La Malvada⚔️|| Hobbit

Ciemność jest prologiem bólu…

                                                      

⚔️⚔️⚔️

Noc była bezwietrzna i zdumiewająco cicha. Jakby cały świat zamarł w oku cyklonu, już po przejściu jednej nawałnicy, a przed nadejściem następnej. W nieruchomym powietrzu unosił się słaby zapach dymu, który mieszał się z metalicznym zapachem krwi, przypominającym myśli o śmierci i o tym, przed czym ucieka. 

Quimera leżała na łóżku, z jedną ręką pod poduszką. Drugiej potrzebowała do trzymania fajki i podnoszenia stojącej na podłodze butelki whisky. 

Wpadła w nałóg kiedy była jeszcze bardzo młoda. Palenie było dużą sprawą tam, gdzie się wychowywała. Większość dzieciaków w jej wieku podkradało ojcom skręty zrobione z fajkowego ziela, ryzykując lanie w razie wpadki. Jednak była to rozsądna cena statusu, jaki uzyskiwało się wśród starszych, kiedy widzieli cię na starym rynku, z postawionym kołnierzem płaszcza i papierosem zwisającym z dolnej wargi. Z pewnością nie domyślali się, że pet został buchnięty z kieszeni starego, i że gdy Quimera zebrała się ma odwagę i próbowała kupić paczkę na targu, to stary Butterbur zaśmiał się i kazał wrócić jak urosną jej cycki. 

A teraz, kiedy cycki wreszcie urosły, leżała nieruchomo, zaplatając swoje długie włosy na drżących palcach, patrzyła jak dym z fajki leci w górę, i miała wrażenie, że jest ułożonymi na stosie zwłokami. 

– Azog… – mruknęła w mroku pokoju, a potem zasłoniła przedramieniem zamknięte oczy.- Ty skurwielu, ty jebany skurwielu.

Obiecał jej. Morgoth też. I Sauron. I Ardana. Wszyscy obiecywali, a ostatecznie każdy zamienił się w galaretę, gdy tylko sprawy się pokomplikowały. A może po prostu od początku mieli ją gdzieś i pozbyliby się jej po wszystkim?

Tak, to pewnie to.

Sześćset lat piekła. Sześćset lat w ciemnym grobowcu z dala od światła. Sześćset lat tortur.

,,Zejdź tam i przynieś mi berło, to wszystko. A jeśli spotkasz tam demona, po prostu go omiń”

Wiedziałaś, że będzie bolało. Jeśli weźmiesz coś, co należy do niego, będzie bolało.

Sześćset lat, sześćset jebanych lat.

Sześćset, sto, dwieściedwanaście czternaście, dobre dzieci nie grymaście.

Mogłaby się tego spodziewać po tej trójce dupków. Ale po Azogu? Myślała, że to co ich łączyło było prawdziwe. Był jedyną istotą, na której kiedykolwiek jej zależało, więc jak śmiał? Po tym jak dzięki niej awansował na dowódcę wojsk w Gundabadzie?

Czy to było zaplanowane? Przypadkowe? Co robił, od kiedy zostawił ją w ciemnym grobowcu? 

Zapyta go o to. Zapyta też Saurona, czy miał orgazm, gdy wziął berło i wreszcie poczuł, że coś znaczy. A kiedy otrzyma potrzebne odpowiedzi, jakich kiedykolwiek chciała od takich skurwieli jak oni, zrobi z nimi to, co zrobiła przed chwilą.

Odwróciła głowę w stronę swojego niedawno poznanego towarzysza. Leżał na plecach wpatrując się w sufit.

– Chcesz zapalić, kochanie?

Milczał. 

No tak, zmarli nie mówią. 

