Ikisuginai monogatari (行きすぎない 物語)

Dysklejmer

Pomimo słowa “Monogatari” w tytule, opowiadanie nie ma nic wspólnego z ów serią.

Jako “profesjonalny” pisarz powinienem komuś to zadedykować, więc dedykuje to wszystkim tym, którzy próbowali pisać fantazy, ale im nie wyszło.

Nie jesteście sami.

O, no i to tylko pierwszy Akt, reszty nie będę tu wstawiał, będzie można je przeczytać jak to wydam w wersji fizycznej. Czyli kiedyś.

Prologue
Nieprzemyślany pomysł

    Kraina…. Kurde, zapomniałem, a miałem taką fajną nazwę! No cóż, przypomnę sobie później.

W ów krainie była drużyna odważnych wojowników ,najlepszych z najlepszych ,niepokonanych, znanych w całej krainie. Nikt nie mógł im dorównać, dawali radę nawet najpotężniejszym.

Atsuhira Yasushida – Były dowódca kawalerii królestwa Haigakure. Specjalizuje się w używaniu czarów, oraz mieczy. “Mistrz” jazdy konnej.

Misaki Takaha – Potężna czarodziejka ,z dużym upodobaniem w eksplozjach. Posiada potężny kostur (no wiecie, tą taką magiczną laskę) ,która pozwala jej rzucać potężne czary ,których ,na pewno, potrafi używać.

Kanako Ito – “Profesjonalna” łuczniczka, która zawsze trafia w cel. No i co mogę więcej rzec?

Aya Aomame – Bardzo ważny i użyteczny członek drużyny, który odgrywa w niej praktycznie kluczową role ,no i jest Neko, to też coś znaczy.

Takuma Namu – Lider całej tej drużyny.

Stanowili drużynę która jest w stanie pokonać każdego, nawet najsilniejszego wroga…. No ,albo co najmniej tak myśleli. W rzeczywistości jest to banda nieudaczników, którzy pokonują najwyżej jakieś głupie stwory, albo równych sobie nieudaczników. Albo kompletnym przypadkiem kogokolwiek pokonywali.

Atsuhira Yasushida – Jedyny czar jakiego umie używać to “kradzież” ,ale potrafi tylko ukraść jakąś losową rzec, niczego konkretnego. Jego umiejętności walki są co najmniej podważalne, a jazdy konnej co najmniej nie istnieją. A z armii go wywalili, bo był beznadziejny.

Misaki Takaha – Nazwanie jej potężną jest dużym nadużyciem, oraz naciągnięciem znaczenia słowa “potężny”. Kostur ukradła jakiemuś kupcowi, a i tak praktycznie nie umie go używać i jedynym zaklęciem jakie umie nim rzucić to eksplozja.

Kanako Ito – Łuczniczka od siedmiu boleści. Jej celność jest zerowa, jeżeli w ogóle kiedykolwiek w coś trafiła. Albo co najmniej w coś w co celowała. W skrócie jest lepszą piosenkarką niż łuczniczką.

Aya Aomame – W zasadzie tylko jest, ładnie wygląda i jest Neko. Jest najbardziej bezużytecznym ogniwem w drużynie, a jej jedyną umiejętnością jest w sumie to że umie pić na potęgę i się nie upić. Ale serio, potrzeba baaaaaaaardzo dużo alkoholu by ją upić.

Takuma Namu – Tu akurat opis mówi wszystko, nic więcej nic mniej. Jest liderem tej drużyny. No i jest kompletnym nieudacznikiem. Jedyne co umie to pakować się w kłopoty, wpadać na katastrofalne pomysły i się z tych katastrofalnych pomysłów wycofywać…. Portalem. A ,no i irytuje wszystko i wszystkich dookoła.

A skoro o katastrofalnych pomysłach mowa. Jednym z takich katastrofalnych pomysłów był pomysł, aby spróbować pokonać jednego z 12 legendarnych upadłych wojowników, Moromuku.
Chyba można się domyślić ,jak to się skończyło.

****

    -Dorze ,drużyno! Przybyliśmy tutaj aby pokonać Moromuku. Z takim składem jak nasz nie powinien mieć żadnych szans, więc to powinno być dość proste.- Powiedział Takuma stojąc przed wrotami do lochów w których swój “pałac” stworzył sobie Moromuku. Brzmiał na całkiem pewnego, jak na kogoś kto idzie z motyką na słońce. Reszta drużyny stała przed nim (gdyż on stał tyłem do wejścia do lochów), wyglądając na dość podekscytowanych. -Więc, zatem ruszajmy mu na spotkanie! Pokażemy całemu światu ile naprawdę jesteśmy warci!-

-Eeee… Takuma, ale jesteś pewien że to dobry pomysł? To przecież Moromuku, jeden z dwunastu upadłych wojowników, z nim nie ma żartów.- Powiedział Atsuhira

-E tam, wejdziemy, pokonamy go i wyjdziemy, nic trudnego. Dobra, idziemy!- Odpowiedział Takuma po czym weszli.

Ku ich zdziwieniu, korytarze były całkiem puste. Spodziewali się chociaż kilku przeciwników, a tak to mieli czystą drogę do Moromuku. Z jednej strony szkoda, ale z drugiej nawet lepiej dla nich. Po tym jakże rozczarowującym początku dość szybko dotarli do sali w której miał czekać na nich Moromuku. Bez zbędnego przedłużania otworzyli wielkie drzwi prowadzące do niego…. Po 10 minutach męczenia się z nimi, bo wierzcie lub nie, ale wielkie marmurowe drzwi które są tak popularne w lochach są dość ciężkie.

Po dziesięciominutowym nieudolnym otwieraniu drzwi, w końcu weszli do hali w której przebywał Moromuku. Kiedy ów wojownik ich zobaczył, wstał i powiedział głosem stereotypowego wielkiego przeciwnika

-A zatem przybyliście żeby mnie pokonać, drużyno wojowników- Powiedział, po czym tonacje głosu zmienił na taką bardziej luźną, jakby mówił do kolegów -No nareszcie ktoś się zjawił, ludzie wiecie jakie nudne jest siedzenie w jednym miejscu przez 20’000 lat? Gdyby od czasu do czasu ktoś przychodził ,ale ostatnia drużyna śmiałków przybyła jakieś 2’000 lat temu i od tego czasu jedyne osoby jakie tu są to szkielety i inne potwory. Ale ile można spędzić w tym samym towarzystwie? Ludzie.-

-Cicho. Przybyliśmy cię pokonać raz na zawszę, więc nie zagaduj nas proszę.- Odpowiedział Takuma

-Ok, zatem stawać do walki!- Krzyknął Moromuku.

Cała piątka ruszyła do ataku w tym samym czasie. Misaki rzuciła swoje jedyne zaklęcie jakiego umie używać

-Eeeeeeksplooooooooooozjaaaaaaaaaaaaaaa!- Czar spowodował że w miejscu w którym stał Moromuku wielką eksplozje…. Która prawie nic mu nie zrobiła, bo była w miejscu w którym już nie stał.

Odliczając czas od momentu ich wejścia do hali (wliczając to krótki monolog Moromuku) zostali pokonani w 4 minuty i 46 sekund.

Po ów prawie 5 minutach, cała piątka była na kolanach, trzymana przez jakieś szkielety. Nie mogli się prawie ruszać i ogólnie już przegrali.

-Ta, wejdziemy ,pokonamy go i wyjdziemy… Mówiłeś że to będzie łatwe! A teraz wszyscy zaraz zginiemy!- Krzyczał z frustracją Atsuhira

-Eeee…. Tego nie przewidziałem że może być od nas potężniejszy…- Odpowiedział Takuma

-TYLE MASZ DO POWIEDZENIA?- Jeszcze raz krzyknął Atsuhira

-Cisza! Wy naprawdę myśleliście że zdołacie mnie pokonać? Jak aroganckim i głupim trzeba być żeby wpaść na taki pomysł? Nie no, czekasz sobie 2’000 lat aż jakiś godny przeciwnik przybędzie z tobą zawalczyć ,a jedyne co dostajesz to takich kretynów którzy do niczego się nie nadają. Wiecie co, wkurzyliście mnie. A ja bardzo nie lubię kiedy mnie się denerwuję…- Powiedział Moromuku

-Eeee.. Co zamierzasz z nami zrobić?- Spytał Takuma

-Jak to co? Zabije was wszystkich i rzucę mojej psinie na pożarcie!-

W tym momencie Takuma coś sobie uświadomił. Przez swoją głupotę i niczym nie popartą wiarę w swoje umiejętności skazał siebie i swoich przyjaciół na śmierć. Wiedział że to tylko jego wina, wiedział że to on wszystko spartolił…. I wiedział że to on musi chociaż spróbować to naprawić. Kiedy Moromuku podchodził do Ayi, Takuma częściowo pod wpływem desperacji ,częściowo pod wpływem determinacji, sięgnął po swój nóż, który trzymał na nogawce, zaatakował nim szkieleta, przez co go puścił, sięgnął po swój miecz ,który leżał z półtora metra dalej, i odrąbał Moromuku rękę w której trzymał swój, oczywiście większy i ładniejszy, miecz. Oczywiście to ostatnie to był zupełny przypadek.

Moromuku po chwili wstrzymywania krzyku ,ryknął na całe gardło

-Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!- Po tym bardzo dużo mówiącym krzyku powiedział ,wciąż podniesionym głosem -Ty mały…. Wiesz ile się ręka regeneruje? Mnóstwo czasu!- Ale Takuma nie specjalnie go słuchał. Podczas jego bardzo długiego i głośnego wywodu, zaczął rzucać czar teleportacyjny, czyli po prostu strzelał portalami z łap (normalnie jak portal gun),a kiedy go już zakończył ów wypowiedź ,Takuma zaczął tworzyć portale ,kolejno, pod Ayą, Misaki, Kanako i Atsushirą. Niestety (dla niego) kiedy chciał już wskoczyć w portal który stworzył dla siebie, Moromuku ,odrobinę, tak ociupinkę zdenerwowany odrąbaniem mu ręki, nawet jeśli nieumyślnie, złapał go za kark i wyciągnął z portalu, w którym był już do pasa.

-A ty myślisz że gdzie idziesz? Myślałeś że odcięcie mi łapy puszczę ci płazem? Albo gadem? Otóż nie!-

-Eeeee… To znaczy że jestem martwy?- Spytał Takuma

-Co? W sumie ,to bardzo chętnie bym cię zabił, ale zaimponowałeś mi. I wkurzyłeś strasznie, tego ci nie odpuszczę. Ale mi zaimponowałeś, więc zostawię cię przy życiu.  W moim lochu. Hej, kościotrupy tępe, zabierzcie go go stąd! I DAJCIE MI COŚ NA TĄ RĘKĘ!- Powiedział Moromuku. Takuma odczuł ogromną ulgę, że nie zostanie zabity, ale jednocześnie wiedział że najbliższe dni spędzi w Lochu. A po krótkiej chwili uświadomił sobie ,że swoich towarzyszy…. W zasadzie nie ma zielonego pojęcia gdzie wysłał. Nawet nie wiedział czy wysłał ich w to samo miejsce.

No, nie wysłał. Cała czwórka została wysłana na cztery różne krańce krainy, której bardzo fajnej nazwy zapomniałem. Chociaż nie, ta kraina jest większa. Na 4 krańce tego regionu krainy (dla którego wymyśle nazwę. Kiedyś).

Atsuhira trafił do królestwa Haigakure, tak, tego samego z którego go wywalili. Kanako trafiła do koszarów w Yahasunai, stolicy Królestwa Netsugakure, Aya trafiła gdzieś w góry Yamahami, na granicy królestw Kazahanagakure i Nikkōgakure, do obozu najemników, a Misaki do miasta Miyagata w Królestwie Porangakure, zwanego również Tamanegi ga kaika suru kuni (玉ねぎが開花する国(jak chcesz wiedzieć co to znaczy to CTRL C, CTRL V i do tłumacza Google), a dokładniej do ogrodu piękna i prawdy, leżącego około 6 kilometrów od ów miasta. Czy taki był plan Takumy? Raczej nie, ale cóż, to nie mój problem.

Rozdział 1
Serce rozsiane po czterech stanach 1/4 Strzały obok celu

    Kanako pojawiła się jakoś z 3 metry nad głową jakiegoś przypadkowego ,bogu ducha winnego żołnierza armii Netsugakure. Co tam robił, skąd się wziął, kim był? Tego nie wiadomo, ale ta postać nie będzie miała dużego znaczenia w opowiadaniu, więc, to nie jest ważne i nie nadam jej imienia.

No, nieważne kim on jest, musiał to być dziwny widok dla jego kompanów, którzy stali… w zasadzie wszędzie wokół niego, że nagle na ich kolegę, z nieba spada jakaś długo ,czarnowłosa łuczniczka w czerwonym stroju, w końcu takie rzeczy chyba nie dzieją się zbyt często. Czy się dzieją? E, nie wiem i mnie to nie obchodzi.

-He? Co jest? Gdzie ja jestem? Czy tak wygląda piekło?- Mówiła sama do siebie Kanako

-Eghhh… mogłabyś ze mnie zejść milady?- Spytał leżący pod nią bezimienny żołnierz

-Co? Eee… O! Najmocniej przepraszam, nie zauważyłam pana. Pomóc panu wstać?-

-Eeee… Nie, dziękuje Milady. Sam dam sobie radę.- Powiedział po czym wstał podskakując. Stał chwile w milczeniu ,aż w końcu powiedział – Prawdopodobnie mam złamane ze 3 żebra, ale wszystko jest ok.-

-To dobrze, a poza tym, jestem Ito, Ito Kanako, miło poznać.- Powiedziała Kanako

-Takuboku, Yamazaki Takuboku- … Zaraz, to miała być bezimienna nic nie znacząca postać! Dlaczego on ma imię!? T-To nie powinno tak wyglądać! Co jest nie tak z tym skryptem? *Wywala skrypt napisany z 5 minut temu do pieca który stoi tuż obok. Skrypt ładnie się pali*

****

    Dobra, wróciłem, okazało się że ta postać ma imię. Ale nie ma żadnego znaczenia w fabule ,więc… w zasadzie nie wiem po co je ma. Nie wiem kto to pisał, ale musiał być debilem…. Kurwa, kto to pisał?… a no tak, ja…. Nic nie mówiłem ,ok?

Wracając!

-A zatem… Miło cię poznać Takuboku-kun.- Powiedziała Kanako. W ten zorientowali się ,że wokół nich stoi mniej więcej cały oddział tutejszej armii.

Eeeee…. Ja muszę wracać na służbę, młoda damo, więc… Idę!- I poszedł.

Kanako która stała sama po środku nie wiadomo czego, czuła się trochę niezręcznie. W końcu, kiedy zrozumiała ,że stanie w miejscu nic jej nie da, postanowiła zapytać jedną z osób, których było dość sporo, z których żadna się nią nie zainteresowała, co to za miejsce. Kiedy ruszyła w, najwyraźniej losową stronę, po kilkunastu krokach wpadła na jakiegoś o półtora głowy wyższego od niej, co było dość nie spodziewane, gdyż miała 1,74 metra wzrostu, który stał z założonymi za plecami rękoma, razem z jakimiś prawdopodobnie swoimi dwoma przydupasami, którzy trochę bardzo różnili się od całej hołoty dookoła, a może to po prostu przez odległość?

Ci dwaj nosili na sobie zbroje płytowe ,w kolorach białym, srebrnym i odrobinę złotym, głównie na krawędziach poszczególnych płyt. Te zbroje były zbudowane dość nietypowo, gdyż te nie zakrywały całego torsu, lecz tylko górną jego część (dokładniej, jakby ktoś nie zrozumiał, a pewno takie osoby się znajdą, zakrywały tors tylko na wysokości piersi), reszta torsu była pokryta kolczugą, zrobioną prawdopodobnie ze srebra, wnioskując po jej dość jasnym ,biało-srebrnym połysku. Na ramionach (czy jak kto woli, barkach) i przedramionach nosili swego rodzaju zarękawia, czy jak tam się to odmienia, ale były wykonane ze stali tylko z jednej strony, jeżeli można to tak określić. Mianowicie od strony zewnętrznej przedramienia (bo do tej części ciała mam pewność co do nazwy), była gruba warstwa żelaza, natomiast od strony wewnętrznej (czyli tej która się styka z biodrami, kiedy się trzyma ręce wzdłuż ciała) nie było niczego takiego, leczy tylko pasek który trzymał całość. Na niektórych płytach (w zasadzie to tych dwóch na piersi) znajdowały się symbole ,po lewej symbol gołębia ,oznaczający szeroko rozumiany ,pokój, a po prawej godło królestwa Netsugakure, jednocześnie herb rodu Takafumi, który obecnie w królestwie panował. Samego Herbu opisywać nie będę, co najmniej na razie.

Tak, cały akapit na opis zbroi. Kto to wymyślił?… A no tak, ja.

Kanako czuła się dość niezręcznie, w końcu wpadła na jakiegoś około dwumetrowego typa, który wyglądał jak chodzący wpierdol. Jego muskulatura znacząco przewyższała średni poziom umięśnienia u… ogólnie ludzi… Wiecie co? Nie będę się bawić w opisywanie tego. Kojarzycie Ire… Irego… Ira Gamagoori’ego z Kill la Kill? To mniej więcej coś takiego, tylko bardziej wyrafinowanego i w zbroi. Choć nawet nie w zbroi ,co bardziej w mundurze, gdyż jego obiór nie zawierał grama metalu..

-Ktoś ty?- Spytał dość poważnym i niskim tonem głosu.

-Eeee… Ito Kanako!-

-Nie kojarzę nikogo takiego. Co tu robisz?-

-Nie wiem!-

-Skąd żeś się tu wzięła?-

-Tak szczerze, nie wiem-

-Czy ty w ogóle możesz tu być?-

-A co to za miejsce?-

-….To ,młoda damo, są koszary wojskowe armii Netsugakure, znajdujące się w stolicy. Mam nadzieje że wiesz przynajmniej jak nazywa się nasza stolica.-

-Eeee… Nigdy tu nie byłam ,więc… Nie?- Powiedziała Kanako dość niepewnym głosem, przy okazji gestykulując całkowicie niszcząc powagę sytuacji.

