mała cząstka mnie chciała odwołać to spotkanie i po prostu odpocząć w spokoju, ale ta większa była za bardzo podekscytowana możliwością zobaczenia całego tego widowiska na żywo. Właśnie dlatego rozebrałam się do bielizny, po czym wyciągnęłam z szafy czarne, idealnie opinające mnie, skórzane spodnie, których nie nosiłam od pamiętnej imprezy, na którą zabrał mnie Damon. Do tego wybrałam też czarną bluzę z kapturem zakładaną przez głowę, z jedną kieszenią z przodu. Nie był to może typowy strój na takie wyjście, ale jechałam tam oglądać wyścigi, a nie podrywać facetów. Do kompletu ubrałam jeszcze czarne botki na niskim obcasie. Do tego rozczesałam włosy zostawiając je rozpuszczone i zrobiłam na powiekach kocie kreski. Zadowolona z efektu spojrzałam na zegarek orientując się, iż zostało mi tylko kilka minut do przyjazdu Ridera.

– Cholera – skrzywiłam się, ponieważ miałam nadzieję zjeść coś przed wyjściem, ale trudno. Nie pierwszy raz spędziłabym całe godziny z pustym żołądkiem.

Wzięłam telefon i portfel, które schowałam w wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki, a chwilę później usłyszałam charakterystyczny dźwięk motoru. Wybiegłam z domu zdając sobie sprawę, iż zapewne jutro będę musiała się z tego tłumaczyć. Podeszłam do chłopaka, który wciąż miał na głowie kask, więc nie widziałam jego twarzy.

– Kurwa – usłyszałam, jak przeklął jednocześnie podając mi kask.

– Coś nie tak? – spytałam nieznacznie zaciekawiona przyczyną jego reakcji. Czyżby któreś z moich rodziców widziało nas z okna? Ubrałam kask i wsiadłam na motor obejmując go w pasie.

– Mógłbym pieprzyć cię na tym motorze zapominając o wyścigu. Nie obchodziłoby mnie nawet, co o moim nieposłuszeństwie sądziłby Arcos.

W odpowiedzi mocniej zacisnęłam pięści na jego koszulce, czego miałam nadzieję nie zauważył. Nie chciałam, aby wiedział, że jego słowa wywarły na mnie jakiekolwiek wrażenie, ale tak właśnie było. Rider był przystojny i niebezpieczny, a taka kombinacja przyciągała dziewczyny. W dodatku wiedział, jak całować, by dziewczyna nabrała ochoty na coś więcej.

– Śnij dalej – odparłam opierając brodę na jego lewym barku.

Może nie byłam dziewicą i musiałam przyznać, iż wiedząc, jak genialnie potrafił całować czasem wręcz chciałam posunąć się z nim dalej, jednak przede wszystkim wiedziałam, że gdybym zgodziła się na to popełniłabym ogromny błąd. Byłoby świetnie, ale po wszystkim dla niego byłabym kolejną panienką na liście, a ja przez jakiś czas nie potrafiłabym spojrzeć w lustro czując się, jak szmata, która oddała się pierwszemu lepszemu. Te kilka godzin przyjemności nie byłoby tego warte.

– Gdzie właściwie jedziemy? – odezwałam się po chwilowym milczeniu, przekrzykując odgłosy silnika.

– Zobaczysz – mimo, iż nie widziałam jego twarzy byłam pewna, że właśnie szeroko się uśmiechał.

Przewróciłam na to oczami, choć w rzeczywistości czułam rosnące podekscytowanie. Zaczęłam rozglądać się dookoła usiłując zorientować się w terenie, ale jedyne do czego doszłam to, że opuściliśmy miasto. Nie były to rejony, w jakie się zapuszczałam.

– Jeszcze kawałek – usłyszałam jego cichy głos chwilę później, kiedy całkiem zrezygnowałam z prób rozeznania się w terenie, a w pełni skupiłam na przyjemności z jazdy.

Usilnie powstrzymywałam się od podskakiwania na siedzeniu. Za to mocniej przylgnęłam do jego pleców zamykając oczy. Jakiś czas później Rider zatrzymał się, ale nie poruszył się czekając zapewne, aż ja to zrobię. Nie otwierając oczu stanęłam na nogi i zajęłam kask, po czym uniosłam powieki. Gwałtownie wciągnęłam powietrze na widok przede mną. Ogromna, otwarta przestrzeń oświetlona była prowizorycznymi lampami ukazując tłum ludzi oraz znajdujący się obok nich tor z ustawionymi na nim rampami i różnymi innymi przeszkodami.

– Wow – wyszeptałam będąc pod wrażeniem.

Od niemal dwóch lat marzyłam o tym, by się tu znaleźć i nie mogłam uwierzyć, że na prawdę tu byłam. Za sprawą osoby, od której powinnam trzymać się z daleka.

– Gdybym wiedział, że tak Ci się spodoba, już dawno wziąłbym cię ze sobą – zaśmiał się.

Spojrzałam na niego odkrywając, iż przyglądał mi się wyraźnie zadowolony z mojej reakcji. Prawdopodobnie, gdy tylko dotrze do mnie, co zrobiłam pożałuję tego, jednak w tej chwili byłam zbyt podekscytowana i szczęśliwa, by się tym przejąć. Podeszłym do chłopaka i zanim zdał sobie sprawę z tego, co zamierzałam wpiłam się w jego usta.

22. Wyścig

Lewą dłoń położyłam na jego karku, a prawą wplotłam mu we włosy, delikatnie za nie ciągnąc. Jeśli był zaskoczony moim postępowaniem nie dał tego po sobie poznać, ponieważ niemal natychmiast mnie objął przyciągając mocniej do siebie. Całowaliśmy się dopóki nie zabrakło nam powietrza, a później Rider obserwował mnie z rozbawieniem w brązowych oczach.

– Teraz zdecydowanie będę częściej cię tu zabierał – roześmiał się. Miałam nadzieję, że nie były to tylko puste słowa, ponieważ naprawdę cieszyłam się będąc tutaj, ale jednocześnie już czułam się gorzej przez ten pocałunek.

Nie byłam pewna, o czym ja do cholery myślałam robiąc to, jednak nigdy wcześniej łamanie własnych postanowień nie przychodziło mi z taką łatwością, jak w ciągu ostatnich dni. Jeśli to było to tak zwane dojrzewanie to wolałam go nie przechodzić. Dziewczyna, w którą się ostatnio zmieniałam nie była tą, którą chciałam oglądać w lustrze. Nie była Bones, jaką z taką starannością oraz poświęceniem kreowałam.

– Co teraz? – odezwałam się lekkim tonem zmieniając temat i rozglądając się wokół.

– Muszę zgłosić się do wyścigu, a ty będziesz mi kibicować – puścił mi oczko podczas, gdy kierował nas w stronę tłumu.

Jego pojawienie się wywołało przysłowiową burzę. Ludzie rozstępowali się przed nim szepcząc coś do siebie i przyglądając się nam. Jedni robili to z zainteresowaniem, inni pogardą, a jeszcze niektórzy, w tym głównie dziewczyny z zazdrością. Sądziłam, że takie sceny dzieją się jedynie w filmach, ale Rider był tu najwyraźniej sławny. Ja natomiast nie kojarzyłam żadnej z twarzy, na której zatrzymywałam wzrok, więc dałam sobie z tym spokój, po prostu ostentacyjnie ignorując ich wszystkich idąc obok chłopaka.

– Kto to? – wysoki, dobrze zbudowany facet po czterdziestce zwrócił się do Ridera, obrzucając mnie niezadowolonym spojrzeniem. Był pierwszą osobą, przed którą się zatrzymaliśmy i najwyraźniej znał już szatyna.

– Bones jest ze mną – odpowiedział spokojnie. Na jego słowa facet uniósł brew uważniej mi się przyglądając.

– Ta Bones? – nie wydawał się przekonany, co do mojej tożsamości, ale tak naprawdę daleko mi było do dziewczyny, o której szeptano ze strachem.

Rider pokiwał głową wręczając facetowi plik banknotów. Rozmawiał z nim jeszcze chwilę uzgadniając szczegóły dotyczące wyścigu, po czym objął mnie w pasie kierując się bliżej toru.

– Wystartuję w następnym. Pierwsze wyścigi są zawsze najłatwiejsze – zerknął na mnie kątem oka. – Wiesz, dla bogatych dzieciaków, które nie mają, co robić z kasą, więc chcą pochwalić się przed kumplami i panienkami.

– A czy ty przypadkiem też nie chcesz się pochwalić? – uniosłam brew z cwanym uśmieszkiem obserwując jego wyraz twarzy.

– Skarbie wystarczyło cię tu zabrać, żebyś rzuciła się na mnie.

Sama nie wiedziałam, dlaczego właściwie go za to nie uderzyłam. Zrobiłabym to gdyby powiedział tak do mnie jakikolwiek inny facet. Zamiast tego jednak, przewróciłam jedynie oczami obserwując trwający już wyścig.

– Chciałabym wziąć w tym udział – powiedziałam cicho nie licząc na to, by usłyszał mnie w tym hałasie.

Jakieś dziesięć minut później Rider z uśmiechem oznajmił mi, że mam mu kibicować, po czym pchając motor, który dostarczył mu chwilę wcześniej kolejny nieznany mi mężczyzna, dotarł na linię startu. Widziałam, jak ustawił się w szeregu razem z pozostałymi zawodnikami, a ten sam mężczyzna, z którym Rider wymienił kilka zdań po naszym przyjeździe tutaj wyszedł z tłumu i zatrzymał się kawałek przed nimi.

– Znacie zasady! – zabrzmiał jego tubalny głos. To, iż dotarły do mnie jego słowa było prawdziwym cudem zważywszy na panujący dookoła zgiełk. – Gotowi? – krzyknął na co tłum zareagował dzikim wrzaskiem, a uczestnicy wyścigu odpalili swoje maszyny. – Start!

Po tym jednym słowie nastał kompletny chaos. Opony motorów wzbiły w powietrze kurz i żwir, ludzie przekrzykiwali się wzajemnie momentami zagłuszając nawet ryk silników. Pomimo tego nawet na moment nie straciłam z oczu Ridera, który już po starcie znalazł się na piątym miejscu. Jechał płynnie, jakby robił to przez całe życie, podczas gdy niektórzy z zawodników za nim przewracali się na zakrętach zbyt stromo w nie wchodząc lub po prostu nie dając sobie rady z przeszkodami. Część z nich wykonywała także nieskomplikowane akrobacje, kiedy motory odrywały się od ziemi na wzniesieniach. Byłam pod absolutnym wrażeniem i z zapartym tchem obserwowałam Ridera, który powoli z każdym kolejnym okrążeniem wysuwał się na prowadzenie. Nie przeszkadzał mi nawet panujący dookoła hałas, ani nawet unoszący się w powietrzu pył, który zapewne wdychałam, ponieważ stałam całkiem blisko toru.

Nie wiedziałam ile okrążeń mieli przejechać zawodnicy, ale po ośmiu na torze została tylko szóstka zawodników. Rider obecnie był trzeci, ale pod koniec okrążenia wyprzedził swojego rywala zdobywając tym samym drugie miejsce. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, podczas gdy wciąż zdzierałam gardło dopingując go krzykiem. Wiedziałam, że mnie nie słyszał. Już sam ryk silników utrudniałby mu to, a dochodziły jeszcze krzyki innych obecnych tu osób, jednak nie przejmowałam się tym. W końcu chłopak zrównał się z prowadzącym, a gdy oba motory wzbiły się w powietrze odbijając od rampy Rider wysunął się na prowadzenie. Kiedy zatrzymał się po przejechaniu linii, która oznaczała koniec okrążenia zrozumiałam, że wygrał i zaczęłam skakać z radości, wciąż głośno krzycząc.

– Jak ci się podobało? – spytał stając przede mną kilka minut później po tym, jak oddał motor temu samemu mężczyźnie, od którego go wcześniej odebrał.

Zdążyłam już opanować się po tym całym wariactwie, w jakie wpadłam dopingując go, ponieważ nie chciałam, by wiedział, jakie w rzeczywistości zrobiło to na mnie wrażenie. Nie mogłam tylko niczego poradzić na zaczerwienione policzki oraz błysk, który z pewnością miałam w oczach.

– Było świetnie! – przyznałam, bo tylko głupi nabrałby się, gdybym powiedziała inaczej. Rider potrafił rozgryźć mnie łatwiej, niż moi przyjaciele.

Uśmiechnął się słysząc moje słowa, po czym spojrzał na coś za mną i jego mina zmieniła się nieznacznie. Dopiero słysząc za sobą znajomy głos zdałam sobie sprawę, że to na faceta, z którym rozmawiał na samym początku zwrócił przed chwilą uwagę.

– Marnujesz się – powiedział do niego mężczyzna wręczając zwitek banknotów. Znacznie większy niż ten, który dał mu wcześniej, więc domyśliłam się, że była to wygrana zebrana od wszystkich uczestników.

– Ty tak sądzisz. Teraz wybacz, ale mam plany – odparł mało uprzejmie, chwytając moją dłoń, po czym zaczął ciągnąć mnie w przeciwnym kierunku.

– Już idziemy? – spytałam zawiedziona, kiedy zorientowałam się, że prowadził nas w stronę drogi, którą tu dojechaliśmy.

Wolałam jeszcze trochę zostać, pooglądać wyścigi i po prostu dobrze się bawić gadając z nim w międzyczasie na niezobowiązujące tematy. Doprowadził mnie do swojej maszyny i puścił odbierając kaski od mężczyzny za nią odpowiedzialnego. Podał mi jeden zanim odpowiedział.

– Zaraz pojawi się tu parę osób, których nie powinienem widzieć, a poza tym skoro mam już swoją wygraną – mówił, ale przerwałam mu nagle, będąc bardziej ciekawą czegoś innego.

– Co miał na myśli tamten facet twierdząc, że się marnujesz?

Roześmiał się, jakbym powiedziała coś zabawnego, po czym pokręcił głową nadal się uśmiechając. Ten chłopak potrafił być dziwny i stanowić dla mnie prawdziwą zagadkę, którą raczej rzadziej niż częściej udawało mi się odgadywać.

– To nielegalne wyścigi Bones. Naprawdę sądzisz, że wszystkie są takie grzeczne? – patrzyłam na niego nie do końca rozumiejąc, co miał na myśli. Zauważył to, więc postanowił wyjaśnić mi to bardziej. – Organizują tu trzy rodzaje wyścigów. Pierwszy dla amatorów, który widziałaś na początku, później ścigają się zawodowcy, a na końcu odbywają się wyścigi, w których szczególnie gustują Upadli. Pozbawione jakichkolwiek zasad, a jedynym celem jest dotarcie do mety jako pierwszy. Niektórzy z uczestników giną już po samym starcie.

Moje oczy rozszerzyły się z szoku wywołanego jego słowami. Chociaż czego tak naprawdę się spodziewałam. Ten świat rządził się swoimi własnymi, brutalnymi nieraz prawami. Jednak świadomość z jaką łatwością ci ludzie ryzykowali własnym życiem była dla mnie wstrząsająca. Rider zdawał się podzielać moją opinię, chociaż sam stał o wiele bliżej krawędzi tej śmiertelnej przepaści niż ja.

– Nie jestem tak głupi, by brać w tym udział zwłaszcza, że ludzie Kings’a z całą pewnością wykorzystaliby brak zasad, żeby się mnie pozbyć.

Nie mogłam się z nim nie zgodzić. Doskonale wiedziałam, że Kings chciał mieć po swojej stronie nas oboje, ale to Rider był dla niego większym zagrożeniem, ponieważ należał do przeciwnego gangu i nic nie wskazywało na to, aby miał zmienić stronę, a w takiej sytuacji jedynym sensownym wyjściem wydawało się go usunąć. Pokiwałam głową odbierając od niego kask.

– To, co zamierzasz zrobić teraz?

– Cóż, miałem wziąć udział w wyścigu i zameldować się z kasą u Arcos’a, ale to może zaczekać. W sumie mój szef nie powiedział, kiedy dokładnie miałem się u niego zameldować.

Z jakiegoś powodu ucieszyło mnie to, że dla mnie zdecydował się na zmianę planów. Tym bardziej, iż miał spotkać się ze swoim szefem. Potrząsnęłam głową pozbywając się idiotycznych myśli i założyłam kask wsiadając na motor. Mknęliśmy ulicami, gdy zamiast skupić się na drodze i odgadnąć dokąd tym razem jechaliśmy zajęłam się podziwianiem miasta nocą, które przy tej prędkości wydawało się znacznie okazalsze, ponieważ większość rzeczy stanowiła jedynie niewyraźną smugę. Nie skupiałam wzroku na niczym konkretnym, a po prostu pozwalałam kształtom przepływać obok mnie dopóki Rider ponownie nie zatrzymał maszyny.

– Co tu robimy? – zapytałam rozglądając się dookoła ze zmarszczonymi w konsternacji brwiami po kolejnym nieznanym mi miejscu.

Byliśmy przed opuszczonym motelem daleko od granicy miasta. Nigdy wcześniej nie byłam w tym miejscu, ani nawet o nim nie słyszałam, ale nie miałam żadnych wątpliwości, że od dawna nikt tu nie zaglądał. Dobitnie świadczył o tym opłakany stan budynku, z którego ścian odpadał tynk w bliżej nieokreślonym kolorze farby.

– Odkąd wybudowali autostradę po drugiej stronie ta droga była tak rzadko używana, że motel zamknięto dawno temu. Nie mam pojęcia, czemu jeszcze go nie zburzyli, ale chyba lepiej dla nas, nie? – uśmiechnął się zawadiacko.

Odwzajemniłam uśmiech i pozwoliłam mu poprowadzić się do drzwi z napisem recepcja. W środku budynek wyglądał niewiele lepiej niż z zewnątrz. Zatęchły zapach, kurz i pleśń wrosły w to miejsce tak bardzo, że nie potrafiłam wyobrazić go sobie w jego lepszych czasach. Skrzywiłam się, a moją pierwszą myślą było, aby wyjść stamtąd. Rider jednak nie podzielał mojego zdania, chwycił jeden z kluczy wiszących na ścianie za kontuarem. 

– Większa część jest w złym stanie, ale kilka pokoi udało mi się uratować – posłał mi lekki uśmiech zanim odwrócił się i zaczął kierować się do odpowiedniego pokoju.

– Mówisz, jakby to był jakiś wyczyn – prychnęłam rozglądając się. – Nawet nie będę zaskoczona, jak sufit spadnie mi na głowę.

Mówiłam prawdę, ponieważ w znacznej części ścian tynk już dawno odpadł, a pożółkła tapeta leżała w kawałkach na podłodze, którą pokrywał dziurawy w wielu miejscach dywan. Do tego z braku ogrzewania wszędzie było cholernie zimno.

– Sądziłem, że lubisz przygody – zerknął na mnie przez ramię, na co w odpowiedzi uniosłam brew. Oczywiście, że je lubiłam, ale jakoś nie mogłam uwierzyć, by cokolwiek tutaj nadawało się jeszcze do użytku.

– Zapraszam do mojego apartamentu – otworzył drzwi przepuszczając mnie przodem.

To, co ujrzałam zaskoczyło mnie do tego stopnia, iż rozchyliłam usta w ciszy wpatrując się przez chwilę przed siebie. Przy jednej ze ścian stała beżowa, wyglądająca na niezwykle miękką kanapa. Naprzeciwko niej ustawiono niską, podłużną szafę w kremowym odcieniu, na której stał telewizor, a pomiędzy nimi znajdował się szklany stół.

– Czyżbyś zmieniła zdanie? – zakpił zanim zamknął drzwi. Poczułam, jak obejmuje mnie w talii. – Tam jest sypialnia, ale nie radzę korzystać z łóżka, a następne drzwi to łazienka.

– Dużo jeszcze masz takich miejsc? – spytałam siadając na kanapie.

Zanim odpowiedział wzruszył ramionami.

– Jestem prawą ręką szefa gangu, więc czasem potrzebuję miejsca, w którym mogę zniknąć na kilka dni – odezwał się cicho zajmując miejsce obok mnie.

Westchnęłam układając się wygodniej.

– Zazdroszczę – przyznałam cicho. – Czasem sama chciałabym mieć takie miejsce. Kiedyś chodziłam do Damona, ale odkąd się na mnie wściekli – Rider wtrącił się zanim zdążyłam dokończyć.

– Wiesz w ogóle za co są na ciebie źli?

Tym razem to ja wzruszyłam ramionami, ponieważ naprawdę nie było szans, abym powiedziała mu, że chodziło o niego, a raczej o łączącą nas relację, z której nie chciałam im się zwierzyć.

– Powiedz lepiej, po co mnie tu zabrałeś – zmieniłam temat zanim zacząłby bardziej się dopytywać.

– W mini barze jest wódka, a w szafce jedzenie. Co powiesz na kolację?

Nie spodziewałam się po nim tego. W końcu taki chłopak, jak Rider raczej nie zaprasza dziewczyn na kolację, a raczej oczekuje od nich czegoś zupełnie innego. Tymczasem my zaledwie całowaliśmy się kilka razy. Poza tym było coś jeszcze, co nawiedzało moje myśli.

– Zaplanowałeś to?

Jego jedyną odpowiedzią było wzruszenie ramion, ale dla mnie to wystarczyło. On naprawdę to zaplanował. Musiał nie tylko chcieć zabrać mnie tu po wyścigach, ale też przygotować to wszystko. Nie rozumiałam jedynie, po co? Jaki był w tym wszystkim jego cel?

23. Kolacja w apartamencie

Wyjęliśmy niemal wszystko, co znajdowało się w szafkach na stół i podczas, gdy ja zajmowałam się pochłanianiem truskawek maczając je wcześniej w czekoladowym sosie do lodów Rider zrobił nam drinki mieszając wódkę z kolorowym, gazowanym napojem, którego prawdę mówiąc nie widziałam wcześniej na sklepowych półkach. Miał słodki, ostry smak, który od razu przypadł mi do gustu.

– Gdyby jeszcze działał telewizor uznałabym to za randkę – zakpiłam z głupim uśmiechem, który niemal natychmiast, jak się pojawił zniknął z mojej twarzy, gdy Rider odpalił urządzenie.

– Chyba nie należysz do ludzi, którzy myślą zanim coś powiedzą, co Bones? – tym razem to Rider kpił ze mnie. – Poza tym – kontynuował, kiedy ja wciąż starałam się ogarnąć – skąd pomysł, że chciałbym się z tobą umówić?

– Och, daj spokój – mruknęłam po chwili milczenia odzyskując rezon. – Od początku za mną latasz, więc – zanim zdążyłam dokończyć chłopak przyciągnął moją twarz do swojej napierając na moje usta w krótkim pocałunku.

– Więc? – spytał odsuwając się nieznacznie jednocześnie wkładając mi kosmyk włosów za ucho w zaskakująco czułym, jak na naszą dwójkę geście.

W jego brązowych oczach widziałam wyzwanie. Namawiał mnie, abym mu się postawiła i zapewne zrobiłabym to, gdyby co innego nie przykuło mojej uwagi. Na szafce leżała broń. Czarny pistolet, na widok którego uśmiechnęłam się.

– Założę się, że potrafię strzelać lepiej od ciebie – powiedziałam pewna siebie. Uniósł brew, po czym zerknął na pistolet i znów na mnie.

– Sprawdźmy.

Wziął go i razem udaliśmy się do innego pokoju, który okazał się otwarty. Wszystko w środku od mebli zaczynając, a na tym, co zostało z dekoracji kończąc było w tragicznym stanie, ale chłopak nie przejmując się tym mijał kolejne przeszkody w postaci zniszczonych resztek rozpadających się mebli oraz śmieci aż dotarł do czegoś, co podniósł i powiesił na ścianie. Dopiero, kiedy się odsunął mogłam w pełni zobaczyć kiepski i zapewne wyjątkowo tani obraz. Za jego poleceniem cofnęłam się podczas, gdy on wyjaśniał mi zasady.

– Gotowa? – pokiwałam głową, a on w mgnieniu oka wyciągnął rękę, w której trzymał broń i wycelował.

Jeśli wcześniej uważałam go za przystojnego, to teraz z bronią w ręku i tym skupionym spojrzeniem wyglądał tak, że miałam ochotę rzucić się na niego i pieprzyć nawet w tym obskurnym pokoju. Sekundy później głośny huk wystrzału wyrwał mnie z fantazji. Nie było dla mnie zaskoczeniem, iż trafił do celu. Odebrałam od niego pistolet uważając, by nie dotknąć rozgrzanej lufy, a następnie sama wycelowałam. Byłam pewna, że uważnie mnie obserwował, ale nie dałam się sprowokować. Strzeliłam z satysfakcją przekonując się, iż trafiłam w sam środek. Nasz mały konkurs trwał dopóki, ku mojemu zadowoleniu Rider chybił o kilka milimetrów. Gdyby strzelał do kogoś z zamiarem zabicia nie robiłoby to żadnej różnicy, jednak teraz ten mały odcinek zdawał się być ogromny.

– Wygrałam – powiedziałam zadowolona, – a to oznacza, że jesteś mi coś winien.

Przewrócił oczami, choć miałam wrażenie, że wcale nie przejął się porażką. Sprawiał nawet wrażenie szczerze z niej zadowolonego.

– Chcę twój motor – słysząc moje słowa uniósł brew, po czym spojrzał na mnie, jakby chciał powiedzieć, że to wykluczone. Sprostowałam swoją wypowiedź zanim dostałby zawału na samą myśl o rozstaniu się ze swoją maszyną. – Na jeden dzień. Oddaj mi go na dwadzieścia cztery godziny.

Musiałam go przekonywać, ale w końcu ku mojej radości zgodził się oddać mi kluczyki jutro z samego rana. Usatysfakcjonowana tym wróciłam do drugiego pokoju z chłopakiem podążającym za mną, zanim ponownie oboje zasiedliśmy na kanapie, a ja chwyciłam pilota przełączając bezmyślnie kanały, aż natrafiłam na jedną z piosenek, które lubiłam. Zwiększyłam głośność do tego stopnia, iż z łatwością usłyszałby nas przechodzień na zewnątrz budynku, a on w odpowiedzi prychnął, więc zerknęłam na niego unosząc brew.

– Serio Bones? – zapytał zagłuszając słowa wykonawcy, które w jakiś dziwny sposób pasowały mi do nas w tej sytuacji.

– Lubię tę piosenkę, więc radzę ci się zamknąć, jeśli nie chcesz oberwać – mruknęłam skupiając całą uwagę na ekranie.

Usłyszałam jego śmiech zanim objął mnie ramieniem. Właściwie choć raz nie chciałam przejmować się konsekwencjami i robić to, na co miałam w danym momencie ochotę. Rider zabrał mnie na wyścigi, o czym marzyłam od dawna, w dodatku przygotował to wszystko. Dlatego choć raz chciałam udawać, że był zwykłym chłopakiem, z którym po prostu mogłam spędzić czas nie martwiąc się niczym. Z tą myślą ułożyłam głowię na jego ramieniu pozwalając, aby wplótł dłoń w moje włosy bawiąc się nimi.

– To, co oglądamy teraz? – spytał, gdy film, który włączyliśmy dobiegł końca, a ja ściszyłam dźwięk.

Nie przepadałam za kryminałami nie lubiąc ich mocno naciąganej logiki, ale Riderowi udało się namówić mnie na obejrzenie jednego. Przez większość czasu nie podobał mi się, ale scena, w której główny bohater urządził krwawą jatkę zabijając wszystkich była całkiem niezła.

– Prawdę mówiąc nie mam pojęcia – zdążyliśmy w międzyczasie wypić po kilka drinków, których efekt już odczuwałam.

Szumiało mi w głowie, którą opierałam na jego barku. Dodatkowo droga do łazienki za każdym razem wydawała się trudniejsza do pokonania, ale uczucie bycia pijaną było zdecydowanie przyjemne. Poza tym znacznie łatwiej mi się z nim rozmawiało, ponieważ on także był już wstawiony. Nawet nie zauważyłam, iż praktycznie wtulałam się w niego, gdy on obejmował mnie mocno, co jakiś czas składając pocałunki na mojej szyi, szczęce, policzkach. Powoli zaczynałam przez to odpływać czując się tak zrelaksowaną, jak dawno nie miałam okazji. Powieki robiły się coraz cięższe, więc w końcu zrezygnowałam z ich otwierania. Zanim zupełnie zasnęłam poczułam jeszcze, jak Rider układał mnie na kanapie, samemu zaraz po tym kładąc się obok. Przerzucił swoje ramię przez moją talię przyciągając mnie do siebie tak, iż stykaliśmy się niemal na całej długości naszych ciał.

– Dobranoc Bones – wyszeptał wprost do mojego ucha łaskocząc mnie moimi włosami, które poruszył jego oddech.

– Dobranoc Rider – odpowiedziałam również szeptem.

Obudziłam się po kilku godzinach z okropnym bólem głowy będąc kompletnie nieprzytomną. Odszukałam telefon i zerknęłam na wyświetlacz krzywiąc się, gdy ostre światło dotarło do moich oczu. Było kilka minut po siódmej rano, co mnie zaskoczyło, ponieważ normalnie powinnam jeszcze spać. Zdjęłam z siebie ramię Ridera i wstałam rozprostowując się. Cholernie potrzebowałam prysznica, a wątpiłam, by były tu takie udogodnienia, więc uśmiechając się do siebie przeszukałam kieszenie chłopaka w poszukiwaniu kluczyków od motoru, a kiedy je znalazłam po cichu opuściłam pokój zostawiając go nadal śpiącego. Domyślałam się, że Rider wścieknie się na mnie za zostawienie go tutaj bez żadnego środka transportu, ale nie chciało mi się czekać, aż się obudzi i odwiezie mnie do domu. Poza tym według naszej umowy do jutrzejszego poranka jego motor należał do mnie.

– Takie życie, Rider – mruknęłam odwracając się przez ramię, by na moment zerknąć jeszcze raz na rozpadający się budynek.

Wsiadłam na motor odpalając go i już po chwili z łatwością prowadziłam go ulicą mknąc w stronę domu. W międzyczasie rozkoszowałam się wiatrem rozwiewającym moje włosy oraz słońcem. Nie miałam prawa jazdy, więc odetchnęłam z ulgą zatrzymując się przed piętrowym budynkiem nie będąc po drodze zatrzymaną. Wsunęłam kluczyki do kieszeni i weszłam do domu, w którym na szczęście nikogo już nie było. Wyciągnęłam z szafy czyste ubrania, napełniłam wannę wodą dodając jeszcze sól do kąpieli i rozebrałam się. Chwilę później mój spokój zakłócił telefon.

– Powiedz – zaczął Rider z wyczuwalną w głosie złością, – że to jakiś kiepski żart.

– To zależy, co masz na myśli – odparłam spokojnym tonem. Może nawet zbyt spokojnym słysząc serię przekleństw po drugiej stronie.

Zagryzłam dolną wargę starając się powstrzymać od wybuchnięcia śmiechem na wizję chłopaka, która pojawiła się w mojej głowie. Miał prawo się złościć, ale ten wybryk dla mnie osobiście wydawał się bardziej zabawny niż szkodliwy.

– Kurwa, Bones! – podniósł głos. – Podaj mi chociaż jeden dobry powód, dla którego nie powinienem się zemścić.

– Hm – udałam, że się zastanawiałam, milcząc przez chwilę. – Może to, że taka była umowa, albo dlatego, że kolacja była całkiem niezła – to ostatnie dodałam, chcąc go zmiękczyć, ponieważ wolałam nie przekonywać się na własnej skórze, jaką zemstę miał na myśli.

Chociaż wątpiłam, aby był w stanie mnie skrzywdzić. Przez czas, który razem spędziliśmy coś we mnie podpowiadało mi, że nie musiałam się tego obawiać. Z resztą to nie tak, że kłamałam. Kolacja, jaką mi zafundował naprawdę była smaczna i byłam pod wrażeniem, iż chłopak potrafił w kuchni coś więcej niż zagotowanie wody. Iron mogłaby się od niego uczyć.

– Gdzie teraz jesteś? – spytał wyraźnie spokojniejszy, więc udało mi się osiągnąć swój cel.

– Nie ma mowy, żebym po ciebie pojechała – zastrzegłam od razu odgadując jego myśli. – Właśnie biorę kąpiel, więc znajdź innego szofera – dodałam zanim to przemyślałam.

– Kąpiel? – powtórzył odmiennym tonem, a mój brzuch zacisnął się na tę zmianę w jego głosie trafnie odczytując jej przyczynę.

Dotarło do mnie, co właśnie mu powiedziałam i jak zapewne zareagował na to chłopak. Nabrałam nagłej ochoty, aby strzelić sobie w łeb, więc rzuciłam w jego stronę szybkie, nieskładne pożegnanie i rozłączyłam się. Jęknęłam, kręcąc głową na własną głupotę. Powinnam z łatwością kontrolować to, co mówiłam, ale dlaczego ostatnimi czasy tak łatwo przychodziło mi się przy nim zapominać? Musiałam bardziej zwrócić na to uwagę skoro zerwanie kontaktów pomiędzy nami przestało być już możliwą do spełnienia opcją.

Jakieś dwie godziny później miałam na sobie obcisłe spodnie z czarnego lateksu, a do tego białą, zwiewną koszulkę na cienkich ramiączkach i skórzaną kurtkę. Na szczęście słońce znów wyszło, więc nie obawiałam się już tak temperatury na dworze. Włosy zaplotłam w warkocz i po ubraniu trampek wyszłam z domu ponownie wsiadając na motor.

Jechałam ponad sto na godzinę kierując się drogą wyjazdową z miasta na zachód. W tamtym kierunku nie było niczego innego niż ciągnąca się przez dziesiątki kilometrów autostrada. Kiedy się na niej znalazłam poczułam się wolna. Mogłam odjechać i już nigdy nie wracać. Mogłam zostawić to całe bagno za sobą i zacząć wszystko od nowa. Te myśli były kuszące, jednak niemożliwe do zrealizowania. Właśnie dlatego zjechałam w drugi zjazd, a po kilku kolejnych kilometrach i przejechaniu polną drogą znalazłam się na jednym z trzech punktów widokowych w pobliżu Saint Marine. Zostawiłam motor i usiadłam na ogromnym kamieniu niedaleko mnie. Czułam na twarzy powiew wiatru i słyszałam kręcących się dookoła ludzi, których ignorowałam wpatrując się w widoczny zza krawędzi wysokiego klifu ocean. Z daleka fale tworzące się na jego tafli wydawały się niewielkie i nieszkodliwe, jednak gdybym podeszła bliżej wychylając się dostrzegłabym panującą u podnóża burzę, siłę z jaką odbijały się od skał. Zaskakujące, jak bardzo utożsamiałam się z tym obrazem. Z daleka mogłam wydawać się nieszkodliwa z niewielkimi nierównościami na gładkiej powierzchni, ale gdy spojrzało się głębiej można było dostrzec gwałtownie walczące wewnątrz uczucia. Uczucia, które tak bardzo starałam się zamknąć wewnątrz tak, aby dostrzec można było tylko ten spokojny widok. Chociaż to nie tak, iż ludzie zadawali sobie trud spojrzenia na coś bliżej. Byli zbyt pochłonięci podziwianiem tego, co znajdowało się zbyt daleko od nich.

– Gdyby nie ta cholerna kolacja – powiedziałam do siebie szeptem – nigdy bym tu nie przyjechała. Niech cię szlag, Rider.

24. Randka?

Następnego dnia z samego rana zjawiłam się we wcześniej umówionym miejscu mając oddać Riderowi jego motor. Od wczorajszej wycieczki nad ocean byłam w kiepskim humorze nie tylko przez nieprzespaną noc, ale również to, że po oddaniu mu kluczyków znów miałam zostać pozbawiona własnego transportu. Po raz kolejny westchnęłam z irytacją zerkając na zegarek w komórce i przeklinając chłopaka za kolejną minutę spóźnienia. Ubierałam się w pośpiechu, więc nie miałam czasu znaleźć niczego innego niż zestaw, który miałam na sobie wczoraj z tą różnicą, iż tym razem miałam na sobie czerwoną bieliznę, co wyglądałoby idiotycznie gdybym zdjęła kurtkę. Czego oczywiście nie zamierzałam robić biorąc pod uwagę panującą obecnie temperaturę. Po całonocnej ulewie wciąż panował przenikliwy chłód, przestępowałam więc z nogi na nogę nie mogąc doczekać się aż skopię mu tyłek za to, iż kazał mi na siebie czekać. Chociaż mogła to być jego forma zemsty, ale nie miało to nic do rzeczy. Ja nie zostawiłam go na mrozie.

– W końcu – mruknęłam widząc, jak czarne BMW zatrzymuje się nieopodal, a Rider wysiada ze środka.