Zmarli nie mówią…

Materac był nasiąknięty krwią. Wyrwała mu serce i kawałek kręgosłupa. To, co leżało obok niej to tylko opakowanie po przeszłym człowieku, które nie było nawet w połowie tak atrakcyjne, jak doszczętnie wyżarta zawartość. Miała jego krew na swoich ustach i piersiach, zaś po jej udach spływała leniwie sperma. Zdaje się, że jej ciało znów stało się torami męskiego pożądania. Obiektem jej pożądania była natomiast jego krew. Krew i cierpienie – takie, jakiego sama doznała.

Zatem on skończył w niej, a ona skończyła z nim. Czy to nie zabawne?

Dym przyjemnie rozpływał jej się w płucach. Znów czuła, jakby ciało należało do niej. Czuła się sobą. Nie miała tylko pewności, co do reszty świata.

Pamiętała tylko ból i ciemność. Nieprzenikniony mrok, który trwał przed nadejściem światła. Potem niebieska poświata. Czy to działo się naprawdę? Czy te obrazy istniały w ciemności? Nie znała odpowiedzi na żadne z tych pytań. Czy rozsądnie było je zadawać? Na to pytanie również nie potrafiła odpowiedzieć. 

Ból znajdował, się gdzieś poniżej poziomu dźwięków i obrazów. Był jak mgła spowijająca jej mózg. Powoli zapominała kim jest, gdzie się znajduje i w gruncie rzeczy przestawało ją to obchodzić. Chciała umrzeć, ale przez mgłę bólu przyćmiewającą umysł, nie wiedziała, że tego pragnęła.

To właśnie działo się z Quimerą, której stopień świadomości równał się okrągłe zero. Jedyne, co jej się telepało po splątanych, nieznośnie skręconych zwojach mózgowych, to to, że warto się jeszcze trochę zabawić. Zabić kogoś jeszcze.

Mogłaś to przewidzieć. Naprawdę mogłaś to, kurwa, przewidzieć. Dla czego byłaś tak głupia?

Silniejsze jednostki zjadają te słabsze, tak to jest w przyrodzie. Ci, którzy posiadają buty zapominają o podłożu, tymczasem, gdzie władza, tam i opór, moja droga.

Gdy wyszła z grobowca, przez jakiś czas nie umiała normalnie funkcjonować. Przez miesiąc nie była w stanie wychodzić na słońce. Topiła się w zalewających ją strumieniach doznań, obmywały ja potężne, kipiące wiry zapachów, dźwięków, smaków i wrażeń dotykowych, z którymi przez tak wiele lat nie miała styczności. Nie mogła sobie z nimi poradzić. Stopniowo uczyła się tego od nowa, choć wiedziała, że nigdy nie wynurzy się już na dobre z nurtu koszmarnych przeżyć, by stanąć na brzegu dawnego życia. Nieustanne uczucie nienawiści i bólu stanowiło nie tylko przędze, z które było utkane jej życie, ale również materiał wypełniający jej sny. Przyszłość wydawała się teraz czarną wstęgą, która przewiąże butwiejące od jakiegoś czasu życie. Odtąd była jak trup odcięty od szubienicy, kiedy to ciało z głuchym łoskotem uderzyło o pokrytą śniegiem i odciskami kopyt ziemię, zaczęło się jej drugie życie. Życie pozbawione życia. Życie, w którym samą siebie zostawiła w grobowcu i teraz, w tej widmowej otoczce, mogła już iść przed siebie, z tępym uśmiechem na ustach.

Wielu chciało ja zabić od przybycia. Ten dziwny typ, na którego wpadła w ślepej uliczce. Lokalne straże, które nie wierzyły, że może być kimś więcej niż złodziejką i dziwką. Wiedziała, że te wszystkie cymbały to tylko początek. Będzie jeszcze gorzej, jednak mało ją to obchodziło. Cały czas kolaborowała ze śmiercią, prowadziła z nią negocjacje. Błagała o nią tyle razy, lecz ta wciąż się nie zjawiała, kpiąc z jej wysiłków. Była nikim. Obecnie wszystko, co miała, to siebie samą i brzmiało to jak marsz pogrzebowy. A i oczywiście trupa, którego będzie musiała się pozbyć. Wcześniej nigdy nie było problemów z usuwaniem ciał. Po prostu wołała wargów na kolację, którzy z wrodzoną gracją otaczali wianuszkiem swoją ofiarę. Żywe istoty pożerające martwe stworzenie.

