Księga Mroku

– Wierzysz w to, że smoki nadal istnieją? – zapytała Ena, układając pranie.

Jej zniszczone pracą dłonie lekko drżały, gdy ocierała pot z bladego czoła, na którym pojawiły się pierwsze zmarszczki.

– Powinnaś odpocząć. Ja dokończę resztę. – uśmiechnęłam się, podając jej kubek zimnej wody.Dokończyłam układać pranie, po czym wzięłam wiklinowy, okrągły kosz i zaniosłam go do kuchni. – nie wiem, czy istnieją, czy już dawno wymarły, jednak prawda jest taka, że od wielu lat ich nie widziano.

– Masz rację. Możliwe, że zapomniały dawno o tej Krainie, w której przyszły na świat i której były przez wieki strażnikami. Słyszałam, że gdy odszedł ostatni Smoczy Władca, smoki także zniknęły. Niektórzy mówią, że oczekują narodzin kolejnego Smoczego Dziedzica, a gdy to się stanie, powrócą, obracając w pył ciemiężców niszczących ich dom.

– Naprawdę w to wierzysz? – spojrzałam na nią, wychodząc z kuchni.

Ma około czterdziestu lat. Na jej bladej cerze pojawiły się pierwsze zmarszczki mimiczne w okolicy czoła oraz oczu, były szczególnie widoczne, kiedy się uśmiechała. Jej powieki zaczęły lekko opadać i gdy bardziej się przyjrzałam, mogłam dostrzec słabo widoczne cienie pod oczami.

Ena jest kobietą średniego wzrostu o szczupłej i delikatnej sylwetce, pociągłej twarzy z niskim czołem oraz małym nosem. Ma szeroko rozstawione, duże oczy przypominające swym kolorem bezchmurne niebo. Parę lat wstecz, gdy byłam mała, uwielbiałam patrzeć i podziwiać ich intensywny kolor, który niestety teraz nieco przygasł.

Spojrzenie kobiety najczęściej było ciepłe i sprawiało, że czuło się bijącą od niej dobroć, która napawała człowieka optymizmem i niejednokrotnie chęcią, do dalszej pracy. Zawsze potrafiła dodać otuchy drugiej osobie.

Jednak ciężar lat, które dźwigała na swych barkach, odcisnął na niej nieodwracalne piętno.

Lekko siwe włosy sięgające do ramion, nosiła starannie upięte pod trójkątną, granatową chustą, którą starała się zasłonić ich coraz bardziej biały kolor.

Dawniej, kiedy byłam młodsza, włosy Eny swym kolorem przypominały bursztyn, były jasnobrązowe, a gdy padły na nie promienie słońca wyglądały niczym czyste złoto. Wspomnienia wróciły, wywołując u mnie lekką nostalgię.

– Nie ma znaczenia czy ja w to wierzę. Jestem tylko pojedynczą, nic nieznaczącą w tych czasach osobą, która niedługo i tak odejdzie. Ważniejsze pytanie jest takie, czy ty w to wierzysz. – Głos Eny był ciepły i uspokajający.

– Smoki pozostają, tylko zamierzchłą legendą, o której mało kto pamięta w tych czasach. Ludzie mają ważniejsze sprawy na głowie niż snucie myśli o tak niedorzecznych rzeczach. Król znów podniósł podatki, na ulicach ludzie umierają z głodu, a dzieci ryzykują własnym życiem, żeby zdobyć jedzenie. Mamy i tak dużo szczęścia, że wciąż możemy sobie pozwolić na dobry posiłek. – przerwałam, patrząc na smutny wyraz twarzy kobiety.

Poczułam lekkie ukłucie w sercu, ukłucie bólu, na który nie miałam żadnego wpływu. Podeszłam do siedzącej, na niewielkim taborecie Eny i mocno objęłam kobietę, wtulając twarz w jej włosy. Uwielbiałam zapach jaśminu, którym pachniały. Serce zabiło mi mocniej, na samą myśl o tym, że może kiedyś odejść i już więcej jej nie zobaczę.

Następnego dnia wstałam skoro świt i przygotowałam śniadanie. Było dość skromne. Na drewniane talerze nałożyłam gotowany, ciemny ryż, do którego podałam ugotowane kłącza i bulwy jadalnych roślin, które zebrałam, wracając po pracy z zamku. Do picia dałam wodę ze źródła z odrobiną świetlinki – ziela rosnącego dziko na skałach, które wykazywało właściwości podnoszące odporność.

