自由の翼 Jiyū no tsubasa – Akt I – Okrutny, lecz piękny świat

    Rok 1994

    Od ponad stu pięćdziesięciu lat ludzkość mierzy się z nowym zagrożeniem, wielkimi, ludożernymi, człekokształtnymi bestiami, które przez ten czas mocno zredukowali populacje ziemi. Niemalże wszystkie cywilizacje na ziemi upadły pod ciosami gigantów z pewnymi wyjątkami. Najpierw padła po Napoleońska Europa, gdzieś po kongresie Wiedeńskim, następnie większość Azji oraz Afryki. Przetrwały tylko państwa położone na wyspach, Japonia, Holenderskie Indie Wschodnie, Wielka Brytania, Dania czy Francuski Madagaskar. Wiele lat później, po wielu wyprawach wojskowych w te okolice, Olbrzymie istoty przedostały się z Kamczatki na Alaskę, gdyż okazało się że potwory nie potrzebują Tlenu. Kiedy obie Ameryki upadły, wielkie istoty dominowały już prawię całą ziemie. Niedługo później załamała się wielka Brytania, później wyspy Duńskie (rząd przeniósł się na Islandię) Sycylia, Sardynia, Korsyka i większość wysp na ziemi. Jako jedyne przetrwały do dziś Japonia, Nowa Zelandia, Karaiby, Islandia, Wyspy Owcze, większość Pacyfiku (która ogłosiła niepodległość od swoich upadłych panów) oraz Madagaskar. Nietknięte praktycznie zostały też ziemie leżące bardzo na północ, zwłaszcza te na których występowała tzw. Zima polarna, gdyż okazało się że bestie nie specjalnie lubią zimno. Ale kogo to obchodzi?

    W tym całym burdelu, ci którzy przetrwali, zaczęli się izolować od olbrzymów. Po latach zaczęli formować większe społeczności, aby w końcu, gdzieś w latach ’80 XIX w. tworzyć coś, co można by nazwać w pełni funkcjonalnymi państwami, ewentualnie klanami, czy jak tam chcecie to nazywać, nazwa nie ma znaczenia teraz. Jedni przyjęli taktykę koczowniczą i przenosili się z miejsca na miejsce gdy tylko wróg okazywał swoją obecność w okolicy, ukochana strategia Mongołów i ludów Azji środkowej. Inni jednak postawili na bardziej osiadłe podejście. Jedni postanowili na odizolowanie się na wyspach, na przykład Republika Palawanu (Filipiny), czy Emirat Sycylii. Wychodziło to z lepszym (ten pierwszy przykład) lub gorszym (ten drugi przykład) skutkiem, lecz było dość skuteczne. Niektórzy postanowili zostać przy formie miasta-państwa, jak na przykład Hamburg, czy Socjalistyczna Republika Wołgogradu, a jeszcze inni postanowili wydrzeć pewną część terenów potworom, na przykład Kalifat francuski, czy Odrodzone Królestwo Majów. Lecz nieliczni chcieli odebrać od stworów tyle ziem ile tylko będą w stanie. Takie próby były podejmowane od początku, lecz nigdy nie przynosiły jednostronnie dobrych rezultatów. Jedni dostawali odłamkami własnego granatu mniej, a inni bardziej. Przykładami społeczności które próbowały są Novum Imperium Romanum, Trójjedyne cesarstwo Grecji, Turcji i Macedonii, Nowa Republika Kalifornii, Imperium Mali, czy… Wielka Lechia. Tak, ktoś wpadł na pomysł aby tak nazwać swoją grupę. I to tym ostatnim wychodziło to najlepiej. No i to o nim będzie ta historia. A raczej, o ludziach które je tworzą, którzy za nie walczą i umierają, oraz którzy stają przed wielkim niebezpieczeństwem dla nich, jak i dla całej ludzkości…


Rozdział 1

    23.Wrz.1994

    Godz. 13:42; Kajś koło Rybnika.

    -Ruszać się! Jeżeli w takim tempie będziecie chodzić za murami partacze to szybko staniecie się karmą dla gigantycznego ścierwa!- Krzyczał oficer Nikola Ivan Šimon. Czech zajmował się głównie trenowaniem nowych rekrutów w okręgu Śląsko-Morawskim, więc jego dość surowy charakter nadawał się idealnie do tego zadania. Nic przecież nie mobilizuje przyszłych żołnierzy bardziej niż krzyki i wyzwiska swojego przełożonego. Co prawda nie każdemu się to podobało, ale działało więc nikt nie zgłaszał uwag. Zwłaszcza rekruci którzy nie mieli nic do gadania w tej sprawie.

    To był piękny dzień, słońce świeciło, nie było zbyt wielu chmur na niebie, było dość sucho oraz to nie był sezon alergiczny, więc o to nie musieli się martwić. Na poligonie pod Rybnikiem odbywały się rutynowe biegi wytrzymałościowe dla rekrutów. Co prawda, oficer Nikola upierał się aby przeprowadzić je w deszczu, lecz matka natura jest suką i przez cały tydzień nie padało, więc nikt nie chciał dłużej tych ćwiczeń przekładać. Šimon należał do tych ludzi którzy wymagają od innych więcej niż są w stanie sami dać, oraz lubiących pokazywać swoją wyższość nad innymi. Z tego też powodu jechał na koniu, pomimo że bez problemu mógłby biec za nimi.

    Rekruci z plecakami na plecach, wypełnionymi niezbędnym do przetrwania poza murami w warunkach polowych sprzętem, przebiegali już czwarty kilometr i absolutnie nic nie zapowiadało żeby mieli wkrótce skończyć bieg, nawet fakt że niektórzy już padali ze zmęczenia.

    W międzyczasie z wieży strażniczej, na której teoretycznie nie powinno ich być, wszystko obserwowali Jarosław Wiśniewski i Narek Darbinian, dwaj żołnierze 3. Batalionu Powietrznej Piechoty Lechickiej. A czemu nie powinno ich być na wieży strażniczej? Gdyż wstęp tam miała tylko straż miejska, oddziały szybkiego reagowania, wyższym stopniem wojskowi, żandarmeria oraz od czasu do czasu kapłani. A czemu teoretycznie? Gdyż wszyscy zdawali sobie sprawę z tego że ten zakaz wstępu dla szeregowych żołnierzy nie ma żadnego sensu i nikogo on specjalnie nie obchodził, więc był nagminnie łamany.

    Wieża stała jakoś tak 10 metrów od Poligonu, więc wszystko co mówili było doskonale słychać. 

    -Hm, ciekawe ile jeszcze karze im tak biegać. Co poniektórzy wyglądają na wycieńczonych.- Rzucił Jarosław do Nareka.

    -Nie wiem. Oficer ma w zwyczaju doprowadzać rekrutów na skraj przytomności, więc mogą prawdopodobnie tak do wieczoru. Jak ja się cieszę że nas szkolił ktoś inny.- Odrzekł

    -Prawda Armen. Nie wyobrażam sobie jakbyśmy to mieli przeżyć.- dodał Wiśniewski. Jarek miał w zwyczaju mówić do innych po narodowości, z wyjątkiem swoich rodaków, do których mówił po Imieniu, co nikomu by nie przeszkadzało, gdyby nie to że robił to niepoprawnie. Mówił nazwami które prawdopodobnie sam wymyślił, na przykład: Armen, Greczyn, Łotew, Rum, Alban itp. Z uwagi na coś takiego jak duma narodowa, wielu osobą to przeszkadzało. Nie wszystkim, lecz wielu. W tym Darbinianowi. Narek jednak tego nie skomentował tym razem. Powiedział tylko

    -Również nie wiem. W ogóle, ile lat temu skończyliśmy trening? Nie pamiętam już.-

    -3 Lata, 3 miesiące i 21 dni temu.- Rozległ się dość spokojny głos za nimi. Odwrócili się i ujrzeli

    -Anna. Boże święty, wystraszyłaś nas.- Rzucił na powitanie Wiśniewski

    -Tak, mi też miło was widzieć.- Odpowiedziała -A zatem jak tam życie mija? Nie widzieliśmy się od roku i dwóch dni, więc może opowiecie co się działo?- Spytała po chwili.

    -A, nic ciekawego. Większość czasu nic się nie dzieje, a jak się dzieje to nic nadzwyczajnego. Ludzie przychodzą i odchodzą, a o naszym oddziale nadal nikt nie pamięta. A co u ciebie? Słyszeliśmy że twój oddział wczoraj wrócił z kolejnej wyprawy. Przepraszam że nie przyszliśmy, ale przez tego imbecyla musieliśmy czyścić latryny.- Powiedział Narek

    -Hej! To był twój pomysł aby zawinąć Gorzałę z oficerskiej spiżarni!-

    -Ale to ty jak ostatni idiota wywaliłeś te beczkę jabłek!-

    -Może, ale to by się nie stało gdybyś nie…-

    -Nie musicie przepraszać. Nie było co oglądać.- Przerwała im Anna -Z przeszło sześciuset osób wróciły tylko trzydzieści dwie.-

    -Co? Jak to? Co się stało?- Spytał zaskoczony Armeńczyk

    -Zaatakowali nas z zaskoczenia, ze wszystkich stron. Musieliśmy walczyć z całą kopą gigantów. Niektórzy zdołali uciec i zniknęli gdzieś, innych pożarli giganci… Kiedy pokonaliśmy wszystkich, zostało nas tylko stu czternastu… Fülöp objął przywództwo i ogłosił że wracamy…- Przerwała i zaczęła płakać. Po krótkiej chwili Jarosław dodał

    -O kurwa… Przykro mi… Przynajmniej tobie nic się nie stało. To jest w tej chwili chyba najważniejsze, nie?-

    -Tam zginęli moi przyjaciele! Prawie że wszyscy! Ráhel Kyselý, Joona Kawa, Yavor Rutkowski, Světlana Nedbálek, Manu Popov, Giorgi Bakalov, Matic Szabó, Stjepan Andersen…-

    -Tak, wiemy że to musiało być straszne przeżycie, lecz płakanie nad ich losem życia im nie przywróci.- Rzucił Narek -Obecnie jedyne co możesz dla nich zrobić to przyjść na ich pogrzeb i nie dać się zabić na następnej wyprawie.- Dodał po chwili. Zapadła niezręczna cisza. Darbinian Może i był miły, ale również był boleśnie wręcz bezpośredni. Kiedy trzeba było coś powiedzieć, prawie nigdy nie owijał  w bawełnę i walił prosto z mostu. Był też z całej tej trójki najmądrzejszy przez co wiedział co powiedzieć, aby nie uzyskać efektu odwrotnego od zamierzonego.

    -…. Armen, to nie najle….-

    -Nie, on ma racje. Płakaniem nic nie zmienię. Muszę być silna. Dla nich.- Przerwała Jarosławowi Anna.

    -No i takie podejście mi się podoba!- Rozbrzmiał z tyłu głos Fülöpa, który właśnie wchodził na wieże.

    -Węgierze, jak miło cię widzieć. Dobrze cię widzieć w jednym kawałku. Naprawdę było tam aż tak źle?- Spytał Wiśniewski, nie biorąc pod uwagę że Węgier mógł nie domyślić się o czym rozmawiają. Na szczęście się domyślił.

    -Tak, było aż tak źle. Nie zdążyliśmy nawet podejść pod Kraków, a już nasz oddział liczył z 80% mniej. Najgorsze było to że zanim zdołaliśmy się zorientować co się dzieje, całe prawe skrzydło zostało pożarte. Później to już flary ze wszystkich stron informujące o obecności wroga i walka w jakimś małym zagajniku, gdzie wymanewrować trudno, a drzewa są dość niskie. Niektórzy umarli bo uderzyli w drzewa, inni od obrażeń przy uderzeniu w ziemie, a jeszcze kilka osób wpadło pod sojusznicze ostrza. Ogólnie, nie było wesoło. Od tytanów zginęło wielu dobrych żołnierzy, w tym moich bliskich przyjaciół. Straciliśmy część zaopatrzenia i prawie wszystkie konie, trójosiowe sprzęty manewrujące wielu osobą przestały działać, niektórzy nawet zgubili broń. Skończyło się na pokaźnych stratach w ludziach oraz sprzęcie. Ci którzy przeżyli w większości nie byli zdolni do walki, gdyż z przeszło setki osób walczyć mogło dwunastu. W zasadzie to cud że wróciliśmy w tak licznej grupie.- Powiedział Fülöp.

    -Hej, a co z Gustavem Sørensenem?- Spytał Narek

    -A właśnie, co się stało z Norwem?- Powtórzył Wiśniewski

    -Gustavem? Żyje. Ze wszystkich to on to chyba najlepiej przeżył. Twardy chłop, nie ma co- Odpowiedział Węgier

    -A zatem, co postanowiono w sprawie waszego dywizjonu?- Spytał Wiśniewski

    -Cóż, postanowili że poprzydzielają nas do innych batalionów i oddziałów. Ja, Anna, Gustav i mój dobry przyjaciel Reinout Van der Vennen zostaliśmy przydzieleni do 03. batalionu powietrznej piechoty Lechickiej, a reszta albo do 104. kompanii kawalerii Lechickiej, albo do drużyn zwiadowczych.-

    -Zaraz, 03.? Przecież to nasz dywizjon! No, to chyba czeka cię przerwa od siekania gigantycznych ścierwojadów.- Powiedział zachwycony Jarosław, kiedy w międzyczasie korpus treningowy robił już szósty kilometr.

    -Wiemy. I właśnie dlatego przyszliśmy do was.- Odezwała się Anna

    -Hej, a decyzja jest oficjalna, zatwierdzona? Bo jak tak, to może przedstawimy was reszcie dywizji?- Zaproponował Narek

    -He? A, co do decyzji, to tak, oficjalna i zatwierdzona. I bardzo dobry pomysł jak na moje.- Powiedział Fülöp -No to pójdę po resztę i idziemy.- Dodał, po czym zszedł z wierzy. Reszta ruszyła jego śladem, a kiedy Węgier poszedł po swoich Norweskich i Holenderskich przyjaciół, reszta ruszyła do koszarów w których stacjonował ich dywizjon.


Informacje wywiadowcze: Jednostki wojsk Lechickich #1

    W zależności od szacunków, armia Lechicka liczy od 12 tys. do nawet 180 tys. żołnierzy, co stanowi od 1 od 15% (lub od 0,2% do 3%, w zależności od szacunków) całej populacji Wielkiej Lechii. Wojsko dzieli się na jednostki, różniące się zadaniami i liczebnością (gdyż nikt nie jest na tyle głupi aby wysyłać pół tysiąca ludzi aby znaleźć jakąś durną piwnice w jakimś mieście.) na następujące formacje: Drużyna/grupa (3-24 osób, do ich zadań głównie zaliczają się zwiad, rekonesans, wykonywanie zadań które nie wymagają walki z dużą liczbą wrogów, oraz eliminowanie mniejszych grób olbrzymów), pluton (9-45 osób, w zależności od rodzaju ma inne zadania i liczebność), kompania (60-110 osób, do ich zadań należy m.in. eskorta transportów (tak jak przed gigantami, jak i bandytami), patrolowanie terenów wewnątrz murów Lechii ,lecz poza miastami (od tego jest straż miejska), mogą też zostać przyłączeni do większej formacji (np. pułku)), batalion/dywizjon (często błędnie zwany dywizją)(150-400 osób, do ich zadań należy walka z bestiami oraz patrolowanie terenów Lechii wewnątrz murów, jak i przy nich. Może zostać przyłączony do większej formacji (brygady lub dywizji)), pułk/bateria (400-600 osób zadania takie same jak Batalion, również może zostać przyłączony do większej formacji (brygady lub dywizji)), brygada/korpus (500-850 osób, do ich zadań należy pilnowanie murów, oraz neutralizowanie zagrożenia, lub, jeżeli neutralizacja jest niemożliwa, odpieranie go, puki nie przybędzie zdolne do tego wsparcie, z wyjątkiem korpusów treningowych) oraz dywizja (od 600-1000 ludzi, te same zadania co w przypadku batalionu i pułku).


    Podczas drogi do koszarów, Anna zauważyła coś co jej nie do końca pasowało. Mianowicie

    -Hej, a czy przypadkiem nie powinno być tak że dowódca jednostki zbiera wszystkich i nowi się przedstawiają, tak bardziej oficjalnie?-

    -Niby tak, ale z pół roku temu dowódca uznał że ta szopka za każdym razem nie ma żadnego sensu w naszym batalionie, więc zostawił to nam. Nie dziwie się mu. Mi też by sie nie chciało co średnio miesiąc przedstawiać pare nowych osób jednostce która i tak nic nie robi.- Odpowiedział Wiśniewski

    -Hmm… A czemu wam żadnych rozkazów nie dają? Coś dziwne to.- Nie przestała pytać Anna

    -My szczerze też nie wiemy. Jakby wyższe dowództwo całkowicie o nas zapomniało. Chociaż i tak mamy codziennie treningi, najpewniej żeby utrzymać nas w formie do walki, lecz nie specjalnie rozumiem czemu nas nie posyłają w teren. Od przeszło roku próbujemy odbić Twierdzę Kraków, ale i tak nas nie wysyłają.- Odpowiedział Narek. Tak się złożyło, że kiedy skończył odpowiadać cała trójka doszła pod koszary. Nigdzie nie widzieli Fülöpa z kolegami, więc Anna i Jarosław postanowili poczekać pod drzwiami, a Narek poszedł zebrać wszystkich w jednej sali, kiedy to zrobił wrócił do reszty i razem z nimi czekał. Nie czekali długo, gdyż po kilku minutach ujrzeli Fülöpa razem z Gustavem i swoim Holenderskim przyjacielem Reinoutem.

    -Przepraszamy że tak długo, troche nam zeszło z szukaniem Sørensena.- Rzucił z odległości Fülöp

    -Ej, powiedziałeś że mogę se iść to poszedłem. Trzeba było od razu że masz jeszcze jakąś sprawę to bym poczekał, a nie teraz mieć pretensje.- Odrzekł Sørensen, Delikatnie zirytowany.

    -Spokojnie Skandynawski przyjacielu. Nikt nie ma do ciebie pretensji o nic. Po prostu trochę więcej czasu nam zabrało szukanie ciebie, tyle.- Odpowiedział Reinout.

    -Miło was widzieć. Dobra, włazić nie gadać, Armen już wszystkich zwołał więc nie każmy im dłużej czekać. Każdy chce jak najszybciej wracać do swoich zajęć.- Powiedział Wiśniewski, po czym wszyscy weszli. Cały dywizjon (który liczył, bez Nareka i Jarosława, 326 osób) zebrał się w dość dużej sali. Przy jednej ze ścian z nikomu nieznanych przyczyn było podwyższenie na jakieś pół metra, które nie służyło do niczego i przeszkadzało w poruszaniu się po pomieszczeniu, a którego używano jako mównica podczas takich okazji jak ta.

    -Uwaga towarzysze! Zebraliśmy się tutaj aby przywitać naszych nowych kompanów z 06. batalionu kawalerii ofensywnej, który… się rozwiązał z przyczyn wam pewnie znanych.- Powiedział Narek kiedy stanął na środku podwyższenia. Kilka kroków dalej stali w rzędzie Anna, Fülöp, Reinout i Gustav. -A teraz proszę, przedstawcie się!-

    -Anna Brzeńska!- Rzuciła Anna. Brzeńska miała długie, jasno brązowe włosy sięgające mniej więcej do połowy ramienia. Cele miała jasną, lecz nie bladą. Jej niebieskie oczy… no były niebieskie, a twarz była usłana piegami. W zwyczaju miała być abstrakcyjnie wręcz dokładna, zwłaszcza jeżeli chodzi o ludzi. Była dość spokojną osobą,  Na sobie nosiła mundur wojskowy, którego miała w zwyczaju nigdy nie zdejmować (no chyba że do prania, lub kąpieli) -To będzie zaszczyt służyć u waszego boku!-

    -Fülöp Herczeg (Czyt. Fylip Herceg), gotowy na rozkazy!- Rzucił Herczeg. Miał bujne, uczesane i dość długie jak na mężczyznę, gdyż aż do podstawy karku, czarne włosy. Twarz jego wyglądała odpowiednio jak na jego wiek, gdyż miał on 25 lat, a na tej twarzy, dokładnie na lewym policzku, miał długą na ok. 4 cm. bliznę po cięciu. Fülöp znany był ze swojej dość pogodnej natury i stoickiego wręcz spokoju. Niewiele rzeczy mogło go wytrącić z równowagi. Bardzo często rozmawiał z innymi na wszelkie tematy, bo z zamiłowania był gawędziarzem. Na sobie miał skórzaną kurtkę z futrzanym obszyciem, a pod nią nosił zieloną koszulkę. Spodnie miał od munduru.

    -Eh, Gustav Sørensen (Czyt. Gustaw Serynsyn), wsparcie i zaopatrzenie, miło poznać, choć mam to gdzieś.- przedstawił się Sørensen. Włosy miał krótkie i ciemno czarne, oraz delikatny cień brody na twarzy. Zawsze wyglądał albo na zmęczonego, albo na znudzonego, albo nad podirytowanego. Większość czasu spędza zamknięty w sobie na nikogo nawet nie patrząc. Ma w życiu jedną, prostą zasadę: “Nie przywiązuj się”. Na sobie miał koszulę w czerwono-czarną kratę, pod którą miał biały sweter. Spodnie nosił szare, workowate.

    -Witam przyjaciele, jestem Reinout Van der Vennen (Czyt. Reinaud Fon der Fennen) , to zaszczyt was poznać. Mam nadzieje że zdołamy się dobrze poznać!- przedstawił się iście teatralnie Van der Vennen. Miał długie, bujne, rude, kobiece włosy do poziomu łopatek, które trzymał zarzucone do tyłu. Jeżeli chodzi o usposobienie to był całkowitym przeciwieństwem Gustava. Miły, otwarty, emocjonalny i wiecznie uśmiechnięty. No i był dość wysoki, jak na Holendra przystało, a miał 1,93 m. wzrostu. Z natury był romantykiem i to jednym z tych lepszych, gdyż naprawdę potrafił w sobie rozkochać kobietę. Co prawda żadnej dziewczyny do łóżka jeszcze nie zaciągnął, ale pewne grono adoratorek miał. Szkoda że był zwykłą wydmuszką. Na sobie miał granatowy golf i biały szal. Spodnie miał czarne.

    -Od dziś, ta czwórka będzie służyć razem z nami i razem z nami ryzykować życiem kiedy będzie trzeba.- Dodał Armeńczyk. Po tym, zgodnie z niepisanym zwyczajem, wszyscy zaczęli po kolei wstawać (no chyba że już stali, to wtedy tylko iść trochę bardziej w stronę środka sali) i się przedstawiać. Trwało to z kwadrans, a jak wszyscy się przedstawili, Narek podziękował za przybycie i wszyscy się rozeszli. No, prawie wszyscy, gdyż została tylko jedna osoba z widowni. Dość niska, ruda Rumunka znana z tego że wszyscy ją lubili, która na imię miała Petra. Petra Stoica, dokładniej mówiąc. Nikt w zasadzie nie wiedział po co ona tam została, po prostu stała i nic nie robiła. W pewnym momencie rzuciła proste -Witamy na pokładzie zatem.- i uciekła. Towarzystwo na podwyższeniu jeszcze chwile rozmawiali, a następnie wrócili do swoich spraw. A uściślając, Anna poszła zapoznać się bliżej z resztą oddziału, przynajmniej z jego częścią, Jarosław z Narekiem wrócili do nic nierobienia, Gustav poszedł do budynku w którym ktoś sobie zrobił bibliotekę, a Reinout z Fülöpem szwendali się bez celu.