Quimera zaciągnęła się dymem i wydmuchała kilka kółek, które unosiły się rzędem pod sufit.

Dziewięć ludzkim istotom, którym śmierć pisana.

Tydzień temu wkradła się do domu położonego na skraju lasu, z dala od zabudowań. Mieszkał tam jakiś drwal z rodziną. Quimera porąbała go siekierą i nakarmiła nim jego własne psy. Jedno dziecko zmasakrowała całkowicie, a drugie powiesiła w salonie na sznurku do wieszania bielizny. Jego żona była w ciąży. Co za puszczalska szmata – namacalny dowód ludzkiej deprawacji i upadłości. 

Najpierw Quimera przywiązała ją do krzesła i kazała patrzeć, jak pozbawia życia jej dzieci.

Ależ ta suka wrzeszczała. Wrzask matki, której ktoś morduje dzieci musi brać swój początek w najdawniejszych przechowywanych w komórkach wspomnieniach, najbardziej pierwotnych instynktach i najodleglejszych zakamarkach duszy. 

Potem ogłuszyła ją, następnie zawlekła do kuchni i położyła na stole. Jej ręce i nogi przywiązała do nóg od stołu i wyjęła z szuflady nóż kuchenny. Gdy suka ocknęła się, Quimera zaczęła zabawę. 

Najpierw znalazła w kuchni miotłę z długim, drewnianym kijem – jakże znajomy widok. Żeby było zabawniej, powbijała w niego gwoździe. Potem rozchyliła suce nogi, włożyła w nią kij i przesuwała miarowo, aż zrobił się cały czerwony. Było bardzo śmiesznie.

Potem wbiła jej nóż w brzuch. 

Suka wiła się i szarpała, wybijając szaleńczy rytm drgającym konwulsyjnie piętami. Kiedy w potwornym grymasie rozwarła szczęki, ukazały się szare, krzywe zęby, a z gardła zaś zaczęły wydobywać się zwierzęce ryki. 

Nóż wynurzał się z ciała i zanurzał z powrotem. Wynurzał się i zanurzał…

Z ran tryskała krew, niemal czarna w niepełnym, przyćmionym świetle.  

Stół, podłoga, nóż, Quimera – wszystko było skąpane we krwi.

 Quimera wypatroszyła ją, jak ohydną, rybę. Wyjęła z niej jej bękarta i poszatkowała go na małe, równe kosteczki.

Suka wrzeszczała, ale w końcu przestała, gdyż Quimera otworzyła jej gębę i wepchnęła do niej kawałki pokrojonego ciała. 

Ta zdzira zdechła, dławiąc się mięsem własnego bachora. 

To było jeszcze śmieszniejsze. Quimera śmiała z tego bardzo długo, a gdy się opanowała, przywiązała do ciała kilka cegieł i wrzuciła do starej studni na podwórzu.

Być może, pewnego dnia ktoś natknie się na zarośnięta ze wszystkich stron jeżynami studnię, odchyli pokrywę i ujrzy spoczywający na jej dnie biały szkielet z uniesioną głową. Ale nikt nie będzie wiedział, co wydarzyło się w zalanej promieniami słońca i przesyconej zapachem kapryfolium kuchni, nie dowie się, że była to ofiara szalonej wiedźmy, ani co z nią zrobiła przed śmiercią. Nie dowie się też, że ofiara błagała ją o śmierć. 