Dom, w którym mieszkałam wspólnie z Eną, nie był duży. Znajdował się niedaleko Zakazanego Lasu, tuż przy Solnych Bagniskach. Miał dwa niewielkie pokoje, z czego jeden odgrywał rolę kuchni, a drugi sypialni. Była też niewielka izdebka, pełniąca funkcję toalety. Żadnych luksusów, jednak wystarczało nam to.

Cały budynek zbudowany był z drewnianych bali, a dach pokryto gęsto słomą. Pomieszczenia miały po jednym niedużym, kwadratowym oknie, wpuszczającym niewielką ilość światła, więc wewnątrz zazwyczaj panował półmrok. Toteż często w środku paliły się, ustawione na podstawkach świece, wykonane z pszczelego wosku. Podłoga w całym domu była zrobiona z sosnowych, ciosanych desek, które gdzieniegdzie były nieco nierówne. Trzeba było uważać, chodząc, aby nie przepaść.

W kuchni znajdował się duży, drewniany, pomalowany na biało kredens, wewnątrz którego trzymałyśmy talerze, sztućce i żeliwne garnki. Obok kredensu stał kaflowy piec, służący do przygotowywania ciepłych posiłków.

Sypialnia miała dwa zrobione z trzciny materace, leżące obok siebie pod ścianą. Był tam również niewielki stolik nocny, z ustawioną na nim lampą naftową.

Dookoła domu rosły piękne kwiaty i zioła, które wspólnie z Eną posadziłyśmy wiosną, więc miałam je zawsze pod ręką.
Cały budynek miał już swoje lata, zdarzało się, że w bardzo ulewne dni w niektórych miejsach dach przeciekał.

Nieco się zamyśliłam, wspominając spędzony tutaj czas. Z rozmyślań wyrwała mnie dopiero Ena, która właśnie weszła do kuchni.

– Widzę, że przygotowałaś śniadanie. Musiałaś wstać bardzo wcześnie, na dworze już się rozjaśniło. Mogłaś mnie zawołać, żebym ci pomogła.

– Nie opowiadaj głupot, tylko siadaj i jedz, póki nie wystygło. – zauważyłam, że Ena wygląda dzisiaj nieco lepiej.

Jej na ogół blada twarz, nabrała trochę kolorów, a na policzkach pojawiły się rumieńce, których tak dawno nie widziałam. Tylko oczy pozostają niezmienne. Kiedyś przypominały swym kolorem bezchmurne niebo, a teraz ich barwa wyblakła, przypominając siwe włosy kobiety.

– Mmm… pyszne! Jesteś naprawdę utalentowaną kucharką!

– Uczyłam się od najlepszych. – posłałam jej ciepły uśmiech i w ciszy dokończyłyśmy śniadanie.

Dzisiaj zapowiadał się naprawdę pracowity dzień, bo zbliżały się siedemnaste urodziny księcia Zena.

***

Biegłam co sił w nogach, żeby się nie spóźnić na codzienną odprawę. Ena miała dzisiaj wolne, więc musiałam radzić sobie sama. Ostatnimi czasy z jej zdrowiem było coraz gorzej, a nas nie było stać, żeby wezwać lekarza.

– Cholera! – powiedziałam zdenerwowana, widząc, że strażnicy sprawdzają każdą osobę wchodzącą do pałacu i wychodząca, więc przez to całe zamieszanie zebrał się spory tłum przed główną bramą.
– Z drogi! – krzyczałam, próbując się przecisnąć między zdenerwowanymi ludźmi, czekającymi na swoją kolej.

– A ty gdzie!? – Zapytał strażnik, łapiąc mnie mocno za ramię i szarpiąc do tyłu. Spojrzałam na niego wystraszona, mając jednocześnie wrażenie, że moje serce zaraz wyskoczy z piersi.

– Ja… ja… – zająknęłam się, czując niewyobrażalny ból, palący moją rękę, w miejscu, gdzie trzymał mężczyzna – ja tu pracuję! Jestem spóźniona, więc proszę mnie puścić! – powiedziałam zdenerwowana, chcąc wyrwać się z jego uścisku, co tylko poskutkowało tym, że jeszcze mocniej zacisnął dłoń.

– Pracujesz? Dobre sobie! Kto by chciał zatrudnić taką dziewkę jak ty w pałacu! – zdjęłam kaptur, odsłaniając twarz i spojrzałam mężczyźnie prosto w oczy.

