|| Daleko między chmurami || Rozdział 1 ||

❋Trzeba być przygotowanym na wszystko.❋

Po pokoju rozchodził się dźwięk budzika ustawionego w telefonie. Dalia miała ochotę strzelić sobie mocno w twarz za to, że wczorajszego dnia postanowiła zostawić go włączonego, pomimo faktu, że miała już czas na długi, nieprzerwany odpoczynek, zwany też wakacjami. Wyciągnęła rękę spod cieplutkiej kołdry w poszukiwaniu irytującego urządzenia. Muzyka, którą wybrała jako budzik, coraz bardziej zaczynała ją denerwować, a ona nadal nie mogła go znaleźć. W końcu całkowicie zrzuciła z siebie kołdrę i podniosła się do siadu. Odgarnęła włosy do tyłu, które nie były w najlepszej kondycji. Przetarła twarz dłonią oraz poklepała się lekko po policzkach, chcąc się tym w jakiś sposób ocucić, by już w następnym momencie zawisnąć głową w dół na łóżku w celu odnalezienia urządzenia z piekła rodem. Ciemności i wszystkie śmieci pod łóżkiem oświetlało jasne światło pochodzące od ekranu urządzenia. Nastolatka prędko włożyła rękę w ten śmietnik i złapała telefon. Musiała go zrzucić pewnie godzinę wcześniej, gdy po raz kolejny dusiła na przycisk drzemki. Oprócz całkowitego wyłączenia każdego z możliwych budzików chciała też wyciszyć wszystkie dźwięki, jednak pojawiał się problem w postaci telefonów od rodzicielki, która zapewne już po pierwszym nieodebranym telefonie zaczęłaby szaleć z niepokoju, czego nie chciała ani Dalia, ani jej tata.

Uwolniona od głośnego dźwięku, położyła się ponownie i niezmiernie pragnęła wrócić do krainy Morfeusza, jednak ta podróż nie była już jej dana. Spojrzała zamglonym wzrokiem w smartfon. Widząc dziesiątkę malującą się na ekranie, wiedziała, że przybył ten moment na wstanie z wyra. Była to kolejna czynność, którą Dalia wykonywała niezbyt normalnie. Była na tyle leniwą osobą, że zamiast normalnie wstać, to sturlała się z łóżka prosto na podłogę. Pomimo tego, że znajdował się na niej puszysty dywan, przykryty warstwą brudnych ubrań, przy upadku ciężkiego cielska dziewczyny towarzyszył głuchy trzask, tak jakby jedna z dębowych desek właśnie pękła. Sama dziewczyna wydała przeciągły dźwięk, oznajmiający jakiego bólu doznała tym upadkiem. Oczywiście i w tym momencie nie szczędziła sobie chwili na odpoczynek.

Po kilku minutach bezczynnego leżenia wstała powoli i lekko się chwiejąc, podeszła do szafy. Zanim ją otworzyła, spojrzała jeszcze w lustro, które wisiało na prawych drzwiach. W odbiciu ukazała się ni to wysoka ni to niska dziewczyna z włosami w odcieniu gorzkiej czekolady, wyglądającymi w tej chwili jak gniazdo dla ptaków. Na bladej skórze, pod szaro-niebieskimi oczami malowały się bardzo widoczne sińce powstałe prawdopodobnie przez to, że jak zwykle, zamiast spać, siedziała na telefonie i wymieniała wiadomości z przyjaciółmi, w tym samym czasie słuchając muzyki. Niemałe usta, średniej wielkości nos, trochę za bardzo odstające uszy i bardzo gęste rzęsy, w tej chwili choć trochę ratowały jej marny wygląd spowodowany dużym zmęczeniem. Postura ciała była idealnie w normie, jednak świadomość Dalii za często podpowiadała, że posiada trochę za dużo zbędnych kilogramów, przez co dziewczyna starała się to zmienić, mimo ogólnego braku potrzeby.

W końcu odwróciła swój zmęczony wzrok i złapała za rączki od drzwiczek. W tym samym momencie, w którym szafa stała otworem, na Dalię spadła lawina składająca się z nieposkładanych, byle jak wrzuconych różnych części garderoby. To jest kolejny powód do tego, aby rodzice i przyjaciele nazywali ją leniwą i bałaganiarską. Dziewczyna jednak zawsze mówiła, że po co miałaby je składać, jak i tak później nie będzie tego robić i znowu będzie wyglądać to tak samo.