Nachylił się jeszcze do środka mówiąc coś do kierowcy, po czym zamknął za sobą drzwiczki auta i ruszył w moją stronę z bezczelnym uśmiechem. Zacisnęłam zęby gotowa w każdej chwili mu przyłożyć i jednocześnie pamiętając masę powodów, dla których nie powinnam tego robić.

– Cześć Bones! – zawołał, jak gdyby nigdy nic machając przyjaźnie w moją stronę.

– Podaj mi dobry powód, dla którego nie powinnam ci przyjebać? Zamarzam tu kretynie! – ostatnie zdanie niemal wykrzyczałam, co tylko wzmogło jego dobry humor.

Przysięgam, że nigdy nie miałam tak wielkiej ochoty go uderzyć, jak w tej właśnie chwili. Jednak znając moje szczęście nie tylko nie przejąłby się tym, że byłam dziewczyną, ale też oddałby mi z o wiele większą siłą, niż ta, na którą było stać mnie. Powiedzmy sobie szczerze, był silniejszy ode mnie.

– Wyglądasz, jak chodzący seks – tym razem uśmiech, który mi posłał był drapieżny i nie pozostawiał wątpliwości, co do tego, w jakim kierunku podążyły jego myśli.

Prychnęłam na jego komentarz z udawaną nonszalancją. Zaniepokoiło mnie jednak to, że jego słowa mnie ucieszyły. Nie powinno mnie obchodzić, czy mu się podobałam, ale obchodziło i to zdecydowanie za bardzo.

– Bierz te cholerne kluczyki i daj mi wrócić do domu zanim naprawdę zamarznę.

Zachichotał zanim zbliżył się do mnie pozostawiając ledwie kilkanaście centymetrów wolnej przestrzeni pomiędzy naszymi ciałami. Był zbyt blisko. Chęć odsunięcia się walczyła we mnie z pragnieniem chwycenia jego koszuli i przyciągnięcia go bliżej. Najlepiej do pocałunku.

– W takim razie może powinnaś pojechać ze mną? – zaproponował, a ja automatycznie przytaknęłam nawet się nad tym nie zastanawiając. Moje wczorajsze postanowienia znów runęły. Czemu ten chłopak musiał mieć w sobie coś, co mnie tak do niego ciągnęło?

Drogę pokonaliśmy w ciszy, ale teraz rozpoznałam kierunek, w którym jechał odgadując punkt docelowy. Ucieszyło mnie to, że znów mnie tam zabierał. Mogłam dzięki temu raz jeszcze wejść do jego prywatnego świata odcinając się tym samym od tego rzeczywistego. W ciągu ostatnich tygodni coraz mniej czasu chciałam poświęcać na życie w tym prawdziwym świecie. Zmiany, jakie we mnie obecnie zachodziły czyniły to trudniejszym. Rider ponownie zabrał mnie do motelu, w którym byliśmy przedwczoraj. Tym razem pozostawałam cicho idąc za nim do, jak go nazwał apartamentu i nie rozglądałam się także na boki nie chcąc jeszcze bardziej popsuć sobie nastroju.

– Tym razem nawet nie myśl o zostawieniu mnie tu – odezwał się cicho, jednak w jego głosie nie było gniewu czy choćby pretensji. Zabrzmiało to raczej, jak rzucona luźno uwaga.

Najwyraźniej nie miał mi tego za złe, choć ja na jego miejscu wyklinałabym na czym świat stoi i z całą pewnością nie odpuściłabym okazji do zemsty. Być może Rider miał do mnie większą słabość, niż sądziłam. Głupia myśl, ale nagle wydała mi się wyjątkowo prawdopodobna. Było nawet gorzej, ponieważ chciałam, żeby tak właśnie było. Pokręciłam głową. Dawna Bones nigdy nie przedłożyłaby kogoś takiego, jak on ponad przyjaciół. Gdzieś w głębi zaczęłam obawiać się, iż nie był to jedyny wybór, jakiego nie do końca świadomie dokonałam. Bycie bliżej Ridera oznaczało bycie bliżej Łowców, czyli coś do czego nigdy nie powinnam dopuścić. Dlaczego nie mogłam, nie chciałam wyrzucić go ze swojego życia? Nasze podobieństwo musiało być moim przekleństwem i powinnam modlić się, aby nie przyszło mi za nie zapłacić. Tym razem w pokoju nie było niczego poza na wpół pustą butelką wódki i kilkoma opakowaniami chińskich zupek. Gdy tylko na nie spojrzałam przypomniało mi się, że nie jadłam śniadania, więc od razu nalałam wody do stojącego na szafce czajnika elektrycznego zastanawiając się jednocześnie, jak to możliwe, że docierały tu woda i prąd skoro od dawna nikt nie płacił rachunków.

– Zrób też dla mnie – odezwał się chłopak, na co odwróciłam się do niego i prychnęłam pogardliwie.

– A co ja, pieprzona gospodyni?

Zamiast odpowiedzieć pokręcił głową. Ostatecznie wsypałam zawartość opakowań do dwóch misek i zalałam wrzątkiem, po czym postawiłam obie na stole zanim zajęłam miejsce obok niego.

– To, jaki jest plan? – skrzyżowałam nogi siadając po turecku z miską parzącą mi dłonie.

– Wiesz – zaczął spokojnie, sięgając po swoją porcję – pomyślałem, że moglibyśmy powtórzyć różaniec, ale sądzę, że na dziki seks też znajdzie się trochę czasu.

Przewróciłam oczami na jego idiotyczną wypowiedź. Oboje po tym skupiliśmy się na jedzeniu nie odzywając się do czasu, aż oba naczynia nie znalazły się puste z powrotem na stole. Nie byłam fanką takiego jedzenia, jednak z braku lepszych opcji mogłam chociaż na chwilę wypełnić tym żołądek. Przy moich obecnych posiłkach to byłby cud, gdybym po roku nie wylądowała w grupie wsparcia dla cholernych pijaków mając dość sporą nadwagę. Dobrze, że czasem to geny potrafiły czynić cuda.

– Dlaczego tak zależało ci na moim motorze? – odezwał się nagle wracając do tego, czemu to właśnie jego maszynę zdecydowałam się odebrać, jako swoją nagrodę. Z tego, co wiedziałam miał ją już od jakiegoś czasu, więc miał prawo nie rozumieć takiego pechowca, jak ja.

– Dopóki nie skończę osiemnastki nie wolno mi mieć prawa jazdy, a motory to jedna z moich słabości. No, a twój jest najlepszy.

Nie mogąc już dłużej znieść zapachu naszego pseudo jedzenia wstałam decydując się na umycie naczyń, otwierając przy okazji okno. Nie obyło się bez zgrzytu zardzewiałych mechanizmów oraz siłowania ze stawianym przez niego oporem, ale udało mi się niczego nie zepsuć. Kiedy posprzątałam na nowo siadając, ku mojemu zaskoczeniu chłopak włączył jedną z tych idiotycznych komedii romantycznych, które zazwyczaj oglądały pary na randkach. Zerknęłam na niego z uniesioną brwią.

– No co? – spytał, jakby nie rozumiejąc, o co mi chodziło. – Te filmy są znacznie zabawniejsze, kiedy ogląda się je z kimś, kto też ich nie znosi.

– A skąd wiesz, że ich nie znoszę? – owszem, tak było, ale chciałam trochę się z nim podroczyć i sprawdzić, jak zareaguje.

Posłał mi wymowne spojrzenie, po którym oboje zachichotaliśmy. Skupiłam się na filmie, ale co jakiś czas czułam na sobie jego wzrok, mimo tego nie odważyłam się zerknąć na niego aż do końca filmu. Nagle nie wiedzieć czemu poczułam się w jego towarzystwie skrępowana i nie byłam w stanie spojrzeć mu w oczy, dlatego przez ponad dwie godziny udawałam, że nie widzę, jak co jakiś czas odwracał się w moją stronę. W końcu musiał mieć już tego dość, ponieważ odwrócił się w moją stronę całym ciałem i zanim zdążyłam zarejestrować jego ruch, pochylił się w moją stronę po raz kolejny całując mnie. Robił to tak samo, jak za drugim razem, gdy byliśmy w tamtym mieszkaniu. Początkowo nie reagowałam pozostając bierną, jednak po chwili zaczęłam odwzajemniać pocałunek ciągnąc go za włosy i przyciągając bliżej siebie. Ponownie zanim zdążyłam się choćby zorientować już siedziałam okrakiem na jego kolanach podczas, gdy on błądził dłońmi po moich plecach oraz brzuchu. Może dlatego, że od dawna nikt nie dotykał mnie w ten sposób wystarczyła tak niewinna pieszczota, by mnie rozpalić. Miałam ochotę wrzeszczeć na niego przez to, jak starannie unikał dotknięcia moich piersi, choć to właśnie tam chciałam czuć jego dłonie. Kiedy w końcu zlitował się nade mną i zdjął moją koszulkę cieszyłam się, że zdecydowałam się akurat na ten komplet bielizny, ale nie miałam szans dłużej o tym myśleć ponieważ zaraz za koszulką zniknął także mój stanik, a Rider chwycił w dłonie moje piersi zaczynając je pieścić.

Nie miałam pojęcia, jak długo się całowaliśmy, ale im dłużej to trwało tym więcej chciałam. Pragnęłam go i może to właśnie ta myśl mnie otrzeźwiła. Nie mogłam już dłużej udawać przed sobą, że Rider był tylko przystojnym chłopakiem, z którym czasem się widywałam. Stał się dla mnie kimś w rodzaju przyjaciela, ponieważ wiedziałam, że zaakceptowałby to, czego nie mogli Damon i Iron. Poza tym w grę wchodziło również fizyczne przyciąganie, którego także nie mogłam już dłużej ignorować. Wstałam i nie zwracając sobie głowy stanikiem nałożyłam z powrotem koszulkę.

– Nie zamierzam się z tobą pieprzyć – oznajmiłam nie patrząc mu w oczy.

Bałam się, iż gdybym to zrobiła nie byłabym w stanie ukryć tego, jak bardzo w rzeczywistości go pragnęłam, ale też tego, jak bardzo bałam się bycia po wszystkim zdradzoną. Wolałam oszczędzić sobie złudzeń szczęśliwego związku.

– Bones – zaczął tonem, którego nie umiałam określić. Był zły, zawiedziony i spokojny jednocześnie.

– Najlepiej będzie, jeśli odstawisz mnie do domu. Teraz – zaakcentowałam ostatnie słowo z uporem patrząc w jego brązowe tęczówki.

Bez słowa wstał i minął mnie kierując się do drzwi, które otworzył z przesadną siłą, przez co z impetem uderzyły o ścianę. Był ewidentnie zły, westchnęłam i przewracając oczami na to dziecinne zachowanie podążyłam za nim ubierając wcześniej ten durny stanik, który wydawał się szydzić ze mnie leżąc tak porzucony na podłodze. Cały czas milcząc podał mi kask, który od razu założyłam, a on odpalił maszynę. Przez całą drogę do mojego domu pozostawał cicho i nawet stając przed piętrowym, zadbanym budynkiem nie wydawał się chętny do pożegnania. Zsiadłam z motoru i przez kilka sekund walczyłam z chęcią pocieszenia go nawet, jeśli nie znałam do końca przyczyny kryjącej się za jego stanem. A jednak kiedy zorientowałam się, że stoję z uniesioną, wyciągniętą w jego stronę dłonią natychmiast zacisnęłam usta i odwróciłam się wbiegając do swojego pokoju, jakby się za mną paliło.

– Głupia! Głupia! Głupia! – wyrzucałam sobie, jak litanię czując narastającą we mnie złość. Omal nie trafiłam brata kamienną figurką, którą rzuciłam przez pokój, gdy usłyszałam otwierające się za mną drzwi.

– Whoa! – zawołał unosząc dłonie w geście poddania. – Powiesz mi przynajmniej, czym ci się aż tak naraziłem? – usiłował zażartować, ale nie byłam w nastroju na to.

Posłałam mu mordercze spojrzenie, na widok którego większość dzieciaków ze szkoły i kilkoro tych, na których natknąć się można nocą na ulicach zwiewałoby jak najdalej ode mnie, ale ponieważ to był Danny jedynie zamknął za sobą drzwi i ze spokojem rozsiadł się na moim łóżku.

– Ostatnio zachowujesz się dziwnie nawet, jak na ciebie.

Prychnęłam kładąc się na plecach obok niego. Skoro zauważył to mój mały braciszek to znaczy, iż nie udawało mi się ukrywać tego tak dobrze, jak sądziłam. Danny nigdy nie był tak dobry w odczytywaniu mojego nastroju, jak sądził, ale nie mogłam wyprowadzić go z błędu.

– Odezwał się – odpowiedziałam lekceważąco. – To nie ja postanowiłam się pobić, po czym zgrywać bohatera i wykrzyczeć o tym całemu światu.

– Po pierwsze nie wykrzyczałem tego całemu światu tylko powiedziałem rodzicom, a po drugie zrobiłem to, bo nie chciałem, żebyś przeze mnie miała jeszcze większe kłopoty. Obydwoje wiemy, że moja kara to nic w stosunku do tego, jak potraktowaliby za to ciebie.

Właśnie w takich chwilach przypominałam sobie, jak bardzo kochałam tego dzieciaka i jak wiele byłam w stanie dla niego zrobić. On jako jedyny nie oczekiwał ode mnie niczego w zamian i troszczył się o mnie nie zważając na siebie. Miał rację, bo to co spotkało jego było zaledwie namiastką mojej ewentualnej kary, ale wciąż byłam jego starszą siostrą i zakałą rodziny. Mogłam pozwolić sobie na jeden skandal więcej. Dla niego to był pierwszy raz, a z doświadczenia wiedziałam z jaką łatwością ten pierwszy przeradzał się w kolejny, a ten w następny. To mogła być równia pochyła i miałam szczerą nadzieję, że Danny nigdy z niej nie spadnie. Moją rolą było dopilnowanie tego. Za wszelką cenę.

– To powiesz mi w końcu, co się dzieje?

– Rider – niemal wyplułam to słowo, jakby samo w sobie było najgorszym przekleństwem czy trucizną. – To się dzieje.

Milczał przez chwilę zapewne usiłując zrozumieć moje pokręcone myśli. Biedak, ja sama siebie nie rozumiałam, gdy w grę wchodził ten facet.

– Wyszłaś rano i widziałem, że to on cię przywiózł. Byłaś z nim? – nie wiedziałam, czy był w stanie to zobaczyć, ale pokiwałam głową. – Więc to była randka?

25. Jest coś

Myślami wciąż uparcie wracałam do tamtego popołudnia. Popołudnia, w które razem z Iron byłyśmy w jednej z kryjówek Ridera, do której chłopak nas zaprosił i podczas, gdy moja przyjaciółka nieświadoma tego, co działo się między naszą dwójką spała, on kilkoma prostymi słowami wywrócił mój świat do góry nogami. Czy to oto w tym wszystkim chodziło? O zaufanie, jakie pojawiło się pomiędzy nami, chociaż nie miało do tego prawa? Czy możliwe, że to właśnie przez to zaufanie zaczęło mi zależeć nie tylko na nim, ale również na łączącej nas relacji nawet, jeśli nie wiedziałam czy też raczej uparcie nie chciałam wiedzieć, czym do końca była? Zacisnęłam pięść na prześcieradle wciąż mając w głowie słowa Danny’ego, które choć wypowiedziane żartem całkowicie zawładnęły moimi myślami. Mój brat nie mógł mieć racji, to było niemożliwe, a jednak wciąż do mnie wracało.

Gdy odrzucisz to, co niemożliwe, wszystko pozostałe, choćby najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą.1” Prawdą, w którą nie mogłam i nie chciałam uwierzyć. Prawdą, z którą prędzej czy później będę musiała się zmierzyć. Tylko dlaczego to było tak trudne?

Ubrałam szarą, jeansową spódniczkę, a do tego białą koszulkę z koronką. Było znacznie cieplej, niż przez ostatnie dni, co zamierzałam wykorzystać. Zrobiłam też lekki makijaż podkreślając oczy czarną kreską, a usta błyszczykiem. Przyglądając się sobie w lustrze czułam się obco, ponieważ odbijająca się w nim dziewczyna tak bardzo różniła się od tej, którą zwykłam w nim widywać. Miałam jednak plan, który musiałam wprowadzić w życie chcąc poznać w końcu odpowiedź. Niemal pół nocy dręczyłam się tym, czego mogłam się dowiedzieć, ale ostatecznie wmawiając sobie, iż wszystko było lepsze od życia w niewiedzy i wiecznej ignorancji. W najgorszym razie stanie się to kolejną rzeczą na pokaźnej liście tych, których do końca życia miałam gorzko żałować.

– Spotkajmy się – odetchnęłam w duchu z ulgi, że w moim głosie nie było nawet śladu niepewności, jaką obecnie czułam. Nie było także widać mojej wciąż drżącej dłoni, którą trzymałam telefon przy uchu oraz drugiej ściskającej materiał spódniczki.

– Możesz wpaść z przyjaciółmi do Los Diego. Czekam na kilku kumpli, więc upijemy się wspólnie.

– Nie. Tylko my dwoje – sprostowałam nie chcąc zaczynać nieprzyjemnego tematu przy świadkach. Po tych słowach nastała chwilowa cisza. Chociaż wiedziałam, że mijały zaledwie sekundy czułam się tak, jakby były to całe godziny zanim w końcu w słuchawce ponownie rozbrzmiał jego głos.

– Zgoda. Gdzie jesteś?

W kilku zdaniach umówiliśmy się, że przyjedzie po mnie i zabierze mnie gdzieś, gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać. Moim pierwszym odruchem było wycofanie się. Tak byłoby z całą pewnością łatwiej. Udać, iż nic z tego nie istniało. Zwłaszcza, że mieliśmy po raz kolejny znaleźć się sami w nieznanym mi miejscu. Ostatecznie nie zrobiłam tego obiecując mu, iż zaczekam na niego przed domem.

– Prawdę mówiąc nie sądziłem, że zechcesz spotkać się tak szybko – wyznał podając mi kask. Nie wiedziałam, po co go właściwie wziął skoro dość często jeździliśmy bez nich. – Szczególnie po tym, jak zakończyło się nasze ostatnie spotkanie.

Mogliśmy podać sobie ręce, bo ja z kolei nie sądziłam, iż tak szybko się na to zdecyduję, ale najwyraźniej byłam bardziej nienormalna, niż sama sądziłam. Właśnie dlatego znów pozwoliłam mu zabrać się w niewiadomym kierunku i choć znałam całe swoje miasto byłam tak zajęta własnymi myślami oraz tym, w jaki sposób ubrać je w słowa, że kompletnie nie zwracałam uwagi na otoczenie. Poza tym było to bezcelowe. Nie miałam wpływu na to, gdzie zamierzał nas zawieść.

– Zastanawiam się, czy gdyby ta spódniczka była jeszcze krótsza nadal wsiadłabyś na motor bez narzekania – mówiąc cały czas patrzył na moje nogi. Przed chwilą zgasił silnik, więc mógł spokojnie poświęcać mi całą uwagę bez ryzyka spowodowania tym wypadku drogowego.

– Już raczej się tego nie dowiesz – odpowiedziałam z udawanym żalem, po czym dodałam, – a oczy mam wyżej, jakbyś nie został wcześniej zaznajomiony z anatomią.

Prychnięcie i kpiący uśmiech były jego jedyną odpowiedzią, ale posłusznie podniósł wzrok aż nasze oczy się spotkały. Dopiero wtedy rozejrzałam się nie chcąc utrzymywać z nim kontaktu wzrokowego i dotarło do mnie, iż zatrzymał się na parkingu należącym do jednej z bardziej eleganckich restauracji w mieście. Jeśli ktoś znajdzie tu jego motor z pewnością będzie miał kłopoty, ponieważ nie było mowy, by to właśnie ta restauracja miała być naszym celem.

– Co dalej? – zwróciłam się do niego marszcząc brwi nie bardzo wiedząc, co robiliśmy w tej okolicy. Nie należała ona bowiem do miejsca, w którym którekolwiek z nas spędzałoby wolny czas.

Nie znałam tu zbyt wielu miejsc, które pasowałyby naszym gustom, a Rider nie wyglądał mi na chłopaka, który miałby gdzieś tu wynajęte mieszkanie. Zamiast odezwać się ruszył przodem zmuszając mnie, abym za nim podążyła. Po raz kolejny szłam za nim niczym wierny pies, za co chciałam kopnąć sama siebie. Naprawdę powinnam szybko wyprostować wszystkie swoje sprawy i wrócić do tego, jak zachowywałam się jeszcze miesiąc temu. Ku mojemu zdumieniu chwilę później otworzył przede mną drzwi owej restauracji, przed którą się zatrzymaliśmy z wyrazem twarzy, jakby rzucał mi wyzwanie czy odważę się wejść do środka. Minęłam go przechodząc przez próg, starając się zachować najbardziej znudzony wyraz twarzy, na jaki było mnie stać. Ledwie kilka sekund później poczułam jego dłoń w dole pleców, gdy prowadził mnie pomiędzy stolikami. Jeśli chciał mnie zszokować tym wyborem to zdecydowanie mu się udało. Nie rozstroił mnie tym jednak na tyle, abym zapomniała o obowiązujących w takim miejscu manierach. Jako córka moich rodziców częściej, niżeli bym chciała musiałam pojawiać się w podobnych miejscach, więc z łatwością umiałam się już w nie wpasować. Wnętrze, jak można było przypuszczać urządzono w jasnych kolorach z kremowymi ścianami oraz białymi obrusami na stołach z ciemnego drewna. Krzesła wykonano z całą pewnością z tego samego rodzaju drewna, ale one za to miały kremowe obicia. Dodatkowo na każdym stole stał kryształowy wazonik z pięknymi kwiatami oraz dwie świeczki. W tle leciała spokojna muzyka instrumentalna, co dodawało temu miejscu oczekiwanego klimatu. Jak na dżentelmena przystało Rider odsunął dla mnie krzesło zanim sam usiadł naprzeciwko.

– Powinnaś widzieć swoją minę – zakpił patrząc na mnie.

– Nie mogę uwierzyć, że mnie tu zabrałeś.

Nie chodziło o to, że nie było mnie stać na posiłek w takim miejscu czy o to, że nie uważałam Ridera za dżentelmena, który zabrałby dziewczynę do takiej restauracji. Chodziło raczej o to, kim byliśmy, a także o to, iż restauracja wydawała się idealnym wyborem na randkę dla pary zwykłych dzieciaków bez tego całego bagna, w którym obydwoje tkwiliśmy. Była nieodpowiednia dla nas pod tak wieloma względami, że aż sama nie wiedziałam, od których zacząć.

– To dobrze czy źle? – zadał to pytanie z pozoru lekkim tonem, jednak nie wiedziałam, czy naprawdę traktował to tak lekko i nie zależało mu na odpowiedzi czy może po prostu tak dobrze udawał.

– Powiem ci, jak stąd wyjdziemy – zadecydowałam, że bez względu na wszystko musiałam poznać odpowiedź, więc nie było mowy, żebym teraz spieprzyła to już na starcie wyjawiając mu więcej niż powinnam.

Kelner wybrał ten moment, by pojawić się przy nas podając nam karty. Ubrany w nienaganny czarno-biały strój typowy dla personelu w takich miejscach był aż przesadnie profesjonalny. Dopiero, kiedy odszedł pozostawiając na stoliku pomiędzy nami zamówione przez nas napoje przewróciłam na to oczami.

– Powiesz mi, czemu chciałaś się spotkać?

Zanim udzieliłam mu odpowiedzi zagryzłam dolną wargę niepewna, co właściwie miałam mu teraz powiedzieć. Musiałam odpowiednio dobierać słowa nie chcąc, by odniósł mylne wrażenie, albo żebym nie zrobiła sobie z niego wroga, ponieważ nawet ja wiedziałam, jak byłoby to bezmyślne. Każda opcja była gorsza od poprzedniej. Westchnęłam wybierając najwłaściwsze moim zdaniem słowa.

– Jest coś o co muszę cię zapytać i coś co muszę wyjaśnić. Tylko nie wiem, w jaki sposób zacząć. Pozwól mi najpierw uporządkować myśli.

Kiwną głową, a kilka minut później kelner przyniósł nam nasze zamówienia. Prawdopodobnie nie powinnam wybierać niczego z sosem, bo istniało ryzyko, że pobrudzę się robiąc z siebie idiotkę, jednak nie mogłam oprzeć się makaronowi z krewetkami odkąd zobaczyłam tę pozycję w karcie. Rider za to zdecydował się na coś, czego nazwy nie potrafiłam nawet powtórzyć, a co zawierało mięso z dużą ilością warzyw. Przynajmniej oboje popijaliśmy jedzenie kawą, chociaż moja była z dodatkiem czekolady. Nawet w tak prostych sprawach mogliśmy diametralnie się różnić, a jednocześnie znaleźć coś wspólnego.

– O co chodzi? – spytał, kiedy po jakimś czasie powstrzymałam się od śmiechu zakrywając wierzchem dłoni usta.

– Widzisz tę kobietę w niebieskiej sukience? – wskazałam mu odpowiedni kierunek, a on podążył tam wzrokiem. – Tak bardzo starała się dopasować swój wygląd do tego miejsca, że zapomniała o zasadach savoir-vivre’u.

Nie wiedziałam, jakiej reakcji spodziewać się po chłopaku, ale ucieszyłam się, gdy zaśmiał się wiedząc, co miałam na myśli. Kobieta nie tylko siedziała z jedną nogą założoną na drugą, przez co sukienka podciągnęła jej się zdecydowanie za wysoko, jak na obraz siebie, który chciała stworzyć. Tym, co śmieszyło mnie o wiele bardziej był fakt, iż jadła stek widelcem do ryby. Jej towarzysz również zdawał sobie sprawę z jej pomyłki, a po jego nieznacznie wygiętych wargach poznałam, że zwyczajnie z niej kpił. Głupia, naiwna kretynka sądziła, iż udało jej się znaleźć bogatego faceta, a on zapewne w niedalekiej przyszłości nieźle ją ośmieszy.

– Jak myślisz – odezwał się Rider odciągając moją uwagę od pary kilka stolików obok, – co tu z nim robi?

– Stawiam na to, że są na randce, a ona właśnie zachwyca się nad tym, jak udało jej się usidlić kogoś z taką zawartością portfela – chwyciłam widelec z nabitą na niego krewetką unosząc go do ust.

– To raczej on będzie się dobrze bawił – z uśmiechem uniósł filiżankę z kawą. Zaśmiałam się wiedząc doskonale, co sugerował.

Rozmawialiśmy na różne tematy dzięki czemu miałam okazję lepiej poznać go, jako zwykłego chłopaka, a nie prawą rękę szefa gangu. Musiałam przyznać, iż było to miłe móc spędzać z nim czas w ten sposób, a on okazał się inny, niż przypuszczała większość sugerujących się plotkami osób. Okazał się inny nawet od wizerunku, który sam stwarzał. Chcąc to przedłużyć zamówiliśmy jeszcze po deserze, na który składał się kawałek ciasta i tym razem wybraliśmy to samo, czyli tort czekoladowy z wiśniami. Kolejną niespodzianką było to, że Rider zapłacił za nas oboje, czego właściwie nie oczekiwałam. To nie była przecież randka, no i to ja chciałam się z nim spotkać. On jedynie wybrał miejsce. W efekcie wychodząc na zewnątrz wciąż uśmiechałam się zadowolona z tego, jaki obrót przybrało nasze spotkanie. To z kolei sprawiało, iż jeszcze bardziej obawiałam się tego, co stanie się po konfrontacji, którą rozpocznę.

– Przejdźmy się – zaproponowałam nie mając pomysłu na nic lepszego, na co od razu się zgodził.

Szliśmy powoli, blisko siebie. Wciągnęłam powietrze głęboko w płuca szykując się psychicznie na to, co miało zaraz nastąpić. To miał być pierwszy krok do rozwiązania bałaganu, w jaki się wpakowałam i powrotu na właściwą ścieżkę.

– Właściwie nie spodziewałam się, że zabierzesz mnie do takiego miejsca – zaczęłam z pozornym spokojem, chociaż w środku wszystko ściskało mi się ze stresu. – Dlaczego akurat ta restauracja?

– Czy dziewczyny przypadkiem nie lubią takich miejsc? – spytał swoim zwyczajowym, lekceważącym tonem, jednak widząc moją minę poprawił się. – Lubię cię i wydało mi się odpowiednie.

Ta odpowiedź niczego mi nie mówiła. Niczego nie ułatwiała, zamiast tego tworząc jeszcze więcej niewiadomych, które musiałam rozwikłać. Ponownie zagryzłam wargę zanim zadałam kolejne pytanie z przygotowanej wcześniej listy.

– Właśnie o tym chciałam pogadać. Czemu mnie lubisz, czemu mi ufasz? Co właściwie jest między nami?

Patrzył na mnie chwilę zaskoczony, co powiedziało mi, iż nie spodziewał się tych pytań. Zaskoczyłam go prawdopodobnie także sposobem, w jaki je wypowiedziałam. Mogłam się założyć, że zachowałam się, jak typowa emocjonalna nastolatka, ale nie mogłam nic na to poradzić. Z resztą przecież byłam tylko nastolatką. Głupią, narwaną, bezmyślną nastolatką.

– Bones – zawahał się milknąc nim ponownie zaczął. – Bones nie powinnaś pytać mnie o to, ponieważ jeśli udzielę ci odpowiedzi mogę narazić cię tym na kłopoty.

Zaśmiałam się jeszcze bardziej rozbawiona przez powagę w jego głosie, co przez same słowa. Nie tak powinnam prawdopodobnie zareagować, ale nie byłam normalna. Czymkolwiek było to coś pomiędzy nami, to też nie było normalne.

– Rider – udało mi się wydusić. – Kłopoty to moje drugie imię.

Pokręcił głową wyraźnie rozbawiony zgadzając się ze mną. Gdy oboje się uspokoiliśmy uśmiechnęliśmy się szeroko do siebie.

– A gdybym powiedział ci, że już od dawna chciałem cię spotkać? Gdybym powiedział ci, że kiedy cię spotkałem okazałaś się jeszcze bardziej interesująca? Nigdy nie będziemy, jak inne pary trzymać się za ręce czy godzinami rozmawiać przez telefon i chodzić na romantyczne randki, ale chcę spróbować czegoś najbliżej związku, co możemy mieć.

1 Arthur Conan Doyle „Znak Czterech”

26. Zabrzmiało poważnie

Teraz to ja musiałam poważnie przemyśleć swoją odpowiedź. Nie mogłam jednak na niczym się skupić wciąż będąc w szoku po słowach, które wypowiedział. Poważny wyraz jego twarzy oznaczał, iż tym razem nie żartował. Miałam więc za swoje. Dostałam swoją niemożliwą prawdę, pomyślałam z goryczą. Sprawiło to, iż momentalnie pożałowałam swojej porannej decyzji oraz każdego słowa, które to tej pory wypowiedziałam zachęcając go do wyjawienia mi prawdy, ponieważ był to ten jej rodzaj, z którym nie mogłam się pogodzić. Wszystko przez to, iż powodował we mnie jeszcze większe spustoszenie.

– To nie jest dobry pomysł – odezwałam się chłodno ukrywając swoje prawdziwe uczucia. Ukrywając to, że ja sama również bardzo chciałam tego spróbować. Z nim. – Zapomnijmy o tym, co się właśnie stało.

Odwróciłam się tyłem do niego właściwie nie dbając o to, iż od domu dzielił mnie spory kawałek nawet jeśli zamierzałam jechać metrem. Nie obchodziło mnie nawet to, że musiałabym paradować w tych idiotycznych ciuchach ryzykując, iż zobaczy mnie ktoś kogo naprawdę nie chciałabym teraz widzieć, a ta lista była cholernie długa. Liczyło się tylko to, żeby jak najszybciej stąd zniknąć, znaleźć się jak najdalej od niego i doszczętnie wymazać ten dzień z pamięci.

– Zabrzmiało poważnie – wciąż mówił tym tonem, który tak rzadko u niego słyszałam i podejrzewałam, iż stosował go częściej w swojej pracy niż wśród tych, których uważał za znajomych.

– Może dlatego, że mówiłam poważnie – odparłam wkurzona jego ignorancją oraz tym, że po prostu nie chciał przyjąć moich słów do wiadomości.

To, jak był w tej chwili opanowany denerwowało mnie jeszcze bardziej i już samo patrzenie na jego pozbawioną wyrazu twarz, którą ostatnio widywałam coraz częściej będąc z nim samej powodowało, że miałam ochotę mu przyłożyć. Choćby tylko po to, by okazał jakieś emocje. Ten spokój nie był naturalny, był niepokojący. Kurewsko niewygodny biorąc pod uwagę to, jak oddziaływał na moje emocje.

– Myślę – odezwał się z namysłem po chwili ciszy, jakby zwracał się do małego dziecka, które nie zdawało sobie sprawy ze słów, które wypowiedziało. A to nie była przecież prawda. Znałam ich konsekwencje lepiej niż przypuszczał. Nawet te, do których nigdy nawet sobie samej nie chciałam się przyznawać,  – że lepiej będzie jeśli wrócisz do domu. Dokończymy tę rozmowę następnym razem.

Zanim miałam okazję zareagować na to chłopak tak po prostu minął mnie, a kiedy obejrzałam się za nim patrząc, jak podchodził do swojego motoru, następnie wsiadł na niego i odpalił go coś w środku mnie skręciło się nieprzyjemnie, nie ustając nawet kiedy Rider zniknął już z mojego pola widzenia.

– Kurwa! – zaklęłam po raz pierwszy od dawna czując zbierające się w kącikach oczu łzy spowodowane wiedzą, że właśnie dokumentalnie spieprzyłam to coś, co było między nami. Czymkolwiek to było.

Mogłam po raz kolejny pogratulować sobie głupoty. Dlaczego, kiedy chciałam postąpić właściwie wybierając najlepsze dla siebie rozwiązanie wszystko musiało się spieprzyć? Zacisnęłam szczękę ocierając wilgoć z policzków gniewnym gestem. Nie mogłam płakać. Nie przez coś takiego. Jednak nie wiedzieć czemu myśl o tym, iż prawdopodobnie już nigdy więcej nie będzie mi dane spędzić z chłopakiem czasu czy choćby porozmawiać powodowała żal.

Najbliższa stacja metra, do której dotarłam była jedną z bardziej zadbanych o mniejszej ilości graffiti na ścianach oraz walających się wokół śmieci. Poza mną było tu zaledwie kilka osób, na które nawet nie zwróciłam uwagi. W tej chwili nie obchodziłoby mnie nawet gdyby byli to członkowie gangu uzbrojeni po zęby. Byłam zbyt przytłoczona mieszanką emocji, jakie zafundował mi Rider. Na moje życzenie z resztą, co także nie pozostawało bez znaczenia.

Całą powrotną drogę do domu pamiętałam, jak przez mgłę. Wszystko przez to, że byłam tak bardzo pochłonięta własnymi myślami i niemal przegapiłam swoją stację. Wysiadłam w ostatniej chwili unikając zostania przyciśniętą przez automatyczne drzwi rozglądając się niepewnie, ponieważ nagle uznałam, że dom był wyjątkowo nisko na liście miejsc, w których chciałabym teraz być. Przypomniałam sobie jednak, iż obecnie był pusty jeszcze przez najbliższe kilka godzin, a to było zaletą. Dodatkowo nie posiadałam teraz żadnej innej opcji na liście, odkąd moi przyjaciele nadal pozostawali na mnie wściekli. Niemal biegiem pokonałam odległość od stacji do domu cały czas modląc się, aby nie wpaść na nikogo znajomego. Moje oczy z całą pewnością były zaczerwienione, a nie mogłam pozwolić, żeby ktokolwiek zobaczył słynną Bones w tym stanie. Ja przy nikim nie płakałam. Ja w ogóle nie płakałam. Jak tylko przekroczyłam próg zgarnęłam z szafki w kuchni na wpół pustą butelkę ohydnej whiskey, w której lubował się ojciec i natychmiast zamknęłam się w swoim pokoju blokując drzwi krzesłem, tak na wszelki wypadek, gdybym zapomniała o tym później będąc zbyt pijaną.

– Na zdrowie – odkręciłam nakrętkę unosząc butelkę, jakbym wznosiła toast zanim przystawiłam szkło do ust upijając łyk. – W końcu przecież o to mi od samego początku chodziło, prawda? O pozbycie się Ridera z mojego życia – westchnęłam ciężko krzywiąc się w paskudnym grymasie.

