Dziedzice ognia i popiołów 02: Odrzuceni

Prolog

To nie jest typowa opowieść o wielkiej miłości, o spełniających się marzeniach i o przyjaźniach na całe życie.

To jest opowieść o złamanych sercach, o rozczarowaniach niepowodzeń i zdradach, które pozostawiają wyraźne blizny. Jest o dwójce zagubionych dusz, którym udaje się odnaleźć tylko po to, by los mógł na nowo ich rozdzielić, ponieważ nic w życiu nie jest proste.

Za każdy uścisk zapłacić trzeba rozczarowaniem, a każdy pocałunek kosztuje tysiące łez. Ponieważ wyrwaliśmy się samotności.

Ta opowieść jest o tym, jak kilka sytuacji zmieniło nasze życia po raz kolejny. Jest o dziewczynie, która ma więcej, niż sądziła, że potrzebuje i o chłopaku, który otrzymał więcej, niż myślał.

Ta opowieść jest o tym, jak w najlepszym czasie mojego życia musiałem znów sprawić, by Bones znalazła się na mojej drodze.

1. Niemożliwe do zapomnienia

Siedziałem na kanapie w wynajmowanym ze współlokatorem mieszkaniu z na wpół pustą butelką piwa w dłoni zastanawiając się, co tak właściwie robiłem ze swoim życiem. W tle słyszałem grający telewizor, który włączyłem wcześniej tego popołudnia, ale od dłuższego czasu nie zwracałem na niego uwagi i nie umiałbym powiedzieć, co aktualnie wyświetlano czy nawet powtórzyć którejkolwiek z kwestii. Wszystko, co działo się dookoła mnie docierało do mnie tylko w niewielkim stopniu, a wszystko przez pochłaniające mnie bez reszty myśli, przed którymi nie mogłem dłużej uciekać. Nawiedzały mnie od kilku tygodni, powracając co parę dni niczym bumerang i chociaż podobne rozważania towarzyszyły mi przez wiele lat tym razem nie umiałem tak po prostu zepchnąć ich na dno umysłu. Z jakiegoś powodu, choć podejrzewałem, iż była to wina luki, która pojawiła się w mojej pamięci po tym, gdy obudziłem się w szpitalu coś uparcie zmuszało mnie do zmierzenia się z rzeczywistością.

Swean spotkał się ze mną krótko po tym, jak opuściłem szpital pojawiając się najpierw u Arcosa, który na moje szczęście uznał, że na jakiś czas mi odpuści. Nie przejmował się bynajmniej moim stanem, ale obawiał się wystarczająco mocno o moją ewentualną niedyspozycję, by nie narażać w ten sposób swoich akcji. Poza tym zapewne nie chciał tak szybko stracić tak zdolnego podwładnego nawet, jeśli czasami wyraźnie dawał upust swojej złości słysząc te niedorzeczne plotki o tym, iż to ja powinienem kierować tym miastem. Nigdy wcześniej nie miałem takiego zamiaru i ze spokojem pozwalałem zajmować Lucasowi zasiadać na tronie, ponieważ najzwyczajniej w świecie było mi to na rękę. Tak długo, jak to on sprawował władzę, to jego głowa była na celowniku, a chociaż wyeliminowanie mnie mogłoby przynieść mu dość dotkliwe straty, to jedyny jego liczący się przeciwnik, Andrew Kings wolał zwerbować mnie do siebie, niż zabijać. Przyjaciel pomógł mi dojść do siebie uświadamiając mi, że od wypadku, jakiemu uległem z nieznanych mu przyczyn minęło znacznie więcej czasu, niż sądziłem. Osobiście stawiałem na to, że w szpitalu przeleżałem najwyżej kilka dni, jednak w pierwszej chwili zupełnie nie wiedziałem, jak zareagować, gdy oznajmił mi, że spędziłem tam dwa tygodnie. Gorszy był jednak fakt, o którym nie powiedziałem nawet jemu. Po tym, jak uporałem się z tą nowiną będąc w swoim mieszkaniu starałem się przypomnieć sobie wszystkie wydarzenia, które doprowadziły do wypadku, a wówczas napotkałem problem. Moja pamięć była niczym czarna dziura, a im dalej wstecz starałem się cofnąć we wspomnieniach tym więcej podobnych dziur odnajdywałem. W końcu nie mogąc tak po prostu sobie tego odpuścić zwierzyłem się Swean’owi z tej niewygodnej słabości, ale nawet on nie potrafił mi udzielić satysfakcjonujących odpowiedzi. Nie wiedział z kim, dokąd, ani nawet dlaczego się spotykałem, a ja nie potrafiłem wyjaśnić sobie samemu, co takiego mogłoby się dziać, że nie rozmawiałem o tym nawet z najbliższym przyjacielem. Swean przecież znał mnie lepiej, niż ktokolwiek inny w tym czy jakimkolwiek cholernym mieście. Lepiej, niż moja własna rodzina.

– Jeśli dobrze pamiętam siedziałeś tak, kiedy wychodziłem do pracy – z rozmyślań wyrwał mnie głos mojego współlokatora, Mick’a. Był w porządku nie interesując się przesadnie moim życiem, nie wypytywał też o tą mniej legalną jego część, chociaż sam miał kilka rzeczy na sumieniu.

Dobrze się dogadywaliśmy i nawet potrafiłem wyobrazić sobie, że mógłbym spędzać z nim wolny czas zaprzyjaźniając się, gdybym postanowił zostać tu na stałe. Jego blond włosy były kompletnie rozczochrane, więc zapewne został zmuszony do noszenia czapki będącej elementem jego stroju roboczego, której zazwyczaj żaden z pracowników nie zakładał, więc musiał być przez to w złym humorze. Prawdopodobnie lepiej bym go zrozumiał, gdyby posiadał bardziej przyzwoity gust do ubrań zamiast stać teraz przede mną w bladozielonej koszulce z czerwono-czarnymi wzorami geometrycznymi, która wyglądała, jak coś, co wyciągnął z szafy swojego dziadka.

– Ruszyłeś się stąd chociaż? – jego szare oczy obserwowały mnie z ewidentnym rozbawieniem, jakby doskonale znał moją odpowiedź, więc nawet nie zamierzałem mu jej udzielić. – Wieczorem zamierzam zabrać cię na miasto, więc nie padnij nieprzytomny zanim nie wrócę – odwracając się plecami do mnie machnął ręką na odchodne nie czekając nawet na moją reakcję.

Odwróciłem spojrzenie z powrotem umieszczając je w punkcie na ścianie nad telewizorem i upiłem kilka łyków piwa krzywiąc się, na jego okropny smak, ale to było ostatnie, jakie znalazłem w lodówce. Powinienem był pamiętać, żeby nigdy nie wysyłać Mick’a do sklepu po alkohol. Zamknąłem oczy, a pod powiekami od razu ukazały mi się inne szare oczy, które z nieznanego mi powodu nawiedzały mnie odkąd opuściłem Saint Marine. Oczy, które widziałem, jako ostatnie zanim wsiadłem na motor znikając z tej przeklętej dziury, w których nienawiść mieszała się bólem, a jednak wciąż mogłem dostrzec pod nimi cień nadziei. Na co, nie wiedziałem. Potrząsnąłem głową wyrzucając z niej ten obraz. Skoro Mick chciał gdzieś wyjść byłem więcej niż chętny, by do niego dołączyć i zabawić się zamiast siedzieć samemu w pustym mieszkaniu torturując się tymi myślami. Nie wypiłem więcej, niż to czego brakowało obecnie w butelce i skoro nasze zapasy się skończyły nie miałem nawet możliwości sięgnięcia po kolejną, a skoro nie chciałem się również przebrać byłem właściwie gotowy. Tyle, że jemu szykowanie się zajmowało wyjątkowo dużo czasu, który spędzał na układaniu włosów czy wybieraniu stroju tak, jakby zamieniał się w cholerną dziewczynę. Nie miałem więc nic innego do roboty jeszcze przez najbliższe kilkadziesiąt minut, a to oznaczało, że albo wreszcie zmuszę się do skupienia na tym, co działo się na ekranie telewizora, albo znów zagłębię się w tych rozmyślaniach oraz wspomnieniach. Pierwsza z opcji wydawała mi się o wiele bardziej kusząca.

– Jestem pewny, że znam laski szykujące się o połowę krócej od ciebie – odezwałem się słysząc kroki mojego towarzysza, kiedy skierował się z powrotem do salonu. Zerknąłem na niego widząc, jak w reakcji na mój komentarz uniósł środkowy palec podchodząc do mnie. – Takie mam plany, ale ciebie w nich nie uwzględniam.

– Gdybym nie lubił cię wystarczająco mocno, żeby wynajmować ci pokój skopałbym ci dupę – oznajmił obrzucając mnie spojrzeniem. – Naprawdę zamierzasz tak iść? – uniosłem brew, a on kolejny raz machnął dłonią tym razem z niezadowoloną miną. – Zapomnij. Z taką buźką żadnej dziewczyny nie będzie obchodziło, co masz na sobie.

Zaśmiałem się wstając ze swojego miejsca i po tym, jak wyrzuciłem pustą już butelkę po piwie wyszliśmy razem z mieszkania kierując się od razu do jednego z bliżej położonych klubów. Nie miałem nic przeciwko temu spacerowi, skoro klub mieścił się na tyle blisko, że dotarliśmy tam po zaledwie kilkunastu minutach. To ułatwiało powrót po wypiciu sporych ilości wódki, które zamierzałem dzisiaj w siebie wlać tylko po to, by spokojnie zasnąć bez żadnych snów. Tak samo, jak zawsze przeszliśmy przez drzwi nie przejmując się kilkoma stojącymi na zewnątrz dzieciakami, które zapewne zastanawiały się, jak dostać się do środka i namówić barmana do podania im kilku drinków. Zapewne, gdyby moje dzieciństwo wyglądało inaczej byłbym w ich wieku taki sam, ale jednak dzięki pracy dla Arcosa miasto szybko stanęło dla mnie otworem i nie było niemal niczego, czego nie mógłbym dostać w Saint Marine.

– Ostatnio przychodzi tu taka jedna – zaczął mój znajomy rozglądając się po wnętrzu szukając w tłumie najpewniej kobiety, o której właśnie mówił. – Kilka razy piliśmy razem, ale mam nadzieję, że w końcu uda mi się ją zaciągnąć do łóżka, więc nie bądź fiutem i nie psuj mi tego, jeśli się pojawi – rzucił mi twarde spojrzenie, ale już po sekundzie uśmiechał się szeroko do ubranej skąpo kelnerki, która pojawiła się przy nas pytając, co podać.