W odmętach mebla odnalazła ostatnie, jeszcze poskładane ubrania z ostatniego przymusowego sprzątania. Ze stojącej obok komody zabrała czystą bieliznę i czarne wysokie skarpety. Z ciuchami w rękach skierowała się w stronę łazienki, ziewając co chwilę. W pomieszczeniu wzięła szybki, orzeźwiający prysznic. Po dokładnym wytarciu ciała ręcznikiem, założyła wcześniej zabrany komplet ubrań, składający się z krótkich ciemnoszarych, dresowych spodenek, czarnej, o wiele za dużej, bluzki i wysokich czarnych skarpet, nie zapominając oczywiście o bieliźnie.

Spróbowała też ujarzmić swoje włosy i związać je w wysoki kucyk. Walczyła z nimi długo, aż za długo. Ręce powoli zaczynały ją boleć, przez ciągłą walkę, którą wygrywały niestety włosy. W pewnej chwili między kudłami utknęła jej szczotka, niemająca najmniejszego zamiaru dać się uwolnić. Dopiero gdy wyrwała ze sobą sporą ilość włosów, spadła na kafelki obijając się o nie głośno. Niewzruszona nastolatka rzuciła niezbyt przyjazne spojrzenie w stronę przedmiotu, w myślach oskarżając go o śmierć wielu biednych kłaczków. Jeszcze zanim podniosła szczotkę z podłogi, pokazała jej środkowy palec na odchodne. W końcu, po długich staraniach, już bez tego morderczego przedmiotu, udało się jej zrobić fryzurę, która i tak nie wyglądała najlepiej, a po paru sekundach była już tylko marnym wspomnieniem.

Oparła się ramionami o krawędź umywalki. Miała w tej chwili ochotę złapać za nożyczki i ściąć sobie włosy na chłopaka. Była już blisko zrealizowania tego pomysłu, w jej rękach spoczywały nożyce z lśniącymi ostrzami, lecz spod drzwi łazienki wydobywało się drapanie i ciche szczekanie. To skutecznie oderwało dziewczynę od czynu, którego w późniejszym czasie mocno by żałowała. Położyła nożyczki z powrotem na szafkę i otworzyła drzwi. Do pomieszczenia z prędkością światła wskoczył dużych rozmiarów pies. Zaczął kręcić się wokół nóg swojej pani, skamląc i podgryzając jej łydki.

— Delta! Przestań! Zaraz się przez ciebie przewrócę! — pies rasy husky nawet nie zwracał uwagi na Dalię i nie miał najmniejszego zamiaru zaprzestać wykonywanych przez niego czynności.

Dalia, widząc zachowanie jej psa, westchnęła cierpiętniczo i ruszyła do kuchni uważając, aby się nie przewrócić. Delta zadowolona, że jej działania nie poszły na marne i udało się jej przekonać swoją panią do działania, grzecznie podreptała tuż za nią, starając się już tym razem nie wchodzić jej w drogę.

Schodząc po schodach, dziewczyna o mało co z nich nie zjechała, a przyczyną tego niezaistniałego incydentu była duża, piszcząca kość, należąca oczywiście do jej ukochanego pupila. Spojrzała na psinę spod półprzymkniętych powiek, chcąc ukazać tym swoje niezadowolenie. Otrzepała z siebie niewidzialne pyłki kurzu i ruszyła w dalszą drogę, starając się też uważać na kolejne możliwe przeszkody.

Przeszła obok sporej wielkości, odsłoniętego salonu, który aż oślepiał ją czystością. W porównaniu z jej pokojem, nazwanym przez rodziców jako jaskinią skrzata brudasa, to normalnie niebo i piekło. Mama cały czas posiadała, chociaż odrobinę nadziei, że w końcu coś ją ruszy i sprzątnie ten brud, chociaż nie było to wiadome czy ta odrobinka jeszcze istniała, ponieważ ostatnim razem Dalia stwierdziła, że nie będzie tego sprzątać, bo jej kolonia bakterii tego nie przetrwa, tak samo, jak jej kanapka z pierwszej klasy podstawówki, która podobno zaczęła już egzystować. Nie pomagały żadne tłumaczenia, że dziewczynie tak nie wolno, pytania, gdzie zaprosi przyjaciół i znajomych. Nawet nie udało się skonfiskować jej telefonu, ponieważ gdy pani Dallas podchodziła do nastolatki, ta rzuciła smartfon na podłogę, a on zniknął gdzieś między starą pizzą (która za niedługo także wyhoduje własny mózg), a stertą składającą się z brudnych kocy i ubrań.

Pewnie, gdyby Dalia nie była Dalią, obrzydziłoby ją do tego stopnia, że nie weszłaby do kuchni nawet jedną stopą, natomiast będąc normalną sobą, weszła na luzie do jej ulubionego pomieszczenia w domu zaraz po jaskini, by zaraz na progu wpaść na Deltę, trzymającą miskę w pysku.

— Ty chyba jesteś ze mną jedynie dlatego, że Cię karmię — stwierdziła, wsypując psią karmę do obślinionej przez psiaka miski.