Przełknęłam kolejny łyk, po czym zakaszlałam czując, jakby bursztynowa ciecz wypalała mi przełyk. Za drugim podejściem było już lepiej i wiedziałam, iż każde kolejne będę odczuwać coraz mniej, ale o to mi w tej chwili chodziło. Nie chciałam czuć zupełnie niczego, a już z całą pewnością nie tą zwariowaną, nielogiczną mieszankę emocji przypominających koktajl Mołotowa gotowy w każdej chwili wybuchnąć. Z tą różnicą, że nawet ja nie wiedziałam, co się wówczas wydarzy. Jeśli moje życie wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni wystarczyło, abym naprowadziła je dalej do pełnych trzystu sześćdziesięciu. To nie mogło być przecież, aż tak trudne. Butelka w mojej dłoni szeptała do mnie twierdząc, iż mogła mi w tym pomóc. Biorąc kolejny łyk podeszłam do wieży stojącej na półce ustawiając ją tak, by cały czas odtwarzała tylko jeden kawałek.

– „I’ve come too far, to go back now, turn into a face in the crowd. Been on this road, for so long, for so long, for so long. Convinced there is no way out, my world is turned upside down. My sense of direction’s been gone for so long, for so long.2” – śpiewałam raz za razem z wykonawcą coraz bardziej zdzierając przy tym gardło przy każdym kolejnym zapętleniu i przyznając w duchu, jak cholernie te słowa były prawdziwe.

Uciekałam od emocji, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić w słodkie zapomnienie wywołane przez alkohol. Uciekałam od rozczarowania, jakie czułam względem siebie, a także od nieoczekiwanej i zbyt wielkiej radości, jaką poczułam słysząc jego niespodziewaną propozycję. Nie wiedziałam, czemu aż tak lubiłam jego towarzystwo i dlaczego u diabła czułam się źle z myślą, iż miałam go już zapewne nigdy więcej nie zobaczyć. Gdyby była tu Iron najpewniej zaczęłaby się śmiać twierdząc, że się w nim zakochałam, ale ja nie byłam tego tak pewna. Miałam siedemnaście lat, co ja mogłam wiedzieć o miłości? Nigdy nie byłam nawet blisko stanu, który opisywali w tych beznadziejnych romansach czy pokazywali w filmach. Nie mogłam jednak zawrócić z tej drogi. Nie mogłam pogrzebać Bones i tak po prostu zmienić swojego życia wiążąc je z Riderem. Po tym, czego musiałam dokonać nie istniała już dla mnie możliwość powrotu do bycia Elizabeth. To wybrałam. Taką decyzję podjęłam patrząc, jak trumnę z ciałem mojego osobistego bohatera i mojego prywatnego słońca pokrywały kolejne warstwy ziemi. Przysięgłam sobie, iż nigdy nie będę tego żałować. Nie mogłam wówczas przypuszczać ile bólu mi to sprawi, ale zabrnęłam w tym już zbyt daleko, by się wycofać. Im więcej piłam tym bardziej kręciło mi się w głowie, ale za to myśli stawały się klarowniejsze, prostsze. Nie było w nich niczego skomplikowanego, nad czym musiałabym się zastanawiać. Nie musiałam analizować tego, co było między mną i Riderem oraz w co chciałam to zmienić.

Obudziłam się późną nocą czując, jak żołądek podchodził mi do gardła. Ledwo zdążyłam dobiec do łazienki zanim zaczęłam rzygać. To była ta mniej przyjemna część upijania się, choć należałam do tej grupy ludzi, którzy na kacu nie cierpią na ból głowy. Za to miałam cholerne wrażenie, że umieram od męczących mnie nudności i nie wiedziałam, co z tego byłoby gorsze. Starając się nie przełykać najpierw opłukałam usta zanim umyłam zęby dwa razy dla pewności.

– Nigdy więcej – jęknęłam wracając do pokoju, cały czas trzymając się za brzuch. – Nie znoszę whiskey. Co w ogóle przyszło mi do głowy, żeby pić to świństwo?

Sięgnęłam po pustą już butelkę porzuconą na podłodze i zeszłam z nią do kuchni. Wywaliłam ją do kosza nie przejmując się tym, że rodzice ją zobaczą. To nie był pierwszy raz, kiedy upijałam się w domu i nawet nie pierwszy, kiedy korzystałam wówczas z ich zapasów.

– Wyglądasz koszmarnie – stwierdził na mój widok Danny. W pierwszej chwili wystraszył mnie odzywając się niespodziewanie za moimi plecami.

Po opanowaniu się obróciłam się w stronę, z której dochodził jego głos i zastałam go opartego o blat z kanapką w dłoni, a gdy odgryzł kawałek na moich oczach miałam ponownie ochotę zwymiotować. Nawet sama myśl o jedzeniu przyprawiała mnie teraz o nieprzyjemne dreszcze. Odwróciłam od niego wzrok skupiając się na widoku za oknem zanim odpowiedziałam mu wystawieniem środkowego palca.

– Wychodzę i pewnie nie wrócę do rana – oznajmiłam nie chcąc, by się niepotrzebnie martwił bardziej niż teraz czy musiał zadręczać się reakcją rodziców, gdy z samego rana nie zastaną mnie w domu.

– Śmierdzisz, jak gorzelnia i jeszcze ci mało? – spytał marszcząc brwi. Miał rację, a ja mogłam chociaż wziąć prysznic doprowadzając się do porządku, ale nie miałam na to siły.

– Mam to gdzieś – mruknęłam kierując się w stronę drzwi. Prawdę mówiąc nie miałam siły na nic więcej poza zamknięciem się gdzieś samej z zapasem wysokoprocentowych trunków, bez których ostatnio jakoś nie mogłam się obejść.

Ostatecznie zanim wyszłam przebrałam się w szare jeansy i czarną koszulkę z nadrukowaną na niej białą czaszką, co bardziej do mnie pasowało, ale nie chciało mi się już brać prysznica. Jeśli naprawdę czuć było ode mnie smród alkoholu to trudno. To już był problem tych, którzy znajdą się zbyt blisko mnie. Zabrałam jeszcze czarną bluzę z kapturem, który narzuciłam po tym, jak znalazłam się na zewnątrz. Zapięłam zamek i podciągnęłam rękawy do łokci idąc przed siebie bez konkretnego celu.

W pewnej chwili w oddali dostrzegłam charakterystyczną bluzę, która mogła należeć tylko do jednej osoby w tym mieście. Część mnie ucieszyła się z obecności kogoś znajomego, ale ta druga wolała odwrócić się i odejść w przeciwnym kierunku, ponieważ nie miałam pojęcia, co powinnam powiedzieć jemu czy Iron. Damon nie wybaczy mi raczej tak łatwo, jak ona. Wzdychając zrobiłam krok naprzód decydując się jednak z nim porozmawiać. Spieprzyłam już dzisiaj tak bardzo, że kolejny raz naprawdę nie zrobiłby mi już większej różnicy. Byłam zbyt daleko, żeby zobaczył mnie z tej odległości, więc zamierzałam zawołać go, jednak zanim to zrobiłam ktoś mnie ubiegł podchodząc bezpośrednio do niego. Ktoś, kogo kompletnie bym się nie spodziewała. Ronny stając przed moim, jak wciąż sądziłam przyjacielem powiedział coś kładąc dłoń na jego ramieniu. Jeszcze większym zaskoczeniem dla mnie była reakcja Damona, który nie tylko nie odsunął się od niego, ale również poklepał go po plecach. Zmarszczyłam brwi żałując, iż nie mogłam usłyszeć, o czym rozmawiali. Śledzenie ich zapewne było głupim pomysłem, ale nie potrafiłam oprzeć się temu pragnieniu widząc ich odchodzących gdzieś razem.

– Co do cholery? – powiedziałam do siebie zdziwiona. Damon nie był kimś, kto chciałby spędzać czas z taką szumowiną, jak Ronny, więc coś musiało być na rzeczy.

Podążałam za nimi aż do lokalu należącego w całości do Upadłych. Podłe miejsce, w którym próżno było szukać kogoś spoza gangu, kto nie byłby dziwką zgarniętą z ulicy, lub ofiarą mającą zostać poddaną tam wymyślnym torturom z ich tylko znanym powodów. Zupełne oszołomienie, które dosłownie wryło mnie w asfalt nastąpiło natomiast, gdy drzwi lokalu otworzyły się i wyszedł przez nie sam Andrew Kings, witając się z nimi obydwoma niczym z dobrymi znajomymi. Ronny’ego jeszcze rozumiałam, ale Damon? Wtedy to do mnie dotarło. Ronny mówił o nowym rekrucie, którego inicjacja miała się odbyć tamtej nocy, a z której zdawał się być wyjątkowo zadowolony. To o to mu chodziło, o Damona.

Nie mogłam w to uwierzyć. Przecież tyle razy każde z nas powtarzało, jak gigantycznym błędem byłoby dołączenie, do któregokolwiek z gangów w Saint Marine. Niezliczoną ilość godzin rozmawialiśmy na ten temat zarzekając się, że żadne z nas nigdy tego nie zrobi, a on złamał tę przysięgę. Dlaczego? Pokręciłam głową z rozczarowaniem, wycofując się. Nie byłoby dobrze, gdyby zauważyli mnie samą na swoim terenie zwłaszcza, iż część moich myśli nadal zajmował Rider. Wyjęłam z kieszeni telefon wyszukując na liście odpowiedniego kontaktu.

– Spotkajmy się.

Nie byłam do końca pewna jej reakcji, dlatego ulżyło mi, kiedy bez zbędnych problemów zgodziła się przyjść pod szkołę. O tej porze nikt się tam nie kręcił, więc mogłyśmy spokojnie porozmawiać. Dotarłam na miejsce pierwsza zasiadając przy jednym z piknikowych stołów, które ostatnio tu postawiono. Były najnowszym nabytkiem szkoły, ponieważ poprzednie już dawno przestały się nadawać do czegokolwiek poza poćwiartowaniem i użyciem jako podpałki.

– Chciałaś gadać, więc mów – oznajmiła szorstkim tonem siadając koło mnie. Zmieniłam pozycję tak, by na nią patrzeć.

Tym razem jej na powrót czarne włosy ozdabiało intensywnie czerwone ombre, więc zapewne zmieniła fryzurę dopiero niedawno. W pierwszej chwili myślałam, że miałam przywidzenia widząc ją we wściekle różowej bluzie z jednorożcem na piersi, ale po chwili uznałam, iż właściwie nie było w tym wbrew pozorom nic dziwnego. Uśmiechnęłam się, jednak zaraz przypomniałam sobie, po co w ogóle ją tu wezwałam i uśmiech od razu zniknął z mojej twarzy. Najwyraźniej nie był to koniec moich bitew.

2 Słowa piosenki Our last night „Same old war”.

27. Stanowczo za wiele

Zacisnęłam usta w cienką linię myśląc nad tym, w jaki sposób przekazać jej moje najnowsze odkrycie, ale ostatecznie zdecydowałam się na prostotę. Proste wyjścia zawsze były najlepsze.

– Jakiś czas temu wpadłam na Ronny’ego, który powiedział mi o inicjacji, jaką mieli wtedy przeprowadzić – zaczęłam, ale Iron wcięła się nie pozwalając mi skończyć.

– Inicjacji? – powtórzyła zaskoczona. – Jaki idiota, by się na to zgodził i czemu zawracasz mi tym głowę?

– To Damon – wyrzuciłam z siebie nie patrząc na nią, nie miałam wystarczająco odwagi mierzyć się dodatkowo z jej emocjami. – Chodziło o Damona – powtórzyłam szeptem samej nie mogąc w to wciąż uwierzyć, chociaż widziałam to na własne oczy jeszcze chwilę wcześniej.

– To niemożliwe – zaprzeczenie było pierwszą reakcją Iron, kiedy dotarło do niej, co powiedziałam. – On nigdy nie zrobiłby czegoś tak – pokręciła głową nie kończąc wypowiedzi.

Ona również tego nie rozumiała, jednak przynajmniej mi uwierzyła. Nie wiedziałabym, co zrobić, gdyby uznała, że kłamałam. Z resztą, jaki miałabym mieć w tym cel? Najważniejsze jednak było teraz uporanie się z tym. Poderwała się gwałtownie z zaciętą miną i zaciśniętymi w pięści dłońmi, czym mnie częściowo zaskoczyła.

– Powinnyśmy przypomnieć mu, czym to się kończy.

Westchnęłam chwytając ją za rękaw bluzy zmuszając, by ponownie usiadła zanim miałaby okazję zrobić coś głupiego. Najprawdopodobniej poszłaby prosto do domu Damona urządzić mu awanturę, ale w tej sytuacji tylko pogorszyłaby sprawę. Bardzo niewiele osób po inicjacji chciało odejść z gangu, a jeszcze mniejszej ilości się to udawało. Gdyby Damon zdecydowałby się teraz odejść najprawdopodobniej zabiliby go.

– Teraz naprawdę przydałby się twój chłopak – przemówiła po kilku minutach wyraźnie się uspokajając i rozumiejąc, czemu ją powstrzymałam. Uniosłam brew nie wiedząc, kogo miała na myśli. – Rider ma całkiem niezłe miejsce do picia – wyjaśniła przewracając oczami.

– To nie jest dobry pomysł. Rano doszło do pewnego nieporozumienia i nie sądzę, żeby chciał mnie teraz widzieć – wyjaśniłam w odpowiedzi na pytanie w jej zielonych oczach. Choć były to mocno okrojone wyjaśnienia nie opisujące skali problemu, jaki pomiędzy nami powstał, a którego nie byłam pewna czy uda mi się rozwiązać tak, by po latach niczego nie żałować.

Westchnęła ciężko zawiedziona tym, ale na szczęście nie namawiała mnie, abym do niego zadzwoniła. Zamiast tego siedziałyśmy w ciszy skupiając się na własnych myślach, czego w sumie nie chciałam robić. Jakby nie było dlatego całkiem niedawno się upiłam i chodziłam ulicami, aż natknęłam się na Damona w towarzystwie Ronny’ego. No i jeszcze ta sytuacja z Riderem. Ten dzień mogłam stanowczo dodać do listy najgorszych dni w moim życiu, bo było tego stanowczo za wiele, jak na mnie. Byłam tylko dzieciakiem, któremu nie do końca poszczęściło się w życiu. Jak mogłam mierzyć się z czymś takim?

– Mój ojciec chyba wniesie o rozwód – odezwała się nagle z goryczą w głosie sprowadzając mnie z powrotem do rzeczywistości. Z ulgą przyjęłam jej zmianę tematu choć raz nie mając nic przeciwko temu, aby jej kłopoty przedłożyć ponad własne. – To właściwie zabawne, bo to zawsze matka narzekała, że nie ma dla niej czasu.

– A czy zmieni się cokolwiek poza twoim adresem? – zapytałam smutno zdając sobie sprawę z przykrej odpowiedzi. Ona też nie miała w życiu lekko. Los zrzucał na barki całej naszej trójki przeszkody, które były zbyt duże do pokonania dla dzieciaków, jakimi byliśmy.

Rozwód rodziców Iron w żadnym stopniu nie poprawiłby przecież jej kontaktów z nimi i nie pozwolił im odbudować zanikłej przez lata więzi. Chociaż nie byłaby to komfortowa sytuacja obie zdawałyśmy sobie sprawę, iż Iron pozostanie nadal sobą tak, jak jej rodzice. To, co najistotniejsze wciąż będzie takie samo.

– Musiałaś pokłócić się z Riderem akurat teraz? – obie zaśmiałyśmy się bez humoru na jej zarzut.

Spędziłyśmy przed szkołą kilka godzin rozmawiając, albo po prostu milcząc, powoli odbudowując to, co zaczęło się pomiędzy nami rozpadać. W efekcie tego do domu wróciłam tak, jak przypuszczałam dopiero nad ranem, nie omijając sprzeczki z rodzicami zanim wyszli do pracy. Byłam okropnie zmęczona i marzyłam już tylko o tym, żeby położyć się do łóżka i zasnąć. Niestety nie miałam takiego luksusu, ponieważ zdaniem Donovana moje zachowanie ostatnio znacznie się pogorszyło i mogłam nawet zostać po raz kolejny zawieszona. Właśnie dlatego musiałam przez najbliższe dni stawiać się na każdych zajęciach oraz zdobić przynajmniej kilka pozytywnych ocen, aby poprawić swoją średnią. Ten facet nawet nie miał pojęcia, że nie tylko moje zachowanie uległo pogorszeniu.

Będąc kolejny raz w domu mogłam pozwolić sobie wyłącznie na szybki prysznic, po którym ubrałam czarne leginsy oraz ciemnofioletową tunikę. Rozczesałam włosy w drodze z pokoju do kuchni.

– Zrobiłem ci tosty – Danny wskazał na stojący po przeciwnej stronie stołu talerz z tostami posmarowanymi dżemem malinowym.

– Dzięki, jesteś kochany – usiadłam natychmiast biorąc się za jedzenie.

Cudem udało mi się dotrzeć do szkoły jeszcze przed pierwszym dzwonkiem i wzbudzając powszechne zainteresowanie samym pojawieniem się, udałam się do klasy w akompaniamencie ciekawskich spojrzeń oraz szeptów. To był dla tych dzieciaków szok widzieć mnie tu tak wcześnie rano, jednak ich zachowanie, choć powinnam je ignorować cholernie mnie irytowało. Jakby nie mieli własnych żyć, którymi powinni się zajmować.

Siedząc na historii z całych sił utrzymywałam powieki otwarte, ale z każdą mijającą minutą moje ciało coraz bardziej domagało się snu, kofeiny czy czegokolwiek, co zadziałałoby pobudzająco. Wpatrywałam się więc w zegar zastanawiając się, jakim cudem nie wypaliłam w nim jeszcze dziury od intensywności mojego spojrzenia.

– Na koniec podyktuję wam temat waszego eseju – usłyszałam słowa nauczycielki zmuszające mnie, abym na nią spojrzała.

Eseju? Jakiego eseju? Zadawałam sobie w myślach pytanie zanim przypomniałam sobie, jak mówiła o tym na ostatnich zajęciach, na których byłam. Od tej pracy miała zależeć prawie połowa naszej oceny końcowej, co oznaczało, iż musiałam potraktować to poważnie. Tak, jakbym miała czas zajmować się głupim esejem, kiedy wszystko wokół mnie powoli się waliło, a ja nie miałam pojęcia, jak to zatrzymać.

– Wasza praca ma zawierać nie mniej i nie więcej niż pięć stron, poza tym piszcie na komputerze. Nie zamierzam spędzić kolejnego roku na rozszyfrowywaniu hieroglifów, które niektórzy z was nazywają pismem – kontynuowała nauczycielka zapisując coś na tablicy. – Oto temat – dodała, gdy skończyła pisać i odsunęła się kilka kroków od tablicy.

Współczesne życie na tle wojny secesyjnej głosił napis. Omawialiśmy obecnie ten temat, więc pewnie miało to dla niej sens zmuszać nas do takich bzdur. Dla mnie natomiast nie było niczym ponad niepotrzebną stratę czasu.

– Macie czas do końca przyszłego miesiąca, czyli dokładnie sześć tygodni. To wystarczająco dużo czasu, żebyście oddali coś, czego nie skopiujecie z pierwszej lepszej strony internetowej, co swoją drogą sprawdzę – przewróciłam oczami na to oświadczenie. Pewnie chciała nas tylko tym wystraszyć, jednak w rzeczywistości takie kopiowanie było bardziej kłopotliwe niż napisanie wszystkiego samemu, więc nawet nie brałam tego pod uwagę.

Nie wiedziałam, jak udało mi się wytrwać do końca zajęć. Chyba tylko cudem nie zasnęłam na większości z nudnych i nieprzydatnych lekcji. Połowy tego, czego dowiedziałam się dzisiaj nie będę miała możliwości wykorzystać poza tymi murami, więc jaki był sens uczenia się tego. Z ulgą wróciłam do domu od razu zamykając się w pokoju, rzucając plecak na podłogę i położyłam się na łóżku zamykając oczy. Ze snu wyrwał mnie dzwonek telefonu. Przetarłam zaspane oczy czując się, jakbym miała piasek pod powiekami, które zdawały się ważyć tonę. Na ślepo sięgnęłam w kierunku, z którego dochodził ten irytujący dźwięk kilka razy uderzając dłonią w blat szafki nocnej zanim zlokalizowałam komórkę. Nawet nie pomyślałam, by sprawdzić kto dzwonił bardziej chętna tę osobę udusić. Nie mogłam spać zbyt długo, skoro za oknem nadal było widno.

– Halo? – odezwałam się następnie ziewając zanim doszła mnie odpowiedź rozmówcy.

– Obudziłem cię? – Rider nie krył swojego rozbawienia, którego nie rozumiałam. To, że spałam było dla niego aż tak dziwne? Chyba, że był kosmitą, który tego snu nie potrzebował. Wtedy miało to sens.

Na dźwięk jego głosu ścisnęło mnie w żołądku i zaczęłam bać się powodów, dla których mógłby do mnie dzwonić. Zalały mnie jednocześnie wspomnienia naszej ostatniej rozmowy, która nie poszła ani trochę po mojej myśli. To wystarczyło, żeby mnie rozbudzić.

– Co jest?

– Mówiłem, że dokończymy naszą rozmowę, ale jeśli nie jesteś w formie możemy spotkać się innym razem – nie brzmiał na złego, co było dla mnie dobrym znakiem, a przynajmniej taką miałam nadzieję.

Zastanowiłam się przez chwilę, ponieważ wizja powrotu do krainy snów była naprawdę kusząca biorąc pod uwagę, iż spałam tylko jakieś trzy godziny, co uświadomiłam sobie zerkając na zegarek. Zdusiłam w sobie chęć pozbycia się urządzenia i ułożenia na nowo w miękkiej pościeli, zgadzając się spotkać z nim przed Los Diego, skąd mógł zabrać nas w bardziej odpowiednie miejsce na tego typu dyskusje. Lepiej było chwilowo nie zapraszać go w pobliże domu. Nie zawracałam sobie głowy przebieraniem się, w końcu nie zależało mi na zrobieniu na nim wrażenia. Przed wyjściem uczesałam jedynie włosy, które po drzemce przypominały stóg siana. Drogę do Los Diego pokonałam w rekordowym tempie, dzięki czemu byłam na miejscu pierwsza. Rider zjawił się na swoim motorze kilka minut później.

Jechaliśmy doskonale znanymi mi ulicami i tym razem wiedziałam dokąd mnie zabierał. Poza nadmierną prędkością chłopak jechał przyzwoicie, gdy w pewnej chwili z dość bliskiej odległości padł strzał. W reakcji na towarzyszący mu huk wzdrygnęłam się, odruchowo mocniej ściskając Ridera w pasie i obejrzałam się do tyłu. Zajęło mi kilka sekund uświadomienie sobie, iż to do nas strzelono, ale chłopak zareagował szybciej niż ja zwiększając prędkość i usiłując zgubić jadący za nami czarny samochód. Z okna pasażera wciąż wychylał się mężczyzna z ciemnym kształtem w dłoni, który musiał być bronią.

– Rider? – zawołałam go nie wiedząc, co robić.

To nie była moja pierwsza strzelanina, ale z całą pewnością pierwsza, podczas której nie stałam na ziemi mając jakiekolwiek szanse obrony przed napastnikiem. Tym razem siedziałam na motorze Ridera kompletnie odsłonięta, a za nami jechało auto z niewiadomą liczbą osób w środku, że o ich uzbrojeniu nie wspominając. Serce zaczęło bić mi w szaleńczym tempie w skutek nagłego skoku adrenaliny. Ze zgrozą myślałam o tym, iż z naszej dwójki to ja byłam w bardziej niekorzystnej pozycji, ponieważ znajdowałam się pomiędzy Riderem, a jego napastnikami, przyciśnięta do pleców chłopaka osłaniając je własnym ciałem.

– Muszę ich zgubić – doszedł mnie jego głos. Był wyraźnie wkurwiony, jednak tym, co mnie zastanowiło był cień niepokoju kryjący się w jego głosie, kiedy slalomem wymijał samochody przed nami.

Część kierowców trąbiła w proteście przeciwko jeździe zarówno naszej, jak i tych, którzy nas ścigali, ale żadne z nas nie zwracało na to uwagi. Rider nawet na moment nie stracił opanowania prowadząc tak, by uniknąć wszelkich kolizji i zgubić pościg. Ja za to przeklinałam w duchu swoją bezradność żałując, iż nie miałam przy sobie pistoletu. Nigdy wcześniej nie strzelałam poruszając się z taką prędkością, co najwyżej będąc w biegu, dlatego nawet z bronią istniało spore ryzyko, że nie potrafiłabym trafić do celu. Jednak chłód stali pomógłby mi się uspokoić oraz dodałby mi pewności.

Straciłam rachubę ile razy już skręcaliśmy w inne ulice, kiedy ponownie ten sam mężczyzna oddał drugi strzał, który na szczęście również nie trafił. Byłam wdzięczna jakiejkolwiek sile wyższej, która była aktualnie po naszej stronie nie pozwalając nam zginąć. Chwilę po oddaniu drugiego strzału samochód zaczął stopniowo zwalniać, aż w końcu zgubiliśmy go czy też raczej to on pozwolił nam zniknąć.

– Co to do cholery było?! – wydarłam się, kiedy stanęłam na chodniku zaraz po tym, jak Rider zaparkował gasząc silnik. – Mogliśmy zginąć, gdyby nie to, że facet najwyraźniej miał kiepski cel!

– On nie spudłował – po tym oświadczeniu uniosłam brew w niemym pytaniu nie rozumiejąc, co w takim razie miał na myśli. – Nie celował bezpośrednio w żadne z nas, ponieważ to było tylko ostrzeżenie.

28. Problem

– Co kurwa?! – krzyknęłam całkiem wyprowadzona tą informacją z równowagi.

Byłam wściekła nie dlatego, że ktoś właśnie do nas strzelał i mogłam zginąć, ani nawet dlatego, iż w rzeczywistości chwilę wcześniej nie groziło mi żadne niebezpieczeństwo. Byłam wściekła, ponieważ w końcu dotarło do mnie, co oznaczało wejście w świat Ridera. To było, jak cios, którego się spodziewałam, ale i tak nie miałam pojęcia skąd nadszedł. W dodatku przecież każdy od samego początku powtarzał mi, że ten chłopak to same kłopoty. Do cholery! Nawet ja sama o tym wiedziałam, a mimo to bez mrugnięcia pozwoliłam mu wejść z butami w moje życie. W pewnym sensie oczywiście, ponieważ jakkolwiek to pokręcone zaufanie między nami działało, żadne z nas nie było skore do głębszych zwierzeń.

– Chcesz powiedzieć – zaczęłam ponownie, tym razem nieco spokojniej, – że te gnojki strzelały w nas – celowo zaakcentowałam to słowo, – ponieważ mieli problem z tobą?

W tej chwili naprawdę żałowałam, iż nie miałam broni, żeby strzelić w ten jego durny, seksowny tyłek. Chociaż mogłam się założyć, iż nawet z blizną w takim miejscu nie narzekałby na brak zainteresowania ze strony kobiet. Większość z nich najpewniej nawet, by jej nie zauważyła zbyt zajęta tym, co miał z przodu.

– Właściwie to chodziło raczej o akcję, którą zlecił mi Lucas – nie dość, iż nie wyglądał na przejętego, to nawet głos mu nie zadrżał. Jak wiele razy musiał znaleźć się w podobnej sytuacji i czy ja potrafiłabym znieść to z taką łatwością godząc się na bycie przy nim?

– Jeszcze jedna taka rewelacja, a ci przywalę – ostrzegłam piorunując go morderczym spojrzeniem, ale on nic sobie z tego nie robił.

Westchnął ciężko wyciągając z kieszeni komórkę, po czym oddalił się kilka kroków. Nie, żebym miała ochotę podsłuchiwać z kim i o czym rozmawiał. W tym wypadku byłam szczęśliwa trwając w błogiej niewiedzy. Chociaż zapewne dzwonił do Arcos’a powiedzieć mu o tym, co miało właśnie miejsce. Jak by nie było ten atak właśnie przeciwko niemu był skierowany, co dla mnie było kolejnym powodem na i tak już długiej liście powodów, dla których uważałam Arcos’a oraz Kings’a za najgorsze szumowiny w tym mieście. Ja przynajmniej nie atakowałam niewinnych, a z całą pewnością taka byłam w ich konflikcie.

– Nie powiedziałem mu o tobie, ale i tak sądzę, że najlepiej jeśli przez kilka dni nie będziesz się ode mnie oddalać – poinformował mnie, jak tylko skończył rozmowę i na powrót znalazł się przede mną. – Szanse na to, że cię nie rozpoznali są raczej niewielkie.

Jak tylko skończył mówić natychmiast zamachnęłam się i walnęłam go pięścią w twarz nie mogąc się już dłużej przed tym powstrzymać. Na swoją obronę miałam to, iż w pełni sobie zasłużył i to nie raz, a ja i tak wykazałam się anielskim wręcz opanowaniem robiąc to dopiero teraz. Rider nie spodziewał się uderzenia, więc pod jego wpływem zachwiał się robiąc krok w tył, w celu zachowania równowagi i spojrzał na mnie zaskoczony dotykając jednocześnie dłonią miejsca, w które trafiłam. Byłam dumna z siebie, jak wielką siłę udało mi się w to włożyć, przez co chłopak w najbliższym czasie zmuszony będzie chodzić z ogromnym siniakiem.

– Nie możesz powiedzieć, że cię nie ostrzegałam – wzruszyłam ramionami dając mu do zrozumienia, iż byłam więcej niż chętna do bójki jeśli zamierzał takową wywołać.

W pewnym stopniu pomogło mi się to pozbyć choć części zgromadzonej złości, ale do całkowitego uspokojenia się było mi jeszcze daleko. Rider zaśmiał się, jakby scena przed chwilą zupełnie nie miała miejsca, ale szybko zamilkł krzywiąc się z bólu.

– Masz niezły cios – uniósł drugi kącik ust w uśmiechu wyraźnie mi schlebiając. Jakoś nie czułam z tego powodu wyrzutów sumienia.

– Czy teraz możemy dokończyć naszą rozmowę? – spytał poważnie, wbijając we mnie spojrzenie swoich brązowych oczu.

Odetchnęłam głęboko, ponieważ w ostatnim czasie w moim życiu wydarzyło się tak wiele, iż powoli przestawałam dawać sobie z tym radę. Traciłam kontrolę nad wszystkim, co tak starannie usiłowałam zbudować i było to przerażające uczucie. Już dawno nie czułam takiej bezsilności. Chciałam to naprawić, jednak nie wiedziałam, jak i powoli zaczynałam obawiać się samej próby zrobienia tego.

– To nie najlepszy pomysł. Mam coś ważnego i nie mogę się teraz rozpraszać – odpowiedziałam mu i jedynie w jego oczach na moment dostrzegłam zawód.

Zacisnęłam szczękę myśląc o Damonie. On był moim przyjacielem i nawet teraz, kiedy nie chciał mnie widzieć nadal pozostał ważną dla mnie osobą. To jemu należało się pierwszeństwo. Zadzwonił mój telefon, co przyjęłam z ulgą. Ktokolwiek do mnie dzwonił byłam obecnie za to wdzięczna w myślach nawet, jeśli byli to moi rodzice. Na szczęście na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie, które dosyć niedawno przypisałam do numeru Iron.

– Co jest? – spytałam zamiast powitania, ale większość naszych rozmów telefonicznych odbywała się bez powitań czy pożegnań. Po ostatnim niepewnym pogodzeniu nadal część mnie obawiała się rozmowy z nią.

– Dzwoniłam do Damona i wiem, że jest w domu – powiedziała zadziwiająco spokojnie, jak na nią. Najwyraźniej zdała sobie sprawę, że w tym wypadku jej wybuchowe emocje raczej jedynie wszystko utrudnią. – Zamierzam porządnie go zjebać i zastanawiałam się, czy do mnie dołączysz.

– Postaram się być za jakieś dwadzieścia minut – odpowiedziałam jej oceniając ile czasu potrzebowałam na dotarcie do mieszkania chłopaka z mojej obecnej lokalizacji.

Rozłączyłam się, schowałam telefon na powrót do kieszeni spodni i zwróciłam się do Ridera z prośbą podwiezienia mnie pod odpowiedni budynek. Jeśli miał coś przeciw nie dał tego po sobie poznać. Tym razem pokonaliśmy drogę bez niespodziewanych przygód i niecałe pół godziny później chłopak zaparkował przed kamienicą, skąd mogłam dostrzec opierającą się o ścianę koło wejścia przyjaciółkę. Dobrze, że był tu wcześniej, ponieważ wiedział, jakimi drogami poruszać się, aby uniknąć korków.

– Co właściwie się stało? – zerknął na Iron, potem znów na mnie. Obie nie skakałyśmy z entuzjazmu na myśl o wizycie u Damona, co bez problemu zauważył.

Nawet z tej odległości wyraźnie widać było, jak wściekła była Iron. Czerwone końce jej włosów tylko dodatkowo dodawały osiągniętej już przez kolczyki drapieżności jej delikatnej twarzy. Nie byłam pewna, czy chciałam powiedzieć mu o moim najnowszym odkryciu i problemie, jaki się z tym wiązał. Rider był, czymś w rodzaju przyjaciela, a mimo to nadal część mnie sprzeciwiała się przeciwko wciągnięciu go tak głęboko w swój świat.

– Bones? – zapytał ponownie, gdy nie odpowiedziałam.

Zmarszczył brwi wyglądając na naprawdę zaniepokojonego, co było śmieszne biorąc pod uwagę, jak mało mogłam w rzeczywistości znaczyć dla niego ja i moi przyjaciele. Nawet po tych słowach, które odkąd je wypowiedział stały się murem między nami. Nadal nie wierzyłam, iż mówił je zupełnie poważnie, bo w końcu dlaczego chłopak taki, jak on miałby aż tak zainteresować się mną, żeby prosić mnie, abym została jego dziewczyną. Nie użył co prawda tego słowa, ale wyraźnie dał mi do zrozumienia, że myślał o monogamicznym związku ze mną, co było bez sensu. Nie mogłam przecież być dla niego, aż tak wyjątkowa.

– Chodzi o Damona, ale na razie nie mogę powiedzieć nic więcej.

Pokiwał głową, pomimo tego, że wciąż był ciekaw. Zsiadłam z motoru i od razu podbiegłam do Iron, która na mój widok uniosła brew na moment rzucając wymowne spojrzenie w kierunku odjeżdżającego właśnie Ridera.

– Podobno się pokłóciliście – zaczęła żądając wyjaśnień. Myślała, że ją co do tego okłamałam, jednak nie mogłam się na nią za to gniewać. Miała pełne prawo tak sądzić.

– Właśnie dlatego chciał się spotkać, żeby pogadać – wyjaśniłam jej nie wdając się w szczegóły. To mogło teraz poczekać. Damon był od tego ważniejszy.

Oczywiście, gdybym zgodziła się na propozycję Ridera nie było szans, żeby udało mi się to przed nią ukryć, ale miałyśmy teraz inną sprawę do załatwienia, a znałam moją przyjaciółkę na tyle dobrze, by wiedzieć, iż nie ruszyłybyśmy się stąd do jutra, jeśli powiedziałabym jej o wszystkim, co działo się pomiędzy mną i szatynem.

– No to chodźmy – westchnęłam niezbyt zadowolona, chwytając ją jednocześnie pod ramię. Taka sytuacja nigdy nie powinna się wydarzyć. Damon nie mógł tak po prostu dołączyć do Upadłych. Nie mógł zostać jednym z kundli na posyłki Kings’a.

Musiało istnieć jakieś logiczne wyjaśnienie, przekonywałam siebie wspinając się po schodach na odpowiednie piętro. Po kilku niewybrednych komentarzach Iron dotyczących ostatniej renowacji budynku udało nam się w końcu stanąć przed właściwymi drzwiami, w które zapukała mocniej, niż było to konieczne. Chwilę później Damon otworzył je wpuszczając nas bez słowa do środka.

– Bones. Miło, że dołączyłaś – zakpił zaraz później, ale skoro wpuścił mnie do swojego domu nie mógł być aż tak na mnie wściekły.

– To raczej my powinnyśmy być wdzięczne, że znalazłeś dla nas czas – odezwała się sarkastycznie Iron, zaplatając ręce na piersi. Gdyby spojrzenie mogło zabijać chłopak leżałby już martwy od sztyletów, jakie ciskała w jego stronę z zielonych oczu. – Co ci kurwa odjebało, żeby zadawać się z Ronny’m? Nie, wróć! Co ci odjebało, żeby dołączyć do bandy Kings’a?

Z każdym kolejnym słowem coraz bardziej podnosiła głos, aż w końcu po prostu wydzierała się na niego machając rękami. Jak tak dalej pójdzie mogliśmy spodziewać się interwencji ze strony sąsiadów w odpowiedzi na awanturę, która najpewniej za chwilę się rozpocznie.

– To nie wasza sprawa! – wydarł się na nią w odpowiedzi, dla podkreślenia słów uderzając pięścią w ścianę.

