Sachiko czy Sayuri? – Rozdział 11

          —  Myślisz, że mogę to zabrać?

          Sayuri zerknęła na Temari, która przyciskała do ciała jasnoniebieską sukienkę.

          — Nie mogę znaleźć choćby jednego powodu, żebyś miała jej nie brać.

          — Tak sądzisz? — Temari przekrzywiła głowę. Zmarszczyła brwi i nadal przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze. — A nie jest zbyt krótka?

          — Czyli przyznajesz Kankurō rację? — Sayuri uzyskała oczekiwany efekt, bo Temari oderwała wzrok od lustra i spojrzała na nią. — Po ślubie tylko stateczność? Godna rola żony i matki?

          — Do pieluch mnie jeszcze nie ciągnie…

          Sayuri obserwowała ją i ze zdumieniem przyjęła rumieniec, który wykwitł na jej twarzy.

          — To dlaczego nie chcesz jej zabrać?

          — A bo nie wiem… Ja już chyba nic nie wiem.

          Temari rzuciła sukienkę na kupkę rzeczy, która wędrowała razem z nią do Liścia. Usiadła obok Sayuri i oparła głowę o jej ramię.

          — Ty nic nie wiesz? Świat się kończy.

          — O tym właśnie mówię… — Temari chyba opanowała jakiś mały kryzys, który przeżywała, bo oswobodziła się z jej uścisku i uśmiechnęła pod nosem. — Muszę przyznać, że kilka lat temu nie spodziewałabym się, że będę do ciebie przychodzić po radę i pocieszenie.

          — Po znajomości udzieliłybyśmy ci łaski dostąpienia zaszczytu czerpania z naszej wiedzy i mądrości.

          Temari już całkiem się rozchmurzyła. Zachichotała cicho i szturchnęła ją w bok.

          — Nie wyobrażam sobie naszego domu bez ciebie. A ile śmiechu było!

          — Niańczenie opóźnionej w rozwoju osoby zbliża rozbite rodziny? Musimy opatentować tę metodę.

          — Wiesz, nigdy o ci o tym nie mówiłam, a teraz… Sama rozumiesz, to taki ostatni dzwonek. — Temari przerwała. Dopiero po chwili spojrzała jej w oczy. — Byłaś mi bliska nawet zanim odbyła się ta przeklęta misja, zanim wyznaczyli nagrodę za twoją głowę…

          — Nagrodę?

          Temari westchnęła cicho i wzruszyła ramionami.

          — Nadal obowiązuje. Gdyby ktoś cię wyśledził… Dlatego tak bardzo naciskałam na tę farbę. — Wskazała dłonią na jej włosy. — Nie znam zbyt wielu… — Przerwała. Potrząsnęła głową i wyraźnie zmusiła się do uśmiechu. — Obiecaj, że nie dasz wmówić sobie Kankurō, że można już to wszystko olać.

          — Co olać?

          — On uważa, że już sobie odpuścili ściganie cię, ale to niepodobne do tych kręgów. — Zacisnęła dłonie w pięści. — Obiecaj, że nie wpadniesz na głupie pomysły paradowania po Sunie z tym rudym buszem.

          — I tak nikt mnie nie zna…

          — Nie chcę słuchać wymówek. Chcę usłyszeć obietnicę, której dotrzymasz.

          Sayuri patrzyła na Temari i próbowała powstrzymać łzy, które niebezpiecznie zbierały się w jej oczach. Zamrugała kilka razy i dopiero po chwili powiedziała:

          — Obiecuję.

          — No! To mi się podoba! — Wesoły uśmiech tylko na chwilę zagościł na twarzy Temari. — To teraz druga rzecz. Dlaczego… Ty nigdy nie chciałaś wychodzić stąd — oznajmiła ostrożnym tonem. — Dlaczego? Na początku myślałam, że bałaś się…

          — Suna nie jest moim domem. — Sayuri usadowiła się głębiej na łóżku i usiadła ze skrzyżowanymi nogami. Z nikłym rozbawieniem zauważyła wzrok Temari, który padł na jej buty. — To jest wasz dom. Dla mnie nie ma tu miejsca.

          — Co ty pieprzysz? — Temari nieco uniosła głos. — Od niemowlaka tu mieszkasz i jeśli ktoś…

          — Zostałam tu przywieziona za niemowlaka. Mieszkałam w domu, z którego nawet nie widziałam pustyni i byłam przekonana, że cała Suna wygląda jak mój ogród. Potem trafiłam tu, bo było wam mnie żal.