Husky momentalnie ruszył w stronę jedzenia, gdy dziewczyna odsunęła się, chcąc schować pozostałości pokarmu do szafki. Wiedząc, że teraz trochę minie, za nim będzie znowu czegoś od niej potrzebować, z kuchni przeniosła się do salonu, a dokładniej na kanapę, czyli już trzecie ulubione miejsce w tym domostwie. Po drodze zabrała jeszcze gazowaną wodę z lodówki.

W trakcie szukania idealnej pozycji, w której mogłaby z przyjemnością spędzać czas przed telewizorem, usłyszała dźwięki jednej z jej ulubionych piosenek, którą akurat ustawiła sobie na dzwonek od przychodzących połączeń. Dalia starała się go ignorować, jednak zaczął robić się coraz bardziej wkurzający tak samo, jak poranny budzik. W końcu wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, przez który oznajmiła, jak bardzo nie chciało jej się wstać i miała dość zawracania jej dolnych partii pleców.

— A mogłam włączyć tryb samolotowy — mruknęła cicho pod nosem, jednak momentalnie zamarła przypominając sobie jeden ważny szczegół. — O nie, nie, nie, to może być mama!

Jak na zawołanie ruszyła biegiem, mało co nie zabijając się na schodach. Do pokoju wpadła niczym burza. Nie mogąc zlokalizować źródła dźwięku wzrokiem, rzuciła się na podłogę, rozrzucając cały znajdujący się tam śmietnik na prawo i lewo. Dotarła nawet do wcześniej wspomnianej kanapki i miała małe wrażenie, że ta do niej mrugnęła. Odrzuciła ją do tyłu i wróciła do wcześniejszych poszukiwań. Wreszcie zauważyła smartfon bezpiecznie leżący pod łóżkiem. Ponownie w tym samym miejscu, lecz tym razem okrywała go skarpetka w jednorożce, która zapewne zgubiła swoją parę.

Szatynka położyła się plackiem na połowicznie oczyszczonej podłodze, a gdy spojrzała na wyświetlacz, miała wrażenie, że coś ją trafi. Odrzuciła połączenie przychodzące od znajomej z klasy i jak najszybciej zablokowała kontakt, za nim koleżanka zadzwoniła po raz kolejny. Spojrzała też na nowe wiadomości. Teraz było już wiadome, dlaczego dziewczyna tak bardzo chciała się do niej dodzwonić. Dostała zaproszenie na kolejną imprezę organizowaną w tym tygodniu, a dopiero co dwa dni temu opuścili szkolne mury. Dodatkowo miała zabrać ze sobą gitarę, na której nijak potrafiła grać, więc pewnie rolę grajka miał przejąć ktoś inny.

— No chyba nie — prychnęła i odrzuciła telefon, zaraz też wstała i rozejrzała się, odczuwając lekki wstręt. — Dobra, jednak MUSZĘ tutaj posprzątać, bo poszło to za daleko — stwierdziła, wspominając coś, co do niedawna było jeszcze kanapką. — Chyba nie umrę od tego, a przynajmniej mama będzie po części zadowolona. A kolonia za jakiś czas powstanie na nowo.

Wyszła na chwilę z pokoju, aby wrócić po kilku sekundach z workiem na śmieci założonym jako ochronę na ubrania i drugim w dłoni. Na wszelki wypadek założyła też długie, żółte rękawice.

— A zacznę od tego — zabrała do ręki karton z niedojedzoną pizzą i ruszyła na poszukiwania krwiożerczej kanapki.

❋❋❋❋❋

Po trzech godzinach męki w pomieszczeniu było już pięknie i czysto. W końcu było widać całą podłogę i znajdujący się na niej mięciutki dywan. Dalia zapobiegła też kolejnym lawinom z ubrań. Jedynym problemem było to, że nie mogła odnaleźć prawdopodobnie żyjącej kanapki, co stawało się z lekka przerażające.

Już miała rozłożyć się na łóżku i pomyśleć gdzie mogła ją przypadkowo wrzucić, gdy w tej samej chwili usłyszała, jak ktoś dobija się do drzwi.

— Kogo tutaj niesie? Wątpię, żeby był to ktoś do mnie, a rodziców przecież nie ma — mamrotała sama do siebie.

Rodzice nastolatki często wyjeżdżali. Czy to wyjazdy służbowe, chwilowe wakacje lub różne zjazdy rodzinne, na które przeważnie z nimi nie jeździła, bo tego nie chciała.

Zbiegła po schodach, starając się uważać. Podeszła do drzwi i wyjrzała przez wizjer. Pod domem stała zniecierpliwiona Karolina. Dallas na jej widok miała ochotę przywalić sobie w twarz z otwartej dłoni. Kompletnie o niej zapomniała. Nie wiedząc, jak ma zareagować, otworzyła szeroko drzwi, uśmiechając się głupio.