Lubiłem tego typu miejsca, gdzie nie musiałem samemu fatygować się do baru po kolejne napoje, czy siedzieć przy ladzie wyglądając na desperata. Nie byłem kimś, kto sam się fatygował, to do mnie przychodzili. Wszyscy poza Arcosem i musiałem przyznać, że stanowiło miłą odmianę nie musieć stawiać się na każde jego wezwanie. Zamiast tego mogłem spokojnie poczekać, aż kelnerka przyniesie moje zamówienie, a na koniec imprezy wręczyć jej kilka dolców napiwku.

Nie wiedziałem, jak długo już tu byliśmy, ale Mick dość szybko zniknął na parkiecie, a ja byłem zbyt zajęty wlewaniem w siebie kolejnych porcji alkoholu, żeby zacząć go szukać. Pewnie już mu się poszczęściło i miał za sobą przynajmniej jedną chętną panienkę, na co uniosłem kącik ust w uśmieszku zanim dokończyłem swoją whiskey rozcieńczoną jakimś, zbyt słodkim na mój gust napojem gazowanym, co miało być jednym z ich najlepszych drinków. Nigdy więcej nie zamówię czegoś polegając wyłącznie na słowach zachęty kelnerki. Chciałem właśnie przywołać ją do mnie zamierzając pozbyć się tego paskudnego posmaku z ust kolejnymi procentami, kiedy do mojego stolika kołysząc się podeszła ubrana w króciutką sukienkę dziewczyna. Uśmiechając się zalotnie usiadła mi na kolanach przechylając głowę tak, że jej blond włosy opadały na jedno ramię.

– Widziałam, że siedzisz tu sam już od jakiegoś czasu – zaczęła nie spuszczając ze mnie wzroku brązowych tęczówek. W jej oddechu mogłem wyczuć alkohol, więc zapewne była już po kilku drinkach i najwyraźniej szukała zabawy. – Mogę dotrzymać ci towarzystwa.

Mrugnęła do mnie, co mogłoby wyglądać nawet zachęcająco, gdyby tylko dziewczyna pozostała trzeźwa, jednak kim byłem, aby rezygnować z odrobiny niezobowiązującej rozrywki, która sama się do mnie pchała, gdy moja towarzyszka starała się możliwie, jak najlepiej pokazać mi swój dość spory dekolt. Bez słowa przyciągnąłem jej twarz do swojej, a ona od razu odwzajemniła pocałunek. Nie znałem jej imienia i szczerze mówiąc nie sądziłem, abym zapamiętał je nawet, jeśli powtarzałaby mi je przez resztę nocy, ono nie miało dla mnie żadnej wartości. Tak samo, jak dziewczyna siedząca na moich kolanach, gdy tylko będzie po wszystkim, a ja zacznę się na nowo ubierać. Tak po prostu robiłem, a ona wydawała się do tego idealna sprawiając wrażenie kogoś, kto doskonale rozumiał, że po wszystkim należało zniknąć. Chociaż może, gdyby dobrze się spisała rozważyłbym nasze ponowne spotkanie.

– Myślę, że czas przenieść imprezę – odezwałem się do niej, na co uśmiechnęła się pospiesznie wstając i pozwalając mi zaprowadzić się do najbliższego miejsca dającego złudzenie prywatności.

Seks w jednej z pustych kabin był takim banałem, jednak nie zamierzałem zabierać jej do swojego mieszkania, więc to miejsce nadawało się idealnie. Było zupełnie bezosobowe służąc w tym samym celu dziesiątkom par przed nami. Kiedy pchnąłem dziewczynę na kolana, ta posłusznie zaczęła rozpinać moje spodnie, kolejny raz przekrzywiając głowę, w wówczas zniknęły cienkie ściany kabiny oraz klęcząca przede mną postać. Przed oczami pojawiła mi się zupełnie inna dziewczyna, chociaż scena, którą teraz przeżywałem nijak miała się do tego, co działo się w rzeczywistości. Dziewczyna z mojej wizji nie była naga, nie robiliśmy nawet niczego szczególnego. Ona jedynie uśmiechała się do mnie w pełen niemal dziecinnej radości sposób z błyszczącymi, szarymi oczami. Nagle, powracając do rzeczywistości straciłem ochotę na cokolwiek, co ta nieznajoma mogłaby mi zaoferować. Odepchnąłem ją od siebie jeszcze zanim pozbyła się moich bokserek i naciągając spodnie mimochodem dostrzegłem jej niezrozumienie tą niespodziewaną zmianą sytuacji. Prawdopodobnie, gdy dotrze do jej pijanego mózgu, co się właśnie stało będzie wściekła, że ją wystawiłem, jednak po tym, jak doprowadziłem się do porządku opuściłem łazienkę nawet na nią nie patrząc.

Szedłem przed siebie prawie pustą ulicą pozwalając nocnemu powietrzu nieco mnie otrzeźwić, podczas kiedy wizja pięknej nieznajomej nadal mnie nie opuściła. Gdy zestawiałem ją w swojej pamięci razem z innymi dotyczącymi tej nie dającej mi spokoju dziewczyny zrozumiałem, że ją znałem. Znałem jej imię, a za imieniem podążyła cała reszta jej historii oraz naszych wspólnych wspomnień, których nie potrafiłem wcześniej w żaden sposób uporządkować czy przypomnieć sobie w całości. Luki, które powoli wypełniałem znikały jednak po drugiej, gdy dziewczyna, Bones ukazywała mi się w kolejnych obrazach tworząc z nich spójną całość. Teraz już wiedziałem, dlaczego te oczy prześladowały mnie od chwili wyjazdu z Saint Marine, dlaczego tak mocno wyryły się w mojej pamięci. Te niemożliwe do zapomnienia, szare oczy należały do jedynej osoby na tym świecie, dla której gotów byłem umrzeć, a przez to właśnie znalazłem się w tym cholernym szpitalu, ponieważ tak bardzo pochłaniała moje myśli, że stałem się nieostrożny. Roześmiałem się opierając o drzwi mieszkania, do którego nie wiem nawet, kiedy dotarłem rozumiejąc już, czemu Swean nie mógł pomóc mi wcześniej. To nie on był osobą, za którą przez cały ten czas podświadomie tak tęskniłem. Nagle rozumiejąc już to wszystko pomysł o powrocie do Saint Marine nie wydał mi się już czymś, czego musiałem sobie zabraniać, a rzeczą, której potrzebowałem. Musiałem wrócić, żeby znów ją zobaczyć i znów móc na nowo zacząć oddychać. Zacząć żyć. Musiałem wyjaśnić jej, dlaczego tak ją zraniłem.

– Elizabeth – wymówienie na głos jej imienia było nieco dziwne, skoro nigdy wcześniej go nie używałem, ale kolejne słowa zabrzmiały tak naturalnie, jakbym przez całe życie nie powtarzał niczego innego. – Moja Bones.

Postawiłem pierwszy krok w stronę swojego pokoju, a za nim następny i kolejny robiąc to podświadomie. Teraz nareszcie mogłem zaznać spokojnego snu.

2. Szerokiej drogi

Nigdy nie było lawiny, która zrzuciłaby to wszystko na mnie w jednej chwili tak, jak nie było momentu, w którym nagle krzyknąłbym coś, w stylu eureka. Na wszystko w życiu potrzeba było czasu i to również go wymagało, chociaż zdawało mi się wtedy, że miałem go pod dostatkiem, ale ostatecznie zrozumiałem, jak wiele go zmarnowałem. Wszystko przez to, iż uświadomiłem sobie zbyt późno, jednak czas zdawał się od zawsze być moim wrogiem, ponieważ już odkąd sięgałem pamięcią przeciekał mi przez palce w chwilach, w których najbardziej próbowałem go zatrzymać i zdawał się ciągnąć w nieskończoność w tych, gdy marzyłem, o jak najszybszym jego zmarnowaniu. Tym razem wydawało mi się, iż miałem go pod dostatkiem przybywając do tego miasta zanim nie odkryłem, że tak naprawdę kradłem go, jednocześnie zaprzepaszczając. Zostawiając za sobą życie w Saint Marine byłem pewny, że doprowadzę do punktu, w którym już niczego więcej nie będę musiał w swoim życiu żałować. Rider miał znów ruszyć w drogę, nic mniej i nic więcej, bo tym przecież właśnie byłem. Kimś w niekończącej się podróży, ponieważ nie miało dla mnie znaczenia wszystko to, co zostawiałem za sobą i nie potrafiło zatrzymać mnie na dłużej nic z tego, co pojawiało się przede mną. Takie życie prowadziłem i takie życie mi odpowiadało. Sprawiłem, iż Rider był tym, kim chciał stać się Ian, ale jednocześnie gdyby nie Ian nie narodziłby się Rider. Obydwoje potrzebowali siebie, choć czasem próbowali się nawzajem wymazać z pamięci zaprzeczając swoim istnieniom. Myślałem, że to był mój największy, oprócz rozstania z najlepszym przyjacielem, niemal bratem problem, z którym będę musiał zmierzyć się budując wszystko od zera w innym miejscu i nawet pomimo tych niewyraźnych wspomnień nie przypuszczałem, jak bardzo się myliłem. Przez kolejne trzy dni na zmianę zamykałem się w sobie rozważając wszystkie opcje, jakie miałem po odzyskaniu brakujących fragmentów mojej pamięci, a wkurwianiem się na samego siebie i doprowadzaniem tym do wściekłości Mick’a, który miał mnie naprawdę dość. Zazwyczaj w takich chwilach niemal siłą zaciągał mnie do mojego pokoju zabraniając mi go opuszczać dopóki się nie uspokoję, albo wychodził z mieszkania na całe godziny. Byłem mu wdzięczny za niedrążenie tematu, ale ostatecznie sam nakreśliłem mu zarys sytuacji, w jakiej się obecnie znajdowałem.

Tej nocy poprzedzającej mój powrót do jedynego miejsca na świecie, do którego po raz pierwszy w całym swoim dotychczasowym życiu chciałem wrócić niemal nie spałem mając zbyt dużo myśli w głowie, a wszystkie dotyczyły Saint Marine. Mojego życia w nim, które na pierwszy rzut oka zdawało się wyjątkowo chaotyczne, jednak im więcej o tym myślałem wpatrując się w sufit mojej sypialni tym więcej dostrzegałem w nim rutyny i przewidywalności. Rzeczy, których zaczynało mi brakować.