Informacje wywiadowcze: Jednostki wojsk Lechickich #2

    Aby dało się łatwo poznać kto jest z jakiej jednostki i co ta jednostka robi (gdyż jedna formacja może mieć różne zadania), każdy żołnierz ma na mundurach specjalne naszywki składające się z symbolu danej formacji (np. pluton naprawczy ma symbol klucza Angielskiego skrzyżowanego z kluczem francuskim, więc to będzie na naszywce), oraz numerem formacji u dołu (np. 27. korpus ekspedycyjny będzie miał na naszywkach “Nr 27). Często na naszywkach są też specjalne paski, oznaczające elitarność danego oddziału (Np. 03. drużyna zwiadowcza ma pasek czerwony, znaczy że są to wybitni żołnierze i wojownicy, oraz najlepiej wypełniają swoje obowiązki (tak się dziwnie z nimi złożyło że oba, zwykle drużyny zwiadowcze nie walczą)) Paski są przyszywane tylko formacją lepszym niż przeciętne jednostki. Paski te dzielą się na 5 rodzajów, najniższy to jest jego brak, następnie jest zielony (przyznawany jednostką doświadczonym), dalej niebieski (przyznawany formacją zawodowym), później czerwony (przyznawany oddziałom wybitnym), a na końcu jest żółty, przyznawany najlepszym żołnierzom Lechii. Tak się też śmiesznie złożyło iż im wyższy stopień paska, tym rzadziej jest on przyznawany, tym większym formacją (np. z wszystkich pasków czerwonych, aż 95% przyznano kompanią i oddziałom mniejszym od nich, z czego samym kompanią 30%, a formacją większym od pułku tylko 3 razy. Dla porównania, ze wszystkich pasków niebieskich już tylko 60% trafiło do kompanii i mniejszych jednostek (z czego 15% kompanii), a jednostką większym od pułku zostały przyznane 142 razy (chociaż zdecydowaną większość stanowiły brygady).). W przypadku przeniesienia żołnierza z formacji która taki pasek otrzymała, to na nowym mundurze (gdyż naszywki są na stałe) również się taki przyszywa. Jako że te paski od pewnego czasu są nadawane całym oddziałom, nawet jeżeli tylko kilka osób się wykazało (wcześniej nadawano je pojedynczym żołnierzom), zaczęło dochodzić do tak absurdalnych sytuacji że w batalionie wykazały się z trzy osoby, a paski otrzymują wszystkie 500, oczywiście jeżeli żyły, martwym nie są przyznawane. Fakt ten jest często wyśmiewany i jest jednym z podawanych powodów dla których obecny Lech miałby być złym przywódcą.

Powyżej pokazane przykładowe emblematy/symbole formacji. Od lewej, Brygada obrony muru, kompania ochrony Lecha (władcy Lechii), Batalion obrony murów (z czerwonym paskiem, aby zilustrować jak to wygląda) oraz  Batalion powietrznej piechoty Lechickiej. Naszywki zwykle są w skórzane i kształcie prostokątów, chociaż zdarzają się też w kształcie herbu, I normalnie są bardziej kolorowe, ale nie chciało mi się tego kolorować.


    Mijały dni, dni zmieniały się w tygodnie, a nic specjalnego się nie działo. Nowi członkowie Batalionu zdążyli się już zapoznać z resztą, z ogólną rutyną i ogólnie z całym “co i jak”.  Pomimo faktu że o 03. Batalionie praktycznie każdy zapomniał to i tak co dzień mieli po 3 godziny treningów wszelkich, od pewnego czasu nawet tych znacznie bardziej zaawansowanych, lecz nikt nie uznał tego za nic dziwnego, ot, dodatkowe ćwiczenia żeby sprawdzić ich sprawność fizyczną. Nawet jeżeli w praktyce były one przeznaczone dla zawodowych żołnierzy. Pewnego dnia jednak stało się coś bardzo niespodziewanego, co na krótki czas zmieniło użyteczność 03. Batalionu powietrznej piechoty lechickiej z absolutnie żadnej, do wręcz kluczowej.

    26. Paź. 1994 r.

    Godz. 18:12, mur zewnętrzny, odcinek Rybnicki

    Z jakiegoś bliżej nie znanego powodu dowódca Batalionu, Krzesimir Sienkiewicz, kazał wszystkim zebrać się na poligonie, przed tą wieżą co na niej miesiąc wcześniej Narek i Jarosław siedzieli i spotkali pierwszy raz od Roku Anne. Zbieżność wież przypadkowa. Kiedy już całe 332 osoby się zebrały, na wieży, której przeznaczenia nikt do tego momentu nie znał, wyłonił się najpierw dowódca Krzesimir, później Grozda Bozhidarov, dowódczyni 01. Bułgarskiej kompanii kawalerii wsparcia, a na sam koniec Vilĉjo, jeden z najsilniejszych żołnierzy w całej Lechii, razem z całą swoją pięcioosobową drużyną, która nigdy nie odstępowała go na krok.

   -Baczność!- Krzyknął Krzesimir. -kapral Vilĉjo ma dla was ważną wiadomość, która wam wyjaśni czemu od dawna nie mieliście żadnych zadań, a nam da spokój od narzekań że nic nie robicie.- Dodał po chwili

    -Dzięki Krzesimir. A zatem, pewien czas temu, ktoś w wyższym dowództwie wpadł na pomysł aby jakiś jeden batalion trenować do granic wytrzymałości, aby sprawdzić jakie efekty może przynieść nowy program treningowy. Jakkolwiek absurdalny i idiotyczny ten pomysł się niektórym wydawał, został zatwierdzony i wprowadzony w życie. Padło na was. Okazaliście się jednak lepsi niż początkowo zakładali, więc zwiększyli stopień zaawansowania treningów z jakieś trzy tygodnie temu. Jeżeli wierzyć obserwacją mojego towarzysza broni, Fiodora, to nie sprawiły wam one większych trudności. Z tego też powodu padła decyzja że na następną próbę odzyskania twierdzy Kraków zostaniecie wysłani właśnie wy.- Powiedział swoim bezemocjonalnym głosem Vilĉjo. Zapadła niezręczna cisza. Petra stała jak zamurowana obok niej Dariusz Chabryk który nie specjalnie wiedział co myśleć, tak samo jak Darbinian i Wiśniewski. Gustav nie zareagował, ot, wymówki od tego że o nich zapomnieli, Reinout i Fülöp czuli się mocno zaskoczeni, Anna wpadła niemalże w Euforie kiedy to usłyszała. Lárus Vilhjálmsson dość chłodno to przyjął, Zinoviya Ivanov po prostu przyjęła tą informacje bez jakiejkolwiek refleksji, Radosław Janda ucieszył się na tę wiadomość, Tatjana Ozolinsh niespecjalnie słuchała, gdyż była zapatrzona na kaprala, którego była wielką fanką. Każdy reagował po swojemu, lecz kilka chwil później wszyscy zareagowali tak samo, w tym samym momencie.

    Kiedy Vilĉjo skończył swój mało kogo obchodzący wywód, jakieś kilkaset metrów dalej dało się zauważyć dość niepokojący widok. Mur, który oddzielał ich od lud żernych kolosów… został przez jednego z nich przebity. To był pierwszy tego typu przypadek od kiedy te mury zbudowano. Wszyscy nagle zwrócili się właśnie w tamtym kierunku z którego było widać olbrzyma, którego nigdy nie powinno tu być. Stali oszołomieni, nie specjalnie wierząc własnym oczom. W pewnym momencie jednak, dowódca Sienkiewicz rzucił krótki i zrozumiały rozkaz

    – Batalion zero trzy, zabezpieczyć dziurę w murze! Nie pozwólcie żadnej bestii się przedostać dalej!- Po tych słowach cały oddział się otrząsnął i ruszył do walki. Tak samo postąpił kapral Vilĉjo i jego drużyna, oraz Grozda Bozhidarov, która przyszła tam w zasadzie tylko po to aby obserwować reakcje batalionu. Olbrzym który przebił mur miał na oko z 10 metrów wysokości, czyli był jednym z wyższych. Jego lewa ręka była ogromna, prawa za to malutka. nogi miał dość krótkie, tułów miał ogromny, a miała przeciętny rozmiar.

    Mała grupa żołnierzy zaczęła latać wokół giganta żeby w miarę utrzymać go w jednym miejscu.

    Żeby zabić takiego olbrzyma trzeba było uszkodzić mu mózg, albo korę mózgową. Co prawda sekcja takiego giganta wykazała że to co mają w głownie nie wygląda jak mózg, ale wszyscy to tak nazywali, łatwiej było. Co do “kory mózgowej” była to bardzo długa jakby rurka, złożona z czegoś na kształt nerwów, tylko że grubości ludzkich żył. Uszkodzenie mózgu wymagałoby przebicia się przez głowę, co czasem da się zrobić bez problemu, gdyż u mniejszych olbrzymów głowa pękała jak arbuz, lecz przy innych, z reguły tych większych, skóra na głowie była nie do przebicia. Dlatego też przy większych tytanach najlepiej było ciąć po karku lub po szyi, jak komuś się chce odcinać mu głowę. Cięcie poniżej obręczy barkowej nie miało najmniejszego sensu, gdyż “rdzeń mózgowy” potworów nie biegł wzdłuż pleców, tylko gdzieś do wewnątrz olbrzyma. Odcinanie kończyn stworą mogło pomóc w walce, gdyż zmniejsza to ich mobilność, lecz jest dość trudne, gdyż trzeba najpierw się do nich zbliżyć.

    Drużyna kaprala Vilĉjo dotarła do giganta trochę później, lecz nie specjalnie mieli co robić, gdyż giganta już ciachał 03. batalion piechoty powietrznej. Odcięcie mu ręki nie wchodziło w rachubę, gdyż była zwyczajnie za gruba. Dwóch żołnierzom udało się zbliżyć do jego szpetnej mordy i wbić mu ostrza centralnie w oczy oraz w konsekwencji oślepić ścierwojada. Olbrzym padł na zad, zasłonił wielką ręką oczy i odsłonił się na wszelkie ataki. Nie zajęło długo aż Macedoński wojownik, Filip Trajkovski, dorobił kolosowi ładną, podłużną bliznę na karku, taką dość głęboką. Olbrzym padł na ziemię i przestał stanowić dla kogokolwiek zagrożenie. Najwyraźniej Lechici mieli w tamtej chwili boga po swojej stronie, gdyż żaden inny kolos nie wdarł się przez dziurę w murze.

    Cały batalion zszedł na ziemie, lecz nie mogli jeszcze odpocząć, gdyż w murze mieli wielką dziurę, której musieli bronić puki nie załatają jej, czytaj, nie zasłonią siatką. Ruszyli w stronę muru, wyszli na jego zewnętrzną część i zawiśli w okolicach dziury. Pomimo tego że nigdy wcześniej coś takiego się nie stało, pluton zabezpieczenia murów był przygotowany na coś takiego i był w gotowości, więc nie było paniki i sytuacja była w miarę pod kontrolą. Założenie siatki w tamto miejsce, z obu stron muru, zajęło trochę czasu, w międzyczasie kilku tytanów podeszło pod dziurę, ale zostali dość szybko unieszkodliwieni. Obronić Rybnicki odcinek muru zewnętrznego udało się bez jakichkolwiek strat w ludziach, nawet przypadkowych. Kiedy opanowali już sytuację, 03. Batalion powietrznej piechoty Lechickiej mógł wrócić do bycia całkowicie bezużytecznymi. Cóż, nie na długo.


Informacje Wywiadowcze: Trójosiowy sprzęt manewrowy (TSM)

    Każdy żołnierz praktycznie każdej nacji świata który ma walczyć z olbrzymami posiada taki. W zależności od tego czyja armia mogą się różnić od siebie konstrukcją i innymi duperelami. W Wielkiej Lechii używany jest Jeden z droższych i bardziej skomplikowanych, ale też skuteczniejszych. Dwie maszyny wystrzeliwujące linki pod ogromnym ciśnieniem, umocowane jest na zewnętrznej części przedramienia, a jego realny zasięg (czyli ten na którym może się wbić w dowolne ciało stałe) to ok. 5 metrów, lecz ta część jest głównie stworzona do przemieszczania się.  Co prawda, można za jej pomocą walczyć, to jednak druga część TSM służy to przemieszczania się podczas walki i jest w tym znacznie lepsza. Dwie wyrzutnie linek na wysokości miednicy, gdzie rolki na nie (którye w obu przypadkach są kołem, w przypadku górnego są to dwa mniejsze na każdą rękę, umieszczone obok samej wyrzutni, w przypadku dolnej jedno na wyrzutnie) umieszczone są na plecach, a ich realny zasięg wynosi ok. 15 metrów. W dolnej części talerze na linę są ułożone jeden na drugim, w górnej obok siebie. Liny wyrzucane są w dolnej części TSM za pomocą sprężonego powietrza, które znajduję się w metalowych butlach przyczepionych na rolki z liną, z uwagi na brak miejsca, a te w górnej części są wystrzeliwane na zasadzie procy (stąd znacznie mniejszy zasięg). Kontrolowane jest to wszystko za pomocą małego panelu przycisków na rękojeści każdego miecza. Przyciski służą, licząc od ostrza, pierwszy do wystrzeliwania linek na rękach, drugi do włączania wyciągarki do linek na rękach (trzeba trzymać), trzeci do wystrzeliwania linek na miednicy, a czwarty do aktywowania wyciągarki do ów (trzeba trzymać). Żeby żołnierze przypadkiem nie wcisnęli któregoś z nich nieumyślnie, rękojeść jest wyposażona w specjalny kawałek metalu wyglądający jak hamulec do roweru, żeby tam trzymać palce. Służy on również do zwalniania linek. Nie jest on bezpośrednio nad przyciskami, lecz trochę dalej, żeby dało się je w miarę szybko wciskać. Niektórzy żołnierze używają tylko górnych do walki, niektórzy tylko dolnych, a jeszcze niektórzy podczas walki używają ich naprzemiennie. Należy również zaznaczyć że linki są głównie wykorzystywane do manewrowania w powietrzu i w zbliżaniu się do bestii, lecz  żołnierze są szkoleni aby tymi linkami tylko zwiększać swoją prędkość oraz zbliżać się do gigantów, a resztę robić za pomocą praw fizyki (siła odśrodkowa, prawo zachowania pędu, ruch jednostajny prostoliniowy itp.)


    Kiedy wszyscy wrócili na poprawną stronę muru, czekali na nich tam kapral Vilĉjo i reszta osób które nikogo nie obchodzą.

    Olbrzym z wielką łapą był już w miarę możliwości krojony i przenoszony. Pomimo swoich rozmiarów, części ciała kolosów były dość lekkie. Mimo tego i tak były cholernie twarde zwłaszcza jak poleżały tak z dzień, może dwa, więc kiedy nadarzała się okazja, umacniano nimi mury. A chyba nie ma lepszej okazji na umacnianie muru niż naprawianie go.

    -Hmm. Muszę przyznać że zrobiliście na mnie wrażenie. I nie chodzi o samo pokonanie kolosa, to każdy mógł zrobić, lecz o finezje w tym i tą pracę zespołową. Ale nie możecie spoczywać na laurach. Jutro macie wszyscy się stawić pod bramą Zatorską, punkt dwunasta. I nie będziemy czekać na spóźnialskich.- Powiedział kapral. – Jakieś pytania?-

    -Ja mam!- Krzyknęła Tatjana Ozolinsh -Mogę pana autograf? Jestem pana fanką!- Wykrzyczała Łotyszka wychodząc przed tłum.

    -…. Ma ktoś jakieś sensowne pytania?- Spytał kapral który kompletnie olał pytanie Tatjany.- Nie? To wracać na posterunek!- Dodał po chwili i poszedł. Za nim trochę zmieszana jego drużyna. Po chwili atmosfera się rozluźniła i żołnierze wrócili do gadania o tym o czym tam gadali, jednocześnie wracając do koszarów, bo nikt im nie dał żadnych rozkazów. Dowódca Sienkiewicz jednak zatrzymał jedną losową osobę z batalionu. Tą osobą była Petra.

    -Hej. Żołnierzu, jak brzmi twoja godność?-

    -Stoica Petra dowódco!-

    -A zatem Petro, przekaż reszcie że świetnie się dziś spisali.-

    -Tylko tyle?… Znaczy, tak jest!- Powiedziała Petra po czym ruszyła za resztą oddziału.


    W koszarach do których cały batalion wrócił wszyscy zwrócili się w stronę kantyny, gdyż było już w pół do siódmej czyli kolacja. A dziś w menu jest: Chleb, ewentualnie sałata i chleb. No i pieczone ziemniaki. Nieważne który posiłek i co go stanowi, zawsze były pieczone ziemniaki. Tak, posiłki dla wojska były dość oszczędne. Ale to tylko kolacje, śniadania najczęściej wyglądały trochę mniej skromnie, a obiady można w ogóle było nazwać jakkolwiek pełnowartościowym posiłkiem a nie chlebem z chlebem doprawianym chlebem z dodatkiem chleba i chleba, a do tego kwas chlebowy na popite.

    Kantyna mieściła się w osobnym budynku, co i tak nie przeszkadzało w umieszczeniu jej w jego piwnicy, gdyż wyższe partie (czyt. to jedyne wyższe piętro zwane parterem) zajmowała spiżarnia. Do kantyny prowadziły drewniane drzwi i schody (w tej kolejności), chociaż wnętrze dało się zobaczyć już z progu. schody prowadziły prosto (oczywiście w dół), a następnie skręcały w lewo i w prawo. Dalej już była właściwa część kantyny. Kilka długich stołów z ławkami po obu stronach i stół wzdłuż ściany na którym leżały wymienione akapit wcześniej potrawy (głównie chleb i ziemniaki). Kolacje zwykle wyglądały tak że “tu macie swój chleb z chlebem, jak chcecie to biercie, jak nie to wasz problem”. Nikt nie brał tego posiłku zbyt na poważnie. W zasadzie mogli by nawet go kompletnie wywalić i większości osób nie zrobiłoby to różnicy pewnie. Ściany kantyny wykonane były z czerwonej cegły co dodawało jej pewnego barokowego, czy też gotyckiego uroku.

    Petra zeszła po schodach do miejsca gdzie schody skręcały. Z bliżej nikomu nie znanych przyczyn, w całej kantynie był tylko 03. Batalion piechoty powietrznej. Oczywiście, to nie była jedyna taka kantyna, lecz zwykła musiały się w takiej jednej zmieścić co najmniej 3 jednostki. Rumunka oparła się o poręcz przed nią i powiedziała

    -Zero trzeci batalion powietrznej piechoty Lechickiej! Mam wiadomość od dowódcy Krzesimira Sienkiewicza!- Wszyscy zwrócili się w jej stronę. -Dowódca mówi, że bardzo dobrze się dziś wszyscy spisali.- Rzuciła po czym zeszła coś zjeść.

    W międzyczasie przy jednym ze stołów Radosław, Zinoviya i Filip rozmawiali o dzisiejszej akcji

    -Szczerze mówiąc to było naprawdę dziwne. Ni stąd ni z owąd jakiś wielki wkurwiony kolos postanawia się przebić przez mur. Wam też wydaje się to trochę podejrzane?- Spytał Radosław

    -Nie zastanawiałam się nad tym. Nie specjalnie mnie to obchodzi czemu przebił się przez mur, ważne że się przebił i stanowił zagrożenie. Przy okazji, nieźle załatwiłeś skurwysyna Filip. Dobre cięcie, lecz zbyt skupiłeś się na efektowności, a za mało na efektywności.- Powiedziała Zinoviya. Ukrainka zawsze jak o czymś mówiła, to tylko z czysto technicznego i analitycznego punktu widzenia. Nigdy nie wplątywała własnych opinii, nawet jak mówiła “nieźle”, “dobrze” itp. Leżało to w jej naturze. Na jej twarzy nigdy nie gościło nic innego niż pusta, nie wyrażająca żadnych emocji mina, częściowo przysłonięta średnio długimi blond włosami.

    -E tam, i tak bym dał radę. Nawet gdyby was tam nie było to bym sobie bez problemu poradził.- Chełpił się bezpodstawnie Macedończyk. Filip był tym typem osoby która przechwala się na okrągło, jaki to on nie jest wspaniały, świetny, cudowny itd. Jak to zwykle bywa, te przechwałki nie mają zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Tak było i w tym przypadku.

    -Bredzisz. Raz musiałem cię ratować przed pięścią kolosa, bo gdybym cię nie złapał byłbyś jedynym poległym w oddziale. Dodatkowo, nigdy nie zbliżyłbyś się do karku ścierwojada gdyby go najpierw nie oślepili. A tak w zasadzie, kto go oślepił?-

    -Fin i Estończyk.- Rzuciła Ukrainka

    -A nazwiska znasz?-

    -Oczywiście. Fin to Sepi Jenna, a Estończyk to Jaakob Juha.- Dopowiedziała Ivanov.

    -Emm, może tam trochę pomogli… ale i tak bym dał rade.- Powiedział niczym obrażone dziecko Trajkowski. Macedończyk był Rudy, miał oliwkową cerę i ogólnie wyglądał obiektywnie dobrze. długie, ale nie zbyt długie włosy sterczące na wszystkie strony, dość mały podbródek, niebieskie oczy i dość młode rysy twarzy, gdyż miał 20 lat, tylko to potwierdzały.

    -Ta, na pewno.- Janda odpowiedział. Radek miał krótkie, czarne włosy. Na nosie nosił okulary które podkreślały fakt że był dość mądrą i inteligentną osobą. Jego największą wadą zawsze był fakt że lubował się w udowadnianiu innym swojej wyższości intelektualnej. Nie cieszył się z tego powodu zbyt dużą popularnością, lecz nikt również nie lekceważył go w kwestiach związanych z wiedzą, zwłaszcza fizyką i przyrodą.

    -Hej, mogę się przysiąść?- pytanie padło zza Ivanov. Był to Gotthilf Wetzel Hofmeister, Austriak lubujący się w brzdękaniu na kobzie i gitarze akustycznej. Włosy miał czarne i obcięte trochę dłużej niż na rekruta, zaczesane do tyłu. Na szyi miał zawieszony drewniany krzyż, gdyż był osobą dość pobożną.

    -He? Ach, tak, jasne, siadaj Gotthilf, nie krępuj się.- Powiedział Filip, który z Gotthilfem byli dość bliskimi przyjaciółmi. 

