Stara Miłość Nigdy Nie Rdzewieje – Rozdział V

Dzień II

Ten dzień nie zapowiadał się dobrze. Z nieba ciągle spadały krople deszczu, a słońce postanowiło ukrywać się za szarymi, gęstymi chmurami. Ludzie przez tą aurę nie byli zbyt przyjemnie nastawieni, a Genevieve zdążyła się o tym przekonać, aż kilka razy.

Pierwszy raz był wtedy, gdy do jej domu osobiście zawitał właściciel kamienicy w której mieszkała i choć wszystkie sprawy pieniężne miała uregulowane, to i tak musiała wysłuchiwać jego jęczenia i narzekania na innych mieszkańców, trochę bardziej zapominalskich od niej.

Ranek może i nie zaczął się za dobrze, ale nie zniechęcała się tak szybko i liczyła na to, że reszta dnia może być tą lepszą połową.

Drugi raz okazał się być troszkę bardziej… niebezpieczny. Gdy szatynka w tą nie za piękną pogodę postanowiła wybrać się na krótki spacer do sklepu, niestety musiało ją czekać kilkukrotne przejście przez pasy pośród ulicznego gmachu. Kobieta zawsze starała się być ostrożna, ponieważ nie chciała zostawiać swojego ukochanego kota samego na tym świecie. Wolała jeszcze żyć, więc i tym razem ostrożnie, z uwagą weszła na jezdnię, upewniając się przedtem, że nic jak na razie żaden pojazd nie gna w jej kierunku.

Jednakże w połowie drogi do bezpiecznego dla niej miejsca zwanego chodnikiem, niecały metr przed nią zatrzymał się z piskiem opon rozpędzony samochód. Geny nie wiedziała kiedy i skąd pojawiło się auto. Oczywiście nie obyło się od krzyków złości z obu stron, przepełnionych zbulwersowaniem.

Wtedy złość Greenwood powoli dosięgała szczytu wytrzymałości i jakimś cudem jeszcze utrzymywała swoje nerwy na wodzy.

Lecz jak to mówią do trzech razy sztuka, więc kolejny raz okazał się być tym nieszczęsnym momentem, gdy Genevieve nie dała rady i znów obraziła się na cały świat za to jak bardzo komplikował jej życie.

A to wszystko było przez zabieganą paniusie, która tak samo jak Greenwood robiła zakupy w sklepie i przez przypadek wpadła na nią, a kawa którą trzymała w ręku rozlała się na białą bluzkę szatynki. Wszystko mogłoby być w porządku, a Vieve nawet by nie robiła z tego kłopotu, gdyby nie fakt, że ta kobieta zaczęła na nią wrzeszczeć i zwalać cała winę.

Dla Geny to było już za wiele. Wybuchnęła niczym wulkan pełen gniewu i powiedziała to co myślała, nie zważając nawet na jakiekolwiek konsekwencje.

Wszystko miała po prostu gdzieś. Ostatnie dni nie dość, że były dla niej męczące to w dodatku niezmiernie przykre. Chciała to rzucić, ale nie miała serca robić tego Tony’emu. Co jak co, ale był jej przyjacielem i zasługiwał na odrobinę szczęścia. W życiu nie miał łatwo, więc Geny chciała, aby w końcu mógł zaznać trochę spokoju u boku kogoś kogo kochał.

Żałowała, że nie mogła być na miejscu Pepper. Cholernie było jej z tego powodu źle. Zawsze nienawidziła ukrywać tego co czuję, ale w tym przypadku to już trwało zbyt długo. Nie raz zbierała się do tego, aby jako pierwsza wyznać miłość, lecz bardzo bała się odrzucenia. Nie chciała go tracić, więc uznała, że ukrycie tego uczucia przed światłem dziennym będzie najlepszym wyjściem z sytuacji.

Czekała długo na jego ruch, ale nigdy on nie nastąpił, co równało się z jednoznaczną odpowiedzią. Jednakże to nie zniechęcało jej do rezygnowania z ich relacji. Lubiła to jak jest i nie narzekała na to czego nie ma. Wiedziała, że zawsze mogą na sobie polegać, choć w przypadku Tony’ego trzeba było uważać na jakąkolwiek pomoc z jego strony. On był czasami zbyt roztargniony, a jego plany i decyzję spontaniczne, czasami pozbawione ładu i składu.

Lecz zawsze liczą się dobre chęci.

A to trzeba doceniać!

Geny w szale wpadła do domu, ledwo nie wyłamując drzwi z zawiasów

Geny w szale wpadła do domu, ledwo nie wyłamując drzwi z zawiasów. Siatkę z zakupami rzuciła na kuchenny blat i pędem popędziła do łazienki, by wyczyścić ubrudzony od kawy podkoszulek. Robiła to nerwowo, gdyż nie stać ją było na nawet gram spokoju. W końcu, gdy plama nie była już tak intensywna, zdjęła ją, wrzuciła do pralki i wraz z resztą ubrań czekających na wyczyszczenie nastawiła pranie.