Początkowo jedynym w miarę stałym elementem mojego życia zdawał się być Lucas Arcos, u którego znalazłem zastępstwo rodziny, którą porzuciłem. Oczywiście zanim pojawiła się ona, choć znalazła się przede mną nieco wcześniej niż sądziła, a o czym nie miałem okazji powiedzieć jej nigdy wcześniej. Teraz tego żałowałem, chcąc ujrzeć wyraz jej twarzy po tym, jak oznajmiłbym jej, iż była pierwszą dziewczyną, którą kiedykolwiek się naprawdę zainteresowałem. Pierwszą osobą, którą musiałem poznać. Najpierw słyszałem o niej od innych. Lucas, Kings, a nawet Ronny, chociaż za każdym razem wyglądał, jakby jej imię nie mogło przejść mu przez gardło bez tego protekcjonalnego tonu mówili o niej tak, jakby była jedną z nas. Jedną z ludzi chcących w okrucieństwie zapomnieć o dręczących ich demonach. Ronny jej nie znosił podkreślając to na każdym kroku, ale Kings i Arcos uparcie chcieli mieć ją po swoich stronach, a ja w końcu podjąłem decyzję, by poznać tą, o którą tak walczono. Zobaczyłem ją niedługo po tym, a jej uroda zrobiła na mnie nie mniejsze wrażenie niż jej charakter, nawet jeśli nie należała do typowych piękności zatrzymujących na sobie dłużej męskie spojrzenia. Było w niej po prostu coś takiego, co nie pozwalało odwrócić od niej wzroku, wyrzucić jej z pamięci. Tłumaczyłem to sobie tym, iż chciałem po prostu wykonać swoją pracę przyprowadzając ją Lucasowi dzięki czemu kolejny raz pokazałbym, na co mnie stać, ale im więcej dowiadywałem się o niej samej, tym bardziej nie mogłem pozbyć się jej ze swoich myśli. W końcu tamtego dnia w barze po raz pierwszy otwarcie się do niej zbliżyłem nawiązując kontakt i dopiero wtedy w pełni zrozumiałem coś, czego nikt nie mógł przekazać mi z plotek czy obserwacji. Zrozumiałem coś, z czego najprawdopodobniej żaden z nich nie zdawał sobie sprawy, a co dla mnie stało się jasne już w chwili, kiedy nasze spojrzenia się spotkały. W oczach Bones było coś, co nie dawało mi spokoju, ponieważ to samo znajdowało się w moich własnych.

– Co do diabła? – zagłębiając się we wspomnieniach niemal pomyliłem koszulki podczas pakowania swoich rzeczy. Nie dbałbym o to w innych okolicznościach, jednak mój współlokator miał koszmarne ciuchy i nie chciałem, żeby ktoś zobaczył mnie z jego rzeczami, ponieważ kto nadal nosił hawajskie koszule. Pokręciłem głową prawie natychmiast na nowo powracając do tego, o czym nie potrafiłem przestać myśleć od tamtej nocy w klubie.

Bones wywróciła mój świat do góry nogami nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nawet ja sam zorientowałem się za późno, kiedy nie mogłem już nic na to poradzić. Jako jedna z nielicznych znała prawa naszego świata jednocześnie uparcie pozostając na jego obrzeżach. Była niezaprzeczalnie odważna, a jej lojalność względem tych, których kochała zadziwiłaby niejednego ze starszych członków obu gangów. Mogła nie być nigdy najpiękniejszą kobietą na świecie, ale jej niezłomny duch czynił ją dziewczyną, o której fantazjowali faceci tacy, jak ja. Dlatego zmieniłem plany i zamiast zabrać ją do Arcosa zamierzałem sam po nią sięgnąć, wziąć ją sobie i zostawić po tym, jak mi się znudzi. Od samego początku wiedziałem, iż to nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać, jednak nic w życiu takie nie było tak, jak nie były łatwe więzi, które nas ze sobą połączyły. Wiedziałem, że im więcej czasu z nią spędzałem, tym więcej go chciałem, a potem odkryłem, iż z nią nigdy nie mogło być tak, jak z każdą inną dziewczyną przed nią. Z nią nie mogło być tak, jak z kimkolwiek innym, ponieważ była dla mnie wyjątkowa.

– Cholera! – zakląłem, gdy upuściłem wyciągnięty chwilę wcześniej z szafki kubek, tłukąc go na małe kawałki, na kuchennej podłodze. To miała być już druga kawa dzisiejszego poranka, której mnie jednak najwyraźniej pozbawiano. Kręcąc głową na własne rozkojarzenie sięgnąłem po miotłę mając nadzieję, iż nie okaże się, że odłamki rozprysnęły się po całym pomieszczeniu.

Westchnąłem ciężko przypominając sobie jej uśmiech, ale przede wszystkim ten wyraz jej twarzy w chwili, kiedy opowiadała mi o swojej przeszłości. O tym, kim była Bones i dzięki czemu się narodziła. Dotarło do mnie wówczas w pełni to, co ujrzałem w jej oczach podczas naszego, pierwszego spotkania w barze. Cień, który w nich był zaniepokoił mnie, ponieważ ten sam widywałem czasem we własnych oczach w lustrzanym odbiciu. Dziewczyna była taka, jak ja i nie chodziło w tym o tragiczną przeszłość czy nawet o wybory, jakich dokonywała. Ona wydawała się być moim lustrzanym odbiciem czy też raczej Bones była tym dla Ridera, bo gdybyśmy się nigdy nie spotkali pozostając wciąż tymi dzieciakami, jakimi byliśmy Elizabeth nigdy nie zwróciłaby uwagi Ian’a, a on nie spojrzałby na nią inaczej niż na przypadkowego przechodnia.

Powoli wkładałem do ust kolejne porcje jajecznicy z bekonem, zagryzając to odrobinę przypalonymi tostami z masłem. Wszystkie czynności od momentu wstania dzisiaj z łóżka wykonywałem raczej automatycznie, nie poświęcając im większej uwagi i dlatego miałem już kilka drobnych wypadków, których bez problemu dałoby się uniknąć w innych okolicznościach. Wszystko przez dziewczynę zajmującą moje myśli przez ostatnich kilka dni. Po śniadaniu umyłem naczynia starając się zrobić to porządnie i bez następnych przykrych niespodzianek. Na szczęście mi się to udało, więc odetchnąłem z ulgą zanim wróciłem do swojego pokoju i od razu mój wzrok powędrował na stojące przy łóżku walizki. Zacisnąłem szczękę obrzucając spojrzeniem całe pomieszczenie zastanawiając się, czy aby o czymś nie zapomniałem. Poza kilkoma rzeczami, które były tu, gdy się sprowadziłem wszystko wydawało się już spakowane. Lada moment miała przyjechać ciężarówka od przeprowadzek, która miała zabrać nie tylko spakowane po kartonach rzeczy, ale także mój motor. Resztę bagażu zamierzałem zabrać sam w samochodzie, który swojego czasu dostarczono mi tu dzięki pomocy Swean’a, ponieważ nie było mowy, abym całą tę drogę przebył na dwóch kółkach.

– Jesteś pewny, że chcesz to zrobić? – Mick pojawił się za mną, opierając się o futrynę i przyglądając to mi, to pudłom oraz walizkom. Przez ostatni czas zadawał mi to pytanie już kilkukrotnie. – Kiedy tu przyjechałeś stwierdziłeś, że zostawiłeś wszystko za sobą.

– Nie mam wyjścia – odpowiedziałem wymijająco. – Dzięki za wszystko stary – wyciągnąłem dłoń, którą od razu chwycił w mocny uścisk. Posłał mi uśmiech, który odwzajemniłem.

Chociaż Mick miał fatalne wyczucie stylu naprawdę go polubiłem i wbrew sobie musiałem przyznać, iż wolałbym, żeby pojechał ze mną. Takiego kumpla ciężko było znaleźć, zwłaszcza komuś takiemu, jak ja. Chwilę później podjechała ciężarówka i z pomocą Mick’a oraz dwóch mężczyzn od przeprowadzek zapakowaliśmy do niej większość moich rzeczy. Gdy tylko podałem im adres sam wsiadłem do samochodu odpalając go i na sekundę zamknąłem oczy, a kiedy w końcu zebrałem się w sobie otworzyłem je ponownie, odpalając silnik i odpychając od siebie wszystkie niepotrzebne myśli. Nie potrzebowałem kolejnego wypadku, zwłaszcza po tym, którego skutki odczuwałem aż do tej pory i przyjdzie mi za nie z pewnością drogo zapłacić.

To było właśnie to, co znałem jadąc wyjątkowo zatłoczoną, jak na tę porę dnia drogą wymijając z wprawą kolejne auta. W innych okolicznościach siedziałbym teraz na motorze, zapewne bez kasku czując wiatr na twarzy oraz we włosach i poddawał się adrenalinie. Właśnie tak wyglądała najlepsza część mojego życia, a przynajmniej tak było od paru lat, odkąd tylko po raz pierwszy wsiadłem na motor, ale za nim poznałem ją. Tylko w takich chwilach czułem się naprawdę wolny i mogłem zapomnieć o przeszłości. Tym razem musiałem obejść się wyłącznie opuszczeniem szyb, jednak i to dało mi możliwość odetchnięcia.

– Co jest? – spytałem po tym, jak odebrałem telefon. Nazwa na wyświetlaczu nie pokazywała się przez ostatnie miesiące, dlatego wiedziałem, że musiało zdarzyć się coś poważnego.

– Szef jest ostatnio jakiś dziwny – zaczął wyraźnie przejęty nieznaną sytuacją. Na ogół był wyjątkowo opanowany, dlatego zaniepokoiłem się znacznie bardziej, ponieważ Swean był prawdziwym mistrzem jeśli chodziło o pokerową twarz.

Zagryzłem dolną wargę zastanawiając się, co właściwie mogło się wydarzyć, ale znając temperament Lucasa to mogło być cokolwiek. Facet był w gorącej wodzie kąpany, przez co stanowczo za dużo, jak na mój gust naszych akcji było spowodowane przez jego nagłe wybuchy, których konsekwencje musieliśmy załagadzać.

– Sądzisz, że dowiedział się o mnie? – nic innego nie przychodziło mi do głowy, a poza tym miałem dobry powód, by tak sądzić.