    -Dzięki. A zatem, o czym rozmawiacie?- Spytał się Hofmeister

    -O niczym takim, tłumaczymy Filipowi dlaczego nie byłby w stanie sam pokonać olbrzyma, dyskutujemy na temat tego zajścia z ów olbrzymem, ogólnie nic ciekawego.- Rzucił Janda. Dalej rozmawiali o jakiś pierdołach, Filip rzucił kilka drętwych żartów, ogólnie typowa rozmowa o niczym.

    O siódmej obowiązkowo wszyscy opuścili kantynę i skierowali się tam, gdzie akurat mieli coś do roboty. Jedni ruszyli do koszar, inni na miasto, Gustav do amatorskiej biblioteki w której był stałym bywalcem, Kilka osób poszła pomóc pilnować murów koło załatanej częściowo już dziury.

    Jarosław z Sepim i Fülöpem poszli do jednego z popularniejszych barów w Rybniku. O tej porze gromadziły się tam głównie jakieś szuje z podlejszych dzielnic miasta, oraz ci którzy mają jakieś ciemne interesy. Ta trójka jednak nie przyszła zwalczać typów spod ciemnej gwiazdy tylko trochę się upić i pogadać przy kuflu porządnej gorzałki na ziemniakach. Ten pierwszy punkt planu wykonali na 200%, a przynajmniej Wiśniewski. A wszyscy wiedzą że na procentach język sam się rozplątuje.

    -Fülöp, staly… Kojazys tooo, eeee, Pefre z odziau?- Spytał Jarek który ewidentnie przesadził z trunkami

    -Petre? Tak, znam, nawet dobrze.- Odpowiedział Fülöp który nie dość że miał mocniejszą głowę od Wiśniewskiego, to jeszcze nie wypił aż tyle.

    -To telaz psyznay, podoba cy sie..-

    -W jakim sensie? Bo urody i wspaniałego charakteru odmówić jej nie można, lecz jeżeli chodzi ci o sferę romantyczną to nie ma opcji.-

    -Tia… Jasyne… Potopa cy sie, pzyznaj….potoba i to balzo.. he he-

    -Nie, kolego, mówię że nie.-

    -Na pefno… Ja wem sfoye, mie nie osukaz…. Wiem ze ci sie potoba… Wiem ze tez chciakbys jom zaciognoć do łuszka….-

    -A to to już zupełnie nie. Jarek, ty ewidentnie za dużo wypiłeś.-

    -Jak ne, to udowodnyj ze ne…- 

    -Udowodnić? Ok. Jeden, jest 7 lat młodsza ode mnie, a dwa, mam żonę w szóstym miesiącu.-

    -Co? Serio masz żonę? Ile ty masz lat?- Spytał milczący do teraz Sepi, który miał łeb mocny że klękajcie narody.

    -Lat mam 25 lat, od jutra 26, a z Marianną razem jesteśmy od prawie dwóch lat. A jak nie wierzycie, to mogę was do niej zabrać. Albo przynajmniej Sepiego, gdyż Jarek jest zbyt pijany.- Powiedział Węgier, ale Wiśniewski już go nie słyszał gdyż stracił przytomność. Sepi zapłacił za gorzałkę i razem z Fülöpem odnieśli Jarosława do koszarów. Rzucili go na łóżko w ich kwaterze, przykryli kocem, żeby nie było i poszli do żony Fülöpa, gdyż Sepi uznał że bardzo chętnie by ją poznał. Wyszli na korytarz, gdzieś tam było słychać jak Gotthilf brzdąka sobie na gitarze grając jakiś sobie tylko znany utwór, minęli w drodze do drzwi wyjściowych Jaakoba Juhe i ruszyli w stronę… No czy naprawdę trzeba to powtarzać?


Informacje Wywiadowcze: Mury

    W celu zapewnienia bezpieczeństwa obywatelom Wielkiej Lechii, zrobiono dokładnie to samo co wszyscy inni zrobili, czyli wokół zamieszkanego obszaru wybudowano mury. Mury dzielą się na zewnętrzne (oddzielające całość od Kolosów) jak i wewnętrzne (zabezpieczenie na wypadek upadku którejś części muru). Mury wokół Wielkiej Lechii mają ok. 25 metrów wysokości (najwyższy zaobserwowany kolos miał ich 18), żeby zapobiec przed chwytaniem się przez giganty murów (przynajmniej nikt się nie pokusił o mury 50 metrowe, bo to już nie miałoby żadnego sensu), a ich grubość sięga 8 metrów. Początkowo były budowane tylko z kamienia i drewna, lecz później uświadomiono sobie że zwłoki olbrzymów idealnie nadają się jako materiał budowlany, więc zaczęli również je wykorzystywać (co idealnie pasowało do Polityki Lechii co do tytanów, czyli wybić). W każdym murze jest kilka bram, każda prowadząca do innej sekcji regionu. Region w którym dzieje się Akcja tego co teraz czytacie to region Śląsko-Morawski (nawet jeżeli zahacza mocno o Małopolskę).

Powyżej mapa Regionu Śląśko-Morawskiego. Czarne kreski to mury, czarne kroki nań symbolizują bramy. Każda część oddzielona murem (dystrykty) ma swoją nazwę pochodzącą od nazwy miasta (np. Dystrykt Ostrawski, od Ostrawy, czy Dystrykt Olkuski, od Olkusza). Dystrykty zakreślone czerwonymi kreskami to dystrykty utracone, w tym, Twierdza Kraków, utracona przez usterkę bramy (nie dało się jej zamknąć. W konsekwencji, olbrzymy dostały się do środka i przejęły Kraków, oraz Dwa inne dystrykty, dystrykt Wadowicki i dystrykt Krzeszowicki. Dystrykt Raciborski w zasadzie to nie upadł, a go porzucili, bo nie udało się dokończyć budowy murów kiedy zaatakowano Twierdze Krakówi tak tam zostało, a dystrykt Cieszyński (ten mały u dołu) padł z uwagi na błąd konstrukcyjny bramy, która się rozwaliła razem ze sporym kawałkiem muru. Mapa jest tylko luźną reprezentacją zrobioną na printscreenie z google maps (co widać), nie jest dokładną reprezentacją ów murów. Na granicy Ostrawskiego dystryktu widać to najlepiej. A to czerwone kółko to miejsce w którym olbrzym z wielką łapą przebił mur.


    Sepi i Fülöp “pożyczyli” konie z okolicznej stajni i pojechali w kierunku Żor, gdzie mieszkała Marianna, żona Fülöpa. Marianna tak jak i Fülöp była rodowitą Węgierką. Co prawda nic to nie zmienia, ale takie informacje warto znać. Z uwagi na to że chcieli być w Żorach dość szybko (czyli w mniej niż godzinę) cały czas galopowali, a te konie galopem potrafiły utrzymać średnią prędkość 30 km/h, czyli wynik dość przeciętny, ale lepsze to niż leźć piechotą przez trzy godziny (gdyż Żory i Rybnik dzieli około 14 kilometrów). Byli już w połowie drogi do swojego punktu docelowego, gdy usłyszeli za sobą dwie dodatkowe pary kopyt. Kiedy zdali sobie z tego sprawę, przestraszyli się i z galopu przeszli w permanentny cwał. Prawdopodobnie był to zwykły odruch bezwarunkowy. Typ za nimi również przyśpieszył i było wiadomo już że to za nimi jedzie. Pędzili tak przez tyle czasu, że aż zdążyli dojechać do Żor, albo przynajmniej w ich okolice, kiedy ich prześladowca ich w końcu przegonił. Stanął w poprzek drogi tak, że Sepi i Fülöp nie zdążyliby wykręcić, więc się zatrzymali.

    -Naprawdę myśleliście że po prostu ukradniecie sobie ze stajni konie, pojedziecie gdzieś i nikt nie zwróci na was uwagi?- Spytał tajemniczy typ. Miał na sobie kaptur, co automatycznie sprawiało że nie dało się poznać kim on był.

    -Emm, mogę to wyjaśnić…- zaczął Fülöp. lecz typ w kapturze mu przerwał.

    -Wiem że możesz to wyjaśnić, ale mnie twoje wyjaśnienia teraz średnio obchodzą.- Zszedł z konia i zdjął kaptur. -Cokolwiek tam robicie, jade z wami.- Był to Gustav, który najwyraźniej zrobił to samo co oni, tylko z innym celem.

    -Sørensen! Już się baliśmy że mamy przerąbane.- Powiedział z ulgą Sepi -My jedziemy teraz do żony kolegi, więc w sumie jak chcesz to możesz iść z nami- Dodał, nie pytając Fülöpa o zdanie, gdyż dobrze je znał.

    -Hm, a jakiego kolegi?-

    -Fülöpa-

    -Hm, Fülöp nigdy nie chwaliłeś się że masz żonę.- Powiedział Gustaw bezemocjonalnym i szorstkim głosem

    -Bo nikt nigdy nie pytał. I od kiedy takie rzeczy cię interesują kolego?-

    -Nie powiedziałem że mnie to cokolwiek obchodzi, stwierdziłem fakt że nigdy nic o niej nie mówiłeś.-

    -Dobra, idziesz z nami czy wracasz?- Spytał Sepi.

    -Skoro już tu za wami przylazłem to czemu nie?- Powiedział Gustav. 

    -No, skoro tak, to chodź. A teraz przywiążmy konie i za mną.- Powiedział Fülöp.

    Jak powiedział tak zrobili, przywiązali konie i ruszyli do domu Marianny. Dom ten był małą chatką na obrzeżach miasta. Zbudowana była z drewna i kamienia, a dach był zrobiony z desek pokrytych strzechą. Czemu tak? Pewno aby nie przeciekało. Fülöp zapukał delikatnie. Po dłuższej chwili drzwi się otworzyły, a za nimi stała jasnowłosa ruda kobieta która na widok Fülöpa szczerze się ucieszyła i rzuciła mu się na szyje.

    -Fülöp! Örülök, hogy látlak! Mi szél hozta ide?- Powiedziała po Węgiersku, bo po jakiemu innemu, i się odsunął trochę w bok. Z uwagi na to że Węgierski to dość specyficzny język, pozwolę sobie przetłumaczyć. Na Polski będzie to: “Filip! Cieszę się że cie widzę. Co Cię tu sprowadza?”.

    -Marianna! Tegnap visszatértünk a falak mögül, ezért szerettem volna megnézni, hogy állsz. És bemutatom a barátomnak. Találkozz Gustavval és Sepivel.- Odpowiedział Fülöp, również po węgiersku, bo po jakiemu innemu? W wolnym tłumaczeniu: “Marianna! Wczoraj wróciliśmy spoza murów, więc przyszedłem zobaczyć jak się trzymasz. I przedstawić cię moim kompanom Poznaj Gustava i Sepiego.”. I zapomniałem wspomnieć wcześniej. Mała część 03. Batalionu (z sześć osób) zostało dwa dni wcześniej wysłane za mury, aby zredukować ilość tytanów. Coś się spaprało i siedzieli tam przez cały dzień. Na szczęście wszyscy wrócili.

    -Dzień dobry pani. Sepi Jenna, 03. batalion powietrznej piechoty lechickiej, to zaszczyt móc poznać żonę przyjaciela.- Powiedział Sepi po czym ukłonił się i ucałował Mariannę w dłoń. Gest trochę staroświecki, ale komu to przeszkadza?

    -Sepi, weź nie odstawiaj zbędnej szopki, dobrze? Gustav Sørensen, miło poznać. I przepraszam za kolegę, trochę go ponosi w okolicach kobiet.- Powiedział Gustav, najpierw do Sepiego, a następnie do żony Fülöpa

    -Nie, nie musisz przepraszać. Em, wejdźcie proszę.- Zaproponowała Marianna. Żołnierze skorzystali z zaproszenia.

    Wnętrze było dość skromne. Stół przy którym stały cztery krzesła, bóg jeden wie po co aż cztery, ale pewno chodziło o kwestie estetyczne, łóżko, nawet dwa, kufer przy ścianie, ze trzy okna i tyle. Nie było tego dużo, ale czy trzeba było czegoś więcej? O, przed domem było też ognisko z prostym rusztem, mianowicie dwie pary kijów związanych w kształt litery “Λ”, tylko że to nie litera, i na styku miała trochę przedłużone, oraz metalowego pręta leżącego na obu wbitych w ziemię, związanymi parami patyków, które można było dostać prawie za darmo, gdyż nikt ich nie potrzebował.

    Sama lokatorka do brzydkich nie należała. Miała nawet długie, rude włosy oraz dość czystą cerę, tak to nazwijmy. Na sobie miała zielono-białą suknię. No i jeszcze brzuch. Patrząc po jego wielkości i kształcie w zależności od umiejętności dedukcji dało się dojść do dwóch wniosków. Jak się było kompletnym imbecylem i nie umaiło się logicznie myśleć, można było pomyśleć, że jest po prostu gruba. Jednak jeżeli ma się chociaż odrobinę rozumu, można dojść do wniosku że jest w ciąży, a jak ktoś się na tym jeszcze znał, to można było ocenić że jest w 5-6 miesiącu. Zgadnijcie który wniosek jest poprawny.

    Marianna podała znalezione gdzieś kiedyś filiżanki i nalała wszystkim Herbaty. Skąd wzięła Herbatę? Cholera wie, możliwe że od kogoś kupiła, ktoś jej dał, nie wiadomo, po prostu ją miała.

    -Herbata? Dawno nie piłem porządnej herbaty. Ostatnio to tylko wodę, kwas chlebowy i ewentualnie gorzałkę czy piwo, ale herbaty to nawet w wojsku nie dostaniesz. Skąd ją pani wzięła?- Spytał zaciekawiony Sepi

    -A, dostałam od starego znajomego. Jest podróżnikiem i zdobył gdzieś, powiedział że mu się i tak nie przyda, więc dał mnie. Miło z jego strony.-

    -Hm.. ciekawe. *siorb* dziękuję. A zatem, jak życie się układa? Zakładam że nie jest pani łatwo jak męża prawie nigdy nie ma przy pani.- Spytał Gustav

    -Cóż, nie jest źle. Regularnie przychodzi do mnie Tündér, opiekuję się mną…-

    -Tündér? A kto to jeśli można wiedzieć? Jakaś dalsza rodzina?- Spytał Sepi, który nie potrafi trzymać języka za zębami.

    -Co? Cóż, można tak powiedzieć.- Odpowiedziała

    -Jeżeli o to chodzi to nie słuchajcie Marianny, ona uważa wszystkich Węgrów za swoją rodzinę. Tündér jest lekarką, pielęgniarką można by powiedzieć, która opiekuję się moją kochaną Marianną kiedy mnie nie ma.- Powiedział Fülöp -Oczywiście, na mój koszt.- dodał po chwili.

   -Hm… Hej, pani Herczeg, a ta cała Tündér, jaka jest?- Spytał Sepi

    -Sepi, jeżeli chcesz…- zaczął Gustav, ale Sepi mu przerwał

    -Gustav, w przeciwieństwie do ciebie nie myślę tylko o seksie!-

    -A skąd wiesz co chciałem powiedzieć?- Zapadła niezręczna cisza na jakieś trzy sekundy -Właśnie udowodniłeś że jest na odwrót niż mówisz. Chciałem powiedzieć że jak chcesz ją poznać, to spytaj gdzie mieszka i pójdź do niej osobiście, a nie wypytuj ludzi o nią.- Dodał chwili

    -Hi hi hi, jesteście uroczy. Niestety, nie wiem gdzie mieszka Tündér, lecz możesz jej poszukać w okolicznej lecznicy, powinna tam być. Chociaż sama nie wiem.- Powiedziała Marianna.

    Reszta wieczoru minęła dość szybko. Cała czwórka rozmawiała o jakichś nieistotnych sprawach, padło też pytanie jak Marianna z Fülöpem chcą nazwać dziecko, oczywiście zadał je Sepi, no i tak im zeszło trochę czasu, aż było już późno, więc musieli wracać. Podziękowali za herbatę, Fülöp powiedział też Mariannie że jutro znów wyrusza za mury i ruszyli z powrotem do Rybnika

    W Rybniku oddali konie do stajni i ruszyli do koszar. Na wejściu stał Jaakob, który jednak nic nie powiedział. Każdy ruszył do swojej kwatery aby odpocząć.

    Każda kwatera to był pokój na około 20 metrów kwadratowych w którym mieściło się dwa łóżka piętrowe, stół, cztery krzesła, szafa i ewentualnie coś jeszcze, jak się znajdzie miejsce. Każda taka kwatera była stworzona dla czterech żołnierzy. chociaż dość rzadko do jednej kwatery przedzielano więcej niż dwie osoby. Czemu? A bóg jeden wie, pewno z lenistwa, lub za dużo kwater zrobili. Jedynym źródłem światła był lampion zawieszony na suficie.

    Pokój wyglądał jak po ostrej imprezie z rodzaju tych na których masz równą szanse aby dostać wpierdol jak i zajść w ciąże, czyli krótko mówiąc, był tam kompletny burdel.

    Kiedy Fülöp wszedł do kwatery, był w nim Jarek, tak jak go zostawili z Sepim, oraz Darek, który jak zwykle siedział na górnym łóżku i czytał książkę. Armeńczyka nigdzie nie było, ale to było w miarę normalne, gdyż miał w zwyczaju łazić po korytarzach bez celu.

    -Hej, Darek, coś działo się z Jarosławem kiedy mnie nie było?- Spytał Fülöp

    -Nie, nie specjalnie. Leży tak odkąd go tu przynieśliście. Zakładam że obudzi się rano i nie będzie wiedział co się dzieje.- Odpowiedział.

    -Ta, pewnie masz racje. hej, a Narek, gdzie on jest?-

    -Pewno znowu szwenda się po korytarzach.-

    -W sumie racja. A ty masz zamiar stamtąd zleźć kiedyś i pomóc w sprzątaniu tego syfu, do czego się zobowiązałeś, czy nadal mam na ciebie czekać?-

    -…. Eh, dobra, miejmy to już z głowy.- Powiedział Darek, po czym odłożył książkę i zszedł aby pomóc sprzątać.

    Darek był tym typem osoby która siedzi z nosem w książkach, aby nie musieć jakkolwiek uczestniczyć w życiu społecznym. Był osobą dość cichą, z kategorii tych które odzywają się tylko wtedy kiedy muszą. Jedną z jego największych zalet było to, że w zdecydowanej większości przypadków (tylko większości bo sprzątanie) bez większej zwłoki próbował wywiązać się z obietnic, umów, zadań czy czegokolwiek. Wyjątkiem było sprzątanie, którego nienawidził niczym szatan wody święconej i unikał go jak ognia. Nie cierpiał się zobowiązywać że posprząta np. pokój, bo jak już to robił, to najczęściej dlatego że miał niezdrowy zwyczaj przytakiwania jak ktoś się go spyta, a on nie słuchał i nie wie o co chodzi.

    Darek miał brązowe loki które miały w zwyczaju się tak lokować niezależnie czy się je czesze, układa ręcznie, myje czy cokolwiek. Jak włosy Dariusza były suche, to zawszę po krótszym lub dłuższym czasie zawijały się w loki. Nosił na nosie okulary, z uwagi na swoją wadę wzroku, która sprawiała że bez okularów praktycznie nic nie widział. Żeby ich nie zgubić podczas walki, zrobił specjalne zaczepy, jak to nazywał. Po zamontowaniu wyglądało to tak, że na końcu uszek okularów dodany jest specjalny kawałek drutu, który tworzy okrąg przez który można przełożyć uszy, przez co okulary nie spadają. Proste i łatwe w użyciu.

    Fülöp i Darek po kilkunastu minutach posprzątali cały pokój. Kiedy to zrobili, do pokoju wbiła bez żadnego ostrzeżenia Anna.

    -Dobry wieczór. A cóż tu się wyprawia? I gdzie Jarosław i Narek?- Spytała

    -Wiśniewski leży w łóżku prawdopodobnie nieprzytomny, a Narek to nie wiemy, pewno się po korytarzach szlaja, a co?- Powiedział Dariusz

    -A bo mam do nich pewną sprawę.-

    -Może to poczekać do jutra?-

    -Tak, to nic ważnego-

    -To przyjdź jutro.-

    -Dobrze. Jak Narek przyjdzie, powiedzcie że go szukałam.- Powiedziała po czym wyszła. Reszta wieczoru minęła raczej spokojnie. Narek wrócił z bezcelowego szwendania się, Jarosław wciąż leżał nachlany, Darek wciąż miał wszystkich gdzieś, a Fülöp…. no był. Jutro mieli wyruszyć aby ponownie spróbować odbić Twierdzę Kraków. Fülöp nie wierzył że się to może się udać, był wręcz pewny że się nie uda i wszyscy zginą, lecz i tak wiedział że powrót tam jest dla niego nieunikniony, więc nie narzekał, bo i tak nic by to nie dało.


Informacje wywiadowcze: Żołnierze i ich rodziny

    Wielu żołnierzy armii Lechickiej ma żony, mężów, dzieci czy innych członków rodziny. Każdy żołnierz ma prawo aby poprosić o opiekę dla ich rodzin, której koszt zostanie im potrącony z żołdu. Wielu żołnierzy, którzy obawiają się że ich rodziny sobie nie poradzą, bo np. żona jest w ciąży, albo coś, decyduję się na to, nawet kosztem własnych środków do życia. Żołnierze mogą też przekazać część lub całość wartości swojego żołdu komuś z rodziny. Taka możliwość została wprowadzona z uwagi na dużą ilość skarg rodzin żołnierzy jak i ich samych, gdyż często bywa tak że nie żołnierze nie widują swoich rodzin przez długi czas.


Rozdział 2

    27.Paź.1994

    Godz. 11:57 ,Brama Trzebińska, Dystrykt Oświęcimsko-Chrzanowski

    Wszyscy byli przygotowani na wyjazd. 03. Batalion piechoty powietrznej, 06. Batalion kawalerii pod dowództwem Grozdy Bozhidarov oraz drużyna ofensywna kaprala Vilĉjo, wszyscy na koniach, w pełni uzbrojeni i przygotowani na wszystko co mogło ich tam spotkać. Wcześniej ktoś proponował “a czemu nie pójdziemy tam po murach”, i zostało mu dobitnie wytłumaczone że i tak będą musieli z tych murów zejść i objechać całą twierdze i te dwa inne dystrykty aby powybijać wszelkie olbrzymy, więc lepiej tak. Plus nie chcieli tam iść cały dzień.

    -Będzie się działo! Już nie mogę się doczekać! Hej, przyjmujecie zakłady kto więcej stworów zabije?- Spytała Grozda

    -Skup się na nie umieraniu, potem możesz robić cokolwiek innego.- Rzucił kapral Vilĉjo

    -Eh, a ty Sienkiewicz?-

    -Nie, dzięki.-

    -Eh, jak zwykle.-

    W międzyczasie gdzieś w tłumie Narek i Tatjana rozmawiali bardziej na poważnie o wyprawie

    -Stresujesz się?- Spytał Narek

    -Trochę. Ale jest z nami kapral, więc wszystko pójdzie dobrze, to przecież sam kapral Vilĉjo!- Odpowiedziała Łotyszka

    -Może, ale i tak się strasznie stresuję. Jak możesz być jak spokojna?-

    -No mówię przecież, jedzie z nami kapral Vilĉjo, najsilniejszy żołnierz ludzkości! Może jeżeli dobrze mi pójdzie to Kapral mnie dostrzeże i zobaczy co potrafię?! A wtedy może przyjmie mnie do swojej drużyny! A wtedy, a wtedy…- Dobra, cofam, nie rozmawiali ani trochę poważniej, mniej więcej na takim samym poziomie. -IIIIIIIIIIIIIII-

    Wybiła godzina dwunasta, dzwony zaczęły nawalać, nadszedł czas aby otworzyć bramę.