          — To gdzie chcesz iść? — spytała Temari, obserwując ją uważnie.

          — Nigdzie. Nigdzie nie ma dla mnie miejsca i dobrze o tym wiesz. Co? Miałabym wrócić do kraju Ognia? Naprawdę nie jestem już tak naiwna, żeby sądzić, że tatuś albo mamusia wzruszą się na mój widok. — Głos trochę jej się załamał, ale kontynuowała: — Suna to nie jest mój dom, ale jedyne miejsce, w którym mogę żyć. Widzisz, że to drobna różnica.

          — I tylko dlatego, że nie lubisz Suny, robisz z siebie ofiarę i nie próbujesz nawet poznawać ludzi? Wychodzić gdzieś stąd? Znaleźć sobie zajęcia? — drążyła Temari napastliwym tonem.

          Sayuri zdumiała się na taką agresję. Nigdy nie zadała jej żadnego z tych pytań, a teraz próbowała zrobić z tego problem?

          — Mam poznawać ludzi, wychodzić z domu i jeszcze znaleźć pracę, tak? Zastanów się Temari, bo cię nie poznaję. Chyba ten ślub naprawdę namieszał ci w głowie.

          — Daj mi choć jeden argument przeciw.

          — O bogowie…  Chcesz mi ułożyć życie przed wyjazdem? — Sayuri parsknęła śmiechem.

          Temari wyraźnie oklapła, ale chyba się nie poddała, bo spojrzała na nią spod byka.

          — To nadal nie jest argument.

          — Temari… Ja nie mam dokumentów, żeby zacząć pracę. Nie chcę poznawać nikogo, bo cała ta znajomość opierałaby się na kłamstwie, ale nawet jeśli zignorowałabym to… — Westchnęła cicho. — Do większości miejsc, żeby gdzieś wejść, trzeba przedstawić dokument. To mi wyjaśniłaś kilka lat temu — Suna jest centrum militarnym kraju Wiatru i tak trzeba, ale ja… No nie wpadnę ze znajomymi do knajpki albo do jakiegoś parku rozrywki. Ledwo do sklepu mogę wejść…

          — Czemu przez tyle lat nic nie mówiłaś? — wykrztusiła Temari. Dopiero po chwili otrząsnęła się z szoku i brzmiała bardziej jak ona. — Cholera! Gaara tyle lat jest kazekage, to w końcu się do czegoś przyda.

          — Jeżeli Rada się dowie…

          — Tylko dlatego nie poprosiłaś go jeszcze? — Temari prychnęła. — Ale ja głupia jestem… Serio, nie pomyślałam o dokumentach. Jak tutaj weszłaś, wszystko było na wariackich papierach, nie miałam szan…

          — Ale ja nie jestem zła! Nie musisz się tłumaczyć. — Sayuri wzruszyła ramionami. — Po prostu… powtórzę się — Suna to nie jest mój dom, tylko miejsce zamieszkania. 

          — Daj mi pięć minut! — Temari zerwała się na równe nogi. — Jeżeli Gaara będzie robił problemy, sama podrobię ci akt urodzenia i dokumenty.

          Sayuri nie mogła wtrącić choćby słowa. W ułamku sekundy była sama w pokoju. Cholerni shinobi. Nawet wyjść z pokoju nie mogli jak ludzie…

          Przez długi czas słyszała jedynie przytłumione głosy dobiegające z korytarza. Była pewna, że Gaara nie będzie zachwycony oskarżycielskim tonem siostry, choć dałaby wiele, żeby zobaczyć jego minę po jedynych wyraźnie słyszanych słowach Temari: Gdzie ty miałeś mózg przez tyle lat?!

          Uśmiechnęła się pod nosem. To było jasne jak słońce, że problem zostanie przerzucony na Gaarę.

          Nie miała pojęcia, jak interpretować grobową ciszę, która nastała po tym wybuchu Temari. Trwała ona zdecydowanie zbyt długo i  Sayuri na poważnie zaczęła rozważać możliwość wyjścia na korytarz i zorientowania się w sytuacji.

          W momencie, w którym postanowiła, że powinna się zebrać, Temari weszła do pokoju. Trudno byłoby nie zauważyć głębokiego szoku malującego się na jej twarzy.