Byłem jednym z najlepszych ludzi w ekipie Lucasa i swoimi czynami zasłużyłem sobie nie tylko na pozycję jego zastępcy, prawej ręki i co za tym szło posiadaniu władzy niemal równiej jego. Największym uznaniem był fakt, iż tylko trzy osoby w Łowcach miały prawo zwracać się do niego po imieniu, a Swean i ja byliśmy jednymi z nich. Trzecią była dziewczyna Lucasa, której tatuaż Łowców znajdował się w tym samym miejscu, co jego. Tych dwoje z pozoru łączył prosty związek oparty w większej mierze na seksie, jak to typowe pary z tego świata, jednak odkąd zrozumiałem wiele rzeczy dostrzegłem, że także w tym się myliłem. Oni wbrew stwarzanym pozorom naprawdę się kochali.

– Nie jestem pewien. Słyszałem, jak wspomniał o tobie, ale nie za wiele udało mi się podsłuchać – w jego głosie były wyraźnie słyszalne żal oraz złość. Żadnego poczucia winy, co było całkiem w jego stylu, ponieważ chociaż pozostawał mu lojalny, Swean miał swój własny kodeks, według którego postępował.

– Daj znać, jeśli dowiesz się czegoś konkretniejszego – nakazałem mu natychmiast. Od miesięcy nie byłem już jego przełożonym, ale najwyraźniej ciężko było pozbyć się starych nawyków.

Swean zaśmiał się, ale byłem pewny, że mogłem mu w tej kwestii zaufać. Nieraz ratowaliśmy się z opresji, a przyjaźń, jaką mieliśmy była pierwszą prawdziwą, głębszą relacją, jaką z kimkolwiek zawarłem. On również ufał mi i polegał na mnie znacznie bardziej niż na innych.

– Szerokiej drogi Rider – pożegnał się zanim się rozłączył.

Na moment przed oczami znów ujrzałem uśmiechniętą w ten lekceważący sposób Bones, kierującą do mnie te same słowa. W ostatniej chwili uniknąłem wjechania w drzewo.

3. Wyrosłem z uciekania

Jadąc znajomymi ulicami po raz pierwszy doświadczyłem tego rodzaju uczucia nostalgii, ponieważ po raz pierwszy w całym moim dotychczasowym życiu po opuszczeniu jakiegoś miejsca wróciłem tam z własnej woli. Przeszło mi wówczas przez myśl, że właściwie w innych okolicznościach również w jakiś sposób brakowałoby mi Saint Marine, czy raczej życia, jakie w tym mieście prowadziłem, choć byłoby tylko czymś, do czego wracałbym czasem we wspomnieniach.

Pierwszym miejscem, w jakie pojechałem było moje stare mieszkanie, które na szczęście nadal do mnie należało, dzięki uprzejmości Swean’a, który zdecydował się je zostawić w tajemnicy przed Arcos’em. To właśnie tam udała się ekipa od przeprowadzek wraz z moimi rzeczami mając wnieść wszystko, co znajdowało się w ich ciężarówce do środka. Nie obawiałem się zostawiając im klucze, ponieważ w tym miejscu nie trzymałem niczego nielegalnego, a znalazłem je tak, jak to ustaliliśmy, pod doniczką mojej głupiej sąsiadki. Mieszkanie dostałem, jako formę zadośćuczynienia od rodziców czy raczej łapówki za to, abym wyniósł się z domu na dobre i nie doniósł na nich lub sam nie szukał sprawiedliwości za dawne krzywdy. Podobno kiedyś mieszkała tu moja babcia ze strony matki, ale nigdy nie miałem okazji jej poznać, choć z opowieści wydawała się taką samą suką, co jej córka. Szczerze nie znosiłem tego miejsca przebywając w nim najrzadziej, jak tylko się dało, jednak nie byłem na tyle głupi, żeby przez własną dumę rezygnować z legalnie zdobytego lokum, więc pozwoliłem im przepisać je na mnie. Niedługo później mój przyjaciel stał się nieoficjalnym współwłaścicielem, posiadając własny komplet kluczy. Niestety w związku z tym, że na umowie widniało moje nazwisko łatwo można było powiązać mnie z tym miejscem, a robiąc nielegalne rzeczy lepiej było mieć kryjówkę, o której nikt nie wiedział. Teraz niestety musiałem pojawić się w tym miejscu głównie po to, żeby zabrać te niezbędne rzeczy, które przeniosę tam, gdzie zdecyduję się nocować.

– Dom, słodki dom – zakpiłem na widok brązowych ścian, na których powieszonych było kilka tanich obrazów wyłącznie po to, aby je czymś zapełnić. Pustka wydawała mi się jeszcze bardziej przygnębiająca, a poza tym dzięki nim to miejsce sprawiało wrażenie, jakbym rzeczywiście tu mieszkał.

Całe miejsce sprawiało wrażenie przytulnego i nic w wystroju nie wskazywało na to, iż należało ono do przestępcy. Głównie dlatego, że to nie ja je urządzałem i nie było w nim nic, co odpowiadałoby moim gustom. Zrobiła to kobieta, której moja matka zapłaciła za to chcąc najwyraźniej sprawiać pozory osoby, której zależało na tym, gdzie się podziewam. Na to wspomnienie wykrzywiłem usta z kpiną, ale szybko zmieniłem wyraz twarzy wzdychając z rezygnacją na ma myśl o czekającym mnie sprzątaniu. Najpierw zająłem się ogarnięciem tego miejsca tak, by dla postronnego obserwatora wyglądało ono na zamieszkałe, ale nie miałem złudzeń, co do mojego pobytu tutaj. Zajęło mi to resztę dnia i dopiero późnym wieczorem mogłem zabrać się za przepakowywanie potrzebnych mi rzeczy. Większą część ubrań zostawiłem tutaj biorąc tylko te, które mieściły się do jednej, sportowej torby. Chwilę później chwyciłem w dłoń komórkę i napisałem krótką wiadomość do Swean’a prosząc go o szybkie spotkanie, a na odpowiedź nie musiałem długo czekać i uniosłem kącik ust w uśmiechu widząc miejsce, które wybrał.

– Cholera, stary – zachichotałem przypominając sobie kilka pamiętnych sytuacji mających miejsce w klubie.

Na początku zastanawiałem się nad chociażby kilkudniowym ukrywaniem się tak, by Lucas ani nikt inny niepowołany nie wiedział o moim powrocie, ale ostatecznie zrezygnowałem z tego pomysłu. To nie miało po prostu sensu, ponieważ wystarczyło, żebym raz wyszedł na ulicę, a mogłem być pewny, iż ktoś doniesie o tym Arcos’owi. Nie było mi to na rękę, ponieważ zamierzałem zająć się teraz czymś ważniejszym niż robotą dla niego, a facet nie odpuszczał tak łatwo. Dlatego musiałem spotkać się dzisiaj z przyjacielem i jak najszybciej załatwić z dawnym szefem sprawę mojego powrotu do miasta.

Gdy w końcu uporałem się ze wszystkim wyszedłem z powrotem na zewnątrz, po czym wrzuciłem torbę do samochodu. O wiele bardziej wolałbym pojechać na motorze, jednak to właśnie on był znacznie bardziej ze mną kojarzony, a teraz nie potrzebowałem większej uwagi. Silnik zamruczał cicho zanim ruszyłem z piskiem opon. Droga zajęła mi zaledwie kilka minut, jednak biorąc pod uwagę prędkość, z jaką jechałem nie było w tym niczego dziwnego skoro jeszcze zanim dostałem prawko nie przestrzegałem limitów prędkości, lub innych przepisów drogowych w zależności od sytuacji. Auto zaparkowałem na tyłach domu, do którego kiedyś zaprosiłem Bones z jej przyjaciółką Iron. Od tej strony nie było ono widoczne, a chociaż czarne BMW X6 nie należało do przesadnie drogich i luksusowych aut nie trudno byłoby powiązać je ze mną, skoro czasem zdarzało mi się nim jeździć na akcje, kiedy akurat mój motor był z jakiegoś powodu niedostępny. Wysiadłem zabierając torbę i otworzyłem drzwi kluczem, który miałem po tym, jak ponad rok wcześniej wymieniłem zamek w drzwiach. Kiedyś zasugerowałem Bones, że miałem całkiem sporo takich kryjówek, ale prawda była nieco inna. W rzeczywistości poza tym miejscem miałem jeszcze opuszczony motel, a jedyną osobą poza mną, która o nim wiedziała była dziewczyna, która stanowiła główny powód mojego powrotu. W tym mieszkaniu z kolei jedyną osobą, jaka mogłyby mnie szukać był Swean, poza Iron oraz Bones rzecz jasna.

– Ja pierdolę – zakląłem pod nosem widząc stan, w jakim były pomieszczenia w środku. Wszędzie było pełno kurzu, a w powietrzu unosił się smród stęchlizny. Nic dziwnego, skoro od roku nikt tutaj nie zaglądał.

Wyglądało na to, że również tutaj czekało mnie sprzątanie, co nie było miłą wiadomością. Nie lubiłem bałaganu i nie mógłbym żyć w syfie, jaki panował w niektórych miejscach, gdzie spotykałem się z chłopakami z Łowców, co bynajmniej nie znaczyło, iż byłem jakimś pieprzonym pedantem, który całymi dniami sprzątał. Westchnąłem zrezygnowany zabierając się do roboty i na szczęście szybko odnalazłem potrzebne mi przedmioty. Dobrą wiadomością był fakt, że pod moją nieobecność nikt nie przejął tego lokalu, ponieważ musiałbym skutecznie go zniechęcić do tego miejsca. Wcześniej w swoim mieszkaniu wziąłem prysznic, dlatego teraz po skończonej pracy jedynie przebrałem się w coś bardziej odpowiedniego do klimatu panującego w klubie, w którym miałem spotkać się ze Swean’em. Udałem się jeszcze po swój motor przeklinając po drodze syf w metrze, ale niestety nie miałem lepszej opcji. Nigdy nie zostawiałem auta pod swoim oficjalnym mieszkaniem czy nawet w jego najbliższym otoczeniu, o ile miałem inną możliwość. W związku z tym BMW stało zazwyczaj zaparkowane przed drugim mieszkaniem, albo motelem na obrzeżach. Do Monster jechałem, jak zawsze bez kasku mogąc znów rozkoszować się towarzyszącemu jeździe uczuciu wolności oraz wiatrem we włosach. Klub położony był w śródmieściu, więc łatwo było się tam dostać, a na drodze nie było dużego ruchu.

Ledwo dotarłem na miejsce, a przyjaciel podszedł do mnie z szerokim uśmiechem. Zgasiłem maszynę i przywitałem się z nim obejmując w braterskim uścisku.