    -Żołnierze! Przed wami ważne zadanie! Wyruszamy odebrać wrogowi to, co jest nam prawowicie należne! Rozpoczynam, trzecią ofensywę na twierdzę Kraków!- Wykrzyczał Dowódca Sienkiewicz. Wtedy brama się całkowicie otworzyła -Naprzód!-

    I ruszyli. Około ośmiuset ludzi wyruszyło na prawdopodobnie jedną z najważniejszych misji w ich życiu.

    Przez pierwsze kilkadziesiąt, nawet kilkaset metrów nie spotkali żadnego wroga, co było trochę dziwne, ale to nawet lepiej. Strategia wyglądała tak, że podzielą się na trzy oddziały, Lewy, dowodzony przez Krzesimira Sienkiewicza, środkowy dowodzony przez Grozdę Bozhidarov, oraz prawy, dowodzony rzez kaprala Vilĉjo. Po opuszczeniu terenu zabudowanego rozdzielili się zgodnie z planem. Taki manewr miał na celu zmniejszenie prawdopodobieństwa ataku ze wszystkich stron. Żeby powiadomić resztę o obecności wroga, używano flar. Jeżeli ktoś wystrzeli flarę, znaczy że widzi wroga. Po co ta informacja innym? Aby wiedzieli że już mają być w gotowości, bo może ich być więcej.

    Oddział kaprala jako pierwszy spostrzegł olbrzymy. Flarę wystrzelił ktoś z przodu. To były dwa kolosy, jeden na oko ośmio, a drugi dwunastometrowy. kiedy tylko ich zauważyły od razu popędziły w ich stronę. Z uwagi na to że był to teren dość pusty, odbili trochę w lewo, aby zbliżyć się do widzianego z daleka lasu.  Niestety, kolosy zbliżyły się szybciej niż zakładano, więc trzeba było improwizować

    -Fiodor, Lea, załatwcie ich.- Rozkazał Kapral.

    -Tak jest!- Powiedzieli jednocześnie.

    Ruszyli w stronę olbrzymów, wystrzelili linki i podlecieli, aby ich w miarę wymanewrować. Kiedy one się kręciły jak upośledzone, reszta oddziału ruszyła przed siebie. Fiodor i Lea nie specjalnie mogli zabić tych tytanów, gdyż ciągle ciągle odwracały się w ich stronę. Kolos który skupiał się na Fiodorze był w pewnym momencie odwrócony plecami do Lei. Z tego otóż powodu, Lea postanowiła go zaatakować. Oj, to był błąd. Kiedy linki wbiły się w potwora, ten machnął ręką w tył, uderzając Lee, która poleciała na ziemię i uderzyła w nią z wielką siłą. Jej linki dolnej części Trój osiowego sprzętu manewrowego, więc zostały jej tylko górne. Jednak nie miała możliwości tego sprawdzić, gdyż tytan ośmiometrowy, który od początku ją atakował, złapał ją i bez większego zastanowienia odgryzł jej górne partie ciała, tak od pasa w górę. Potem zżarł całą resztę. Ta, elita elit…

   -Lea!- Krzyknął Fiodor. W ataku furii bez większego namysłu rzucił się na dwunastometrowego kolosa i odrąbał mu głowę. Miał dość wąską szyje, więc dlatego poszło to tak łatwo… Ale nie mogłeś tak od razu imbecylu? Potem rzucił się na ośmiometrowego. Próbował złapać Fiodora, lecz ten urąbał mu dłoń na wysokości nadgarstka, po czym używając linek górnej części TSM dostał się na jego tyły i rozwalił mu kark. Chociaż teraz tak myślę, w napływie emocji człowiek przestaje myśleć racjonalnie i pozwala sobie na odjechane akcje. Dobra, ma to teraz sens.

    Fiodor powrócił do swojego konia. Kon Lei stał sobie skubiąc trawę. Przywiązał go do siodła swojego rumaka i ruszył za resztą oddziału.

    Tym czasem reszta oddziału.

    Na horyzoncie pojawili się kolejni wrogowie. Tym razem całych pięciu. No i oni też ich zauważyli. Zaczęli biec jak niemcy kiedy zobaczą kolejną wioskę do wymordowania, zgwałcenia, złupienia i spalenia, w dowolnej kolejności, czyli w cholerę szybko, więc walka była prawie nieunikniona. Na szczęście dla oddziału, byli w lesie. Trochę odbić w głąb lasu i można się bić. A odkąd pojawiły się olbrzymy, drzewa z nieznanych przyczyn zaczęły osiągać abstrakcyjne rozmiary (wyobraźcie sobie taką dziesięciometrową Gruszę, albo trzydziestometrowy dąb, o takich abstrakcjach mówimy). No i z uwagi na logikę to właśnie zrobili. Oczywiście, kolosy nadal za nimi biegły, ale teraz żołnierze mieli przewagę środowiskową.

    Kiedy wesoła kolosalna kompania. dwa sześcio, jeden dwunasto, jeden pietnasto i jeden czterometrowy, weszła do lasu i dogoniła oddział, kapral dał rozkaz aby olbrzymy zabić. Z połowa żołnierzy poderwała się na TSM, aby zneutralizować zagrożenie. Jako pierwszy padł stwór największy, piętnastometrowy, który nawet nie zorientował się że ktoś go atakuje. Z resztą było trochę ciężej. Filip jako że bardzo lubił popisywać się swoimi umiejętnościami czegokolwiek, obrał sobie za cel dwunastometrowego. I o mało nie przypłacił tego życiem, gdyż dwunastometrowiec złapał go podczas próby dobrania się do karku tuż przy barku olbrzyma i gdyby nie to że była tam Tatjana, która zdołała ukatrupić kolosa to pewno Macedończyk wąchałby już kwiatki od spodu, a tak to jeszcze sobie żyje. Łotyszka nawet mu ironicznie podziękowała za odwrócenie jego uwagi.

    Pozostało trzech olbrzymów. Kawalerzyści pruli do nich z wybuchowej amunicji, co dało efekt w postaci ubicia stwora czterometrowego. Oczywiście, kawaleria miała tą wadę, że była prawie bezbronna na ataki potworów, co zwykle skutkowało wysokimi stratami w ich oddziałach. Czemu zatem wzięli Kawalerie na tę wyprawę? A bóg jeden wie.

    Dwa sześciometrowce zginęły w zasadzie to przez przypadek. Kiedy goniły kawalerzystów oraz piechurów, ni z tego ni z owego jakiś drzewiec się przewalił i zmiażdżył bestią głowy, jak i inne części ciała.

    Kiedy zagrożenie zostało zażegnane, piechurzy wracali na swoje konie, a kawalerzyści liczyli straty, aby wiedzieć ile osób stracili. O dziwo dość mało, gdyż tylko siedmiu (a Batalion kawalerii wzięty na operację liczył około 500 osób, z czego w drużynie kaprala było ich ok. 200), lecz kiedy wszyscy się już w miarę uspokoili, z lasu wyskoczył gruby jak świnia olbrzym, walnął się plackiem na drogę, po czym jego żołądek uznał że w zasadzie to zawszę chciał być fajerwerkiem i wyleciał w powietrze, wystrzeliwując wszystkich wokół na orbitę. No, albo przynajmniej kilkaset metrów od siebie, w dowolnym kierunku. Zginęły tylko osoby które były wystarczająco blisko, czyli z trzech kawalerzystów, oraz osoby które miały wątpliwą przyjemność być akurat pod nim kiedy wywalał się na drogę, a reszta poleciała na wszystkie strony, a to do lasu, a to w stronę reszty oddziału, a to w stronę przeciwną, z czego rekord odległości zaliczyła Petra, która praktycznie wyleciała z lasu, a to było dobre trzysta metrów… Jak ona to przeżyła, nie wiem. Mocna dziewczyna, nie ma co.

    Na dużą odległość wystrzeliło tylko piechurów, zgadnijcie dlaczego, a wśród tych których wywaliło w niepożądanym kierunku (czyli nie w stronę oddziału) byli wcześniej wspomniana Petra, Jarosław, Filip, Narek, Tatjana, Dariusz i Radosław. Reszta albo wyleciała w stronę oddziału, albo do niego spokojnie wróciła. Albo nawet go nie opuszczała.

    Gdzieś w lesie, ale bliżej drogi

    Wiśniewski wstał i zaczął otrzepywać się z ziemi którą miał na mundurze. Za nim byli Narek, który najwyraźniej nie miał pojęcia co się wokół dzieje, oraz Filip, który leżał na ziemi i nie kwapił się aby wstać.

    -Ahhh… Kurwa, co jest? Co to było do kurwy nędzy? Widzieliście to?- Spytał Jarosław

    -Tak, wiedziałem. Pierwszy raz widzę coś takiego.- Rzucił Narek

    -Aghh… Tak samo. Co to w ogóle miało być? Kolos rzucił się na drogę i na…. Aaaaaaaaauuuuuuuuuuuuuu!!!- krzyknął próbując wstać.

    -Co się stało Filip?- Spytał Narek

    -Eghh, chyba nogę złamałem… Boli jak diabli…-

    -No to kurwa pięknie. Macedon, nie miałeś lepszego momentu na poważne uszczerbki na zdrowiu?-

    -A zamknij się.-

    -Uspokójcie się obaj! Przekrzykiwanie się w niczym nam nie pomoże. Wiśniewski, pomóż mi znaleźć jakiej patyki. Tylko długie i w miarę grube.- Rzucił Narek

    -A na co ci teraz patyki?-

    -By usztywnić mu nogę! Tak chyba go tu nie zostawimy, nie? A przy okazji nie chcemy żeby jęczał z bólu i informował wszystkich gigantów w okolicy że tu jest darmowy obiad.-

    -No, dzięki za troskę, nie trzeba było- Powiedział z wyczuwalną ironią Filip

    -Jak ich na nas sprowadzisz to zeżrą nie tylko ciebie, ale i nas. A teraz koniec gadania i pomóż Jarek, a nie.-

    -Dobra, dobra, spokojnie Armen. Już idę idę.-

    -Ej, ale nie zostawiajcie mnie tutaj, bo coś jeszcze przylezie i mnie zeżre!- Rzucił Filip

    -W sumie racja.-

    -Jeżeli nie będzie ci przeszkadzał ogromny ból nogi, który byłby nieunikniony, to ok, możemy cię nieść z nami.- Podsumował Armen

    -… Emm, to może lepiej ja tu zostanę.- Zakończył Macedończyk.

    -Dobrze. Jakby coś się działo, to krzycz.- Rzucił Jarosław. Po tych słowach ruszyli szukać kijów na opatrunek.

    W międzyczasie gdzieś głębiej w lesie

    Radosław Janda, leżał na jakiejś gałęzi drzewa. Oberwał dość mocno w głowę przy lądowaniu, więc spodziewał się że utraci przytomność, co się nie stało. Kiedy chciał wstać, zamiast wstać, spadł z gałęzi i jeszcze mocnej obudził się o wszystkie gałęzie pod nim, a kiedy się już skończyły, zdołał użyć sprzętu manewrowego by się jednej z nich złapać i nie zabić się spadając na ziemię.

    -Uffff… Blisko było.- Powiedział sam do siebie Radek. Następnie usłyszał ruch czegoś dużego. Bardzo dużego. A następnie spojrzał w dół. Stał tam około czternastometrowy kolos, który wyciągał po niego rękę.

    -Aaa, spierdalaj szmato! Bier te swoje łapsa ode mnie!- Powiedział do giganta, jednocześnie przyciągając się na wyciągarce do gałęzi. Kiedy był już tóż przy niej, nie dość że był dość mocno poza zasięgiem kolosa, ale też mógł wyjść na drzewo. Niestety, los to tępa szmata i coś się musiało spartolić. Tym razem był to fakt, że grot linki zaczął wypadać z drzewa. W dość późnej chwili Radosław to zauważył.

    -O ty suko- Rzucił, albo do linki, albo do natury, albo do losu, zależy. Kiedy linka całkowicie wypadła, co nastąpiło dość szybko, kiedy zaczął spadać w stronę kolosa…

    -Trzymam cię!- Znikąd pojawił się Darek, który złapał Radosława za rękę, nie pozwalając mu spaść. Radek złapał jego rękę, a następnie Darek go wciągnął na drzewo.

     -Ło panie… Dzięki stary, gdyby nie ty, byłbym martwy.-

     -Wiem.- Odpowiedział. Obaj spojrzeli w dół, na kolosa pod nimi.

    -Więc ten…. Zostawiamy go czy…- Urwał. Po chwili Dariusz zeskoczył z gałęzi, polatał trochę koło stwora, a następnie bez zbędnych ceregieli rozkroił mu kark, po czym wrócił na gałąź.

   -Aha…. Ok, nie było pytania.- Skomentował Janda. Zapadła niezręczna cisza, kiedy Dariusz i  Radosław stali na gałęzi i nie specjalnie wiedzieli co teraz. -To…. Jakiś pomysł co teraz?- Darek nie odpowiedział. Po prostu złapał go za ramię i ruszył w najpewniej losową stronę. Po chwili Radosław się mu wyrwał i zaczął używać własnego sprzętu manewrowego i poleciał za nim. W sumie to bardziej się bujać za nim, ale to taki mały szczegół.

    Po jakichś kilku minutach latania usłyszeli dźwięki TSM oraz kobiece krzyki. Bez większego zastanowienia polecieli w ich stronę. Okazało się że to była ich koleżanka z Batalionu, Janina Górska. Kobieta próbowała nie dać się zabić tytanowi, co z uwagi na fakt że wciąż żyła, się jej dość dobrze udawało. Z uwagi na takie coś jak lojalność w stosunku do towarzyszy broni, Dariusz i Radosław rzucili się jej na pomoc, która prędzej czy później i tak by się jej przydała.

    Mijając Górską z dwóch stron praktycznie w tym samym momencie i równolegle do siebie, Chabryk i Janda zbliżali się do kolosa, a kiedy się już zbliżyli, i zaszli my za plecy, gdyż ten ich z nieznanych przyczyn całkowicie zignorował, spojrzeli po sobie wzrokiem mówiącym “kto pierwszy ten lepszy” i rzucili się na Tytana. Cóż, pierwszy był Darek.

    Kiedy potwór gryzł już piach, Darek i Radek podlecieli do trzęsącej się ze strachu pod jednym z drzew Niny.

    -Hej, wszystko w porządku? Nic ci się nie stało? Wszystkie kończyny masz na miejscu?- Pytał Radosław.

    -T-t-tak… W-wszystko dobrze…. D-d-d-dzięki że pytasz.- Odpowiedziała Janina gapiąc się w przestrzeń. Darek kucnął i położył jej rękę na ramieniu, po czym powiedział

    -Wszystko już dobrze. Jak na razie jesteś bezpieczna.- Po tych słowach Janina się otrząsnęła, wstała i rzuciła

    -Tak. Dziękuję za ratunek. Nie wiem co bym bez was zrobiła.- Powiedziała, po czym się szeroko uśmiechnęła. Ach, kobiety, w jednej chwili srają pod siebie ze strachu, a w drugiej cieszą się jak po spełnieniu swoich fantazji erotycznych….Ludzie to bardzo dziwne istoty. -Zatem, wiecie którędy do Twierdzy Kraków?- Spytała Janina

    -Cóż, jeżeli wespniemy się na jakieś wysokie drzewo, to może się przekonamy.- Rzucił Dariusz

    -Zaraz, a nie mogliśmy tak od razu?- Spytał Radosław

    -Dobra, nie czas na to, panowie… To drzewo wygląda na wysokie. No dobra, do zobaczenia na górze- Powiedziała po czym złapała się pnia i zaczęła się wspinać. Po chwili patrzenia na nią z politowaniem, Darek i Radosław używając Trójosiowego sprzętu manewrowego wleźli na szczyt drzewa. Janina kiedy ich zauważyła przypomniała sobie że też go ma i zrobiła to samo.

    -Dobra, co tam widać na górze?- Spytała Janina, która jeszcze wspinała się na szczyt po gałęziach

    -Mało. Widać drogę, widać też mur, drużyny kaprala nie widać.- powiedział Dariusz. Drzewo na które wleźli było widocznie wyższe od pozostałych. Na oko z 5 metrów wyższe niż inne. W pewnym momencie usłyszeli jakby coś właśnie walnęło w drzewo na które wleźli. Najwyraźniej coś naprawdę w nie uderzyło, gdyż Nina zaczęła się trząść i spadła. Radosław skoczył za nią, a Dariusz zeskoczył w drugą stronę, sprawdzić co to miało być.

    Radosławowi udało się w pewnym momencie złapać Górską, która była nieprzytomna od uderzeń w gałęzie, lecz wciąż żyła. Użył jej sprzętu manewrowego, ażeby przyczepić ją jakoś do drzewa aby nie spadła, po czym zszedł zobaczyć o co chodzi. Darek już stał na dole i przyglądał się powodowi nagłemu zachwiania się drzewca. Okazał się być nim już nie taki żywy kolos, który miał dość ładne nacięcie na karku, a nad którym to stała Tatjana.

    -Ha! Widzieliście jak go załatwiłam? To było wspaniałe! Po tej akcji kapral Vilĉjo na pewno przyjmie mnie do drużyny!- Mówiła

    -Cóż, przykro mi, ale chyba tylko ty to widziałaś.- Powiedział Dariusz

    -I przez twoje robienie widowiska o mało Górskiej nie zabiłaś!- Dodał Radosław

    -Kogo? Nie znam żadnej górskiej.-

    -Hmm, zaczekaj chwile- Powiedział Radosław, po czym poszedł na drzewo. Z drzewa przyniósł nieprzytomną Nine. -Janina Górska, Może teraz sobie przypominasz?- Powiedział

    -Aaaa, ona. Ale żyje przecież więc mniejsza z tym. Dobra, to którędy do kaprala?- Spytała. I tak, to jest ten moment w którym powinieneś zacząć jej nie lubić.

    -Szczerze to nie wiemy, ale mamy podejrzenia. Ale i tak nie dogonimy ich bez koni.- Skwitował Dariusz.

    -Koni powiadasz?- Rzuciła Tatjana, po czym zaczęła gwizdać na swojego konia. Darek zaczął robić to samo, a Radosław był świadom że jego koń nie specjalnie już gdziekolwiek się ruszy, gdyż był martwy, bo go zgniótł kolos dwunastometrowy przy upadku.

    Po kilku minutach gwizdania koń Tatjany przybył do niej, kiedy ten Dariusza przybył po zaledwie ok. dwóch. Darek załadował nieprzytomną Janine na tył swojego konia, po czym wsiadł na niego i pojechał w stronę drogi. W międzyczasie Radosław wszedł na tył konia Tatjany, na którym ów już siedziała i ruszyli za nim.

    W międzyczasie na wjeździe do lasu.

    Petra zbierała się z gleby po krótkiej i nieplanowanej lekcji latania, po której powinna gryźć piach, a nie strzepywać go z munduru, ale to tylko szczegół. Kiedy się zorientowała gdzie jest, natychmiastowo zaczęła wołać swojego konia. Gwizdała na niego z dobre dziesięć minut aż przylazł.

    Kiedy miała już ruszać, usłyszała dźwięk innego konia galopującego w jej stronę. Odwróciła się za siebie, a tam ujrzała konia z przywiązanym drugim koniem, ale bez ani jednego jeźdźca. Zeszła ze swojej klaczy i ruszyła w stronę dwóch galopujących koni. Kiedy konie zobaczyły Petrę, może z powodu tego że blokowała im drogę, zatrzymały się i zaczęły wierzgać. Petra jako że wychowała się wśród zwierząt hodowlanych, w tym koni, gdyż była ze wsi, wiedziała jak zachować się w takim przypadku. Cóż, autor najwyraźniej się nie zna, więc nie jest nigdzie napisane co zrobiła. Więc zatem, zrobiła, to co powinno się robić w takich sytuacjach, po czym konie się w miarę uspokoiły.

    Petra dostrzegła szyi jednego z nich biały ślad w kształcie głowy konia, co było znakiem rozpoznawczym konia Fiodora, przez co poznała że to jest jego koń z najpewniej koniem Lei, z którą mieli zabić dwa tytany po drodze. Nie wiedziała za to co się stało z jeźdźcami. Wątpiła w to że umarli, gdyż sądziła że Kapral do swojej drużyny bierze tylko najlepszych żołnierzy Lechii, lecz po chwili uznała że pewno tytany ich obu pożarły, więc przywiązała oba konie do swojego konia, z dwóch jego stron, żeby przypadkiem konie nie wpadły w jakieś drzewo, czy coś, i ruszyła w stronę w którą najpewniej pojechała cała reszta. Leżące po drodze zwłoki tytanów potwierdzały że jedzie we właściwym kierunku.


Informacje Wywiadowcze: Szkolenie wojsk Lechickich.

    Każdy kto chce wstąpić do armii Wielkiej Lechii musi przejść przez dwutygodniowy trening wstępny, gdzie weryfikowane jest czy się do tego w ogóle nadaje, co nie jest takie oczywiste, a jak je przejdą dwuletni trening fachowy, gdzie nikt nie ma taryfy ulgowej i ogólnie śruba jest dokręcana rekrutom na maksa. Na treningach rekruci szkolą się w zabijaniu kolosów, oraz w innych umiejętnościach które mogą się przydać poza murami. W skład ćwiczeń wchodzą: Treningi z używania trójosiowego sprzętu manewrowego, tak na manekinach jak i na prawdziwych kolosach, biegi i marsze wytrzymałościowe, szermierka, treningi pierwszej pomocy, treningi jazdy konnej oraz podstawowe szkolenia taktyczne, bo jakkolwiek ładnie wszystko nie wygląda na papierze, tak i tak jak zabiją tytana decydują sami żołnierze, a takie treningi są potrzebne, żeby nie dać się zabić przy pierwszym spotkaniu z olbrzymem (co niektórym i tak się udaje). Jeżeli jednostka nie ma nic do roboty (co dzieje się dość często, lecz nie jakoś bardzo), to mogą też przechodzić dodatkowe treningi, bardziej zaawansowane. Najwięcej trenują jednostki zwiadowcze. Najmniej za to (statystycznie) dywizje, gdyż je się formuje z mniejszych oddziałów.


    Kiedy Jarosław i Narek znaleźli potrzebne do opatrunku kije, co zajęło dość sporo czasu, gdyż większość patyków była albo za mała, albo za cienka, albo zbyt krzywa. Kiedy w końcu znaleźli dwa w miarę proste i wystarczająco długie patyki, usłyszeli bardzo niepokojące dźwięki. Dźwięki ciężkich kroków zbliżających się z każdą chwilą. Dźwięki gigantów zbliżających się do nich. Rozejrzeli się i ujrzeli dużą grupę kolosów zmierzających w ich stronę. Walka była nieunikniona.