— Cześć, siema! Lecimy na zakupy! I nie przyjmuję odmowy — powiedziała Karolina, wchodząc do domu. — No, na co czekasz? Jazda po najpotrzebniejsze rzeczy i lecimy! No już, czasu nie mamy!

— Czekaj! Wytłumacz mi najpierw, po co! — krzyknęła zdezorientowana w stronę przyjaciółki.

— No jak to po co?! Dzisiaj jest impreza! I na pewno zostałaś zaproszona, tylko to zignorowałaś, ale tym razem nie pozwolę na to, abyś ją opuściła — Karolina lekko zirytowana zaczęła pchać dziewczynę na schody. — No dalej! Nie mamy czasu!

Dalia mamrotała pod nosem różne bluźnierstwa mające okazywać niezadowolenie z całej tej sytuacji. Poszła w całkowicie odwrotną stronę niż jej pokój, na co Karolina zareagowała szybkim złapaniem jej ręki.

— Co ty jeszcze chcesz ode mnie? Idę po worek, tam mam wszystko, co jest mi potrzebne — dziewczyna miała już ewidentnie dość swojej przyjaciółki, która patrzyła się na nią nieprzychylnym wzrokiem. — To spojrzenie ci w niczym nie pomoże, nie przebiorę się, dobrze mi w tym, w czym jestem.

Odwracając się zdążyła jeszcze zauważyć, jak jasnowłosa przewraca oczami. Sama miała ochotę zrobić to samo. I wyrzucić ją z domu. I nie iść na imprezę, ale nie mogła. Gdy jej długowłosa przyjaciółka nakręciła się na zakupy oraz imprezy, nie miała już żadnej możliwości odwrotu, bo dziewczyna i tak postawiłaby na swoim. Dalia do tej pory pamiętała jeden moment, kiedy nawet nie otworzyła jej drzwi, a już po chwili tego pożałowała. Doras na znak protestu stała przez okrągłą godzinę pod jej oknem. Dzwoniła, krzyczała, a nawet w pewnej chwili zaczęła rzucać kamieniami. Wtedy Dalia otworzyła okno z zamiarem wykrzyczenia jej głupoty, ale znokautował ją kamyk lecący z zawrotną siłą. Trafił prosto w środek czoła nastolatki. Do teraz czuła ten palący ból.

— Kurna, Dalia! Dalej! Bo pójdę bez ciebie — na to stwierdzenie, jasnooka wychyliła się zza ściany z wesołym uśmiechem, ale natychmiast została złapana za dłoń i wyciągnięta z domu. — Jesteś taka przewidywalna.

— Co ty wyprawiasz?! Nie mam butów i muszę zakluczyć dom! — syknęła wkurzona na swoją przyjaciółkę.

Jak na zawołanie Karolina rzuciła w jej stronę parę czarnych trampek i zajęła się zamykaniem domu. Dalia miała ochotę na mały bunt, jednak wiedziała już, że i tak by to nic nie dało, więc potulnie założyła obuwie i się wyprostowała. Wyrwała klucze z rąk przyjaciółki i ignorując ją ruszyła w stronę przystanku autobusowego. Minusem mieszkania na peryferiach miasta, było to, że wszędzie trzeba było dojeżdżać jeśli nie miało się czasu ani ochoty na dłuższy spacerek. Szatynka całą drogę do centrum miasta, przejechała bez wymówienia choćby jednego głupiego słowa. Za to Karol, będąc jej przeciwieństwem, nadawała przez cały czas, nie zważając na tak zwanego focha swojej przyjaciółki. Nie przestała nawet w budynku galerii, co denerwowało jeszcze bardziej Dalię. Ledwo powstrzymywała się przed wyrzuceniem złych emocji.

—O spójrz! Musimy tu wejść! — zanim się obejrzała, została wciągnięta do pierwszego ze sklepów.

Już po paru sekundach Karolina zniknęła z jej oczu. Dalia czuła się nieswojo, nie lubiła chodzić na zakupy, a tym bardziej zostawać na nich sama. Miała ochotę wrócić już do domu, chociaż nie spędziła w tym miejscu nawet dziesięciu minut. Postanowiła jednak pokręcić się po sklepie, może akurat coś przypadłoby jej do gustu.

Gdy stała przy wieszakach z bluzami, przed oczami mignęła jej sylwetka Karoliny z górą ubrań w dłoniach.

— Jestem ciekawa, co na to powiedzą jej rodzice — parsknęła, przypominając sobie jedną z takich awantur o nowe ciuchy.