– Dobrze cię widzieć – zaczął lustrując mnie wzrokiem. Nie widzieliśmy się od roku, ale nie zmieniłem się jakoś specjalnie w przeciwieństwie do niego. Zauważyłem, iż nabrał trochę masy mięśniowej i ściął swoje czarne włosy wyjątkowo krótko, co nadawało mu bardziej niebezpiecznego wyglądu, który kompletnie nie pasował do jego przeważnie zabawowej postawy.

– Ciebie też – odpowiedziałem kierując się za nim do wejścia.

Ochroniarz znał nas na tyle dobrze, żeby wiedzieć, iż żaden z nas nie zamierzał potulnie czekać w kolejce czy płacić za wejście, jak reszta klientów, ale był to przywilej wypracowanej reputacji. Wpuścił nas więc bez słowa, a jego jedyną reakcją były szeroko otwarte na mój widok oczy, na co miałem ochotę zaśmiać się, ponieważ gość wyglądał, jakby naprawdę zobaczył ducha.

– Gdzie byłeś przez ten czas? – spytał przyjaciel, jak tylko zajęliśmy miejsca w jednej z loży ulokowanych na piętrze, a jego brązowe oczy od razu skupiły się na mnie. Celowo nie podałem mu wcześniej miejsca mojego pobytu na wypadek, gdyby Arcos zdecydował się jednak chcieć sprowadzić mnie z powrotem. Mój przyjaciel byłby wówczas pierwszą osobą, do której by się skierował, a ja chciałem oszczędzić mu tego dylematu. – Tylko nie mów, że gdzieś w okolicy, bo w to akurat nie uwierzę.

Dochodziła do nas głośna muzyka w rockowo-metalowych klimatach, a dookoła unosił się zapach alkoholu oraz dymu, który co jakiś czas wydobywał się z wentylacji. Charakterystycznej, słodkiej woni w nim zawartej nie dało się pomylić z niczym innym, więc wyglądało na to, że dzisiaj właściciele nie spodziewali się kontroli policji. Zawsze wiedzieli o nich na kilka dni wcześniej, a co za tym szło odpowiednio przygotowywali klub tak, by nie znaleziono w nim niczego podejrzanego czy nielegalnego. Zawsze wtedy ochroniarz przy wejściu dawał nam oraz kilku innym wybranym osobom znać, abyśmy byli ostrożni. Tego wieczoru panowała tu standardowa atmosfera.

– Co podać? – nagle obok nas pojawiła się skąpo ubrana kelnerka, którą obydwaj zlustrowaliśmy wzrokiem.

Nie widziałem reakcji Swean’a, ponieważ nie odwróciłem wzroku od wyraźnie mną zainteresowanej dziewczyny. Miałem odpięte dwa górne guziki ołówkowoszarej koszuli, co wyraźnie jej się podobało. Jej pech, iż chociaż była niebrzydka, ja zupełnie straciłem zainteresowanie innymi dziewczynami, bo w głowie cały czas uparcie siedziała mi ta jedna.

– Dwa razy ojca chrzestnego – niezbyt zainteresowany jej próbą zalotów podałem zamówienie odwracając od niej wzrok.

Zapewne zawiedziona odeszła notując wcześniej moje zamówienie. Zastanowiłem się przez chwilę, czy była tak głupia, że nie potrafiła zapamiętać tak prostego zamówienia czy miała więcej stolików do obsłużenia. Zamówiony przeze mnie drink był tutejszą specjalnością i pomimo dość oryginalnej nazwy była to po prostu mieszanka whisky z amaretto oraz lodem. Chociaż żaden z nas nie zamówiłby takiego babskiego gówna, jak Cosmo nie mieliśmy nic przeciwko takim połączeniom.

– Przeszedłeś tam na celibat? – zaśmiał się mój towarzysz, na co prychnąłem. Mój przyjaciel był świadom tego, iż z nas dwóch kelnerka bez wahania wybrałaby mnie, ale nigdy się o to nie wkurzał, ponieważ żaden z nas nigdy wcześniej nie traktował poważnie panienek, z którymi się zabawialiśmy.

Przed tą całą sprawą z Bones faktycznie zabrałbym dziewczynę do jednego z pomieszczeń służbowych na jednorazowy numerek, jak miałem w zwyczaju. Może nawet ponabijałbym się ze Swean’a i jego wątpliwego szczęścia w podrywaniu dziewczyn ze mną w pobliżu, jednak teraz taki nie byłem, a przynajmniej znacznie łatwiej było mi nie ulec pokusom niż przez ostatni rok. Wróciłem tu w końcu w konkretnym celu i nie mogłem zepsuć go, jakąś panienką.

– Bardzo śmieszne – odpowiedziałem mu udając wkurzonego. – Dobrze wiesz, czemu ją spławiłem.

Swean jako jedyny od samego początku wiedział o moich powiązaniach z Bones, odkąd oficjalnie się poznaliśmy. Często żartował z tego, ponieważ wcześniej nie zachowywałem się tak, jakby zależało mi na jakiejkolwiek dziewczynie czy jakbym chciał być z jakąś z nich w związku, choć chętnych nie brakowało. Jednak pomimo tego nawet on nie miał wcześniej w pełni pojęcia, jak bardzo zaangażowany z nią byłem.

– Odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie zatrzymałem się w Maine1 popsuć im trochę statystyki – zaśmiałem się celowo nie zdradzając konkretnej nazwy miasta, co po spojrzeniu, jakie mi posłał wiedziałem, iż zrozumiał, – a tak na poważnie znalazłem mieszkanie i starałem się zarobić na wylot do Anglii.

Chwilę po moim oświadczeniu wróciła kelnerka stawiając na stole dwie szklanki. Tym razem uśmiechnęła się zachęcająco do mojego przyjaciela, czego ten nie omieszkał zignorować. Ostatecznie jednak dziewczyna odeszła zawiedziona tym, że żaden z nas nie był zainteresowany jej wdziękami.

– Anglia? – powtórzył zdziwiony unosząc brew i sięgając w tym samym czasie po trunek. Ja sam chwyciłem drugą szklankę upijając kilka łyków.

– Potrzebowałem jakiegoś miejsca, w którym mógłbym naprawdę zacząć od nowa. Nikt mnie tam nie znał i szanse na to, że Arcos zdecydowałby się szukać mnie poza granicami Stanów były niemal zerowe – oznajmiłem spokojnie, opierając się wygodnie na kanapie. – Chyba wyrosłem z uciekania – stwierdziłem po chwili tak cicho, że nie byłem pewny, czy mnie usłyszał.

Po moim oświadczeniu zapanowała między nami chwilowa cisza. Obaj mieliśmy wiele do przemyślenia, a ponad to żaden z nas nie był przesadnie wylewny. Woleliśmy swoje problemy zachowywać dla siebie chyba, że naprawdę nie byłoby już innego wyjścia. Kolejnymi powodami, za które lubiłem Swean’a było to, iż właściwie nigdy się mnie nie bał uważając przy mnie na słowa, a jednocześnie nie naciskał na mnie, jeśli nie chciałem się zwierzać.

– Czyli wróciłeś na dobre – skomentował bardziej do siebie, sprawiając wrażenie wciąż zamyślonego. Kiedy się otrząsnął spojrzał na mnie. – Co zamierzasz teraz zrobić?

Wiedziałem, o co pytał. Zacisnąłem dłoń mocniej na szkle ciesząc się, iż bez względu na siłę z jaką bym to zrobił, szkło nie pękłoby. To było to pytanie, które zadawałem sobie od jakiegoś czasu.

– Nie mam pojęcia – przyznałem z rezygnacją. Byłem pewny, że nie pójdzie mi łatwo i po części nawet na to nie liczyłem, ponieważ czułbym się wtedy zawiedziony.

Jedyną jego odpowiedzią było poklepanie mnie po plecach oraz pocieszający uśmiech. Zdawałem sobie sprawę z tego, jak mocno spieprzyłem i nie mogłem liczyć na niczyją pomoc w naprawieniu tego, przez co po raz kolejny zacząłem w myślach wyrzucać sobie, jak wielkim kretynem byłem. Jednak przez ten rok znacznie bardziej dojrzałem. Dotarło do mnie, że nie mogłem już spędzić całego życia na zabawie w gangstera i musiałem w końcu zacząć podejmować poważne decyzje. Od teraz Rider musiał przestać uciekać zostawiając wszystko za sobą, a skupić się na dotarciu do celu, który był przed nim.

1 Maine – stan położony w północno-wschodniej części USA. W odniesieniu do przestępczości, Maine jest często uważany za najbezpieczniejszy stan w USA (wg Wikipedii).

4. Rozczarowałeś mnie

Nie minęło dużo czasu zanim Swean z nieodgadnioną miną podał mi białą, ozdabianą kopertę, którą wyjął z kieszeni obracając najpierw pare razy w dłoniach intensywnie nad czymś myśląc. Chwyciłem ją z uniesioną brwią i wyjąłem ze środka wypisane elegancką czcionką zaproszenie na, jak się okazało bankiet, który miał odbyć się jutrzejszego wieczora, dla każdego w tym mieście, kto mógłby wypisać hojny czek dla naszego burmistrza.

– Będzie tam – odezwał się po dłuższej chwili, kiedy wpatrywałem się w niego zastanawiając się, po co mi to było. – Pytanie brzmi, czy ty na prawdę zamieszasz tam iść.

Westchnąłem opadając ciężko na oparcie, kiedy to do mnie dotarło. On najzwyczajniej w świecie wiedział, czego pragnąłem, więc postarał się dać mi szansę. Teraz wyłącznie ode mnie zależało to, czy byłem wystarczająco zdeterminowany, by z niej skorzystać. Nie wiedziałem jedynie, dlaczego wahał się przed oddaniem mi tej koperty.

– A mam inne wyjście? – spytałem retorycznie czując jednocześnie wdzięczność, ponieważ zdobycie tego zaproszenia dla takiego gościa, jak on z całą pewnością nie mogło być łatwe. Znałem doskonale odpowiedź, o czym wiedział, ale nie powstrzymało go to od dalszych komentarzy.

– Wybacz, że to mówię – zrobił chwilową pauzę, chcąc podkreślić efekt słów, które miał zamiar właśnie wypowiedzieć, – ale to nie twoje klimaty. Facet taki, jak ty nie należy do tego świata.

Upił resztę swojego drinka, po czym machnął dłonią w stronę kelnerki dając jej znać, by przyniosła mu kolejną, czwartą już szklankę. Wypiłem niewiele mniejszą ilość, więc o ile nie zamierzałem spędzać tu całej nocy musiałem przystopować z piciem, ponieważ nie potrzebowałem, by już pierwszej nocy po powrocie, jakiś nadgorliwy glina zatrzymał mnie za jazdę po pijaku. Ze zbyt wieloma z nich miałem niewyrównane rachunki, a to nie był dobry moment na wyrównywanie ich, kiedy chwilowo nie miałem po swojej stronie Lucasa oraz Łowców. Choć byłem pewny, iż nie mieliby nic przeciw, nawet gdybym miał wpaść wyłącznie za jazdę po pijaku.