          — Coś się stało?

          Dopiero kiedy Temari uniosła dłoń, Sayuri dostrzegła plik kartek.

          — Co to jest?

          — Gaara wystawił ci dokumenty pięć lat temu — wykrztusiła Temari.

          Sayuri z szeroko otwartymi oczami chwyciła w dłonie dokumenty i zaniemówiła. W rękach trzymała odpis z aktu urodzenia, standardowy dowód, który został zaakceptowany przez wszystkie kraje po wojnie i Kartę Ruchu Ludności, na której musiały być zapisywane wizyty w innych krajach.

          — Dlaczego nie dał mi tego wcześniej?

          — Bo jest ułomny — mruknęła Temari i usiadła obok niej na łóżku. — Uznał, że skoro nie prosiłaś o nie, nie chciał się narzucać z propozycjami, ale miał to na wszelki wypadek przygotowane.

          Sayuri zamknęła oczy. W takich chwilach jak ta tęskniła za dawnym życiem, w którym każdą minutę dnia miała szczegółowo zaplanowaną, a emocje rzadko jej towarzyszyły. Teraz musiała nieustannie walczyć o spokój. Była pewna, że nie tylko ona miała czasem ochotę podskoczyć z radości, wywrzeszczeć frustracje albo zamordować kogoś, ale dlaczego w jej przypadku opanowanie się przychodziło z takim trudem? A może wszyscy tak reagowali?

          — Jeżeli mnie okłamałaś, to twoja ostatnia szansa na przyznanie się do tego — powiedziała opanowanym tonem. — Jego obrona jest nie do sforsowania i gdybym się na niego rzuciła, sama umrę?

          Otworzyła oczy, kiedy usłyszała rechoczącą ze śmiechu Temari

          — W-wyba-acz — wyjąkała, ocierając łzy, które wypłynęły jej z oczu. — To zabrzmiało… poważnie.

         — Poważnie chcę go skrzywdzić — mruknęła Sayuri, patrząc na Temari, która nadal trzęsła się ze śmiechu.

          — Kankurō też parę razy umknął przeznaczeniu?

          Sayuri prychnęła cicho. Naprawdę miała dość robienia w tym domu za błazna i umilacza czasu wysoko postawionym w hierarchii Suny.

          — Kankurō nigdy nie zrobił mi takiego świństwa. — Zauważywszy minę Temari, westchnęła. — Uważasz, że Gaara nie zrobił tego specjalnie?

          — Nie wiem. Wiem tylko, że to nie w stylu Gaary — bawienie się w wieloletnie gierki… I co miałby na tym zyskać?

          — Czyli jest po prostu opóźnionym w rozwoju złodziejem…

          — Złodziejem? — Temari uniosła brwi.

          Sayuri miała wielką ochotę, by opowiedzieć o Kitsune-sama. O tym, że Gaara ukradł go jej, że był skrajnie nieodpowiedzialny i na pewno znalazłaby jeszcze parę zbrodni. Z drugiej strony nie po to schowała pluszaka do szafy, żeby teraz się przyznać. Nie opowiedziała o tym Temari i nadal sądziła, że przyznanie się do awantury, którą urządziła z powodu Kitsune-sama, było uwłaczające. Powinna być dojrzała i rozsądna.

          — Okradł mnie z młodości, z której mogłam czerpać pełnymi garściami. Tego przecież dla mnie chciałaś, co?

          Nie miała pojęcia, czy Temari jej uwierzyła. Raczej była zbyt inteligentna, żeby się na to nabrać, ale z drugiej strony Kankurō miał rację — odkąd przygotowania do ślubu ruszyły z pełną mocą, panna młoda miała sieczkę z mózgu.

          — A ty posłusznie pójdziesz się socjalizować ze społecz… — Temari pokręciła głową i położyła dłoń na czole. — Nie… Błagam cię, nie mów mi, że to o różnice chodzi.

          — Poniekąd też. Ale nie to jest najważniejsze. Od początku musiałabym wszystkich okłamywać, a jak wiesz, z kłamstwem średnio sobie radzę.

          Temari zmarszczyła czoło i umilkła na długą chwilę.

          Po pewnym czasie Sayuri zaczęła czuć się nieswojo. Temari w końcu westchnęła i spojrzała jej prosto w oczy.