❋❋❋❋❋

Minęły prawie dwie godziny, teraz to już szatynka miała serdecznie dość dzisiejszego dnia, a jeszcze musiała iść na tę przeklętą imprezę. Aktualnie siedziała w kawiarni i planowała ucieczkę. Tylko problemem była Karol, która teraz nie odstępowała jej ani na krok. Zbyt dobrze znała swoją przyjaciółkę.

— Wiesz co? Kupiłam dzisiaj tyle sukienek, że będę mieć teraz problem z wyborem — Karolina podrapała się po karku w akcie zdenerwowania.

— To po co tyle tego kupiłaś? Wydałaś tylko niepotrzebnie kasę — mruknęła Dallas. — Bierz przykład ze mnie, zakupiłam jedynie uroczą bluzę i kilka par skarpetek.

— Ty tam się nie odzywaj, prawie nie zwracasz uwagi na to, jak wyglądasz — warknęła zła blondynka.

— Czy ty czasem nie przesadzasz? Ja po prostu mam gdzieś modę i ubieram się tak, aby było mi wygodnie.

Przez chwilę obie z dziewczyn patrzyły na siebie złym wzrokiem.

Dobra! Koniec! Wracamy do domu, musimy się szykować — i w tym momencie wróciła ta entuzjastyczna wersja Karoliny.

Po raz kolejny tego dnia, Dalia została wyciągnięta siłą. Z szybkiego kroku musiała przenieść się na bieg. Powoli nie nadążała za Karoliną, a ona coraz bardziej przyśpieszała.

— Weź stój! Nogi mi zaraz odpadną! — krzyki nastolatki rozchodziły się po okolicy. — Karolina, czy ty mnie słyszysz?! Mam dość!

— Zamknij japę! Mamy mało czasu! — wydarła się jeszcze głośniej długowłosa.

— To po co idziemy, jak mamy autobus! Teraz to ty robisz sobie sama problemy!

— Po raz kolejny mówię, zamknij papę! A poza tym jesteśmy już pod twoim domem, więc szybko wyciągaj klucz i wchodzimy! — dziewczyna przeskakiwała z nogi na nogę.

— Chyba ja wchodzę, a ty wracasz do siebie — powiedziała Dalia, za co w odpowiedzi dostała głośne prychnięcie.

Od kluczyła drzwi i zaraz po tym, jak weszła do domu, zamknęła je szybko przed nosem mocno wkurwionej Karoliny. Zza drzwi dochodziły różne dźwięki, krzyki i wyzwiska kierowane w stronę rozbawionej Dallas.

— Dobra jak chcesz, ale pamiętaj, gdy będę tu dokładnie za trzy godziny, masz stać gotowa pod domem, inaczej znowu wybiję ci okno i będę mieć gdzieś zdanie twoje i twoich rodziców, kumasz? — wysyczała, rozjuszona do granic możliwości Karolina.

Stała tak jeszcze kilka sekund, po czym odeszła uprzednio kopiąc w drzwi. Dalia miała już naprawdę dość własnej przyjaciółki. Westchnęła, będąc jednocześnie zirytowaną i rozbawioną jej zachowaniem. Do czasu rozpoczęcia imprezy miała jeszcze dokładnie trzy godziny. Wiedziała, że w ciągu tego czasu musi wypuścić psa lub wyjść z nim na spacer. Tylko, która opcja była lepsza. Pierwsza była wygodniejsza, jednak Delta się nie wybiega. Przy spacerze minąłby przynajmniej czas, ale Dalii nie chce się znowu wychodzić z domu. Dalej stojąc w przejściu, szukała kolejnych za i przeciw. Z tego stanu obudziła ją dopiero szczekająca Delta. Dziewczyna pokręciła głową i ruszyła w stronę salonu, z którego wydobywały się psie dźwięki. Psina stała pod ogromnymi, szklanymi drzwiami, prowadzącymi na taras i wpatrywała się w rozłożyste drzewa stojące na końcu przydomowego ogrodu.

Dalia wypuściła ją, tym samym pozbywając się problemu z wyborem. Wpatrując się w psa zajętego zabawą z kotem sąsiadów, postanowiła, że sama też pójdzie się przewietrzyć. Zostawiła otwarte drzwi i starannie omijając szerokim łukiem zwierzęta, kierowała się do metalowej, pomalowanej na biało huśtawki, stojącej między dwoma jabłoniami. Ułożyła się wygodnie na rozłożonym na niej kocu, twarzą w stronę ganiających się wzajemnie zwierzaków. Odczuwała już spore zmęczenie dzisiejszym dniem, przez co po niedługiej chwili jej powieki stały się ciężkie. Zasnęła, zapominając całkowicie o psie, imprezie i co gorsza, otwartym domu.