Wysoki typo jedyne co zrobił to odwrócił się, wykonał jakieś gesty i poszedł, kiedy jego przydupasy, jak sobie ustaliliśmy, ruszyły naprzód i złapały Kanako pod ramiona i zaczęli ciągnąć ją… Gdzieś.

-Hej.. Hej! Co wy robicie?.. Hej pośćcie mnie! HEJ! Tak nie wolno! Gdzie wy mnie zabieracie!? Tylko proszę ,niech nie zacznie wiać wiatr!- Wykrzykiwała Kanako w dość krótkiej spódniczce którą włożyła, bo uważała że na taką okazje potrzebny jest specjalny strój. Prawdopodobnie w tym momencie pożałowała tej decyzji. Ale co ja tam wiem?

****

    Zaciągnęli ją do jakiejś dużej sali pełnej ludzi, o dziwo, nie tylko żołnierzy, oni nawet stanowili tam mniejszość. Z pośród całej tej wystrojonej hołoty wyróżniała się jedna osoba. Wysoki mężczyzna ,w zbroi Samuraiskiej z wielką blizną na twarzy.

-Hę? Yasaka, Masaka, co wy ty robicie… I czemu ciągniecie za sobą jakąś osobę?- Spytał

-Generale, dostaliśmy rozkaz od Oficera Hamamatsu, aby przyprowadzić ją do ciebie, gdyż ona wkroczyła na teren wojskowy, bez zezwolenia.- Powiedział… Któryś z nich.

-Hmmm, rozumiem. Puśćcie ją.- Jak powiedział tak zrobili. Po prostu ją puścili, a ona z niewielkim hukiem padła na ziemie. – Możecie odejść- Dodał

-Tak jest!- Powiedzieli w tym samym momencie po czym odeszli. Generał podszedł do Kanako na tak około 3 metry i spytał

-A zatem, kim jesteś?- Spytał ,kiedy wszyscy na sali uważnie obserwowali co się dzieje. To musiało być niezręczne przeżycie.

-Eghhh…. Eeee, Ito Kanako-

-A zatem, Ito Kanako, czemu bezprawnie wkroczyłaś do garnizonu wojskowego wielkiego królestwa Netsugakure?-

-W zasadzie ,to nawet tego nie planowałam, to był kompletny przypadek. Otóż, mój prawdopodobnie już świętej pamięci kolega, który wpakował nas w niezłe tarapaty, przeteleportował nas, najwyraźniej w losowe miejsca, a ja najwyraźniej trafiłam tutaj. Więc jeżeli to nikomu nie przeszkadza, to ja pójdę poszukać moich przyjaciół- Powiedziała Kanako, po czym odwróciła się na pięcie z zamiarem opuszczenia sali, lecz generał zawołał za nią

-Stój! Myślisz że tak po prostu pozwolimy ci odejść?-

-Eeee…. Nie~?- Spytała

-Oczywiście że nie! Gdybyśmy wypuszczali każdego kto “przypadkiem” wszedł na teren na przykład poligonu wojskowego, to by ludzie po nim łazili jak po targu!-

-Czyyyli co teraz się ze mną stanie?- Spytała bardzo niepewnym głosem Kanako

-Cóż, w normalnych warunkach trafiłabyś do lochu, czy innego więzienia, ale obecnie przygotowujemy się do wojny z Królestwem Haigakure, więc potrzebna nam będzie każda para rąk. Umiesz władać jakimś orężem?- Spytał bardzo poważnym głosem Generał

-No cóż, nie chce się chwalić, ale mistrzowsko strzelam z łuku.-

-Hmmm… Czy mistrzowsko to się jeszcze okaże, a teraz, niech ktoś ją odprowadzi do Oficera Ka… Kono… Konayo… Ko-na-ka-ya-ma.-

-Tak jest generale…- Powiedział jeden z żołnierzy aktualnie przebywających w sali

-Matoba. Seito Matoba. A teraz, niech ktoś ją odprowadzi.- Niemal wykrzyczał Gen. Matoba. Nagle z tłumu wyłoniły się dwie postaci ,które wpierw podeszły do Kanako, a następnie chwyciły ją za ramiona, identycznie jak Yasaka i Masaka wcześniej, i wyciągnęły ją z sali. w tym momencie Kanako na pewno pożałowała zakładania tej przykrótkiej spódnicy.

****

    Kiedy opuścili sale, żołnierze postawili Kanako na nogi i pchnęli przed siebie.

-Oo~~~~ Hej, spokojnie, sama mogę wstać, pomoc mi nie potrzebna.-

-Hę, jeżeli ty jesteś chociażby przeciętną łuczniczką ,to ja jestem porządnym pisarzem.- Powiedział jeden z żołnierzy.

-Co? A skąd ty możesz wiedzieć ,czy jestem dobrą łuczniczką czy nie? Spotkaliśmy się kiedyś w ogóle?- Spytała zirytowanym głosem Kanako. Żołnierze mieli zasunięte na twarze przyłbice ,przez co nie było ich widać. No i zniekształcały trochę dźwięk.

-A i owszem, spotkaliśmy się i to bardzo.- Powiedział ,po czym on i ten drugi typ zdzieli hełmy ,ukazując swoje prawdziwe twarze. Kanako kiedy je zobaczyła była bardzo zaskoczona, lecz kiedy pierwsze zaskoczenie minęło, rzuciła się obu na szyje, gdyż stali tuż obok siebie.

– Shōtaro! Taiga-kun!- Rzuciła Kanako

-Tak, ciebie też miło widzieć… A teraz proszę, przestań próbować nas udusić.- Powiedział Taiga ,który ledwo oddychał. Kanako miała dość silny uścisk. Taiga i Shōtaro byli braćmi Kanako. Starszymi, Taiga o rok, a Shōtaro o 2 lata

Pewnie myślicie, że teraz w wielkim skrócie przybliżę wam historie ich niezbyt długiego życia, żebyście się mogli bardziej zżyć z postaciami, ale nie! Nie zrobię tego! A czemu? Bo mi się nie chce. Ale zamiast tego pokrótce opiszę  ich wygląd, żeby nie było że nie opisuję jak postacie wyglądają.

    Shōtaro był… sekundę, eeee…. 17 plus 2 to… 19 letnim blondwłosym młodzieńcem ,co było dość dziwne, gdyż jego rodzeństwo miało ciemne włosy, więc genetyka niespecjalnie na to pozwala, ale zróbmy z uwagami na temat genetyki to co większość państw po pierwszej wojnie światowej z uwagami o uzbrojeniu z ów wojny, czy wsadźmy karteczki z nimi do pudełka, a pudełko wywalmy przez okno, będzie łatwiej.

    A zatem, kontynuując, Shōtaro był 19 letnim blondwłosym młodzieńcem oraz członkiem armii królestwa Netsugakure. Nosił typowe uzbrojenie wojskowe wykorzystywane w ów armii. Na torsie nosił kolczugę ,a na niej, skórzaną…. w zasadzie nie wiem co to jest. wyglądało na zbroję, ale również przypominało kurtkę. Załóżmy że to był taki zbrojo-płaszcz nowoczesnej myśli technicznej przemysłu zbrojeniniowo-włókienniczego, w skrócie kurtka. Ów kurtka nie miała rękawów, sięgała do pasa, była zapinana na guziki, pomimo ów braku oraz była brązowa. Brak rękawów w ów kurtkach pokazywał ,że osoby je noszące mają coś pod tymi kolczugami, Logiczne myślenie i zdrowy rozsądek też dawały to do zrozumienia.

    Z pod kurtki wystawały czarne jak smoła rękawy prawdopodobnie, bo na sto procent, będące częścią ubioru zakrywające górne partie ciała, którego nazwy zapomniałem, tylko że średniowieczne.

    Dobra, ale kogo obchodzi strój? Shōtaro Twarz miał nawet zadbaną i czystą, bo nie uwierzycie, ale w armii też utrzymuję się higienę, żeby od nich nie waliło na kilometr bo zabiłoby to równie dużo osób, co skażenie radioaktywne. No chyba że się ma taką taktykę, że żołnierze jebią okropnie, przez co nie da się wytrzymać i wróg ucieka, ale…. to jest broń obusieczna.

    Wracając, twarz jego była gładka, włosy które miał roztrzepane, spadały mu na oczy, przez co często je poprawiał. Na swym lewym poliku miał bliznę, mianowicie podłużną, około 3 centymetrową ranę ciętą którą sobie zrobił sam, za pomocą… deski. A dokładniej, wystającego z niej gwoździa. Ogólnie to Shōtaro okazał się być kompletną porażką i najzwyczajniej chodząc po targu bez celu, potknął się o jeden z kamieni z których zbudowano plac na którym ów targ się znajdował, wywalił się i przyciął sobie policzek o gwóźdź wystający z jednego ze straganów. Shōtaro miał heterochromię, jako jedyny w rodzinie (zignorujmy genetykę), przez co miał jedno oko niebieskie, kiedy jego rodzeństwo miało zielone, a drugie miał…. Żółte… Genetyka has left the server…

    Kurwa, jaki debil to wymyślił? Jakim jebanym kurwa imbecylem trzeba być by wymyślić coś  takiego, kurwa? Jaki idiota to pisał?…. A, no tak, ja….

    …

    Wracając!

    Taiga nosił na sobie w zasadzie takie same umundurowanie co jego starszy brat, więc opis ów części sobie pominiemy.

    Pomimo swojej bardzo męskiej płci, fakt że był mężczyzną był mocno nieoczywisty, dla niektórych nawet podważalny, gdyż potrafili się oto kłócić nawet do kwadransa. A czemuż to? Już wyjaśniam.

    Taiga miał bardzo żeńską budowę twarzy jak na mężczyznę, dodając do tego długie, czarne jak moja przyszłość, włosy które sięgały mu do pasa, dość wysoki, wręcz żeński głos, oraz absolutny brak zarostu, nie dało się poznać że jest mężczyzną. Kanako od praktycznie zawsze mówiła na niego “Taiga-kun” żeby przypadkiem nie zapomnieć że nie ma siostry i że Taiga jest facetem.

    Disklajmer, co prawda końcówki “kun” używa się normalnie i nie jest to niczym dziwnym, to raczej jak kojarzę nie używa się jej w stosunku do Rodzeństwa, bo tak.

    Fan-fakt: Końcówki “kun” używa się tylko w stosunku do mężczyzn.

    -Shōtaro, Taiga-kun, co wy robicie w armii?- Spytała Kanako

    -No wiesz, uznaliśmy że dobrym pomysłem będzie osiąść w Stolicy jakiejś, a Miyagawa, czyli stolica Netsugakure, akurat była najbliżej, więc przybyliśmy tutaj. Ale okazało się że przybyliśmy w najgorszym możliwym momencie, gdyż akurat wtedy wszystkich mężczyzn w jakichś kilku miejscach, mniej lub bardziej wbrew ich woli, zabierano do armii. No jednych z tych miejsc była brama, którą akurat wchodziliśmy. No, ale okazało się, że armia ma darmowe zakwaterowanie, w dzielnicy wojskowej, żołd też całkiem niezły, więc uznaliśmy że skoro żadna wojna się nie zbliża, to możemy w zasadzie zostać. A później powiedziano nam że zbliża się wojna.- powiedział Shōtaro odpowiednio zmieniając tonacje głosu z normalnej na ironiczną i z powrotem.

    -Ooo…. To chyba nie najlepiej…. Tak?- Spytała Kanako

    -….Oczywiście że nie.- Odpowiedział po krótkiej chwili ciszy Taiga

    -Nie no, nie jest aż tak źle. Tak długo jak nie wysyłają nikogo w bój, jest dobrze.- Odrzekł Shōtaro

    -Może…. Ale mieliśmy teraz Kanako gdzieś odprowadzić…. Doooo…-

    -Do jakiegoś Konakayamy.- Dokończyła Kanako

    -Właśnie! Więc, lepiej dla nas, abyśmy to zrobili szybko.-  Rzucił Taiga

Tymi oto słowami zakończył ich krótką dysputę. W drodze do tego typa rozmawiali jeszcze jak tam życie mija, co się dzieje w świecie, albo w mieście, zależy kto kogo pytał, co robili przez ten czas który się nie widzieli, czyli około dwóch lat i tego typu rzeczy. Kiedy w końcu dotarli do Oficera Konakayama, co chwilę zajęło, od miejsca w którym stacjonował Gen. Matoba do miejsca w którym stacjonował wcześniej wspomniany Oficer, były z 3 kilometry, ów Oficer stał przy stole na którym leżała mapa. Przy tym stole stał jeszcze Oficer Hamamatsu, dla przypomnienia, ten co gestem kazał przyprowadzić Kanako do Gen. Matoby, oraz…. Yamazaki Takuboku (?)…. Eeee… To jeszcze nic nie znaczy! On może tam robić w zasadzie wszystko, to że tam stoi nie znaczy jeszcze że ma jakiekolwiek znaczenie w historii…. Prawda? 

    Wracając!

    -Któż to przycho…. O nie to znowu ona. O co chodzi?- Spytał bardzo pogardliwym tonem Oficer Hamamatsu

    -Oficerze, przybyliśmy z rozkazu Generała Matoby, do Oficera Konayakamy, aby… W sumie to nie pamię…- Powiedział Shōtaro który po wejściu do w zasadzie namiotu, stał na baczność, tak samo jak Taiga, który w w pewnym momencie mu przerwał i dodał

    -Zostaliśmy przysłani, aby zaprowadzić tą oto niewiastę do oficera KonaKAYAmy, aby zabrał ją na testy wojskowe.- Powiedział z wyraźnym naciskiem na część nazwiska oficera Konakayama ,którą Shōtaro przekręcił.

    -Dobrze, dziękuję za informację młoda damo.- Odrzekł Oficer. Taiga chciał wtrącić że jest mężczyzną, ale się wstrzymał…. ale tylko 3 sekundy, po których wtrącił

    -Przepraszam, ale jestem mężczyzną- 

    Po tych stronach oficer Konakayama, jak i wszyscy inni (tj. Hamamatsu i ta nic nie znacząca w fabule postać) wyglądali na mocna skonfundowanych.

    Namiot w którym się wszyscy znajdowali, stał na poligonie wojskowym w dzielnicy wojskowej, która… znajdowała się w środku miasta. Tak samo jak koszary, na które trafiła Kanako, oraz budynek w którym był Generał Matoba i wszyscy inni prawdopodobnie ważni ludzie, znajdowały się w ów dzielnicy, która znajdowała się w zasadzie obok centrum całego miasta, w którym znajdował się pałac. Dzielnica wojskowa wyglądała jak większość dzielnic stolicy, z tą różnicą że na jej środku znajdował się poligon wojskowy o powierzchni około 3 km² o bokach 2 km. na 1,5 km. Poligon był otoczony budynkami o różnym przeznaczeniu, od wszelkiego rodzaju budynków przemysłowych, wytwarzających np. miecze czy zbroje, po budynki mieszkalne w których mieszkali żołnierze którzy na co dzień nie mieszkali w stolicy, które dzieliło od poligony 30 m. pasa zielonej trawy…. Zaraz, ja miałem namiot opisywać, a opisuję całą dzielnice… Dobra, jak dzielnice zacząłem to lepiej skończę.

    Sama Dzielnica wojskowa, zwana potocznie przez mieszkańców stolicy zbrojeniówką, była jedną z większych dzielnic Miyagawy, a dokładniej 6 największą dzielnicą, a jej powierzchnia wynosiła 150 km², lecz mogłaby osiągać aż 162 km² gdyby nie specjalnie wydzielony trójkąt w południowo-zachodniej zachodniej części dzielnicy w której znajdowała się dodatkowa dzielnica którą był pałac królewski który zajmuję, tak, 12 km² gdyż jego mury odgradzały taki właśnie obszar i tak już odgrodzonego murem miasta, układając się w trójkąt równoboczny.

    Wracając do namiotu. namiot był ustawiony na wspomnianym dwa akapity wyżej pasie zielonej trawy. W najwyższym punkcie miał 2 i pół metra, a w najniższym, 2,2 m. Ściany jego były białe, z zygzakowatymi liniami 30 cm. nad ziemią, w kolorach złotym i srebrnym. Od strony wejścia do namiotu, ścianę zdobiły dwa symbole ,po lewej symbol gołębia ,oznaczający szeroko rozumiany ,pokój, a po prawej godło królestwa Netsugakure, jednocześnie herb rodu Takafumi, który obecnie w królestwie panował.

    Z uwagi że mam dobrą okazję, opisze teraz ów godło/herb

    No, godło jak godło, w kształcie herbu. Po obu stronach herbu znajdowały się wiązki Irysów, znanych w Polsce również jako kosaćce. Irys symbolizował ducha wojownika, energię i siłę. Godło było podzielone na 4 części, dwie białe i dwie czarne, ułożone w szachownice, gdzie prawy górny segment był czarny. Cały herb był otoczony złotą obramówką. Kolor czarny symbolizuje elegancje,dojrzałość i męstwo ,natomiast biały – żałobę, jednak bardziej w ujęciu pamięci o zmarłych niż cierpienia. Na tarczy Herbu znajdował się kwiat lotosu, symbolizujący nieśmiertelność, a wokół ów kwiecia pływały ruchem okrężnym dwa karpie Koi. Karpie są znakiem siły, odwagi i nieprzeciętnej determinacji, osiągania wysoko postawionych celów. Jeden karp był biały, a drugi czarny. Ich ułożenie i kolory miały ponoć symbolizować równowagę, ale tutaj raczej to była decyzja estetyczna, niżeli kolejny symbol. Ponad tarczą herbu stała złota korona królestwa Netsugakure, która, jak oryginał, był przyozdobiony kasztanem, który miał być ikoną zwycięstwa i sukcesu. I to tyle.