Dzięki adrenalinie nawet nie poczuł bólu, ale za jakiś czas z pewnością będzie przeklinał własną głupotę i porywczość. Nie zdziwiłoby mnie nawet, gdyby złamał jakąś kość. Nie mogłam także być zaskoczona jego wybuchem, ponieważ cała nasza trójka była w tej chwili nieźle wkurwiona na siebie nawzajem.

– Przyjaźnimy się do cholery, a ty odwalasz taki numer? – tym razem to ja przejęłam inicjatywę. – Zapomniałeś już, jak kończą ci, którzy do nich dołączają?

Prychnął podchodząc bliżej mnie i dźgnął mnie palcem w pierś.

– Akurat ty nie powinnaś mnie pouczać. Na ile nas zostawiłaś? Miesiąc? Dwa? Miałaś wyjebane na własnych przyjaciół – przy ostatnim słowie zrobił cudzysłów w powietrzu, – żeby puszczać się z gangsterem, a nie podoba ci się, że ja dołączyłem do jednego?

Nie wytrzymałam dłużej i zamachnęłam się trafiając go pięścią w nos. Zaklął cofając się, a krew zaczęła spływać z rany. Otarł ją najpierw wierzchem dłoni, a kiedy to niezbyt pomogło sięgnął po ścierkę kuchenną leżącą na blacie. Materiał szybko zrobił się czerwony, a ja powoli zaczynałam żałować tego, co zrobiłam. Nie był to pierwszy raz, kiedy któreś z nas uderzyło drugiego, jednak zawsze istniał do tego jakiś ważny powód. Teraz po prostu pozwoliłam emocjom przejąć nade mną kontrolę i poczułam się fatalnie na tą myśl. Damon zaciskał szczękę napinając mięśnie twarzy, przez kilka minut pozostając cicho. Gdy się odezwał jego głos był cichy, nie znoszący sprzeciwu i zawierał niewypowiedzianą groźbę tego, co miało zdarzyć się, jeśli go nie posłuchamy.

– Wynoście się. Obie – mocno zaakcentował ostatnie słowo dając nam jasno do zrozumienia, iż nie chciał w tym momencie widzieć żadnej z nas. Nie dziwiłam się jego reakcji na mnie, ale nie rozumiałam, czemu nie chciał wysłuchać nawet Iron.

– Damon wiesz, że – zaczęła spokojniej, wręcz niemal płaczliwie dziewczyna, ale przerwał jej ponownie krzycząc.

– Wynoście się! Nie chcę tu więcej widzieć żadnej z was!

Dla podkreślenia swoich słów wyminął mnie otwierając szeroko drzwi. Spieprzyłyśmy czy raczej to ja spieprzyłam, więc bez słowa wyszłyśmy z mieszkania. Drzwi natychmiast zatrzasnęły się za nami, na co dziewczyna obok mnie westchnęła.

– Nie tak to miało wyglądać – przemówiła prawie szeptem, grobowym tonem nadal wpatrując się w drewnianą powierzchnię.

– Wiem – przyznałam równie cicho, patrząc na nią przepraszająco. – Przepraszam.

Słysząc mój głos rzuciła mi szybkie, nieodgadnione spojrzenie zanim ruszyła po schodach w dół nie oglądając się za siebie.

– Dajmy mu czas. Jestem pewna, że nie minie go dużo zanim zrozumie – nie wiedziałam, czy chciała przekonać tym siebie czy mnie.

Tyle, iż wówczas może być już za późno, przeszło mi przez myśl. Nie powiedziałam tego jednak głośno wiedząc, że przyjaciółka miała te same obawy.

29. Niecodzienny widok

Przez kolejne dni żadna z nas nie miała wieści od Damona, który chyba naprawdę zamierzał całkowicie odciąć się od nas. Następnego dnia po wizycie u niego wbrew swoim wcześniejszym słowom Iron zadzwoniła do niego, ale nawet nie odebrał, zamiast tego odrzucając połączenie. Ja za to wyjątkowo siedziałam w domu spędzając ten czas w pokoju, albo z bratem przed telewizorem, słuchając jej późniejszej relacji przez telefon. Wszystko przez to, iż przez ostatni czas Danny i ja rzadko przebywaliśmy razem w jednym pomieszczeniu dłużej niż kilka minut, więc chciałam chociaż w części to nadrobić. Teraz jednak leżałam na łóżku w swoim pokoju słuchając piosenki, którą znalazłam niedawno na jednej z internetowych stron. Poza tym usiłowałam skupić się na treści książki historycznej, którą wypożyczyłam z biblioteki, żeby napisać ten głupi esej. Wychodziło mi to raczej kiepsko, ponieważ ani trochę nie interesowałam się historią i zbyt często musiałam korzystać z internetu w celu znalezienia dodatkowych informacji.

– Co robisz? – spytała Iron wchodząc do mojego pokoju bez pukania. Zaskoczyła mnie tą niezapowiedzianą wizytą, ale nie dałam po sobie tego poznać.

Nie była to jej pierwsza wizyta w moim domu, jednak rzadko tu przebywała. Moi rodzice nie lubili żadnego z moich znajomych i wyraźnie dali mi do zrozumienia, iż nie życzyli sobie ich obecności w tym domu, dlatego starałam się ograniczyć takie wizyty do minimum. Miałam serdecznie dość wysłuchiwania ich wiecznych pretensji, narzekań i kazań związanych z tym, z kim się zadawałam. Jeszcze tego brakowało, abym pozwalała im wybierać mi przyjaciół.

– Usiłuję napisać ten esej – odpowiedziałam nie patrząc w jej stronę, a chwilę później poczułam, jak łóżko zapadło się, kiedy położyła się obok mnie. – A ty?

Czułam na sobie jej wzrok, ale ignorowałam to przyzwyczajona do tego, iż ludzie często się na mnie patrzyli. Byłam w końcu sławną Bones, więc to całkiem normalne, że wzbudzałam zainteresowanie. Dzieciaki w szkole wciąż szeptały i pokazywały mnie palcami na korytarzach, kiedy myśleli, że tego nie widziałam. Czasem to było po prostu śmieszne, ale nie mogłam już nic z tym zrobić, więc pozostało mi tylko pogodzić się z tym i przywyknąć.

– Ja nawet nie zaczęłam. Myślałam nad tym, żeby kazać komuś napisać go za mnie – zachichotała, a ja domyśliłam się, w jaki sposób zamierzała tę osobę przekonać i raczej nie było to nic miłego dla biedaka, którego wybierze. – Mogłabyś zrobić to samo. Miałabyś dzięki temu czas wyskoczyć do knajpy Cole’a.

Wywróciłam oczami na jej komentarz, przewracając jednocześnie stronę w książce. Litery zaczynały powoli zlewać mi się przed oczami w jedną, wielką, niezrozumiałą dla mnie, czarną plamę. Najwyraźniej potrzebowałam odpoczynku, a pomysł z wypadem do knajpy nie był najgorszy. Chętnie zjadłabym coś niezdrowego, na co nie miałam szans liczyć w tym domu.

– Za dużo z tym roboty – zerknęłam na nią zanim przepisałam kolejne słowo z podręcznika. – Poza tym, jakby nie było to właśnie przez twój pomysł wsadzenia głowy tego dzieciaka do kibla miałam później Donovana na głowie, więc wolę już zrobić to samej.

Usłyszałam jej prychnięcie zanim dosłownie sekundę później zabrała mi książkę zamykając ją i rzucając na podłogę.

– Daj spokój, Bones – rzuciła lekceważąco, na co uniosłam brew. – Wiem, że od kilku dni nie wychodziłaś z domu – zaczęła, a widząc, iż zamierzałam się odezwać uniosła dłoń chcąc dać mi znać, abym pozwoliła jej dokończyć – i nie dziwię ci się, bo sama nie wychodziłam z pokoju. Ja też martwię się o tego idiotę, ale nie możemy porwać go i bić, aż zgodzi się odejść z gangu, więc musimy czekać aż sam zmądrzeje.

Zakładając, że przeżyje do tego czasu, przeszło mi przez myśl, kiedy dziewczyna zamilkła na moment, zaciskając usta w cienką linię. Gdy znów się odezwała jej głos był bardziej zirytowany.

– Nie zamierzam wpędzać się przez niego w depresję i rezygnować z własnego życia. Mam ochotę wyjść z przyjaciółką do baru i dokładnie to zrobię. Nie będę myśleć o Damonie i tym, jak wielkim idiotą jest – dodała z większą pewnością, choć nie wiedziałam, czy bardziej usiłowała przekonać siebie czy mnie.

– Niech ci będzie – wzruszyłam ramionami wstając z łóżka.

Tym razem wyjątkowo wzięłam większą torbę pakując do niej książkę, którą udało mi się wyrwać Iron po chwilowej kłótni oraz zeszyt i coś do pisania. Nie wiedziałam, co miałabym robić jutro, a co dopiero przez cały następny miesiąc, więc zamierzałam zacząć pisać tę pracę już teraz i wykorzystywać do tego każdą wolną chwilę, która się nadarzy.

– Nie mogę uwierzyć, że naprawdę zamierzasz się tam uczyć – powtórzyła już któryś raz z kolei podczas drogi z niedowierzaniem zerkając raz po raz na moją przerzuconą przez ramię torbę.

Nie było sensu jej odpowiadać, ponieważ bez względu na to, co bym jej powiedziała tylko bym ją nakręciła jeszcze bardziej w jej marudzeniu. W końcu udało nam się dotrzeć na miejsce i od razu siadałyśmy przy jednym ze stolików z tyłu, który najczęściej wybieraliśmy zjawiając się tu we trójkę. Wyjęłam z torby portfel i podając Iron pieniądze przekazałam jej moje zamówienie. Podczas, gdy dziewczyna podeszła do lady ja wyjęłam tym razem książkę oraz zeszyt i długopis odnajdując szybko stronę, na której skończyłam. Kilka minut później przyjaciółka zajęła miejsce naprzeciw mnie podając mi napój i informując, że jedzenie będzie gotowe w ciągu dwudziestu minut.

– To raczej niecodzienny widok – tak bardzo pochłonęła mnie ta praca, że dopiero donośny, rozbawiony głos Cole’a, który trzymał przed nami talerze z jedzeniem uzmysłowił mi, ile czasu minęło.

Uniosłam na niego wzrok widząc, iż wpatrywał się to we mnie, to w książkę, jakby nie mógł uwierzyć, że naprawdę się tu uczyłam. Pokręciłam głową.

– Bardzo śmieszne – zakpiłam jednocześnie odsuwając na bok swoje rzeczy, żeby zrobić miejsce. – Podaj nam lepiej te talerze.

Posłusznie mężczyzna postawił naczynia na stole i niespodziewanie dla naszej dwójki usiadł obok mnie. Dzięki temu mogłam dostrzec, iż jego odrosty były teraz znacznie dłuższe, niż kiedy widziałam go ostatnim razem i zastanowiłam się, czemu nie udał się jeszcze do fryzjera. Zazwyczaj nie dopuszczał do tego, by były tak długie, ale ostatnio z nim nie rozmawiałam, więc mógł po prostu zmienić styl, albo zwyczajnie zrezygnować z kolejnego farbowania. W sumie jego bardziej naturalny kolor włosów całkiem mu pasował, ale on i Iron mieli dziwne podejście w tej kwestii, którego chyba nigdy nie udałoby mi się zrozumieć.

– Chyba jeszcze nigdy nie widziałem tu dzieciaka z książką – kontynuował opierając łokcie na blacie. – W dodatku skoro pierwszy zaszczyt przypadł tobie tym bardziej powinienem zrobić zdjęcie i powiesić je na ścianie.

– Jeśli chcesz, żeby którejś nocy ta knajpa przez przypadek spłonęła to nie krępuj się – wzruszyłam ramionami chwytając w dłonie sztućce. Mój głos mógł być spokojny, jednak mężczyzna wiedział, iż była go groźba, którą byłam w stanie spełnić.

Zaśmiał się i zrobił coś, za co komukolwiek innemu przynajmniej połamałabym rękę. Zmierzwił mi włosy z szerokim uśmiechem.

– Coś mnie ominęło? – niespodziewanie koło nas rozległ się głos niezbyt zadowolonego z jakiegoś powodu Ridera.

Spojrzałam znad talerza na chłopaka, który mało przyjaznym spojrzeniem wpatrywał się w Cole’a, który po chwili bez słowa wstał zostawiając naszą trójkę, a ten odprowadził go wzrokiem zanim zajął jego miejsce obok mnie.

– Nie sądziłem, że tak dobrze się znacie – powiedział niby od niechcenia, ale mogłam wyczuć, iż chodziło mu o coś więcej.

Nie wiedziałam tylko, o co. Być może miał swojemu podwładnemu za złe, że spędzał z nami czas zamiast pracować, skoro Łowcy czasem używali jego knajpy do swoich interesów, albo miało to związek z jakimiś ich prywatnymi porachunkami. Nie miałam pojęcia i nie chciałam drążyć.

– Co tu robisz? – zwróciłam się do niego jednocześnie sięgając po sól do frytek.

Cole wiedział, że nienawidziłam ich z ketchupem, więc nigdy mi go nie dawał, ale jeśli chodziło o sól mogłam wysypać na nie pół cholernej solniczki i dalej twierdziłam, że nie są dostatecznie słone. Takie moje małe dziwactwo, przez które dwójka moich przyjaciół już dawno nauczyła się nie podkradać mi pewnych przysmaków z talerza.

– Iron napisała, że tu będziecie.

Zerknęłam na dziewczynę unosząc brew. Zastanawiało mnie, od kiedy tych dwoje zaczęło wymieniać się wiadomościami i zapraszać do wspólnego spędzania czasu. Gdyby moja przyjaciółka nie była lesbijką zaczęłabym podejrzewać, iż naprawdę napaliła się na Ridera. Chociaż ta opcja chyba bardziej by mi odpowiadała niż ich nagła, równie niespodziewana przyjaźń, którą najwyraźniej zawarli. Łatwiej byłoby mi go odepchnąć, gdyby się pieprzyli.

– Nawet o tym nie myśl – zagroziłam zaraz po tym, jak uderzyłam go w dłoń, kiedy chciał zabrać mi frytkę. – Jedzenie jest jedną z tych rzeczy, którymi się nie dzielę.

– A co jeszcze zalicza się do tej listy? – spytał zaczepnym tonem uśmiechając się, ale jego oczy pozostały poważne, gdy wpatrywał się nimi intensywnie w moje. – Po co ci to?

Zmieniając temat wskazał na przybory, które wciąż leżały na stole czekając, aż ponownie poświęciłabym im uwagę.

– O to samo jej pytałam – marudziła Iron wbijając widelec w swoje frytki i maczając je w ketchupie.

Przewróciłam oczami ignorując ich oboje. Rozumiałam, iż widok mnie z książką, uczącej się mógł być dla mojej przyjaciółki rzadkością i że Rider także nie widział w tym żadnego sensu, ale nie musieli zachowywać się, jakby oznaczało to wręcz koniec świata.

Nie żyłam z wizją przejęcia rodzinnego biznesu i nie wróżyłam sobie kariery w biznesie, polityce czy innym poważanym zawodzie pozwalającym zarabiać fortunę. Właściwie nie miałam najmniejszego pojęcia, co chciałam robić w życiu, ponieważ nic nie wydawało mi się na tyle interesujące, aby wykonywać to przez kolejne dziesięć lat, a co dopiero resztę życia. Do cholery za rok miałam iść do college’u, a wciąż nie potrafiłam zdecydować, który z nich wybrać. Jednak gdzieś w środku ta część mnie, której nie pokazywałam nikomu nie chciała zawalić wszystkiego już na starcie. Nie chciałam powtarzać roku w liceum, nie chciałam całkowicie rezygnować ze studiów czy znaleźć się w kiepskiej pracy zmuszona do niej wizją rachunków do zapłacenia. Nie miałam najmniejszego pomysłu na własne życie, ale lepiej czułabym się ze sobą, gdybym w tej pogoni to ja odrzucała dostępne dla mnie możliwości, które mi dawano niż gdyby miały one wcale nie istnieć.

– Co powiecie na kręgle? – zaproponował Rider, a Iron natychmiast ochoczo pokiwała głową znad swojego hamburgera. Ja również się zgodziłam, ale następne słowa chłopaka ostudziły nasz entuzjazm. – Dajcie znać Damonowi, to znów zagramy dwoje na dwoje.

Wymieniłyśmy znaczące spojrzenia zanim przyjaciółka przełknęła odkładając jedzenie na talerz.

– Nie możemy.

Na ton jej głosu szatyn uniósł brew przenosząc spojrzenie z niej na mnie i z powrotem. Wzięłam głęboki wdech zmuszając się do wypowiedzenia słów, które nie chciały nawet przejść mi przez gardło. Słów, których nigdy nie spodziewałam się wypowiedzieć w odniesieniu do żadnego z nich, a które raniły moje serce w sposób, jakiego nie spodziewałam się rozpoczynając naszą znajomość.

– On należy teraz do Upadłych.

Po moim oświadczeniu zapanowała chwilowa cisza, podczas której Rider wyraźnie nad czymś się zastanawiał. Nie pytałam go o to bojąc się, iż znałam odpowiedź na swoje pytanie. Nie miałam pojęcia, co sądził o moich przyjaciołach. Naprawdę ich polubił czy tolerował ich jedynie przez wzgląd na mnie i to, że chciał stworzyć między nami jakąś głębszą relację z sobie tylko znanych powodów. Gdybym go jednak zapytała nie wiedziałam, czy zniosłabym bezwzględne oświadczenie, w którym chłopak zapowiedziałby śmierć jednej z najbliższych mi osób. Nie byłam naiwna, żeby wierzyć w bezpieczeństwo Damona. Członkowie gangów nieustannie ryzykowali życiem o wiele bardziej od przeciętnych ludzi i było jedynie kwestią czasu, gdy Damonowi przytrafi się jakiś wypadek, ale myśl o tym, iż to właśnie Rider miałby być jego sprawcą z nieznanych mi powodów powodowała u mnie ból.

Rider już otwierał usta chcąc coś powiedzieć, kiedy rozdzwonił się mój telefon. Biorąc pod uwagę, iż dwoje z czworga ludzi, którzy mogliby do mnie dzwonić było obok, a trzeci z nich jasno dał do zrozumienia, by odpieprzyć się od jego życia spodziewałam się tylko Danny’ego. Niestety zerkając na ekran nie rozpoznałam numeru, dlatego ze zmarszczonymi brwiami opuściłam lokal zanim odebrałam połączenie.

– Tak? – zapytałam zastanawiając się, czego mógł dotyczyć ten telefon i od kogo był.

– Dzień dobry, czy rozmawiam z Elizabeth Stone? – spytał męski głos, którego nigdy wcześniej nie słyszałam. Brzmiał wyjątkowo poważnie, co mnie zaniepokoiło, więc potwierdziłam dopiero po upływie kilku sekund. – Jestem doktor Firel i dzwonię ze szpitala miejskiego w Saint Marine. Damon Evans trafił do nas kilka godzin wcześniej w ciężkim stanie po strzelaninie, w której zapewne brał udział. Został natychmiast przetransportowany na salę operacyjną.

Zmroziło mnie, a serce zwolniło rytm gubiąc przy okazji kilka uderzeń.

– Co z nim? – przerwałam lekarzowi głosem, w którym nie mogłam rozpoznać własnego.

– Przykro mi. Pan Evans zmarł zaraz po rozpoczęciu operacji.

30. Śmierć

Stałam przed lustrem ubrana w czarno-granatową sukienkę z weluru już chyba piąty raz usiłując zrobić równą kreskę na prawej powiece. Musiałam jeszcze użyć cienia, a miałam coraz mniej czasu, co wcale mi nie pomagało. Na szczęście włosy już wcześniej związałam w kok unikając opadających mi na oczy kosmyków, które jeszcze bardziej by mi przeszkadzały. Gdy w reszcie udało mi się skończyć makijaż westchnęłam po raz ostatni przyglądając się sobie. Oficjalnie byłam gotowa do wyjścia, ale wewnętrznie nie byłam w stanie zrobić choćby kroku w stronę drzwi. Straciłam przyjaciela, a okoliczności w jakich się rozstaliśmy będą mnie już do końca życia prześladować wywołując poczucie winy. Dlatego nie byłam gotowa tam iść, ponieważ musiałabym przyznać, iż Damon nie żył.

– Liz – Danny pojawił się w progu wyglądając na przygnębionego, chociaż była to po prostu jego reakcja na mój stan. – Przyjechali twoi przyjaciele.

Kiwnęłam głową, a on odszedł dając mi jeszcze chwilę, podczas której odetchnęłam głęboko i zamrugałam odganiając zbierające się w oczach łzy. Nigdy nie przyznałam, jak ważni byli dla mnie w rzeczywistości Iron oraz Damon, nigdy im tego nie powiedziałam, a teraz nie miałam już okazji. Już nigdy nie będę miała okazji porozmawiać i przeprosić przyjaciela. Dusząc się od tłumionych łez ruszyłam do drzwi mojej sypialni. Na dół zeszłam po tym, jak zabrałam jeszcze leżącą na łóżku torebkę. Pokonując kolejne stopnie w dół czułam się, jakbym z każdym kolejnym rozpadała się coraz bardziej. Gdy dotarłam na sam dół zacisnęłam dłoń na poręczy i użyłam całej wewnętrznej siły, którą posiadałam, aby zebrać się w sobie i nie pokazać, jak cierpiąca obecnie byłam.

Rider zaoferował, że zabierze nas na pogrzeb, za co obie z Iron byłyśmy mu wdzięczne. Same chyba nigdy nie zmusiłybyśmy się do dotarcia tam, a byłyśmy to przecież winne Damonowi. Teraz oboje czekali na mnie w czarnym aucie przed moim domem, do którego pospiesznie wsiadłam zajmując tylne siedzenie. Nawet kolor jego samochodu idealnie wpasowywał się w nastrój dzisiejszego dnia. Żadne z nas nie odezwało się podczas drogi. Ja z Iron byłyśmy pogrążone we własnych nieprzyjemnych myślach, a Rider pewnie i tak nie wiedział, co miałby powiedzieć. W końcu nic nie mogło go nam już zwrócić.

– Myślisz, że przyjdą? – zwróciła się do mnie Iron, kiedy staliśmy przed wejściem na cmentarz.

Wiedziałam, iż miała na myśli jedyną rodzinę, jaką posiadał Damon, a z którą od lat nie rozmawiał. To dlatego ja i Iron byłyśmy jego kontaktem awaryjnym, chociaż zaskoczyło mnie to, iż lekarz zadzwonił do mnie zamiast niej. Powiadomiłyśmy oczywiście każdego z jego żyjących krewnych, do którego miałyśmy kontakt o jego śmierci, ale nie miałyśmy pojęcia, czy zdecydują się przyjechać biorąc pod uwagę ich wzajemne relacje.

– Ważne, że my będziemy. Zresztą – odwróciłam wzrok od niej zerkając na bramę z żelaza – i tak to my byłyśmy jego rodziną przez ostatni czas – przyjaciółka pokiwała głową, po czym chwyciła mnie za rękę ruszając przed siebie. Musiała znosić to o wiele gorzej ode mnie, no ale znała Damona dłużej niż ja.

Okazało się, że część z rodziny Damona zdecydowała się jednak zjawić. Kilku z nich kiwnęło głowami w naszą stronę w formie powitania, a inni całkowicie nas zignorowali. Dla mnie nie miało to znaczenia. Nie, gdy patrzyłam na drewnianą trumnę powoli umieszczaną w dole i zakopywaną kolejnymi warstwami ziemi. Nie słyszałam żadnego ze słów wypowiedzianych przez kapłana. Cała moja uwaga skupiona była na trumnie, w której spoczywało ciało mojego przyjaciela i od której nie potrafiłam oderwać wzroku nawet, kiedy prowizoryczny, drewniany krzyż został już wbity w ziemię, a rodzina Damona zaczęła się rozchodzić. Ja stałam nadal w bezruchu tłumiąc w sobie cierpienie spowodowane jego stratą. Mój przyjaciel był martwy tak, jak część mojej duszy, która odeszła wraz z nim. Śmierć była tym, co nas połączyło i śmierć stała się tym, co nas rozdzieliło. W więcej niż jednym znaczeniu. Już kolejny raz zmuszona byłam patrzeć, jak ktoś ważny dla mnie na zawsze znikał z tego świata. Nie odwróciłam się, ale wiedziałam, że gdybym to zrobiła z łatwością odnalazłabym wzrokiem kolejny z nagrobków, które wyryte będą w moim sercu do końca mojego życia.

– Powinnyśmy jakoś go uczcić – dotarł do mnie cichy, zbolały głos Iron przywołując mnie tym samym do rzeczywistości. Lance mógł to rozpocząć, jednak dzisiaj to nie o niego chodziło.

– Jego matka mówiła coś o obiedzie – przypomniałam sobie ten szczegół, o którym mówiła podczas naszej rozmowy pytając o odpowiednie do tego miejsce w tym mieście, którego nie znała, w którym przyszło żyć jej synowi.

Nie wiedziałam czemu nie chciała urządzić spotkania w mieszkaniu Damona. Z jakiegoś powodu kobieta stanowczo temu zaprzeczyła, ale jeśli miałam być wobec siebie szczera ja także jej tam nie chciałam. To miejsce należało do Damona, który stworzył z niego swój dom, swój azyl. Pozwolić, by ci ludzie tam weszli byłoby w moich oczach zniewagą względem niego zwłaszcza po tym, iż żadne z nich nie wydało mi się specjalnie przejęte jego śmiercią.

– Już nie mogę się doczekać – rzuciła z sarkazmem Iron. – Oni nawet nie zadali sobie trudu, żeby zadzwonić do niego po tym, jak wyprowadził się z domu. Nie ma mowy, żebym poszła z nimi.

– Wiem – powiedziałam przerywając jej wywód zanim rozkręciłaby się na dobre. Gotowa byłaby jeszcze pobiec za nimi i pobić ich. – Chodźmy do jego mieszkania. Tam przynajmniej będziemy mieli spokój.

Rider posłusznie zabrał nas do mieszkania Damona, które według słów właściciela było opłacone jeszcze do końca miesiąca, co dało nam czas na zajęcie się wszystkimi jego sprawami. Rodzice chłopaka nie chcieli nawet tu wejść, więc nie sądziłyśmy, aby zależało im na jakichś pamiątkach po synu. Będąc na miejscu Rider odnalazł w jednej z szafek nieotwartą jeszcze butelkę wódki, a Iron włączyła ulubioną piosenkę Damona ustawiając ją tak, by leciała w kółko od nowa. Usiedliśmy w salonie wznosząc toast.

Całkiem nieźle już wstawieni, ponieważ każde z nas miało problemy z poruszaniem się po linii prostej wpadliśmy na pomysł uporządkowania jego rzeczy. Na pierwszy ogień poszła sypialnia, z której całą pościel i większą część ciuchów wrzuciliśmy do worków. Wymagało to od nas nie lada wysiłku, skoro z trudem staliśmy prosto, ale jednak nam się to udało. Natomiast te z jego rzeczy, jak książki czy płyty nadające się jeszcze do użytku miałyśmy z Iron zanieść w odpowiednie miejsca. Resztę również wyrzuciłyśmy. Biorąc pod uwagę naszą kiepską koordynację oraz to, iż prawie przy każdej rzeczy opowiadałyśmy związane z nią wspomnienia zajęło nam to niemal całą noc, podczas której Iron kilkakrotnie płakała.

– Żałuję, że jednak nie zamknęłyśmy go tutaj i nie stłukłyśmy – wyznała przez łzy zanim zamknęła oczy zasypiając.

– Grzesznicy nigdy nie zaznają spokoju – powtórzyłam wypowiedź Lance’a, której nie zrozumiałam słysząc po raz pierwszy. Pogładziłam przyjaciółkę po włosach przez oczami mając smutną twarz starszego z moich braci, w chwili, w której wypowiedział do mnie te słowa. Czy ty też nosiłeś w sercu podobne zbrodnie Lance? – Śpij kochana.

Obudziłam się czując suchość w ustach. Wstałam przeciągając się i doszłam do wniosku, że łóżko wcale nie było wygodne. Rider miał szczęście, iż przypadła mu kanapa. Uważając, aby nie obudzić wciąż śpiącej przyjaciółki wymknęłam się z sypialni zamykając drzwi i przeszłam do łazienki. Musiało być jeszcze wcześnie, ale mimo to wzięłam szybki prysznic zakładając wczorajsze ubrania, po czym udałam się do kuchni przygotować śniadanie jednocześnie starając się nie obudzić śpiącego zaledwie kawałek dalej chłopaka. Zdecydowałam się na naleśniki, ponieważ w lodówce znalazłam sos czekoladowy.

Gdy wszystko było już gotowe, a ja piłam trzecią z kolei herbatę, gdyż w całym mieszkaniu nie było nawet ziarenka kawy postanowiłam obudzić pozostałą dwójkę. Najpierw podeszłam do Ridera kucając przed kanapą dzięki czemu miałam lepszy widok na jego twarz. Kiedy spał można było pomyśleć, iż krążące na jego temat opowieści były brednią, ponieważ wyglądał tak spokojnie. Jego podchodzące pod ciemny brąz włosy opadały mu częściowo na twarz, a brązowe, przenikliwe oczy ukryte były za powiekami. Pomimo tego nadal był przystojny, a jeśli znało się go wystarczająco dobrze wiedziało się, iż ten pozorny spokój mógł w każdej chwili zamienić się w burzę. Teraz jednak przyglądałam się jego twarzy, jakbym widziała go po raz pierwszy w życiu poświęcając uwagę każdej jej linii.

Gdy wszystko było już gotowe, a ja piłam trzecią z kolei herbatę, gdyż w całym mieszkaniu nie było nawet ziarenka kawy postanowiłam obudzić pozostałą dwójkę. Najpierw podeszłam do Ridera kucając przed kanapą dzięki czemu miałam lepszy widok na jego twarz. Kiedy spał można było pomyśleć, iż krążące na jego temat opowieści były brednią, ponieważ wyglądał tak spokojnie. Jego podchodzące pod ciemny brąz włosy opadały mu częściowo na twarz, a brązowe, przenikliwe oczy ukryte były za powiekami. Pomimo tego nadal był przystojny, a jeśli znało się go wystarczająco dobrze wiedziało się, iż ten pozorny spokój mógł w każdej chwili zamienić się w burzę. Teraz jednak przyglądałam się jego twarzy, jakbym widziała go po raz pierwszy w życiu poświęcając uwagę każdej jej linii.

Dostrzegłam niewielką bliznę przecinającą górną część prawej brwi, której jasny odcień nie pozostawiał wątpliwości, iż miał ją od dawna. Być może nawet dorobił się jej, jako dziecko. Wizja Ridera, jako małego chłopca już wtedy gotowego pobić każdego, kto stał mu na drodze wywołała uśmiech na mojej twarzy. Delikatnie odgarnęłam opadające mu na twarz kosmyki włosów zastanawiając się, kim tak właściwie był ten chłopak. Dla większości miasta po prostu niebezpiecznym gangsterem, dla Arcos’s prawą ręką, a dla każdego z Upadłych wrogiem. Dla moich przyjaciół zdawał się być przyjacielem, ale kim był dla mnie? Jak miałam określić tego zbyt dumnego siebie, zabawnego chłopaka, który wtargnął siłą do mojego życia dając mi śmiech oraz łzy.

– Rider wstawaj – potrząsnęłam nim usiłując wyrwać go ze snu.

Chwilę później uniósł powieki przez jedną sekundę pozwalając mi dojrzeć w nich zdezorientowanie zanim jego odczucia znów stały się dla mnie zagadką. Zamrugał i usiadł kiedy nieznacznie się odsunęłam.

– Zrobiłam śniadanie – oznajmiłam i nie patrząc na niego udałam się do sypialni.

Potrząsnęłam głową będąc pewną, iż nie mógł tego zobaczyć, wyrzucając sobie nagłą chęć pocałowania go wywołaną jego zagubionym spojrzeniem. Zbliżenie się do niego było złe na tak wiele sposobów dla nas obojga. Jego i mnie nieustannie otaczała śmierć, więc dla własnego dobra powinniśmy trzymać się nawzajem z daleka. Znacznie mniej delikatnie przywróciłam świadomość dziewczynie, która przecierała obecnie powieki wciąż ziewając, po tym, jak poinformowałam ją o śniadaniu.

– Rusz się inaczej nic ci nie zostawię.

Iron w odpowiedzi wystawiła w moją stronę środkowy palec, ale posłusznie wstała. Ziewając dotarła do kuchni, w której Rider już siedział przy stole popijając herbatę. Dołączyłyśmy do niego.

– Będzie mi brakowało tego miejsca – oznajmiła Iron po posiłku rozglądając się dookoła, podczas gdy ja myłam naczynia.

– Zamierzasz je zatrzymać? – spytałam nie mogąc się powstrzymać. W końcu te cztery ściany zamykały w sobie tak wiele wspomnień, a dla nich dwojga było ich jeszcze więcej i nawet pomimo historii, jakimi czasem się ze mną dzielili miałam świadomość, iż było ich znacznie więcej niż tych, które zbudowaliśmy we troje.

Obie wiedziałyśmy, że pieniądze na jego wynajem nie byłyby szczególnym problemem, kiedy miało się tak bogate rodziny, jak nasze, ale dla mnie przebywanie tu bez Damona nie byłoby już tym samym. Śpiąc w jego łóżku zastanawiałabym się, czy on także uważał je za niewygodne, a siedząc nocą w kuchni rozmyślałabym ile razy on robił dokładnie to samo nie mogąc zasnąć. Myślałabym o tym ile razy któraś z nas spała na kanapie w salonie za każdym razem, kiedy siadałabym na niej, a oglądanie codziennie naszego wspólnego zdjęcia ustawionego obok telewizora byłoby, jak cios pięścią w brzuch. Cholernie bolesne. Wyniszczające.

– To była nasza oaza, ale bez niego to już nie to samo – przyjaciółka westchnęła, a w jej zielonych oczach zamigotał smutek. – Jak sobie z tym radzisz? – zwróciła się do Ridera.

– Ze śmiercią? – wydawał się zaskoczony jej pytaniem, ja też byłam. Nie przypuszczałam, aby dziewczyna była w stanie znaleźć w sobie wystarczającą odwagę na zadanie takiego pytania oraz jeszcze większą na wysłuchanie odpowiedzi.

– Miałam na myśli to, że będąc tyle czasu w gangu na pewno straciłeś przez to jakichś przyjaciół. Jak udało ci się nie biegać po ulicy strzelając do każdego, chcąc się zemścić?

Szatyn zacisnął dłoń mocniej na kubku wyraźnie zastanawiając się nad słowami. Musiał wrócić do mniej wesołych wspomnień sądząc po jego minie zanim z ciężkim westchnieniem udzielił jej odpowiedzi.

– Przez taką zemstę zginąłbym głupią i bezsensowną śmiercią, która nikomu nic by nie przyniosła. Najprostsze wyjście to nie mieć przyjaciół gangsterów.

Chociaż wypowiedział to lekkim tonem miałam pewność, że coś mało przyjemnego kryło się za tymi słowami. Moja przyjaciółka niestety tego nie wyłapała prychając z miną, jakby udzielona przez niego odpowiedź nie zasługiwała nawet na wyśmianie. Ja za to zmarszczyłam brwi rozmyślając. Kim tak na prawdę mógł być Rider i co kryło się za jego starannie zbudowaną fasadą.

31. Boisz się?

Dzisiejszy dzień pomimo panującego upału był wyjątkowo pochmurny. Słońce nie miało szans przedrzeć się przez warstwę chmur, poza tym w ogóle nie wiało. Tak, jakby nawet pogoda dostosowała się do naszej żałoby.

– Mam coś do załatwienia, ale może spotkamy się później? – zaproponował Rider przez telefon. – Wieczorem jest wyścig, a później pojedziemy do mnie.

Od razu się zgodziłam, ponieważ potrzebowałam czegoś, co odciągnęłoby moje myśli od Damona. Nawet szkoła, w której nie opuściłam przez ostatnie dni nawet jednej lekcji była odskocznią jedynie na krótki czas, a gdy wracałam do domu na nowo zadręczałam się poczuciem winy. Nie za jego śmierć, ale za wstąpienie do gangu. Może, gdybym nie zachowała się, jak suka nie miałby powodu do nich dołączyć i siedzielibyśmy teraz we trójkę w Los Diego pijąc piwo. Tego jednak już nigdy nie będzie mi dane się dowiedzieć. Właśnie dlatego nie myślałam nad tym, co oznaczało dla mnie spotkanie z Riderem. Tak długo, jak utrzymywał moje myśli z dala od tego, co się wydarzyło nie obchodziło mnie już nic innego.