Spała spokojnie, bez jakiegokolwiek snu czy koszmaru. Nie zbudziło ją nawet dziwne szeleszczenie nad głową, czego po chwili dość boleśnie pożałowała. Z drzewa zaczęło spadać, z zawrotną prędkością jabłko, które zakończyło swoją krótką podróż na policzku Dallas. Ta natomiast z powodu przerażenia tym nagłym atakiem, zleciała z huśtawki. Zdezorientowana całą tą sytuacją, jedną dłonią zakryła czerwony policzek, a drugą złapała sprawcę tego całego zamieszania. Spoglądała raz na jabłko, raz na drzewo, nie dowierzając w siły natury. Dalej trzymając ten przeklęty owoc w dłoni, wstała i miała zamiar wrócić na ogrodowy mebel, jednak powstrzymało ją przed tym kolejne mocne uderzenie. Z jej ust wyrwał się krótki, głośny okrzyk bólu. Momentalnie wypuściła jabłko z dłoni i pokierowała ją na plecy. Zaalarmowana Delta przybiegła do jęczącej z bólu pani i polizała ją po kolanie. Dalia nie zwróciła na nią uwagi i jedynie odwróciła się w stronę drzewa. Była totalnie zagubiona. To nie było normalne, ponieważ owoce nie osiągają aż takiej prędkości przy spadaniu, ani nie lecą po krzywej. Kolejnym problemem, było to, że Delta ewidentnie nikogo nie wyczuła, więc ta sytuacja stała się jedną wielką niewiadomą.

Nie chcąc narazić się na kolejny atak, ruszyła w stronę otwartych drzwi tarasowych. Była pewna, że zostaną po tym ślady na dłuższy czas. Wkroczyła do salonu i spojrzała w stronę półki, na której stał telewizor, dekoder i elektroniczny zegarek, który pokazywał godzinę osiemnastą trzydzieści dwa. Jak gdyby nigdy nic, odeszła kilka kroków dalej, po czym się zatrzymała. Przetworzyła jeszcze raz to, co zobaczyła przed chwilą.

— Czyli jeśli teraz się nie ogarnę, to jestem w dupie tak? — zapytała sama siebie, po czym już bez żadnych oznak spokoju, jak burza wpadła do swojej jaskini, przewracając po drodze stolik z wazonem i telefonem stacjonarnym.

Otworzyła szafę i rozpoczęła poszukiwania, których skutkiem było wyrzucenie większości ubrań na podłogę. W końcu znalazła czarne jeansy z dziurami i przetarciami oraz przylegającą, czarną bluzkę z krótkim rękawem. Dodatkowo z szuflady wygrzebała pasek i skarpetki. Chciała zobaczyć na telefonie, ile zostało jej jeszcze czasu, ale dopiero po chwili zrozumiała, że został na dole razem z zakupami. Zdesperowana pootwierała wszystkie szuflady, chcąc znaleźć jakiś działający zegarek i przy okazji jakieś bransoletki. Na szczęście nie miała takiego problemu z naszyjnikiem, ponieważ wisiał on już na jej szyi, praktycznie go nie zdejmowała, tak samo, jak czarnych kolczyków „ślimaczków”.

Zakładając ostatnią bransoletkę, usłyszała dzwonek i walenie w drzwi.

— CHOLERA, NIE WYBIJAJ MI OKIEN, JUŻ IDĘ! — w jej wymowie było ewidentnie za dużo przekleństw.

Zbiegła prędko po schodach i otworzyła drewnianą powłokę. Za nim Karolinie udało się ją uderzyć, w porę zwiała do salonu w celu zamknięcia drzwi od tarasu, następnie ponownie stanęła obok przyjaciółki i schyliła się, aby założyć buty.

Co ty masz na policzku dzbanie? — chciała dotknąć obolałego miejsca, jednak w porę cofnęła dłoń, zauważając karcący wzrok przyjaciółki. — Zaraz przyniosę ci plaster i maść, a ty w tym czasie rozczesz sobie włosy.

Karolina przebywała na tyle często w domu swojej bliskiej przyjaciółki, że wiedziała dokładnie co i gdzie jest przechowywane. Znała nawet miejsce tajnej skrytki z przekąskami, w której były głównie słodycze. Dalia nie jadała ich tak dużo, ponieważ uważała, że jest gruba (w sumie myślała jak większość nastolatek w jej wieku, nie ma co się dziwić), więc przeważnie to wszystko zjadała Doras, która miała to gdzieś, bo i tak nie przytyłaby.

Wchodząc do kuchni, o mało nie przewróciła się o rozwaloną na podłodze Deltę. Przeklęła cicho i podeszła bliżej wiszących szafek kuchennych. Pogrzebała tam trochę i wyciągnęła prawdopodobnie ostatni z plastrów z opatrunkiem. Sięgnęła jeszcze raz i wyciągnęła żel mający pomóc uśmierzyć ból. Z zadowoloną miną skierowała się w drogę powrotną, tym razem uważając na przeszkodę w postaci zwierzaka.