Jego przerażona mina mówiła sama za siebie, że jestem dziwolągiem jakich mało. Moje nietypowe, intensywnie szmaragdowe oczy budziły lęk w ludziach, przez co uważano mnie za wybryk natury.

– Co z nią robimy? – Zapytał drugi strażnik stojący obok bramy. – Mamy ja wpuścić? Może lepiej nie ryzykować?

Coraz bardziej się denerwowałam, przez takie spóźnienie mogłam zostać wyrzucona, a wtedy pewno razem z Eną podzieliłybyśmy los większości mieszkańców Adamantii. Gdy już całkiem straciłam nadzieję, że mnie wpuszczą, przyszło niespodziewane wybawienie.

– Tu jesteś! – usłyszałam znajomy głos dobiegający z pałacowej bramy. – Ile mam na ciebie czekać!? – Gdy spojrzałam w kierunku, z którego dobiegał, zobaczyłam księcia Zena, idącego w moją stronę.

– Wasza książęca mość! – Obaj strażnicy pokłonili się nadchodzącemu Zenowi.

– Nie wiecie, że to moja osobista służka? Wszędzie cię szukałem!

Złapał mnie za rękę, przyciągając do siebie na tyle blisko, że mogłam poczuć jego oddech na policzku.

– Idziemy! A wy na przyszłość pamiętajcie, że macie ją bez niczego przepuścić!

– Tak jest wasza książęca mość!

Szliśmy jakieś pięć minut zamkowym dziedzińcem, po czym Zen skręcił w kierunku rozległego ogrodu, mieszczącego się na tyłach zamku.
Przez ten cały czas mocno ściskał moją dłoń, nie zważając na fakt, iż ktoś mógł nas zobaczyć.

Gdy weszliśmy na teren ogrodu, chłopak skierował się prosto do mieszczącego się nieopodal labiryntu, wykonanego z gęstego, starannie przyciętego żywopłotu. Skręcił w lewo, wchodząc za pierwszy zakręt, a potem znów w prawo. Kawałek szliśmy prosto, aż zatrzymał się i oparł zdyszany o żywopłot, otaczający nas z każdej strony.

Nie wiedziałam, czy na mnie nakrzyczy, czy wymierzy jakąś surową karę, ale wszytko było lepsze niż utrata pracy.

– Boże! – powiedział rozbawionym głosem i dopiero wtedy dostrzegłam, że się śmieje.

Gdy zatrzymał swój wzrok na mnie, odwróciłam spojrzenie, bojąc się patrzeć mu w twarz.

– Wasza książęca mość ja… – zaczęłam, wciąż wpatrując się w porośniętą gęstym dywanem, zielonej trawy ziemię.

Było mi strasznie głupio, a na moich policzkach wykwitł palący rumień, którego nie potrafiłam ukryć.

– Głupia! – powiedział i niespodziewanie złapał mnie za nadgarstek, po czym zdecydowanym ruchem przyciągnął do siebie.

Poczułam, jak delikatnie obejmuje dłonią moją talię. Jego ręce były takie ciepłe, mogłam to wyraźnie poczuć, mimo iż z nieba lał się żar.
W tamtym momencie miałam wrażenie, że świat stanął w miejscu.
I naprawdę chciałam, aby ta chwila trwała w nieskończoność!

Zen, syn despotycznego władcy i przyszły król Adamanti. Obiekt westchnień wszystkich dziewcząt od Karany, aż po królestwo Światła – Lunatię. Gdzieś w głębi czułam, że na to nie zasługuje. Nie chciałam przyzwyczajać się do kogoś, z kim nigdy nie będę. Delikatnie odsunęłam się od niego, błądząc zagubionym spojrzeniem, po porośniętej zielonym dywanem ziemi.

– Książę ja… – urwałam, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. Emocje, które targały mną od środka, były dla mnie czymś nowym, zupełnie nieznanym i nie potrafiłam sobie z nimi poradzić.

– Już ci coś mówiłem ostatnio! Pamiętasz? – czułam na sobie jego ciepłe spojrzenie, jednak wciąż nie potrafiłam się ruszyć. – Prosiłem cię, żebyś zwracała się do mnie po imieniu, jak jesteśmy sami.

– Tak, pamiętam… Zen. – Zrobiło mi się lżej i zdobyłam się na odwagę, aby spojrzeć mu prosto w oczy.