– Daj spokój – zbyłem go nie przejmując się jego uwagami. Może i faktycznie nie bywałem wcześniej na tego typu imprezach, ale tym razem zamierzałem zacisnąć zęby i wytrwać.

W końcu, jak mawiała z ironią Bones, po trupach do celu. Na tę myśl uśmiechnąłem się, na co z kolei mój przyjaciel zareagował uniesieniem brwi oraz pytającym spojrzeniem, ale pokręciłem głową nie chcąc wyjawiać mu powodu mojej nagłej poprawy humoru, choć mógł sam się go po części domyślić.

– Jesteś walnięty stary – stwierdził ostatecznie, po czym zostawił mnie samego udając się za kelnerką, której najwyraźniej w końcu udało się go poderwać.

Zaśmiałem się obserwując jego oddalającą się sylwetkę, aż całkiem zniknął mi z pola widzenia. Dopiero wówczas wstałem i jak gdyby nigdy nic ruszyłem do wyjścia ignorując te wszystkie posyłane w moją stronę spojrzenia. Kobiety w większości uśmiechały się zachęcając mnie, a faceci obserwowali z lękiem lub zazdrością czy nienawiścią. Miałem to wszystko gdzieś, ponieważ dzięki Swean’owi znalazłem się o krok bliżej upragnionego celu, nic innego nie miało dla mnie w tej chwili znaczenia. Usiłując chociaż trochę wytrzeźwieć spacerowałem ulicami cały czas mając w pamięci wydarzenia, które rozegrały się od momentu mojej przeprowadzki tutaj, aż do feralnego wyjazdu rok wcześniej. Nie sądziłem, że mogłem tak bardzo przywiązać się do jakiegoś miejsca, choć wciąż nie uważałem Saint Marine za dom. Gdy na reszcie wytrzeźwiałem do tego stopnia, by spokojnie móc wrócić motorem nie narażając się, cofnąłem się do miejsca, w którym zostawiłem swoją maszynę. Stało przy niej kilku chłopaków, którzy jak tylko mnie zobaczyli natychmiast odeszli, na co uśmiechnąłem się nieznacznie. Wsiadłem na motor i czym prędzej ruszyłem drogą powrotną.

Zaproszenie rzuciłem na stół zanim nalałem sobie soku, umieszczając resztę zrobionych po drodze zakupach w odpowiednich miejscach i usiadłem na kanapie. Wcześniej męczyłem się dobrych kilkadziesiąt minut nad podłączeniem telewizora, który przywiozłem ze sobą autem i zamierzałem nareszcie sprawdzić, czy działał. Włączyłem kanał z jakimś idiotycznym serialem, po czym znów wstałem chcąc przygotować sobie coś do jedzenia. Po wyjątkowo później kolacji spędziłem jeszcze jakąś chwilę gapiąc się w ekran, ale po tym, jak po raz drugi przysnąłem na krótką chwilę wyłączyłem urządzenie, zdjąłem ciuchy i położyłem się spać. Musiałem wypocząć przed jutrzejszym, czy właściwie już dzisiejszym wieczorem. Leżąc pod kocem wciąż nie mogłem przestać zastanawiać się, jak to wszystko się potoczy, bo choć nie oczekiwałem miłego powitania, ale miałem nadzieję, że przynajmniej porozmawia ze mną i pozwoli mi to wszystko wyjaśnić. Z pewnością na samym początku była na mnie wściekła, pamiętałem przecież wyraz jej twarzy, kiedy zobaczyła mnie z tamtą dziewczyną pierwszy raz, odkąd opuściłem szpital, a także kiedy zdecydowałem się wyjechać. Nie mogła jednak chować urazy tak długo, a przynajmniej na to liczyłem.

Obudziłem się na szczęście bez kaca, ale było już prawie południe. Przetarłem oczy pozbywając się resztek snu, po czym wstałem i zrzuciłem koszulkę, następnie przeciągnąłem się zanim poszedłem pod prysznic. Stojąc przed małym lustrem przejechałem dłonią po twarzy uznając, iż znów musiałem się ogolić, więc z westchnieniem sięgnąłem po maszynkę. Nie zamierzałem pojawić się tam wyglądając niechlujnie, choć wątpiłem, by ktokolwiek z zapatrzonych tam w siebie bogatych dupków miał dość odwagi, aby mnie za to opieprzyć. Chyba, że jakimś cudem nie wiedzieliby, kim byłem i liczyli na to, że ich ochrona sobie ze mną poradzi. Wiedziałem za to, że z całą pewnością będą tam jej rodzice i chociaż nie zależało mi na zrobieniu na nich wrażenia nie mogłem również wyglądać, jak pieprzony menel czy mafioso.

– Kurwa! – zawołałem, kiedy przez roztargnienie zaciąłem się. Zacisnąłem zęby zły na siebie, że nie mogłem nawet na chwilę pozbyć się jej ze swoich myśli na wystarczająco długo, żeby uporać się z takimi drobnymi, codziennymi czynnościami, ale z drugiej strony czego ja tak właściwie oczekiwałem. Jak mogła w nich nie być, skoro sam jej na to pozwoliłem?

Wyszedłem z łazienki po tym, jak udało mi się pozbyć z twarzy reszty krwi oceniając, iż miałem więcej czasu niż na początku sądziłem, co właściwie było dobre. Mogłem załatwić jeszcze jedną sprawę zanim pojawiłbym się na przyjęciu, wobec czego ubrałem zwykłe jeansy i koszulkę zabierając ze sobą do BMW garnitur, który kupiłem jeszcze w Maine na wszelki wypadek dziękując sobie teraz za to w myślach. Nigdy wcześniej w żadnym nie chodziłem i nie uważałem, żeby był mi potrzebny, jednak tym razem nie miałem wyboru i cieszyłem się, że zaopatrzyłem się wcześniej w jakiś. Musiałem jednak zacisnąć zęby i wytrzymać, ponieważ osobiście wolałem luźniejsze ciuchy. Garnitur za bardzo mnie ograniczał. Ruszyłem, jak zawsze z piskiem opon z podjazdu i przez całą drogę stukałem nerwowo palcami jednej ręki o kolano. Nie bałem się tego spotkania, mało było rzeczy na tym świecie, które naprawdę mnie przerażały, a to z całą pewnością nie była jedna z nich. Nie zmieniało to jednak faktu, że odwlekanie tego mogłoby się skończyć znacznie gorzej. Dlatego zatrzymałem samochód w miejscu, gdzie zwykle przebywał Lucas i jeszcze zanim wysiadłem byłem pewny dwóch rzeczy. On się mnie spodziewał, w przeciwieństwie do pozostałych mężczyzn z gangu, którzy na widok mojego wozu otworzyli szeroko usta.

– Zamknijcie jadaczki i spieprzajcie – odezwałem się do nich mijając ich, ale nawet na nich nie patrząc.

– Już nam nie rozkazujesz – prychnął jeden z nich, a ja od razu odnalazłem tego chojraka i bez ostrzeżenia przywaliłem mu pięścią w nos. Gdybym tak po prostu mu teraz odpuścił mógłbym nie tylko wyjść na miękkiego, ale pozwolić również innym podważać mój autorytet, jeśli musiałem wrócić do Arcos’a.

Gdy się wyprostował pałając żądzą zemsty odczułem satysfakcję na widok krwi cieknącej z jednej dziurki. Otarł ją i miał się właśnie na mnie zamachnąć, gdyby nie stanowczy głos, który kazał mu się zatrzymać. Wszyscy odwróciliśmy się w stronę wejścia widząc w nim wkurzonego Lucasa, a najwyraźniej dzieciak zdążył poznać go już na tyle, aby wiedzieć, że wściekły Arcos to nic dobrego i należało czym prędzej zejść mu wówczas z drogi.

– Zostawcie nas samych – zarządził, po czym machnął na mnie dłonią, bym dołączył do niego w środku.

Pięciu mężczyzn posłusznie zaczęło się oddalać, kiedy przestępowałem próg. Samantha, dziewczyna Lucasa siedziała już w środku i posłała mi uśmiech, który odwzajemniłem. Naprawdę ją lubiłem i cieszyłem się, że ją widzę, ponieważ w razie problemów mogła trochę uspokoić swojego faceta.

– Cześć Rider – przywitała się przyjaźnie podając mi jednocześnie butelkę z piwem, których spora ilość znajdowała się na stole pod ścianą.

– Dzięki Sam, ale dzisiaj nie piję – oznajmiłem, na co kiwnęła głową podając mi zamiast tego szklankę napoju, który przyjąłem bardziej dla zasady, niż z faktycznej potrzeby siadając naprzeciwko niej. Miejsce obok było zarezerwowane tylko dla Lucasa i facet obijał mordę każdemu, kto o tym zapominał dosiadając się do niej.

W międzyczasie Lucas również usiadł obejmując ją ramieniem. Na pozór zrobił to wyjątkowo niechętnie i niechlujnie, ale po tym, czego doświadczyłem z Bones mogłem przejrzeć tę otoczkę widząc prawdziwe uczucie z jakim to zrobił. Nieraz zastanawiałem się, czemu właściwie wkładał tyle wysiłku, by nikt nie domyślił się, jak bardzo mu na niej zależało. To w końcu nie było tak, iż nie potrafiła się bronić, a z resztą kto miałby jej niby grozić. Sprawy gangu oraz wszelkie nasze porachunki załatwialiśmy przeważnie w męskim gronie, więc kobiety naprawdę rzadko przez to cierpiały.

– Zastanawiałem się, kiedy zamierzasz się pokazać – odezwał się spokojnie, choć znałem go na tyle dobrze, by wiedzieć, że w każdej chwili z tego spokoju mógł przejść do wkurwionego strzelania w każdego na swojej drodze.

– Musiałem się rozpakować – wzruszyłem ramionami. Niektórzy na moim miejscu mogliby zacząć denerwować się przez jego wpatrywanie, ale nie ja. Nie raz kłamałem mu prosto w twarz wiedząc, iż jeśli nie zrobię tego perfekcyjnie w sekundę wyjąłby broń i strzelił mi w łeb.