    -Hej, Filip, taka sprawa… Wybacz- Powiedział Jarosław, po czym razem z Narekiem złapali go za ręce i odciągnęli za jakieś dalsze drzewo. Filip oczywiście darł się w niebogłosy z bólu, co dało się usłyszeć w chyba całym lesie, lecz nie miał specjalnie wyboru. Kiedy Już go odstawili w subiektywnie bezpieczne miejsce, odeszli trochę, gdyż kolosy biegły w ich stronę z uwagi na nich, i stanęli do walki. Olbrzymów było ośmiu, czyli dość dużo, lecz wszyscy od czterech, do ośmiu metrów wysokości. Kiedy kolosy się zbliżyły, Jarosław i Narek odskoczyli przed ich atakiem , przez co mieli łatwą drogę do ich karków.

    Kiedy Wiśniewski z Narekiem bawili się w najlepsze w zabijanie kolosów, albo co najmniej próbowanie, Filip przyglądał się wszystkiemu z odległości. Zdążyli w minute położyć dwa kolosy. Później nie szło im tak dobrze, ale i tak nie dawali się zabić.

    -Kurde… Dobrzy są. Lepsi ode mnie. I pomyśleć że byliśmy w tym samym korpusie treningowym. Muszę im dorównać kiedyś.- Mówił sam do siebie Filip. Kiedy Macedończyk przyglądał się Jarkowi i Armeńczykowi, w ich stronę jechała Petra, która słyszała znajome krzyki, więc ruszyła pomóc. To samo uczynili Dariusz z Tatjaną i ich towarzyszami.

    Kiedy Filip przestał ich obserwować, ujrzał przed sobą niecodzienny widok. Przed nim stał dwumetrowy… w sumie to nie wiadomo co, ni to kolos, ni to człowiek, coś pomiędzy. Miało to dwa metry wzrostu co najmniej, oraz nie zbyt długie brązowe włosy. Nie miało to na sobie skóry ani żył, same ścięgna i mięśnie. Nie miała genitaliów co upodabniało ją do kolosów, którzy również takowych nie mieli. W przeciwieństwie do kolosów jego ciało nie było zdeformowane, wyglądało na najzwyklejsze ludzkie ciało, tylko że bez skóry. Na szyi nosił dość długi, biały szal.

    -E-e-e-e-e….- Filip zaniemówił.-… C-c-czym ty jesteś?- Istota nie odpowiedziała. Stała i patrzyła na Filipa swoimi zielonymi oczyma. -H-hej, zobacz, j-j-jestem ranny, n-nic ci nie zrobię, p-po prostu odejdź i-i-i wszystko skończy się dobrze… P-p-proszę, nie zabijaj mnie.- Wymamrotał przez łzy Filip. Istota nadal się na niego patrzyła. Patrzyła na chojraka płaczącego pod drzewem, bojącego się o własny los. Po kilku chwilach istota zdjęła szal i położyła go obok Filipa, po czym odeszła. Kiedy Filip zorientował się co się stało, aż przestał płakać. Nie dowierzał co się stało. Nie dowierzał, ale był tak szczęśliwy jakby się dowiedział że żona urodziła mu dziecko (dla nie ogarów, Filip nie ma żony). Otarł łzy i dziękował losowi, bogu czy czemukolwiek co było odpowiedzialne że jeszcze nie udaje się na tamten świat. Siedział i nie ruszał się. Nie mógł. Gapił się w stronę w którą odeszła istota. Jego twarz ozdabiał delikatny, subtelny uśmieszek ulgi i czystej szczęśliwości. 

    W międzyczasie Jarosław z Narekiem zdołali już ukatrupić wszystkie kolosy.

    -Dobrze, sytuacja opanowana. Dobra Armen, o ile zabiłem ich więcej od ciebie?-

    -Cóż, jeżeli tak stawiasz pytanie to o minus dwóch.-

    -Serio? Kręcisz coś, jestem pewien.- Oburzył się Wiśniewski. -A tak na marginesie, gdzie jest Macedon?- Dopytał po chwili

    -Posadziliśmy go pod którymś z tamtych drzew. Chodźmy lepiej po niego.- Zaproponował Narek. Znalezienie go nie było zbyt trudne, gdyż nie ruszył się z miejsca. Jednakże kiedy go znaleźli trochę się zaniepokoili. -Emm… Filip, wszystko dobrze?- Spytał Narek

    -Raczej dobrze, wygląda jakby właśnie pocałowała go Honorata Marszałek. Wiesz która to, prawda?-

    -Ta co się w niej podkochuje, tak znam. Cóż, nie dziwie się że mu się podoba.- Powiedział Armeńczyk -Dobra, mamy ważniejsze rzeczy do roboty niż gadanie o niczym… Zaraz, co tu robi ten szal? Twój?- Spytał Narek kiedy zauważył nieznajomy biały szal.

    -Pierwszy raz w życiu go widzę. Dobra, nie ważne skąd on jest, ważne że mamy coś do zawiązania tych badyli, prawda? Tak jakoś to tłumaczyłeś.-

    -Tak, tak. Dobra, to ty podnieś mu delikatnie nogę, a ja mu wsunę pod nią szal, a potem wiesz co robić.- Odrzekł Narek. Usztywnienie nogi kolegi trochę trwało, w międzyczasie ów kolega krzyczał jakby go ze skóry obdzierali, w końcu im się udało. Szal był dość długi aby usztywnić nogę oraz aby dało się to jeszcze porządnie zawiązać.

    -No, teraz raczej nią nie poruszysz.- Skwitował Jarosław. -Dobra, to teraz wołamy konie i zabieramy się stąd.-

    -Co? Eeee, tak się składa że nie umiem gwizdać. Przepraszam-

    -Eh, Macedonie?-

    -Również.-

    -A ty nie możesz swojego zawołać?- Spytał Narek

    -Mój koń nie specjalnie nadaje się do czegokolwiek, gdyż jest martwy.-

    -Co? Czyli mówisz że nie mamy jak stąd się usunąć i wracać na właściwą stronę murów, ani gdziekolwiek?- Spytał Filip

    -Nie, ja z Armenem zawsze możemy iść pieszo, albo na naszych wspaniałych linkach, przynajmniej do czasu.- Odpowiedział Jarosław. W tym momencie usłyszeli dźwięk który bardzo ich zadowolił. Dźwięk końskich kopyt. W ich stronę właśnie zmierzała Petra z dwoma końmi, które wcześniej wzięła ze sobą. Narek wyszedł jej na spotkanie.

    -Petra! Petra! Zatrzymaj się, Petra!- Krzyczał. Petra się zatrzymała tuż przed nim, zsiadła z koła i powiedziała.

    -Narek! Żyjesz! Miło cię widzieć w jednym kawałku.-

    -Czyżbyś była naszym aniołem stróżem, Rumko? Gdyż zjawiasz się w idealnym momencie, a mieliśmy wielki kłopot.- Powiedział Jarosław niosąc ze sobą Filipa.

    -Emm, miło z waszej strony, ale zapewniam że jestem tylko człowiekiem. Akurat przejeżdżałam i usłyszałam krzyki więc przyjechałam to sprawdzić. Cieszę się że nic wam nie jest.- Odparła, po czym uśmiechnęła się promieniście uśmiechem z kategorii tych kojących nerwy i ogólnie leczących depresje.

    Wspominałem że Petra była jedną z tych osób którą wszyscy lubią?

    -Dzięki za troskę Petra. I takie pytanie wywiadowcze. Skąd wzięłaś te dwa dodatkowe konie?- Spytał Filip

    -Cóż, tak się szczęśliwie złożyło że po prostu na nie trafiłam. Chociaż raczej one trafiły na mnie.-

    -Dobrze, nie ważne skąd je masz, możesz pożyczysz ze dwa? Nasze są jakby to ująć, niedostępne. A Macedon sam się nigdzie nie ruszy.-

    -Cóż, jedziemy w tym samym kierunku, oraz jesteśmy drużyną, więc jedźcie ze mną.- Zaproponowała Petra

    -Jeżeli nalegasz.- Rzucił Filip -Ale ja jadę z tobą.-

    -Dobrze, nie widzę problemu.- Podsumowała Petra

    -A cóż to za nielegalne zgromadzenie?- Nagle z tyłu rozległ się znajomy głos, a za nimi pojawił się przedmiot w kształcie kobiety siedzący na koniu, a na imię było mu Tatjana. Razem z nią był Radek Janda, a za nimi jechali na drugim koniu Dariusz oraz, już nie taka znowu nieprzytomna, Janina która trzymała Dariusza tak jakby chciała go bardzo mocno przytulić. A może właśnie to robiła? Nie wiem.

    -O, spójrzcie kto przyjechał. Miło widzieć że jeszcze żyjecie. Macie jakieś informacje o reszcie ofiar losu które zabrano na tę misje?- Spytał wpół sarkastycznie Jarosław.

    -Właśnie jechaliśmy się o tym przekonać. A wy z tego co widzę bawiliście się w szpital polowy.- Rzucił Radosław.

    -No co? Macedon rozjebał sobie nogę, więc trzeba było coś z nią zrobić!-

    -Dobra, ludzie, nie czas na przedrzeźnianie się. Wracajmy do oddziału, a jak chcecie zachowywać się jak dzieci, to proszę bardzo, ale nie tutaj.- Przerwał im Narek

    -….. W sumie to Narek ma racje. Dobra, na koń i w drogę!- Krzyknął Filip. Jarosław musiał mu pomóc w wejściu na konia Petry, gdyż ten miał rozwaloną nogę, ale to chyba już wspominałem, więc odrobinę się przedłużył odjazd. Kiedy już się z tym uporał wszedł na swojego konia, a Filip miał dość sporą zagwozdkę. Żeby nie wywalić się na głupi ryj podczas jazdy, musiał się czegoś złapać. Jedyną rzeczą za jaką mógł się złapać w tym przypadku była Petra. Z uwagi na to że Petra miała dość spory biust, choć raczej dlatego że w ogóle go miała, nie specjalnie wiedział jak ją złapać żeby nie wypaść, a jednocześnie nie zrobić czegoś głupiego. Po chwili niezdecydowania ze strony Filipa, Petra złapała go za ręce i zawiązała sobie pod biustem. Po tym Petra z Filipem, trochę później niż reszta, ruszyli.


Informacje wywiadowcze: Twierdza Kraków

    Twierdza Kraków to jeden z największych i najważniejszych dystryktów Śląsko-Morawskiego Regionu Lechii. Na jej terenach znajdują się m.in. Kraków i Wieliczka, Status twierdzy wzięła od tego, że w przypadku ataku na Region, defensywa miała kończyć się właśnie tam i tam żołnierze mieli się bronić do ostatniego. W 1993 roku twierdza Kraków, razem z dwoma innymi dystryktami zostały utracone, przez nieznaną usterkę w bramie. Od tego czasu zorganizowano trzy ofensywy aby ją odzyskać. Pierwsza została zniszczona pod Krakowem, druga została zdziesiątkowana 10 miesięcy później w połowie drogi do miasta, trzecia za to właśnie trwa (w tym punkcie fabuły). Twierdza stanowiła bardzo ważny punkt Lechickiego przemysłu zbrojeniowego, gdyż tam znajdowały się główne punkty produkcji TSM oraz innych broni i amunicji, oraz arsenały w których trzymano je. Twierdza Kraków ma też znaczenie czysto symboliczne. Miała być symbolem walki za wszelką cenę i tego że Lechia nigdy się nie poddaje.


    Kiedy drużyna kaprala Vilĉjo bawiła się w najlepsze z kolosami rzucającymi się na drogę, oddziały Grozdy i Krzesimira miały trochę mniej rozrywki. Ten pierwszy nawet żadnego kolosa nie spotkał, a oddział Sienkiewicza może dwa, trzy jeżeli liczyć takiego jednego martwego, więc no, nudy. Pod twierdze dotarli więc bez większych perturbacji. Pierwszy przyjechał Sienkiewicz, Grozda trochę później. Spotkali się pod bramą do Twierdzy. Nie przystąpili jednak do ataku, gdyż czekali na kaprala, który, nie wiadomo czemu, jeszcze nie przybył, pomimo że powinien przyjechać jako pierwszy. Podejrzewali że olbrzymy całkowicie zniszczyły oddział Vilĉjo, lecz w takim przypadku wystrzeliliby czarną flare, a takie coś się nie stało.

    -Myślisz że coś im się stało? Zaczynam się martwić- Powiedziała Albína Hájek

    -Dość prawdopodobne. Wystrzelili dwie czerwone flary w dość krótkich odstępach czasu, plus widać tam było jakąś sporą eksplozje, więc wysokie jest prawdopodobieństwo że coś się stało.- Odpowiedział Lárus Vilhjálmsson. Islandczyk nie wyglądał na zbyt przejętego.

    -Mam nadzieje że nic im nie jest-

    -Mała szansa.-

    -Hej, Lárus, przynajmniej udawaj że cokolwiek cię obchodzi los naszych przyjaciół.-

    -Twoich przyjaciół. Oczywiście że mnie to obchodzi. Mogą się okazać bardzo dobrymi żołnierzami. Lecz nie przywiązuję się do ludzi na tyle, zęby ich śmierć mogła mnie poruszyć. Wiem jak to się kończy. Za każdym razem tak samo.-

    -Eh, po prostu miejmy nadzieje że nic im nie jest. Nawet jeżeli jest złudna.-

    -Nadzieja matką głupich-

    -Weź przestań.- Nagle podjechał między nich jakiś typ z kawalerii i zagaił-A o czym się tu rozmawia, jeśli można wiedzieć?-

    -A nic takiego, po prostu kolega obok mówi jak bardzo nie obchodzi go los naszych przyjaciół.- Rzuciła oburzona Czeszka

    -Nie powiedziałem że mnie on nie obchodzi. Wręcz przeciwnie. Po prostu nie przywiązuje do tego wagi emocjonalnej.- Poprawił ją Lárus. Po tych słowach, ułan oparł mu się na barku i rzucił

    -Hej, kolego, a cóż to za ponura postawa? Jak można…- Zaczął, ale nie dokończył, gdyż Lárus odepchnął go i rzucił

    -Nie dotykaj mnie. Kim ty w ogóle jesteś? Pierwszy raz w życiu cię widzę.-

    -Ah, tak, gdzie moje maniery? Zapomniałem się przedstawić. Żukowicz Lechosław, ułan 06. batalionu kawalerii pod dowództwem Grozdy Bozhidarov! A was jak zwą?- Dopytał ułan

    -Albína Hájek-

    -Lárus Vilhjálmsson-

    -A oddział jaki, jeśli raczycie powiedzieć?-

    -03. Batalion powietrznej piechoty lechickiej, pod dowództwem dowódcy Krzesimira Sienkiewicza.- Powiedział Islandczyk

    -Zero trzeci? O, słyszałem o was. To wasza pierwsza wyprawa, czyż nie? I jak wrażenia?- Spytał ewidentnie natrętny ułan

    -Cóż, jej na pewno pierwsza, jednak ja już na kilku byłem. Mnie z dwunastej kompanii eskortowej do tej przydzielili w zeszłym roku.-

    -Naprawdę? Z TEJ dwunastej kompanii eskortowej? Tej jedynej kompanii odznaczonej żółtymi paskami?-

    -Temu co z niej zostało. Tak.-

    -Łał, serio? Nigdy się tym nie chwaliłeś!- Zauważyła Albína

    -Bo nie ma się czym chwalić.-

    -Jak to nie ma? Kolego, to jest jedna z tych rzeczy którymi się chwali w pierwszej kolejności.- Powiedział Żukowicz

    -Może dla ciebie dostanie odznaczenia za nic, za akcje w której w najbardziej bezsensowny sposób zginęła większość twojego oddziału i która była kompletną katastrofą jest zaszczytem, ale dla mnie to zwykły wstyd i hańba! Dlatego też nie przyjąłem odznaczenia.- Powiedział wręcz wściekły Islandczyk

    -Dobrze, dobrze, przepraszam najmocniej.- Powiedział ułan.

    -Wracając do tego co mówiłeś wcześniej, wrażenia… No spodziewałam się czegoś więcej. Chociaż to chyba dobrze że mało się działo.- Powiedziała Albína. Przez chwile jeszcze tak rozmawiali, nic specjalnego się nie działo.

    W międzyczasie w oddziale Kaprala

    Oddział zatrzymał się kilkadziesiąt metrów przed lasem, czekając na spóźnialską część oddziału. Skąd wiedział że w ogóle żyją? Nie wiedział. Założył że żyją, więc postanowił zaczekać. Stali tak już z kwadrans, więc żołnierze zaczęli się niecierpliwić i martwić o w zasadzie wszystko o co mogli w tej chwili. Do kaprala podjechał w pewnym momencie jeden z jego przydupasów i poinformował

    -Kapralu, wierze że wie pan co robi, lecz czekamy tu już bardzo długo. Z całym szacunkiem, ale czekając naraża pan całą operacje na niepowodzenie.-

    -Jestem tego świadom Padrig. Lecz nie czekaliśmy na darmo. Większość brakujących żołnierzy dotarła tutaj.- Odpowiedział Vilĉjo

     -Prawda, nie przeczę, lecz nie możemy dłużej zwlekać.- Odpowiedział Padrig

     -Cóż… Dobrze, jedziemy dalej.- Powiedział kapral Vilĉjo. W tym momencie z lasu wyłoniła się jeszcze jedna grupa żołnierzy.

    -Jesteśmy!- Krzyknął ktoś w grupie. Podjechali do Kaprala i ta sama osoba powiedziała -Przepraszam za zwłokę. Jarosław Wiśniewski, 03. Batalion Powietrznej Piechoty Lechickiej, razem z innymi członkami ów Batalionu, gotowi na rozkazy!-

    -Hmm… To dobrze. Teraz, wracać do formacji i jedziemy dalej.- Powiedział. Grupka ruszyła na tyły formacji, a kiedy kapral dał rozkaz aby ruszyć dalej, tak właśnie poczynili. Po drodze nie napotkali już żadnego olbrzyma, co było dość nietypowe, lecz nikt specjalnie zamierzał rozmyślać nad powodem ich braku, gdyż ten fakt działał na ich korzyść.


    Informacje Wywiadowcze: Kolosy, AKA olbrzymy, AKA Tytany

    Kolosy, olbrzymy, tytany, potwory, stwory, giganty, wszystkie te nazwy odnoszą się do jednego i tego samego. Olbrzymy różnią się od siebie przede wszystkim wzrostem i rozmiarami kończyn. Giganty to wielkie, człekokształtne i ludo żerne bestie, osiągające od czterech  do aż osiemnastu metrów wzrostu. Mają zdeformowane i nieproporcjonalne kończyny, jakie i jak zdeformowane zależy od kolosa. Jedne mają bardzo krótkie nogi oraz wielkie ręce, inne vice versa, jedne mają ogromne głowy, inne to głównie tułów z rękoma. Niektóre wyglądają jak przerośnięte człowieki, tylko że bez skóry. Te ostatnie zwykle cechują się niezwykłą szybkością i sprawnością fizyczną, lecz są bardzo rzadko spotykane. Wśród tytanów panuje dziwna zależność, że im większy taki kolos jest, tym jest on głupszy. Nie oznacza to oczywiście że osiemnastometrowe są głupie jak but, a czterometrowe dorównują człowiekowi. Znaczy, ten pierwszy przykład to często prawda, lecz ten drugi to kompletna bujda, gdyż nikt nigdy nie zaobserwował kolosa który byłby bardziej ogarnięty od ptaka. Tytany nie atakują wielu gatunków zwierząt, wszelkich gadów, płazów, ryb czy ptaków, oraz bardzo wielu ssaków. Wyjątkami są Ludzie, foki, psy, koty domowe i z nieznanych nikomu przyczyn również dziobaki. Jak gdzieś wcześniej wspomniane było, zniszczenie ich “mózgu” lub przecięcie ich “kory mózgowej”. Pomimo swoich rozmiarów i możliwej szybkości jaką mogą osiągnąć (a ta wacha się od pięciu do nawet 20 km/h), bardzo rzadko zdarza się aby olbrzymy spróbowały przebić mur, lub zniszczyć jakąś fortyfikacje. Czasami jednak, tak się dzieje, jak na przykład w 1983 roku, kiedy to tytany przebiły jeden z murów Novum Imperium Romanum, gdzieś w okolicach Awinion. Właśnie z uwagi na tą możliwość, większość osad postanawia mury budować z zabitych tytanów, gdyż ich części ciała pomimo swojej wielkości, są bardzo lekkie, oraz bardzo wytrzymałe, zwłaszcza kiedy stwardnieją, co dzieje się w przedziale od dwóch do dwunastu godzin od odcięcia kończyny, lub zabicia olbrzyma. Olbrzymy są bardzo wrażliwe na zimno. Jeżeli temperatura się obniży, ruchy bestii są znacznie ograniczone, a one same są wolniejsze i bardziej podatne na ataki. Im niższa temperatura, tym ten stan jest bardziej zauważalny i silniejszy. Jeżeli temperatura będzie wystarczająco niska, taki kolos po prostu zamarznie na kość i po jakimś czasie rozpadnie się jak marzenia większości ludzi o szczęśliwym życiu i dobrze płatnej pracy w realu oczywiście. Albo marzenia również wielu ludzi aby przestać być prawiczkiem… Może tutaj skończę?


    Kiedy oddział kaprala dotarł pod bramę, czekali tam na nich Grozda, Krzesimir i ich ludzie. 

    -Przepraszam że tyle to trwało. Mieliśmy małe problemy po drodze.- Powiedział kapral

    -Tak, widzieliśmy. Cóż przynajmniej jesteście. Dobra, to chyba możemy zaczynać.- Powiedział Sienkiewicz

    -I tu masz racje.- Powiedziała Grozda -To może teraz się założymy kto zabije więcej kolosów?-

    -Stawiam 100 groszy na to że wygram- Powiedział Sienkiewicz. Rozbrzmiał rozkaz do ataku. Wkroczyli do Twierdzy Kraków.

    Pierwszym celem jaki mieli osiągnąć, było zamknięcie bramy Wielickiej. Twierdza Kraków miała siedem bram, z czego cztery prowadziły za mury, a pozostałe trzy prowadziły do innych dystryktów. Brama Wielicka miała poważną usterkę, przez którą nie dało się jej zamknąć, przez co kolosy miały wolną drogę do środka. Z wymienionych przed chwilą względów przed ubiciem wszystkich tytanów w Twierdzy, trzeba było zamknąć tą bramę. Brama Wielicka i brama Balicka którą wjechali były od siebie oddalone… Bardzo. W Twierdzy kolosów było od cholery, lecz na wjeździe do niej było ledwo kilku, więc rozprawiono się z nimi dość łatwo i bez strat. Plan był taki, że dzielą się tym razem na dwa oddziały, jeden jedzie do bramy Wielickiej (Tak się odmienia nazwę “Wieliczka”, prawda?), aby ją zamknąć. Drugi za to zajmie się wstępnym oczyszczaniem terenu twierdzy z kolosów. Kiedy brama zostanie zamknięta, oddział pierwszy będzie mógł rozpocząć eksterminacje rodzaju tytanicznego w Twierdzy Kraków, oraz tych dwóch innych dystryktach których nazwy nikt nie pamięta, więc przypomnę, dystrykt Wadowicki i dystrykt Krzeszowicki. Na ostatnią chwile do planu dodano że Kapral razem ze swoim pięcioosobową drużyną zaczną wstępnie wybijać tytany w dystrykcie Wadowickim i okolicy. Założenia proste jak bułka z masłem, wykonanie banalne jak budowa cepa. Przynajmniej do punktu “eksterminacja rodzaju tytanicznego”, gdyż to, z wiadomych przyczyn, była najtrudniejsza część tego wszystkiego.