          — Zostaniesz tu sama z dwójką ułomnych mężczyzn. — Wesołość pobrzmiewająca w jej tonie była zbyt wymuszona, by ktokolwiek w to uwierzył. — Mogę przełożyć ten ślub.

          Sayuri rozszerzyła oczy i dopiero po chwili przypomniała sobie o oddychaniu. Serce jej waliło jak oszalałe. Co to niby…? Widząc minę Temari, zrozumiała. Choć była to trudna decyzja, Temari była skłonna zrobić to dla niej. O cholera…

          Oczami wyobraźni Sayuri już snuła bardzo prawdopodobną wersję wydarzeń: Temari odwołuje ślub. Próbuje przekonać Shikamaru, że można poczekać jeszcze rok, dwa. Shikamaru się wścieka, ale próbuje grać dobrą minę do złej gry. Sama przed Temari udawałaby rozpacz na myśl o jej wyjeździe. Coraz większe napięcia na linii Temari-Shikamaru ostatecznie doprowadziłyby do końca ich związku. Temari nie załamuje się, zostaje w Sunie i po pewnym czasie wraca do normalnego funkcjonowania. Zostaje w Sunie…

          Sayuri czuła do siebie coraz większe obrzydzenie. Ten plan był ziszczeniem jej marzeń — Shikamaru kopnięty w tyłek, Temari na miejscu. Znienawidziła się jeszcze bardziej, kiedy omal powiedziała coś w stylu: Błagam, zrób to dla mnie!

          Dorosła. Dojrzała. Rozsądna. Nieegoistyczna.

          Powstrzymywała łzy, które napłynęły jej do oczu.

          — Nie możesz tego zrobić tylko po to…

          — Widzę, jak się męczysz — przerwała jej Temari. — Nie zwracałam na to uwagi, bo byłam tak cholernie przejęta tym ślubem. Na Gaarę nie mam co liczyć, że zajmie się tobą, bo on już chyba na stałe wsiąknął w budynek administracji… Nie wiem, jakim cudem wyrwał sobie chwilę czasu na mój ślub… A Kankurō lepiej, żeby nie zaprzątał ci głowy. — Próbowała się uśmiechnąć. — To może poczekać kilka miesięcy.

          — I na co liczysz? — spytała Sayuri drżącym głosem. — Że znajdę sobie jakąś grupę przyjaciół? Że nieoczekiwanie wtopię się w mieszkańców Suny? — Parsknęła śmiechem i równocześnie starła łzy, które w końcu wypłynęły. — Ja o tym chyba od zawsze wiedziałam, że nie mam co liczyć na cokolwiek poza wami. — Wzruszyła ramionami. — Ale nie będę tak egoistyczna, żeby utrudniać ci życie. No zrozum! — Kiedy zauważyła, że Temari szykowała się do natarcia, uniosła głos. — Jaka to różnica, czy zostawisz mnie jutro czy za rok? Nic to nie zmieni i dobrze wiesz, że taka jest prawda.

          Temari otworzyła usta, ale szybko je zamknęła. Swoją postawą prezentowała doprawdy rozpaczliwy widok. Położyła dłoń na czole, łokciem oparła się o zgięte kolano i patrzyła pustym wzrokiem na podłogę.

          Sayuri była z siebie dumna, że udało jej się podjąć słuszną decyzję. Bolesną, ale słuszną.

          Wzdrygnęła się, kiedy Temari nieoczekiwanie zamknęła ją w uścisku.

          — Masz mi obiecać, że kiedy tylko najdzie cię ochota, będziesz do mnie pisać. A ja obiecuję, że będę wracać do Suny tak często, jak będzie to możliwe.

          — Może nie tak często, bo Kankurō będzie niepocieszony…

          Sayuri przeszedł dreszcz. Tę chwilę też powinna uwiecznić. Już. Natychmiast.

          Wyrwała się z uścisku Temari, która patrzyła na nią ze zmarszczonym czołem.

          — Poczekaj na mnie! Wrócę za chwilę i dam ci coś! 

***

          Przedostatni, ale najważniejszy rysunek. Niedoskonały, bo nie mógł taki być. Łzy w wielu miejscach wsiąknęły w kartkę, przez co powierzchnia nie była idealnie równa.