– No i spotkać ze Swean’em – w jego głosie nie było oskarżenia, jednak nie oznaczało to, iż nie był zły. Właściwie nie wiedziałem, co miał przez to na myśli, o ile w ogóle coś miał. Moje własne zaprzątało teraz coś zupełnie innego niż jego gierki.

Wiedziałem także, iż to nie przyjaciel mnie wsypał, więc zastanowiłem się przez chwilę kto to mógł być. Kelnerka? Czy może w klubie był ktoś od Łowców lub Upadłych, kto mnie widział, a kogo ja nie dostrzegłem? Zaraz jednak moje myśli powróciły do bramkarza i ostatecznie uznałem, iż musiał to być on. Dawniej nie musiałem się tym przejmować, ale teraz wkurwiło mnie bycie obserwowanym przez psy Lucasa, które zapewne w innych okolicznościach donosiłyby mu o każdym moim kroku.

– Wypiłem na powitanie kilka drinków ze starym kumplem. To coś złego? – uniosłem brew, na co on zachichotał. Nie wiedziałem do końca, dlaczego go prowokowałem, ale robiłem to tak, jak zrobiłbym to zanim wyjechałem. Moje priorytety mogły przez ten czas ulec znaczącej zmianie, ale nie było mądrym posunięciem pozwolić Lucasowi dowiedzieć się tego. Zwłaszcza tak wcześnie.

– Nie, skąd – posłał mi uśmiech, który dobrze znałem. Nie dałem tego po sobie poznać, ale rozluźniłem się, ponieważ wyglądało na to, że przynajmniej jedno z dzisiejszych spotkań miało pójść lepiej niż się spodziewałem.

Upiłem kilka łyków napoju pamiętając o tym, żeby przed wyjściem stąd opróżnić szklankę zanim odezwałem się ponownie. Mój głos brzmiał spokojnie, ale zdecydowanie. Nie zamierzałem pozostawić mu choćby cienia wątpliwości, co do tego, jak zamierzałem od tej pory żyć.

– Doceniam gościnę, ale nie przyszedłem tu na towarzyskie spotkanie – coś w spojrzeniu Lucasa się zmieniło. Z kumpla, z którym piłem zmienił się w faceta, który jeszcze rok wcześniej wydawał mi rozkazy. – Nie zamierzam wracać do tego, co było, ale nie jestem tak głupi, żeby wierzyć w to, że dasz mi tak po prostu odejść.

Tym razem uśmiechnął się w wyrachowany sposób, co często czynił podczas akcji, w których musiał przypominać komuś, gdzie było jego miejsce. Ja znałem swoje, ale nie oznaczało to, iż nadal będę pochylał przed nim głowę nawet, jeśli robiłem to dla własnych celów. Dla niego mógłbym być tylko wygadanym gówniarzem, który przyciąga cholerne kłopoty, jednak obaj wiedzieliśmy o plotkach krążących w mieście, które Lucas za wszelką cenę starał się wtedy zduszać. Plotkach o tym, że to ja powinienem być na jego miejscu, ponieważ to mnie ludzie obawiali się bardziej niż jego. Byłem chłopakiem bez sumienia z niczym, czym mógłbym ryzykować, więc nie dziwiły mnie te opinie. Właściwie nawet sprawiały mi chorą satysfakcję i sprawiały, że czasem wyobrażałem sobie, jakby to było przyłożyć Lucasowi pistolet do głowy.

– Ranisz mnie Rider – przemówił z udawanym żalem, ani na moment nie spuszczając ze mnie spojrzenia niebieskich oczu. – Sądziłem, że chciałeś odzyskać swoją pozycję i z radością zamierzałem ci ją oddać. Co się zmieniło? – tym razem wiedział, że odpowiedź, jaką ode mnie usłyszy będzie kłamstwem, jeszcze zanim otworzyłem usta.

– To bez znaczenia Lucas. Chcę zacząć inne życie, w którym będę mógł przesypiać noce bez telefonów o akcjach – wpatrywaliśmy się w swoje oczy i żaden z nas nie zamierzał ustąpić. Uśmiechnąłem się szeroko. – Nawet nie masz pojęcia, jakie to było wygodne móc, co noc przespać te osiem godzin.

Westchnął zmieniając pozycję, a w jego niebieskich oczach pojawiła się dezaprobata.

– Nie mogę powiedzieć, że mnie nie rozczarowałeś. Wiązałem z twoim powrotem większe nadzieje.

– Nie wątpię – zakpiłem, na co uniósł kącik ust razem z butelką w geście toastu.

5. Zupełnie nie tak

Po powrocie do auta od razu odjechałem chcąc być, jak najdalej zarówno od Lucasa, jak i tego miejsca. Na szczęście nie miałem większych problemów z trafieniem na miejsce bankietu, więc gdy tylko zgasiłem silnik przebrałem się w leżący na tylnym siedzeniu garnitur, po czym wysiadłem z auta. Wieczór był ciepły i wiał lekki, choć przyjemny wiatr, przez co musiałem mimo wszystko zapiąć marynarkę nie chcąc się z nią męczyć. Stając kawałek przed wejściem powstrzymywałem się przed zgnieceniem zaproszenia w dłoni, a także przed wbiegnięciem do sali. To z całą pewnością ściągnęłoby na mnie uwagę wszystkich obecnych, czego chciałem sobie oszczędzić. Z trudem pokonałem powolnym krokiem resztę drogi dzielącej mnie od wejścia, gdzie niemal od razu zostałem zatrzymany przez jednego z ochroniarzy.

– Zaproszenie – facet nawet nie starał się być przyjaznym, zamiast tego udając ważniaka, chociaż wszyscy wiedzieli, że i tak był nikim w porównaniu z gośćmi przyjęcia i podczas, gdy oni szli się bawić on musiał stać tu pilnując, aby nikt nieproszony im nie przeszkadzał.

Jednak tak naprawdę nie byłem wcale od niego lepszy, ponieważ ja również nie miałem prawa tam być. Nie wśród tych bogatych dupków, do których nigdy nie należałem, bo moja rodzina nie mogła pochwalić się aż takim majątkiem, jaki oni posiadali przez całe lata. Nie obchodziło mnie to w prawdzie, co nie znaczyło, iż pałałem do ochroniarza jakąkolwiek sympatią i zamierzałem się z nim jednoczyć. Zachowując się, jak wyniosły dupek, którym byłem przez większość czasu podałem mu moje zaproszenie nie wyjmując go nawet z koperty, jakbym nie zamierzał nawet w ten sposób ułatwić mu jego pracy. Przyglądał mu się przez chwilę zanim ostatecznie z nieskrywaną niechęcią wpuścił mnie do środka, a ja zrobiłem kilka kroków, po czym odetchnąłem głęboko. Sala pełna była ludzi oraz ustawionych wszędzie dookoła dzieł sztuki, które dla mnie w większości wyglądały koszmarnie i strasznie tandetnie. Kątem oka dostrzegłem przechodzącą obok mnie kelnerkę, więc szybkim ruchem porwałem z jej tacy kieliszek najpewniej drogiego szampana, jednak musiałbym chyba wypić tuzin butelek, żeby się upić, ale potrzebowałem jakiegoś rozluźnienia. To było do mnie tak niepodobne, a mimo to wciąż denerwowałem się tym spotkaniem. Opróżniłem naczynie w kilku łykach, po czym sięgnąłem szybko po kolejne od następnej mijającej mnie kelnerki.

– Może podać coś jeszcze? – spytała dwuznacznym tonem po tym, jak zlustrowała mnie wzrokiem. Zapewne sądziła, że byłem tak samo bogaty, jak reszta gości i chciała mnie poderwać, żeby później móc na tym skorzystać. Nie raz spotykałem takie dziewczyny i zawsze rozgrywałem to w ten sam sposób. Najpierw ją pieprzyłem, a później zamawiałem dla siebie najdroższego drinka w ofercie każąc jednocześnie panience spieprzać. Oczywiście cały czas uśmiechając się przy tym do niej kpiąco.

– Nie sądzę – odpowiedziałem po chwili, ponieważ dziewczyna najwyraźniej wzięła moje początkowe milczenie za zachętę kładąc dłoń na mojej koszuli. Odepchnąłem ją lekko uważając, aby nie upuściła przez to tacy zanim odszedłem. Teraz jeszcze bardziej potrzebowałem się napić.

Przechodząc pomiędzy po części znanymi mi z mijania na ulicach ludźmi usiłowałem wyłapać znajome twarze jej rodziny, ale na próżno. Nigdzie nie mogłem dostrzec nikogo z nich, a byłem tu już chyba z godzinę popijając któryś kieliszek z rzędu. Nadal byłem trzeźwy, chociaż natknąłem się już na kilka pijanych, rozchichotanych nastolatek, które przyszły tu z rodzicami i wydawały się bardziej niż chętne zostawić ich dla szybkiego numerka z nieznajomym w jednej z toalet. Nawet na tak wyniosłych przyjęciach łatwo było trafić na takie banały. Oczywiście każdą, która do mnie podeszła odprawiałem ku ich rozpaczy z kwitkiem, a każda taka akcja sprawiała, że stawałem się coraz bardziej poirytowany. Wyglądało na to, iż w tych bogatych rodzinach należących do elit miasta wyrastało więcej dziwek niż mijałem nocami na ulicach. Gdzieś w międzyczasie zacząłem się zastanawiać, czy ona w ogóle tu będzie czy też może zmieniła zdanie, albo Swean miał błędne informacje. Przeszło mi jeszcze przez myśl parę podobnych wątpliwości, ale prawda była taka, że równie dobrze mogła mnie zobaczyć w tym tłumie i za wszelką cenę starała się uniknąć naszego spotkania. Po tym, co jej zrobiłem nie mogłem jej za to winić, a to sprawiło, że czułem się jeszcze gorzej.

– Niech to szlag! – zakląłem pod nosem. Właśnie miałem dać sobie spokój i wyjść dławiąc się swoim rozczarowaniem, kiedy nareszcie ją zobaczyłem.

