Stucky: Piekno w sercu // Rozdział 17. Dawny uśmiech

      W odzyskanym szczęściu było coś, co sprawiało, że się bał, a było tym to, że… Bucky przestał się uśmiechać. Nie, to nie tak… wciąż to potrafił, wyginał usta w taki sposób jak kiedyś, lecz jego uśmiech przybladł, nie miał w sobie dawnej siły, przekonania… krył się w nim smutek, piętno przeżytej traumy. I to sprawiało, że tak strasznie się bał… myśl, że skrzywdzili mu ukochanego… odebrali nawet coś tak prostego jak uśmiech, który niegdyś nie schodził z jego twarzy… nie potrafił się z tym pogodzić.

      Przyglądał się Barnesowi z pewnej odległości, będąc przez niego niezauważonym. Ukochany siedział na pniu, zwrócony do niego profilem i patrzył przed siebie, a w jego postawie była milcząca czujność, która sprawiała mu ból. Uderzała w niego świadomość tego jak bardzo wojna… i niewola… wpłynęły na Bucky’ego, jak bardzo go zmieniły, poraniły duszę… Boże… odebrały beztroskę, nakazały czuwać, będąc wiecznie przygotowanym… na cierpienie. Chciał przywrócić mu poczucie bezpieczeństwa i potrafił to zrobić, naprawdę potrafił… lecz jedynie w tych momentach, kiedy mogli być razem tak, jak chcieli… kiedy mógł go objąć, pocałować, obdarować miłością. Potrafili się sobie nawzajem oddawać, przenikać w emocjach i być spełnionymi… lecz zawsze potem nadchodziły momenty, gdy musieli udawać, ograniczać gesty, by nikt się nie domyślił… i wtedy wojna nie dawała im o sobie zapomnieć. Jak miał uleczyć serce swojego pięknego Bucky’ego, gdy brutalna rzeczywistość każdego dnia wracała? Jak? Próbował… i dokonywał tego, gdy byli razem… czynił go na powrót szczęśliwym… a potem trzeba było być ostrożnym, unikać tak potrzebnego im kontaktu, dotyku… i ukochanego znów nawiedzały bolesne wspomnienia. Koszmary.

      Potrzebował go od nich uwolnić, tak bardzo tego potrzebował… Nie wiedział, co Buck dokładnie przeżył, będąc zniewolonym przez Hydrę, lecz świadomość, że zmuszali go do cierpienia, robili na nim… robili…

      (eksperymenty)

      …mu krzywdę… Boże… tak bardzo go to przerażało, tak bardzo bolało, że go zabrali, że doświadczył tam tyle drastyczności… Bucky, kochanie… wiedział, że już nigdy na to nie pozwoli. Jego jednego kochał tak wielką, czystą miłością, a oni go…

      (torturowali)

      …męczyli, odebrali wolność, skazali na przekonanie, że tam umrze. Zadrżał przestraszony… Boże… nie, to niemożliwe, nie mogliby… to przecież jego Bucky… nikt nie miał prawa próbować…

      (zabić)

      …zmienić jego duszy, bo przecież oni chcieli poprzez swoje okrutne… eksperymenty… Boże, nie… odebrać Buckowi to piękno, które w sobie miał… Nie, nie udało im się, uratował go, wyrwał z ich okropnych więzów. Tylko… dlaczego miał w sobie wrażenie jakiegoś rodzaju klęski? To zupełnie nie tak, wygrał… oczywiście, że wygrał jego zdrowie i życie… ale przegrał…

      (jego uśmiech)

      Jęknął cicho. Nie, przecież wciąż potrafił go wywołać… potrafił sprawić, że jego dawny, szczęśliwy Bucky wracał… potrafił… Nie odebrali mu go, nie odebrali… Boże… próbowali, ale nie udało im się, już nigdy go nie tkną. Tylko… wciąż krzywdzili go w jego wspomnieniach, dosięgali go i usiłowali pokonać. Nie. Nie pozwoli. Ocali go swoją miłością.

      Ruszył w jego stronę, mijając innych żołnierzy i kiedy przed nim stanął, Buck uniósł głowę, żeby na niego spojrzeć, a z jego oczu zniknęło zamyślenie, zamiast tego pojawiło się ciepło, uczucie… Boże… wręcz uderzyło go jak niewinnie przy tym wyglądał. I bardzo młodo, jakby… jakby miał osiemnaście lat… Boże, o Boże… pamiętał, że miał takie samo wrażenie, kiedy żegnali się przed wojną. Przez chwilę poczuł się tak, jakby nic się nie zmieniło… jakby nie zostali zmuszeni do tak długiej rozłąki, jakby życie nie naznaczyło ich bliznami samotności i bólu. A potem… Bucky spróbował się uśmiechnąć… spróbował… i nie zdołał. Lekko skrzywione kąciki ust… oczy pełne miłości, bezgranicznego zaufania… i przyciemnione poprzez smutek. Tak bardzo się różnił od siebie dawnego. Patrzył poważnie. Dorośle.