    -Dobrze, żołnierzu, odprowadź przyprowadzoną osobę na pole treningowe, za chwilę do was dołączę.- Powiedział Oficer Konakayama. Oficer buł szeroko zbudowanym mężczyzną, z ulizanymi ,czarnymi włosami i paskudną raną na lewym oku (w sensie, jego lewym). Miał tam z 4 głębokie rany cięte, jakby zadane od jakiejś wielkiej bestii, a jego oko to nie było normalne ludzkie oko, lecz przypominało małą żółtą piłeczkę. Nikt nie wie skąd ma ów bliznę. Z uwagi na to że jego lewe oko bardzo przypomina oko smocze, gdyż wygląda niemal identycznie, nadano mu przydomek “smocze oko”.

    Takuboku usłuchawszy rozkazów swojego przełożonego, którego rozkazów podważać nie wolno było, złapał Kanako za rękę, i teraz wszystkie osoby przewrażliwione na punkcie seksualności mogą zacząć się dreć że “molestowanie seksualne”. A wracając, Takuboku złapał Kanako za rękę i zaprowadził ją na połę treningowe. A jak wyglądały testy wojskowe, tego się dowiedzie w następnym rozdziale z Kanako! Bo mam dość siedzenia nad jednym rozdziałem.

Rozdział 2
Serce rozsiane po 4 stanach 2/4 – Powrót na stare śmieci

    Atsushira Yasushida obudził się w jakiejś ciemnej uliczce, jednej  z tych w których nikt normalny nie chciałby się znaleźć, jeżeli nie ma się tam czego szukać. Strasznie bolały go plecy, co doprowadziło go do wniosku, że musiał spaść z bardzo wysoka. W drugiej kolejności dotarł od wniosku że siedzenie w jednym miejscu nie zbliży go do odpowiedzi na pytanie, gdzie on do kurwy nędzy jest. Wstał i ruszył w stronę ulicy, albo co najmniej myślał że ulicy, kiedy na kilka metrów przedeń drogę mu zagrodzili mu dwaj prawdopodobnie, bo na dziewięćdziesiąt dziewięć i dużo dziewiątek po przecinku procent, jacyś tutejsi wojskowi uzbrojeni w Piki.

    -Hej, ty! Co ty tu robisz!? To teren wojskowy!- Powiedział jeden z żołnierzy

    W tym momencie Atsushira zorientował się gdzie się znajduję. Te mundury, które może opiszę w następnym akapicie, te piki, które miały ostrza w kształcie koloru karcianego o tej samej nazwie, ta nietrwała jak związki które łączy tylko seks zabudowa, ten budynek po drugiej stronie ulicy który wygląda absurdalnie źle, to mogło być tylko jedno miejsce…. Okoliczny monopolowy we Wrocławiu, czyli najbardziej prestiżowy sklep w Polsce…. XD, dobra, tak na serio, to mogło być tylko jedno…. Stolica królestwa Haigakure, Nyu (czyt. Nju).

    Eee…. Cześć?- Powiedział Atsushira z nadzieją że choć odrobinę rozproszy to strażników. Na jego nieszczęście, nie zrobiło tego, na jego szczęście, zrobiło to coś innego. Mianowicie, za nimi z prawdopodobnie dachu jednego z budynków, zeskoczyła bliżej niezidentyfikowana postać, w płóciennej pelerynie. Jej twarz spowijał mrok, a dokładniej cień kaptura, a w jego prawej ręce dzierżył katanę. Strażnicy odwrócili się, otrząsnęli się z początkowego szoku i skierowali swoje piki w stronę zakapturzonego lamusa z Wąchocka. Albo nie, nie z Wąchocka, musimy zachować spójność świata przedstawionego. Ciekawe ile razy została już naruszona. Zanim żołnierze zdążyli cokolwiek zrobić, zakapturzony typ, zdążył kopnąć jednego zeń w twarz z wyskoku, a drugiego uderzył kataną w tył głowy, przez co się wywalił. Kiedy wstali, zaczęli uciekać gdzie pieprz rośnie. Typ w kapturze wyglądał jednak na wkurzonego.

    -No rzesz kurde, zapomniałem katany z Shirasayi* wyjąć. No cóż, lepiej dla nich.- Powiedział głosem.

    Co, spodziewaliście się jakiegoś przymiotnika? Nie dzięki, nie chce mnie się.

    -Uff… Dzięki, typie ratujesz mi ży….-Mówił Atsushira, ale tajemniczy typiarz przerwał mu jakże dyplomatycznym i zdyscyplinowanym uderzeniem kataną w Shirasayi w potylice, po którym Atsushira niemalże natychmiastowo stracił przytomność i prawdopodobnie swoje ostatnie poprawnie pracujące szare komórki mózgowe….

Przejdźmy dalej.

****

    Yasushida obudził się z ogromnym bólem głowy i równie wielkim bólem dupy, że typ go tak go typ oscamował, nawet jeżeli nie na pieniądze. Pierwszą rzeczą jaką zrobił po przebudzeniu było sprawdzenie czy jego sakwa jest, a jeżeli jest, to czy jest w niej tyle pieniędzy ile było wcześniej.

    Oczywiście, sakwy nie było.

    Pomieszczenie w którym się znajdował było zimne jak stereotypowa wioska na przykładowym, kompletnym wypizdowie na Syberii. Ściany jak i podłoga były wykonane z czystego kamienia, z resztą jak i sufit, który był najsurowszą skałą jaką Atsushira kiedykolwiek widział. Nie licząc gór. Sam Atsushira Yasushida, były dowódca kawalerii królestwa Haigakure, który piastował ten urząd przez dokładnie 73 godziny, 28 minut i 13 sekund, leżał na jakimś stole, który na szczęście dla niego, był przykryty jakimś bliżej nieokreślonym materiałem. Na jego nieszczęście jednak, ów materiał był mokry. Poza Samym Atsushirą oraz wcześniej wspomnianymi przedmiotami, w pokoju były tylko drzwi, krzesło i pudełko kart. Albo co najmniej powinny w niej być karty. Atsushira podszedł do drzwi. Zamknięte. Odsunął się na przeciwległy koniec pokoju, wziął rozbieg i…. rozwalił sobie ramie (czy jak kto woli, bark). Okazało się że jego tężyzna fizyczna w zasadzie nie istnieje, a te drzwi są wytrzymalsze niż się spodziewał. Po tym jakże bolesnym uderzeniu następne 3 minuty ryczał jak mała dziewczynka, ekhem, to znaczy jak bardzo męski mężczyzna który rozwalił sobie ramie. Chociaż nawet sobie go nie złamał. Kiedy skończył wydawać agonalne dźwięki swoją twarzom (czyt. dreć się jak mała dziewczynka), postanowił zobaczyć co znajduje się w tym pudełku. Pudełko było wykonane z drewna a na wieku miało 4 metalowe kolory karciane, w kolejności Kier, Trefl, Karo i Pik. pudełko było zamykane na specjalny metalowy pręt który wkładało się w trzy obręcze, jedna przyczepiona do wieka, reszta do tej drugiej części której nazwy nie pamiętam. W środku pudełka znajdowały się dwie, mam nadzieje że pełne talie kart…. I klucz. Atsushira wyjął klucz, pudełko zamknął, schował do kieszeni munduru, który miał jeszcze z czasów swojej jakże nieefektywnej pracy jako dowódca kawalerii, podszedł do drzwi i modlił się żeby ten klucz pasował. Okazało się, że pasuje. Za drzwiami było wyjście na korytarz. Ten wyglądał już bardziej normalnie. Co prawda również był z surowej skały, ale część była udekorowana drewnianymi pół kłodami. No wiecie, kłodami przeciętymi na pół. Na lewo od jego drzwi była ściana, z tego oto powodu poszedł w prawo, wołając sporadycznie teksty typu

    -Jest tu ktoś?

    -Haaalooooo!

    -Może ktoś mi wytłumaczyć gdzie ja do diaska jestem?

Oczywiście Nie otrzymywał żadnej odpowiedzi na te pytania. Kiedy szedł w kompletnej ciszy przez ten jakże długi korytarz, od którego odchodziło dość sporo drzwi, zaczął się zastanawiać, czemu nie wsadzili go do, jak wydedukował, celi bliżej wejścia tutaj. Najwyraźniej wszystkie pokoje były puste, więc po co się męczyć z noszeniem 52-u kilogramowego typa przez cały tak długi korytarz? No cóż, nie miał zbyt wiele czasu na tego typu rozmyślania, gdyż w pewnym momencie po 3 minutach łażenia po tym absurdalnie długim korytarzu, drzwi na lewo od niego z hukiem wyleciały z zawiasów… uderzając go w głowę i inne części ciała, oraz pozbawiając go przytomności… Znowu.

    Kiedy ją ponownie odzyskał, słyszał w tle nieznane mu głosy, lecz nie był wstanie usłyszeć, o czym mówiły. Zrzucił z siebie drzwi i chciał ruszyć do przodu, tj. przez framugę w której jeszcze niedawno stacjonowały drzwi.

    Głosy dobiegały wyraźnie z wyższych kondygnacji ,a to oznaczało że po pierwsze, jakieś są, a po drugie, że niedaleko musiały być jakieś schody. Z uwagi na to iż Atsushira nie maił zielonego pojęcia czy ten korytarz doprowadzi go gdziekolwiek, oraz czy nie są to jakieś tajne tunele pod miastem, gdyż sam korytarz był dość kręty i miał sporo rozgałęzień, postanowił pójść na górę. Z jednej strony nie pożałował, bo tam były schody, z drugiej jednak, kiedy po ów schodach się wspiął, to prawie natychmiastowo chciał zawrócić, czego ,na szczęście, nie zrobił, bo nie mógł. A czemu chciał uciekać ile sił w nogach? Już wyjaśniam.

    Na końcu jakże długich i krętych schodów znajdowały się drzwi. Drzwi jak drzwi, drewniane, prawdopodobnie czarny dąb, albo świerk, chociaż nie wiem skąd miałyby tam się wziąć świerkowe drzwi… Załóżmy że sosna. No więc, no drzwi jak drzwi, drewniane, z klamką, co prawda bez Judasza, aleee… Na chuj to komu? Z za tych drzwiów wydobywały się dźwięki ludzkich głosów. Z uwagi na to że chciał się dowiedzieć o co tu chodzi, bez namysłu otworzył drzwi… A potem tego pożałował. W pokoju za drzwiami znajdowało się, jak na szybko policzył Atsushira, z 12 osób, które kiedy tylko go zauważyły, natychmiastowo złapały ,najprawdopodobniej swoje, leżące obok nich narzędzia mordu i skierowały je w jego stronę. Wśród nich (w sensie broni) znajdowały się katany, miecze, tanto, inne noże i sztylety, piki, kusza, łuk, dwa rewolwery ,a nawet muszkiet się znalazł. Niezły arsenał.

    Nawet gdyby chciał uciekać, nie specjalnie miał dokąd, drzwi zań zostały zamknięte, przez trzynastą, albo co najmniej tak mi się wydaje że trzynastą, że typ naliczył 12 osób nie oznacza że tyle ich było, mogło być więcej. W każdym razie, zawrócić nie mógł, przed sobą miał 12+ osób, które chciały go z bliżej nieznanych powodów zabić, a między drzwiami ,a pokojem był krótki korytarzyk, a on właśnie stał w na progu ów korytarzyka.

    -Eeee… Witam?- Powiedział Atsushira głosem jakby miał zaraz po raz kolejny stracić przytomność.

    -Ktoś ty jest?!- Spytał mężczyzna dzierżący w dłoniach muszkiet

    -Eee, Yasushida Atsushira,elitarny dowódca kawalerii wielkiego królestwa Haigakure!… – Powiedział Atsushira stając na baczność, lecz potem wrócił do normalnej pozycji i dodał po chwili -…No, były dowódca.-

    -Zaraz, czy ja dobrze słyszę?- Spytał ktoś w tłumie, po czym wyszedł przed wszystkich, przyjrzał i po krótkiej chwili dodał -A kogo tu do nas przywiało, Atsushira, stary druhu! Kopę lat.- Powiedział, a w zasadzie powiedziała, gdyż to była kobieta.

    -Mayuna-san!- Krzyknął Atsushira, po czym rzucił się koleżance naszyje.

    -Tak, ja też się cieszę że cie widzę.- Powiedziała Mayuna. Mayuna była Atsushiry przyjaciółką z armii. Należała do jednego z oddziałów które były mu podległe i była jedną z jego najlepszych kawalerzystek. Chociaż to nie było osiągnięcie, gdyż Atsushirzę trafiły się same ofiary, pierdoły i porażki życiowe, które nie były warte zachodu. Atsushira miał zrobić z nich prawdziwych wojowników, oraz wojowniczki, gdyż armia Haigakure była jedną z jednej armii która nie przyjmowała kobiety i dziewczęta do armii ale tak na poważnie. Nawet Netsugakure które też miało kobiety w armii, brali je tylko jako łuczniczki, a i tak tylko te skazane za coś. No ale Atsushira okazał się jeszcze większą porażką i go wywalili po tych wcześniej wspomnianych prawie 73 i pół godziny. 

    -Z tego co widzę, znacie się z Hato. To miło, a teraz możesz nam wyjaśnić co ty tu robisz?- Powiedziała jedna osoba w tłumie, najwyraźniej nie wiedząc wcześniej o jego obecności w tym budynku.

    -No cóż, jakiś kretyn w płaszczu wyglądającym jakby był zrobiony z worka po ziemniakach, walną mię jakimś tępym przedmiotem w łeb i zaciągnął do jednego z pokoi odchodzącego od korytarza poniżej.- Powiedział. W tym momencie wszyscy, poza Mayuną i Atsushirą, oraz osobą za Atsushirą stojącą, bo wciąż stała za nim, spojrzeli na typa w płaszczu jakby z worka po ziemniakach z kataną w ręku który próbował się po cichu oddalić, lecz ktoś go złapał za kaptur, przyciągnął do siebie, a następnie powiedział

    -Ile razy ci matole mówiłam, nie zaciągaj tu losowych ludzi z ulicy.-

    -N-no przepraszam, ale to ty mówiłaś że potrzebujemy więcej ludzi!- Wykłócał się typ w płaszczu, którego nogi nie dotykały ziemi, gdyż osoba z którą prowadził jakże kulturalną i pokojową dyskusję, trzymała go za kark i unosiła nad ziemie, trzymając go twarzą do siebie. 

    -Kadoshima, Kimata, przestańcie! Nie mamy czasu na wasze gówno warte sprzeczki!- Powiedział, chociaż raczej wykrzyczał, koleś w okularach i z granatowymi włosami. W tej chwili, jakiś typior w fedorze  właśnie wszedł do pokoju -Hej, wy wszyscy, możecie opuścić broń?- Po tym jak to powiedział, wszyscy odłożyli broń i wrócili na miejsca z których tak gwałtownie wyskoczyli z nieodpartą chęcią zabicia Atsushiry, bez większego powodu. -A teraz proszę mi powiedzieć co tu się dzieje!

    -No jakiś typ nam do kryjówki, bo ktoś, nie będę mówić kto, uznał za świetny pomysł ogłuszenie losowej osoby na ulicy i przywleczenie jej tutaj.- Powiedziała Kadoshima, albo Kimata, zależy, który jest który, mówiąc bardzo głośno i z dużym naciskiem na “ktoś” oraz bardzo sarkastycznym tonem głosu, spoglądając na Kimite. Albo Kadoshimę, zależy który jest który.

    -Aha, rozumiem. Pamiętacie co robimy w takich sytuacjach?- Spytał typ w Fedorze

    -Tak, tak, przyjąć lub zabić- powiedział typ dzierżący w dłoniach muszkiet

    -Mogę osobiście uciąć mu głowę?!- Spytał typ z opaską na lewym oku, który trzymał w ręku kukri, mówiąc szaleńczym głosem

    -Ile razy wam mówiłem, nie nie możecie! Zbyt dużo śladów zostawiacie!- Rzucił typ w fedorze.

    -Eh, dobrze-

    -Hej, a nie możemy go po prostu puścić wolno? Zgodnie z jego historyjką został ogłuszony, więc nie wie gdzie się teraz znajduje. Ogłuszyć go jeszcze raz, rzucić gdzieś na ulice i nigdy nie odgadnie że nasza kryjówka jest za jednym z regałów z książkami w mojej karczmie obok księgarni.- Powiedział zielonowłosy typ, który prawdopodobnie dopiero po kilku sekundach sobie uświadomił co on właśnie odwalił. Pomyśl zanim coś palniesz.

    -Dobra, to mogę wiedzieć co tu się dzieje?- Spytał Atsushira

    -Choć za mną- Powiedział typ w fedorze, który najprawdopodobniej usłyszał wszystko przez drzwi których nie było, bo leżały na podłodze. Ludzie, co oni mają z wywalaniem drzwi z zawiasów?

****

Wysoki typ w fedorze zaprowadził go do jakiegoś schowka na miotły, w którym poza miotłami były muszkiety, całe dwa, piki, włócznie i bliżej niezidentyfikowana rzecz przykryta białą płachtą.

    -Ty, Yasushida, dobrze słyszałem?- Spytał typ w fedorze. Atsushira przytaknął- Hmm… Miło poznać, Eshi, Etsuto Eshi.

    -Zaraz, Eshi? Etsuto Eshi? Przecież pan jest generałem drugiej Armii Netsugakure!- Powiedział Atsushira

    -Tak, chociaż raczej byłem.-

    -Eee… Mam pytanie.-

    -O co chodzi?-

    -Bo ten, no…. Mogę pana autograf? Jestem pana wielkim fanem!- Powiedział Atsushira wyciągając z kieszeni munduru swój notatnik, otwierając go na ostatniej stronie.

    -Eee… Dobrze- Powiedział, po czym wyciągnął z kieszeni spodni ołówek i podpisał się na otwartej stronie notatnika. Atsushira po otrzymaniu go z powrotem piszczał jak mała dziewczynka.- Hej, zachowuj się jak na mężczyznę przystało!- Skarcił go Gen. Eshi

    -Eee.. Tak jest generale!- Odpowiedział Atsushira, stając na baczność.

    -I nie jestem już generałem. Dobra, z uwagi na to że wiesz o naszej kwaterze w stolicy, ogólnie że jest, to mamy do wyboru, albo cie zabić, albo cię przyjąć w nasze szeregi.- Powiedział Gen. Etsuto, tak jakby miał za sobą już mnóstwo takich rozmów.