Po tym, jak odrobiłam lekcje oraz wzięłam długą kąpiel nie miałam za bardzo czym się zająć, więc przeszukałam szafę usiłując znaleźć coś, co mogłabym założyć na wyścigi i na późniejsze spotkanie z Riderem jednocześnie. Czarno-czerwoną koszulę w kratę zapięłam tylko do połowy wiążąc oba jej końce w supeł, ukazując w ten sposób część brzucha. Wybrałam jeszcze czarne, skórzane spodnie, a włosy związałam nie mając ochoty robić z nimi czegoś więcej.

– Znowu wychodzisz? – Danny zmierzył mnie spojrzeniem przesuwając jednocześnie po stole talerz z kanapkami w moją stronę.

– Z Riderem – nie było sensu go okłamywać, skoro już się poznali. Poza tym mój brat nigdy nie wtrącał się do mojego życia tak, jak robili to nasi rodzice.

Nie zabraniał mi spotykać się z nim twierdząc, iż źle się to dla mnie skończy, nie powtarzał, że jest niebezpieczny i nie prosił bym zostawała z nim w domu. Wiedział, że zawsze byłam dla niego, kiedy mnie potrzebował i to wystarczyło. Cieszyło mnie to, ponieważ nie chciałam narażać go na jakiekolwiek niebezpieczeństwo, jeśli przyszłoby mu do głowy chcieć spędzać czas ze mną i moimi znajomymi.

– Nie jestem pewna, o której wrócę – powtórzyłam swoją standardową formułę.

– Pewnie rano. Ostatnio zawsze wracasz rano po spotkaniach z nim – omal nie zakrztusiłam się kanapką na jego insynuacje. Przez ostatni czas Danny stał się bardziej bezpośredni przynajmniej w rozmowach ze mną, czego w sumie nie miałam mu za złe. To była dobra cecha.

Odłożyłam kanapkę i spojrzałam na niego poważnie.

– Nie zamierzam udawać, że nie wiem, o co ci chodziło, ale możesz być spokojny. Nie robimy nic z tych rzeczy – przemilczałam fakt, iż całowaliśmy się kilka razy i to że chłopak zaproponował mi coś w rodzaju związku.

Naprawdę szczerze tęskniłam za czasami, kiedy siadywaliśmy z Iron i Damonem na murze wokół szkoły zastanawiając się, jak spędzić noc czy jak uniknąć spotkania z członkami obu gangów. Dopiero teraz widziałam, o ile prostsze było wówczas moje życie. Wstawałam, w zależności od nastroju ewentualnie szłam do szkoły, a później spotykałam się ze znajomymi. Czasem znosiłam obecność Donovana podczas wizyt domowych i pakowałam się w kłopoty, które łatwo było rozwiązać. Jednak przez te tygodnie zdążyłam pokłócić się z przyjaciółmi bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, ukrywać przed wszystkimi coraz więcej tajemnic, coraz bardziej zbliżać się do krawędzi. Tyle, że nie dostrzegłam, jak ciągnęłam za sobą innych i to oni w ostateczności płacili cenę za moje błędy. Danny po raz pierwszy wdał się w bójkę, ponieważ chciał mnie bronić, Iron straciła osobę, która była jej bliższa niż jej własna rodzina i której oddała serce, a Damon dołączył do gangu i zginą nie mając nawet dwudziestu lat.

Jaką cenę zapłacisz ty, Rider? Przeszło mi przez myśl, kiedy przeszłam do salonu zasiadając na kanapie. To było niesprawiedliwe, że inni ponosili odpowiedzialność za moje błędy. Nie tak to przecież miało w życiu wyglądać.

– Co powiesz na jakiś film? – zaproponowałam bratu, ponieważ miałam jeszcze niecałe trzy godziny do przyjazdu Ridera, a naprawdę chciałam spędzić z nim czas.

– Ja wybieram – zastrzegł sięgając po pilota, na co zachichotałam.

Akurat leciała jakaś komedia, która szybko okazała się dobrym wyborem, ponieważ prawie przez cały czas się śmialiśmy. Akurat, kiedy zaczęły się napisy końcowe ktoś zadzwonił do drzwi. Wstałam będąc pewną, że to Rider.

– Gotowa? – kiwnęłam głową wołając do brata, że wychodzę.

Zamknęłam za sobą drzwi i podążyłam za nim do motoru zaparkowanego na podjeździe. Nie wiedziałam czemu, ale dzisiaj miał na sobie cały zestaw dla motocyklistów składający się ze spodni, kurtki i nawet butów. Wyjątkowo zabrał też dwa kaski.

Tak, jak poprzednio w miejscu odbywania się wyścigów był już tłum ludzi. Większość z nich była głośna oraz zapewne pijana, ale nie przeszkadzało mi to. To była atmosfera tego miejsca. Podeszliśmy do mężczyzny, który tak, jak poprzednio zajmował się zbieraniem pieniędzy za udział. Na nasz widok uniósł kącik ust w uśmiechu, który wcale mi się nie spodobał.

– Widzę, że znów przyprowadziłeś znajomą – zlustrował mnie lubieżnym wzrokiem. – Chętnie dotrzymam jej towarzystwa, kiedy będziesz się ścigał.

– To mogłoby być nieco trudne z poderżniętym gardłem, które ci zafunduję, jeśli mnie dotkniesz.

Wiedziałam, że wobec takich facetów nigdy nie można było okazywać strachu. Liczyli na to, żerując na nim. Nie bałam się mężczyzny, choć nie wiedziałam do czego był zdolny, ale nie zakładałam, iż był sam. Tacy, jak on zazwyczaj byli w grupach i podczas, kiedy jeden z nich otwarcie przyciągał uwagę pozostali czekali w cieniu na sygnał. Nawet mogąc liczyć na pomoc Ridera nie wiedziałam, ilu ich było oraz jak bardzo uzbrojeni byli. Brawura stanowiła więc w takiej sytuacji całkiem niezłą broń.

– Słyszałeś panią – chłopak podał mu zwitek banknotów. – Jeśli przeżyjesz jej zabieg z przyjemnością sam się tobą zajmę.

Odeszliśmy kilka kroków tak, aby nikt nie mógł usłyszeć o czym rozmawialiśmy zanim się odezwałam.

– Nie powinieneś tego robić. Dałeś mu do zrozumienia, że będziesz mnie bronił, a przez to ludzie mogą odnieść mylne wrażenie, iż łączy nas coś więcej niż w rzeczywistości.

– A co łączy nas w rzeczywistości? – spytał, ale w tej samej chwili ogłoszono początek kolejnego wyścigu, prosząc jego uczestników na start. Nie zdążyłam mu odpowiedzieć, jednak zanim odszedł spojrzał na mnie znacząco. Wiedziałam, że chciał w końcu usłyszeć prawdziwą odpowiedź i miałam coraz mniej czasu, który z sobie tylko znanego powodu łaskawie mi ofiarowywał.

Obserwowałam, jak podszedł do swojego motoru, wsiadając na niego i odpalił go. Dosłownie chwilę później wszyscy zawodnicy ruszyli. Nie miałam problemu z wypatrzeniem Ridera, ponieważ wyróżniał się spośród pozostałych uczestników. Przyglądałam się mu nie zwracając uwagi na nic innego, dlatego dopiero kiedy wykonał gwałtowny manewr mający na celu pozostanie na torze po tym, jak wpadł w poślizg zrozumiałam, iż coś było nie tak. Nie wiedziałam, w jaki sposób, ale ktoś go zaatakował nie chcąc, aby wygrał lub w ogóle dotarł do końca. Wpadnięcie w poślizg na piasku przez kogoś tak uzdolnionego, co Rider graniczyło z cudem, a zatem musiał stać za tym ktoś trzeci.

– Kurwa – zaklęłam cicho wiedząc, że nie uda mi się wyłapać nikogo podejrzanego w tłumie gapiów.

Pozostało mi jedynie skupić się na innych kierowcach i mieć nadzieję, że wśród nich wypatrzę kogoś zachowującego się podejrzanie. Przenosiłam spojrzenie z jednego uczestnika na drugiego szukając czegokolwiek, co wydałoby mi się podejrzane, ale było ich ponad dwudziestu, więc nie było to łatwe zadanie. W międzyczasie Rider po raz kolejny miał problem, gdy zbyt słabo odbił się od rampy i niemal nie przeskoczył nad przeszkodą. To oznaczało, że ktokolwiek za tym stał i cokolwiek zrobił uszkodził jego motor. Podejrzani byli wszyscy, a ja jak na złość niczego nie widziałam. Zaciskałam dłonie w pięści spojrzeniem niemal wypalając dziury w kaskach uczestników.

Pomimo trudności Rider dojechał do mety, jako pierwszy, co nie było dla mnie zaskoczeniem. To oczywiste, że był najlepszy. Bez słowa oraz wciąż w kasku odebrał swoją wygraną, a następnie przywołał mnie gestem dłoni dając mi znać, że mam wsiadać. Może i byłam szalona, ale nawet przez sekundę nie zawahałam się zanim zajęłam miejsce za nim. Był zbyt dobrym kierowcą, by coś takiego wywołało moją obawę. W końcu nie każdemu udałoby się wygrać wyścig na uszkodzonej maszynie.

– Rider – odezwałam się zatrzymując go, kiedy dotarliśmy do mieszkania, w którym po raz pierwszy całowaliśmy się po tym, jak Iron zerwała z dziewczyną i obie potrzebowałyśmy miejsca, w którym mogłaby to odreagować. – Twój motor – zaczęłam, ale uniósł dłoń nakazując mi zamilknąć.

– Jutro oddam go do warsztatu i zajmę się tym, kto to zrobił  – groźba zawarta w jego pozornie spokojnym głosie nie jednego wystraszyłaby bardziej niż krzyki.

– Więc wiesz, kto to zrobił? – zmarszczyłam brwi zastanawiając się, kto byłby tak szalony, by wpaść na coś takiego.

– Mam swoje podejrzenia, ale nie chcę się tym teraz zajmować.

Wprowadził mnie do środka pozwalając mi zająć kanapę zanim pojawił się z powrotem, a ja parsknęłam śmiechem widząc, co trzymał w dłoniach.

– Serio? – zaśmiałam się wskazując na butelkę wina, dwa kieliszki oraz ciasto wciąż w plastikowym pudełku.

Posłał mi półuśmiech zasiadając obok po tym, jak ułożył wszystkie te rzeczy na stole. Następnie otworzył butelkę nalewając czerwonego wina do kieliszków i zabrał się za krojenie ciasta, do którego przyniósł nawet talerzyki oraz widelce.

– Uznałem, że chociaż w ten sposób nakłonię cię do rozmowy.

To sprawiło, iż mój entuzjazm względem jego niespodzianki nieco opadł, gdy przypomniałam sobie pytanie, które zadał mi przed wyścigiem, a także sprawę, o której rozmawialiśmy jakiś czas temu. Westchnęłam na moment zamykając oczy, a kiedy je otworzyłam sięgnęłam po kieliszek upijając łyk. Wino miało bogaty, nieco cierpki smak. Nie znałam się na tym, ale to konkretne wydało mi się odpowiednie do ciasta, którego już sam wygląd informował o niebotycznej wręcz ilości dodanego do niego cukru.

– Mówiłam ci, że to nie jest dobry pomysł – zanim kontynuowałam wzięłam głęboki oddech. – Ja nie nadaję się do takich związków.

– Boisz się?

Zacisnęłam usta w cienką linię, ponieważ odpowiedź na jego pytanie wcale nie była prosta. Nie bałam się tego, że w każdej chwili mógł celować do mnie z broni. Nie bałam się tego, że zasłoniłby mnie własnym ciałem. Nawet podczas tego wyścigu, kiedy zorientowałam się, iż jego maszynę ktoś uszkodził ani przez chwilę nie bałam się o niego. O to, czy przeżyje. Przerażało mnie coś zupełnie innego. To, czego chciał on i czego chciałam ja niekoniecznie było tym, czego chcieliśmy oboje.

– Ciebie? – pokręciłam przecząco głową wciąż mając poważną minę. – Gdyby chodziło wyłącznie o to, skopałabym ci tyłek i prawdopodobnie przestrzeliła fiuta, ale żadne z nas nie jest anonimowe. Nie jesteś zwykłym chłopakiem, na którego wpadłam w szkole, a ja nie jestem dziewczyną zaczepioną w sklepie.

Odstawiłam kieliszek wzdychając. Nie patrzyłam na niego nie chcąc znać jego reakcji na moje słowa. Oto nadeszła wyczekiwana dla niego chwila prawdy, skoro zdecydował się nie dawać mi już więcej czasu. W tym wypadku wystarczyło dać mu tą niewielką część całości.

– Należysz do gangu, a twój szef jasno dał mi do zrozumienia, że chce mieć mnie, jako jedną ze swoich ludzi. Nie stoję po niczyjej stronie, więc nikt mnie nie chroni, ale nikt też nie tknie mojej rodziny czy przyjaciół ze względu na zasady. Jeśli oznajmimy im, że jesteśmy razem Arcos i Kings mogą nie być już tak wyrozumiali. Poza tym – zawahałam się zagryzając wargę zanim ujawniłam mu znacznie ważniejszy powód. – Jak miałabym kochać kogoś, kto w każdej chwili mógłby zniknąć? Do końca życia będziesz Łowcą, a ja miałabym za każdym razem, kiedy wychodzisz umierać ze strachu, czy jeszcze wrócisz? Ważniejsze jednak jest to, iż będziesz częścią gangu do śmierci, a ja nigdy nie chciałam zostać w tym świecie na zawsze.

Tym razem to on zamknął na moment oczy, a gdy je otworzył chwycił i ścisnął moją dłoń. Tego wyrazu jego twarzy jeszcze nigdy nie widziałam.

– Bones.

– Zmuszono mnie do wejścia w ten świat, ale nikt nie zmusi mnie, żebym w nim została.

32. Bones czy Elizabeth

Nie zrozumiał znaczenia moich słów, ale nie oczekiwałam tego. Gdyby były proste nie byłabym osobą, którą byłam obecnie. To nie tego rodzaju zrozumienia teraz od niego oczekiwałam i potrzebowałam.

– Więc nie zamierzasz nawet zaryzykować? – brzmiał tak, jakby chciał mnie wyśmiać tym jednym zdaniem. – Tylko bezwartościowe rzeczy nie warte są ryzyka.

Pokręciłam głową i pozwoliłam sobie spojrzeć na niego. Miał zacięty wyraz twarzy, a kilka kosmyków ciemnych włosów opadało mu na czoło.

– Ty niczego nie rozumiesz.

– Masz rację. Nie rozumiem cię, a ty nie rozumiesz mnie, ale pomyśl, czy na prawdę tego właśnie chcesz. Możesz wstać i wyjść, a ja cię nie zatrzymam, tylko jeśli to zrobisz wszystko cokolwiek nas łączy przepadnie. Nigdy więcej nie zadzwonię i nie spotkamy się inaczej niż przelotnie przez przypadek. Możesz też zostać i przekonać się, co się stanie.

Jego słowa trafiały do mnie w sposób, do którego nie chciałam się przyznać. Wiedziałam, że miał rację i część mnie chciała odejść. Wybiec stąd nie oglądając się za siebie już nigdy więcej i pozwolić mu na zawsze odejść z mojego życia zanim wywoła w nim chaos, nad którym nawet ja powoli zaczynałam tracić kontrolę.

– Zastanów się – kontynuował, jakby nie widząc wyrazu mojej twarzy i emocji kryjących się w szarych oczach, – jak długo chcesz uciekać i czy okłamywanie siebie to sposób, w jaki chcesz przeżyć. Masz rację, że mogę w każdej chwili zginąć, ale przynajmniej zginę, jako Rider. A ty? Chcesz umrzeć, jako Bones czy żyć, jako Elizabeth?

Nie miałam pojęcia, skąd znał moje imię skoro nigdy mu go nie podałam, ale to w końcu był Rider. Miał mnóstwo sposobów, żeby się tego dowiedzieć. Jego słowa za to były, jak cholernie bolesny cios. Prawdziwe i zmuszające mnie do myślenia o tym, o czym obiecałam sobie zapomnieć. O powodach, dla których postanowiłam wejść w ten świat, jako Bones.

– Ja – przemówiłam nie bardzo wiedząc, jak skończyć. – Bones. Przysięgałam, że zostanę Bones.

Po tym oświadczeniu Rider zrobił coś, czego się nie spodziewałam i zanim miałam szansę zareagować wplatając dłoń w moje włosy przyciągną moją twarz do swojej, całując mnie. Jego język wdarł się w moje usta wykorzystując moje zaskoczenie oraz jednocześnie pogłębiając tym pocałunek. Kilka sekund zajęło mi ogarnięcie się, jednak to wystarczyło, abym zamiast go odepchnąć splotła dłonie na jego karku oddając pocałunek, który stawał się coraz bardziej brutalny. Rozbudził we mnie emocje, których nie czułam od tak dawna i nie byłam gotowa tak szybko z nich zrezygnować nie wiedząc, kiedy znowu byłoby mi dane je odczuć. Oboje walczyliśmy o dominację nie zamierzając się poddać, co jeszcze bardziej nas na siebie nakręcało. Usiadłam na nim okrakiem chcąc zmniejszyć dzielącą nas odległość, poza tym była to bardziej komfortowa dla nas obojga pozycja. Zassałam jego górną wargę gryząc ją po chwili, na co mocniej pociągnął mnie za włosy, a to z kolei sprawiło, iż poruszyłam się na nim ocierając się o wyraźnie już wyczuwalne wybrzuszenie w jego spodniach. Oboje jęknęliśmy w swoje usta na ten kontakt, a Rider wsunął dłonie pod moją koszulę rozwiązując supeł. Ścisnął moje piersi przez materiał stanika, na co w odpowiedzi tym razem to ja pociągnęłam go za włosy odchylając jego głowę, dzięki czemu naparłam na niego mocniej zmniejszając tym samym odległość między nami do niezbędnego minimum.

– Rider – wydyszałam, gdy zsunął usta na moją szyję zasysając skórę we wrażliwym miejscu. Spodziewałam się w tym miejscu śladu, ale nie przejmowałam się tym teraz. Już nie.

Nie przestawałam ocierać się o niego nadal go całując. Umysł już dawno odmówił mi posłuszeństwa odsuwając na bok logiczne myślenie i poddając się pragnieniu ciała. W tej chwili czułam jedynie narastające z każdą sekundą podniecenie, pragnąc siedzącego pode mną chłopaka coraz bardziej. Boleśnie zdawałam sobie sprawę, iż minęło zbyt dużo czasu odkąd po raz ostatni uprawiałam seks. W dodatku fakt, że Rider musiał być doświadczony wcale nie pomagał mi przestać. Nie umiałam nawet znaleźć powodu, dla którego powinnam to zrobić. Złożył jeszcze kilka pocałunków na mojej szyi zanim powrócił do ust, które tym razem z chęcią rozchyliłam. Jednocześnie jedna z jego dłoni zjechała wzdłuż mojego brzucha muskając opuszkami nagą skórę zanim w jakiś magiczny sposób poczułam jego palce na mojej mokrej już kobiecości. Jęczałam i sapałam, gdy zręcznie pieścił moją łechtaczkę wsuwając we mnie palce mając kompletnie gdzieś to, jak musiałam w tej chwili wyglądać. Nie zamierzałam jednak samej pozostać bierną na ofiarowaną mi przez niego przyjemność, więc przeniosłam dłonie na jego biodra i rozpięłam mu spodnie. Uwolniłam jego nabrzmiałego penisa czując nagłą potrzebę dotknięcia go i owijając wokół niego palce powoli zaczęłam sunąć dłonią w górę i w dół.

– Kurwa – warknął przyspieszając swoje ruchy, więc ja zrobiłam to samo starając się dać mu tym tyle samo przyjemności ile on dawał mi.

W mojej dłoni wydawał się większy od mojego poprzedniego kochanka i nie mogłam pozbyć się obrazów wypełniających moją głowę, przedstawiających to, jakby to było pieprzyć się z nim na tej kanapie. Te wyobrażenia sprawiły, że zaczęłam zaciskać się na nim. Rider pchnął mnie na samą krawędź natychmiast z niej spychając, by ledwie sekundę później dołączyć do mnie. Opadłam bezwładnie na jego klatkę piersiową nie przejmując się ani jego spermą na mojej dłoni, ani tym, co o mnie pomyślał. Potrzebowałam chwili, żeby dojść do siebie po zdecydowanie silniejszym, niż się spodziewałam orgazmie, ale on zdawał się o tym wiedzieć. Bez słowa objął mnie ramieniem w pasie pozwalając mi poukładać myśli oraz uczucia.

– Nie, żebym miał coś przeciw, ale powinniśmy się ogarnąć, jeśli nie chcesz pieprzyć się tu i teraz, ponieważ naprawdę ciężko mi trzymać ręce przy sobie – powiedział wyraźnie rozbawiony.

Uśmiechnęłam się na jego słowa przypominając sobie, jak chwilę wcześniej sama myślałam dokładnie o tym samym. Jednak wstałam kierując się do toalety. Nie spojrzałam na niego bojąc się tego, iż mogłabym zmienić zdanie.

– Odbiło ci Bones – zwróciłam się do swojego odbicia w lustrze, ale nieważne jak bardzo zmuszałam się do tego, nie potrafiłam żałować.

Wiedziałam, że teraz nie mogłam już dłużej trzymać chłopaka na dystans i pilnować, by dzielący nas mur nie wykruszył się zbyt mocno. Mogłam nie wypowiedzieć tego na głos, ale swoim zachowaniem dałam mu odpowiedź na pytanie, które zadawał mi od jakiegoś czasu odnośnie nas. Doprowadziłam się do porządku ciesząc się, iż zrezygnowałam z makijażu szykując się w domu, ponieważ poprawienie go czy zmycie bez odpowiednich produktów byłoby niezwykle trudne. Do salonu wróciłam ledwie chwilę przed Riderem, który zmienił ubranie na szare dresy i biały, luźny podkoszulek. Oboje usiedliśmy znów na kanapie, ale tym razem rozsiadłam się wygodniej zarzucając nogi na jego własne.

– Chcesz coś obejrzeć? – zaproponował, a ja się zgodziłam dzięki czemu na stole pojawił się laptop. Po wcześniejszym napięciu na pierwszy rzut oka nie pozostało nawet śladu, ale z pewnością on tak samo, jak ja nadal to czuł.

– Nie – powtórzyłam uparcie po kolejnej propozycji z jego strony. – Chcę obejrzeć to – wskazałam inny tytuł, który nie spotkał się z jego entuzjazmem.

– Ale – jęknął, za co uderzyłam go lekko w ramię. Przewrócił na mnie oczami poddając się i posłusznie włączył odpowiedni film. – Niech ci będzie.

Czułam, jak dłonią jeździł po mojej łydce, ale nie przeszkadzało mi to. Właściwie czułam się zaskakująco dobrze w jego towarzystwie po tym, co dopiero się wydarzyło i tym, jak wciąż mnie dotykał.

– Oglądałam ten film z Iron i o mało nie umarłyśmy ze śmiechu – dodałam zaraz po tym, jak wkurzająca piosenka na początku filmu dobiegła końca.

Mój gust muzyczny czy filmowy był cholernie wybredny, a do tego byłam sprzecznością. Kochałam muzykę nie wyobrażając sobie bez niej życia i jednocześnie nie znosiłam musicali. Sausage Party3 nie było, co prawda musicalem, ale wciąż miało wkurzające piosenki.

– Film o żarciu musi być idiotyczny – oznajmił lekceważąco.

– Bądź cicho i oglądaj, albo idź marudzić gdzieś indziej.

Nie zwracałam na niego uwagi skupiając się na specyficznej i zabawnej moim zdaniem fabule, popijając w między czasie wino oraz jedząc kolejny kawałek ciasta. Miałam rację uważając, iż będzie mocno słodkie, jednak w połączeniu z cierpkim winem smakowało idealnie. W końcu Rider odpuścił i obydwoje śmialiśmy się obserwując poczynania bohaterów oraz nawiązania do seksu, których pełno było w animacji.

– Ja pierdolę – Rider zaśmiał się, kiedy główni bohaterowie dotarli do alejki z alkoholem trafiając na odbywającą się tam imprezę. – Bones, co ty oglądasz? To jest nieźle popieprzone.

Wystawiłam mu język pozostawiając to pytanie bez odpowiedzi. To nie tak, że jakoś specjalnie lubiłam ten film. Po prostu włączyłyśmy go kiedyś z Iron nie mogąc znaleźć nic lepszego do oglądania i jakoś tak się stało, że obie zastanawiałyśmy się, dlaczego nie obejrzałyśmy go wcześniej. Kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe zgodnie stwierdziliśmy, iż żadne z nas po tym filmie nie będzie w stanie spojrzeć na jakiekolwiek produkty w sklepie w ten sam sposób.

– Chyba do końca życia, jak tylko zobaczę hot-doga będę myślał o seksie.

– Jesteś facetem, więc i tak cały czas tylko o tym myślisz – w odpowiedzi na moje oświadczenie uniósł brew patrząc na mnie wymownie, co spowodowało, że natychmiast pożałowałam swoich słów.

– Jestem zmęczona – oznajmiłam zmieniając temat. Czułam, jak powieki same mi opadają i cudem nie zaczęłam jeszcze ziewać.

– Mam tylko jedno łóżko – zastrzegł dając mi do zrozumienia, iż spanie na kanapie nie wchodziło w grę, czego tak właściwie nie miałam mu za złe.

– Zgoda, pod warunkiem, że dasz mi coś na przebranie. Te spodnie nie nadają się do spania – wyznałam z niezadowoleniem jednocześnie wskazując na swoje nogi.

Kiwnął głową zabierając mnie do skromnie urządzonej sypialni, w której również nie było nic osobistego wyróżniającego to miejsce, jako jego własne. Wyjął z szafy jakieś ciuchy i podał mi je, po czym sam opadł na łóżko, a ja udałam się do łazienki.

3 Film “Sausage Party” to animacja dla dorosłych z 2016 roku.

33. Część naszych historii

Kiedy wróciłam do sypialni Rider leżał z rękami za głową wpatrując się pusto w sufit. Nie zmienił pozycji słysząc moje nadejście, więc nie przejmując się tym bez słowa położyłam się obok niego odwracając się do niego plecami. Ledwo zdążyłam wygodnie się ułożyć, gdy poczułam jego ramię obejmujące mnie w pasie po tym, jak przywarł do moich pleców. Jedyny raz, kiedy spałam tak z chłopakiem był całe miesiące temu, ale to było z Danny’m i to ja obejmowałam jego. Z Riderem jednak czułam się dobrze.

– Mogę cię o coś zapytać? – zaczął niespodziewanie, a ja poczułam jego oddech przy uchu.

– To zależy – zastrzegłam wiedząc, iż potrafił zadawać pytania, na które nie chciałam odpowiadać i potrafił trafić do mnie lepiej niż ktokolwiek inny.

Zacieśnił uścisk zanim odezwał się ponownie. Jego niepewność była moim znakiem do ucieczki, ale nawet dla mnie zabrnęliśmy w to zbyt głęboko, bym teraz zachowała się, jak tchórz.

– Dlaczego akurat Bones?

Pozwoliłam, aby wspomnienia uderzyły we mnie wywołując łzy, którym nie dałam jednak spłynąć. Zacisnęłam zęby i spięłam się usiłując, jak zawsze zachować swój ból dla siebie, ale był zbyt blisko mnie, by to przeoczyć. Jednak cieszyłam się, że nie widział teraz mojej twarzy, dzięki czemu nie musiałam aż tyle energii wkładać w ukrycie przed nim tego, co widoczne było obecnie w moich szarych oczach.

– Odpowiedz, a ja odpowiem na twoje pytanie – dodał, aby zachęcić mnie do odpowiedzi wiedząc, że sama byłam równie, jeśli nie bardziej ciekawa jego historii. Ciekawa tego, kim tak naprawdę był pod maską, w jakiej pokazywał się światu.

Liczył także na to, że ta ciekawość wygra z moją wewnętrzną blokadą. Po raz kolejny miał rację, ponieważ byłam zbyt ciekawa, za co po raz kolejny wylądowałabym w piekle, gdybym już od dawna nie miała tam zarezerwowanego miejsca. Niestety to nadal nie było łatwe. Dzielenie się tymi wspomnieniami z kimkolwiek, a szczególnie z chłopakiem, który sprawiał, iż moje serce zaczynało na nowo bić.

– Z dwóch powodów – przemówiłam drżącym głosem, tym razem nie będąc w stanie powstrzymać łez. Spłynęły po moich policzkach wsiąkając w poduszkę i niczym niewidzialne nici połączyły mnie z przeszłością wypełnioną zbyt wielkim bólem, abym kiedykolwiek była w stanie się z nim pogodzić.

W tej chwili naprawdę szczerze cieszyłam się z tego, iż mnie obejmował, ponieważ to dawało mi pewnego rodzaju wsparcie oraz stanowiło kotwicę, której mogłam się chwycić nie dając wspomnieniom zabrać mnie zbyt daleko. W innych okolicznościach roześmiałabym się, bo Rider z całą pewnością nie należał do osób, które komukolwiek mogły kojarzyć się z jakimkolwiek bezpieczeństwem. W tej chwili dla mnie jednak tak właśnie było.

– To przez Lance’a – już samo wymówienie tego imienia wiele mnie kosztowało. Cieszyłam się, że nie widział moich oczu będąc świadomą, jak wiele rozpaczy kryło się w nich obecnie. – Był moim starszym bratem.

Zamknęłam oczy przywołując w pamięci jego obraz. Zawsze uśmiechał się będąc w stanie znaleźć wyjście nawet z najgorszego problemu. Był bystry i potrafił szybko podejmować decyzje, co w ostateczności i tak nie zdołało go uratować. Zapewniło mi jednak wiele radości i dało więcej siły, niż cokolwiek innego na tym świecie. To właśnie jego czyny oraz słowa podtrzymywały mnie do tej pory, odkąd wkroczyłam na tę ścieżkę.

– Wtedy byliśmy inni – podjęłam opowieść na nowo samej nie będąc pewną, dlaczego właściwie chciałam powiedzieć mu to wszystko. – Rodzice spędzali z nami każdą wolną chwilę, ale ja i tak nie widziałam poza nim świata. Byłam tą młodszą siostrą, która bez przerwy za nim chodziła. Zamiast bawić się z rówieśnikami wolałam spędzać czas z nim i jego przyjaciółmi, a on zawsze mi na to pozwalał. Nigdy nie dał mi odczuć, że go to męczyło – pomimo wszystko uśmiechnęłam się lekko do swoich wspomnień. – Dostał się do świetnego college’u, pomagał ojcu w pracy i zajmował się nami. Nigdy nie sądziłam, że to mogło być dla niego zbyt wiele. Danny i ja mieliśmy go za bohatera i czasem mam wrażenie, że to przez nas się zagubił. Przytłoczyliśmy go. Chciał dołączyć do Łowców, ale nie zdążył. Zginął w czasie inicjacji zabity przez kogoś od Kings’a, kto nie miał bezpośrednich powiązań z Upadłymi. Tylko dlatego Kings nie mógł nic zrobić po tym, jak się zemściłam, ale to dlatego tak bardzo mnie chciał. Ten dzieciak, który go zastrzelił – zamilkłam na moment na nowo słysząc w głowie jego krzyki i błagania. – Lance szkolił mnie i Danny’ego, a ja wykorzystałam to, czego mnie nauczył, żeby się zemścić. Zastrzelenie go tak, jak zrobił z moim bratem wydało mi się zbyt łaskawe, więc po prostu go uderzyłam i biłam dopóki nie przestał się ruszać, a wokół nas pojawiła się kałuża krwi.

Zadrżałam wspominając ten konkretny moment, podczas którego kompletnie straciłam nad sobą panowanie. To był jedyny raz, ale ten jeden raz wystarczył, aby na zawsze zmienić nie tylko moje życie.

– Byłam, jak w amoku i dopiero po chwili dotarło do mnie, że go zabiłam. Później wszystko potoczyło się szybko. Trafiłam przed sąd dla nieletnich, który uwzględniając to, że nie byłam w pełni świadoma, że go zabiłam oraz fakt, iż zabił mi brata przydzielił mi kuratora. Zastrzegł tylko, że każde przestępstwo, jakie popełnię od tej chwili spowoduje, że trafię do poprawczaka. Nigdy nie żałowałam tego, co zrobiłam, ale to zmieniło nie tylko mnie. Jestem Bones, ponieważ zabiłam go i chciałam mieć pewność, że gnije pod ziemią, ale także dlatego, że tamtego dnia razem z moim bratem umarła część mnie. Danny nie ma o tym pojęcia i sądzę, że pogodził się ze śmiercią Lance’a, ale rodzice od tamtej pory zachowują się, jakby on nigdy nie istniał pozbywając się wszystkiego, co mogłoby o nim przypominać. Dlatego jestem marną imitacją człowieka, która nie żyje, a tylko egzystuje.

Leżeliśmy w ciszy przez kilka minut, podczas których ja uspokajałam się, a on przyswajał sobie to, co powiedziałam. Pociechą było to, iż nie odsunął się ode mnie. Nadal mocno mnie obejmował dając mi tym do zrozumienia, iż był ze mną. Nigdy nie sądziłam, że pierwszą osobą, z którą podzielę się tą historią będzie Rider, który okazał się zupełnie inny, niż sądziłam. To nie był pierwszy raz, kiedy był przy mnie zupełnie kimś innym, niż w tłumie, jakby on także musiał z jakiegoś powodu się ukrywać.

– A ty? – zapytałam w końcu prawie szeptem. – Dlaczego jesteś Riderem?

– To bardzo proste – wyznał lekko, a jednak nasze ciała stykały się wystarczająco mocno, bym wiedziała, że dla niego to również nie była prosta odpowiedź.

Nawet w jego przypadku ciągnął za sobą tą część przeszłości, o której człowiek każdego dnia usiłował na nowo zapomnieć tylko po to, aby obudzić się z dręczących go wciąż od nowa koszmarów. Ten rodzaj przeszłości bez względu na to, jak mocno byśmy się starali był niemożliwy do zapomnienia, ponieważ to on nas ukształtował. To właśnie ta burzliwa część naszych historii sprawiła, iż staliśmy się tym, kim byliśmy obecnie. To ona uczyniła z nas Bones oraz Ridera.

– Dawno temu straciłem wszystko, co było dla mnie ważne. Moi rodzice z dnia na dzień zmienili się z kochających ludzi w potwory, które z jakiegoś powodu mnie nienawidziły. Jako dzieciak nie mogłem tego zrozumieć i uparcie wypierałem to ze świadomości tak długo, jak się dało. Miałem czternaście lat – tym razem to on zamilkł.

Chwyciłam dłońmi ramię, którym mnie obejmował zaciskając na nim palce. Chciałam w ten sposób dać mu znać, iż byłam tu dla niego oraz wesprzeć go tak, jak on wsparł mnie.

– Miałem czternaście lat, kiedy po raz ostatni pozwoliłem mojemu ojcu mnie uderzyć. Od tamtej pory oddawałem każdy cios. Jednak byłem już wtedy wystarczająco złamany, żeby samemu przyjść do Arcos’a, który pomimo mojego młodego wieku dostrzegł we mnie potencjał. Dołączyłem do Łowców nie mając niczego, a kiedy zaczynało mi na czymś zależeć, co zdarzało się mimo wszystko naprawdę rzadko, szybko to traciłem. Przekonałem się wtedy, że na nic nie zasługuję, bo i tak wszystko w końcu zostanie mi odebrane. Moje życie straciło cel, a bez niego mogłem jedynie skupić się na samej podróży. Nie dbałem o to, dokąd trafię upewniając się jedynie, by samemu wybrać drogę, którą podążam.

Zamknęłam oczy doskonale go rozumiejąc nawet, jeśli nie znałam całej opowieści i miałam wrażenie, że sporą część tego, co istotne pominął zachowując dla siebie. Nie mogłam winić go za to, ponieważ ja również odizolowałam się od świata, a to sprawiało, iż ciężko było wyznawać własne grzechy.

– Oboje uparcie tkwimy w przeszłości, o której chcemy zapomnieć – podsumował.

Obróciłam się przodem do niego czując dziwną potrzebę spojrzenia w jego brązowe tęczówki zanim sama zadałam kolejne z dręczących mnie pytań.

– Gdyby przeszłość mogła wyglądać inaczej, chciałbyś ją zmienić?

Patrzył na mnie twardym spojrzeniem, w którym nie było nic z chłopca, o jakim opowiadał chwilę wcześniej. Ja też nie byłam już dziewczyną, o której mówiłam.

– Nigdy. Bez względu na to, jak idealnie mogłoby być, dla mnie teraz nie byłoby to niczym więcej niż kłamstwem.