Po dokonaniu zbrodni, Quimera znalazła  alkohol w jednej z szafek i urżnęła się do nieprzytomności. Spędziła w tym domu jeszcze kilka dni, przez które praktycznie nie trzeźwiała, co nawet dla niej było sporym wyczynem. Okazało się jednak, że możliwości jej ciała były położne znacznie dalej, niż jej się początkowo wydawało. Leżała tylko w ich łóżku, wyciągała z ich kołdry szare, długie nitki i wydawało jej się, że to pasożyty. Białe, tłuste  pasożyty wychodzące z jej ciała. Myślała, że za którymś razem wraz z tą glistą wyciągnie z siebie samej jelita, potem żołądek, wreszcie bezużyteczną macicę. Wypatroszy się sama, jakby patroszyła rybę. O to właśnie jej chodziło od czasu spotkania z Derijosem; żeby wyrwać siebie samą z siebie, usunąć się z własnego ciała, po kawałku, tak jak usuwa się wnętrzności z rozpiętych brzuchów zwierząt, albo jak to zrobiła z tą kurwą. Potem, kiedy próbowała zasnąć, słyszała szmery w całym domu, wydawało się, że trupy ożyły i przyszły, by wydać ma nią wyrok; teraz to ona umrze, przekłuta drutami, a późnej na tych drutach zrobią sweter z jej wnętrzności.

Usiadła na łóżku i rozejrzała się po pokoju, który w bladym świetle wpełzającego przez okno świtu, powoli ujawniał swoje ponure kształty. Wynajęła go zaledwie trzy dni temu, a już nie było w nim niczego, co nadawałoby  się do użytku. Wszystko było zużyte, zjedzone i przetworzone – jak ona.

Świt pełzł po podłodze pod jej brudne stopy, przedzierał się przez nieszczelne zasłony i podchodził coraz bliżej, na palcach, jak potwór.

Jak demon.

Z ciemności zaczęły wyłaniać się pierwsze kształty. W pomieszczeniu nie było właściwe niczego oprócz łóżka, szafy i krzesła, jednak szczegóły pozwalały stwierdzić, że pokój z całą pewnością należał do niej. Brudne ubrania, zmarłe muchy i komary, dwie butelki po winie, jedna po rumie, wypełniona po brzegi popielnica, samodzielnie zrobione skręty. Fajka, zioła nasenne, czarny kościany nóż. Resztki substancji psychoaktywnych na lepkiej od brudu podłodze. Było tu mnóstwo rzeczy, lecz wielu z nich też nie było. Na przykład wyrzutów sumienia lub litości. Gdyby zrobić Quimerze test na ich obecność, wynik z całą pewnością wyszedłby ujemny. Było za to zadowolenie z siebie i poczucie spełnienia, jednak to tylko chwilowe.

Widziała teraz wyraźnie świat ludzi i świat robaków, a ona należała do tego drugiego. Zatem nie obowiązywało jej żadne człowieczeństwo, jego prawa nie obejmowały podziemnego terytorium ślepych larw, drążących w ciemności i z wielkim trudem swoje korytarze w wiecznie osuwającej się ziemi. Od dawna pękały nici łączące ją z gromadą, aż wreszcie została wykluczona ze wszystkich możliwych poziomów. Jej życie można było określić wyłącznie jednym słowem: Upokorzenie. Czuła, że była tylko przynętą dla jakiejś miażdżącej siły, która każdego dnia zapędza się głębiej w las, na polowanie, spuszcza psy gończe ze smyczy, krzycząc ,,bierz” i pokazuje ją palcem. Codziennie od nowa wpadała we wnyki, zastawione tak sprytnie, by można było się z nich uwolnić i ciągnąć za sobą coraz bardziej poszarpane kończyny. 

Położyła się z powrotem. Powinna zmyć z siebie krew i inne substancje, ale była na to zbyt pijana. Zatem leżała tylko, wydmuchując z dymu kółka, które równym rzędem unosiły się pod sufit.

Wyglądały zupełnie jak pierścienie…

Jeden, by wszystkie zgromadzić i mrokami zbrukać,

W Mordorze, którego moc zwycięży niechciana.

Pięć minut później już spała.

⚔️⚔️⚔️

Autor Coral
Opublikowano
Odsłon 55
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!