— Teraz proszę o wyjaśnienia — gdy Dalia spojrzała się na nią z pytającym wyrazem twarzy, dotknęła policzka.

— Aaaa, ten, no wiesz — mruknęła szatynka, mając ochotę zakopać się pod ziemię. — Tak jakby zaatakowały mnie jabłka. Nie tylko w policzek, ale też i plecy — Karolina wybałuszyła oczy, po czym ryknęła śmiechem.

Minęło kilka minut za nim udało się jej uspokoić nagły atak głupawki. Podeszła bliżej Dalii, posmarowała jej policzek żelem.

— A czy my czasem nie miałyśmy się spieszyć? Impreza pewnie już trwa — wymamrotała zawstydzona.

— Lepiej przyjść późno niż wcale — zachichotała Karol, przyklejając plaster. — No i skończone — wesoło klepnęła Dalię w zaklejony policzek, za co w odwecie dostała siarczystego kopniaka w łydkę. — Powinnaś zabrać sobie jeszcze bluzę na wszelki wypadek.

– Nie dzięki, mamy lato, a na dworze jest ciepło – niezadowolona i jednocześnie zawstydzona Dalia, zgarnęła z szafki na buty smartfon i klucze, po czym szybkim krokiem wyszła z domu.

Zakluczyła drzwi, po tym jak z budynku mieszkalnego wyszła Karolina i odeszła nie czekając na nią. Była „lekko” zła z powodu, że ją wyśmiała. W sumie, gdyby ona usłyszała tak samo absurdalny powód, to zrobiła by to samo. Jedynie w sytuacji Dalii był taki problem, że to nie było ani trochę normalne. Nie współgrało z prawami fizyki poznanymi w szkole, przez co robiło się coraz dziwniej. Całą drogę do miejsca imprezy dręczyła ją ta sytuacja. Przez to nawet nie słyszała wypowiedzi Karoliny kierowanych do jej osoby. Z takiego stanu wybudziła się dopiero przy wejściu na posesję znajomej z klasy, która organizowała crazy party. Ściany budynku ledwo zagłuszały głośną muzykę.

— No witam! Już myślałam, że nie przyjdziecie! A w szczególności ty, Dalia! Szkoda, że nie zabrałaś gitary, byłaby świetna zabawa! No dalej, wchodźcie, wchodźcie! — Marysia była jedną z tych osób, która zakłada różne maski, by każdy ją lubił, a tylko Dalia jakoś przez to nie była do niej przekonana.

Już od samego progu zdążyła zirytować ją swoim ciągłym gadaniem od rzeczy, przez co ciemnowłosa patrzyła na nią krzywym wzrokiem przepełnionym nienawiścią. Oczywiście, gdy zauważyła to Karolina, dostała mocno łokciem po żebrach. Przez nagły atak zgięła się lekko w pół i tym sposobem została w tyle. Karolina odeszła razem z Marią, dzięki czemu Dalia została sama, z zerową pewnością siebie i brakiem planu na przeżycie dzisiejszego wieczoru. Postanowiła jednak wejść do sporej wielkości salonu. Ilość znajdujących się tutaj ludzi przerażała ją. Większość z nich tańczyła dosłownie na sobie. Odszukała bezpieczne miejsce schowane w kącie pokoju, na zapewne przytulnej pufie stojącej zaraz obok stolika z przekąskami. Rozsiadła się tam, mając sporą nadzieję, że to wszystko skończy się tak jak zawsze, czyli nikt nie zaprosi jej do tańca i spokojnie przeczeka to wszystko do końca imprezy. Zapewne i tak postara się wyjść wcześniej, tak jak robiła to przeważnie na innych tego typu zabawach.

Nie mając nic innego do roboty, postanowiła troszkę poobserwować sobie ludzi, jak taki stalker. Niedaleko niej, razem z chyba swoją przyjaciółką, tańczyła nawet ładna blondwłosa dziewczyna, tylko jej strój był dla Dalii strasznie odpychający. Czarna mini, przylegający biały crop top, plus wysokie, jakieś 20-centymetrowe czółenka. Szatynka, wyobrażając siebie w takim ubiorze, o mało się nie porzygała. Za dużo to wszystko odsłaniało, a takie szpilki to narzędzie zbrodni.