Był chodzącym marzeniem, ideałem, z którym każdy go utożsamiał.

Krótkie, kasztanowe włosy zaczesane miał do tyłu, przez co wyglądał na jeszcze bardziej przystojnego niż zazwyczaj. Królewska, idealnie skrojona marynarka w kolorze ciemnego fioletu, z wyhaftowanym na lewej piersi królewskim herbem, przedstawiającym otoczonego płomieniami smoka, ciasno opinała jego umięśnioną klatkę piersiową. Miał mocno zarysowane kości policzkowe i niewielką bliznę pod prawym okiem, o której nigdy nie rozmawiał, gdy byliśmy sami.

Skarciłam się w myślach za baczne obserwowanie go, a on tylko się uśmiechnął, w sposób który, mógł zwalić z nóg każdą kobietę.
Jego brązowe oczy nieco posmutniały, więc odwrócił wzrok, patrząc w kierunku, z którego przyszliśmy.

– Jutro przyjeżdża mój kuzyn! Martwię się, że znów będziesz obiektem ich żartów. – Mocno zacisnął pięści. – Gdyby ci dokuczał albo choć powiedział cokolwiek, masz z tym od razu przyjść do mnie. Rozumiesz! – spojrzał na mnie wzrokiem, którego nigdy dotąd nie widziałam. Było w nim coś innego, coś, czego nie potrafiłam odgadnąć.

– Nie musisz się martwić, dam sobie radę. – zerknęłam na niego i lekko się uśmiechnęłam.

Jednak Zen widocznie posmutniał, przez co poczułam ukłucie w sercu. Nie chciałam dokładać mu kolejnych zmartwień. Po chwili namysłu postanowiłam mu podziękować. Nigdy wcześniej tego nie zrobiłam, a zawdzięczałam mu tak wiele.

– Dziękuję. – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy.

– Za co?

– Za to, że jako jedyny się ze mnie nie naśmiewałeś i nie wytykałeś palcami mojego wyglądu. To bardzo dużo dla mnie znaczy. – Był zaskoczony moimi słowami, ale na jego twarzy szybko pojawił się szczery uśmiech.
– Wracamy? Dostanę niezły ochrzan za to spóźnienie, jeżeli…

– Wracajmy. – powiedział obojętnym tonem i przeszedł obok mnie niczym cień.

Nie potrafiłam zrozumieć jego zachowania. Czyżbym zrobiła lub powiedziała coś nieodpowiedniego?

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 518
1

Komentarze (2)

  • 6 stycznia 2021 at 01:44
    Popracuj nad zapisem dialogów, interpunkcją oraz czasem w jakim wypowiada się dana postać lub napisany jest dany akapit. Z bardziej technicznych kwestii sprawdzaj odstępy między akapitami, gdy wstawiasz rozdział. Z tego co zauważyłam, edytor lubi "zjadać" entery między akapitami, a to wpływa na komfort czytania opowieści na komputerze [na telefonie może być nieco lepiej]. Szkoda, że rzuciłaś nas z miejsca w środek akcji, bez żadnego wstępu. Widać, że masz pomysł na opowiadanie. Dobrze zarysowujesz charakter postaci oraz potrafisz w opisy. W pewnym momencie miałam ochotę zatrzymać się i napisać bohaterce, żeby się ogarnęła, a to dobrze świadczy o Twoim stylu. Słowem, oby tak dalej. KIEDY NEXT? XD
  • 20 stycznia 2021 at 14:00
    Dziękuję za dodany komentarz. Postaram się poprawić ten rozdział, jednak zawsze miałam duży problem z gramatyką, jeżeli natomiast chodzi o wypowiedzi bohaterów to cały czas się tego uczę. Nie jest to w sumie nowe opowiadanie ale postanowiłam do niego wrócić. I owszem mam zarys całości, jednak tak jak wspomniałaś kuleje u mnie gramatyka, interpunkcja, zapisy dialogowe. Możliwe że również masz rację z tym iż rzucam od razu czytelnika na głęboką wodę, bez wcześniejszego wyjaśnienia o co chodzi. Wiele pracy przedemną. Kolejny rozdział powinien pojawić się niedługo i oczywiście tam pewno też mam masę błędów itd :-) cały czas nad tym pracuje i będę wdzięczna za dalsze komentarze moich błędów:-)

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!