     Podzielili się na dwa oddziały. Pierwszy, pod przywództwem Grozdy Bozhidarov ruszył na północ, aby zabezpieczyć okolice wzdłuż północnego muru drugi, pod dowództwem Krzesimira Sienkiewicza, ruszył za to na południe, aby zamknąc bramę. Kapral Vilĉjo, razem ze swoimi pozostałymi trzema przydupasami, oraz dwoma dobranymi przez siebie piechurami, którymi byli Reinout i  Tatjana, żeby było pięć osób, ruszyli wstępnie już oczyszczać okoliczną okolice z przerośniętych ścierwojadów.

    Z uwagi na to że droga do bram nikogo nie obchodzi i jest to najzwyklejsza jazda do celu, to skupie się na tym co jest jakkolwiek opisane i interesujące. 

    -Dobrze. Naszym zadaniem jest oczyszczenie tej okolicy z kolosów. Najpierw ruszymy do wsi Balice, która jest najbliżej stąd. Wybijemy kolosy do nogi, a następnie oczyścimy okolice miasta. Później wrócimy i zabijemy wszystkich kolosów w okolicach bramy.- Wyjaśnił Kapral. -Jedziemy w zwartym szyku, ja na przodzie, tuż za mną ta młoda i Padrig, Dalej Giò, a na samym końcu Holender i Yasin, zrozumiano?-

    -Tak jest- Powiedzieli wszyscy w tym samym momencie. No, mniej więcej w tym samym.

    -Dobrze, jedziemy!- Krzyknął Kapral, po czym wszedł na swojego rumaka i nie czekając na swoich kompanów ruszył w stronę Bielic. Po chwili wszyscy ruszyli za nim. Nie minęło dużo czasu aż go dogonili i wyrównali szyk.

     Tatjana, która była ogromną fanką kaprala, z uwagi na fakt że jechała tuż za kapralem, wpadła w Euforie, opanował ją stan wszelkiej szczęśliwości, osiągnęła Nirwanę i pewno jeszcze orgazmu dostała. W skrócie była zbyt szczęśliwa by myśleć logicznie. I dość szybko tego pożałowała, gdyż nie zauważyła przeszkody przed nią, przez co koń jej się zatrzymał, zrzucił ją ze swego grzbietu, a ta wywaliła się na głupi ryj.

    -Hej, uważaj! Jak będziesz tak jeździć kiedy kolosy będą nas gonić to po tobie.- Rzucił Yasin. Tatjana nie odpowiedziała, po prostu wydała jakieś dźwięki potężnego wkurwu, po czym wspięła się z powrotem na konia i wróciła do szyku, tym razem bardziej skupiając się na drodze (w sensie, tak mocno jak umiała, resztę uwagi kierowała na kaprala).

    Do Balic dojechali bez większych przeszkód. Dojechawszy zostawili konie przywiązane do jakiegoś płotu, za pomocą TSM wleźli na najbliższy dach. Ten był dość niski, lecz i tak było widać stamtąd całą okolice. Oraz wszystkie kolosy w okolicy. Było ich dość sporo. Z samego dachu niezbyt wysokiego budynku na którym stali dało się ich dostrzec co najmniej cztery tuziny, jeżeli nie więcej, a to były tylko te przewyższające budynki, a były jeszcze te niższe. Taka ilość była dość zadziwiająca, gdyż Balice nigdy nie były dużą miejscowością.

    -Dobrze, ja i Yasin idziemy na prawo, Padrig i Giò, wy idziecie na wprost, a wy dwoje w lewo. Tak będziemy mogli oczyścić większy teren w krótszym czasie. Tylko nie dajcie się zabić.- Rozkazał Kapral, po czym razem z Yasinem ruszyli w wyznaczoną przez siebie stronę. Reszta bez większego zastanowienia również ruszyła do wykonania swoich rozkazów. Tatjana i Reinout pobiegli, zgodnie z geografią, na północ, skacząc po dachach niczym wiewiórki po gałęziach drzew,  po drodze mordując wszystkie napotkane olbrzymy. Tatjana z Reinoutem się założyli, o kwotę w wysokości swojego żołdu, kto zabije najwięcej kolosów.  Z uwagi na częstotliwość ich występowania, a w konsekwencji częstotliwość ich zabijania, mieli dość duże pole manewru w udowadnianiu sobie kto jest lepszy. I tak skakali, latali na swoich linkach, ciachali tytany i ogólnie bawili się w najlepsze.

    Balice nie były dużą wsią, więc oczyszczenie jej z nawet ponad trzech tuzinów kolosów nie zajęło zbyt dużo czasu. Olbrzymów okazało się że było znacznie więcej niż trzy tuziny, a oni nawet nie spotkali wszystkich, tylko niektóre, więc ich populacja w Balicach była abstrakcyjnie wręcz wysoka. Końcowy wynik mini zawodów w zabijanie gigantów między Tatjaną a Reinoutem zakończył się miażdżącym zwycięstwem Łotyszki nad Holendrem, a mianowicie wynikiem 34 : 21 zabitych olbrzymów, na korzyść Tatjany. Taka różnica wyników spowodowana była najprawdopodobniej przewagą umiejętności i trzema latami regularnych treningów wszelkich, więc nie ma co się dziwić.

    -No, teren w miarę czysty. To kto wygrał?- Spytała Tatjana

    -Cóż, ja posłałem na wieczny spoczynek, jeżeli się nie mylę dwudziestu trzech olbrzymów, więc biorąc pod uwagę ilość przez nas napotkanych olbrzymów, to śmiesznie mało, więc nie mam wątpliwości że to ty wygrałaś młoda damo.- Powiedział szarmancki jak zawsze Reinout

    -Tylko tyle? Żałosne. Ja ich rozwaliłam z czterdziestu- Chwaliła się Tatjana, zarówno umiejętnościami zabijania kolosów, jak i brakiem umiejętności liczenia. Pomimo faktu iż Holender zauważył jej pomyłkę w obliczeniach, albo celowe podniesienie tej wartości, nie zareagował.

    -Cóż, zatem gratuluję zwycięstwa. Mam szczerą nadzieje że będziemy mogli to kiedyś powtórzyć.- Powiedział, pomimo że mogli to powtórzyć w zasadzie tego samego dnia. Ale kogo to obchodzi? Po swojej krótkiej i nic do czegokolwiek nie wnoszącej rozmowie, ruszyli przeszukiwać okolice w poszukiwaniu kolosów do ewentualnego obowiązkowego zarżnięcia, przez co fakt że zakończyli już zakład jeszcze bardziej nie miał żadnego sensu, ale kogo to obchodzi?

    Latali tak po całej wsi z jakieś dodatkowe 10 minut, rozcinając wszelkie napotkane kolosy, których spotkali podczas zwiadu z sześć. Kiedy mieli już całkowitą pewność co do stopnia wykonania swojego zadania, ruszyli na spotkanie kapralowi i jego podkomendnym. Giò i Padriga, którzy najwyraźniej również skończyli wycinanie olbrzymów, spotkali na jakimś losowym budynku, więc poszli zameldować że wszystkie spotkane kolosy zostały zneutralizowane. 

    -Dobra, udało nam się oczyścić część wsi którą nam przydzielono. Mamy prawie całkowitą pewność że tamten segment jest bezpieczny, więc przyszliśmy o tym zawiadomić- Powiedziała bardziej oficjalna niż zwykle Tatjana.

    -Oh, śmiesznie się składa, my właśnie też mieliśmy zgłosić to samo, tylko że do kaprala. O, o wilku mowa, leci tutaj.- Powiedział Giò

    -Hej. Czemu tu tak siedzicie? Mieliście coś zrobić chyba, nie mylę się?- Powiedział Vilĉjo, który wyglądał na odrobine zdenerwowanego.

    -Właśnie przyszliśmy zameldować że wykonaliśmy powierzone nam zadanie.- Powiedział Padrig

    -Ah tak? To dobrze. Czyli Balice zostały oczyszczone z kolosów. Jesteście pewni że żadnego nie przeoczyliście?-

    -Na sto procent. Nie ma bata by jakikolwiek się uchował- Rzucił Giò.

    -Dobrze. A zatem teraz ruszamy dalej. Wracamy do Dystryktu Wadowickiego i spróbujemy go zabezpieczyć.- Powiedział Kapral

    -Tak jest!- Powiedzieli Wszyscy. Następnie ruszyli do miejsca gdzie zostawili swoje konie, a potem ruszyli zabezpieczać dystrykt Wadowicki.

    W międzyczasie grupa pod dowództwem Krzesimira Sienkiewicza docierała do bramy Wielickiej. Po drodze musieli rozprawić się tylko z jednym kolosem, więc obranie drogi wzdłuż muru okazało się dobrym pomysłem. Kiedy dotarli do bramy, zgodnie z planem, kawaleria stanęła pod bramą i zaczęła pilnować aby żaden kolos nie przeszedł, część piechoty robiła to samo, tylko że zwisając na murach, druga część piechoty robiła to samo, tylko że od drugiej strony, a z mała grupka osób ruszyła aby zamknąć bramę. A gdzie się tą bramę zamykało?

    Nad przejściem za mur, które było zamykane tą felerną bramą, znajdowało się dość duże pomieszczenie, gdzie się właśnie bramę zamykało. Proces otwierania i zamykania bramy wyglądał tak, że przy otwieraniu kilku chłopa kręciło wielkimi jak diabli korbami aby bramę podnieść (a ta była dość ciężka), a przy zamykaniu jej, zwalniało się dwie metalowe dźwignie które blokowały bramę w pozycji otwartej, po odblokowaniu ich grawitacja czyniła swoją powinność i bam, brama zamknięta szybciej niż gdyby to robić ręcznie. A czemu nikt nie wpadł na pomysł aby otwierać ją na boki, skoro jest taka ciężka? A słyszeliście może o czymś takim jak tarcie? No to wstawcie tam koła! Tak, żeby dało się to otworzyć z obu stron. Świetny pomysł.

    Dowódca razem z ósemką wybranych przez siebie żołnierzy, którymi byli Narek Darbinian, Janina Górska, Dariusz Chabryk, Albína Hájek, Lujza Král, Fülöp Herczeg, Edvard Sedláček oraz Jaakob Juha, ruszyli do ów pomieszczenia, aby przepadać czy usterka jest tam. Samo pomieszczenie było duże i tak surowe jak tylko się dało. Na dwóch przeciwległych ścianach były umieszczone korby, które służyły do otwierania bramy. Sama brama była bardzo dobrze widoczna, gdyż była na samym środku pomieszczenia i nawet dobrze się prezentowała. Po jej bokach znajdowały się dwa duże koła zębate, które razem z dźwigniami blokującymi, przytwierdzonymi do belki powyżej, blokowały bramę przed niechcianym zamykaniem się. Cały mechanizm działał tak, że korba połączona za pomocą łańcucha z zębatką u góry, która była za pomocą innego łańcucha połączona z zębatką poniżej, otwierały bramę, poprzez ruch korby. Brama miała z 2,5 metra, więc była trochę ciężka, ale dało się ją podnieść. Zębatka która była poniżej miała z metr grubości, aby dało się zrobić mechanizm blokujący. Ten działał tak że kiedy brama jest otwierana, specjalna dźwignia blokująca, po prostu sobie jest i wesoło terkocze, lecz kiedy grawitacja zaczyna działać, wtedy dźwignia (za pomocą sprężyny) blokuję zęby walca zębatego i do momentu jej odblokowania koła są zablokowane i nie mogą się ruszyć. Jednakże brama była dość długa, tak na 4 metry, przez co musiały być po obu stronach, chociaż i tak musiały by być. Z tegoż to powodu, jeżeli chciałoby się zamknąć bramę, należało pociągnąć obie dźwignie, mniej więcej w tym samym czasie, w przeciwnym wypadku, brama miała tendencje do chamskiego blokowania się.

    Podejrzewano właśnie, że przez czyjąś niekompetencje brama się zablokowała i nie umieli jej zamknąć w czas. A skoro otwartą bramę znacznie łatwiej sforsować niż zamkniętą, to kolosy bez większych problemów wlazły do środka. Oczywiście taka wersja wydarzeń była dość naiwna, lecz nie mieli innej.

    Zatrzymali się przed drzwiami do pomieszczenia. Powodem dla którego nikt nie sprawdził co się dzieje był fakt, że drzwi były zamknięte. Fakt że były ze wzmocnionej stali i ogólnie były bardzo wytrzymałe również nie pomagał. Żadne zapasowe klucze nie pomagały, gdyż zamek był zapchany czymś, no i ogólnie nie specjalnie dało się je otworzyć w jakikolwiek konwencjonalny sposób. Na szczęście, są też sposoby niekonwencjonalne. Jednym z nich było wykręcenie zawiasów drzwi. To właśnie zrobili. Po odkręceniu zawiasów, przesunęli drzwi aby blokada wyszła z zamka i odłożyli je obok. 

    Grupa Sienkiewicza, razem z nim samym, weszli do pomieszczenia i ujrzeli tam coś niespodziewanego. Otóż brama, zamiast zwyczajowo sobie stała nad dziurą w podłodze na środku pokoju, teraz leżała rozkawałkowana po całym pomieszczeniu. Po całym pomieszczeniu porozwalane były również ludzkie, częściowo już rozłożone, zwłoki. Cały mechanizm był w rozsypce, waliło okropnie zgniłym mięsem, w ścianie była wielka dziura, ogólnie, było gorzej niż wszyscy myśleli. Nasuwało się jedno, a w zasadzie to trzy pytania.

    -Co tu się stało do jasnej Anielki?- Spytał Edvard

    -Nie mam pojęcia. Wygląda jakby jakiś kolos uderzył w to miejsce i zniszczył wszystko wewnątrz.-Odpowiedział Narek

    -Ale jeżeli tak, to jak nikt tego nie zauważył?- Dodała Lujza

    -To akurat proste, praktycznie nikt w tych okolicach nie mieszkał. Nie miał kto zauważyć. A z drugiej strony tego nie widać przez widoczne w dziurze gałęzie drzew które jak na złość ustawiły się tak że zasłaniają dziurę.- Odrzekł Chabryk

    -Mogę stąd wyjść proszę? Zbiera mi się na wymioty od tego smrodu.- Rzuciła Albína, po czym nie czekając wybiegła w stronę najbliższego krzaka aby puścić pawia. Za nią pobiegł Edvard, który wiedział że puszczanie ludzi samych to zły pomysł w takim terenie. I tak, to były te trzy pytania.

    Pozostała siódemka nie miała specjalnie wiele więcej do analizowania i doszli do jedynego sensownego wniosku

    -Cóż, trzeba będzie najwyraźniej tą bramę czymś zablokować. Przynajmniej na razie.- Powiedział Sienkiewicz. Po chwili sobie przypomniał że każda brama ma specjalne zabezpieczenie, w postaci grubej metalowej ściany na szynach, właśnie na takie sytuacje. Żeby ją aktywować wystarczyło wleźć na szczyt muru i odblokować ją. Nic prostszego! I tym razem jest tylko jeden haczyk. Była niemal stuprocentowa szansa że szyny na wysokości pomieszczenia były zniszczone. Jedyne co pozostawało to sprawdzenie tego. -Juha, Herczeg, sprawdźcie czy szyny awaryjnej blokady bramy są całe.- Rozkazał po chwili

    -Tak jest!- Powiedzieli, po czym pobiegli wykonać rozkaz. Popatrzyli, posprawdzali, pooglądali i po kilku chwilach stwierdzili

    -Wyglądają na sprawne!- Krzyknął Jaakob

    -Świetnie. Chyba mamy dziś szczęśliwy dzień.- Odetchnął z ulgą Dowódca. -Dobrze, drużyna, idziemy na szczyt muru. Ruszać się, żwawo!- Dodał po chwili, po czym wybiegł z pomieszczenia. To samo zrobili wszyscy inni w pokoju.

    Drabina na szczyt trzydziestometrowego muru była tak prosta i tania jak tylko się dało. Mianowicie były to stare dobre powyginane w techniczną literę “C” pręty zatopione w zaprawie muru. Całe dziewięć osób, gdyż w międzyczasie Edvard i Albína do nich dołączyli, zaczęła się wspinać na sam szczyt muru, aby zapieczętować chwilowo bramę. A jakby ktoś się spytał, czemu nie zrobili tego od razu, odpowiadam, to się wyjaśni za chwilę.

    Wspinaczka trwała kilka dobrych minut, w międzyczasie jakiś tytan zaatakował i został dość szybko pokonany. Kiedy dotarli na mur, ich oczom ukazał się widok, który w takiej chwili większość osób doprowadziłby do furii. Oraz powód, czemu nie zamknęli tej bramy od razu. Akurat tego dnia, awaryjna blokada bramy była wymieniana, z uwagi na zniszczenia dokonane po pewnym nie miłym incydencie. Blokada bramy która miała zastąpić starą, po prostu sobie leżała i jakby nikt o niej nie pamiętał. Bo oczywiście, nigdy nie może być za łatwo.

    -Oczywiście, musiało się coś spierdolić.- Mruknął sobie pod nosem Dowódca -Dobrze, ma ktoś pojęcie jak to zamontować?-

    -Z tego co mi wiadomo, to wystarczy wsunąć blokadę na szyny.- Odrzekł Edvard

    -Serio? To będzie łatwiejsze niż sądziłem. Dobrze, podnosimy to i montujemy!- Rozkazał Krzesimir

    -Em, dowódco. Ale to waży z kilka set kilo, co najmniej. Nie jestem pewien czy będziemy mogli to podnieść.- Powiedział Narek

    -Cóż, tak długo jak nie spróbujecie to się nie dowiecie.- Zasugerował Dowódca -A teraz ruszać się, im szybciej to zrobimy tym lepiej!- Rozkazał po czym sam pobiegł w stronę Blokady. Złapał ją i próbował ją podnieść i wstawić na szyny, oczywiście z marnym skutkiem. Po chwili drużyna dołączyła do dowódcy. Blokada była faktycznie dość ciężka, lecz nie aż tak ciężka aby dziewięć osób nie było w stanie jej unieść. Po kilku chwilach udało im się ją podnieść tak, aby dało się ją przenieść na skraj muru. Zanieśli blokadę i kiedy chcieli ją zamontować okazało się, że szyny na samej górze są uszkodzone. Były tak uszkodzone, że część była po prostu oderwana, przez co szyna zaczynała się z trzy metry niżej. To był dość spory problem, gdyż to oznaczało że będą musieli tą blokadę tak zamontować… No czy muszę to opisywać? Brama 2,5 metra wysokości, szyna 3 metry od krawędzi muru.

    -No świetnie! Bo nigdy nie może być zbyt łatwo! Ma ktoś jakieś pomysły jakby to tu zrobić?- Spytał Jaakob.

    -Hmm… Ja mam! Połóżcie to przy krawędzi.- Zaproponował Narek. Z braku lepszego pomysły właśnie to zrobili, po czym Narek zaczął tłumaczyć swój plan -Dobrze. Możemy użyć linek od trójosiowego sprzętu manewrowego aby przytrzymać blokadę przy murze. Jeżeli się uda, to bez większych problemów powinno udać się nam wstawić blokadę na szyny.-

    -Em, jesteś pewien że to się uda?- Spytał Edvard

    -A masz lepszy pomysł?- Zripostował Armeńczyk. Edvard nie odpowiedział. -W takim razie chodź tutaj i pomóż. Potrzebne są dwie osoby aby przyczepić linki, chodź zatem ty.- Dodał, po czym zeskoczył z muru. Kiedy był poniżej szyn, wystrzelił liny dolnej części TSM, które wbiły się w mur, a następnie przyciągnął się na wysokość początku szyn. Pomimo urwania nadal były położone ściśle przy murze, tak że nie było między nimi zupełnie nic.

    -Dobra Edvard, teraz ty!- Krzyknął do Edvarda Narek. Czech spojrzał w dół, wziął głęboki wdech, i zrobił to samo co Narek. Oczywiście, przy okazji niemal wleciał na drzewo pod nim, ale udało mu się jakoś nie zabić. Wciągnął się na wyciągarce do góry, po czym on i Narek górną część swojego TSM wystrzelili tak na oko z dwa metry poniżej końca szyny, po czym wrócili na górę muru. Nań zaś zaszli za awaryjną blokadę bramy którą mieli zamontować i Narek krzyknął

    -Dobra, wszystko gotowe, zrzucać!- Oczywiście Narek nie miał pojęcia czy to się uda. W myślach modlił się aby linki wytrzymały.

    Przed zrzuceniem blokady dowódca podbiegł do krawędzi muru i rozkazał powrót za mury. Kiedy wszyscy żołnierze za nie wrócili, wrócił do grupy. Siódemka podnosiła trochę blokadę, jednocześnie pchając ją do przodu, tak aby była w miarę pionowo. Po pewnym czasie trzymali ją do połowy poniżej poziomu muru i całkowicie w poziomie. Wtedy ją puścili i liczyli że się uda.

    Jakimś cudem udało się. Blokada wlazła w szyny, a liny wytrzymały. Narek i Edvard wciąż trzymali blokadę, lecz cieszyli się że się udało. Po chwili uświadomili sobie że mogą zwolnić linki i to właśnie zrobili. Blokada poleciała z pełnym impetem w dół, po czym walnęła o ziemię. Brama była już zabezpieczona. Po tym logistycznym sukcesie, ekipa na murze zeszła do reszty oddziału, po czym ogłosili to co każdy już widział, a następnie ruszyli aby wybijać okoliczne Giganty.


Informacje wywiadowcze: Formacje wojskowe

    Każda jednostka ma jakieś swoje zastosowanie i przeznaczenie. Poniżej znajduję się lista rodzajów Formacji:

Drużyna: Zwiadowcza, ekspedycyjna, ochronna, przyboczna, do zadań specjalnych

Pluton: Egzekucyjny, naprawczy, medyczny, ekspedycyjny, ochronny, przyboczny, do zadań specjalnych

Kompania: Ochronna, obronna, eskortowa, strażnicza, ofensywna, defensywna, wsparcia, kadrowa

Batalion: Piechoty, Kawalerii, artylerii

Bateria: Piechoty, Kawalerii, artylerii

Korpus: Obrony murów, treningowy

Dywizjon: Formowany z mniejszych oddziałów, więc nie ma żadnych.