    -Tak, tak, to już wiem, ale mogę wiedzieć co wy tu w ogóle robicie?- Spytał Atsushira który nadal nie wiedział co to za zgromadzenie uzbrojonych dziwolągów.

    -Ah tak, zapomniałem. Ekhem, jesteśmy głównym oddziałem rebelii przeciwko królowi Haigakure!- Powiedział Gen. Etsuto

    -Co? To w Haigakure trwa wojna domowa?- Spytał jawnie zaskoczony Atsushira

    -Jeszcze nie, ale wkrótce wybuchnie, a my obalimy Despotycznego władce, który jest przeszkodą na drodze do wielkości naszego Haigakure!-

    -Ooo…. Zaraz, to w międzyczasie kiedy mnie tu nie było to zmienił się król? Bo nie pamiętam aby król Kimitatsu był w jakimkolwiek stopniu despotą-

    -Tak, zmienił się, drogą zamachu stanu. Teraz na tronie zasiada Hido Masushiro, dawnej generał pierwszej armii Haigakure.-

    -Aha,. Hej, mówiłeś że jesteście głównym oddziałem, a to oznacza że są jeszcze inne?-

    -Oczywiście że tak. W całym królestwie są oddziały. Najliczniejsze znajdują się w Otsu, Kise, Musashimurayale oraz w Sonai.- 

    -Ok, dobrze, ale po co chcecie go obalić? Despotyzm chyba nie jest aż taki zły?- Typ chyba naprawdę utracił swoje ostatnie 3 działające szare komórki.

    -Może, ale nasz “król” uciska swój lód, nakłada absurdalne podatki, konfiskuje majątki, ustala drakońskie prawa, sprowadził na nasz lud biedę i głód i sprowadził nam pod drzwi wojnę z Netsugakure.- Podczas wywodu Gen. Etsuto, ktoś wszedł do schowka na miotły w którym przebywali.

    -Eee… Przepraszam że przeszkadzam, ale mamy mały problem- powiedziała dziewczyna w stroju pokojówki, która prawdopodobnie pokojówką była, która weszła do schowka na miotły.

    -Co? Jaki problem?- Spytał Generał

    -Bójka-

    -Ehh…. Już tam idę.- Powiedział i wyszedł. Atsushira i pokojówka stali tam gdzie wcześniej i nie ruszyli się choćby o krok. I tak przez 10 sekund. Po  upłynięciu tego czasu, Atsushira powiedział nieśmiele

    -Hej- i pomachał zgiętą w łokciu ręką. W odpowiedzi pokojówka lekko się ukłoniła, delikatnie podnosząc suknię, chociaż nie wiem czy to się nazywa suknia, czy to nie ma przypadkiem swojej specjalnej nazwy, ta spódnica od sukni, takiej jak Rem i Ram w Re:Zero nosiły, wie ktoś czy to miało własną nazwę?

    W każdym razie, po tym jakże bezpłciowym powitaniu, Atsushira postanowił się przedstawić, równie nieśmiało ci wcześniej

    -Jestem Yasushida Atsushira. Ale możesz mi mówić jak chcesz.-

    -Miło poznać, Atsu-kun. Masaomi Misaki.-

    -Piękne imię.- Powiedział zaskoczony tym, że od razu mówi do niego po imieniu, Atsushira, z większą pewnością w głosie. No może nie jakąś wielką, ale był bardziej wyluzowany.

    -Dziękuję- I znowu zapadła niezręczna cisza. A ja ją wykorzystam do opisu obu postaci.

    Misaki nosiła na sobie identyczny strój co Rem i Ram w Re:Zero. Włosy miała długie do szyi a ich kolor był różowy, tak, to jest oczywiste nawiązanie do Ram, bo nie mam lepszego pomysłu na postać. Ale żeby nie było, że nie dodaje nic od siebie, dodam że była Neko. W swoim stroju i z twarzy wyglądała dostojnie i delikatnie.

    W porównaniu do niej, Atsushira wyglądał jak…. no jakiś losowy typ wzięty z ulicy (którym w pewnym sensie był). Jego mundur, który nosił od zawsze ,i nie chce wiedzieć jak rzadko go prał, był pomięty, brudny i miał dziurę na łokciu. Był głównie czarny, z czerwonymi  obszyciami (i informuję, tutaj i gdziekolwiek dalej w tym tekście, mówiąc “obszycia” mam na myśli miejsca gdzie dane ubranie zostało zszyte, czyli w domyśle, brzegi) oraz pasami, wzdłuż rękawów i ogólnie wzdłuż munduru, ale tak po bokach, tak że patrząc od frontu, albo od tyłu, prawie nie dało się się ich dojrzeć. Mundur był dość długi, od pasa w dół, był taki specyficzny element który kończył się mniej więcej w połowie podudzia. Ów element to były cztery trójkątne kawałki materiału, złożone w pół, zszyte i wypełnione sianem, bo było i jest tanie, po dwa na każdą stronę, zszyte ze sobą mniej więcej tak, że jeden z wierzchołków jednego, znajdował się w połowie drugiego, a oba zszyte trójkąty (co warto zaznaczyć, różnoboczne), były przyszyte do części munduru poniżej pasa. Stanowiły element estetyczny, lecz ich ilość świadczyła o stopniu osoby która go nosiła. W armii Haigakure były dwa rodzaje stopni wojskowych, stopnie ważności i stopnie doświadczenia. Stopnie ważności były cztery, Dowódca, Kapral, Oficer i generał, oznaczane kolejno, brakiem, jednym, dwoma oraz trzema przyszytymi trójkątami. A skąd Atsushira miał dwa, skoro był tylko dowódcą? No cóż, śmieszna historia, gdyż jakiś imbecyl przypadkowo dał mu mundur z dwoma, zamiast tego z jednym. Przez cały czas jego pracy na stanowisku dowódcy nikt się nie zorientował. Kiedy go wywalili, pozwolili mu zachować mundur. A co do tych drugich stopni, stopni doświadczenia, to było ich na każdy stopień ważności po 5. mianowicie, Świeżak, ogarnięty, doświadczony, umiejętny, profesjonalny. No ktoś musiał mieć mnóstwo zabawy z wymyślaniem tych nazw (Spojler, nie miałem). Każdy stopień doświadczenia był oznaczany pochewką (jak nie wiesz co to jest “pochewka”, wygooglaj sobie) która znajdowała się tam, gdzie normalnie pochewki się znajdują. Były w kolorze czarnym, z czerwoną linią po środku, która przecinała ją wzdłuż, układając się akurat na czerwonej linii na mundurze, bo tak, na barki (czy jak kto woli ramiona) też sięgała, ciągnęła się od pasa, wokół mankietów po kołnierz. Ów pochewki w zależności od stopnia doświadczenia różniły się wyglądem co jest w zasadzie oczywiste, więc nie wiem po co to piszę. Pochewki w zależności od stopnia doświadczenia miały, kolejno, zero szarych gwiazdek, jedną szarą gwiazdkę, dwie szare gwiazdki, trzy szare gwiazdki, oraz trzy białe gwiazdki. Ha, zaskoczyłem was! Atsushira miał pochewkę z dwoma szarymi gwiazdkami, bo powód podany wcześniej.

    Na głowie nosił czapkę oficerską, bo… powód podany wcześniej, która była w kolorach czarnym i czerwonym. Sama czapka była czarna, z wyjątkiem daszka, który był czerwony, a czapkę oplatał czerwony kawałek materiału, przyszyty do reszty skórzanej czapki. Na samej czapce znajdował się mały żelazny krzyż. W skrócie, w kształcie niemieckiego krzyża żelaznego. Bo to w zasadzie był taki, tamtejszy odpowiednik krzyża żelaznego. Atsushira pod mundurem, który ciągle miał rozpięty, miał czarny swetr, a spodnie miał również czarne i workowate. No średniowieczne dresy. Na nogach nosił wysokie, czarne oficerki. Oczywiście, poza czapką i swetrem, wszystko miał albo z błota, albo z ziemi, albo z wody. Włosy miał koloru czarnego, roztrzepane i prawdopodobnie przetłuszczone od nigdy nie ściągania czapki, ale kogo to obchodzi?

    -Więc ten…. Jesteś nowym członkiem rebelii?- Spytała nieśmiało Misaki przerywając trwającą chwile niezręczną ciszę.

    -Co?.. Eee, w zasadzie to jeszcze nawet nie doszliśmy od tego tematu. Ale zakładam że nie mam wyboru.- Odpowiedział Atsushira, pewny jak dziś jeszcze nie był.

    W tym momencie w korytarzu dało się zauważyć wracającego Gen. Etsuto który wyglądał na bardziej zdenerwowanego niż wcześniej.

    -Ludzie święci, niech się ogarną w końcu! Jak mamy obalić “króla” jeżeli będziemy walczyć między sobą?!- Krzyczał prawdopodobnie sam do siebie gen. Eshi

    -Generale!- Krzyknął Atsushira    

    -Co? A, no tak, ty. Dobrze, słuchaj, skoro dzięki Horikiriemu wiesz gdzie jest nasza kryjówka, to masz dwie opcję, albo do nas dołączyć, albo umrzeć…- Mówił generał, prawdopodobnie chciał powiedzieć coś jeszcze, ale natychmiastowa odpowiedź Atsushiry przerwała mu.

    -Wole jeszcze nie umierać, bo mam pewne sprawy do załatwienia. Więc chyba nie mam wyboru.-

    -… To dobrze, a zatem, witamy w rebelii. Chodź, przedstawię cię pozostałym.- Powiedział i ruszył w stronę pokoju z którego przybyli. -Z tego co widzę poznaliście się już z Masaomi.- Dodał, ale nie otrzymał odpowiedzi.

****

    Kiedy wrócili do pokoju, zastali wszystkich którzy byli tu wcześniej, plus kilka osób.

    -Dobrze, panie i Panowie, przedstawiam wam naszego nowego kompana, w zasadzie to z przymusu, Atsushirę Yasushide!- Powiedział Gen. Etsuto. Nie spotkało to się z wielkim entuzjazmem, ale nikt też nie narzekał. No, prawie nikt

    -Nie no, czyli najlepsza część poszła się chrzanić- Powiedział typ z opaską na oku

    -To jest Nitayama Okitomo. W skrócie, ten walnięty- Powiedział Gen. Etsuto Atsushirzę na ucho. -No dobrze poznajcie się teraz.- Po tych słowach wyszedł. Po chwili do pokoju weszła Misaki.

    -To ten, no…. Hej?- Powiedział Atsushira, który stracił gdzieś tą wcześniejszą pewność siebie. Po chwili, zielonowłosy typ, jak pamiętam to był Horikiri, wstał i podszedł do Atsushiry, a następnie… Podał mu rękę w geście przyjaźni.

    -No to cóż, witamy w załodze!- Powiedział, po czym Atsushira podał mu swoją rękę, po czym Horikiri złapał go za przedramię, w okolicy łokcia. No, takie przywitanie.- Horikiri Hayaki, ale możesz mi mówić Luba- Dodał po chwili Hayaki. Po nim wstała prawdopodobnie Kadoshima, ale nie wiadomo, podeszła i rzuciła

    -Heja, jestem Kadoshima Yorihide. Miło poznać- Ha, a jednak Kadoshima, miałem nosa co do tego. -A ten baran z kataną i w płaszczu z worka po ziemniakach to Kimata Sato.- Dodała po chwili

    -Hej, ja tu jestem!- Oburzył się Sato

    -I kogo to obchodzi?-

    -Dobra, uspokójcie się! Oboje jesteście siebie warci!- Krzyknął typ który wcześniej ich uciszał. Po tych słowach wstał i podszedł do Atsushiry -Przepraszam za nich, oni tak zawsze. Jestem Matsukiyo Yoshihiko. Miło poznać.- Powiedział, ukłonił się lekko, co zrobił również Atsushira, po czym poprawił okulary.

    Po tym jak Yoshihiko wrócił na swoje miejsce, a nikt inny nie wstawał, wszyscy wrócili do swoich zajęć, a to rozmawiali, a to książki czytali, a to swoje narzędzia mordu ostrzyli. Po zapoznaniu się z kilkoma osobami, Atsushira podszedł do osoby która wcześniej dzierżyła wielki miecz, o czym nie wspomniałem. Był to srebrnowłosy młodzieniec, odziany w koszule z kapturem, w różnych odcieniach zieleni (czyt. dwóch), które układały się we wzorek z kwadratów. Typowi spod kaptura wystawały, przez specjalnie wycięte dziury ,wilcze uszy, a z tyłu wystawał mu równie wilczy ogon, który leżał mu na kolanach.

    -Co ty chcesz?-Spytał jakże pustym i bez emocjonalnym głosem.

    -Jak cię zwą?-

    -Watabe Raizo-

    -Miło poznać, Watabe- Atsushira podał mu dłoń

    -…- Jednak Raizo nie odwzajemnił. Atsushira po chwili po prostu rękę odsunął i poszedł dalej. Następną osobą do jakiej zagadał był typ który trzymał wcześniej muszkiet.

    -Em, cześć- Powiedział Atsushira

    -O, to ty. Witaj.- Powiedział bez przekonania w głosie -Marusawa Noritomo.-

    -Miło poznać-

    -Hmm, wzajemnie- Powiedział Noritomo, tym razem z większym entuzjazmem. Noritomo miał duży, bujny wąs koloru brązowego, jak ogólnie jego włosy, który przypominał kształtem czworokąt przypominający trójkąt ze złamaną podstawą. Na sobie miał, prawdopodobnie skórzany, płaszcz, zapinany na dwa guziki u góry. Na głowie miał pasujący do płaszcza kapelusz typu fedora, drugi typo w fedorze, świetnie, który przykrywał jego bujną czuprynę.

    Atsushira wtem przypomniał sobie że mu niejaki Sato Kimata podrąbał sakwę z jego jakże licznymi monetami. Podszedł do typa, który siedział samotnie na krześle.

    -Hej ty, to ty mi ukradłeś sakwę?- Spytał Atsushira

    -Co? Masz na myśli ten woreczek z trzema monetami za które możesz kupić jakieś sześć jabłek? Łap- Powiedział i rzucił. Atsushira, oczywiście, nie złapał, więc musiał się schylić by to podnieść. Spojrzał do środka i powiedział

    -Hej, ale tu są tylko dwie monety, a gdzie trzecia?-

    -Poszła na jabłka- Odpowiedział Sato. W tym momencie Atsushira ogarnął czemu porównał wartość tych monet do jabłek.

    Gdybym miał opisywać każde tego typu przywitanie, to prawdopodobnie zajęłoby mi to o wiele za dużo czasu, chęci i miejsca. Więc z uwagi na to że większość zeń wyglądało dość podobnie, to po prostu pokrótce powiem kto i jak.

    Atsushira chodził od osoby do osoby, przedstawił się i zapoznał podstawowo z Mio i Miu Uwae, siostrami, starszą Mio i młodszą Miu, które miło o czymś rozmawiały, a Atsushirę powitały ze szczerym i niekrytym entuzjazmem, i do tego synchronicznie, Itsuo Yoshikuni, Kusznikiem ze sztuczną ręką, który nosił bardzo podobny mundur do niego, tylko że miał 3 białe gwiazdki na pochewkach, on za to pierwszy, wstał przedstawił się, podał rękę i powiedział że kojarzy mnie z armii. Po chwili Atsushira sobie przypomniał, przez całą jego służbę dowódczą kiedy mieli czas, rozmawiali o różnych rzeczach, od strategi i taktyki, przez uzbrojenie i skuteczne ataki kawalerii, na homarach kończąc. Atsushira poznał również Tadae Tojo, tutejszą łowczynie i samozwańczą mistrzynie ciętej riposty, o najwidoczniej dość nadętym ego, Aeri Ino, Młodocianą, gdyż piętnastoletnią, wojowniczką, obok której leżał dość spory miecz o dość dziwnym kształcie, a sama jego właścicielka była dość miłą osobą i, jak sama powiedziała, kelnerką w karczmie Hayakiego zwanego Lubą, Noriaki’ego Takamori, Samurai’a ,prawdopodobnie, specjalizujący się w sztucę walki Niten’ichi-ryū**, co dało się wydedukować po dwóch mieczach opartych o ścianę o którą się opierał, dłuższym ,katanie, oraz krótszym ,wakizashi, a sam Samurai po prostu się przedstawił i powiedział by dać mu spokój. Praktycznie tak samo wyglądało powitanie z Doyą Akibą, Yumine Kusuharą, Ikuko Kuramą, Hidemi Azakurą, Yuzukim Takamae ,Natalą Sunazukim i największym postrachem wszystkich pisarzy powieści tego typu, postać która źle wykorzystana (czyt. w niewłaściwy sposób (czyt. nieakceptowany przez część społeczeństwa)) może nasłać na ciebie oddział FBI, CIA, Specnazu, CBA i pewnie kogoś jeszcze… Loli!

    Ów Loli zwała się Nanami Hiromoto… No i była Loli, no co mogę więcej powiedzieć, loli to loli.

    Dobra, może znajdzie się coś co będzie dobrze ją opisywać.

    Nanami była tak zwaną legalną loli (tj. ma 18 lat lub więcej), gdyż miała lat 28.     Dupochron aktywowany, nic mi nie możecie zrobić….. *Ding dong*

    Hę? Kto do diaska przylazł? Jestem zajęty

    *Wychodzi z pokoju i idzie do drzwi wejściowych, otwiera ,a przed nimi stoi*

Dzień dobry, Uzume Oni, Jestem twoją agentką FBI!

Eeee… Co? Japońska agentka FBI, czyli amerykańskich służb specjalnych, w Polsce? O co tu chodzi?

 No cóż, ostatnio wyszukiwałeś dziwne rzeczy w internecie, takie jak “Loli”, “Cat girls”, “Jak tworzyć genetycznie modyfikowane kotki na własność domową” i tego typu rzeczy, więc jakbym mogła….

*W panice zamyka drzwi, i blokuje je własnym ciałem, oraz zamkiem pod klamką*

*Wytłumione* Hej, otwórz te drzwi! To tylko kontrola. Ja mam szczerą nadzieje że to po prostu pomyłka! Jeżeli nie masz nic do ukrycia, to po prostu współpracuj!