Pewność w jego głosie była tym, co sama czułam. Zadawałam sobie to pytanie raz za razem i za każdym udzielałam podobnej odpowiedzi. Jakkolwiek źle by nie było teraz byłam sobą, a zmieniając przeszłość zmieniłabym samą siebie. Nawet gdybym nie pamiętała innej możliwości, jak miałabym zacząć od nowa skoro teraz wiedziałam, że rodzice byli w stanie mnie odrzucić, a ich miłość do mnie wcale nie była bezwarunkowa. Wolałam pozostać Bones znającą nawet najbardziej okrutną prawdę, niż stać się żyjącą w złudnym szczęściu Elizabeth.

– Skoro nie tylko ja jestem powodem, dla którego tak nienawidzisz mojego świata rozumiem już, czego się boisz. Zamierzasz zaryzykować nawet, jeśli znów zostaniesz skrzywdzona?

– Czy ty też się tego boisz? Boisz się kolejnej straty?

Uniósł dłoń drugiej ręki kładąc ją na moim policzku i posłał mi lekki, podnoszący na duchu uśmiech.

– Tylko bezwartościowe rzeczy nie warte są ryzyka – powtórzył, a ja odwzajemniłam jego uśmiech zanim wtuliłam się w niego zamykając oczy.

Wiedziałam, iż gdybym od naszego pierwszego spotkania mogła przewidzieć, do czego doprowadzi mój związek z Riderem nie miałam żadnych wątpliwości, co do tego, że już wtedy nie pozwoliłabym mu pojawić się w moim życiu. Nie znając go tak, jak znałam go teraz oraz nie czując tego, co czułam teraz ogrodziłabym się przed nim szczelnym murem nie dając nam obojgu szansy na nic więcej niż przypadkowe minięcie się na ulicy. Teraz było na to za późno. Za późno na wykreślenie go, jednak było też za późno na żałowanie tej decyzji. Dokądkolwiek miał zaprowadzić nas ten związek po raz pierwszy miałam całkowitą pewność, co do tego, iż chciałam się tam znaleźć.

34. Związek

Obudziłam się z samego rana i od razu zerknęłam na Ridera przekonując się, że wciąż spał. Po rozmowie wczorajszej nocy nadal nie mogłam w pełni psychicznie dojść do siebie. Zmieniłam pozycję układając się na boku tak, abym mogła na niego patrzeć, przypominając sobie wszystko, o czym mówiliśmy. To, iż otworzyliśmy się wzajemnie przed sobą sprawiło, że patrzyłam na niego zupełnie inaczej niż jeszcze kilka dni temu i zupełnie inaczej niż podczas pierwszego spotkania. Prawda była taka, że bałam się tego, w jakim stopniu potrafiłam mu teraz zaufać, ale o wiele bardziej przerażało mnie to, iż nie chciałam już dłużej przed nim uciekać. Byłam dokładnie w tym miejscu, w którym chciałam się znajdować.

– Właśnie dlatego powinnam odejść – wyszeptałam do siebie odgarniając jednocześnie zbłąkane kosmyki z jego twarzy.

Westchnęłam ciężko, po czym wstałam udając się do łazienki. Po drodze wzięłam jeszcze swoje spodnie, które zdjęłam zanim zasnęłam. Wzięłam szybki prysznic i z wciąż mokrymi włosami zabrałam się za przygotowanie śniadania z tego, co udało mi się znaleźć w niemal pustych szafkach. Rider z całą pewnością nie spędzał tu zbyt dużo czasu, a to sprawiło, iż zaczęłam zastanawiać się, jak właściwie wygląda jego dom. Pokręciłam głową na tę niedorzeczną myśl. Nie zdziwiłabym się, gdyby Rider nigdy mnie tam nie zabrał, ponieważ ktoś taki, jak on musi dbać o swoją prywatność. W końcu miał zbyt wielu wrogów, którzy chętnie zabiliby go podczas snu.

– Rider! – zawołałam wchodząc do sypialni i opierając się o futrynę oraz zaplatając ręce na piersi. – Wstawaj!

Chłopak wydał z siebie jakiś niezrozumiały dźwięk zanim w końcu otworzył oczy i usiadł po tym, jak jeszcze kilkukrotnie go zawołałam.

– Nie jestem cholernym kateringiem czy pomocą domową. Nie zamierzam za każdym razem budzić cię na śniadanie – odezwałam się udając złość.

Zaśmiał się zanim wstał i ruszył w moją stronę.

– A jednak to już drugi raz – wypomniał mi najwyraźniej tym zadowolony. – Rozpieszczasz mnie.

Prychnęłam, gdy minął mnie idąc do pokoju. Podążyłam za nim zajmując miejsce obok niego. Chwyciłam swój talerz i oparłam się o oparcie kanapy. Jakiś czas jedliśmy w ciszy zanim przerwałam ją pytając, jakie miał na dzisiaj plany. Uwzględnienie go w swoich było dla mnie nowością, ale byłam zbyt ciekawa, czy spędzimy ten dzień razem.

– Mam wolne dopóki mój telefon nie zadzwoni.

– Czy to nie jest upierdliwe podporządkowywać całe swoje życie i w każdej chwili być zmuszonym rzucić wszystko stawiając się na rozkaz? – spytałam, ponieważ sama nigdy nie należałam do osób, które tak łatwo podporządkowują się innym. – Nie jesteś kimś, kto ślepo podążałby za innymi.

W reakcji na moje słowa zmarszczył brwi, po czym uniósł kącik ust w pewnym siebie, a nawet wyzywającym uśmieszku.

– Tylko jedna osoba wątpi w moją lojalność spodziewając się, że kiedyś odejdę i tą osobą jest Swean. Wiedziałem, że ty także będziesz w stanie mnie przejrzeć – po jego odpowiedzi miałam jeszcze więcej pytań. To, co powiedział stanowiło dla mnie kompletną zagadkę, ale przekonałam się już na samym początku, iż chłopak zdawał się wiedzieć o mnie niepokojąco wiele. – Ty i ja jesteśmy do siebie zbyt podobni, byś nie była w stanie dostrzec prawdziwego mnie kryjącego się za maskami, których używam.

Otworzyłam szerzej oczy zszokowana jego wypowiedzią. Nie sądziłam, że kiedykolwiek usłyszę od niego te słowa, choć domyślałam się już wcześniej ich prawdziwości.

– Zaskoczona? – zaśmiał się pytając mnie. Jak to możliwe, że przy mnie zazwyczaj miał tak dobry humor? – Jak sądzisz, skąd wiem o tobie tak dużo? To niebezpieczne Bones – odwrócił wzrok i spoważniał. – Znamy zbyt wiele swoich sekretów, a to nie przyniesie nikomu nic dobrego.

– W takim razie dlaczego chciałeś to zacząć? – dotknęłam dłonią jego policzka zmuszając, aby na mnie spojrzał, co natychmiast uczynił.

– Ponieważ jestem egoistą.

Uniosłam brew zastanawiając się, jak wiele było w tym stwierdzeniu jego prawdziwych pobudek. Mogłam mu zaufać i zbliżyć się do niego, jednak nadal prawie nic o nim nie wiedziałam. Był dla mnie niewiele lepiej znany niż obcy na ulicy. Emocje, jakie czułam chcąc go poznać po raz ostatni odczuwałam przy spotkaniu Iron oraz Damona. Od tamtej pory nikt nie zwrócił mojej uwagi na tyle, abym była zainteresowana.

– Muszę wrócić do domu, przebrać się – oznajmiłam, kiedy byliśmy już gotowi do wyjścia, – ale mam pomysł, co możemy zrobić.

Rider zaparkował zaledwie kawałek od mojego domu. Na szczęście udało mi się uniknąć spotkania z rodzicami, którzy wyszli zaledwie chwilę przed moim powrotem o czym świadczyła włączona zmywarka. Weszłam na piętro do swojego pokoju i wyciągnęłam z szafy dresy oraz luźną koszulkę, a włosy związałam. Poprzednie ubranie zostawiłam na podłodze wiedząc, że i tak tylko Danny wszedłby do mojego pokoju, gdy mnie w nim nie było, a on nie marnowałby czasu sprzątając go. Musiałby mieć ważny powód na wejście bez zaproszenia, a ja nie chciałam teraz zajmować się takimi bzdurami.

– Gdzie teraz? – zwrócił się do mnie szatyn po tym, jak wróciłam do niego kilka minut później. Przyjrzał mi się nie komentując w żaden sposób mojego niechlujnego wyglądu.

Musiałam przyznać, iż zrobiłam to specjalnie. Chociaż widział mnie już w gorszych wydaniach nie mogłam powstrzymać się przed sprawdzeniem, jak zareaguje musząc pokazać się ze mną publicznie, kiedy nie robiłam najlepszego wrażenia. Fakt, że się nie odezwał niekoniecznie świadczył o czymś dobrym, ale nie rozczarował mnie mając mi za złe ten strój.

– Najpierw do kina.

Pomimo zdziwienia moim poleceniem wykonał je bez sprzeciwu, chwilę później parkując przed wejściem do budynku. Nie czekając na niego weszłam do środka, a gdy pojawił się koło mnie odesłałam go do baru po popcorn, samej zamierzając kupić bilety. Na szczęście akurat leciał film, który idealnie nadawał się do mojego naprędce wymyślonego planu.

– Jestem coraz bardziej ciekaw, co planujesz – powiedział widząc tytuł wydrukowany na biletach.

Milczałam idąc z nim trzymającym moją dłoń po tym, jak zostaliśmy pokierowani do właściwej sali. Zajęliśmy odpowiednie miejsca, a kilkanaście minut później rozpoczął się seans. Oprócz nas było całkiem sporo ludzi, więc byłam zadowolona z tego, że w ostatniej chwili udało mi się kupić bilety z miejscami w ostatnim rzędzie.

– Co za głupota – odezwałam się całkiem głośno już na początku filmu, podczas wyjątkowo idiotycznej sceny.

Zaczęliśmy z Riderem komentować poszczególne sceny, aż siedzący dookoła nas ludzie zaczęli mieć nas dość. W pewnej chwili jeden z nich odwrócił się w naszą stronę każąc nam się uciszyć. Zaśmiałam się rzucając w niego kilkoma ziarnami popcornu.

– Powtórz to jeśli masz odwagę.

Kątem oka widziałam, jak Rider uśmiechnął się. Mężczyzna za to w pierwszej chwili chciał do mnie podejść, ale nagle zrezygnował. Widocznie dotarło do niego, kim byliśmy. To, iż nawet część dorosłych obawiała się naszej dwójki cholernie mnie bawiło, ponieważ znałam swoje możliwości wystarczająco, aby wiedzieć, że bez broni nawet ja nie mogłam mierzyć się z kilkoma dorosłymi mężczyznami naraz. Jednak na tym polegały te wszystkie opowieści o nas. Wszystko to, co słyszeli o nas ci ludzie przerażało ich znacznie bardziej niż my sami.

– Teraz rozumiem – stwierdził mój towarzysz sięgając po popcorn.

Cała zabawa polegała nie na skupianiu się na fabule, ale irytowaniu innych obecnych tu osób, więc przez kolejne dwie godziny żartowaliśmy, śmialiśmy się i rzucaliśmy popcornem ku niezadowoleniu pozostałych. Widząc bałagan, jaki zrobiliśmy zaczęłam współczuć temu, komu przypadnie jego sprzątanie. Wychodząc z sali byliśmy w świetnych humorach. Jeśli miałam być ze sobą szczera od dobrych kilku dni nie czułam się tak beztrosko.

– Więc – zwrócił się do mnie obejmując mnie jednocześnie na samym środku cholernego kina pełnego ludzi, – co planujesz teraz?

Posłałam mu szeroki uśmiech, po czym wyplątawszy się z jego objęć wyszłam na zewnątrz.

– Po prostu idź za mną.

Kolejnym punktem na mojej liście był spacer, ale zamiast wybrać park czy inne miejsce często wybierane przez pary poprowadziłam go do tej części miasta, której nikt bez ważnego powodu nie odwiedzał nocą. Za dnia za to był spory ruch, ponieważ uliczne stragany przyciągały kupujących lub tych, którzy chcieli tylko się rozejrzeć, natomiast mieszczące się niedaleko centrum odnowy biologicznej miało sporo klientów.

Zachowując się, jak patrzące na każdego z góry dzieciaki chodziliśmy od jednego stoiska do drugiego sprawiając kłopot niemal każdemu sprzedawcy. Przynajmniej do momentu, w którym dotarliśmy do tego wypełnionego w większości tandetną, jarmarczną biżuterią o cenie znacznie przekraczającej jej wartość. Z tym, iż tutaj dostrzegłam kilka naprawdę ładnych rzeczy, w tym z pozoru wyglądający na srebrny pierścionek z cyrkoniami wokół zielonego kamienia. Wzięłam go do ręki i założyłam na serdeczny palec uśmiechając się lekko, kiedy okazało się, że idealnie pasował. Zaraz jednak przypomniałam sobie o ograniczonej ilości pieniędzy, jakie wzięłam z domu, więc odłożyłam go na miejsce. Jeszcze przez chwilę oglądałam inne przedmioty zanim pociągnęłam Ridera dalej. Głupotą było, iż jedyny najbliższy automat był właśnie w centrum odnowy biologicznej zamiast w galerii handlowej. Z drugiej strony do karnetu potrzebne było zdjęcie i dzięki automatowi można było zrobić je bez problemu na miejscu. To właśnie był nasz kolejny cel.

– Tylko nie mów, że nabrałaś ochoty na podnoszenie ciężarów – zakpił wskazując palcem na plakat mieszczącej się w budynku siłowni, na co przewróciłam oczami.

– Nie kretynie – chwyciłam go za dłoń zaciągając do automatu i zasłaniając nas czarną kurtyną. – Teraz uśmiech – poleciłam mu samej uśmiechając się po tym, jak objęłam go ramieniem.

Na kolejnym zdjęciu Rider patrzył na mnie będąc bokiem do obiektywu i trzymając mnie za policzek, jak robią to staruszki na filmach. Następne przedstawiało nas oboje zwróconych przodem do obiektywu, jakbyśmy puszczali oczko oraz wystawiali język komuś przed nami. Z każdym kolejnym przybieraliśmy coraz głupsze pozy, na jakie udało nam się wpaść, ale szatyn najbardziej zaskoczył mnie z ostatnim wpijając się w moje usta na ułamek sekundy wcześniej zanim zabłysnął flesz. Gdy odebraliśmy zdjęcia i znaleźliśmy się już na zewnątrz odetchnęłam głęboko. Nie spodziewałam się tego pocałunku, a jeszcze bardziej emocji, które we mnie wzbudził. To właśnie one nie pozwoliły mi odsunąć się od niego kontynuując całowanie go, choć nie wiedziałam z jakiego powodu to zrobił. Chciał mnie pocałować czy zrobił to tylko do zdjęcia?

– Następny punkt? – zapytał wyrywając mnie z zamyślenia, zwracając na siebie moją uwagę.

– Musimy wrócić do twojego motoru. Zgłodniałam, może pojedziemy coś zjeść? – zaproponowałam, ponieważ to także było w moim planie, a teraz nadarzyła się okazja.

Pokiwał głową twierdząc, iż znał odpowiednie miejsce. Nie zamierzałam z nim o tym dyskutować, ponieważ nie miało dla mnie specjalnego znaczenia do jakiego miejsca pójdziemy tak długo, jak było tam coś nadającego się do jedzenia.

– Powiesz mi przynajmniej, czemu właściwie robimy te rzeczy? – nie wydawał się zły z tego powodu, a jedynie ciekawy. Domyślałam się, że było tak, ponieważ ktoś taki, jak on z pewnością nie robił tak głupich rzeczy.

– To jeden z moich pomysłów na randkę idealną – odpowiedziałam, jak gdyby nigdy nic. Mijając go dostrzegłam jeszcze jego pełne zaskoczenia spojrzenie brązowych oczu, na co uniosłam kącik ust w uśmieszku. – To w końcu ty chciałeś, żebyśmy zaczęli ten związek.

35. Wypadek

Niemal dwa miesiące. Dokładnie tyle czasu minęło od tamtego dnia w jednym z miejsc Ridera, w którym zaczął się nasz pokręcony związek. Tak, jak powiedział na samym początku nie należeliśmy do par, które spacerują trzymając się za ręce czy prowadzą całonocne rozmowy przez telefon powtarzając, jak bardzo za sobą tęsknią. Spotykaliśmy się prawie codziennie, spędzając razem tyle czasu ile mogliśmy biorąc pod uwagę nasze obowiązki i robiliśmy to w nasz własny, unikalny sposób. To sprawiało, że z każdym mijającym dniem coraz bardziej pragnęłam jego towarzystwa przywiązując się do tego aroganckiego, niebezpiecznego chłopaka, którego motywów czasem nawet ja nie znałam.

Danny oraz Iron byli jedynymi, którym powiedziałam o tym osobiście. Część osób z naszego najbliższego otoczenia i tak zaczęła domyślać się prawdy lub snuć własne teorie, ale nie miało to dla nas żadnego znaczenia. Nie chciałam zostać wciągnięta w tę część życia Ridera, więc chłopak szanując moją decyzję zbywał każdą plotkę o nas będących razem, choć nie były one całkiem niedorzeczne. Nie uwierzyli w to jednak moi rodzice, którzy i tak mieli mnie za czarną owcę w rodzinie, która nie trafiła im się przez całe pokolenia wstecz. Nie miało dla nich najmniejszego znaczenia, czy my dwoje rzeczywiście się spotykaliśmy, jednak jasno wyrazili swoje zdanie. Byli przeciwni oraz zastrzegli, iż jeśli kiedykolwiek Rider przekroczy próg naszego domu poniosę tego konsekwencje. Prędzej odgryzłabym sobie język niż wyznała, że już w nim był.

Niewiele więcej czasu minęło, odkąd po raz ostatni widziałam twarz Damona. Odkąd z nim rozmawiałam, choć ostatnie słowa, jakie do siebie skierowaliśmy ciężko nazwać było rozmową. Wypowiedziane w gniewie i żalu nie pociągnęły mnie w dół jedynie dlatego, że kryły się za nimi równie wielki strach i przywiązanie. Jeśli istniało po śmierci cokolwiek, co pozwoliłoby mojemu przyjacielowi zachować to, kim był wiedziałam, że nie chciałby, abym się obwiniała. Damon musiał wiedzieć, że Iron i ja podjęłyśmy tą desperacką próbę wyłącznie po to, by go uratować. Szkoda, iż nam to nie wyszło. Właśnie dlatego czasem w środku nocy, o czym nie mówiłam nikomu, chwytałam telefon chcąc do niego zadzwonić i chwilę przed naciśnięciem zielonej słuchawki przypominałam sobie, że chłopak nigdy już nie odbierze swojego telefonu. Zupełnie, jak lata temu, gdy jako mała dziewczynka budziłam się w nocy z koszmarów i szłam do pokoju Lance’a, żeby mój duży, odważny brat zapewnił, że nie pozwoli, by coś mi się stało. Tyle, że pokój Lance’a stał pusty. Dokładnie taki, jak w chwili, w której wyszedł z niego po raz ostatni.

– Nie wierzę, że każą marnować nam czas na takie głupoty – Iron marudziła już od dobrych kilku minut siedząc przy jednym ze stołów.

Ze względu na pogodę większość uczniów wybrała dzisiaj stołówkę, więc w sali zewsząd dało się słyszeć odgłosy prowadzonych rozmów, choć kiedy nie przysłuchiwało się żadnej konkretnej brzmiało to bardziej, jak niezrozumiały szum.

– Sama słyszałaś – odezwałam się bez entuzjazmu, ponieważ mnie samej wydawało się to idiotyczne. – To dla waszej przyszłości – sparodiowałam głos dyrektora, który podczas porannego apelu oznajmił nam o mających odbyć się w tym tygodniu dniach kariery, co oznaczało dodatkowe godziny spędzone w szkole.

Jakbyśmy już i tak nie spędzali w niej większej części życia. Gdyby jeszcze uczyli nas tu czegoś pożytecznego, jak chociażby to, jak nie dać się zabić w tym mieście nocą, nie miałabym powodu do narzekania, ale zamiast tego kazali nam wbijać sobie do głowy kompletnie bezużyteczne rzeczy, których i tak nigdy nie użyjemy, ale też zapomnimy o nich w chwili opuszczenia szkoły na dobre.

– Najgorsze jest to, że nie możemy się urwać – narzekała z wyrzutem myśląc o tych nieszczęśnikach, których nazwiska nie pojawią się na żadnej z list. Podobno w zeszłym roku kilkoro z takich uczniów zmieniło szkołę chcąc uniknąć za to kary. – Którą sekcję wybierasz?

Zastanowiłam się nad jej pytaniem. Kiedy dowiedziałyśmy się o odbywających się co roku obowiązkowych dla drugich roczników targach naszą pierwszą decyzją były wagary, jednak niestety dyrektor przewidział taką możliwość i wezwał do siebie wszystkich najgorszych uczniów pouczając każdego z nas po kolei, co stanie się, jeśli nie stawimy się w tych dniach w szkole czy będziemy zbyt lekko do tego podchodzić. Wymyślił też sobie, iż mamy dołączyć do jednej z sekcji pomagając w przygotowaniach, aby miał nas na oku.

– Chyba sportową, a ty?

Wydawała mi się najlepszym możliwym wyborem, ponieważ w ostateczności bieganie za piłką czy cokolwiek mielibyśmy tam robić było o wiele lepsze od pozostałych wyborów, do których zaliczały się sekcje takie, jak muzyczna, teatralna, gastronomiczna oraz te związane z poszczególnymi przedmiotami.

– Nadal się zastanawiam, ale nie sądzę, żebym wybrała to, co ty – no tak, tego mogłam się domyślić. Dziewczyna była niezła w sporcie, ale seks był jedyną aktywnością fizyczną, w której nie przeszkadzało jej, że musiała się spocić. Przewróciłam na to oczami.

Deszcz, który spadł z nieba, gdy opuszczałyśmy budynek późnym popołudniem nie był niczym zaskakującym. Ciemne chmury przesłaniały niebo od samego rana, więc było to tylko kwestią czasu, ale i tak westchnęłam niezadowolona, krzywiąc się.

– Nie czekasz na swojego chłopaka? – zażartowała przyjaciółka mając na myśli to, jak ostatnimi czasy Rider zjawiał się niedaleko szkoły na swoim motorze i zabierał mnie w jedynie sobie znanym kierunku.

Pokręciłam przecząco głową. Pytałam go o to już wczoraj chcąc dokończyć grę, którą musieliśmy przerwać zwłaszcza, iż wygrywałam, ale szybko rozwiał moje nadzieje.

– Miał coś do załatwienia dla Arcos’a.

– Jesteś pewna, że chcesz z nim być? Po tym, co stało się z Damonem – nie musiała kończyć, aż za dobrze wiedziałam, o co jej chodziło.

– Bez względu na wszystko nie zamierzam zatracić siebie.

Obiecałam po zajęciach pomóc Danny’emu w projekcie, w innym wypadku nie wróciłabym do domu tak wcześnie nawet pomimo deszczu. Odkąd do rodziców doszły pogłoski o mnie i Riderze atmosfera w domu stała się jeszcze bardziej napięta i nie do zniesienia, dlatego spędzałam tam tylko niezbędną ilość czasu.

– No dobra, mów co mam robić – zwróciłam się do brata zasiadając jednocześnie na jego łóżku.

On w tym czasie zaczął wyjmować książki, a także przybory, które uznał za potrzebne kładąc to wszystko na podłodze w przesadnie staranny sposób.

– Pomyślałem, że ja zajmę się technicznymi sprawami, a ty mogłabyś pomóc mi z pisemną prezentacją i sprawić, żeby jakoś ładniej to wyglądało – nie wiedziałam, czemu był tak zawstydzony prosząc mnie o pomoc, jednak nie zamierzałam w to teraz wnikać.

– Zgoda.

Przez następne minuty opowiadał mi o tym czego dokładnie dotyczył jego projekt i jak widział efekt końcowy. Mój mały braciszek był wyjątkowo mądry. Po jego wyjaśnieniu zdecydowałam się najpierw zająć się częścią plastyczną, a prezentację zrobić podczas, gdy farba będzie schła tak, żebym mogła nałożyć kolejną warstwę. Starałam się, aby wszystko wyglądało, jak najlepiej dlatego zajęło mi to więcej czasu niż przypuszczałam. Gdy skończyłam obie części był już późny wieczór i oboje byliśmy zbyt zmęczeni, żeby dalej to ciągnąć.

– Może przerwa, co? – zaproponowałam widząc, jak mrużył oczy zmuszając się do skupienia na literach.

– Chętnie – posłał mi lekki uśmiech odkładając wszystko, co miał w rękach z powrotem na podłogę i podążył za mną do kuchni.

Byłam zbyt głodna, by zrobić coś bardziej wyszukanego, więc po prostu odgrzałam to, co zostało z wczorajszego obiadu dzieląc wcześniej na dwie porcje. Właśnie miałam zabrać się do jedzenia, kiedy niespodziewanie zadzwonił mój telefon. Jedyne osoby, które mogłyby mieć powód dzwonić do mnie były zajęte, albo wiedziały o tym, iż ja miałam obecnie zajęcie. Zastanawiając się, kto mógłby to być wyjęłam urządzenie z kieszeni i zmarszczyłam brwi na widok wyświetlającego się na ekranie numeru Ridera.

– Miałeś mieć jakąś super ważną sprawę. Coś się stało? – odebrałam nie dając po sobie znać, iż jego telefon wywołał we mnie niepokój.

Mógł skończyć już swoje zadanie i chcieć się spotkać, ale równie dobrze mogło to zwiastować kolejne kłopoty. Część mnie po śmierci Damona podświadomie zaczynała panikować na dźwięk dzwonka obawiając się rewelacji, które usłyszałabym odbierając.

– Dzwonię ze szpitala miejskiego – odezwał się męski głos, którego nie rozpoznałam. To jednak wystarczyło, bym znów poczuła się, jakby ktoś powalił mnie ciosem w brzuch. – Właściciel telefonu został właśnie przywieziony do nas po wypadku, ale nie miał przy sobie dokumentów, więc pomyślałem, że zadzwonię pod ostatnio wybrany, zapisany numer.

Po tych słowach serce zaczęło walić mi w piersi. Nie mogłam nic poradzić na to, że bałam się o Ridera, ponieważ od naszego pierwszego spotkania stał mi się bliski. Poza tym po stracie Damona nie byłam gotowa na opłakiwanie kolejnej bezsensownej śmierci. Zacisnęłam dłonie nie czując nawet tego, co trzymałam w drugiej, a moje serce chyba znów pominęło kilka uderzeń.

– Czy może pani przyjechać do szpitala i pomóc nam wypełnić dokumenty?

– Będę tak szybko, jak to możliwe – rozłączyłam się i drżącą dłonią schowałam telefon z powrotem do kieszeni.

Zamknęłam oczy oddychając głęboko chcąc chociaż trochę się uspokoić i zniwelować część rodzącego się we mnie przerażenia. Nie pomogło to wiele, ale kilka minut później wstałam opuszczając dom bez słowa. Danny przyglądał mi się z niepokojem, jednak nie mogłam marnować czasu na tłumaczenie mu sytuacji. W tej chwili nienawidziłam tego, iż nie posiadałam własnego samochodu, ale na szczęście niedaleko udało mi się znaleźć taksówkę. Wsiadłam do środka nie przejmując się tym, jak mocno trzasnęłam drzwiami i kazałam kierowcy zawieźć się do szpitala. Milczałam przez całą drogę nerwowo wyłamując sobie palce i raz za razem wyrzucając sobie, jaką idiotką byłam. Właśnie dlatego obawiałam się odebrania telefonu, a teraz mój najgorszy koszmar ziszczał się po raz kolejny. Będąc już na miejscu najpierw udałam się do recepcji skąd przerażoną pokierowano mnie do odpowiedniego pokoju, w którym miał już na mnie czekać lekarz. Drogę pokonałam biegiem o mało nie wywracając się kilka razy na śliskim linoleum oraz wpadając na drzwi, ponieważ ledwo zdążyłam się zatrzymać. Zapukałam, a po krótkim zaproszeniu weszłam do środka.

– Na początek podaj mi dane pacjenta – zaczął lekarz profesjonalnym tonem otwierając jedną ze znajdujących się na biurku teczek.

Zacisnęłam usta w cienką linię coraz bardziej zaniepokojona. Wiedziałam jednak, że zanim dostanę jakiekolwiek informacje o stanie Ridera musiałam współpracować z lekarzem. Niestety pomimo czasu, jaki razem spędziliśmy oraz tego, jak bardzo zbliżyliśmy się do siebie wciąż nie wiedziałam o nim prawie niczego. Przynajmniej z rzeczy, które interesowałyby personel medyczny.

– Nie znam ich zbyt wiele. Nazywa się Ian Jones i ma dziewiętnaście lat, to wszystko co wiem – lekarz westchnął zrezygnowany, po czym pokręcił głową zapisując to na kartce przed sobą. – Jaki właściwie jest jego stan? – spytałam z obawą nie mogąc już dłużej znieść tej niepewności. Mężczyzna milczał przez chwilę zanim ponownie się odezwał.

– Zanim odpowiem na to pytanie muszę zapytać, kim dla niego jesteś. Nie mogę ujawniać informacji o stanie pacjenta nikomu spoza rodziny chyba, że widniałabyś, jako jego osoba kontaktowa, a to pole jest u niego puste.

Zamrugałam zdziwiona zaraz jednak przypominając sobie o tych bzdurnych zasadach. Byłam obca dla Ridera pod względem pokrewieństwa, ale miałam nadzieję, że jeśli powiem prawdę dowiem się czegoś konkretnego. Kłamstwo w tym przypadku mogłoby za szybko wyjść na jaw i nabawiłabym się przez to problemów, a teraz chciałam tylko dowiedzieć się, co z nim i jak najszybciej go zobaczyć.

– Jestem jego dziewczyną – wiedziałam, że to daleko mnie nie doprowadzi, więc kontynuowałam mówiąc mu coś, czego w innej sytuacji Rider nigdy nie chciałby, aby zostało ujawnione. – Ian nie ma w tym mieście nikogo. Miał kiepskich rodziców i musiał opuścić dom, jeśli wie pan, co mam na myśli.

Zamyślił się przez chwilę przetrawiając moje słowa i podejmując decyzję.

– Cóż – westchnął po raz kolejny, – skoro wiemy tak niewiele o pacjencie chwilowo umieszczę cię, jako jego osobę kontaktową. Przynajmniej do czasu, aż sprawdzę twoją wersję – wyznał w końcu. Dopiero wówczas spojrzał mi z powagą w oczy. – Twój chłopak jest obecnie operowany po tym, jak trafił do nas z licznymi ranami, w tym po postrzale.

Po jego słowach w mojej głowie zapanował kompletny chaos. Dłonie zaczęły mi drżeć, więc z całej siły zacisnęłam je w pięści wbijając paznokcie w ich wewnętrzną część. Nie zważałam w tej chwili na ból, prawdę mówiąc w ogóle go nie czułam. Byłam zbyt pochłonięta przez strach. Bałam się o jego życie, o to, że mogłam go już nigdy nie zobaczyć. Przerażała mnie myśl o tym, iż po raz kolejny miałam stracić kogoś dla mnie ważnego. Nie zniosłabym tego. Nie potrafiłabym.

– Postrzale? – powtórzyłam głucho. W głowie przewijały mi się same najczarniejsze scenariusze. Czy ten mężczyzna widział emocje, kryjące się w moich oczach? Po jego oświadczeniu nie miałam siły dłużej utrzymywać pozorów i pozwoliłam sobie pokazać, jak załamana byłam.

Lekarz usiłował coś jeszcze powiedzieć, ale nie zwracałam już uwagi na jego słowa. Opuściłam jego gabinet na drżących nogach i jak tylko dotarłam do pierwszego, plastikowego krzesełka opadłam na nie bezwładnie. Objęłam się wciąż drżącymi rękami, zaciskając przy tym zęby. Uparcie powtarzałam w myślach, iż to wszystko nie mogło być prawdą, że to był tylko kolejny koszmar. Chciałam obudzić się i znów być w swoim łóżku, móc zadzwonić do Ridera, który stwierdziłby jedynie, że jest zajęty. Rozłączyłby się, a ja mogłabym odetchnąć z ulgą. Teraz nie mogłam zrobić nawet tego. Nie mogłam swobodnie oddychać czując w piersi ogromny ciężar.

– Cholera – uderzyłam pięścią w ścianę.

Dlaczego to musiało się stać? Dlaczego Rider musiał mieć ten cholerny wypadek? Czy mogło to mieć coś wspólnego z zadaniem, które miał wykonać? Czy może jednak związane było z tamtym atakiem, kiedy byliśmy razem? Miałam tyle pytań i żadnej odpowiedzi. Nikogo, kto mógłby mi pomóc to rozwikłać. Mogłam czuć ból, wściekłość czy żal, ale to właśnie bezradność była z tego wszystkiego najgorsza. Nie tak miał skończyć się ten dzień.

36. Skutki uboczne

Powiedziano mi, że operacja przebiegła pomyślnie, jednak od tamtej pory minęło kilka dni, podczas których pozostawał w śpiączce. Lekarze nadal nie wiedzieli o nim zbyt wiele, więc postanowiłam poszukać informacji na własną rękę i w tym celu zadzwoniłam do Cole’a. Niestety on sam wiedział o nim niewiele więcej, ale na szczęście dla mnie obiecał utrzymać stan oraz miejsce pobytu Ridera w tajemnicy tak długo, jak zdoła. Biorąc pod uwagę, iż on sam był jednym z ludzi Arcos’a nie miałam prawa prosić go o nic więcej.

– Jak on się czuje? – spytałam spuszczając wzrok na trawę.

Opierałam się o ścianę budynku korzystając z przerwy i zadzwoniłam do blondyna. Cały czas niepokoiłam się o stan chłopaka, przez co nie potrafiłam się na niczym skupić. Na szczęście Cole nie miał mi za złe tych telefonów. Z resztą z naszej dwójki to on miał więcej czasu, który mógł poświęcić siedząc przy Riderze. W tej chwili, jak nigdy przeklinałam fakt, że do pełnoletności wciąż brakowało mi miesięcy. W innym wypadku nie dałabym nikomu wyrzucić się z sali, w której leżał szatyn.

– Bez zmian – odpowiedział mężczyzna, który był dla mnie prawie, jak starszy brat. On również się martwił, co słychać było w jego głosie.

Przygryzłam wargę powstrzymując się przed wypowiedzeniem cisnących się na usta słów. Cole nie był temu winny i nie zasługiwał na to, żebym wyżywała się na nim po tym, jak obiecał mi pomóc.

– Przyjadę do szpitala, jak tylko się stąd wyrwę – rozłączyłam się wiedząc, że za chwilę zabrzmi dzwonek na lekcje. Odepchnęłam się od ściany mając wielką ochotę coś rozwalić. Od dawna nie czułam się tak bezsilna, jak w ciągu tego krótkiego czasu. Najpierw Damon, a teraz Rider.

Nie mogłam w żaden sposób przyspieszyć mijających lekcji, ale ponieważ ostatnie było wychowanie fizyczne, jak tylko wróciłam do szatni od razu zabrałam plecak i wybiegłam na zewnątrz nawet się nie przebierając. Wyjątkowo dzisiaj cieszyłam się, że graliśmy w siatkówkę, ponieważ nie miałam okazji spocić się, a strój, który miałam na sobie mógł spokojnie nadać się do chodzenia po mieście bez zwracania na siebie niepotrzebnej uwagi. Chociaż nawet, gdyby było inaczej nie zajmowałoby to moich myśli.

– Muszę iść do pracy, a później mam spotkanie. Nie jestem pewien, czy dam radę przyjść jutro – poinformował mnie Cole. gdy weszłam do odpowiedniej sali i zamknęłam za sobą drzwi.

Pokiwałam głową zajmując zamiast niego miejsce na krześle przy łóżku. Przez pierwszą dobę po operacji Rider znajdował się na ER4, ale później uznano, iż mógł zostać przeniesiony do oddzielnej sali. Na szczęście, ponieważ nie wiedziałam, co zrobiłabym gdyby operacja się nie powiodła. Nadal nie wiedziałam, co robić. Przyjrzałam się jego twarzy. Gdyby nie tych kilka zadrapań wyglądałby, jak podczas tych kilku razów, kiedy widziałam go śpiącego. Pod przykryciem nie mogłam także dostrzec bandaży ukrywających jego rany, a obserwować tylko równomiernie unoszącą się klatkę piersiową. Choć już samo to było dobrym znakiem nawet pomimo kroplówek oraz sprzętu, do którego nadal był podłączony.

– Spędzasz tu dużo czasu – odezwał się lekarz, który pojawił się zaraz po wyjściu Cole’a. Był to ten sam, z którym rozmawiałam na początku po przyjeździe do szpitala. Był odpowiedzialny za Ridera i codziennie przychodził sprawdzać jego stan zamieniając ze mną w międzyczasie parę zdań.