          Sayuri uśmiechnęła się, patrząc na obrazek z tego wieczoru. Co niepodobne do pokoju Temari, walały się po nim ciuchy, a łóżko było okupowane przez dwie ryczące kobiety, które padły sobie w objęcia. Zdecydowanie najważniejszy rysunek.

          Westchnęła cicho i chwyciła pustą kartkę. Odżegnywała się od wręczenia Temari prezentu ślubnego, bo wiedziała, że to pewne przypieczętowanie i zaakceptowanie faktów, które chciała wyprzeć. I, co jeszcze ważniejsze, musiała zawrzeć w nim nie tylko przeszłość, ale i przyszłość.

          Drżącą ręką chwyciła ołówek. Zignorowała ból w nadgarstku, do którego po tylu latach odrobinę przywykła. Wystarczyło kilka ruchów i odtworzyła zarys postaci w kimono.

          Nie.

          Wzięła czystą kartkę. Narysowanie Temari w zwykłym, bojowym stroju nie było żadnym wyzwaniem. Mogła to zrobić z zamkniętymi oczami. Zatrzymała się przy lewej dłoni, której jeszcze nie narysowała i postanowiła przemóc się.

          Po chwili na kartce pojawiła się druga postać, ubrana w standardowy mundur Liścia. Jedną dłoń trzymała w kieszeni.

          Nieco mocniej przycisnęła ołówek do kartki, ale zdołała opanować negatywne emocje. Splecione dłonie tej dwójki… Zmrużyła oczy i przygryzła wargi… Na całe szczęście ustawienie ciała ich obu pozwalało na mały, ale jakże znaczący zabieg. Narysowała ich z odwróconymi w różne strony głowami. Temari widać było jedynie lewy profil. A Shikamaru…

          Cóż to szkodziło, żeby ukazać go trochę bardziej zniewieściałego, prawda? Uśmiechnęła się pod nosem. W końcu widziała Narę ledwie parę razy i mogła go trochę inaczej zapamiętać.

          Rysy twarzy nie były ostre, męskie. Starała się nadać im delikatne linie, łuki, które zdecydowanie bardziej pasowały do kobiety. Odrobinkę zbyt pełne usta… Naostrzyła ołówek… Rzęsy tylko trochę zbyt długie.

          Przerwała na moment i przyjrzała się swojemu dziełu z satysfakcją. Każdy bez problemu rozpoznałby Shikamaru, ale też każdy zauważyłby te subtelne zmiany. Dopełnieniem tej karykatury stała się jego charakterystyczna kitka z nieco dłuższymi włosami, które opadały na kark.

          Zerknęła na kredki. Zazwyczaj portrety i ogólnie wszystkie rysunki, na których byli ludzie, nie ozdabiała kolorami więc i tym razem nie miała zamiaru tego robić, ale musiała w końcu wykonać okładkę.

          Westchnęła cicho. Przezornie zawsze zostawiała z lewej strony miejsce na pracę dziurkacza i każdy z ponad setki małych prezentów dla Temari miał już na takich samych wysokościach dziury. Teraz tylko ostatni wysiłek i mogła związywać wszystko tasiemkami.

          W przeciwieństwie do rysunków, na okładkę chciała zużyć swój mały skarb. Papier czerpany był rzadkością w Sunie, więc traktowała go z szacunkiem i tylko na wyjątkowe okazje. Ta z pewnością taka była. Już kilka tygodni wcześniej przygotowała dwie tekturki, na które przyczepiła papier czerpany, a teraz nadszedł czas, żeby go wykorzystać.

          Sayuri oparła głowę o zgiętą rękę i patrzyła to na kredki, to na farby. Co wybrać? I co stworzyć? Miała niejasny obraz tego, co chciała zrobić, ale nie miała pojęcia, jak wyglądała Konoha. Cóż… musiała liczyć na wyobraźnię.

          Przygotowała na podorędziu olej lniany, kawałek szkła, na którym mieszała kolory i mały pojemniczek z wodą. Chwyciła największy pędzel. Choć papier nie był zbyt duży, chciała jak najszybciej pokryć całość. Nie miała wątpliwości, jaki kolor powinien dominować.

          Dość długo zajęło jej uzyskanie odpowiedniego koloru. Piasek dookoła Suny miał bardzo charakterystyczną barwę, a od mieszkańców słyszała, że ten złoty połysk był pozostałością po Czwartym Kazekage, który rzekomo potrafił kontrolować złoto.