Gdy tylko w mieszkaniu rozbrzmiało charakterystyczne buczenie, kobieta odetchnęła z ulgą. Znajdowała się w bezpiecznej strefie, w swoim mieszkaniu, gdzie nikt oprócz jej kota nie mógł zakłócać jej spokoju. Miała już serdecznie dość tego dnia, pomimo, że była to dopiero jego połowa. Czekało ją jeszcze sporo pracy. Jako, że prowadziła swój mały biznes była zmuszona iść na kontrolę. Musiała wiedzieć jak interes się kręci i czy wszystko jest w porządku. A przede wszystkim musiała zebrać swoje należne pieniądze, z których później musiała wydać pensję pracownikom oraz przeznaczyć je na inne tego typu rzeczy.

Wtem poczuła w kieszeni buczenie telefonu. Wyjęła go i spojrzała na wyświetlacz, a gdy dostrzegła, że widnieje na nim numer jej przyjaciółki natychmiast odebrała.

— Cześć Harriet — odezwała się i nie stojąc już dłużej w łazience, skierowała się do kuchni by wypakować zakupy.

— Nie uwierzysz czego się dowiedziałam! — wykrzyczała do słuchawki, na co szatynka lekko się skrzywiła. Nie rozumiała co mogło być powodem tej ekscytacji — Tony i Pepper biorą ślub!

Vieve znudzona tym tematem jedynie przewróciła oczami i westchnęła ciężko. Wałkowała to już od niecałych dwóch dni, a jej przyjaciółka dowiedziała się tego dopiero teraz. Przyznała, że miała niezłe poczucie czasu. Jednakże nie dziwiło jej to, gdyż to by wyjaśniało dlaczego spóźniła się na swój własny ślub.

— I teraz jeszcze ty — jęknęła, przypominając sobie wszystkie sytuacje z tego feralnego dnia.

— Czyli wiesz?! Cóż całe media o tym huczą — odparła z lekką irytacją — Ale pierścionek to ma cudowny — rozmarzyła się.

— Zdajesz sobie sprawę, że dobijasz mnie tym jeszcze bardziej? — zaśmiała się pod nosem, starając się nie zdawać sprawy z powagi sytuacji.

— Jak sobie z tym radzisz? — spytała ze współczuciem — Biedactwo ty moje…

— Ej, ej nie rób ty ze mnie ofiary losu! — oburzyła się Greenwood. Nie lubiła użalania się nad sobą. To ją pozbawiało tej kobiecej siły i niezależności do której się przyzwyczaiła — Czuję się świetnie pomagając planować Tony’emu ślub.

— Czekaj, czekaj… Co?! — znów krzyknęła po raz kolejny. Brązowowłosa wypuściła powietrze ze świstem.

— Harriet możemy pogadać w innych okolicznościach? Wiesz, spieszy mi się do baru…

— Jasne, jasne. Zaraz tam będę i mi wszystko opowiesz — wyjaśniła pospiesznie i rozłączyła się.

°°°

— Ja tego nie rozumiem — zaczęła Harriet, pakując sobie do ust garść frytek — Dlaczego ty i on, no… Dlaczego nic między wami jeszcze nie zaszło?

— Mnie się pytasz? — parsknęła wymuszonym śmiechem Geny — Tony to skomplikowana osoba.

— Chyba nie bardziej niż ty — wtrąciła brunetka, na co Greenwood zmierzyła ją ostrym spojrzeniem.

— Sama już nie wiem Harriet — westchnęła Vieve, podpierając jedną ręką brodę — To się ciągnie już zbyt długo.

— No to mu to powiedz… — poradziła brunetka.

— Chyba nie rozumiesz mojej sytuacji… Nie chcę popsuć naszej relacji, a to byłoby nieuniknione.

— Tak, tak, ale mężczyźni są strasznie niedomyślni, a raczej większość. Myślisz, że z Kevinem było tak łatwo?

— No wiesz, sądząc po tym, że zaledwie po czterech miesiącach znajomości wzięliście ślub, to tak. Tak właśnie myślę — przyznała z rozbawieniem, na co jej przyjaciółka rzuciła w nią frytką.

— Tak, nabijaj się! — pogroziła jej palcem — Zobaczymy co ty powiesz jak założysz rodzinę.

— Dobra, przepraszam — szatynka nie mogła powstrzymać śmiechu.

— Ja bym ci radziła tak: Powiedz mu to co czujesz, póki jeszcze nie jest za późno — poleciła z powagą — Chociaż to przemyśl.

Geny westchnęła ciężko pod nosem. Nie była przekonana co do tego pomysłu, ale nic innego jej nie pozostawało.

— Dobrze, przemyśle to.

— Dobrze, przemyśle to

Opublikowano
Kategorie Marvel
Odsłon 254
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!