Ale ja nie mam zamiaru wpuszczać Japońskich agentek amerykańskich służb specjalnych do mojego domu w Polsce!

*Wciąż wytłumione* Hmm… Jak otworzysz, toooo~…. Dam ci swój numer!

*Powoli i z niechęcią uchyla drzwi* Ale tak na serio?

Słowo agentki FBI!

*Otwiera swoje dwuskrzydłowe drzwi na pełną szerokość* Dobra, proszę, szukaj sobie czego tylko chcesz, tylko ja coś robię w pokoju na górze, oznaczonym tabliczką “biblioteka”, więc jakbyś mogła tam nie zaglądać? Potrzebuję tam ciszy i spokoju.

Em, dobrze! Niech zatem tak będzie *Podchodzi i klepie narratora po plecach*, dzięki za współprace!

Tia, nie ma za co.

O, i żeby nie było że oszukuje czy coś, trzymaj! *Podaje kartkę z dziewięciocyfrowym numerem*

Ok, to ja idę robić to, co mam do roboty. *Sam do siebie pod nosem* Eh, sprzedałem swoją prywatność za numer telefonu. Nie wiedziałem że jestem aż taki sprzedajny.

****

*Wraca do “Biblioteki”, w razie czego odsłania swoje dość duże okno i siada na miejscu z którego wstał wcześniej*

    Dobra, przepraszam za te przerwę, ważni ludzie czasami tu przychodzą, nawet jeżeli nigdy nie powinno ich tu być. Ale to nie jest ważne! Lepiej wracajmy do opowiadania tej jakże nie ciekawej historii!

    Dobra, gdzie skończyłem? A, no tak, na opisywaniu legalnych Loli.

    Nanami pomimo swojego wieku była dość niska. Miała na oko ze 1,40 m wzrostu, przez co wyglądała na dużo młodszą niż w rzeczywistości. Miała dwa długie, rude warkoczę, sięgające jej do pasa. Nosiła na sobie suknie koloru karmazynowego z białym obszyciem (cokolwiek to jest) zakończoną falbankami. Wierzcie lub nie, ale ten fakt sam w sobie jej nie przeszkadzał… przeszkadzało jej ciągłe przypominanie oń przez wszystkich wokół.

    Dobra, Loli została opisana, możemy iść dalej z fabułą… *puk puk puk*

    O ludzie, o co chodzi? *Uchyla drzwi, widzi że za nimi stoi Uzume* Mówiłem, proszę nie przeszkadzać. O co chodzi?

Mówiłeś wcześniej że ten pokój jest biblioteką, prawda?

Tak, i co z tego?

To znaczy że wypożyczasz innym książki?

Co? Nie, to jest biblioteka, w sensie pokój w którym trzymam książki. A co?

Nic, nic. Po prostu myślałam czy jak skończę, będę mogła jakąś pożyczyć?

Ty nawet nie wiesz co tu mam. Mogę równie dobrze mieć bibliotekę pełną mang Yuri, albo wydruków z Nhentai.

A masz może jakieś romanse?

…. Chwile, poszukam… *zamyka drzwi, po czym po ok. 25 sekundach otwiera ponownie i pokazuje Uzume książkę* Może być?

Hmm, “Pokój w Kolorach szczęścia”…

Nie jestem fanem romansideł, ale to nawet miło się czytało.

*Uzume stoi przez chwile w zamyśleniu* ok, może być. To ja wracam do swoich zajęć.

To jest, naruszania mojej prywatności? O to jeszcze długo ci zejdzie, ten dom jest serio duży *Zamyka drzwi, nie czekając na odpowiedź*

    Eh, jak powiesz komuś nie przeszkadzaj, a on i tak będzie ci przeszkadzał….

    Dobra, wracając!

    Atsushira po zapoznaniu się możliwe ze że wszystkimi, podszedł do Hayaki’ego zwanego lubą, spytać, a czemu wszyscy tu są.

    -Hej, Luba, pytanie takie, a czemu wszyscy się tu zebrali? Nikt nie ma nic do roboty, czy co?-

    -Nie, to coś innego. Mianowicie dzisiaj….- Zaczął Luba, ale przerwał kiedy do pokoju weszły trzy pokojówki, w tym Misaki – …dzisiaj Noeru robi naleśniki- Dokończył

    Skoro była już tania podróba Ram, to jeszcze potrzebna nam tania podróba Rem, czyż nie?

    Do pokoju weszły trzy pokojówki, niosąc tace z pokaźną ilością rzeczy, które najwyraźniej były naleśnikami i talerzami. I zanim ktoś się przyczepi, że naleśniki w średniowieczu…. Eee… W zasadzie nie mam na to żadnego wytłumaczenia…. O, jednak mam, wiecie ile anime, mang, light noveli i gier ignoruję akt że w średniowieczu nie powinno być naleśników? Baaaaaaaaaaaaaaaardzo dużo. Dobra, skoro tą kwestie mamy załatwioną, to się teraz uspokójcie!

    Wracając!

    Jedna pokojówka to była Misaki, druga, która wyglądała jak Rem z Re:zero, z tą różnicą że była Neko, prawdopodobnie była jej siostrą, a trzecia…. Nie, nie  przypominała Emilii z Re:Zero, aż tak nieoryginalny nie jestem. Ta trzecia, która najwyraźniej miała na imię Noeru (czyt. Noel) miała długie, lecz nie zbyt długie, takie do szyi, białe włosy, spięte w kok z tyłu. Nosiła na sobie ten sam strój co Misaki i jej siostra, więc nie będę go opisywać. We włosach miała dwie róże, ułożone symetrycznie po dwóch stronach jej głowy. Sądząc po tym co powiedział Hayaki, to ona przyrządziła naleśniki. Dziewczęta postawiły tace na dużym stole, który stał na środku pokoju i zapomniałem o nim wspomnieć wcześniej, po czym Noeru powiedziała

    -Podano do stołu.- Jakby nikt nie zauważył. Wszyscy w sali patrzyli się dokładnie na nie. W sensie, naleśniki, nie pokojówki.

    Wszyscy, poza Atsushirą i Hayaki’m, podeszli do stołu, wziąć po kilka naleśników. Widząc, że Atsushira stoi w miejscu, nie wiedząc co zrobić ze swoim życiem, Luba powiedział

    -Hey, chodź, weź se trochę, uwierz mi, one są świetne. Noeru robi najlepsze naleśniki w całym Netsugakure, a może i na całych wyspach!- Dla informacji, Netsugakure, Haigakure i inne królestwa tego typu, leżały na dość sporym archipelagu wysp, jakieś 500 km od najbliższego lądu, całkowicie odcięte od świata. No może nie całkowicie, Wyspy, zwłaszcza Porty Haigakure czy Nikkōgakure, były bardzo ważnymi punktami Handlowymi, były głównym przystankiem między cesarstwem Xinyuan, a jeszcze dalszą Slawską Republiką kupiecką Kryluwogrodu gdzieś hen daleko na północny wschód. O, znowu gadam o wszystkim, ale nie o tym o czym muszę.

    Wracając!

    Z uwagi na to, że Atsushira nie miał zbyt wielu powodów by munie wierzyć, zaufał mu i spróbował Naleśników Noeru.

    Hayaki nie kłamał.

    Jak dalej potoczą się losy Atsushiry w szeregach rebeliantów?

    Tego dowiecie się prawdopodobnie w innej części.

    O i na koniec jeszcze tu wrócimy, mam zapisane że jeszcze jeden wątek ciekawy tu jest, ale nie pamiętam jaki, więc sobie na koniec zachowam.

Rozdział 3
Serce rozsiane po 4 stanach 3/4 – między niczym, a niczym, po środku niczego.

    Aya Aomame zorientowała się że spada….. około z 10’000 metrów… No co mam jeszcze powiedzieć? 10’000 metrów to 10’000 metrów!

    -N-Nyaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!- Zaczęła krzyczeć Aya pusząc się jak przestraszony kot…. Którym w zasadzie była. Było to całkiem zrozumiałe, ja też bym się bał gdybym nagle znalazł się 10’000 metrów nad ziemią bez spadochronu, ani nawet nie wyskakując z samolotu. Chociaż nie słyszałem by samoloty latały na takich wysokościach, to jest chyba 2 kilometry od stratosfery, a to wbrew pozorom dość mało. Eee, kurde, znowu zmieniam temat.

    Wracając!

    Wizja rozpaćkania się o glebę po upadku z 10 kilometrów nie należy do tych najprzyjemniejszych…. No chyba że ktoś jest skrajnym masochistą, to wtedy jak się komu podoba. Nie powinienem nikogo zaskoczyć mówiąc że Aya była przerażona jak przeciętny arachnofob po spotkaniu z dowolnym ekskluzywnym dla Australii pająkiem (Czyli bardzo). 

    Aya miała już się pogodzić z losem marmolady, lecz przypomniała sobie jeden, bardzo ważny, lecz bardzo mały i ledwo dostrzegalny szczegół….. Mianowicie, była kotką. A koty, Neko, człowieko-jelenie i inne tego typu istoty, nie otrzymywały obrażeń od upadku.

    Kiedy ten fakt do niej dotarł, uzmysłowiła sobie, że wystarczy tylko poczekać, zignorować, prawdopodobnie wszystkie, prawa fizyki, a wszystko będzie dobrze. Prawda? No, i tak ,i nie.

    Co prawda w wyniku upadku, z 10’000 metrów, Ayi nic się nie stało, ja bym się bardziej martwił o okoliczny krajobraz i rzekę która przepływała w miejscu, gdzie teraz był wielki krater, powstały od uderzenia Ayi o ziemie, z 10’000 metrów, jednakże nie wszystko było tak pięknie, gdyż po opuszczeniu, powstałego ze swojej winy krateru, Aya po przejściu kilkunastu metrów, zorientowała się jedynie, że jest we górach. Sama ta informacja nic jej nie pomagała, więc postanowiła ruszyć okolicznym szlakiem, obok którego przypadkowo zbombardowała sobą okoliczną rzekę, w poszukiwaniu informacji o jej aktualnym miejscu pobytu.

    Szła przez kilkanaście minut, więc trochę się zmęczyła. Nie pomagały nawet cudowne widoki okolicznych miast, całych dwóch, wsi, łąk i lasów okolicznego królestwa, którego flagi niestety nie była w stanie dostrzec. Pomimo tego, że widziała miejsce do którego mogłaby się potencjalnie udać, to jest, wcześniej wspomniane miasta, to jednakże nie widziała drogi aby tam się dostać, uprzedzając wszystkie komentarze w stylu “a czemu ona tam nie pudzie?”. Macie odpowiedź.

    Po kolejnych kilkunastu minutach, które już się wydłużyły do kilkudziesięciu minut, Aya była kompletnie wycieńczona. Koto-dziewczynki nie są stworzone do marszy przełajowych, ani innych długich pieszych wycieczek. A Aya to już w ogóle. Na jej szczęście, nie tak daleko przed nią, wyczuła zapach pieczonych kiełbasek i…. Zapach dębowych beczek nasiąkających alkoholem. W przeciwieństwie do kondycji, Aya miała dość dobry węch. Z uwagi na to, iż od dawien dawna nie miała nic w ustach, ostatni posiłek zjadła na kilka godzin przed wyprawą do lochów Moromuku, dostała nagły zastrzyk energii i pobiegła w stronę tego jakże kuszącego zapachu…. W sensie alkoholu, nie kiełbasek. Wspominałem już że Aya jest nałogową alkoholiczką?

    Zapachy prowadziły do pewnego obozu, rozbitego przez… Kogoś. Obóz składał się z trzech namiotów, ogniska, wozu, dwóch koni, drzewa, dwóch wiader z wodą, kilku krzeseł oraz ewentualnie kilku osób, ale ich nie chce mię się liczyć. W jednym z namiotów na pewno znajdowało się piwo.

    Aya na pełnej prędkości wbiegła do namiotu ów obozu, kogoś tam, i od zaraz skierowała się ku składowi, najprawdopodobniej, gdyż na w 100%, piwa. Wyciągnęła zza pazuchy swój dość spory kufel, bez którego nie wychodzi z domu, i podłożyła pod kranik jednej z beczek. Kiedy napełniła kufel, wypiła całą jego zawartość na raz. Następnie całe proces powtórzyła.

    Jeszcze raz

    I jeszcze raz

    I jeszcze raz

    I jeeeeeeeeeszcze raz.

    I tak z siedem razy.

    I wciąż była trzeźwa. Jak Ułani z Bydgoszcza w takiej jednej piosnce, o tej tutaj:

    Jej jakże niezapowiedzianą libacje alkoholową przerwał nagły cios w tył łbicy, który spowodował utratę przytomności.

    Nie wiem co było mniej spodziewane, to że straci przytomność, czy to ,że w taki sposób.

****

    Aya obudziła się w klatce, która stała najprawdopodobniej na jadącym wozie. Sądząc po dźwiękach, oraz tym co widziała swoimi oczyma, właściciele obozu mieli więcej niż jeden wóz. Drugi jechał za tym wozem, na którym obecnie się znajdowała. Klatka była przykryta…. w zasadzie to bliżej nie zidentyfikowanym czymś, przez co nie było widać nic w żadną stronę, nie licząc tego co jest za powozem.

    Aya, kiedy w końcu ogarnęła mniej więcej co i jak, postanowiła się rozejrzeć. Okazało się, że w tej klatce nie jest sama. Były w niej również cztery inne koto-dziewczynki. Jedna miała ciemnobrązowe włosy, jedna białe, jedna takie brązowo-szare, a ostatnia granatowe, w tym ucha i ogon. Owe kolory, nie licząc ostatniego, dość mocno kontrastowały z cyjanowymi włosami Ayi. Prosimy się nie czepiać że nie da się mieć naturalnie cyjanowych włosów. Złamałem już wszystkie prawa genetyki, fizyki, interpunkcji i pewno jeszcze czegoś.

    Jedna z kotek miała na sobie białą suknie, druga taką jakby sukienkę, ale nie zakrywającą barków (czy jak kto woli, ramion), koloru przeciętnego płóciennego wora ,  trzecia w czarną średniowieczną bluzę z kapturem (i uszami w ów kapturze), a czwarta, nosiła żeński mundur Armii Haigakure, a po pochewkach, można było wyczytać że była doświadczoną oficer (Jak to ogólnie wyglądało, możecie zobaczyć na tym kolarzu jakże nie wziętym z internetu obrazków poniżej). Wszystkie cztery głęboko spały. Było to dość dziwne, zważywszy na fakt że był środek dnia.

    Jedna z kotek miała na sobie białą suknie, druga taką jakby sukienkę, ale nie zakrywającą barków (czy jak kto woli, ramion), koloru przeciętnego płóciennego wora ,  trzecia w czarną średniowieczną bluzę z kapturem (i uszami w ów kapturze), a czwarta, nosiła żeński mundur Armii Haigakure, a po pochewkach, można było wyczytać że była doświadczoną oficer (Jak to ogólnie wyglądało, możecie zobaczyć na tym kolarzu jakże nie wziętym z internetu obrazków poniżej). Wszystkie cztery głęboko spały. Było to dość dziwne, zważywszy na fakt że był środek dnia.

    Dwie kitki, dokładniej, ta w koszuli w kratę i ta w sukni, spały przytulone do siebie, oparte o coś, kiedy ta trzecia leżała skulona w kłębek pomiędzy środkiem klatki, a jej ścianą, a czwarta, w zasadzie na niej w tej samej pozycji.. Aya, z uwagi na brak pomysłu co mogłaby zrobić, postanowiła że również się położy. Wtem, pod przytulonymi do siebie kitku, dojrzała coś, czego dojrzeć się nie spodziewała. Mianowicie….

    Butelkę slawskiej wódki…. Nie no dobra, żartuję, ujrzała tam, rudą kitę. To mogło oznaczać tylko jedno…. Mają w tej klatce ze sobą liso-dziewczynkę. 

    Kiedy Aya sobie o tym pomyślała, ucieszyła się tak, jakby naprawdę dostała butelkę takiej wódki. Zawszę chciała poznać jakąś liso-dziewczynkę, albo szopo-dziewczynkę, albo jakąkolwiek inną Kemonomimi*. Co prawda z wykształcenia, którego nie miała, była alkoholiczką, to jednak zawszę interesowały ją różne gatunki istot rozumnych.

    Z uwagi na to że nie chciała nikogo budzić, postanowiła iż zrealizuję swój pierwotny plan i pójdzie w kimono (Ha ha, łapiecie, taki żart… bo wiecie, kimono, japońskie klimaty…. Ech, nikt nie śmieje się z moich żartów…), nawet jeżeli wiedziała, że tak łatwo nie zaśnie…. No, może trochę się przeliczyła… Zasnęła od razu.

****

    Kiedy otworzyła ponownie ślepia, ukazały się nad nią trzy sylwetki z kocimi uszami i ogonami. Tak, macie racje, to była kontrola skarbowa…. Dobra, żart, tak, to były wcześniej wspomniane koto-dziewczynki. Aya, zważając na fakt że była praktycznie tuż obok nich, słyszała że o czymś dysputowały. Aya jednak była zbyt mało skupiona na ów dyspucie ażeby cokolwiek zrozumieć, jedyne słowa jakie do niej dotarły to były:

    -Chwila, budzi się!- Po których to wszystkie kotki uciekły.

    Aya wstała, przetarła oczy, rozejrzała się i zorientowała się, że nikt już nie śpi.

    W tym lisiczka.

    Zwróciła się w stronę, po której powinna znajdować się liso-dziewczynka, lecz wtem, kiedy nań spojrzała, uświadomiła sobie jedną ważną rzecz (jak ktoś zna archaizmy w języku Polskim, powinien wiedzieć jaką), jednocześnie prostując uszy. Mianowicie, okazało się że ta lisica, to tak naprawdę lis. Tedy Aya uświadomiła sobie jeszcze jedną rzecz…. Kemonomimi to nie tylko dziewczynki. I o tym fakcie jakimś dziwnym trafem zapomniała. No cóż, zdarza się. Ta felerna pomyłka nie ostudziła jednakże ekscytacji Ayi, ba, wręcz przeciwnie, nawet ją podkręciła. Nie pytajcie mnie czemu, sam nie wiem. To wcale nie jest tak że powinienem wiedzieć wszystko o tym świecie, bo w zasadzie to ja go stworzyłem, to w cale tak nie jest…. Znaczy jest, ale nie jest.