    Kapral razem ze swoimi ludźmi byli gdzieś w głębi dystryktu Wadowickiego, a dokładniej w jakimś lesie. Poszukiwali w nim kolosów, gdyż te miały brzydki zwyczaj chowania się w lasach. Szukali tak, szukali, kilka znaleźli i zabili, no ogólnie nic się nie działo. Po poszukiwaniach kapral wystrzelił flarę, która sygnalizowała że mają wracać. Po jakimś czasie wszyscy byli już w jednym miejscu, a kapral zarządził że nie mają tu czego szukać i że mają jechać dalej. Podczas opuszczania lasu jednak, natrafili na trzy postaci w ich mundurach, korzystające z ich sprzętu. Nie był to jednak nikt z ich drużyny, przez co wzbudzali słuszne podejrzenia. W pewnym momencie wyprzedzili ich, polecieli kilkanaście metrów przed nich i zawisnęli w bezruchu. Yasin, który nie wiedzieć czemu był z samego przodu formacji, krzyknął do nich nie zatrzymując się

    -Hej! Kim wy jesteście?! Czemu nie jesteście z resztą wojsk?!- Nie dane mu jednak było poznać odpowiedzi na te pytania, gdyż kiedy je zadał dwie osoby ruszyły ku niemu, wyciągnęły miecze, a Yasin zaczął gwałtownie szybko tracić krew z uwagi na dość głębokie cięcia na swoim torsie, po czym rozwalił się o ziemię, już nie taki żywy jak wcześniej. To był bardzo jasny i przejrzysty sygnał że oni nie są zbyt przyjaźnie do nich nastawieni.

    Faktem że wyciągnęli ostrza z jakiejś kabury czy czegoś innego, dali do zrozumienia że oni nie są stąd. Lecz jeden z nich miał ostrza wyciągnięte przez cały czas, więc on mógł być jednym z Lechickich żołnierzy. Ci dwaj co zabili Yasina mieli do pasa przytwierdzone dwa duże metalowe kontenery, do których podpięte były butle gazowe. Definitywnie nie od nich, gdyż w Lechii nigdy nie używano podobnych urządzeń.

    Reszta żołnierzy Vilĉjo, razem z samym kapralem, kiedy uświadomili sobie że czas na walkę, przygotowali się i na rozkaz Kaprala, rozproszyli. Wiedzieli że jeżeli rozdzielą się na trzy grupy, będą mieli o wiele łatwiejsze zadanie, gdyż będą musieli walczyć tylko z jednym, a nie całą trójką, i mieli racje. Dwóch typów, ci co zabili Yasina, ruszyli za Padrigiem, a ten trzeci poleciał za kapralem i Giò. Tatjana i Reinout byli trochę zaskoczeni, lecz kiedy to sobie uświadomili, ruszyli w stronę Padriga, aby w razie czemu mu pomóc.

    Padrig, goniony przez dwóch typów, próbował ich zgubić wśród drzew. Nie dawało to jakichś wymiernych rezultatów, lecz za każdym razem zostawali trochę w tyle. W pewnym momencie drzewa zaczęły się rozrzedzać, aby w końcu otworzyć się na pustą polankę. Padrig wiedział że na otwartym terenie nie ma szans dwóch na jednego, więc postanowił że zaryzykuję i spróbuję się wystrzelić jak z procy, łapiąc się górną częścią TSM o dwa, oddalone od siebie, ale nie jakoś bardzo drzewa tuż przy polanie i za pomocą wciągarki wyrzuci się do przodu. Kiedy już był w odpowiedniej odległości do przeprowadzenia tego manewru, namierzył wzrokiem potrzebne do tego drzewa. Wystrzelił linki, odpalił wyciągarkę i… W tej chwili kiedy miał już uruchomić wyciągarkę, dwaj jego prześladowcy dogonili go, a jeden z nich odciął mu prawą rękę, po czym się oddalili. Padrig, który tej wyciągarki zdążył nie uruchomić, a nie miał już prawej ręki, za pomocą praw fizyki i tej jednej linki, zakręcił się wokół drzewa okręcając je linką, po czym wpadł na sąsiednie drzewo z taką jedną, dość ostrą gałęzią, która wbiła mu się centralnie w krtań. Nie minęło dużo czasu aż utopił się we własnej krwi.

    Reinout z Tatjaną, którzy ruszyli Padrigowi pomóc, kiedy zobaczyli że nie mają już komu pomagać, uznali że nie mają tam czego szukać i zaczęli uciekać. Tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, że dwóch typa którzy bez najmniejszych problemów zabili dwóch elitarnych żołnierzy ich zauważyli i ruszyli za nimi. Reinout z Tatjaną również ich zauważyli, goniących ich z widoczną chęcią zabicia ich. Biorąc lekcje od Padriga, uzmysłowili sobie że uciekanie nic im nie da i będą musieli stanąć z nimi w szranki. Za pomocą komunikacji niewerbalnej, w postaci machania rękoma jak chory psychicznie, uzgodnili że się rozdzielają. Tatjana poleciała na lewo, Reinout na prawo. Dwóch prześladowców którzy najwyraźniej nie mieli nic innego do roboty niż prześladowanie żołnierzy na misji, ruszyli za Tatjaną ze znanego tylko sobie powodu obaj. Albo oboje, chociaż raczej obaj. Kiedy Holender się zorientował że go nie gonią, zawrócił i postanowił im zrobić niezbyt miłą niespodziankę.

    Tatjana pędziła tak szybko jak tylko mogła. Próbowała ich zgubić wśród drzew, lecz te próby spełzły na niczym. Już zaczęła myśleć że ma przegwizdane, kiedy to usłyszała bardzo znajomy i częściowo lubiany przez siebie dźwięk. Dźwięk rozcinania ciała mieczem.

    Reinout który zdołał dogonić Tatjane razem z jej zabójczo wręcz wesołym towarzystwem, jednemu z typów jednym, chirurgicznym wręcz cięciem odciął głowę która poleciała gdzieś hen daleko. Kiedy jego cielsko zaczęło mieszać się z leżącymi na ziemi liśćmi, drugi typ nagle się jakby przestraszył i zapragnął uciekać, lecz nie było mu to dane, gdyż Zawracająca Tatjana przebiła go swoimi mieczami, po czym razem runęli na ziemię. Co prawda liście zamortyzowały upadek, nie zmieniło to jednak faktu że typior miał najprawdopodobniej rozwalony kręgosłup i część żeber, oraz że miał dwie głębokie rany w tułowiu w których puki co tkwiły dwa metalowe ostrza. Nie wspominam tu nawet o prawdopodobnym krwotoku wewnętrznym i obowiązkowym krwotoku zewnętrznym.

    Tatjana, w przeciwieństwie do osoby która właśnie się pod nią wykrwawiała, miała się bardzo dobrze. Żyła, miała wszystkie kończyny na miejscu, ogólnie było dobrze. Wyciągnęła ostrza z już ledwo żywego typa, po czym zdjęła mu z łba kaptur. Na twarzy miał maskę, czarną, bez żadnych detali, tylko z otworami na oczy. Zdjęła mu ją, z ciekawości co to za maska, oraz co jest pod nią. Pod nią krył się typ w średnim wieku, o ciemnych włosach z delikatnym zarostem i rozwaloną połową twarzy. Miał ją jakby zmiażdżoną, ale nie do końca…. W skucie, wyglądał jakby jebnął ryjem w pociąg jadący 300km/h.

    Głowy drugiego typa nie chciało im się szukać, więc postanowili że poszukają kaprala i Giò. 

    Tymczasem Kapral i Giò

    Byli gonieni przez trzeciego typa, który gonił ich tak od kilku dobrych minut, i nie dawał za wygraną. 

    -Szefie, co robimy? Mamy go na ogonie od kilku minut i nie wydaje się abyśmy go mieli zgubić.- Panikował Giò

    -Uspokój się! Miałem nadzieje że mu się znudzi gonienie nas. Dość naiwne, lecz warto było spróbować. Dobrze, nas jest dwóch, on jeden, rozdzielimy się i jeden z nas zajdzie go od tyłu. Rozumiesz?-

    -Tak jest szefie!- Rzucił Giò. Ruszyli w dwie przeciwne strony, a ich prześladowca ruszył za kapralem. Giò prawie od razu ruszył za nimi, ale tak aby napastnik nie zauważył go, czyli z odległości. W międzyczasie Vilĉjo próbował wyprowadzić napastnika w pole, albo przynajmniej zmusić go do lądowania. To drugie w nieoczekiwanym momencie i w nieoczekiwany sposób się po chwili stało, gdyż Vilĉjo spudłował linkami i wywalił się na ziemię. To samo, tylko w bardziej kontrolowany sposób, zrobił napastnik, po czym podszedł do kaprala z wiadomym zamiarem. Kapral jednak zdążył zablokować jego cios, po czym wywiązała się walka. Nieznajomy miał na sobie czarną maskę, więc kapral nie miał możliwości zobaczyć jego twarzy, ani w konsekwencji rozpoznać kim on był.

    Walczyli zaciekle, jakby od tego zależało ich życie, bo tak w zasadzie było. Ciosy padały z jednej i z drugiej strony, walczący odskakiwali, unikali, cieli, pchali i skakali, wyglądało to wszystko bardzo efektownie i trwało tak z kilka minut, aż w końcu Vilĉjo dostał kopa w brzuch, po którym dostał drugiego, tym razem w trwasz, i nie kopa tylko cios, po czym wywalił się na stojące za nim drzewo. Napastnik podszedł do niego i przez chwile się mu przyglądał.

    -Egh… Kim wy… Jesteście?- Spytał kapral. Przeciwnik odpowiedział mu po niemiecku

    -Wir sind, der Jäger- Coś błysnęło w oczach kaprala. Jäger… Jägers….

    Nagle z za napastnika rozległ się krzyk. Był to nacierający Giò, który zapomniał najwyraźniej że krzyczenie podczas ataku jest idiotycznym pomysłem. Przekonał się o tym dość szybko, gdyż zakapturzony i zamaskowany jednocześnie typ szybko obrócił miecz w ręce ostrzem do tyłu, po czym szybko rękę wyprostował, wbijając miecz prosto w nacierającego Giò. Agresor odwrócił głowę i spojrzał na twarz niedowierzającego przydupasa kaprala. Ten zatrzymał się i po chwili, oraz wyciągnięciu miecza z jego tułowia, padł na ziemię. Żył jeszcze, lecz nie specjalnie był zdolny do jakiejkolwiek walki. Kiedy napastnik chciał wrócić do Kaprala, tego już nie było. Uciekł gdzieś, bóg wie gdzie. Zaczął się rozglądać, lecz po chwili uznał że ten uciekł jak tchórz.

    Oj, mylne było jego przekonanie, bardzo mylne, gdyż kiedy przestał się rozglądać, zauważył lecący centralnie w jego stronę obiekt. Mały, metalowy i zaostrzony.

    Był to nóż rzucony przez Vilĉjo, który wbił się w lewe oko napastnika, a ten zatoczył się do tyłu i opuścił gardę. Kapral rzucił się na niego, złapał go, powalił i przyłożył miecz do gardła. Zdjął mu kaptur, wyciągnął mu nóż z oka, a na koniec ściągnął mu maskę.

    Okazało się że nie był to nikt inny niż Fiodor. Widok ten zdziwił mocno Kaprala, oraz go doprowadził do furii. Jeden z jego najbardziej zaufanych przybocznych zdradził go, zabił dwóch jego ludzi i prawie zabił trzeciego jak i jego samego. Miał pełne prawo być wkurwionym i taki właśnie był. Jednakże nie chciał go zabić. Znaczy chciał, ale tego nie zrobił. Chciał aby spotkała go odpowiednia kara. Dlatego też walnął go w łeb tak aby go ogłuszyć, po czym opatrzył jego ranę oka używając swojej podręcznej apteczki bez której się nigdzie nie ruszał. Zanim zaczął opatrywanie spytał jeszcze leżącego trochę dalej towarzysza

    -Żyjesz Giò?-

    -Tak… To nic wielkiego, przeżyje. Ale przydałoby się to opatrzeć.- Odrzekł. Kapral rzucił mu kilka bandaży i dopytał

    -Umiesz tego używać?-

    -Oczywiście… Od ciebie się nauczyłem szefie!- Po czym wziął się za samo opatrywanie. Kapral za to na szybko opatrzył oko Fiodora. Może i go zdradził i zdenerwował nad wszystko, to jednak po jeden, martwy na nic mu się nie przyda, a po dwa, to wciąż był Fiodor, nie mógł go tak zostawić. A dodatkowo Kapral miał u Fiodora dług, który mógł właśnie spłacić.

    Po opatrzeniu oka Fiodora, oraz po opatrzeniu rany Giò, Vilĉjo razem ze swoim przybocznym, a dokładniej to sam Giò, wzięli Fiodora i ruszyli do najbliższego swojego konia. 

    Nie minęło dużo czasu aż trafili na Reinouta i Tatjanę. Szybko wymienili się informacjami, po czym razem ruszyli po konie. Uznali że najlepiej będzie jak jedna osoba zawiezie Fiodora na bezpieczną stronę murów, a reszta zajmie się na powrót wybijaniem okolicznych gigantów. Tym co miał odnieść Fiodora był Reinout, gdyż zgłosił się na ochotnika. Pozostała trójka ruszyła aby wybijać olbrzymy, których z nieznanych przyczyn nie było zbyt wielu.


    Oddział Dowódczyni Grozdy skończył już zabezpieczać kolejną wieś. Olbrzymów nie było zbyt wielu, co ułatwiało sprawę, lecz to również oznaczało że możliwe że jakaś duża grupa siedzi w jednym miejscu i tam będzie dopiero prawdziwy rozpierdziel. Oddział nie poniósł zbyt dużych strat, co tym bardziej zachęcało do kontynuowania operacji.  Zbliżali się do miejscowości Niepołomice, gdzie zgodnie z planem mieli się spotkać z oddziałem Krzesimira. Z każdym metrem jednak Grozda coraz bardziej czuła że będą musieli w końcu wkroczyć do Krakowa. Podejrzewała że właśnie tam będzie największe skupisko olbrzymów, przez co właśnie Kraków będzie najtrudniej odbić.

    Powoli zbliżali się do Niepołomic. Na Horyzoncie nie było żadnych kolosów, okolica wyglądała spokojnie, no ogólnie sielanka i spokój. To był jeden z tych momentów w których można było sobie pozwolić na podziwianie widoków. Wokoło rozciągały się łąki i pola, dalej można było dostrzec złociste drzewa z których liście jeszcze nie spadły, tworząc malowniczy pejzaż. Okolica była trochę pagórkowata, lecz w dużej mierzę były to równiny. Trawa w tej okolicy była dość wysoka, z uwagi na fakt że nikogo nie było aby ją ściąć. A może to i lepiej? Przed nimi rozciągała się ubita droga na której końcu widać było już zabudowania i ogólnie architekturę.

    Jakkolwiek piękne nie byłyby widoki, jak się gdzieś idzie, to się koniec końców tam dotrze. Tak było i w tym przypadku. 

    Kiedy dojechali na miejsce zastali kilku kolosów do zabicia, lecz nigdzie nie było Sienkiewicza z oddziałem, co oznaczało że musieli na nich poczekać. A to oznaczało że mogą powybijać okoliczne olbrzymy.


    Nie musieli długo czekać, no nie aż tak długo, gdyż oddział Krzesimira przyjechał dość szybko.

    -Krzesimir Sienkiewicz z oddziałem, melduję że Brama Wielicka została zabezpieczona i można przystąpić do odbicia Krakowa!- Powiedział Sienkiewicz

    -To wspaniale, ale wiesz że nie musisz być tak formalny? To i tak nic nie zmienia.- Zauważyła Grozda

    -Cóż, co prawda to prawda. Przy okazji, tak długo nam zeszło gdyż jeszcze z uwagi na to że byliśmy w pobliżu zabezpieczyliśmy Wieliczkę. Obyło się nawet bez strat w ludziach. Ci co nam ich dali to serio, dobrzy są, muszę przyznać.-

    -A no prawda, prawda. Mają w sobie to coś. Hej, a ten ze złamaną nogą, był u ciebie, prawda? Co z nim zrobiliście?-

    -Z nim? Wsadziliśmy na wóz z zaopatrzeniem. Jak kojarzę jakaś dziewka się nim zajęła, Petra chyba się zwała, nie wiem po co, ale nikt nie miał nic przeciwko gdyż potrzebny był jeden dodatkowy koń.-

    -Em, przepraszam że przeszkadzam w rozmowie, ale skoro już oba oddziały są na miejscu, to nie powinniśmy ruszyć do Krakowa?- Spytał jakiś typ co się wtrącił. Był to Edvard.

    -Edvard, bez pośpiechu. Najpierw skończymy tutaj, a dopiero wtedy ruszymy do Krakowa.- Powiedział Sienkiewicz, który miał świetną pamięć do twarzy.

    -Emm…. Tak jest!- Powiedział -Em, a z rannymi co zrobimy? Bo do ataku ich nie weźmiemy.-

    -Znajdź zatem jakiś duży budynek i powiedz aby przenieść tam rannych.- Rozkazała Grozda

    -Emm… Tak jest!- Powiedział po czym pobiegł szukać.

    -Łoł. Masz niezłą siłę przekonywania-

    -Albo to po porostu on woli przyjmować rozkazy.- Powiedziała Bozhidarov, po czym oboje wybuchli śmiechem.


    Edvard najwyraźniej wziął rozkaz Grozdy trochę zbyt na poważnie. Zachowywał się jakby od tego zależały losy całej wyprawy, a tak oczywiście nie było. Jeździł po całym mieście, patrzał po każdym budynku, lecz nie był w stanie znaleźć odpowiedniego.

    Kiedy pędził koniem gdzieś w centrum miasta, nagle po jego lewicy spostrzegł tytana. Bestia siedmiometrowa chowała się za budynkiem więc nie ujrzał jej wcześniej. Edvard przerażony widokiem tytana, że tak powiem wrzucił wyższy bieg na koniu i ruszył jakby od tego zależało jego życie, bo tak było. Tytan skoczył przed siebie jak oparzony, i rzucił się w pogoń za Edvardem. Ten z uwagi na fakt że nie specjalnie chciał stać się pokarmem dla kolosów uciekał tak szybko jak koń jego na to pozwalał, olbrzym jednak i tak go doganiał. Kiedy zbliżył się na niebezpiecznie bliską odległość, a Edvard już przebił wszelkie limity strachu, nagle tytan walnął gębą o ziemię i się zatrzymał. Okazało się że z sobie Lujza sobie łaziła po dachach i tak się śmiesznie złożyło że była w okolicy kiedy Edvard potrzebował pomocy. Po ubiciu olbrzyma zeskoczyła do Edvarda, który wciąż nie zdążył ochłonąć.

    -Hej, Edvard! Możesz przestać lać w spodnie, już jest bezpiecznie. Jak na tą okolice przynajmniej.- Rzuciła

    -Co? Ah, dzięki, ratujesz mi życie, a nie, to ty.- Odrzekł

    -Ej, masz coś do mnie?-

    -Nie, po prostu przy tobie mam takie same szanse na śmierć co przy gigantach. Nie bierz tego do siebie, dobrze?-

    -Eh, oczywiście. Dobra, mniejsza, powiesz tak na marginesie po coś tu przylazł?-

    -Em, dostałem rozkaz ażeby znaleźć miejsce gdzie można by zostawić rannych.-

    -Hm, ciekawie. No to cóż, powodzenia.- Powiedziała po czym wróciła na dach. Edvard ujrzał nagle dość znajomy budynek. Wkroczył zatem do niego, aby się rozejrzeć czy nie nada na kwaterę dla rannych. Okazało się że trafił w dziesiątkę, gdyż to był budynek który wykorzystywano jako szpital, a on sam był pacjętem, gdyż rozwalił sobie raz rękę jak idiota. Budynek był w dość dobrym stanie, wszystkie szafy, biurka, łóżka i inne takie stały tak jak zostały zostawione przed rokiem, budynek był nienaruszony, a w okolicy, nie licząc tego jednego przed chwilą zabitego, nie było żadnych kolosów.

    Edvard jak najszybciej ruszył powiadomić o swoim znalezisku Grozdę i Kresimira.

    Kiedy do nich dojechał zeskoczył z konia i mówił

    -Znalazłem! Znalazłem odpowiedni budynek. To budynek dawnego szpitala w centrum miasta. Jest do tego idealny.- Sienkiewicz i Grozda jedynie spojrzeli na niego z niekrytym zdziwieniem. Sądzili że zajmie mu to trochę dłużej, oraz że nie będzie się do tego aż tak przykładał.

    -Aha. Dobrze. To teraz zabierzemy tam rannych. Ty prowadzisz.- Powiedziała Bozhidarov, po czym ruszyła do miejsca gdzie żołnierze odpoczywali w oczekiwaniu na rozkazy.

    -Em, Tak jest!- Powiedział, po czym ruszył za nią.

    Ranni żołnierze, którzy nie byli zdolni do walki, przebywali w trochę innym miejscu niż reszta. Gdzieś obok miasta rozbito mały szpital polowy, gdzie… Czy naprawdę muszę tłumaczyć jak działa szpital polowy? W każdym razie, nad rannymi opiekowało się kilku żołnierzy. Biorąc pod uwagę fakt że rannych było dość dużo, to te kilka osób stanowiły żałośnie małą liczbę, lecz zawsze lepsze to niż nic. Osoby opiekujące się rannymi to byli głównie medycy, których zabrano żałośnie wręcz mało, bo tylko siedmiu. Gustav Sørensen, Svetlana Jonaitis i Petra Stoica pomagali przy rannych.

    -Uwaga, wszyscy, przenosimy rannych w bardziej bezpieczne miejsce! No na co czekacie? Ruszać się!- Krzyczała Grozda. Jako że jak już wcześniej było mówione, nic nie motywuje żołnierzy lepiej niż krzyczący na nich dowódca, wszyscy szybko zaczęli zwijać manatki i pakować wszystko na wozy. W około 5 minut uwinęli się ze wszystkim i ruszyli za Grozdą i Edvardem w stronę starego szpitala. Po drodze zahaczyli jeszcze o resztę wojsk, aby wziąć jeszcze kilkanaście osób do zajmowania się rannymi, bo nie było wątpliwości że dziesięć osób do opieki nad tak dużą grupą rannych to ewidentnie za mało, oraz jeszcze garstkę osób do obrony. Ale ile rannych było? Dobra, powiem. Stu czterdziestu. Czyli czternastu rannych na jednego medyka, oraz “medyka”. Mało i to bardzo.

    Z uwagi że nic ciekawego dalej się nie działo, powiem tylko że rannych odstawiono do budynku szpitala, ogólnie wszystko poszło tak jak pójść powinno, potem otrzymano wiadomość że wszystkie olbrzymy w mieście zostały zabite, a później wydano rozkaz pozostałym wojskowym że czas rozpocząć marsz na Kraków.

    Ruszyli. Jechali dobre kilkanaście minut, gdyż dwadzieścia kilometrów to jednak jest dość spory dystans, po drodze ścierając się z tytanami i ścierając je z powierzchni ziemi, albo przynajmniej zabijając je.