      Poczuł się wstrząśnięty tym, jak bardzo jego piękny… i tak cudownie dziecinny… Bucky stał się dojrzały, twardy… miał w spojrzeniu przygnębiającą hardość doświadczonego bólem człowieka. Żołnierza. Zapragnął wyciągnąć dłoń i pogładzić go po twarzy, odszukać w nim tę delikatność, którą tak kochał… poczuć miękkość skóry… i wiedział, że nie może, nie tutaj, nie na otwartej przestrzeni, gdzie każdy mógłby to zobaczyć. Miał wrażenie, że zmiana, jaka zaszła w ukochanym sprawia mu wręcz fizyczny ból… Bucky, kochanie… Boże… co oni mu zrobili…

      – Wszystko w porządku, Steve?

      Naraz ogarnęła go potrzeba, żeby zobaczyć jego uśmiech, taki jak kiedyś… prawdziwy… taki, który chwyci go za serce… jednak on przypatrywał mu się z dołu zaniepokojony… i poważny. Chciał, żeby wrócił jego dawny, szczęśliwy Bucky… wciąż go kochał, bardzo mocno… ale tak strasznie się bał… zależało mu, by go uratować… potrzebował…

      (jednego uśmiechu)

      Tyle by mu wystarczyło, by przestał się niepokoić… by mógł poczuć ulgę… Tak bardzo tęsknił za jego młodzieńczą bezczelnością, beztroską… To nie tak, że on nie był taki wcale… był, tyle że… rzadziej.

      – Steve?

      Otrząsnął się, przyklęknął, by mieć twarz przyjaciela na wprost własnej, spojrzał w jego mocno zaniepokojone oczy, uśmiechnął się do niego lekko… i ten uśmiech nie został odwzajemniony. Zupełnie jakby Buck zapomniał, że to potrafi. Zakłuło go boleśnie w sercu… Boże, skarbie… Bucky… tylko jeden uśmiech, proszę… widział jak partner na niego czujnie patrzy.

      – Ja tylko… martwię się o ciebie, Buck.

      – Już myślałem, że coś się stało. Nie strasz mnie tak więcej.

      Bucky przesunął dłonią po włosach, spoglądał w oczy przyjaciela… i ten smutek, który dostrzegał… Boże… nie chciał być jego przyczyną. Doceniał to jak bardzo Steve się o niego troszczy… jednak… potrzebował być dla niego silny. Jak kiedyś… jak wtedy, gdy nie rządziły nim koszmary… Boże, nie… nie mógł im się teraz poddać… Boże, nie mógł… przerażało go jak łatwo przenikały do jego myśli. Skupił się na tej zmartwionej, wpatrzonej w siebie twarzy, przyglądał się męskim rysom… i zaskoczyło go uczucie zachwytu, które nagle go ogarnęło. Wpatrywał się w jego cudownie wrażliwe oczy, zmarszczki mimiczne między brwiami… tak bardzo zapragnął ich dotknąć, wyczuć je pod palcami… i naraz doznał kolejnego szoku. Steve wyglądał tak dorośle… zawsze miał powagę w spojrzeniu, ale teraz… teraz… uwidaczniała się w nim dojrzałość, której doświadczył przez wojnę, rozstanie… i przez niego. Gdyby potrafił zapanować nad swoimi lękami, mógłby oszczędzić mu chociaż tego i… Steve nie musiałby… żyć w tym samym koszmarze. Dzielili każdy ból. Nie zmieniało tego to, że nic mu nie powiedział, nie mógł próbować go w ten sposób ratować przed cierpieniem… a jednak próbował… i ta niewiedza przerażała Rogersa. Nie chciał, by się bał… tak bardzo nie chciał… lecz nie umiał zdobyć się na wyznanie, które pomogłoby zmierzyć im się z bólem razem, mogliby zaznać ukojenia, jedności… Nie potrafił… nie potrafił mu powiedzieć…