Chcąc jak najszybciej odciąć się od tych myśli, przeniosła swój wzrok na inną część pomieszczenia. Natrafiła akurat na jednego z chłopaków z jej klasy. Był to chyba Bartek mocno podpity jakimś alkoholowym trunkiem, który prawdopodobnie trzymał w dłoni. Wymachiwał nim na prawo i lewo, przez co miała wrażenie, że zaraz mu wypadnie i rozbije się na ziemi lub spadnie na którąś z osób, z którymi próbował się dogadać. Trochę ją to zaciekawiło, ponieważ nigdzie po drodze nie zauważyła stolika z alkoholem, a do jej głowy samo nasuwało się pytanie, skąd siedemnastoletnia Marysia zgarnęła kasę na takie ilości alkoholu i kto był taki głupi, by jej to kupić.

Po chwili na linię jej spojrzenia nasunęła się grupka roześmianych nastolatek, a dokładniej była to Karolina, Marysia i jej paczka. Dalia nie była zła na swoją przyjaciółkę, a można powiedzieć, że była nawet jej wdzięczna za to, że zostawiła ją samą, w świętym spokoju. Cieszyło ją też to, że nie usłyszała od niej żadnych pytań dotyczących przedziwnego zdarzenia z jabłkami, które odgrywały tam główną rolę. Nie chcąc przerywać jej świetnej zabawy, jak najbardziej wcisnęła się w kąt tak, aby przyjaciółka jej nie zdołała jej zauważyć. Dodatkowo zgarnęła paczkę chipsów ze stolika i zakryła sobie nią twarz.

W tym samym czasie Karolina rozglądała się w poszukiwaniu swojej przyjaciółki. Strasznie się o nią martwiła, zostawiła ją samą już po wejściu, przez co czuła się niesamowicie źle, z powodu własnego zachowania. Dalia była dla niej jak siostra, której nie miała, ale zawsze o niej marzyła. Była bardzo zakręconą i najbardziej optymistyczną osobą, którą poznała i od razu polubiła. Trochę jak taka miłość od pierwszego wejrzenia, tylko tu mówimy o przyjaźni. Jej wzrok przykuła osoba siedząca na pufie w rogu pokoju. Wytężając bardziej wzrok, zrozumiała, że jest to jej zdurniała przyjaciółka. Ewidentnie nie chciała, aby ją dostrzegła, jednak kto by nie zauważył laski chowającej się za ogromną paką chipsów? Już miała zamiar do niej podejść i wygarnąć jej głupie zachowanie, jednak została od tego skutecznie odciągnięta przez organizatorkę imprezy.

Dalia obserwowała mini grupkę, dopóki nie zniknęła między innymi ludźmi, a gdy to już się stało, odetchnęła z ulgą i odłożyła lekko wygniecioną paczkę pokrojonych i usmażonych ziemniaków o smaku paprykowym. Mogła już przynajmniej spokojnie wrócić do stalkowania poszczególnych osób, jednak już po krótkiej chwili poczuła, jak jej bluzka staje się mokra i zaczyna lepić się jeszcze bardziej do ciała. Ciecz, która zapewne była napojem wysokoprocentowym, znalazła miejsce także na twarzy i spodniach dziewczyny. Ostry zapach alkoholu nieprzyjemnie drażnił jej nos. Wydała z siebie cichy pomruk wyrażający jej niezadowolenie. Na szczęście nikt inny nie zauważył tego incydentu, nawet sama sprawczyni, nie przejęła się tym, że jej kubek opróżnił się w zawrotnym tempie.

Szatynka wstała z wcześniej okupywanej pufy i ruszyła w stronę wyjścia. Przeciskając się między imprezowiczami, ograniczała jakikolwiek dotyk do minimum. Nie miała ochoty odsłuchiwać pretensji, gdyby kogoś przypadkowo pomoczyła.

Opuściła dom, bez pozostawienia choćby najmniejszej wiadomości dla swojej przyjaciółki. Po pierwsze, telefon wyzionął resztki baterii jakieś pół godziny temu. Po drugie nawet nie starała się jej szukać, nie miała na to najmniejszej ochoty. Jedyne czego pragnęła, to szybki powrót do domu, przebranie tych cuchnących alkoholem ciuchów na wygodne dresy i to na co najbardziej czekała, czyli zakopanie się w przyjemniej pościeli. Myśląc o tym, co na nią czeka, uciekała od nieprzyjemnego zimna, które zaczęło jej doskwierać zaraz od razu po wyjściu na dwór.

A mogła zabrać tę pieprzoną bluzę.

❋❋❋❋❋

Rozdział 1❋ został sprawdzony przez @KupMiPizze ❋

❋ Całą książkę dedykuję osobom, które doskonale o tym wiedzą, wspierają mnie w jej pisaniu oraz pomagają mi w niej, bym w przyszłości mogła coś osiągnąć. Wiedzcie, że to dzięki wam ona się tutaj znalazła, że wam bardzo dziękuję za wsparcie i pomoc oraz że was wielbię z całego serducha! ❋

Autor MrsOmbre
Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 253
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!