          Sayuri im dłużej żyła wśród shinobi, tym mniej wierzyła w te rewelacje. Gaara panował nad piaskiem, Temari wachlarzem tworzyła tornada, Kankurō miał drewniane kukły zrobione z ludzi, a ich ojciec manipulował złotem… Nie brzmiało to wiarygodnie, ale chyba tylko ona podawała to w wątpliwość.

          Skończyła okładkę. W miarę dokładnie odwzorowała widok z półki skalnej, która otaczała Sunę o zachodzie słońca. Nie potrafiła dostatecznie dobrze przedstawić gry światła na piaskowych wydmach, ale i tak była całkiem zadowolona z efektu. Temari na pewno też będzie i nawet nie zauważy tych niedoskonałości.

          Odłożyła kartkę na bok i w duchu dziękowała jakimś opiekuńczym bóstwom, że użyła farb akrylowych, a nie olejnych, co dość często jej się zdarzało. Nie miała przecież kilku tygodni, żeby czekać na pełne wyschnięcie! A tak? Już za kilkanaście minut wszystko powinno być gotowe do nałożenia lakieru.

          Tył też musiał być jakoś ozdobiony, żeby jej prezent mógł imitować książkę, a rysunki nie zniszczyły się. Początkowo chciała skopiować już namalowany widok, ale doszła do wniosku, że powinien być to symbol. Temari rozpoczęła życie w Sunie, większość rysunków dotyczyło tego miejsca, jej rodziny i przyjaciółki, to ostatni rysunek i tylna część okładki powinna stanowić wstęp do nowego życia. Tak, bardzo pięknie to zaplanowała, ale jak wyglądał las?

          Słyszała, że Konoha była otoczona wiekowym lasem. Ciężka sprawa. Wiedziała, jak wyglądały drzewa, pamiętała nawet, że kiedy była młodsza, oglądała rysunki lasów w książkach, ale czy to wystarczy? Czy tak wyglądały wszystkie lasy?

          Powoli zapełniała pustą przestrzeń na papierze. Zazwyczaj wiedziała, co chciała narysować i potrafiła przełożyć to na kartkę, ale tym razem pędzel trzymany w dłoni nie chciał sunąć po malunku. Z trudem skomponowała układ drzew, jakichś małych kamyczków rozrzuconych to tu, to tam.

          Przygryzła wargi. To chyba nadal było zbyt mało — kartka wyglądała na pustą. Co jeszcze mogła narysować w lesie? Zamknęła oczy i próbowała przywołać obraz lasu w myślach. No tak! Były jeszcze jakieś mniejsze rośliny! Tym razem bez wahania zabrała się za dorabianie krzewów… Prawie by zapomniała! Jakiś jeleń też powinien krążyć wśród roślinności. Chociaż… Nie miała pewności, czy jelenie mieszkały w lasach, ale tu przecież o symbol chodziło. 

          Westchnęła cicho, patrząc na dokończony malunek. Teraz tylko polakierować oba, żeby zabezpieczyć przed uszkodzeniami i książka była gotowa, choć najbardziej upierdliwa część nadal czekała na nią. Musiała to wszystko jakoś związać. W każdym rysunku były dziurki, przez które przekładała tasiemkę i tak sto sześć razy, żeby wszystkie rysunki i okładkę spleść ze sobą… O cholera! Dziurek na każdej kartce było pięć, więc…

          Zrezygnowana skończyła żmudną pracę połączenia wszystkich rysunków. W międzyczasie lakier na okładkach zdążył wyschnąć i przed sobą miała gotowy prezent, nad którym pracowała od blisko pół roku.

          Głębiej umościła się na siedzisku i próbowała zwalczyć uczucie senności. Obiecała Temari, że dostanie prezent już tego dnia i słowa zamierzała dotrzymać. Zabrała z biurka szkicownik i przygotowaną książkę. Próbowała wstać, ale zakręciło jej się w głowie. Opadła z powrotem na krzesło i dopiero druga próba okazała się skuteczna.

          Ledwo powłócząc nogami dotarła na korytarz i dopiero tam zorientowała się, że trzymała też szkicownik. Odłożyła go na komodę w korytarzu i tym razem bez zbędnych przystanków poszła do pokoju Temari.

Opublikowano
Odsłon 322
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!