      Wiedział, że Steve nie mógłby znieść jego bólu i… i to uderzyłoby w niego, jakby sam tego doświadczył… chociaż przecież doświadczył… poprzez niego. Byli jednym. Tak bardzo było mu żal… zależało mu, by uchronić ukochanego przed cierpieniem… więc starał się być silny, odrzucał chaotyczne wspomnienia, walczył z nimi, nie pozwalając im panoszyć się w umyśle. Nie zawsze się udawało, potrafił… przegrywać. Chciał opiekować się swoim Stevie’m… Boże, tak bardzo się zmienił… potrzebował czuć się potrzebnym, niezastąpionym… a nie słabym i przestraszonym. Pragnął zająć się swoim umięśnionym, silnym mężczyzną jak wtedy, gdy był mały i delikatny. Tak bardzo chciał sobie udowodnić, że wciąż to potrafi… że Steve wciąż mocno go potrzebuje, że jest od niego zależny… Boże… wpatrywał się w jego oczy i widział w nich wrażliwość, subtelne piękno, łagodność… i powagę. Wstrząsnęło nim jak bardzo kruchy się przy tym wydawał… Boże, kochanie… jak bardzo potrzebujący, delikatny… chciał go ukoić dotykiem, pocałunkiem… i nie mógł, wszędzie byli żołnierze.

      – O czym myślisz, Buck?

      – Mam się przyznać? – zapytał zaczepnie, unosząc brwi i odchylając się z lekka – Spróbuj to ze mnie wyczytać.

      Spodobał mu się uśmiech, który wywołał u Rogersa, taki piękny, promienny… niepasujący do miejsca, w którym się znajdowali, a jednak… jak najbardziej właściwy.

      – O mnie. Zawsze myślisz o mnie.

      – Jesteś niemożliwy. Jak na to wpadłeś? Czym się zdradziłem? – udawał zaskoczonego.

      Kilka lekkich zdań, trochę kontaktu… wręcz namacalnie czuł jak zaszło z nich napięcie, stres… Boże, co za ulga… i jeszcze ten jego uśmiech… nie pomyślał jednak, że mógłby go odwzajemnić.

      – Masz to w oczach, Bucky. I w sercu.

      Nie znalazł ciętej odpowiedzi, nie potrzebował jej… zaniemówił poruszony słowami ukochanego… i niemal niemożliwie potrzebował pocałunku. Teraz. Jego ponętne usta, czułe spojrzenie… skarbie… przez chwilę myślał, że to zrobi… skarbie, proszę… wiedział, że nie może.

      – Chciałbym cię pocałować, wiesz? – przyznał się bardzo cicho – Czasem już nie mam siły udawać.

      – Wiem, Buck. – odszepnął Steven, a w jego męskim głosie zabrzmiała nuta smutku.

      – Wkurza mnie to. Ta cała wojna, wieczne oglądanie się za siebie, cholerne ryzyko i strach o ciebie. Kiedyś oszaleję, zobaczysz.

      – Język.

      Przez chwilę był zdziwiony. Naprawdę? Właśnie został upomniany? Prychnął cicho, ale nie wysilił się na żaden komentarz. Nieświadomie wygiął kąciki ust w lekkim uśmiechu… i wtedy zauważył, że na twarzy Steve’a zaszła zmiana… ukochany wpatrzył się w niego, jakby właśnie zobaczył w nim coś wytęsknionego, niezbędnego do życia. I zrozumiał… uśmiech… Boże, skarbie, wybacz… poczuł się winny. Jak mógł odbierać Rogersowi wiarę w to, że wszystko będzie dobrze? Jak mógł w taki sposób… jak mógł… Nawet tego go oduczyli? Uśmiechu? Chryste.

      Wyciągnął do niego dłoń i położył ją… przyjacielsko… na jego ramieniu, żeby nikt nie nabrał podejrzeń. W rzeczywistości potrzebował go dotknąć… i przeprosić… pomasował delikatnie jego bark przez materiał munduru. Tak bardzo chciał sprawić, by przyjaciel mógł odczuć ulgę. Wiedział jak… wiedział… jeśli znów stanie się radosny, szczęśliwy… to Steve odwzajemni te uczucia i nie będzie już się zadręczał. Tyle wystarczy. Wydawało mu się to przerażająco trudne… i trochę się bał, że temu nie sprosta… ale miał przy sobie ukochanego. Pozwoli mu siebie po raz kolejny uratować… i w ten sposób ocali jego.

      Zabierając z niego rękę, pozwolił sobie przelotnie, bardzo krótko, przesunąć palcami po boku jego szczęki. Uśmiechnął się z lekka przy tym geście, bardzo czule… jak w tych momentach, w których wciąż potrafili się sobie bezgranicznie oddawać. Jak dawniej.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 299
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!