– Nie mogę być przy nim na okrągło, ale chciałabym być tu, kiedy się obudzi.

Pokiwał głową sprawdzając parę rzeczy, po czym zapisując w karcie wyniki. Następnie położył dłoń na moim ramieniu uśmiechając się pocieszająco. Widocznie mnie polubił, albo po prostu każdego, kto siedział przy szpitalnym łóżku usiłował podnieść na duchu przekonując, by nie tracił nadziei.

– Czy wiadomo już, jak długo to potrwa? – odwróciłam na moment spojrzenie przenosząc je na nieprzytomnego Ridera zanim znów wpatrzyłam się w poważną teraz twarz lekarza.

– W przypadku śpiączki zawsze trudno określić czas jej trwania, ale sądząc po obrażeniach, jakie odniósł nie sądzę, by trwało to zbyt długo – miałam właśnie zapytać, co dokładniej rozumiał przez zbyt długo, ale nie dał mi szansy dojść do słowa. – Muszę jednak uprzedzić, iż nawet pacjenci krótkotrwale zapadający w śpiączkę narażeni są na pewne skutki uboczne.

– Skutki uboczne? – powtórzyłam na nowo czując lodowaty strach płynący w żyłach.

– Może dojść do tak zwanego zespołu zamknięcia, chory może też zatrzymać się na etapie minimalnej świadomości lub dojść do uszkodzenia części mózgu, co związane byłoby bardziej z urazem, jakiego doznał podczas wypadku. Mógłby wówczas utracić zdolność poruszania się czy mowy, bądź inną funkcję, za którą odpowiedzialna byłaby uszkodzona część mózgu – z każdym jego kolejnym słowem czułam się coraz gorzej. Strach narastał we mnie przesłaniając powoli wszystko inne. – Nie mogliśmy tego niestety wykluczyć, ponieważ w tym stanie nie można wykonać mu odpowiedniego badania. Proszę być jednak dobrej myśli.

Poklepał mnie po ramieniu, po czym ścisnął je zanim opuścił rękę. Wiedziałam, że chciał mi tym gestem dodać odwagi, ale to mi zupełnie nie pomagało. Jedynym, co pomogłoby mi skutecznie się uspokoić było obudzenie się Ridera. Gdybym chociaż miała większy dostęp do informacji o stanie jego zdrowia może poczułabym się lepiej, pewniej. Niestety takiej możliwości nie było. Po badaniu mężczyzna znów wyszedł zostawiając mnie samą z nieprzytomnym szatynem. Pochyliłam się nad nim dotykając jego twarzy i odgarnęłam z niej włosy. Z zadumy wyrwał mnie dźwięk mojej komórki.

– Rodzice mają za kilka godzin ważne spotkanie i mówią, że muszę iść z nimi – powiedział niezadowolony z tego Danny.

– A co to ma ze mną wspólnego? – spytałam nieco ostrzej, niż zamierzałam. Nie chciałam wyżywać się na nim, ale jeśli chciał, żebym pomogła mu tego uniknąć zadzwonił nie w porę.

– Wolałbym nie iść tam sam. Proszę – słysząc jego błagalny ton jeszcze bardziej odczuwałam wyrzuty sumienia musząc mu odmówić, ale nie było możliwości, abym dla czegoś takiego opuściła szpital. Mój mały braciszek był rozczarowany, ale wiedziałam, że w końcu mu przejdzie. Ostatecznie nie gniewaliśmy się na siebie zbyt długo. Tak więc zamiast przejmować się nim zajęłam się Riderem.

Do domu dotarłam po północy chociaż nie spędziłam całego tego czasu w szpitalu. Godziny odwiedzin skończyły się wcześniej, ale błąkałam się po mieście. Odkąd dowiedziałam się o wypadku Ridera nie tylko nie mogłam pozbierać myśli, straciłam także apetyt oraz dręczyła mnie bezsenność. Być może lepiej byłoby porozmawiać o tym z Iron, wyrzucić z siebie, ale ja tak nie potrafiłam. Nie potrafiłam otworzyć się przed nią na tyle, aby wyznać jej wszystkie powody, dla których mimo wszystko nadal bałam się o życie chłopaka. Kiedy w końcu dotarłam do swojego pokoju rozebrałam się i położyłam do łóżka nie dbając nawet o piżamę. Przykryłam się kołdrą po samą szyję układając dłonie pod głową i wpatrzyłam się pustym wzrokiem w sufit, na którym układały się cienie.

Budzik zadzwonił stanowczo za wcześnie. Wstałam przecierając oczy i ziewając skierowałam się najpierw do szafy, z której wyjęłam ciuchy zanim poszłam do łazienki. Nadal zaspana zeszłam na śniadanie niecałe pół godziny później, będąc już gotową do wyjścia. Na miejscu przywitałam się z Iron bez entuzjazmu, co tym razem mi odpuściła. Wiedziała o moim związku z Riderem, a obecnie sądziła, iż mamy jakieś problemy, co nie było kompletnym kłamstwem. Nie było też jednak do końca powodem jego nieobecności. Nie celowym, w każdym razie.

– Co powiesz na to, żebyśmy poszły później do Los Diego się napić? – zaproponowała przyjaciółka, a ja rozważałam jej propozycję przez kilka minut.

Z jednej strony nie był to najgorszy pomysł, ponieważ czułam się tak zdołowana, że alkohol pomógłby mi choć na chwilę zapomnieć o problemach oraz normalnie zasnąć, ale z drugiej oznaczałoby to, iż nie dotarłabym dzisiaj do szpitala. Cole nie mógł się tam pojawić, więc Rider w razie przebudzenia zostałby sam. Nie chciałam na to pozwolić.

– Wybacz, ale mam coś ważnego – odpowiedziałam czując się winną, ponieważ zaniedbywałam ją już całkiem długo, a po śmierci Damona miałyśmy tylko siebie. Powinnam być dla niej lepszą przyjaciółką i wspierać ją w tym okresie.

– Co się dzieje Bones? – spytała przyglądając mi się uważnie, z cieniem rozczarowania w zielonych oczach. – Znów się odsuwasz.

Zagryzłam dolną wargę. Miała rację. Od wypadku Ridera znów zachowywałam się beznadziejnie i nie zasługiwałam na miano jej przyjaciółki po raz kolejny ją porzucając. Tylko, jak miałam jej to wyjaśnić tak, żeby zrozumiała, skoro ja sama nie do końca to pojmowałam. Westchnęłam kolejny raz ją przepraszając. Wiedząc, iż nie zdoła mnie przekonać Iron oddała mi notatki, które zabrała jakiemuś dzieciakowi, żebym mogła skorzystać z nich ucząc się do testów, które miały zacząć się od przyszłego miesiąca. Kolejny głupi zwyczaj naszej szkoły.

– Dzięki – uśmiechnęłam się z wdzięcznością pomimo wszystko.

– Zrobiłam już kopię dla siebie, ale powinnam chyba zwrócić je, żebyśmy nie miały problemów – zaśmiała się, a ja jej zawtórowałam.

Schowałam zeszyt do torby, po czym pożegnałam się z nią obiecując, że jak tylko wszystko wróci do normy wybierzemy się gdzieś, gdzie będziemy piły do rana. Ruszyłam w stronę szpitala, kiedy mój telefon zadzwonił.

– Cole? – nie spodziewałam się jego telefonu skoro mówił, że będzie zajęty. Po za tym naprawdę rzadko do mnie dzwonił i z tego, co wiedziałam mój numer nie był nawet zapisany w jego kontaktach.

– Wiemy już kto zaatakował Ridera. Lucas chce zająć się nimi jeszcze dzisiaj wieczorem, ponieważ dowiedział się o ich wcześniejszym ataku. Teraz ponoć chwalą się tym, że go zabili, a skoro oficjalnie nikt z nas nie wie, gdzie on jest większość naszych zdaje się w to wierzyć.

Zacisnęłam dłonie w pięści czując coraz większą złość rozchodzącą się po moim ciele. W tej chwili gdybym dostała ich w swoje ręce nie byłam pewna, czy potrafiłabym powstrzymać się od zabicia ich. Nie tylko za atak na Ridera, ale również za atak na mnie. Nie podobało mi się również, że Arcos dowiedział się o wypadku szatyna, ale nie mogłam już nic z tym zrobić.

– Lucas uważa, że będą w swojej kryjówce, ale poszukałem trochę i sądzę, że ukrywają się gdzieś poza miastem. Znam adres, jednak nie wiem, co dokładnie tam jest oraz jak wielu ich się ukrywa – westchnął milknąc na moment. – Zastanawiam się, czy powinienem dać ten adres tobie czy przekazać szefowi.

Przygryzłam wargę doskonale rozumiejąc jego wahanie. Jeśli poszłabym tam sama mogłabym nie wyjść z tego cało, a Arcos ze swoimi ludźmi z pewnością odpowiednio zająłby się nimi. Z drugiej strony nie chciałam pozwolić komuś innemu dostać się do nich zanim sama miałabym możliwość załatwienia tego. No i wyżyłabym się za zaznajomionego już ze sprawą Arcosa.

– Podaj mi adres – zadecydowałam ostatecznie. Nie było już mowy, bym to sobie odpuściła. – Obiecuję, że nie wpadnę tam bez żadnego porządnego planu.

W szpitalu był wyjątkowy ruch nawet, jak na tę porę dnia, więc zanim dotarłam do sali Ridera kilka razy musiałam przeciskać się między oczekującymi na korytarzach ludźmi czy personelem. Wystarczyło jedno spojrzenie, by przekonać się, iż chłopak cały czas pozostawał nieprzytomny, przez co nadal się o niego martwiłam.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł iść tam – zaczęłam cicho, patrząc na jego twarz, – jednak muszę to zrobić dla nas obojga. W końcu kto miałby zrozumieć mnie teraz lepiej, niż ty?

Zostałam z nim dopóki nie skończyły się godziny odwiedzin, po czym najszybciej, jak było to możliwe wróciłam do domu. Na miejscu przebrałam się w wygodne ciuchy, które nie krępowałyby moich ruchów i związałam włosy w ciasny kok. Wyjęłam jeszcze z szafy luźną bluzę zanim otworzyłam jedyną w niej szufladę zamykaną na klucz. W środku oprócz zarobionych nie do końca w legalny sposób pieniędzy trzymałam też wszystko to, o czym nie powinni wiedzieć moi rodzice czy brat. W tym czarnego Glocka 9 mm, którego znalazłam w rzeczach Lance’a po tym, jak został zabity. Trzynastolatka mająca w dłoni broń nie było dobrą rzeczą, ale to był pistolet Lance’a. Nigdy nie zdradziłabym go w taki okrutny sposób przekazując go rodzicom, a nie mogłam go również wyrzucić. Dlatego zatrzymałam go u siebie. Teraz ukryłam go pod bluzą biorąc jeszcze swoje dwa wojskowe noże zanim wymknęłam się z domu. Tej nocy nie mogłam pozwolić, żeby ktokolwiek wiedział, iż z niego wychodziłam.

4 ER (emergency room) – odpowiednik OIOM’u

37. Obudził się

Budynek wyglądał, jak nieużywany od dawna magazyn, choć jak dla mnie był dziwnie mały. Chociaż być może już od samego początku miał zupełnie inne przeznaczenie niż to, na które miało się zwracać uwagę na pierwszy rzut oka. Chwilę po prostu stałam w pewnej odległości obserwując okolicę. Na szczęście nie natknęłam się na nikogo wokół niego, ale nie posiadał okien, więc nie wiedziałam ile osób było obecnie w środku. Nie mogłam nawet zasugerować się liczbą aut, bo ich także nie widziałam. Przez to zadanie, które zamierzałam wykonać było trudniejsze, ale wciąż nie niemożliwe. Wzięłam głęboki oddech uspokajając się i wyszłam z ukrycia. Do środka prowadziło jedno wejście, więc jeśli udałoby mi się dobrze to załatwiłabym ich nie odnosząc poważniejszych szkód, a o więcej nie mogłam prosić. Gdy stanęłam przed drzwiami miałam przez chwilę ochotę po prostu wyciągnąć dłoń i zwyczajnie nacisnąć klamkę, ale to nie byłoby dobrym rozwiązaniem. Jeśli byli uzbrojeni mogli od razu zacząć strzelać. Przewidziałam, iż nie dostanę się do nich tak łatwo i ułożyłam wstępny plan na taką ewentualność, jednak w każdej chwili wszystko mogło pójść źle. Dlatego chciałam ograniczyć możliwe wpadki do minimum. Lepszym pomysłem było pozwolić im samym otworzyć te drzwi i upewnić w przekonaniu, iż nic im z mojej strony nie groziło.

– Cholera, nie mogę się teraz wycofać – powiedziałam cicho do siebie zanim faktycznie uniosłam dłoń. Zawahałam się na moment, za co skarciłam się w myślach i uderzyłam trzy razy w metalową powierzchnię rozsuwanych drzwi.

Hałas w środku poinformował mnie o zbliżającej się do nich osobie oraz o tym, że nie była ona sama. Liczyłam na to, że mimo wszystko ich grupa nie okaże się zbyt duża. Drzwi odsunęły się nieznacznie tworząc szczelinę, w której pojawił się wyglądający na niewiele starszego ode mnie chłopak. Przybrałam odpowiedni wyraz twarzy zaczynając swoje przedstawienie.

– Hej – zaczęłam zawstydzona upewniając się, aby przybrać najbardziej niepewny wyraz twarzy, na jaki było mnie stać. – Szukam miejsca, w którym mogłabym zostać na noc, a nie znalazłam nic prócz tego. Moi starzy to kretyni i miałam nadzieję na trochę wyrozumiałości – posłałam mu rozbrajający, pełen niewinności uśmiech.

Lekcje głupiego aktorstwa, które dawała mi Iron dla zabawy doszkalając moje marne umiejętności wymyślania tak wiarygodnych bajeczek nie poszły na marne. Zanotowałam w pamięci, by podziękować jej za pomoc w nauczeniu mnie, jak grać słabą i niewinną, bezbronną dziewczynkę. Samej pewnie daleko bym nie zaszła polegając na własnych domysłach, a przyjaciółka była w tym prawdziwą mistrzynią. Ciężko było mi uwierzyć w to, że jeszcze nigdy nie korzystała z tego talentu w innym celu niż zrobienie idioty z osoby, którą zamierzała po takim przedstawieniu dręczyć. Na szczęście w najbliższej okolicy w rzeczywistości nie było innych budynków mogących nadać się na nocleg dla nastoletniej uciekinierki bez wyraźniej w tym wprawy, co ułatwiało mi sprawę. Choć musiałam powstrzymywać się przed sięgnięciem po broń już w tej chwili w celu rozwalenia łbów każdej cholernej osobie w środku. Chłopak uśmiechnął się w sposób, który z całą pewnością zaniepokoiłby mnie, gdybym była zwyczajną dziewczyną szukającą pomocy. Poza tym najwyraźniej nie zorientował się, kim byłam i miałam nadzieję, iż jego kompani okażą się równie wielkimi, co on kretynami. Już bez bycia rozpoznaną to wciąż było niebezpieczne.

– Jasne – wpuścił mnie do środka odsuwając drzwi nieco szerzej, po czym zwrócił się do pozostałej w pomieszczeniu trójki, która przyglądała mi się. – Najwyraźniej mamy zbłąkanego kociaka, który potrzebuje schronienia.

Pozostali zaśmiali się rozbawieni jego uwagą. Dało mi to pewność, że nie uważali mnie za zagrożenie i co ważniejsze dawało znaczną przewagę w wykonaniu planu. Zatrzymałam się przy stole i opierając się o niego przyjrzałam się pomieszczeniu. Nie było tu wiele rzeczy. Głównie trzy stoły, kilka krzeseł oraz jedzenie i napoje świadczące o tym, że nawet jeśli się ukrywali nie zamierzali rezygnować z dobrej zabawy. Banda skończonych kretynów. Banda czterech, skończonych kretynów. Nieomal uśmiechnęłam się na tę wieść niszcząc tym samym cały mój plan. Na szczęście w ostatniej chwili zdołałam się opanować nie wychodząc z roli. Z czterema mogłam sobie poradzić. W końcu nie wyglądali tak groźnie, a ja nie byłam nowicjuszką w tych sprawach.

– Uciekłaś z domu? – spytał jeden z nich zwracając na siebie moją uwagę.

Dla mniej wprawnego oka mogłoby wydawać się, że jego koledze było po prostu niewygodnie opierać się dłużej o stół, dlatego zmienił pozycję. Dla mnie jasne było, iż to, jak stał teraz miało ułatwić mu złapanie mnie, gdybym rzuciła się do ucieczki. Jakbym miała jakiekolwiek szanse przedostać się obok tego, który wciąż stał przy drzwiach. Na ich nieszczęście nie zamierzałam uciec, nie dopóki nie skończę z nimi tego, po co przyszłam.

– Coś w tym rodzaju – nadal grałam zawstydzoną, jednocześnie przesuwając jedną z dłoni za siebie tak, bym szybciej chwyciła wsuniętą za pasek spodni broń.

Uśmiechałam się niepewnie, co z kolei dodało im pewności siebie. W chwili, w której dwóch z nich zaczęło iść w moją stronę zrozumiałam, że ten cały teatrzyk skończył się zarówno dla mnie, jak i dla nich. Błyskawicznym, wyćwiczonym dzięki godzinom treningów ruchem sięgnęłam po pistolet i bez zastanowienia oddałam pierwszy strzał. Trafiłam jednego z nich w nogę, przez co krzyknął z bólu, upadając i trzymając za ranę, chcąc zatamować chociaż w niewielkim stopniu krwawienie. Od razu strzeliłam także do drugiego trafiając w brzuch, więc zostało mu najwyżej kilka minut zanim wykrwawi się na śmierć. Lekcje anatomii nigdy nie przydawały mi się bardziej, jak w momencie zagrożenia własnego życia.

Wchodząc tu nie miałam pojęcia, czy byli uzbrojeni, ale najwyraźniej nie byli przygotowani na taką ewentualność, ponieważ zamiast pistoletów w ich dłoniach pojawiły się noże. Przestali się także uśmiechać, ale teraz nie miało to już znaczenia. Pozostała trójka rzuciła się na mnie i jedynie cudem udało mi się uniknąć ich wspólnego ataku, ale i tak jeden trafił mnie w ramię zostawiając całkiem głęboką ranę. Zacisnęłam zęby z bólu i strzeliłam do kolejnego, tym razem celując w głowę i chwilę później padł na podłogę z dziurą w czole. Uśmiechnęłam się z satysfakcją jednocześnie ponownie odskakując w bok, ale wpadłam na krzesło. Potknęłam się przewracając, więc kolejny strzał był chybiony. Tak, jak następny po nim, ponieważ nie tylko ja robiłam uniki.

– Kurwa! – zaklęłam, czując coraz bardziej rwący ból w ramieniu. Powinnam w jakiś sposób zatamować krwawienie, jednak w obecnej sytuacji nie bardzo miałam taką możliwość. Musiałam wytrzymać, powtarzałam sobie w duchu.

Zanim pozbyłam się kolejnego z wesołej gromadki samej nabawiłam się drugiej, tym razem płytkiej rany na brzuchu. Ostatni był największym wyzwaniem i zmarnowałam prawie połowę pozostałych w magazynku naboi, żeby go wykończyć. Po wszystkim wyprostowałam się rozglądając po pomieszczeniu. Cztery martwe ciała leżały na podłodze w powiększających się kałużach krwi. Na dłoniach miałam rękawiczki, co znacznie ułatwiało mi zadanie. Dzięki temu miałam jeden problem mniej, kiedy zabierałam im te cholerne noże, którymi mnie zranili i upewniałam się, że nigdzie na meblach nie zostawiłam śladów własnej krwi. Byłoby naprawdę kiepsko, gdyby ktoś powiązał mnie z tym, więc musiałam zmniejszyć szanse wpadki do minimum.

– To już chyba wszystko – stwierdziłam po kolejnych oględzinach.

Wyszłam na zewnątrz i zamknęłam za sobą drzwi zanim wyciągnęłam z kieszeni telefon. Ignorując ból w ramieniu wybrałam numer biorąc kilka głębokich oddechów mających mnie uspokoić zanim wykonałam połączenie.

– Jestem twoją dłużniczką – odezwałam się na wstępie, mimo wszystko oddychając ciężko. Rana zaczynała poważnie dawać mi w kość.

– Cieszę się, że żyjesz. Jak tamci? – Cole wydawał się odczuwać ulgę. Musiał szczerze martwić się o mnie, na co uniosłam kącik ust w delikatnym uśmiechu.

– Martwi – odpowiedziałam bez emocji. – Muszę jeszcze czymś się zająć – dodałam i rozłączyłam się zanim miałby okazję zacząć dopytywać.

Obie rany wciąż krwawiły, choć ta na brzuchu zdecydowanie mniej, jednak i tak nie wyglądało to zbyt dobrze. Musiałam udać się do szpitala, ponieważ nie było opcji, bym zajęła się tym samej i nie znałam też nikogo z medycznym przeszkoleniem, kto mógłby mi z tym pomóc. W efekcie wylądowałam z powrotem w szpitalu, w którym leżał Rider z tą różnicą, iż tym razem to ja potrzebowałam pomocy lekarskiej.

– Będzie trzeba to zszyć – oznajmił znajomy mi już lekarz po krótkich oględzinach, co nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem. Sama wywnioskowałam to po wyglądzie rany. – Gdzie się tak zraniłaś?

– Jestem po prostu niezdarna. Chciałam wymknąć się z domu przez okno i nie zauważyłam, że rama po drugiej stronie była uszkodzona – skłamałam gładko bez zająknięcia. Przyglądał mi się chwilę podejrzliwie zanim kiwną głową nie dopytując o nic więcej.

Dostałam miejscowe znieczulenie zanim wbił igłę w moje ciało. Inaczej chyba nie pozwoliłabym zrobić sobie czegoś takiego. Cały zabieg zajął zaledwie jakieś dwadzieścia minut, jednak wciąż był bolesny, nawet mimo środka znieczulającego. Do tego większość czasu odwracałam głowę nie chcąc na to patrzeć. Po wszystkim lekarz owinął mi ramie bandażem i pouczył, jak dbać o ranne miejsce oraz kazał zgłosić się za tydzień na kontrolę. Grzecznie podziękowałam przed wyjściem, ale dopiero na zewnątrz gabinetu pozwoliłam sobie na okazanie prawdziwych emocji i uderzyłam z całej siły pięścią zdrowej ręki w ścianę. O dziwo uniknęłam kolejnych obrażeń.

Wszyscy w domu już od dawna spali, więc nikt nawet nie zorientował się, kiedy weszłam głównym wejściem i wspięłam się po schodach do swojego pokoju. Zrzuciłam ciuchy notując w pamięci, aby pozbyć się zakrwawionej bluzy, którą teraz schowałam pod łóżkiem. Może i była to mało ambitna kryjówka, ale tam rodzice czy Danny na pewno nie zajrzą. Ubrałam coś, co zakryłoby bandaż zanim położyłam się do łóżka.

– Wstawaj Liz – doszedł mnie czyiś głos ściągający mnie z krainy Morfeusza.

Zaspana machnęłam ręką chcąc odegnać intruza. Niestety to w niczym nie pomogło, dlatego chwilę później siedziałam przecierając oczy oraz zastanawiając się, czemu właściwie Danny wyrwał mnie ze snu.

– Co jest młody? – spytałam ziewając. Przeszło mi przez myśl, iż leki przeciwbólowe, które zażyłam zanim poszłam spać musiały wciąż działać. W innym wypadku już dawno bym się przebudziła.

– Twój telefon nie przestaje dzwonić, więc zastanawiałem się o co chodzi, że jeszcze go nie odebrałaś.

– Mój telefon? – powtórzyłam nie rozumiejąc. W tym samym momencie urządzenie rozdzwoniło się przyciągając moją uwagę.

Sięgnęłam po nie nie sprawdzając nawet, kto dzwonił dając Danny’emu znak, by opuścił mój pokój. Ktokolwiek to był wolałam, aby mój brat nie był świadkiem moich rozmów. Te ostatnie nie należały bowiem do czegoś, o czym powinien wiedzieć. Nie, jeśli miałam trzymać go z dala od tego bagna.

– Tak? – ledwo udało mi się odezwać, a po drugiej stronie usłyszałam zdenerwowany głos Cole’a.

– Mogłabyś odbierać cholerny telefon, kiedy dzwonię! – był wściekły, ale wywróciłam jedynie oczami. To ja z nas dwojga przechodziłam teraz przez istne piekło, więc mógł krzyczeć sobie do woli. – Lepiej, żebyś dzisiaj nie pojawiała się w szpitalu. Lucas dowiedział się, gdzie jest Rider i zamierzał się tam pojawić. Musiałem mu powiedzieć, a kiedy zobaczył piątkę trupów chciał upewnić się, że to nie Rider ich tak załatwił.

Zacisnęłam dłoń w pięść na kołdrze. Wiedziałam, że długo nie uda się ukrywać przed Arcos’em nie tylko stanu Ridera, ale także miejsca jego pobytu. Pomimo tego miałam nadzieję, iż do tej pory chłopak już się obudzi. To rozwiązałoby problem. Odetchnęłam parę razy uspokajając się zanim wstałam idąc do łazienki. Prysznic był wykluczony ze względu na bandaże, dlatego odkręciłam wodę w wannie. Długie kąpiele nie były czymś, co często robiłam. Nie lubiłam tego, bo nie widziałam sensu w siedzeniu godzinami w wannie, ale obecnie nie miałam nic lepszego do roboty. Umyłam się powoli uważając, aby nie zamoczyć bandaża zanim ubrałam luźne ciuchy i zeszłam zjeść śniadanie.

– Wszystko w porządku? – Danny był po raz kolejny wyraźnie przeze mnie zmartwiony, jednak to była do końca tylko moja wina, ponieważ od wypadku Ridera cały czas chodziłam poddenerwowana.

Gdyby ten idiota bardziej na siebie uważał i nie trafił do szpitala nic z tego by się nie wydarzyło. Posłałam mu uśmiech zabierając się za przygotowanie tostów. Było już południe, a ja byłam cholernie głodna, jednak nie zamierzałam czekać z pustym żołądkiem aż dostarczą mi pizzę, którą zamówiłam zanim zeszłam. Prędzej padłabym z głodu.

– Co powiesz na pizzę i popołudnie przed telewizorem? – zaproponowałam bratu, na co zareagował z nieco przesadnym, jak na mój gust entuzjazmem. Mogło się to wiązać jednak z tym, iż od jakiegoś czasu Iron nie była jedyną osobą, którą zaniedbywałam.

W ten sposób spędziliśmy najbliższe godziny, dzięki czemu mogłam się odstresować. Odciągnęło to moją uwagę od nieprzyjemnych spraw, więc naprawdę dobrze się bawiłam. Przynajmniej do czasu, aż dostałam wiadomość zawierającą wyłącznie dwa, krótkie zdania, której treść musiałam przeczytać kilka razy zanim w pełni to do mnie dotarło.

Dostałem wiadomość od Lucasa. Obudził się.

38. Roztrzaskane na kawałki

To nie tak, że nie chciałam do niego pójść. Chciałam, nawet bardzo. Moją pierwszą myślą, gdy przeczytałam wiadomość było zerwać się z kanapy i pobiec do szpitala. Niestety przez obecność Lucasa nie mogłam sobie na to pozwolić. Nie, jeśli nadal nie chciałam, by ktokolwiek wiedział o tym, jak bardzo się z nim związałam. Arcos nie pozwoliłby mi tak po prostu odejść. Właśnie dlatego już trzeci dzień z rzędu wynajdywałam sobie najróżniejsze zajęcia mające wypełnić mi czas tak, bym nawet nie miała kiedy się tam wybrać. Dzięki temu przerobiłam do przodu całkiem sporo tematów w szkolnych podręcznikach, ukończyłam ten głupi esej, a także wysprzątałam na błysk niemal cały dom. Zabawne, jak wiele rzeczy mogłam teraz zrobić tylko po to, by kolejny raz zachować się, jak tchórz. Powinnam nienawidzić się za to, jednak obawa przed byciem zmuszoną do wejścia w ten świat na dobre skutecznie przytwierdzała moje nogi do podłoża nie pozwalając mi wykonać nawet kroku. Moja wolność okazała się ważniejsza od rodzącego się pomiędzy nami uczucia. Taki właśnie był mój wybór. Wolność ponad własne serce. To sprawiało, iż nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze i nieustannie kierowało mój wzrok na klamkę od drzwi wyjściowych.

– Zwariuję, jeśli tak dalej pójdzie – oceniłam po raz kolejny szorując płytki łazienki w tym samym miejscu pomimo, iż lśniły już czystością.

Od godziny klęczałam na kafelkach w łazience ze szmatką w dłoni oraz miską z płynem w pobliżu. Skończyłam wcześniej myć sedes, prysznic i wannę, a podłoga nie mogła być już czystsza. Pomimo tego nadal tarłam szmatką gładką powierzchnię, jakbym mogła w ten sposób zmyć cały pokrywający ją wzór, lakier czy co to tam było. Wszystko po to, żeby zatrzymać mnie w tych cholernych czterech ścianach zanim po raz kolejny popełniłabym takie głupstwo, jak zastrzelenie tych czterech facetów.

Miałam wystarczającą ilość szczęścia, aby nikt nie powiązał ze mną ich śmierci, ale nie obyło się to dla mnie bez żadnych konsekwencji. Zawsze zastanawiałam się, jak ludzie tacy, jak Rider mogli odbierać innym życie sprawiając, iż wyglądało to tak prosto. Jedyny raz, kiedy byłam do tego zdolna dotyczył mordercy mojego brata i naprawdę nie byłam w pełni świadoma tego, co mu zrobiłam. W tamtej chwili czułam jedynie obezwładniające mnie wściekłość i ból. Teraz zachowując pełną przytomność zmysłów zastrzeliłam czterech chłopaków gorzej uzbrojonych ode mnie i chociaż nie odczuwałam z tego powodu wyrzutów sumienia nie mogłam pozbyć się pojawiających się pod powiekami za każdym razem, gdy zamykałam oczy obrazów ich ciał we krwi. Budziłam się nocami z krzykiem zamierającym w gardle przez zniekształcone przez mój umysł koszmary. Stałam się także bardziej nerwowa, a jednak gdybym miała podjąć tą decyzję jeszcze raz zrobiłabym dokładnie to samo. Oni zasłużyli na to, co ich spotkało. Zdecydowali się napaść na mnie i Ridera, a potem zaatakowali go niemal doprowadzając do śmierci, której jedynie cudem uniknął. Miałam więc w swoim odczuciu pełne prawo się zemścić nawet, jeśli kara nie była wymierna do popełnionej zbrodni.

– Tylko, że oni bez wahania zabiliby Ridera, gdyby wcześniej dowiedzieli się, że przeżył – usprawiedliwiałam tak samą siebie powtarzając to zdanie za każdym razem, kiedy powracały koszmary.

Westchnęłam ostatecznie poddając się z podłogą i wylałam wodę z miski do zlewu. Opłukałam ją zanim schowałam ją na miejsce, zabierając się za umycie lustra zanim wyczyściłam zlew. Pod koniec pracy część włosów, które wydostały się z kucyka sterczało mi na wszystkie strony, a ilość chemikaliów, jakich się nawdychałam była pewnie identyczna, co w niejednym laboratorium. Żałowałam, iż to pomieszczenie jako jedynie w domu nie miało okna. Druga łazienka posiadała jedno małe, wąskie okienko, dzięki któremu choć trochę udało mi się pozbyć zapachów płynów czyszczących. Teraz z wyraźną ulgą wyszłam stamtąd wracając do własnego pokoju.

– Chyba mogłabym ostatecznie sprzątnąć też pokój Danny’ego – wpadłam na ten pomysł już jakiś czas wcześniej, ale nie byłam co do niego przekonana. – To przecież nic takiego.

Sypialni rodziców za nic bym nie sprzątnęła. Nie było nawet szansy, żebym przekroczyła jej próg z własnej woli, jednak pokój brata nie był tym samym. W końcu Danny nie mógł ukrywać tam niczego tak strasznego, czego nie powinnam znaleźć chyba, że pisał pamiętnik. Jednak nie byłam aż tak wścibska i okropna, by go przeczytać. Z tą myślą poprawiłam włosy, po czym przeniosłam się do pokoju brata. Chociaż na pierwszy rzut oka panował tam względny porządek, jeśli bardziej się przyjrzeć można było dostrzec śmieci oraz ubrania porozrzucane po pomieszczeniu. Najpierw wyciągnęłam wszystko spod łóżka, a następnie sprawdziłam ubrania rzucając na podłogę te, które trzeba już było wyprać, pozostałe chwilowo odrzucając na łóżko. Kolejnym zadaniem było zebranie śmieci, a także wytarcie każdej powierzchni, na której mógł osadzić się kurz. Gdy już z tym skończyłam zaniosłam brudne ciuchy do piwnicy, gdzie jakiś czas temu matka wstawiła pralkę oraz suszarkę mechaniczną zabierając je z drugiej łazienki. Czyste rzeczy złożyłam odkładając je z powrotem do szafy, w której też miałam trochę roboty z porządkowaniem znajdujących się w niej już ubrań. Następnie zajęłam się rzeczami na półce. Gdy zostało mi tylko biurko oraz zmiana pościeli minęła już większa część dnia.

– Co u diabła? – spytałam widząc w szufladzie, którą dopiero otworzyłam małe pudełko z zamkiem.

Z całą pewnością było zbyt małe, by pomieścić coś w rodzaju pamiętnika i zaniepokoiło mnie to bardziej, niż zrobiłby to zamek chroniący dostępu do całej szuflady. W innych okolicznościach uznałabym je za skarbonkę, gdyby nie banknoty rozrzucone obok niego. Zatem cokolwiek było w środku musiało być na tyle ważne dla Danny’ego, aby chciał to zatrzymać i było wystarczająco poważne, żeby to ukrywał. Nie było mowy o narkotykach, ponieważ to z całą pewnością bym zauważyła. Obiecałam sobie, że nie będę zaglądać do jego prywatnych rzeczy, ale coś w tym pudełeczku mnie niepokoiło na tyle, że nie mogłam pozbyć się potrzeby otwarcia go. Mojego braciszka miało nie być jeszcze przez jakiś czas, ponieważ wyszedł z rodzicami na jedno z ich spotkań, w którym stanowczo odmówiłam udziału. Zostało mi więc trochę czasu do jego powrotu. Nie miałam kluczyka, jednak nawet bez niego mogłam z łatwością otworzyć zamek, co zrobiłam zduszając poczucie winy i tłumacząc się troską. Wystarczyło mi kilka sekund, po których uniosłam wieko.

Dlaczego, do cholery Danny ukrywał coś takiego? Pomyślałam ze zdziwieniem wpatrując się w małą buteleczkę zawierającą według naklejonej na niej etykiecie lek nasenny. W dodatku jeden z tych łatwo dostępnych, które każdy mógł kupić w aptece. To nie miało sensu. Czy Danny miał problemy ze snem? Jeśli tak, to co jej wywołało i czy powiedział o tym rodzicom? Ukrywał tabletki, więc najprawdopodobniej nie mieli o tym pojęcia, co nasuwało kolejne pytania bez odpowiedzi. Odłożyłam buteleczkę na miejsce zamykając pudełeczko i z westchnieniem usiadłam na podłodze opierając się plecami o ścianę.

Wieczorem po tym, jak rodzice z Danny’m wrócili do domu miałam już tak dość tych przysłowiowych czterech ścian, iż natychmiast po zjedzeniu kolacji wyszłam na zewnątrz. Potrzebowałam spaceru i miałam już nawet pomysł, gdzie mogłabym się udać. Szłam przed siebie nie rozglądając się, w myślach cały czas mając wspomnienie tabletek. Zastanawiałam się, jak powinnam zapytać o nie brata, ale jak na złość nic nie przychodziło mi do głowy. Całą drogę nie potrafiłam skupić się na niczym innym, więc dotarcie na miejsce zajęło mi więcej czasu niż normalnie, jednak nie było się czemu dziwić skoro kompletnie odpłynęłam myślami. Właśnie miałam skierować się do wejścia, gdy to zobaczyłam. Kawałek dalej stał Rider z jakąś skąpo ubraną dziewczyną. Normalnie nie zwróciłabym na nią uwagi i nie przejmując się nawet jej obecnością podeszła do chłopaka, ale tym razem nie mogłam tego zrobić. Zamarłam widząc scenę rozgrywającą się przede mną. Scenę ukazującą Ridera całującego się z tą dziewczyną, podczas kiedy obejmował ją w jednoznaczny sposób. Wpatrywałam się w nich z niedowierzaniem czując narastające złość, rozczarowanie i smutek.