    Wracając!

    Aya i liseł patrzali się na siebie na wzajem, choćby li tylko po to, aby patrzeć. Lis wydawał się patrzeć na nią tylko dla tego, że ona robiła to samo, a Aya patrzyła nań, gdyż była nim zafascynowana. Nigdy wcześniej nie spotkała takiego Kemonomimi. Z tego wszystkiego, zapomniała że są z nimi jeszcze inne osoby. Kiedy dotarło do Ayi, że stoi w klatce jak idiotka, nagle odzyskała język w gębie i się przywitała.

    -C-cześć wam. Aomame Aya Nyan! Miło poznać Nyan!-

    -Ubado Hiyori, Miło poznać Nyan- przedstawiła się nieśmiało dziewka w sukni

    – Wakatsuki Isami Nyan- Przedstawiła się głośno i energicznie ta w koszuli w kratę

    -Oficer Shizuka Kisei!- powiedziała kotka w mundurze.

    -*Ziew* Witam… Kuwakawa Masumi, do usług Nyan- powiedziała na wpół przytomna ostatnia dziewoja, która przez cały ten czas siedziała przy ścianie klatki (chociaż nie wiem czy mogę to nazwać ścianą).

    -A jak ciebie zwą waćpan Nyan?- Spytała Aya lisa

    -Mikami Koshi – Powiedział dostojnym i eleganckim głosem Lis (i nie mam tu na myśli Tomasza Lisa). Sam lis zwany Koshim wyglądał dostojnie. Na sobie miał męską kamizelkę koloru brązowego z brzozowo-białymi guzikami, prawdopodobnie z brzozy. Pod ów kamizelką miał białą koszulę, z białymi mankietami. Spodnie miał czarne jak smoła. Na głowie miał fedorę kolorem odpowiadającą wspomnianej wcześniej kamizelce. Łoł, ten opis szybko poszedł.

    Po wstępnym zapoznaniu się z każdym, Aya zapytała:

    -Hej, a tak na marginesie, czemu jesteśmy w klatce nyan?- Sama klatka to był w zasadzie sześcian 3 x 3 x 3 metry. Jakby kogoś to interesowało.

    -Nie wiesz? Na sprzedaż- Powiedział Koshi. Ta informacja bardzo zaniepokoiła Aye.

    -C-c-co!? J-jak to na sprzedaż nyan?! P-przecież handel Kemonomimi, tak jak i ludźmi, jest zabroniony w całym cesarstwie nyan!- Krzyknęła niedowierzająca Aya

    -Może, ale na przykład na wyspie Châu Ðốc, która jak pewnie wiesz do Cesarstwa nie należy, jest to już jak najbardziej legalne nyan.- Podsumowała Masumi, która była trochę bardziej przytomna niż wcześniej

    -A-ale czemu, nyan?-

    -Wiesz jakie z tego są zyski, nyan? *Ziew* Jak ktoś się chwyta nielegalnego biznesu, tego na pewno spróbuję, nyan.- Jeszcze raz podsumowała Masumi. Aya zamarła w bezruchu. Ta informacja baaaardzo jej nie pasowała. Jej przyjaciele byli gdzieś tam, a ona teraz tkwiła w klatce i nie mogła nic zrobić. Chciała przeklinać los, oraz prawdopodobnie swoją niepohamowaną miłość do wszelkiego rodzaju trunków, lecz w ten, rozległ się dźwięk rżenia konia. A następnie rozległ się strzał. Następnie jakieś krzyki, dźwięki oręża, dźwięki używania ów oręża w sposób do tego przeznaczonym, a następnie cisza.Rozległy się jeszcze jakieś głosy, a następnie przed drzwiami klatki pojawiło się dwóch mężczyzn. Jeden z nich użył czaru znanego jako kula ognia, która rozwaliła zamek klatki i ta da! Klatka otwarta! Wszyscy patrzyli się w stronę właśnie otwartych drzwi klatki. W pewnym momencie jeden z mężczyzn powiedział

    -A wy co tak stoicie? Wyłazić i stawać mi tutaj!- Jak powiedział tak zrobili. Cała szóstka wyszła z klatki i ustawiła się w rządku wzdłuż tyłu wozu, który prawdopodobnie ma jakąś swoją nazwę, ale ja jej nie znam. Aya, oraz możliwe że nikt inny, wcześniej nie zwrócił uwagi na to, co się działo z drugim wozem, ale teraz nie dało się tego nie zauważać. Drugi wóz stał bez przednich kół. Znaczy, bez całych przednich kół, gdyż owe zostały zniszczone. Wierzchowiec który wcześniej był zaprzęgnięty do ciągnięcia wozu, gdzieś się ulotnił, więc wszystkie koniary oraz zoofile, możecie być spokojni, nic mu się nie stało. Widać było, że z wozu były wyciągane rzeczy, czyli mieli pewność teraz, iż to był atak w celach rabunkowych, aniżeli ratunkowym. Przeto to było oczywiste, kto gdzieś na jakimś zadupiu w górach chciałby ratować kilka uwięzionych koto-dziewczynek, o koledze lisowatym już nie wspominając? To co się z nimi stanie było co prawda wielką zagadką, acz można było się spodziewać najgorszego.

    Po jakichś 10 minutach, okoliczna grupa grabieżcza wyciągnęła z sabotowanych wozów już wszystko co było cokolwiek wartę, więc ktoś, w zasadzie ten sam typo co kazał im opuszczać klatkę, podszedł i rzekł iż majo oni iść za nim. Więc zrobili jak typ kazał. Idąc za nimi dostrzegli kilkanaście ciał leżących na 

****

    Zaprowadził ich do…. powozu, barwy czarno-krwistoczerwonej. Z ów powozu wyszedł jakiś dzieciak w granatowym cylindrze i równie granatowym płaszczu sięgającym mu do kolan, podeń noszącym odrobinę jaśniejszą, gdyż cyjanową kamizelkę, z czarnym obszyciem, a jeszcze pod nią noszącym białą koszule z tym takim białym falbankowatym…. Czymś. Na odległość było widać że dziany gość. Włosy miał karmazynowej barwy, a na lewym oku nosił metalową przepaskę na oko w kształcie prawdopodobnie herbu rodzinnego. O dziwota ów przepaska nie miała żadnych odchodzących od niej sznurków, linek czy innego rodzaju trzymadła do tego typu nietypowych elementów ubioru. Po prostu nosił na oku kawałek metalu, który najwyraźniej ignorował prawa grawitacji. Interesujące…. Zapisze sobie gdzieś.

    -Wróciliście już? I jak mości panie poszło?- Spytał młodzieniec

    -Szczerze mówiąc, poszło dość gładko. Zadanie wykonane, twój kumpel jest wolny.- Powiedział jeden z mężczyzn, którzy prowadzili Aye i resztę w stronę młodzieńca, który był na samym przodzie. Ów osobnik miał rudą, drwalską brodę, a jednocześnie był łysy.

    -Doskonale. Upewnię się że dostaniecie obiecaną premie.- Powiedział młodziak, po czym podszedł do Koshi’ego. -Koshi, przyjacielu, jak dobrze wiedzieć że nic ci nie jest. Wszystko dobrze?-

    -Cóż, co prawda drzewiej bywało lepiej, ale wydaje mię się że wszystko jest dobrze. Paniczu- Powiedział Koshi

    -Paniczu, nyan?- Spytała Isami

    -Tak piękna dziewojo, gdyż tak się składa iż Koshi jest moim lokajem, a jednocześnie wiernym przyjacielem.- Wyjaśnił Młodzieniec, który zachowywał się, jakby zauważył ich obecność już znacznie wcześniej. -Tak przy okazji, Shimojo Shōta z rodu Shimojo, pierwszy syn Shimojo Takeharu.- Przedstawił się młodzieniec, który najwyraźniej miał na imię Shōta. -A was jak zwą, dziewki zacne?-

    -Co? Eee, Aomame Aya, nya.- Powiedziała, na sto procent nie zgadniecie kto… 

    -Dzięki Masumi za przedstawienie, nyan.- ….Tak, wciąż ospała Masumi wskazując na Aye…. Mówiłem że nie zgadniecie.

    -A ja to *ziew* Kuwakawa Masumi, nyaaa~.- Przedstawiła już samą siebie Masumi.

    -Ja jestem Wakatsuki Isami, to jest Kisei Shizuka, a to jest Ubado Hiyori, nyan!- Powiedziała Isami

    -Hmm, to zaszczyt was poznać moje panie.- Powiedział, po czym ucałował dłoń kotki która stała najbliżej niego, czyli Masumi. Masumi na to prawie nie zareagowała.

    -A czemuż to od razu zaszczyt, nyan?- Spytała Hiyori

    -He he, dla mnie możliwość poznania dowolnej nowej osoby to zaszczyt. I to nie tylko dlatego że mieszkam w górach.- Powiedział rozbawiony Shōta. Nie wiem co go tak rozbawiło, ale to już nie mój problem. Prawda?

    -Em, szefie, z całym szacunkiem, ale czy szef zamierza tu tak stać jeszcze długo? Czas to pieniądz jak to mówią.- Powiedział inny mężczyzna, tym razem bez brody, ale za to z włosami barwy czarnej.

    -O, faktycznie, wybaczcie panowie, zapomniałem się. Dobra, to chodźmy, wracajmy do domu!- Powiedział Shōta do swej świty, złożonej z ośmiu uzbrojonych mężczyzn w skórzanych zbrojach z nałożonymi nań kolczugami. Znaczy jedna osoba nie miała kolczugi i był to strzelec, który był uzbrojony w muszkiet. Miał na sobie tylko prosty frak z przedłużeniem na tyle, które wyglądało jak peleryna. Ogólnie, cała drużyna, pomimo zbroi, wyglądała bardzo dostojnie. -O, zanim zapomnę, a jak tam ta hołota co Koshi’ego wzięła na wycieczkę krajoznawczą w jedną stronę?- Spytał Shōta

    -No cóż, zafundowaliśmy im wycieczkę w jedną stronę, ale do piachu- Odpowiedział jeden z najwyraźniej najemników, ten co otworzył klatkę kulą ognia. Ten miał również czarne, ale znacznie dłuższe i inaczej uczesane, bo w ogóle nie uczesane, włosy, plus wyglądał na znacznie młodszego. Miał na szyi zawiązaną szkarłatną chustę (Dla niekumatych, szkarłat to taki odcień pomarańczowego).

    -No, doskonale. Za to na pewno dostaniecie premie.- Powiedział Shōta

    -Hej, a co mamy zrobić z pozostałą czwórką?- Spytał typ z rudą brodą.

    -Hmm, dobre pytanie Mizuo…. W zasadzie w domu przydałoby się więcej służby. Azaliż domyślicie o co chodzi?- Zadał pytanie retoryczne Shōta.

    Ach, nie ma to jak stara dobra burżuazja wykorzystująca klasę robotniczą.

    Kotki popatrzały po sobie, domyślając się co teraz będzie się dziać. Wbrew ich oczekiwaniom, Shōta spytał -Oczywiście, jeżeli nasze niewiasty chcą, nie mam w nawyku przymuszać innych.- Po tych słowach każdej z nich spadł kamień z serca. Albo kowadło, zależy. -A zatem, jesteście zainteresowane?- Dodał

    -Po chwili ciszy Isami odezwała się mówiąc:

    -Ja chętnie, nyan!-

    Po tym, wszystkie inne kotki z przyczyn różnych postanowiły również się zgodzić.

    Aya zgodziła się na to, tylko dla tego, że to była jej najlepsza opcja aby dowiedzieć się gdzie jest. Tak to by musiała się błąkać po tych górach do usranej śmierci, albo nie, gdyby miała szczęście. Albo pecha, zależy.

    Kiedy wszystkie Neko już się zgodziły, Shōta zaprosił je gestem do powozu/karety/karocy/koczu/jak kto woli, wszystko jedno i to samo, niepotrzebne skreślić. 

****

    Kareta (tak to sobie nazwijmy) jechała dość szybko jak na karetę, lecz nie aż tak szybko aby obstawa Shōty nie mogła ich dogonić. Wnętrze było prawie pełne. 4 kemonomimi, w tym jeden lis, plus jeden zwykły typ ledwo mieścili się w tak małej przestrzeni…. Zaraz zaraz, jak cztery? A piąta kotka to gdzie? A Shizuka z uwagi na to że się nie mieściła do wnętrza wewnątrz, to mieściła się do zewnętrza, na zewnątrz. A mówiąc po ludzku po prostu siedziała na koźle razem z furmanem, którym był strzelec, który mówił iż zwie się Isobun Hyojuro. Tak, wiem, dziwne imię, ale kogo to obchodzi.

    Ale skoro Shōta najwyraźniej pochodził z zamożnej rodziny, nie stać go było na większą? No może i było, ale tu nie chodziło o pieniądze, tylko o szerokość drogi. W wielu miejscach droga była dość wąska, więc wiele pojazdów czterokołowych nie byłoby w stanie po nich przejechać. Taka wąska karoca nie miała takiego problemu w większości miejsc, a  i tak ledwo mieściła się na niektórych odcinkach drogi.

    Sama droga, z uwagi na specyficzną budowę pasma górskiego w którym się znajdowali, była dość prosta, niezbyt stroma i ogólnie przyjazna koniom (Piszę to bo ktoś by się jeszcze przyczepił że czemu konie po górach jeżdżą. To nie śnieżka, ludzie).

    Z jednej strony karocy siedziały Aya, Isami i Hiyori, w tej kolejności, licząc od drzwi, po drugiej zaś stronie byli wciąż na wpół śpiąca Musami, Shōta oraz Koshi. Chociaż nie, nie na wpół śpiąca, w pewnym momencie Musami po prostu zasnęła, opierając się na ramieniu Shōty. On najwyraźniej nie miał z tym żadnego problemu.

    Dyskutowali, chociaż bardziej by pasowało, Shōta wypytywał kotki, na różne tematy, na przykład, kim są, jak się tu znalazły, czemu się tu znalazły, oraz w pewnym momencie dyskusja zeszła na temat “czy lubią homary”. Droga do domu Shōty zajęła im z kwadrans, wtenczas młody panicz Shōta zdołał wypytać o wszystko o czym tylko kitki chciały mówić. Wszak Shōta był bardzo kulturalną osobą, więc nie naciskał by mówiły coś, co widocznie chciały zachować dla siebie, na przykład informacje o rodzinie, związkach, nawet w przypadku Isami obecnej pracy. Lecz na pytania na które już odpowiadały, odpowiadały albo krótko i zwięźle, albo długo i treściwie. Kiedy Shōta spytał co kotki robiły wcześniej, Aya oczywiście zaczęła prawić w jak profesjonalnej drużynie poszukiwaczy przygód, czy czegoś innego, ona nie jest i jak bardzo wiele potrafi zdziałać. Jak można się domyśleć, większość z tego to było gówno prawda, więc nie będę temu poświęcać zbyt dużo czasu.

    Oczywiście, Shōta nie był jedyną osobą zadającą pytania. Koto-dziewczynki też zadawały mu różne pytania, tak przy okazji, pierwsze które padło w jego stronę, brzmiało “jak ta metalowa tarcza trzyma się na twoim oku?” na które Shōta nie był w stanie odpowiedzieć. Koshi przez całą podróż siedział cicho.

    O, wyjaśniło się również gdzie się znajdują, góry Yamahami, na granicy królestw Kazahanagakure i Nikkōgakure, znane ze swego bardzo nietypowego ułożenia i kształtu.

    Kiedy dotarli do domu Shōty, na wszystkich kotkach zrobił on ogromne wrażenie. Dom był zbudowany z czerwonej cegły, z częściowo widocznym cedrowym szkieletem. A skąd wiadomo że cedrowe? Bo w okolicy rosło dość sporo cedrów. Budynek miał dwa piętra (czyt. parter + dwa piętra), oraz był dość szeroki, wszak to dom wyższych klas społecznych, oczywiście że jest wielki. Do drzwi frontowych prowadziły baaardzo długie i kręte schody, gdyż sam dom (chociaż może powinienem to nazywać rezydencją?) stał na dość wysokim wzniesieniu zakończonym dość dużą równiną, idealną pod budowę. Rezydencja, bo to jest adekwatniejsza nazwa, miała ściany koloru…. no czerwonej cegły, a dach był pokryty czarną, prawdopodobnie drewnianą, malowaną na czarno dachówką (uprzedzając pytania, tak w średniowieczu istniały i cegły, i dachówki). Z rezydencji wyglądało bardzo wiele okien.

    Dziany gość, i-to-bardzo.

    Eee, pamiętacie jak mówiłem że wszystkie kotki były pod wrażeniem? Ten, no prawie wszystkie. Shizuka nie wyglądała na zaskoczoną, ani na zachwyconą. Nie dziwota, w końcu jest oficer (oficerka to but) armii Haigakure. Nie chce wiedzieć jakie hacjendy ona widziała.

    Kiedy wszyscy wyszli, kareta odjechała… gdzieś. Prawdopodobnie gdzieś niżej, albo wyżej, albo na tym samym poziomie, było jakieś miejsce gdzie mogli odstawić ów powóz. Taki parking, tylko że nie. 

    Dobra, bo znowu zmieniam temat.

    Kiedy pierwszy zachwyt, albo jego brak, budynkiem który stał jakoś kilometr po prostej linii, oraz znacznie więcej idąc po schodach, Aya spytała

    -Shōta-kyun, to jest twój dom, nyan?-

    -Oczywiście.- Krótko i zwięźle odpowiedział Shōta -Możliwe że nie zauważyłaś jeszcze młoda damo, lecz moja rodzina jest dość zamożna.- Jakby się dało tego nie zauważyć. Typie, to się rzuca w oczy kiedy tylko się cię zobaczy…. Mówię do postaci tej powieści…. Ewidentnie jest coś ze mną nie tak.