    Po wkroczeniu do miasta jakiego takiego padł rozkaz aby się znów rozdzielić, znów na trzy oddziały. Jeden miał zaatakować południową część miasta, drugi centrum, a trzeci północną. Do dowodzenia trzecim oddziałem został wyznaczony przez Grozdę, prawdopodobnie dla żartu, Edvard Sedláček, tak ten samo co wcześniej. Oczywiście w związku z tą decyzją poziom stresu u niego przebił sufit i to kilka pięter wyżej, ale przyjął tą jakże tymczasową funkcję.

    Oddział Edvarda ruszył do ataku. Z uwagi na fakt że byli w mieście i że dalsze jechanie na koniach nie miało sensu, wszyscy za Edvardem zrobili to co on sam podpatrzył wcześniej od Lujzy, czyli wleźli na dachy okolicznych budynków. Edvard z uwagi na fakt że pomimo swej pierdołowatości był dosć dobrym taktykiem, nakazał podzielenie się na jakieś małe grupki i rozproszenie się po całym mieście. Tak, zignorował rozkaz ataku na północ na rzecz ataku na całe miasto. Ale nikogo to nie obchodzi. On sam został z Zinoviyą, Gotthilfem, Bonifácem Němečekiem oraz Vlastimilą Zahradník. Biegli tak przez dobrą chwilę, aż spostrzegli pierwszych olbrzymów. Mieli dość sporego pecha, gdyż była to dość duża grupka aż pięciu, dwunastometrowych gigantów. Co prawda ich też było pięciu, ale i tak kolosy miały przewagę. Przystanęli na chwile aby przeanalizować sytuacje, a Gotthilf w międzyczasie wbił swój stylizowany na krzyż miecz w dach, uklęknął i powiedział robiąc jednocześnie znak krzyża

    -Niech bóg ma nas w swej opiece.- Po czym wstał, wyciągnął miecz z dachu i spytał -Dobrze, zatem co robimy?-

    -Atakujemy- Powiedziała swoim idealnie bezemocjonalnym głosem Zinoviya, po czym pobiegła na kolosów. Jej postawieni przed faktem dokonanym koledzy, z uwagi na to że zostali postawieni przed faktem dokonanym, zrobili to samo.

    -Dobrze, potrzebujemy je jakoś rozdzielić. Dwie osoby odciągną ich uwagę i zaprowadzą gdzieś dalej, a reszta postara się je unieszkodliwić!- Powiedział Edvard

    -Tak jest dowódco!- Rzuciła ironicznie Vlastimila. Ona i Bonifác ruszyli odciągać uwagę olbrzymów. Olbrzymy kiedy ich zauważyły od razu się za nimi rzuciły. Za Bonifácem ruszył jeden, za Vlastimalą aż dwa. Wszystko szło zgodnie z ich szczątkowym i niedopracowanym planem. Ukrainka rzuciła się jako pierwsza do ataku, dość szybko zabijając pierwszego olbrzyma. Edvard i Gotthilf którzy doszli trochę później również przystąpili do ataku. Obaj skupili się na jednym tytanie, próbując go ubić. Jeden ściągał na siebie jego uwagę, a drugi miał go ciachnąć w kark. I takim oto pięknym sposobem drugi tytan padł. Ukrainka w międzyczasie ruszyła pomóc swej czeskiej koleżance. Goniły ją dwa kolosy, więc nie było tak znowu fajnie i łatwo. Pierwszy co prawda padł w miarę szybko, z drugim było jednak więcej zabawy. Okazał się on być bardziej rozgarnięty od dwóch poprzednich i zdołał on uniknąć ataku Zinoviyi. Ta wpadła przez okno do budynku. Kiedy zbierała się z podłogi, przez okno patrzył na nią kolos. Nie patrzył się jednak zbyt długo, gdyż Vlastimila go ubiła, po czym stanęła w oknie.

    -Dzięki.-

    -E tam, nie ma za co. Dzięki za odwrócenie jego uwagi. Gdyby nie ty to pewnie by mnie już zeżarł.- Powiedziała wesołym głosem Czeszka.

    -Uważaj, za tobą!- Krzyknęła Zinoviya, która ujrzała za koleżanką olbrzyma. Ta nie zdążyła zareagować, gdyż tamten ją złapał. Vlastimila szarpała się strasznie, lecz kolos nie puszczał. Ukrainka szczerze przejęta podbiegła do okna z zamiarem wyskoczenia i zabicia kolosa, lecz nie zdążyła, gdyż ktoś ją w tym uprzedził. Był to Lárus, który znalazł się tam zupełnym przypadkiem i zobaczył że ktoś z oddziału potrzebuje pomocy. Kiedy kolos upadł, ten wylądował na jego głowie w geście zwycięstwa. Tak się też śmiesznie złożyło, że akurat tędy przejeżdżał jego znajomy ułan, Lechosław. To było najbardziej przypadkowe spotkanie kiedykolwiek.

    -A witam kolegę.- Powiedział ułan.

    -Cześć- Odrzekł Islandczyk

    -Z tego co widzę to nawet dobrze się trzymacie kolego.-

    -Cóż, nie zaprzeczę-

    -Egh, Lárus, dzięki za pomoc. Gdyby nie ty to bym była już martwa.- Powiedziała Czeszka która wygrzebała się z uścisku kolosa.

    -Nie ma za co.- Odrzekł

    -Uwaga, kolejny brzydal idzie!- Krzyknął Żukowicz, po czym wycelował karabinem i oddał strzał w jego kierunku. Miał najwyraźniej szczęście, gdyż pocisk przebił kolosowi głowę, po czym olbrzym padł. Takie coś nie działo się często.

    -Ładne trafienie. Niezły jesteś z tego co widzę.- Skomplementował Vilhjálmsson. Kiedy oni sobie wesoło rozmawiali, Ukrainka wyskoczyła z budynku, pomogła się koleżance ogarnąć i razem ruszyły z powrotem do reszty.

    Tym czasem reszta

    Edvard z Gotthilfem gonili kolosa, który gonił Bonifáca, czy też Bonifácego, jak kto woli. Ten był pierońsko szybki i dość ruchliwy. Miotał się jak szatan i zabicie go sprawiało dość sporę problemy. Rozwalił już kilka budynków, prawie złapał pare razy Bonifáca, ale nadal nie udało się go ubić. Nagle coś, albo raczej ktoś, przeleciał przed nimi, a tytan padł martwy. Okazało się że ukatrupiła go Anna. Najzwyczajniej w świecie znalazła się we właściwym miejscu we właściwym czasie.

    -Co to było?- Spytał zmieszany Austriak

    -Szczerze to nie wiem. Chodź to sprawdzić.- Powiedział Edvard Wylądowali na dachu. Za nimi wylądował jeszcze Bonifác, który też chciał wiedzieć cóż to zabiło tego kolosa. Na dachu stała Anna która jakby na nich czekała.

    -A więc to ty to zabiłaś. Cóż, dzięki za pomoc. Nie wiem ile byśmy musieli za nim uganiać gdyby nie ty.- Podziękował Edvard

    -Nie no, nie ma sprawy. Miło że mogłam pomóc.- Odpowiedziała Brzeńska.

    -Em, dobrze, wszystko fajnie i w ogóle, ale chyba powinniśmy wracać do obowiązków.- Zauważył Bonifác.

    -Ach, prawda. Dobrze, to miło się rozmawiało, ale mamy rozkazy do wykonania. Do później!- Rzucił Austriak, po czym  cała trójka ruszyła dalej mordować olbrzymy. Po drodze wpadli na Zinoviye i Vlastimile.

    -Dobrze, jak sytuacja?- Spytał Edvard

    -Cóż, rozejrzyj się. W okolicy nie ma wielu kolosów. Lecz to nie jest powód aby osiadać na laurach. Jakieś na pewno jeszcze się tu kręcą więc lepiej wracajmy do roboty.- Powiedziała Ukrainka

    -Zinoviya ma racje. Nie powinniśmy tak sobie siedzieć i nic nie robić. Powinniśmy pomóc innym.- Dodała Vlastimila

    -Cóż, skoro tak mówicie, czemuż mielibyśmy robić inaczej?- Powiedział Bonifác

    -Dobrz, zatem na co czekamy? Chodźmy!- Powiedział Edvard, po czym ruszył w najprawdopodobniej losową stronę, a za nim pozostała czwórka.

    I tak mijał czas, atak trwał, umierały kolosy, czasem jakiś człowiek umierał, ale częściej olbrzymy, ogólnie wszystko zapowiadało że wszystko zaraz się skończy, a Kraków wróci w prawowite ręce Lechii.

    Krzesimir razem ze swoimi ludźmi wybijali tytany które łaziły koło Wawelu. Było ich tam nienaturalnie dużo, co dość mocno utrudniało ich pokonanie, gdyż im więcej ich jest tym wyższa szansa że ich złapią i zeżrą. Żeby zatem się pozbyć kolosów działali tak że wywabiali małe grupki, lub pojedyncze olbrzymy, a potem je eliminowali. Pozwalało to na skuteczne eliminowanie kolosów bez większych stratach w ludziach. Robili tak, aż przy Wawelu zostało z pół kopy tytanów. Bawili się tak z nimi przez dziesięć minut, więc da się wywnioskować że było ich tam na prawdę dużo. I tak by bawili się z nimi dalej, gdyby nie fakt że nagle wszystkie potwory, nie tylko z pod Wawelu, lecz również z całej okolicy, się na nich rzuciły.

    -Dowódco! Coś jest mocno nie tak. Wszystkie kolosy z okolicy do nas lgną w tej chwili.- Powiedziała Sara Petrović, najbliższa i najbardziej zaufana, bo jedyna, przyboczna Sienkiewicza. Serbka o dwóch jasnych blond warkoczach wyglądała na dość przerażoną.

    -Co? Jak to?…. Zaraz, czemu?- Powiedział Krzesimir, wyraźnie zaskoczony i przerażony widokiem dziesiątek olbrzymów zmierzających w ich stronę. -Wyjaśni mi ktoś co tu się dzieje?-

    -Em, niestety nie jestem w stanie dowódco.- Odpowiedziała Sara

    -…. Żołnierze! Przygotować się do walki! Szykuję się tu niezłe piekło, lepiej bądźcie gotowi na wszystko!- Rozkazał Sienkiewicz. Wszyscy stanęli widząc co się wokół nich dzieje i co ma nastąpić. Wszyscy po chwili byli skupieni i przygotowani. To była jedna z tych sytuacji gdzie nie masz absolutnie nic do stracenia i absolutnie żadnej innej opcji. Byli ze wszystkich stron otoczeni przez kolosy, które się niepokojąco blisko zbliżyły. Ucieczka nie miała najmniejszego sensu, gdyż olbrzymów było zbyt wiele. Każdy to wiedział. Każdy też wiedział że albo teraz albo wróci żywy, albo w ogóle nie wróci.

    Piechurzy na dachach, kawaleria na drogach, przygotowani i gotowi na nieuniknione. Plan był taki, że spróbują przełamać okrążenie i przemieścić się gdzieś. Następnie się rozdzielą i będą próbowali kontynuować ich poprzednią taktykę. Szanse były marne, lecz lepszego wyjścia nie mieli. Olbrzymy zbliżyły się na średnią odległość stu metrów. Sienkiewicz wydał rozkaz

    -Do ataku!- Wszyscy ruszyli w miarę w jednym kierunku. W jednym punkcie okrążenia było mniej tytanów niż w innych, i to tak znacznie mniej. Tam widziano szansę na przebicie się. 

    Atak szedł zaskakująco dobrze. Kolosy najwyraźniej trafiły się otępiałe jakieś i nie specjalnie ogarniały co się wokół nich działo. Udało się położyć jakoś z sześć, kiedy stało się niespodziewane. Jeden z kolosów w okrążeniu w chwili kiedy koło siebie była ich zdecydowana większość, po prostu eksplodował, tak samo jak ten wcześniej na drodze w lesie. Tym razem jednak wybuch był większy i miał więcej ofiar śmiertelnych. Na szczęście zdecydowana ich większość to były olbrzymy. No i okoliczna zabudowa, ale ona nikogo nie obchodzi. Z uwagi na fakt że duża grupa kolosów była trochę dalej od tej atakowanej przez piechurów, niewielu z nim coś się stało. Z kawalerią było gorzej, gdyż ona poniosła dość sporę straty. Wiele osób które były w odpowiednio bliskiej odległości poniosło jednakże ciężkie rany. Jedną z takich osób był Sienkiewicz, którego rzuciło w jeden z budynków. Czuł że złamał przynajmniej kilka kości, oraz widział że coś ostrego i długiego przebiło mu brzuch. Był to wyłamany fragment nogi od stołu, czy innego drewnianego mebla z długimi nogami, który pech chciał że wyłamał się tak że zrobił się z niego szpikulec. Rana krwawiła obficie, co nie było dobrym znakiem, bo nigdy nie jest. W takim stanie nie mógł się stamtąd ruszyć. Jego położenie było nie do pozazdroszczenia. Leżał połamany na stercie gruzu z drewnianym szpikulcem w brzuchu i jedyne co mógł robić to krzyczeć o pomoc. I to właśnie zrobił.

    -Heeeeeeeeeeeeeeeeeeej! Pomocyyyyyyyyyyyyyyyyyy!… Egh… Potrzebuje pomocy!- Krzyczał. Przez chwile nikt nie przychodził. Sienkiewicz wraz z krwią tracił nadzieje, kiedy to w dziurze w ścianie pojawiły się dwie postaci. Sara Petrović i Artair Matheson. Coś tam mówili, coś tam robili, ale Sienkiewicz nie miał możliwości tych słów zrozumieć, a w czynach uczestniczyć, gdyż dość szybko stracił przytomność.


    Petra i Gustav właśnie chcieli wymienić opatrunek jednemu z rannych, kiedy to usłyszeli eksplozje od strony Krakowa. Z uwagi na fakt że zmieniali opatrunek to jedynie odwrócili głowy, lecz nic więcej.

    -Co tam się dzieje do diaska?- Spytał Norweg

    -Nie mam pojęcia. Mam nadzieje że to nic poważnego.- Powiedziała Petra

    -Szczerze mówiąc, małe szanse. Ale lepiej aby tak było.- Skwitował po czym wrócił do opatrywania.


    Radosław właśnie biegł dachem kiedy w okolicach Wawelu ujrzał dość sporą eksplozje

    -Hę? A co tam się do diaska dzieje?- Rozmyślał na głos. Rozmyślenia jego przerwał jednak pewien obiekt na ulicy. Wyglądał bardzo znajomo, lecz był dość daleko, więc zszedł na drogę aby się mu przyjrzeć. Okazało się że był to nóż. Widział go już u kogoś wcześniej, lecz za chiny nie mógł sobie przypomnieć u kogo. Miał on czarną rękojeść, a na ostrzu wygrawerowany symbol. Była to głowa jakiegoś psowatego stworzenia, prawdopodobnie wilka, w okręgu. Symbol nie zgadzał się z żadnym z emblematów oddziałów lechickich, więc nie mógł być z Lechii, przynajmniej grawerunek. Janda jednak nie chciał się nad tym długo zastanawiać, więc schował sobie nuż do torby i wrócił do swoich zajęć.


    Sienkiewicz obudził się po dość długim czasie. Leżał na łóżku gdzieś w jakimś budynku. Nie miał nic na swoich górnych partiach ciała, prócz bandaży na brzuchu. Na głowie również miał takowy. Rękę miał usztywnioną, najwyraźniej złamaną. Nad nim stała Sara, Artair, Jaakob, Grozda, Edvard oraz Petra. Albo przynajmniej tyle osób miał w polu widzenia i potrafił zidentyfikować. Miał stu procentową pewność że za nimi jest znacznie więcej osób, było to słychać i ogólnie to było wiadome. Wszyscy wyglądali na zmartwionych. Cóż, nie dziwota, jak typ leżał tak nie wiadomo jak długo z ciężkimi ranami to jak tu się nie martwić. Po chwili podniósł się i ujrzał że wokół niego stoją praktycznie cały batalion kawalerii i piechoty. Ten drugi oczywiście bliżej.

    -Dowódco, wszystko dobrze? Jak się pan czuje?- Pytała Sara

    -Egh… Cóż, bywało lepiej… Ale żyje, tyle dobrego.-

    -Och, Krzesimir, całe szczęście, wiesz jak bardzo twoje dzieciaki zawracały mi głowę kiedy ty sobie leżałeś nieprzytomny? Dobrze że wszystko dobrze z tobą.- Rzuciła pół żartem pół serio Grozda.

     -Em, dowódco, cieszymy się że nic panu nie jest. Poza tym co jest, em… Cały nasz batalion się o pana martwił.- Powiedziała Petra

     -Naprawdę? He, moi ludzie, jak się patrzy. Dzięki ludzie.- Powiedział -A jak Kraków? Atak się udał?- Dopytał po chwili

    -Cóż, udał się. Jednakże w dystrykcie jeszcze na pewno kręcą się kolosy, więc jeszcze trochę pracy czeka. Przynajmniej nie nas.- Podsumowała Grozda

    -Hę? Czemu nie nas?- Spytał Krzesimir

    -Nie słyszałe…. A, no tak, nie słyszałeś. Wczoraj przyszła wiadomość że misja zakończyła się sukcesem i że mamy wracać, a później wyślą innych żeby dokończyli co zaczęliśmy- Opowiedziała Grozda

    -Wczoraj? Jak długo ja tak leżałem?-

    -Dwa dni.- Powiedział Edvard

    -Łoł. Dobrze, nie czas na pogaduszki, musimy wracać.- Powiedział Sienkiewicz po czym zszedł z łóżka. Sara i Jaakob złapali go i zaprowadzili na zewnątrz.

    Z uwagi na rany nie mógł prowadzić konia, więc musiał jechać na wozie. Towarzystwa dotrzymywał mu Jaakob, który utracił konia, bo go najzwyczajniej w świecie zgubił. Jechali tak z kilkanaście minut w ciszy, nawet zdążyli przejść przez bramę dystryktu, aż po dość długim czasie milczenia Jaakob spytał

    -No to ten… Na pewno z panem wszystko dobrze? Tak pytam by się upewnić-

    -Cóż, nie licząc połamanych kości i dziury w brzuchu, to tak, wszystko jest w jak najlepszym porządku.- Powiedział Ironicznie Sienkiewicz

    -Aha, ok.- Skwitował. Zapadła niezręczna cisza, zakłócana dźwiękami jeżdżącego wozu i stukotu końskich kopyt.

    -A zatem, jak bilans strat?- Spytał Sienkiewicz

    -Co? A, to cóż, stu sześćdziesięciu kawalerzystów martwych, dwunastu zaginionych, oraz dwustu dwunastu rannych. A co do piechoty to tylko dwóch zaginionych i sześćdziesięciu trzech rannych.

    -Nikt z piechoty nie zginął?-

    -Na to wygląda.- 

    -A zaginieni to kto?-

    -Radosław Janda i Pyotr Mikhailov, to z piechoty. Kawaleria to Marián Matějka, Sunčana Sokol, Kamen Kozioł, Radomił Dimov, Patrícia Stankiewicz….-

    -Dobra, ja o piechotę pytałem. Janda i Mikhailov powiadasz? Tego drugiego średnio kojarzę, lecz Jandę znam dość dobrze. Raczej na pewno nie zginął. Twardy chłop. Wiecie gdzie go ostatni raz widziano?- 

    -Cóż, szczerze to nikomu tego nie mówiłem, ale poprosiłem go aby poszukał Pyotra. To mój dobry przyjaciel, a nigdzie go nie było. Pewno nadal błąka się gdzieś po Krakowie szukając go… Przepraszam, wiem że sam powinienem pójść go szukać, albo wybrać się z nim. Zwaliłem i to bardzo.-

    -Co? Nie, to nie twoja wina. Nikt nie mógł tego przewidzieć. Chociaż fakt, postąpiłeś dość naiwnie. Miejmy nadzieje że nic im nie jest.- Powiedział Dowódca. W tedy rozległy się znajome krzyki.

    -Heeeeeeeeeeeeej! Mam mały problem! Weźcie pomóżcie!- Jaakob wyjrzał z wozu

    -Kto tam krzyczy Jaakob?-

    -To… To Radek!- Rzucił, po czym wyskoczył z wozu, aby mu pomóc. Wyglądał na jednocześnie szczęśliwego jak i przestraszonego i zmartwionego. Jego obcięte na rekruta, jasne włosy tylko ten efekt potęgowały.

    Sienkiewicz spróbował wyjrzeć co się dzieje. A działo się sporo. Wyjrzenie z wozu nie było trudne, wystarczyło odsunąć płachtę. A tam same ciekawe rzeczy.

    Janda jechał na koniu z jakimś pasażerem, a za nim biegły trzy giganty, jeden dziesięcio, oraz dwa piętnastometrowe. Jaakob i kilkanaście innych piechurów atakowało je. Po chwili jeden piętnastometrowy padł martwy. Zostały dwa. Piechota najwyraźniej miała problemy z ubiciem ich. Nagle z drzew okolicznych wyskoczyły dwie postaci. Najpierw zabiły dwunastometrowego, a następnie odrąbały obie nogi ostatniego kolosa, przez co ten padł na ziemie i był bardzo podatny na ataki. Z tego też powodu został dość szybko zabity. Chwile później z krzaków wyszły dodatkowe dwie postacie, tylko na koniach, oraz dwa puste konie. Na jednym z nich leżała jakaś osoba. Sienkiewicz nie miał wątpliwości kto to był.

    -Vilĉjo. Zawsze przyjeżdża na gotowe. Ale dlaczego jest ich tylko czterech?- Spytał sam siebie. Koń z dodatkowym pasażerem zaczął zbliżać się w stronę wozu w którym był Sienkiewicz. Od początku Dowódca nie miał wątpliwości co do tego kto to był. Radosław razem z Pyotrem. Po chwili do wozu wrócił Jaakob. Estończyk wyglądał na dość podekscytowanego.

    -Dobrze, mała aktualizacja statusu. Zero zaginionych w przypadku piechurów, oraz dziesięciu zaginionych kawalerzystów.- Powiedział

    -Och, nawet jakaś kawaleria się znalazła? Kto i jaki status?-

    -Radomił Dimov, status, żyje, oraz Marián Matějka, status, martwa.-

    -Cóż. Przynajmniej Janda i Pyotr żyją, czyż nie?-

    -Co? Skąd pan wiedział, przecież nic nie mówiłem!- Powiedział zaniepokojony i zdziwiony Juha

   -Twoja reakcja wskazywała na to że raczej nic im się nie stało, a ten na koniu to nie mógł być nikt inny. Dodatkowo, poznałem głos Jandy.- Wytłumaczył dowódca.

    -A, tak. Cóż, ma sens.- Podsumował Jaakob. Resztę drogi rozmawiali o niczym, albo siedzieli w milczeniu. I tak aż do bramy Trzebińskiej.

Koniec Aktu I

Opublikowano
Kategorie Attack on Titan
Odsłon 633
4

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!