– Rider! – zawołałam go, a on natychmiast odsunął się od dziewczyny i rozejrzał szukając osoby, która go zawołała. Kiedy jego wzrok zatrzymał się na mnie zmarszczył brwi zanim ruszył w moją stronę. – O co do cholery tu chodzi?

Zatrzymał się w pewnej odległości ode mnie, ale na tyle dalekiej, byśmy musieli podnosić głos. Nie rozumiałam, czemu zachował ten dystans skoro od dawna tego nie robił. Jeszcze bardziej jednak nie rozumiałam tego, co właśnie widziałam. Przez tę scenę byłam podwójnie wściekła na niego, ponieważ to on chciał żebyśmy stworzyli ten związek, a teraz całował się z jakąś laską tak, jakby w każdej chwili miał zamiar zabrać ją do siebie i pieprzyć. Jakby między nami niczego już nie było.

– Co masz na myśli? – spytał wyraźnie nie rozumiejąc mnie, co tylko jeszcze bardziej mnie wkurwiło. Nie wydawał się osobą, która robiłaby to wszystko tylko po to, aby dostać się do moich majtek, ale z drugiej strony przecież wcale go tak naprawdę nie znałam. To wszystko, co mi powiedział mogło być kłamstwem.

Nie mogło. Musiało być prawdziwe. Tak, jak to co zaczęliśmy do siebie czuć. Tego musiałam się w tej chwili trzymać. W to musiałam teraz wierzyć. Jakikolwiek był powód Rider z pewnością mi go wyjaśni. Wystarczy go zapytać.

– Ten cyrk, który odstawiasz – machnęłam dłonią w nieokreślonym kierunku, mając na myśli tą dziewczynę oraz fakt, iż nie zadzwonił do mnie odkąd wyszedł ze szpitala. – Nie zapominaj, że to tobie na tym zależało, więc wyjaśnij mi, co do cholery tu wyprawiasz?

Prychną w odpowiedzi na moje wściekłe słowa, po czym uśmiechnął się z kpiną mierząc mnie spojrzeniem brązowych tęczówek.

– Cyrk? – powtórzył nadal z kpiną. – Słuchaj dziewczynko nie wiem, co sobie ubzdurałaś, ale spadaj. Nie jestem tobą zainteresowany – dodał z wyższością.

Po tym oświadczeniu odwrócił się wracając do tamtej dziewczyny. Widziałam jej niezadowolone spojrzenie, kiedy rozmawiałam z Riderem, ale najwyraźniej nawet nie słysząc naszych słów zrozumiała, o co chodziło i obecnie wydawała się aż przesadnie pewna siebie po tym, jak chłopak w jej mniemaniu wybrał ją ponad mnie.

– Ian! – krzyknęłam za nim wiedząc, iż użycie jego prawdziwego imienia z całą pewnością przyciągnie jego uwagę. Jeśli był choć trochę do mnie podobny wiedziałam także, jak na to zareaguje.

Nie minęła nawet minuta, a z powrotem stał przede mną, ale tym razem jego spojrzenie było zimne, bezlitosne, podczas gdy w moją głowę wycelowana była lufa jego pistoletu. Zamarłam nie wierząc, iż był zdolny do zrobienia mi czegoś takiego.

– Nie mam pojęcia, skąd znasz to imię, ale dobrze ci radzę nigdy więcej go nie używać – te słowa nie były ostrzeżeniem, były groźbą, którą gotów był spełnić w każdej chwili.

Przełknęłam ślinę cofając się o krok. Opuścił broń, a ja tempo wpatrywałam się w jego postać znikającą razem z przyklejoną do niego panienką. Dopiero kiedy straciłam go z pola widzenia odwróciłam się na pięcie i zaczęłam biec przed siebie nie zwracając tak naprawdę uwagi na kierunek, dopóki nie dotarłam do stacji metra. Stamtąd pojechałam do miejsca, w którym mogłam bez żadnych obaw być samej. Do domku na drzewie, który zbudowałam razem z Lance’m. Usiadłam na drewnianej podłodze w zrujnowanej już konstrukcji, której nie pozostało wiele czasu, zanim się zawali i dopiero wówczas pozwoliłam sobie zmierzyć się z tym.

Nie można zakochać się w kimś naiwnie wierząc, że ta osoba nigdy nie złamie ci serca. Po godzinie spędzonej na odtwarzaniu tej sceny w kółko, raz za razem we własnej głowie powróciła do mnie moja własna myśl z chwili, gdy Iron alkoholem próbowała zdusić ból złamanego serca. To właśnie wtedy. Wtedy dotarło do mnie, kim był dla mnie ten zbyt dumny siebie, zabawny chłopak, który wtargnął siłą do mojego życia dając mi śmiech oraz łzy. Był kimś, kto dokonał tego, przed czym broniłam się od śmierci Lance’a. Rider okazał się kimś, kto wdarł się do mojego serca zawłaszczając je jedynie po to, by ostatecznie pozostawić je roztrzaskane na kawałki. Rider był tym, w którym zakochała się Bones.

39. Jedynym celem

Płakałam. Nie. Ja wyłam, dusząc się własnymi łzami. Od śmierci brata nie wylałam ich na raz tyle, co w ciągu ostatnich godzin. Wyklinałam przy tym własną głupotę wyrzucając sobie, jak to było w ogóle możliwe, bym się w nim zakochała. To było najgorszą rzeczą w tej sytuacji. Zbyt długo pozostawałam nieświadoma własnych uczuć, ponieważ uważałam taką możliwość za niedorzeczną. Być może, gdybym zorientowała się wcześniej nie doszłoby do takiej sytuacji, ponieważ nigdy nie zgodziłabym się na pogłębienie naszej relacji. Odcięłabym się od niego jeszcze zanim zaproponował mi więcej.

Tylko bezwartościowe rzeczy niewarte są ryzyka. Przypomniałam sobie jego słowa, które jeszcze jakiś czas wcześniej wypowiadał do mnie, chcąc mnie przekonać. Najwyraźniej uznał, iż nie byłam dla niego wystarczająco wartościowa, co cholernie mnie bolało. Bardziej, niż wszystko czego do tej pory doświadczyłam. Bones miała być jedynie pustą skorupą, ale on wypełnił ją cierpieniem, którego nie mogłam znieść.

Ostatecznie wróciłam do domu i mijając po raz kolejny zmartwionego moim staniem brata, udałam się prosto do swojego pokoju ignorując jego pytanie, czy wszystko było w porządku. Było jasne, jak cholera, iż nic nie było w porządku. Było kurewsko daleko od w porządku. Rzuciłam się na łóżko mając kompletną pustkę w głowie. Nie miałam pojęcia, co powinnam w tej sytuacji zrobić, ponieważ równie mocno, jak chciałam go skrzywdzić za to, co mi zrobił, nie chciałam go też już nigdy więcej oglądać. Jednak przede wszystkim nie chciałam już nigdy więcej cierpieć, dlatego gdyby tylko ktoś dał mi teraz taką możliwość z przyjemnością cofnęłabym czas nie zastanawiając się nad tym. Nawet znalezisko w pokoju Danny’ego odeszło w niepamięć.

– Idź do diabła Rider! – krzyknęłam uderzając pięścią w materac.

Dopiero po południu byłam w stanie wstać z łóżka i zacząć jakoś funkcjonować. Rozebrałam się będąc już w łazience i weszłam pod prysznic. Przez kilka minut po prostu stałam pod strumieniem gorącej wody pozwalając mu parzyć moją skórę, która przybierała coraz bardziej czerwony odcień. Niestety nawet to nie potrafiło stopić lodu w moim sercu. Pod zamkniętymi powiekami pojawiło się za to pewne wspomnienie, przez które uśmiechnęłam się krzywo.

– Bones – oświadczyła nagle Iron uśmiechając się szeroko z krzesła, które zajmowała. Zdążyłam już poznać ten wyraz twarzy dziewczyny, oznaczał on zawsze, iż wpadła właśnie na jej zdaniem świetny pomysł, który nie koniecznie był tak samo dobry dla wszystkich wokół.

– Co? – spojrzałam na nią nie wiedząc, o co znowu mogło jej chodzić. Ta dziewczyna potrafiła mieć setki pomysłów na minutę, by w następnej chwili kompletnie stracić cały swój entuzjazm.

Była najbardziej zmienną osobą, jaką do tej pory poznałam. Przynajmniej z tych, których dało się łatwo rozszyfrować, ponieważ w naszym towarzystwie niemal nigdy nie ukrywała prawdziwych uczuć. Była bardziej otwarta od Damona i może dlatego chłopak tak ją polubił, w końcu mnie również właśnie tym do siebie przekonała.

– Skąd to się w ogóle wzięło? – spytała siadając obok mnie na podłokietniku fotela i przybliżyła swoją twarz do mojej. – Nigdy nam o tym nie mówiłaś.

Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który pojawił się na mojej twarzy. Był to niemal ten sam sposób, w jaki uśmiechał się Lance. Usłyszałam także jego głos zadający mi to samo pytanie, które zadał mi tamtego dnia. Dnia, w którym widziałam go po raz ostatni.

– Czy myślisz, że są na tym świecie jeszcze rzeczy, które usprawiedliwią każdy nasz wybór?

Iron otworzyła szerzej oczy i zamrugała zdziwiona. Damon przechylił głowę samemu zastanawiając się nad tym, co powiedziałam. Do celu po trupach było prostą filozofią gangów. Wtedy nie miałam o tym pojęcia, ale po czasie zrozumiałam, co chciał przekazać mi mój brat. Pytał o to, czy cokolwiek zrobił zasłuży sobie na moje wybaczenie jednocześnie dając mi do zrozumienia, iż tak naprawdę nie oczekiwał go. Był gotowy na to, że pewnego dnia miałam poznać prawdę i przygotował się na to, że go za to znienawidzę. Nie mogłam tego zrobić. Lance był moim bohaterem i kochałam go bez względu na wszystko. To dla niego stałam się dziewczyną, która odcięła się od przeszłości tworząc nową siebie. Dla niego dokonałam zemsty i zostałam kimś bez serca czy sumienia. Bones nie potrzebowała rodziny, przyjaciół. Była tylko tym, co miało zatrzymać wspomnienia o Lance’ie.

Otworzyłam gwałtownie oczy cofając się najdalej od strumienia, jak pozwalała mi na to przestrzeń kabiny uświadamiając to sobie. Uświadamiając sobie, że zyskałam przyjaciół, których zaczęłam cenić i doprowadziło to do kłótni z Iron, przez którą omal jej nie straciłam oraz śmierci Damona. Zaczęło zależeć mi na Riderze i w efekcie pozwoliłam, by złamał mi serce. Zbliżyłam się do brata zrzucając przy nim większość swojej zbroi, a on chcąc stanąć po mojej stronie wpadał w kłopoty. Przez nich wszystkich powoli wracałam do bycia Elizabeth, a oni płacili tego cenę. Oni cierpieli, gdy ja się rozpadałam. Wyszłam spod prysznica i zagapiłam się na swój tatuaż. La muerte symbolizowała mnie, moją zmianę. Była Bones, którą się stałam, ale jednocześnie wzrokiem rozpaczała po Elizabeth wiedząc, iż nigdy jej nie odzyska. Wyrzekłam się tego, kim byłam nawet, jeśli miało już nie być powrotu. Przynajmniej tak to właśnie miało wyglądać.

– Wszystko przez to, że na chwilę zapomniałam, kim jestem – powiedziałam do swojego odbicia.

Wróciłam do pokoju mimo wszystko ubierając się cała na czarno, co idealnie oddawało mój nastrój. Zanim zeszłam na dół wzięłam też noże, a także pistolet, chociaż nie spodziewałam się, by były mi potrzebne. Nie miałam zamiaru jeść w domu, zamiast tego udałam się do knajpy Cole’a, który najwyraźniej wiedział o mojej obecnej sytuacji z Riderem sądząc po spojrzeniach, jakie mi posyłał, a których starałam się nie zauważać. Zjadłam zamówione jedzenie, popijając je piwem i dałam przyjacielowi do zrozumienia, iż nie miałam ochoty na rozmowy. Potrzebowałam tylko na chwilę zapomnieć, uporać się z bólem i stratą zanim na dobre wrócę do siebie. Do tego, kim byłam.

Jednak, gdy wróciłam wreszcie do domu znów nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Leżałam na łóżku wpatrując się nieobecnym wzrokiem w sufit aż do późnej nocy. Dopiero, kiedy reszta rodziny już spała zeszłam do salonu i w dresie położyłam się na kanapie zabierając wcześniej z kuchni paczkę ciastek. Nie zawracałam sobie głowy włączaniem światła nie chcąc informować rodziców, gdyby jednak się obudzili. Jadłam jedno za drugim uparcie ignorując na nowo cisnące się do oczu łzy. Powstrzymywałam szloch chcący wyrwać mi się z gardła nienawidząc w tej chwili każdego, kogo znałam. Nienawidziłam moich rodziców za to, że zmusili mnie do życia w takiej rodzinie, nienawidziłam Damona za to, że ostatecznie nie zawahał się nas opuścić w każdym tego słowa znaczeniu. Nienawidziłam mojego brata, Lance’a za to, iż nie był przy mnie, kiedy tak go potrzebowałam przeżywając swoje pierwsze prawdziwe miłosne rozczarowanie. Nienawidziłam Ridera za to, iż zmusił mnie do przewartościowania wszystkiego, co znałam ostatecznie porzucając mnie w samym środku bałaganu, jaki zmusił mnie, bym spowodowała. Jednak najbardziej nienawidziłam i gardziłam samą sobą. Tą żałosną dziewczyną, która pozwoliła wydarzyć się tym wszystkim rzeczom po tym, jak przysięgła być zawsze twarda.

– Żyj – szepnęłam do siebie pustym tonem, przypominając sobie słowa, na które gdzieś kiedyś trafiłam. – Nawet jeżeli nienawiść ma być jedynym celem twojego życia.

Przełknęłam ślinę kolejny raz krztusząc się łzami. Nie mogłam pozwolić, aby ktokolwiek usłyszał, jak płakałam. Ocierałam policzki i oczy najpierw dłońmi, a później ramionami. Nienawidząc coraz bardziej innych, a przede wszystkim siebie. Jednak jeśli to miało być jedyne wyjście z tej sytuacji, jedyne, na które było mnie stać to tej nocy będę płakać dopóki słońce nie wstanie zza horyzontu, a gdy to się stanie nie uronię już ani jednej łzy. Zamknę na nowo swoje serce wiedząc już, w których miejscach było zbyt słabe i wzmocnię je zaczynając po raz kolejny to wypełnione nienawiścią życie. Tak, jak tamtego dnia, po tym, jak Lance po raz ostatni wyszedł z domu. Jeszcze raz pozwolę, aby historia się powtórzyła tym razem wyciągając z niej tyle wniosków, ile tylko się dało, żebym już nigdy więcej nie popełniła podobnego błędu.

Wstałam rano z łóżka zastanawiając się, czy chciałam w ogóle pojawić się w szkole. Odpowiedź była oczywista, jednak ja rozmyślałam przez kilka minut o tym, co mogłoby się stać, gdybym się tam nie pojawiła. Zbyt wiele rzeczy, z którymi nie chciałam się teraz mierzyć, z czego zdałam sobie sprawę podnosząc się. Wyciągnęłam skórzane spodnie opinające moje nogi oraz białą koszulkę na jedno ramię. Jedyny makijaż, jakim zawracałam sobie dzisiaj głowę był ten, który miał ukryć moje wczorajsze łzy. Wczoraj Elizabeth płakała, dzisiaj Bones musi być silna, pomyślałam stojąc przed lustrem i nakładając ostatnią warstwę podkładu ukrywającą cienie widniejące pod szarymi oczami.

– Pospiesz się! – zawołał Danny z drugiej strony drzwi, na co przewróciłam oczami. Posiadanie tej rutyny jeszcze nigdy nie było dla mnie takim szczęściem.

Byłam właściwie gotowa, więc wyszłam z łazienki mijając go bez słowa. Ledwo przekroczyłam próg, a drzwi zamknęły się za mną, co sprawiło, że miałam ochotę się roześmiać. Wróciłam do pokoju biorąc torbę z książkami oraz okulary przeciwsłoneczne. Kontakt wzrokowy nie należał dzisiaj do rzeczy, na które miałam ochotę. Z wyrobioną przez lata wprawą w ignorowaniu pełnych dezaprobaty spojrzeń rodziców zjadłam w nich śniadanie. Droga do szkoły była zbyt cicha i samotna po tym, jak przywykłam pokonywać ją siedząc na jego motorze. Przez chwilę miałam wrażenie, jakbym naprawdę cofnęła się w czasie do dnia po pogrzebie, kiedy po raz pierwszy pojawiłam się w szkole sama z tą otaczającą mnie aurą każącą dzieciakom obgadywać mnie za plecami, a jednocześnie odwracać wzrok, gdy tylko na nich patrzyłam. Ta aura przyniosła mi szybko sławę, jako Bones. Sławę, której nie chciałam i nie potrzebowałam, ponieważ bez względu na wszystko nie mogła ona zwrócić mi ukochanego brata.

– Wyglądasz, jakbyś chciała zabić każdego, kto choćby na ciebie spojrzy, a nawet nie widzę twoich oczu – skomentowała Iron na mój widok, zapewne jako formę jej dzisiejszego powitania.

W odpowiedzi wyminęłam ją kierując się do swojej szafki, w której zostawiłam większość rzeczy. Minęło zaledwie kilka sekund zanim usłyszałam, jak przyjaciółka oparła się o szafki obok. Nie zerknęłam na nią, ale kątem oka widziałam jej skrzyżowane na piersi ręce. Nie zamierzała tak szybko się poddać i odpuścić.

– Znów masz ciche dni? – uniosła brew uważnie mi się przyglądając. Nawiązanie do czasu, gdy nasza trójka po raz pierwszy tak poważnie się pokłóciła miało przypomnieć mi, co przez to straciłyśmy. Iron nie chciała zostać znów odepchnięta.

Zapewne dla dzieciaków na korytarzu wyglądałyśmy tak samo, jak zawsze. Nie wyobrażali sobie nawet o czym mogłyśmy rozmawiać. Dwie zbuntowane dziewczyny, które idealnie do siebie pasowały, więc nie było nic dziwnego w tym, iż się zaprzyjaźniłyśmy. Z pozoru Iron i ja naprawdę miałyśmy wiele wspólnego. Obie miałyśmy imiona, których nienawidziłyśmy, ponieważ w żadnym stopniu nie określały one tego, kim byłyśmy oraz pochodziłyśmy z bogatych rodzin, których byłyśmy zakałami. Jednak ona nie znała mojej historii tak, jak ja nie znałam jej. Żadna z nas nie zwierzała się z przeszłości, ani z tego, w jaki sposób znalazłyśmy się tam, gdzie się spotkałyśmy. Byłyśmy przyjaciółkami tak, jak byłyśmy sobie obce. Nie myślałam o tym wcześniej, ale kiedy coś się kończyło naturalne było wracanie do początków.

– Iron – zaczęłam zamykając szafkę i odwróciłam się w jej stronę, by zobaczyć wciąż uniesioną brew oraz pytanie w zielonych oczach. – Byłabyś w stanie zrezygnować, jeśli byłby to jedyny sposób wygranej?

– Zrezygnować z czego i wygrać co? – spytała nie ukrywając nawet, że zupełnie nie zrozumiała mojego pytania. Czasem lubiłam w niej tę cechę i bywały chwile, w których przechodziło mi przez myśl, czy tęskniłabym za tym, gdybym ją straciła. Za jej prostolinijnością, za tym, jak łatwo ukazywała wszystkie swoje emocje, za tym, jak po prostu była obok mnie.

Zamknęłam oczy, czego dzięki okularom nie mogła zobaczyć. Odwróciłam się plecami do niej i dopiero wówczas uniosłam powieki zagryzając jednocześnie dolną wargę. Zrobiłam pierwszy krok, a po nim kolejny i następny. Szłam do sali, w której za kilka minut miała rozpocząć się pierwsza lekcja z przyjaciółką depczącą mi po piętach usiłując zdecydować się, czy byłam na to naprawdę gotowa. Gotowa zrezygnować ze wszystkiego, jeśli moją wygraną byłby powrót do czasu sprzed lat, gdy byłam zupełnie sama, licząc wyłącznie na siebie.

40. Za późno

– Miałam na dzisiaj inne plany, ale dyrektorka uznała – zaczęła nauczycielka, która od dzisiaj miała być u nas na zastępstwie, jednak szybko przestałam jej słuchać odwracając opartą na dłoni głowę w stronę okna. Zastępstwa przeważnie były nudniejsze niż zwykłe lekcje.

Wykonywałam wyznaczone nam zadania w ciszy nie skupiając się na nich jakoś szczególnie, więc moje obliczenia mogły być błędne, ale nie potrafiłam poświęcić im całej swojej uwagi. To nie tak, że myślałam o czymś innym, ponieważ w rzeczywistości w mojej głowie panowała całkowita pustka. Obiecałam sobie, iż podejmę się wszystkiego, co byłoby konieczne, by wrócić do przeszłości. Do Bones, którą byłam zanim pojawili się Iron i Damon. Na długo przed Riderem. Pomimo tego nie mogłam zmusić się do ostatecznego podjęcia decyzji, której skutkiem miało być odsunięcie od siebie tej niewielkiej liczby osób, którym choć po części na mnie zależało. Kiedy poznałam, jak to było mieć kogoś, kto troszczył się o mnie nie łatwo było mi zadecydować o wyrzuceniu tych uczuć.

– Daj mi to – Iron chwyciła moją kartkę ciągnąc ją w swoją stronę. Pozwoliłam jej na to patrząc, jak przepisywała kolejne części równania nawet nie zawracając sobie głowy zmienianiem czegokolwiek.

Nie był to nasz pierwszy raz bezmyślnego przepisywania i nawet znając konsekwencje to i tak było lepsze od oddania pustej kartki. Przynajmniej dla niej, ponieważ obydwie będziemy teraz za to odpowiadać. Bycie na dnie zawsze było łatwiejsze, jeśli ktoś był obok ciebie, co powinno stanowić dla mnie najlepszą odpowiedź, a pomimo tego nadal miałam wątpliwości, co do obu ścieżek.

– Powinnam postawić ci piwo, ale nie sądzę, żebyś była w nastroju – zauważyła idąc obok mnie korytarzem. Uczniowie rozstępowali się przed nami nawet, jeśli należeli do wyższych klas, co na początku mnie bawiło. Obecnie nie zawracałam sobie tym nawet głowy, ignorując ich wszystkich. – Mylę się?

Jej pytanie na moment wyrwało mnie z otępienia, w jakie zaczęłam popadać odkąd opuściłyśmy klasę. Przynajmniej zanim jeden z uczniów stanął przed nami z wojowniczą miną. Obie skupiłyśmy się na nim, ale to Iron się odezwała.

– Spadaj z drogi dzieciaku – machnęła dłonią, jakby chłopak nie był wart nawet tego, żeby go odepchnąć. Nie spodobało mu się to, co zauważyłam dzięki zaciśniętej szczęce. Ona też to dostrzegła, ponieważ roześmiała się. – Masz nam coś do powiedzenia?

Tym razem nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Zbyt znajome zachowanie Iron poprawiło mi po części humor, ponieważ było czymś, co znałam. Czymś, co nie należało do mnie zniszczonej przez Ridera. Kącik moich ust powędrował w górę, bo wiedziałam, że to pytanie z pozoru służyło jej za prowokację do czegoś większego. Skłaniało tego, komu je zadała do przemyślenia swojego dalszego postępowania, jednak tak naprawdę oznaczało, iż bez względu na to, jak zachowa się teraz nie uniknie konsekwencji z jej strony. Taka zabawa do niej pasowała, a odkąd zmarł Damon jedynie ja znałam obowiązujące w niej zasady. Najwyraźniej nie byłam jedyną, która musiała się wyżyć.

– Myślisz, że możecie tak bezkarnie panoszyć się tutaj? – spytał chłopak uparcie wbijając w nas pełne zacięcia spojrzenie niebieskich tęczówek. – Nie tylko ja mam tego dość!

Gdyby nie okulary chłopak dostrzegłby cień uznania w moich oczach. Wchodząc w ten świat nauczyłam się szanować siłę oraz tych, którzy bez strachu bronili swojego zdania niezależnie od sytuacji, w jakiej się znaleźli. To właśnie takie osoby zasługiwały na szacunek i podziw, a nie dzieciaki biegające z bronią, strzelające w każdego, kto im się nawinął. To właśnie była siła, której tak rozpaczliwie teraz potrzebowałam. Siła, by za wszelką cenę powstać bez względu na przeciwności losu.

– Co zamierzasz z tym w takim razie zrobić? – zapytała niby od niechcenia czarnowłosa. Sądząc po jej minie już cieszyła się na zamieszanie, jakie zaraz miała wywołać.

Następne posunięcie chłopaka zaskoczyło mnie jeszcze bardziej, ale nie na tyle, bym straciła całkowicie czujność. Chłystek podniósł zaciśniętą w pięść dłoń i zamachnął się na Iron, która najwyraźniej również była zaskoczona, ponieważ zablokowała cios dosłownie w ostatniej chwili. Nie dostrzegła natomiast tego, co nie umknęło mi. Chłopak pozwolił jej na to i tak zamierzając zatrzymać pięść zanim dotarłaby do jej twarzy. Uśmiechnęłam się szeroko chichocząc, po czym zdjęłam okulary.

– Ciesz się, że odpowiem ci za moją przyjaciółkę – odezwałam się, a sekundę później uderzyłam pięścią w jego brzuch, na co zgiął się w pół z bólu. – Ona potraktowałaby cię gorzej, ale można powiedzieć, że w pewien sposób mi zaimponowałeś, więc poprzestańmy na tym.

Ponownie założyłam okulary, po czym ruszyłam dalej przed siebie śledzona spojrzeniami gapiów obserwujących całe to przedstawienie. Iron dogoniła mnie chwilę później chwytając za ramię i zmuszając, bym się zatrzymała. Widziałam w jej oczach pytanie, które chciała mi zadać.

– Zrobił na mnie wrażenie, a ty obeszłabyś się z nim znacznie gorzej. Niech uzna to za akt łaski i wyciągnie wnioski – wzruszyłam ramionami.

Bójka na szkolnym korytarzu nie była czymś czego teraz potrzebowałam czy co mogłoby mi w jakikolwiek sposób pomóc, więc zdecydowałam się do niej nie doprowadzić nawet, jeśli było to wbrew zachciance Iron. Na całe szczęście reszta dnia w szkole minęła nam bez podobnych incydentów i żadna z nas aż do ostatniego dzwonka nie widziała więcej tego chłopaka. Dostrzegłam go dopiero, kiedy opuszczał budynek w towarzystwie zapewne swoich kolegów. Nie wiedziałam czemu, ale uśmiechnęłam się mimochodem odprowadzając go wzrokiem.

– Stało się coś, że masz taką minę? – spytała od niechcenia przyjaciółka, zarzucając na ramię plecak. Pokręciłam przecząco głową na powrót przybierając obojętną minę.

– To, co robimy? – tym razem to ja spytałam odwracając na nią wzrok. – W końcu miałaś postawić mi piwo.

Iron postawiła mi pierwsze piwo, za to sama zapłaciłam za cztery kolejne. Obecnie kończyłam w sumie piąte obserwując przyjaciółkę, która była w połowie szóstej już butelki. Wyglądało to tak, jakbyśmy urządziły sobie konkurs na picie z oczywistym wynikiem, ponieważ miałam lepszą głowę do tego niż ona, ale uparcie się nie poddawała. Wcześniej zjadłyśmy coś u Cole’a, ponieważ odmawiałam picia na pusty żołądek. Nie potrzebowałam świadków tego, jak rzygałam po krzakach. Dość już miałam upokorzenia na resztę mojego życia. Szczególnie za sprawą osób, na których mi zależało.

– Chodźmy do jakiegoś klubu czy coś – oznajmiła niewyraźnie, na co zmarszczyłam brwi przez kilka sekund zastanawiając się, czy była już aż tak pijana.

– Sądzisz, że to dobry pomysł? W takich miejscach szybko wpadniesz w stan, z którego jutro niczego nie będziesz pamiętała.

Po kilkuminutowej kłótni ostatecznie podniosłyśmy się z zamiarem udania się do najbliższego klubu, bo nie mogłam przekonać Iron do zostania tutaj. Pokręciłam głową wiedząc doskonale, że to się źle skończy, a mimo to nie mogłam zostawić jej samej. Nieco się chwiejąc wyszłyśmy na zewnątrz, dzięki czemu poczułam się odrobinę lepiej czując na twarzy świeże powietrze. Udało nam się zrobić zaledwie kilka kroków zanim ktoś szturchnął mnie w ramię wymijając nas i zatrzymując się kawałek przed nami. Odwrócił się, a ja zobaczyłam jeszcze dwóch chłopaków ubranych w ciuchy ze sztucznej skóry, które pasowałyby motocyklistom, którymi oni najwyraźniej nie byli skoro nie dostrzegałam żadnej z tych maszyn.

– Takie ładne dziewczyny, a zapuszczają się w takie miejsca – przemówił ten, który chwilę wcześniej uderzył mnie ramieniem.

Uniosłam brew przyglądając się mu pijanym wzrokiem, a Iron zaczęła się śmiać. Nasz brak strachu zbił ich nieco z tropu, ale to był ledwie początek tego, co zamierzałyśmy im zrobić.

– Chyba mamy dzisiaj wyjątkowe szczęście, żeby już drugi raz wpadał na nas ktoś, kto musi być kompletnym idiotą – podsumowała moja przyjaciółka zabierając ramie, którym wspierała się na mnie i stając w niewielkiej odległości.

– Nie gadaj tyle, tylko oddawaj kasę – tym razem głos zabrał jeden ze stojącej nieco z tyłu dwójki.

Westchnęłam ściągając torbę z ramienia. Nie było mowy o oddaniu mu czegokolwiek, dlatego to nie portfela zaczęłam w niej szukać, a czarnego pistoletu, którego z niewiadomego powodu zabrałam rano przed wyjściem z domu. Nawet nie chciałam myśleć, co stałoby się gdyby znaleźli go przy mnie w szkole. Nie planowałam go użyć także teraz, ale najwyraźniej musiałam postraszyć trochę tych gości, no i zaczynało mnie to już irytować. Dwie takie sytuacje w ciągu dnia to stanowczo za dużo w moim obecnym stanie. Gdy znalazłam to, czego szukałam puściłam torbę pozwalając jej upaść na chodnik i błyskawicznym ruchem wyprostowałam dłoń celując do palanta, który prawdopodobnie był szefem.

– Mam zły dzień, więc podaj mi jeden dobry powód, żebyś nie dorobił się dodatkowej dziury – przemówiłam lodowatym tonem odbezpieczając pistolet.

Przestraszony chłopak cofnął się ze strachem w oczach, potykając o własne nogi. Upadł na chodnik wyciągając przed siebie dłonie, jakby w ten sposób naprawdę mógł uchronić się przed kulą.

– Bones nie należy do cierpliwych, więc radziłabym ci szybciej myśleć – dodała przesłodzonym tonem Iron wcinając swoje.

– Bones? – chłopak uniósł brwi będąc jeszcze bardziej przerażonym po tym, jak uzmysłowiono mu z kim miał w tej chwili do czynienia. – Sądziłem, że ty – zaczął jąkając się.

– Ja co? – przerwałam mu zaczynając już tracić cierpliwość. To nigdy nie była moja mocna strona. Nawet bez rozsadzającej mnie zmieszanej z bólem furii.

Nie znosiłam także takich mięczaków, którzy zgrywają gangsterów, a przy pierwszych nadarzających się problemach padali na kolana błagając o życie. To było żałosne, a takie osoby były dla mnie, jak nic niewarte śmieci.

– Miałaś wyjechać – wykrztusił w końcu, co zdziwiło nas obie. – Wszyscy mówili o tobie i Riderze, więc skoro on wyjeżdża każdy myślał, że ty – mówił dalej, ale przestałam go słuchać po tym, jak wspomniał Ridera.

Zacisnęłam dłoń mocniej na broni nie będąc już tak pewną, czy jej nie użyję. Prawdę mówiąc chęć pociągnięcia za spust była z każdą chwilą coraz większa zwłaszcza po rewelacji, jaką mi podał.

– Rider wyjeżdża? – powtórzyłam zimno, na co chłopak skinął głową, jednak widząc moją minę odezwał się ponownie.

– Dzisiaj ma opuścić miasto. Podobno nawet Acros nie mógł przekonać go, żeby został.

Po tych słowach poczułam się, jakby grunt osuwał mi się spod nóg. Skoro Acros przekonywał go, by został znaczyło to, iż jego wyjazd nie miał nic wspólnego z ich interesami. To z kolei oznaczało, że Rider mógł już nigdy nie wrócić do Saint Marine. Ta myśl odbijała się echem w mojej głowie roztrzaskując moje złamane serce nie tylko na kawałki, ale też ścierając je na proch. Nie zwracając dłużej uwagi na siedzącego na chodniku chłopaka rzuciłam Iron pistolet puszczając się biegiem. Nie upewniłam się, czy go złapała, ale teraz liczyło się dla mnie tylko dotarcie na czas. Biegnąc ile sił w nogach modliłam się, abym zdążyła, aby nie było za późno.

Znalazłam go przy drodze wyjazdowej. Stał obok swojego motoru skupiając całą uwagę na telefonie, najwyraźniej wymieniając z kimś wiadomości. Ulga, jaką odczułam w tej chwili była nie do opisania. Zdążyłam. Dobiegłam do szatyna zatrzymując się kawałek przed nim. Przyglądał mi się bacznie, ale nie mogłam niczego wyczytać z jego twarzy.

– Naprawdę zamierzasz wyjechać? – spytałam starając się ukryć targające mną emocje. Wewnętrznie byłam bombą zegarową, która tylko czekała, by wybuchnąć od natłoku kłębiącej się we mnie mieszanki radości, cierpienia, ulgi, strachu i żalu, gniewu oraz rozczarowania.

– To nie twój interes, więc powtórzę – zbliżył się do mnie o krok nachylając tak, by jego usta znalazły się przy moim uchu. – Nie wiem, co sobie ubzdurałaś, ale spadaj.

Wyprostował się, a ja zacisnęłam dłonie w pięści.

– Dam ci ostatnią szansę Rider. Nie możesz tak odejść.

Uśmiechnął się w ten pewny siebie, zadziorny sposób. Był to uśmiech, który często widziałam na jego twarzy, podczas naszych spotkań.

– Nie? – uniósł brew kpiąc. – W takim razie patrz.

Po tych słowach wsiadł na motor, odpalił go i rzucając mi ostatnie pełne pogardy spojrzenie ruszył. W tej chwili pomyślałam o scenach filmowych, w których bohaterowie biegną za odjeżdżającym wiedząc, iż nie mają najmniejszych szans na ich dogonienie. Ja się nie ruszyłam. Po prostu stałam wpatrując się w oddalające się tylne światła jego motoru z tylko jedną myślą w głowie. Za późno. Przybyłam za późno. Ze łzami w oczach po raz pierwszy w swoim życiu zrobiłam coś, do czego nie zmusił mnie nikt wcześniej. Padłam na kolana krzycząc z rozpaczy. Właśnie zostałam nieodwracalnie złamana.

Epilog

Mówią, że nic w życiu nie trwa wiecznie.

Tego akurat nikt nigdy nie musiał mi mówić, zbyt szybko przekonałam się o tym sama. Jednak im mniej masz, tym mniej możesz stracić. Sądziłam, iż wówczas mniej mnie zaboli. To nie była prawda. Mając tak niewiele nauczyłam się to doceniać, a gdy zostałam tego pozbawiona bolało znacznie bardziej niż byłam skłonna przypuszczać.

Wszystko się zmienia.

To również wiedziałam. Zmieniałam się z każdym dniem tak, jak zmieniało się wszystko wokół mnie.

Sądziłam kiedyś, iż żyć można jedynie będąc cieniem przeszłości i tej przeszłości się trzymałam brnąc w przyszłość. Alea iacta est5. Elizabeth zmieniła się w Bones. Do czasu, aż zdałam sobie sprawę z tego, że to jednak on miał rację. Nie żyłam, a wyłącznie egzystowałam. Pulvis es et in pulverem reverteris6. Odrodziłam się dzięki niemu i dzięki niemu stałam się popiołem.

Nie byłam już tą, która stała na szczycie, lecz leżałam wśród kości jako jedna z nich. Chciałam być Bones, ale teraz nienawidziłam tego bardziej, niż czegokolwiek wcześniej.

5 Z łaciny kości zostały rzucone

6 Z łaciny z prochu powstałeś i w proch się obrócisz

Kontynuacja: ‘Dziedzice ognia i popiołów 02: Odrzuceni’.

Autor -Tsukiko-
Opublikowano
Kategorie Romans
Odsłon 575
2

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!