W pierwszej chwili sądziłem, że miałem przywidzenia, ponieważ wyglądała zupełnie inaczej, tak niepodobnie do dziewczyny, którą znałem rok temu. Ubrana była w ciemnoniebieską suknię do kostek, której rozcięcie po lewej stronie ukazywało jej nogę aż do kolana, a choć kreacja miała długi rękaw całe jej plecy pozostawały odkryte. W takim stroju, z idealnie upiętymi blond włosami pasowała do reszty obecnych tu kobiet, przez co odczułem ukłucie zawodu. Niemal spodziewałem się jej tu w jeansach oraz skórzanej kurtce, w której niegdyś dość często ją widywałem. Trzymała kieliszek szampana rozmawiając z kimś stojącym zaraz przed nią. Chłopak uśmiechnął się mówiąc coś do niej, na co ona w odpowiedzi zaśmiała się, a jego ręka dotknęła jej odkrytych pleców w poufałym geście. Sądziłem, a właściwie byłem pewien, iż się odsunie. Bones, którą znałem właśnie to by zrobiła, ale ona stała wciąż uśmiechnięta. Nie ruszyła się. Nie zrobiła nic, by pozbyć się jego dłoni. To sprawiło, iż coś wewnątrz mnie zacisnęło się boleśnie, podczas gdy ja mocniej zacisnąłem palce na kieliszku. Miałem właśnie do niej podejść i walnąć tego chłoptasia, ale przeszkodził mi w tym jej młodszy brat, który powiedział coś do czarnowłosego zanim razem odeszli. Skorzystałem z tej szansy, dziękując za nią w duchu Danny’emu.

– Nie sądziłem, że zobaczę cię w takim miejscu – odezwałem się cicho za jej plecami nieznacznie nachylając się w jej stronę. Z tej odległości od razu wyczułem jej perfumy, coś, czego także nigdy wcześniej z nią nie kojarzyłem. Tak wiele zmian zaszło w tej stojącej przede mną dziewczynie, iż z trudem odnajdywałem teraz osobę, którą niegdyś była.

Nie uszło jednak mojej uwadze to, jak drgnęła słysząc mój głos oraz szok, a następnie zranienie, które ujrzałem w jej szarych oczach, gdy odwróciła się pozwalając, aby nasze spojrzenia się spotkały zanim przybrała obojętną maskę. Widywałem ten wyraz twarzy u niej dosyć często, kiedy obserwowałem ją z daleka i minęło tak dużo czasu odkąd po raz ostatni spojrzała tak na mnie. Jednocześnie odczułem nieznaczną ulgę, że pomimo wszystko coś z Bones nadal znajdowało się w będącej przede mną Elizabeth, a to dało mi więcej nadziei, której teraz tak rozpaczliwie potrzebowałem.

– Rider – odezwała się, a jej głos brzmiał wyjątkowo bezosobowo zadając nowe rany mojemu sercu. – Ty także nie wydawałeś mi się być amatorem takich przyjęć.

Wzruszyłem ramionami, ponieważ było pewne, jak cholera, że gdyby nie ona nie pojawiłbym się nigdy w takim miejscu. Musiałem użyć całej mojej samokontroli, aby nie przyciągnąć jej do siebie zamykając w uścisku. Wszystko we mnie pragnęło po prostu znów ją pocałować tak, jak robiłem to te miesiące wcześniej, kiedy wszystko pomiędzy nami było takim, jakim powinno być zanim wszystko spieprzył ten wypadek. Zanim to ja wszystko spieprzyłem, gdy jak skończony skurwiel zamiast usiąść i wysłuchać, co miała mi do powiedzenia, ja wolałem ją przegonić, a następnie wyjechać. Po spotkaniu jej, gdy opuściłem szpital nie pamiętając, kim dla mnie była nadal coś ciągnęło mnie do niej, ale wolałem zrozumieć jej zachowanie po swojemu dopisując nam historię, która nigdy się nie wydarzyła. Teraz nie miałem żadnych wątpliwości, że gdybym wtedy czy przy wyjeździe z miasta pozwolił jej wyjaśnić to stworzone przeze mnie nieporozumienie nigdy nie zdecydowałbym się na taki krok. Zostałbym i razem z nią usiłował odzyskać brakujące części układanki mojej pamięci.

– Sądziłam, że wyjechałeś z Saint Marine na dobre. Co sprowadza cię z powrotem?

Była aż do przesady opanowana i pozbawiona emocji. Nie liczyłem na to, iż na sam mój widok padnie mi w ramiona, ale nie spodziewałem się też takiej obojętności. Chociaż ponownie, zasłużyłem na nią. Jednak wiedziałem gdzieś w sobie, iż gdyby dziewczyna naprawdę pożegnała się z naszą przeszłością zostawiając ją za sobą zachowywałaby się teraz zupełnie inaczej. Z jej zranieniem, gniewem, nieufnością mogłem walczyć, bo to oznaczało, że nadal miała mnie w swoim sercu.

– Chciałem z tobą porozmawiać. Chodźmy stąd gdzieś, gdzie będziemy mogli pogadać bez tych napuszanych idiotów – chwyciłem jej dłoń w swoją pragnąc, aby chociaż ten raz zgodziła się bez sprzeciwu spełnić moją prośbę.

– Wybacz, ale jak widzisz jestem zajęta – wyrwała dłoń robiąc krok w tył, jak zwykle w swoim stylu nie chcąc podporządkować się komukolwiek. – Nie mogę tak po prostu wyjść.

– Kiedyś zrobiłabyś to bez zastanowienia – powiedziałem ukrywając mimowolne zaskoczenie oraz zranienie, bo naprawdę sądziłem, iż mimo wszystko ze mną pójdzie. Czy nienawidziła mnie aż tak bardzo?

Tym razem to ona wzruszyła ramionami zanim jej wzrok przesunął się po obecnych wokół ludziach z pozorną lekkością, ale ja znałem ją zbyt dobrze. Przejrzałem jej maskę rozumiejąc, iż w rzeczywistości upewniała się, czy nie pojawił się przypadkiem ktoś znajomy, w kogo polu widzenia moglibyśmy się znaleźć.

– Ludzie się zmieniają.

Wiedziałem o tym, ale te słowa w jej ustach zaniepokoiły mnie. Co miała przez to na myśli? Czy zmieniła się na tyle, bym jednak pomylił się, co do moich przypuszczeń będąc dla niej tak naprawdę obojętnym? Potrząsnąłem głową pozbywając się tych podejrzeń nie chcąc, by były one prawdziwe. Nie mogły być. To, co ujrzałem w jej oczach, kiedy się odwróciła utwierdziło mnie w przekonaniu, że wciąż coś dla niej znaczyłem, w innym wypadku nie czułaby się nadal zraniona.

– Porozmawiajmy – poprosiłem znowu tym razem wkładając w to jedno słowo więcej uczucia i to było to, czego chciałem. To wahanie w jej oczach nie tylko utwierdziło mnie w tym, iż wciąż miałem szansę, ale także potwierdziło jej uczucia do mnie.

– Powinnam wrócić do rodziców – powiedziała cicho ze spuszczoną głową.

Zmarszczyłem brwi widząc ją taką. To nie była ta sama odważna, pewna siebie dziewczyna gardząca całym światem wokół niej. Nie mogłem nic poradzić na to, że zacząłem zastanawiać się, co spowodowało tę zmianę, ale ponownie, potrzebowałem z nią porozmawiać. Zamierzała właśnie odejść, jednak chwyciłem znów jej dłoń i bez słowa pociągnąłem na parkiet. Objąłem ją w tali, a kiedy ona odpowiadając ułożyła dłonie na moim karku, moje serce znów ścisnęło się na odstęp, który zachowała między nami. Zacząłem prowadzić ją zgodnie z muzyką, ale już po chwili mając tego dość i rozpaczliwie pragnąc jej bliskości przyciągnąłem dziewczynę zmniejszając ten dystans, iż stykaliśmy się niemal na całej długości naszych ciał. Pochyliłem się składając pocałunek przy jej lewym uchu, na co zacisnęła mocniej obie swoje dłonie. Tęskniłem za nią i za tą bliskością.

– Tęskniłem – wyszeptałem wprost do jej ucha. – Wróciłem dla ciebie, Bones.

Jakbym nacisnął jakiś niewidzialny przycisk po tym jednym słowie dziewczyna gwałtownie zatrzymała się i odsunęła ode mnie nie zważając na to, że wciąż grała muzyka, a niektóre z otaczających nas par zaczęło się nam przyglądać zastanawiając się zapewne, czy dane im będzie obejrzeć ten dramat. Zignorowałem ich podobnie do niej. Wyraz jej twarzy wyrażał cierpienie wymieszane z wściekłością, ale kiedy się odezwała mówiła tak cicho, że tylko ja mogłem to usłyszeć.

– Nigdy więcej mnie tak nie nazywaj.

Po tym oświadczeniu odwróciła się i odeszła ani razu nie odwracając się, choć ja śledziłem ją wzrokiem tak długo, jak byłem w stanie. Gdy zniknęła mi z pola widzenia wycofałem się kierując do wyjścia i dopiero na zewnątrz dałem upust swoim emocjom kopiąc najbliższy pojemnik na śmieci, którego zawartość rozsypała się dookoła. Wróciłem do samochodu cały czas wkurzony, w efekcie czego uderzyłem dłońmi kilka razy w kierownicę zanim stamtąd odjechałem. Zaciskałem szczękę mocno trzymając kierownicę.

Co, do kurwy miało znaczyć to, by jej już tak nie nazywać? Jej ostatnie słowa krążyły po mojej głowie i nie mogłem w żaden sposób się ich pozbyć. Nie miałem najmniejszego pojęcia, dlaczego to powiedziała, jednak musiało coś za tym stać. Wiedziałem, że nigdy nie zrezygnowałaby tak po prostu bez walki z tego kim była. Nie ja i nie ona. Za jej słowami coś się kryło, musiałem tylko dowiedzieć się co. Usiadłem przed telewizorem trzymając w dłoni butelkę piwa. Zamknąłem oczy przypominając sobie pierwszy raz, kiedy Bones przyszła tu ze swoją przyjaciółką po tym, jak tamta miała złamane serce, które najwyraźniej zamierzała wyleczyć dużą dawką alkoholu. Nie sądziłem wtedy, iż ta noc tak się skończy, ale nigdy później tego nie żałowałem, a wspomnienie jej ust wciąż było żywe, był to nasz pierwszy pocałunek, chociaż wszystko między nami zmieniło się jeszcze przed tym. Upiłem spory łyk czując gorycz, która nie miała nic wspólnego z piwem, a wszystko z dziewczyną, która wywróciła mój świat do góry nogami. Nie wiedziałem, co miała na myśli mówiąc mi te słowa. Nie wiedziałem, co miałem robić, żeby znów mi zaufała. Mogłem nie wiedzieć tak wielu rzeczy, ale jedno wiedziałem na pewno. Nasze spotkanie poszło zupełnie nie tak, jak miałem nadzieję.

Opublikowanych 5/21 rozdziałów.

Kolejne rozdziały niebawem. 🙂

Całość dostępna na moim profilu na wattpad.

Autor -Tsukiko-
Opublikowano
Kategorie Romans
Odsłon 300
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!