    Wracając!

    Bez zbędnego gadania, zaczęli wspinać się po wcześniej wspomnianych absurdalnie długich schodach. Chociaż chyba nic nie pobije schodów do jadeitowego pałacu z Kung-fu Pandy. No bo wiecie, wspinaczka po schodach, o ile się chodzi, a nie czołga, to bardzo zdrowy i prosty sport. Po prostu wchodzisz po schodach. Wbrew pozorom, takie ćwiczenie bardzo wzmacnia mięśnie nóg, tylko nie wiem które. Ale to nikogo nie obchodzi…. Znowu zmieniam temat.

    Wracając!

    Podówczas zaczęli wchodzić po schodach, jak już mówiłem. Schody były z dwa razy dłuższe niż gdyby iść na wprost, ale cóż, przynajmniej będą mieli więcej ruchu. I tak sobie wchodzili, wchodzili, Shizuka od początku całkowicie zignorowała schody i zaczęła się wspinać naprawdę, po zboczu na którym były ów schody, a wtenczas, jak można było się spodziewać, albo i nie, coś się stanęło. Mianowicie Aya się poślizgnęła, a następnie zaczęła się sturlywać (?) ze schodów niczym beczka zeń zrzucona. Z uwagi na to że była na przodzie, każdy albo musiał usunąć się jej z drogi, albo zostawał przewrócony, najczęściej uderzeniem w brzuch, i samemu zaczynał spadać. Taki los spotkał tylko typa z rudą brodą, który wszelako był największy i najsilniejszy, więc powinien najwyżej zatrzymać Aye, zanim się sturla na sam dół, ale jak wszyscy wiemy, buńczucznym być los, więc takie rzeczy się dzieją, nic na to nie poradzisz.

    Aya swoje staczanie się ze schodów w iście kreskówkowym stylu, była z powrotem na samym dole schodów, jak wcześniej była w ich połowie. Łysy z rudą brodą spadł jedynie jeden poziom schodów niżej (w sensie, jak są schody, to na zakrętach schodów są takie płaskie “podłogi” i oto mi chodzi), więc miał więcej szczęścia. Na szczęście wszystkich innych, więcej takich wypadków się nie zadziało, krom takiego jednego gdzie Isami się potknęła o jeden stopień, złapała za spodnie idącej tuż przed nią Musami, w konsekwencji je jej ściągając, co w konsekwencji spowodowało jej upadek, oraz nieplanowane uzmysłowienie wszystkim w okolicy, a dokładniej blisko z tyłu, że nie nosi bielizny. Ale to nie jest wypadek na taką skale.

    Poza wcześniej wspomnianymi wypadkami, które się pewno onegdaj wcześniej wydarzyły komu innemu, tylko bardziej i gorzej, droga do posiadłości przeszła bez większych trudności. Na górze czekała na wszystkich Shizuka, która jak możecie pamiętać lub nie, wzięła drogę na skróty, która wymagała od niej raz wspięcia się po pionowej ścianie, lecz nie przeszkodziło jej to w byciu na górze przed wszystkimi. Na wcześniej wspomnianej górze znajdowały się jeszcze dwie inne osobistości, pokojówka oraz jakiś typ w brązowych ogrodniczkach, granatowej koszuli, Czarnych spodniach, o brązowych, kręconych włosach i z delikatnym zarostem, którzy rozmawiali o czymś, tylko oni, i ewentualnie Shizuka, która ich cały czas podsłuchiwała, wiedzieli. Kiedy kotki, Koshi, Shōta i jego świta zaczęli się pojawiać w ich zasięgu wzroku, a stali tuż obok tarasu rezydencji, który stał z 5 metry od końca schodów, ow dwójka przerwała rozmowę i zwróciła się w stronę schodów. Kiedy na szczyt schodów dotarł Shōta, pokojówka powiedziała

    -Oh, panicz Shōta powrócił- Rzekła, po czym podbiegła, bez większego powodu, do Shōty. -Witam z powrotem paniczu. Jak minęła podróż?- Spytała prawdopodobnie z grzeczności.

    -A bardzo przyjemnie, dziękuję że pytasz Maria- odpowiedział Shōta. Najwyraźniej normalne dla niego było miłe zachowanie względem swojej pomocy domowej. -Czy coś się działo podczas mojej nieobecności?- Spytał

    -Nie, nic. Z wyjątkiem tego że przyszedł list do pana.-
    -List? Od kogo?- Dopytał zdziwiony Shōta.

    -Szczerze to nie wiem, list był zapieczętowany, a nawet bez tego nikt nie chciał otwierać pana listów.- Odpowiedziała

    -Hmm… Możesz go przynieść?- 

    -Oczywiście, już idę!- Powiedziała i pobiegła szukać listu… przy okazji się wywaliła, ale szybko wstała i zaczęła biec dalej.

    Wtenczas kiedy rozmawiali wszyscy, poza Ayą, byli już na górze. Kotki, poza oficer Shizuką, zachwycały się rezydencją, Koshi rozmawiał z wcześniej wspomnianym typem w ogrodniczkach, a świta Shōty zdążyła już wejść do rezydencji, poza Hyojuro, który stał przy wcześniej nie wspomnianym przeze mnie małej składnicy drewna i robił tam…. swoje rzeczy. Shōta podszedł do Koshi’ego oraz typa w ogrodniczkach i spytał

    -A o czym tu się rozmawia, jeśli można wiedzieć?-

    -O, witaj paniczu, właśnie rozmawialiśmy o tym co się działo z Koshim kiedy go nie było, z przyczyn wiadomych.- Odpowiedział typ w ogrodniczkach.

    -Hmm, dziękuję Koji, w zasadzie w powozie nie mówiłeś o tym Koshi co się z tobą działo, więc mogę też posłuchać?- Spytał Shōta z chyba naturalnym miłym usposobieniem. 

    -Nie widzę problemu.- Powiedział Koshi -A zatem, po tym jak te larwy mnie już porwały, trzymali mnie w jakiejś szopie przez dwa dni. Podówczas jedyne co dawali mi to woda, bym przypadkiem nie zdechł z odwodnienia. Po tych dwóch dniach zamknęli mnie w klatce z pewną czwórką Neko, a klatkę załadowali na wóz. Mieliśmy jechać do portu w Kunizakai, w Nikkōgakure, a następnie chcieli nas sprzedać gdzieś w Sułtanacie Sungei Udang, w międzyczasie, bo dziś, złapali jeszcze jedną Neko, a nie tak długo później koledzy z tutejszej ochrony odbili nas wszystkich i tak oto jesteśmy.- Opowiedział Koshi. I pewno kogoś to ciekawi, więc opowiem o tym całym Sungei Udang.

    Sułtanat znajdował się w części na półwyspie Sungei, położonym hen daleko na południowy zachód-południe (tak, taki kierunek geograficzny istnieje), lecz w znacznej większości jego terytoria znajdowały się na okolicznych wyspach. Największą wyspą była wyspa Udang, która od niedawna ponownie leżała całkowicie w sułtanacie. Chyba rozumiecie skąd wzięła się nazwa. Poza Udang sułtanat kontrolował w całości 54 wysp, z czego aż 26 to były takie wyspy z prawdziwego zdarzenia, a nie jakieś popierdółki typu Jankeski Midway (w sensie ten w realu), oraz częściowo 12 wysp., z czego największa zwała się Serikin i od dawna jest terytorium spornym między sułtanatem a Cesarstwem.

    Poza tą wyspą, sułtanat leżał dość daleko.

    Dobra, wróćmy do głównej linii fabularnej.

    Wracając!

    W pewnym momencie Aya wczołgała się na samą górę. Była wyraźnie wycieńczona wchodzeniem po DWUKILOMETROWYCH schodach, i to półtora raza w górę, co daje nam około trzech kilometrów…. Długie te schody.

    -*Ciężkie oddechy* Udało mi się nyan….. Dotarłam…. na górę….nyan…. I chyba zaraz…. Stracę przytomność…- Jak powiedziała tak zrobiła i po chwili padła na ziemie z powodu niedotlenienia organizmu. Oczywiście, wszyscy zwrócili się w jej stronę, a z uwagi na to że kiedy ktoś straci przytomność na twoim podwórku to jest to dość poważny problem, to Shōta i Koshi złapali Aye za ramiona (czy jak kto woli, barki) i zanieśli ją do rezydencji, do ambulatorium, bo tak, Shōta miał w rezydencji Ambulatorium. Po drodze minęli Marię i kilka innych osób.

    Ambulatorium znajdowało się na drugim piętrze, co nie miało żadnego sensu, ale w wielu XVI, XVII, XVIII, XIX I XX wiecznych rezydencjach ambulatoria były na najwyższych piętrach, więc nie macie prawa się czepiać. Pokój był wyposażony w trzy łóżka, biurko, krzesło, podręczną apteczkę, całą szafkę wszelkiego rodzaju medykamentów, które mogły się przydać w większości sytuacji, duży stół na środku, dwie inne szafki z medykamentami i dokumentami oraz okno. No i drzwi, ale o tym chyba nie muszę wspominać, to jest chyba oczywiste. W pokoju akurat znajdowali się medyk oraz okupujący jedno z łóżek prawdopodobnie ogrodnik, który został najwyraźniej postrzelony, co dało się wywnioskować po kuli muszkietowej leżącej na biurku. Ogrodnik, bo w centrum rezydencji stał ogród. Z tyłu rezydencji był też mniejszy ogród, bo wiecie, góry. 

    -Mikami, panie Takeharu, co się dzieje?- Spytał wyraźnie zaskoczony medyk. Co prawda Koshi i Shōta nie spieszyli się specjalnie, w końcu to tylko utrata przytomności, ale i tak ich wtargnięcie było dość nagłe.

    -Nic takiego Dr. Masaaki. Po prostu ktoś stracił przytomność.- Powiedział Shōta -I prosiłem pana doktorze, aby nie mówić do mnie per “pan”.- Dopowiedział, nie zauważając, albo ignorując, że pomylił jego imię z imieniem jego ojca . Medyk miał na swojej zielonkawo-brązowej kamizelce medycznej miał naszywkę z napisem Dr. Sekiya. Na nosie nosił okulary bez zauszników. Pod nosem miał dorodnego wąsa rodem od tych wszystkich złoczyńców z tych idiotycznych Jankeskich kreskówek, które jakimś cudem cieszą się jakąkolwiek popularnością.

    -Ah tak, przepraszam zapomniałem. Eee, proszę ją położyć tutaj- Powiedział Dr. Masaaki wskazując na wolne łóżko. -A mogę spytać, co się jej stało?- Dopytał

    -Schody.- Powiedział Koshi

    -Naprawdę? Od dawna nikt nie zasłabł na tych schodach. Jeżeli nie doznała po drodze żadnych poważnych obrażeń, wkrótce powinna odzyskać przytomność.- Powiedział Dr. Sekiya.

    -Hm, to dobrze. Ale możesz ją jeszcze tak kontrolnie przebadać doktorze? Po drodze mieliśmy mały wypadek z jej udziałem, więc…- Powiedział Shōta

    -Oczywiście, w końcu to moja praca. A tak przy okazji, kim ona jest?-

    -Możliwe że nowym członkiem personelu.- Wtrącił się Koshi
    -Hmm… Dobrze więc, dziękuję za przyprowadzenie jej, jak się obudzi, przeprowadzę badania kontrolne.-

    -To dobrze. A skoro już tu jesteśmy, mogę wiedzieć jak czuję się Satohito?- Spytał Shōta, prawdopodobnie mając na myśli ogrodnika

    -Iwano? Już czuję się lepiej. Zdołałem wyciągnąć kulę i opatrzyłem ranę. Przestał krwawić, więc podejrzewam że powinien wkrótce z tego wyjść. Miał dużo szczęścia. Kula przeleciała kilka milimetrów od kręgosłupa. Nie muszę chyba mówić co by się stało gdyby weń trafiła. Chyba ktoś z nieba czuwa nad chłopakiem, któryś raz ma tyle szczęścia.- Podsumował Medyk

    -Co prawda to prawda. Dobrze, dziękuję za raport doktorze, mam szczerą nadzieje że z tego wyjdzie. Ja mam jeszcze sporo rzeczy na głowie, więc miłego dnia.- Powiedział i wyszedł, za nim Koshi, który również się pożegnał i ruszył za Koshim.

    -Paniczu, wiem że to nie jest takie łatwe, ale sam widzisz że musimy coś z nimi zrobić. Jeżeli tak dalej pójdzie, prędzej czy później ktoś w końcu umrze, a tego raczej nikt nie chce.- Powiedział Koshi

    -Wiem Koshi, wiem, ale nadal nie wiemy gdzie możemy ich znaleźć. Zwiadowcy za każdym razem wracając bez nowych wieści od miesiąca, a ataki się nasilają… Hej, przecież ciebie musieli zabrać do jednej ze swoich kryjówek, widziałeś coś?- Spytał Shōta, który był wyraźnie zakłopotany tematem ich rozmowy.

    -Jedyne co widziałem to jakąś stodołę i to jeszcze przez dziurę w ścianie szopy, ale to mogło być wszędzie. Przepraszam że nie mogę pomóc.- Powiedział Koshi

    -Nie przepraszaj, to nie twoja wina. Choć muszę przyznać że szkoda, pomogłoby nam to bardzo. Ja też jestem świadom iż oni stanowią dla nas ogromne zagrożenie i wiem że musimy położyć mu kres jak najszybciej, ale jesteśmy w martwym punkcie przyjacielu. Puki czegoś nie wymyślimy, puty nie możemy nic na to poradzić. Mnie też ten stan nie odpowiada, ale robię co mogę aby utrzymać tu bezpieczeństwo.- Powiedział Shōta śmiertelnie poważnym tonem głosu. -Fakt że zniszczyliśmy ich konwój oraz że zabiliśmy cześć ich ludzi na pewno ich rozwścieczy, możliwe że zaczną zostawiać ślady kiedy się o tym dowiedzą, ale na razie, musimy wytrzymać.-

    Koshi zdjął z głowy swoją fedorę odwiesił ją na stojący po drodze wieszak i w milczeniu szedł za Shōtą. Kiedy zeszli na pierwsze piętro, spotkali Marie, która najwyraźniej ich szukała. W ręku miała list o którym wcześniej wspominała. Shōta wziął go, włożył za pazuchę i postanowił przeczytać go później.

    Wtenczas kiedy Aya była nieprzytomna, Shōta oprowadził pozostałe kotki po rezydencji, przedstawił je reszcie personelu, w tym strażnikom (czyt. tym typom z wcześniej), przedstawił ich obowiązki jako pokojówki i podsumował wszystko mówiąc że w razie problemów mają walić doń jak w dym (w sensie, przyjść do niego).

    Jak wygląda stan zdrowotny Ayi? Kim są ci stanowiący zagrożenie oni? Jak duże jest to zagrożenie? Jak się zwą pracownicy w rezydencji? Jak prezentuję się Aya w stroju pokojówki? To wszystko w następnym rozdziale z Ayą!

Rozdział 4
Serce rozsiane po czterech stanach 4/4 – Odizolowana izolacja

    Misaki obudziła się na jakiejś plaży. Była cała mokra (nie w tym sensie zboczeńce!) co doprowadzało do wniosku że wpadła do okolicznego morza. W ustach miała posmak soli morskiej, a w swojej jedynej pończosze miała kraba… Ta druga rzecz nie specjalnie jej pasowała, więc tak szybko jak się zorientowała, wyciągnęła go i rzuciła kajś w morze.

    Rozejrzała się po okolicy. Widać było morze, piach, drzewa, wielką, ściętą i zarośniętą piramidę, krzewy, więcej drzew, jeszcze więcej piachu….. Zaraz, jaką piramidę?

    Z tego samego założenia co ja wyszła najwyraźniej Misaki, więc bezzwłocznie poszła to sprawdzić. No dobra, nie niezwłocznie, bo zorientowała się że jej kostur gdzieś zniknął. A to był bardzo porządny kostur, z czarnego dębu, importowany z dalekiej północy, ze związku Kamczaskiego. Pokrótce opiszę, śnieg, świerki, czarne dęby, sosny, inne drzewa iglaste, zimnica, zadupia na których nikt nie mieszka, potęga handlowa. 

    Wracając!

    Były dwie możliwości, albo kostur był gdzieś na dnie morza, albo gdzieś tu się walał. Zaczęła więc chodzić po plaży, szukając go… Spędziła nad tym z pięć minut, ale opłaciło się, kostur leżał obok wraku jakiejś szalupy ratunkowej. Dobra, kostur znaleziony, no to teraz do tej podejrzanej ściętej piramidy.

    Piramida była dalej niż początkowo się wydawało, więc dotarcie do niej zajęło Misaki trochę więcej czasu niż początkowo zakładała. Ale kiedy w końcu do niej dotarła, od razu wiedziała co to za miejsce, co to za konstrukcja i dlaczego…. ma przesrane, a nawet gorzej, ma przegwizdane.

    Znajdowała się obecnie wyspie Iwa, położonej sześć kilometrów od najbliższego portu. Wyspa nie była duża, powierzchnią była porównywalna do Iwo-Jimy (czyli około 21 km²), ale pomimo tego faktu nikt nigdy nie wpadł na pomysł by zbudować tu miasto. Znaczy, były takie koncepcje, ale… I nie chodzi mi o ten alkohol…. był mały problem. Ta ścięta piramida to był centralny punkt tak zwanego “ogrodu piękna i prawdy”. W przeszłości był on głównym punktem pewnej sekty, która oficjalnie została zniszczona, ale naprawdę nadal sobie istniała. No, ale co komu przeszkadza jakaś sekta na wyspie?     No przeszkadzała. Największe konserwy cesarstwa, fanatycy religijni i wiele innych skrajnych grup ideologicznych i religijnych było bardzo nieprzychylnych jakiejś sekcie religijnej na wyspach. A jak ta cała sekta wyglądała?

    W praktyce, była to po prostu dość spora grupa wyznawców bezimiennego boga, która stanowiła spokojną i pokojową społeczność. Ich praktyki nie były jakoś bardzo niezgodne z księgą praw i prawd Cesarstwa, więc nikt nie widział potrzeby jakiejś większej operacji mającej na celu przywrócenie kontroli nad wyspą. Co prawda były jakieś głosy że przeprowadza się tu nieludzkie praktyki, składa ofiary z ludzi itp., ale nikt tych plotek nigdy nie brał na poważnie, gdyż nie było dowodów. Ów sekta zwała się drogą Edenu. Nazwa niezbyt oryginalna, ale lepsza niż żadna. Ale zatem czemu Misaki miała zatem przegwizdane?

    Na wyspie od lat nie cumowały żadne okręty, nawet żadne małe łodzie. Przepłyniecie sześciu kilometrów wpław nie wchodziło w grę, a budowa własnego statku była prawie niemożliwa, z uwagi na brak potrzebnych narzędzi i materiałów (z pominięciem drewna). Z uwagi na to że jej przyjaciele byli nie wiadomo gdzie, miała bardzo silną potrzebę ich znaleźć. Aby opuścić wyspę miała zatem kilka możliwości, każdą z nich graniczącą z cudem. Mogła modlić się aby jakiś statek tu przypłynął i przepływał akurat obok tej wyspy, mogła też zrobić coś by oddziały wojskowe najbliższego miasta portowego, czyli Miyagaty, postanowiły przybyć na wyspę, albo mogła też próbować jednak płynąć wpław. Pierwsza opcja była nierealna ponieważ wszystkie statki omijały tą wyspę szerokim łukiem, ponieważ wybrzeże jest dość skaliste, a jedyne miejsce w którym można by sensownie wylądować to była zatoka w której nawet mały bryg by się nie zmieścił. Druga opcja graniczyła z cudem, ponieważ Miyagata leżała sześć kilometrów od wyspy. Żeby zwrócić uwagę ludzi w mieście potrzeba by było czegoś wielkiego. Czar Eksplozji Misaki niestety nie był wystarczający. Trzecia opcja nie wchodziła w rachubę bo…. No sześć kilometrów to bardzo dużo. Byle kto wpław tego nie przepłynie. No chyba że ja czegoś nie wiem.

    Prawdopodobnie z ciekawości, postanowiła się zakraść do ogrodu. Była ciekawa jak to tam wszystko wygląda. Słyszała o tym tylko jakieś plotki, ale nigdy nie mogła zobaczyć tego na własne oczy. Biorąc pod uwagę że to jest ogród, powinno być tam dużo zarośli , krzewów, ewentualnie wysokich traw w których można by się schować.

    Misaki miała rację, było owych rodzajów roślinności bardzo dużo. Idealnie na małe skradanko. Misaki przykucnęła tak na kaczkę (w ogóle, jak da się tak długo chodzić na kaczkę? To jest strasznie nie wygodne i nogi bolą jak diabli) i zaczęła iść przez trawę i podsłuchiwać rozmowy prawdopodobnie kultystów. Nosili na sobie białe stroje, długie szaty do ziemi. nie mieli żadnego nakrycia głowy, szaty były jednoczęściowe i z zielonym “logo” ,że tak to ujmę, sekty. Najwyraźniej kod ubraniowy* mieli dość sztywny.

    W ogrodzie było dość sporo członków sekty. Na szczęście dla Misaki, żaden nie zwracał na nią uwagi, w końcu była ukryta w trawie…. Do czasu.

    W pewnym momencie Misaki usłyszała słowa kierowane wprost do niej

    -Hej,  osobo w trawie? Czemu się skradasz?- W tym momencie Misaki wiedziała że jej kryjówka została spalona, nie wiedziała za to przez co.- Kapelusz twój widać. Podczas skradania mogłaś go zdjąć, nikt by cię nie zauważył- Dobra, już wiedziała.

    Kultysta który ją nakrył był młodym mężczyzną z ciemno-blond włosami. Akurat przycinał krzaki kiedy dojrzał ruszający się kapelusz nad powierzchnią trawy.

    -Szlag…. Eeee…. Zakładam że spotkają mnie jakieś nieprzyjemne konsekwencje wtargnięcia tutaj?- Spytała Misaki

    -No cóż, nie licząc straconego czasu i wymogu opuszczenia tego miejsca, to nie.- Odpowiedź kultysty bardzo zdziwiła Misaki -Przy okazji, Hoshijima Yuuhei.-

    -Oooo…. To, którędy do wyjścia?- spytała Misaki absolutnie ignorując jego przedstawienie się. Hoshijima jednak nie zwrócił na to uwagi.

    -Hm. Chodź, zaprowadzę cię.- Powiedział i ruszył, a zań Misaki. – A zatem, co cię sprowadza w te strony? –

    -Szczerze mówiąc, przypadek.-

    -Hm, nic nie jest tylko dziełem przypadku. Bóg zawżdy ma swój boski plan dla każdego. Trzeba tylko się dowiedzieć jaki on jest. Nawet jeżeli nie jest to takie łatwe.-

    -Możliwe. Ale nie jestem w nastroju na dyskusję filozoficzne. Może innym razem?-

    -Skoro tam mówisz… Hej, a może chciałabyś dołączyć do naszej sekty? Jesteśmy bardzo otwarci na nowych członków- Zaproponował Hoshijima

    -Hę? Eee, nie dzięki. Moi przyjaciele gdzieś tam na mnie czekają. Muszę się stąd w miarę szybko zabierać. O skoro przy tym jesteśmy, znasz może jakiś sposób aby opuścić tą wyspę? Bardzo tego potrzebuję.-

    -Hmm…. Przykro mi, ale niestety nie. Ale życzę abyś znalazła drogę do swoich przyjaciół. Ja też mam osoby do których chciałbym wrócić, więc wiem co czujesz. Ale obiecuję, że jeżeli znajdę dla ciebie możliwość opuszczenia tej wyspy, priorytetowo cię o tym powiadomię.- Zadeklarował

    -Naprawdę? Dzięki.- Powiedziała. W tym samym momencie dotarli do wyjścia. O dziwo nikogo po drodze nie napotkali. Misaki ukłoniła się i opuściła teren ogrodu. Zanim jednak się całkowicie oddaliła, odwróciła się jeszcze i zawołała za Hoshijimą -Hej!… Takaha Misaki!-

    I właśnie w tym momencie…. Uświadomiłem sobie że ciągle mówiłem na Yuuhei’a po nazwisku, czego, jak bardziej ogarnięte osoby zauważyły, staram się nie robić. No wiecie, Polska, inne realia itd. … Dobra, bo znowu zbaczam z tematu.

    Wracając!

    Po opuszczeniu ogrodu, Misaki postanowiła poszukać jakiejś drogi opuszczenia tego miejsca. W tym momencie pewnie pożałowała że nie ćwiczyła czaru teleportacji…. A może i nie żałowała? Nie wiem, nie siedzę w jej głowie. W każdym bądź razie (tak, wiem, to jest niepoprawna forma, ale brzmi fajnie), podczas losowego szwendania się po wyspie, nagle ktoś ją wciągnął w okoliczne krzaki. Pierwsza myśl? Że ktoś ją zaciągnął w celach wiadomych. Lecz ta myśl została odrzucona z dwóch powodów. Po pierwsze, w przeciwieństwie do Earth-chan (oraz ogólnie, ziemi) była płaska  (wszyscy płaskoziemcy mnie teraz nienawidzą), a po drugie, gdyby ją ktoś zaciągnął w celach wiadomych, to nie przykładałby jej do gardła noża, co było dość zaskakujące, patrząc na to gdzie się znajdowali. Na szczęście dla niej, typ szybko go odsunął.

    -Oh, przepraszam, myślałem że jesteś jednym z tych sekciarzy.- Powiedział tajemniczy mężczyzna w okularach. -Nic ci nie jest?-

    -Poza małym szokiem, oraz prawdopodobnie porwaną tuniką, nie, wszystko jest w jak największym porządku. A ty czemu czaisz się z nożem na członków tutejszej sekty, panie?….-

    -Ameku. Hibiki Ameku. A nóż wyciągnąłem odruchowo. Chciałem jakiegoś ogłuszyć, aby zinfiltrować ogród.- Powiedział Hibiki

    -Tak? A na cóż miałbyś to robić?-

    -Z ciekawości, jak to tam wszystko wygląda. Zakładam że każdego to ciekawi.-

    -Serio?… Hej, a tak całkowicie teoretycznie, nie żebym chciała czy coś, ale mogłabym też iść?- Spytała jakby podekscytowana Misaki

    -Eeee… W zasadzie nie widzę problemu. Plus i tak sekciarze chodzą parami, więc łatwiej będzie jakichś ogłuszyć w razie potrzeby.- Powiedział dość przyjaznym i niezbyt poważnym głosem Hibiki

    -Tak! Dobra, to kiedy wchodzimy?- 

    -Hej, spokojnie, wiesz po co chciałem ogłuszyć jakiegoś sekciarza?- Spytał. Misaki pokręciła głową, na znak, że nie wie -Po to, aby zdobyć jego strój. W przebraniu członków sekty, nikt nie powinien zadawać zbędnych pytań, ani robić kłopotów.- Logicznie odpowiedział Hibiki. Bez zbędnych pytań, wyszedł z krzaka w którym dotychczas siedział i najwyraźniej doszedłszy do wniosku iż siedzenie w jednym krzaku nie ma za grosz sensu, ruszył prawdopodobnie do następnego krzaka. Misaki oczywiście za nim. Nie pytajcie mnie czemu Misaki tak ochoczo przyjęła pomysł z ogłuszaniem członków sekty, najwyraźniej jej charakter, a ogłuszanie to nie zabijanie, więc wszystko jest okay (czyt. okay).

    Po kilku minutach chodzenia po tej dość małe wyspie, znaleźli jakichś członków drogi Edenu. Ci dwaj/dwoje/te dwie (nie wiadomo jakiej byli płci), akurat ze sobą rozmawiali. Znaną zasadą skradanek jest to że nieważne co się robi, rozmów NPCów zawszę się słucha do końca. Co prawda to nie była skradanka, ba, to nawet nie była gra, ale tutaj też ta niepisana zasada obowiązywała. Misaki i Hibiki przyczaili się w dość dużym krzaku tuż za nimi i podsłuchiwali.

    -A zatem, masz jakieś plany na jutro?- Spytał wyznawca nr 1 (po głosie dało się poznać że jest mężczyzną)

    -Szczerze, nie. Uznałem że po dzisiejszej ceremonii, no wiesz, w tym pokoju centralnie pod tą pół-piramidą, będę miał jutro tyle roboty, że nie opłaca mi się robienie planów na dzień.- Powiedział wyznawca nr 2 (który również był mężczyzną)

    -Ta, w sumie racja. W ogóle, co to będzie za ceremonia?-

    -Myślisz że wiem? To może być wszystko. Jedyne co wiem, to to że będzie po niej dużo sprzątania. Jak zwykle kiedy ceremonie przeprowadza Ojciec Norikazu. Typ jest jakimś sadystą czy co?-

    -Hej, csiiiiiiiiiii…. bo jeszcze ktoś cie usłyszy, Akinori, nie wypada mówić o ojcu Norikazu źle, bo możesz skończyć jako główna atrakcja takiej ceremonii.-

    -Ta, jak nikt nie usłyszy nikt się nie dowie i wszystko będzie ok. Za bardzo się martwisz Reo.-

    -Może…. Tak, pewnie masz racje… Dobra, chyba skończyliśmy obchód na dziś, czas się zwi…- Zaczął najwidoczniej Reo, ale nie skończył, gdyż tak jak jego kompan Akinori, został uderzony tępym narzędziem w głowę. W przypadku Reo był to kostur Misaki, w przypadku tego drugiego, rękojeść noża Hibiki’ego. Obu następnie zaciągnęli w krzaki i przebrali się w ich fatałaszki, zostawiając ich w samych spodenkach. Akurat było lato, więc nie było możliwości by temperatura jakoś drastycznie spadła. Więc osoby które martwią się o życie postaci niezależnych i trzecioplanowych, możecie być spokojni.

    Misaki (uwierzcie lub nie, ale ciągle chcę powiedzieć Kanako), razem z Hibikim ruszyli w strojach wyznawców bezimiennego boga do ogrodu piękna i prawdy.

    -Hej, Hibiki, takie pytanie, a jak ty się tu dostałeś?- Nagle spytała Misaki

    -Hę? A, no przypłynąłem tu łodzią… No ale miałem pecha i się rozbiła o brzeg… Tak, nie wyszło mnie to najlepiej…- Odpowiedział. Po tej krótkiej wymianie zdań bez słowa dotarli do ogrodu.

    Co tam ujrzeli? Jak wyglądała ta ceremonia? Czy Reo i Akinori jeszcze się pojawią w tej powieści? Na te wszystkie pytania znajdziecie odpowiedź w następnym rozdziale z Misaki!

    Przepraszam że w porównaniu do innych rozdziałów ten jest taki krótki, ale mam serio napięty gra… *puk puk puk*

    Oh, co znowu?

    *Podchodzi do drzwi, uchyla je i bez niespodzianki widzi w nich…*

    Uzume?

Tak. Oficjalnie skończyłam przeszukanie twojego domu, i z radością mogę powiedzieć że nie znalazłam niczego co mogłoby naruszać szeroko pojęte międzynarodowe prawa, prawa człowieka, moralność itp. A tak w ogóle, po co ci tak duży dom skoro mieszkasz sam?

Ściśle tajne.

Hmm… No cóż, to nie jest jeden z moich problemów, więc nie będę naciskać. O no i mogłabym porozglądać się po bibliotece?

W zasadzie to własnie kończyłem co robiłem, więc w zasadzie możesz.

Świetnie! Dziękuję!

*Uzume wchodzi do biblioteki. Przez 10 minut się po niej rozgląda szukając jakichkolwiek śladów nieprawości. Na szczęście żadnych nie znajduję.*

Dobrze, więc to chyba wszystko. Dziękuję za współpracę.*Powiedziała bardzo ironicznym głosem*

Tak, z pewnością będę * I dzwoń jakby coś! powiedział z lekkim zirytowaniem w głosie*…. Hej, poczekaj, chciałaś jakąś książkę pożyczyć.!

A  ,no tak. Przepraszam, całkowicie o tym zapomniałam.

Dobrze, poczekaj, zaraz przyniosę… O jest…. Proszę. “Pokój w kolorach szczęścia, jak się umawialiśmy. Tylko oddaj jak skończysz.

Oddam z pewnością. Słowo Agentki FBI!

Oby. No to pa. *zamyka drzwi*

    Dobra, przynajmniej skończyła. Dobra gdzie ja skończyłem? A no tak, Przepraszam że w porównaniu do innych rozdziałów ten jest taki krótki, ale mam serio napięty grafik i się mi bardzo śpieszy…. Zaraz, miałem coś jeszcze na koniec przygotowane.

****

    Atsushira po tym jak skończyły się naleśniki, postanowił rozejrzeć się po tej podziemnej kwaterze rebeliantów. Był w bardzo ładnym korytarzu, od którego odchodziły drzwi. W porównaniu do tego poniżej, ten był znacznie krótszy, zaledwie troje drzwi. Przechadzając się zza jednych z tych drzwi usłyszał dziwne dźwięki…. takie kobiece. Z powodu swojej niepohamowanej ciekawości, oraz czegoś jeszcze, ale nie będę jeszcze zdradzał czego, postanowił sprawdzić co to było…. Brzmi ciekawie. Ciekawe co to jest.

    Powoli podszedł do drzwi, złapał za klamkę, powoli otworzył drzwi ,zajrzał do środka ,a tam….. *powoli* Mio i Miu Uwae, całujące się na łóżku, z czego jedna w pół rozebrana…. Eeee…. SWEET HOME ALABAMA! *PANIC*

    Ok, nie mam pojęcia co to kurwa jest, nigdy nie byłem fanem Yuri, ani Shoujo-ai, więc nie mam zielonego pojęcia skąd to się tu wzięło…. Może to dokończymy?

    Po wejściu Atsushiry, Mio zaczęła krzyczeć ze strachu. Po ujrzeniu tego, pomimo pewnej swojej cechy, której wciąż nie zdradzę, jak najszybciej w panice zamknął za sobą drzwi. Postanowił udawać że nic nigdy nie widział.

    Cóż, przy najmniej to nie były lo….. *szybko łapie swoje teczki z danymi na temat postaci, które ma przygotowane do dawna, bo nie wymyśla wszystkiego na bieżąco i szuka Mio i Miu Uwae* Atsushira, Raizo, Noeru, O jest, Mio, lat…. 15…. Miu…. lat…. 14…….. O nie… nie przewidziałem tego…. One też są Loli! *PANIC INTENSIFIES* *Zakłada leżącą obok niego maskę, bo ma dziwne przeczucie.* Czuję że FBI może mi wbić w każdej chwili…

*BUM BUM BUM* FBI, OPEN UP! *Dźwięk drzwi wywalanych z zawiasów*

    NIE, PROSZĘ NIE! *Biegnie, wyskakuję przez wcześniej odsłonięte okno, w bardzo efektowny sposób, z wpół zgiętymi kolanami i rękami wyciągniętymi w bok* *Uderza w śmietnik poniżej*… ŻYJE! *Wstaję i biegnie dalej, przeskakuję przez płot i wywala się na głupi ryj na bruk*…. Wciąż Żyję! *Wstaję i ucieka*

    *FBI zabezpieczyło teren, celują karabinami*…

 

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 2213
2

Komentarze (4)

    • 14 marca 2021 at 14:34
      No wiem, to jest długie (Plus, nieskończone, ale nie wiem czy dalej będę to pisać tutaj, czy w Wordzie), więc cóż, życze miłego czytania.
      • 14 marca 2021 at 18:11
        Word. Jak chcesz żeby coś z tego się urodziło wybieraj pełne wersje programu. Nie ważne jak dobry by nie był edytor tutaj, to i tak nie dorówna oprogramowaniu stworzonemu wyłącznie do pisania ;)
        • 9 kwietnia 2021 at 11:45
          Co prawda to p rawda, chociaż tam wiele funkcji raczej mi siię nie przyda. Na przykład Tabela, no chyba że użyje do czegoś. Ale lepiej word. Se to wydam i jak się przyjmie to może coś zarobię.

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!