Córa rodu Phoenix – Rozdział 25

Nowa tajemnica

                       Harry i Ron pod peleryną niewidką powolutku przedzierali się przez puste, skąpane w wieczornym mroku korytarze. Chcieli wymknąć się ukradkiem ze szkoły, żeby odwiedzić Hagrida. Początkowo miała iść z nimi Hermiona, jednak koniec końców zrezygnowała, woląc poświęcić więcej czasu na solidne przygotowanie do zajęć. Tak było coraz częściej – Granger ciągle gdzieś znikała i pojawiała się nagle, jakby nigdy nie opuszczała ich boku. Idący przodem Weasley zatrzymał się i przyłożył palec do ust, na znak, że przyjaciel powinien być cicho. Wykradanie się z zamku mieli opanowane niemalże do perfekcji, jednakże za każdym razem taka wyprawa budziła niemałą ekscytację – nigdy nie było wiadomo, gdzie dokładnie znajdowali się nauczyciele. Dzisiejszy dyżur zapowiadał się mocno problematycznie. Jak inaczej nazwać duet McGonagall – Snape? Niezmiernie rzadko zdarzało się, by opiekunowie Gryffindoru oraz Slytherinu wspólnie odbywali wieczorne spacery po Hogwarcie w poszukiwaniu niesubordynowanych podopiecznych, których mogliby stosownie ukarać za łamanie regulaminu. Najwidoczniej Gryfoni od samego początku skazani byli na pecha i jakoś musieli sobie z tym poradzić. Ron, upewniwszy się, że mają wolną drogę, skinął ostrożnie w kierunku Harry’ego. Uważnie przemykali koło kamiennych parapetów, zbliżając się metodycznie ku upragnionemu wyjściu. Zamarli, gdy z bocznego korytarza dał się słyszeć charakterystyczny stukot obcasów. Chłopcy przywarli ciasno do ściany, wstrzymując oddechy. McGonagall przeszła tuż obok nich kierując się – o ironio – w tę samą stronę co oni. Potter uśmiechnął się przepraszająco do kolegi – dziś zdecydowanie czekało na nich ciężkie wyzwanie. Zielonooki namówił przyjaciela na wieczorne wyjście w jednym, konkretnym celu: chciał podpytać gajowego o Syriusza Blacka. Z dnia na dzień coraz częściej rozmyślał o Blacku…kim był ten człowiek? Czego tak właściwie mógł od niego chcieć? Dlaczego włamał się do Hogwartu, skoro musiał doskonale wiedzieć o tym, że właśnie tutaj będą go najintensywniej poszukiwać? Te pytania (choć usilnie starał się wyrzucić je ze świadomości) niestrudzenie powracały, domagając się przynajmniej pobieżnych odpowiedzi. Harry wiedział o tym, że póki nie dowie się czegokolwiek, nie zazna spokoju, a wszędzie spotykał się z jakąś zmową milczenia. Nikt tak na dobrą sprawę nie chciał mu pomóc, ani wyjaśnić, co tak właściwie się działo i skąd to ogromne poruszenia. Nie czuł, żeby mógł polegać na dorosłych, więc przestał to robić, decydując się dotrzeć do prawdy o własnych siłach. Pani profesor oddaliła się od swoich wychowanków na tyle, by mogli podjąć próbę ruszenia przed siebie, jednak po raz kolejny zmuszeni byli zastygnąć w bezruchu. Od zimnych, wysokich ścian znów odbił się odgłos kroków tyle, że lżejszych i szybszych niż te należące do McGonagall. Młodzi czarodzieje dostrzegli wyraźnie zarysowaną postać wysokiego, smukłego mężczyzny kroczącego dumnym, równym rytmem. Blask księżyca wlewający się przez strzeliste okna, oświetlił strój przybysza, dzięki czemu Gryfoni dostrzegli dobrze znany emblemat domu węża. We wszechobecnej szarudze zalśniły jedyne w swoim rodzaju, turkusowe oczy, których nie można było pomylić z żadnymi innymi – ku nim szedł Dragan. W tym momencie dla młodych czarodziei nie liczyło się, co kruczowłosy tu robił i czemu wymykał się w równie arogancki, bezczelny sposób. Harry chciał wyjść spod peleryny, by zatrzymać kolegę, lecz Ślizgon był już za blisko, żeby McGonagall go nie zauważyła. Potter nie pomyślałby o wycofaniu się, jednak od popełnienia głupoty powstrzymała go zdecydowana dłoń Weasley’a, zaciśnięta na jego barku. Ron skinął w stronę wejścia ostatecznie udowadniając zielonookiemu, że za późno było na akty heroizmu – opiekunka Gryffindoru już namierzyła nieproszonego gościa. Mieli wybór: mogli zostać pod peleryną, wywijając się z kłopotów, lub spróbować zareagować, co zapewne skończyłoby się podzieleniem niewesołego losu Luthera. Decyzja dla młodzieńców była prosta – już wystarczająco narazili się nauczycielom przez swoje wybryki, więc pozostało im w ciszy obserwować, co się wydarzy. Przywarli ciaśniej do ściany.

– Luther, co tu robisz?

Czarownica stanęła przed Draganem, nerwowo stukając obcasami o wypolerowaną, kamienną podłogę. Turkusowooki skrzywił się, rozdrażniony tonem pani profesor oraz tym irytującym stukotaniem. Zwróciła się do niego jak do zwykłego dzieciaka, choć doskonale wiedziała, że nie tolerował tego poza oficjalnym przedstawieniem. Był za mocno wkurzony i zaniepokojony listem od chodzącego muzeum, żeby pokusić się o darowanie sobie należnych kobiecie złośliwości. Postawił porządny krok, skracając komfortowy dystans i spojrzał Minervie głęboko w oczy, nie wysilając się na okazanie choćby cienia emocji. Nauczycielka transmutacji odsunęła się instynktownie, nie potrafiąc inaczej zareagować na te jego upiorne, lodowate ślepia. Za każdym razem, gdy lśniły w tak…demoniczny sposób, przyprawiały ją o ciarki, ponieważ dostrzegała w nich coś, czego nie mogła pojąć – jakiś rodzaj jawnej, nieuniknionej groźby, porównywalnej do najstraszliwszej z klątw.

– Nie tym tonem, Minervo – syknął przez zaciśnięte zęby. – Muszę porozmawiać z Albusem.

– Dragan – włożyła całą wolę w opanowanie drżenia głosu. – Nie możesz ot tak biegać po korytarzach. Zechciej okazać choć odrobinę szacunku tej szkole. Z dyrektorem porozmawiasz za dnia.

– Gówno mnie obchodzi ten stos wyblakłych kamulców i wasze średniowieczne, bzdurne zasady – ściszył głos do mruczącego, kąśliwego szeptu. – To wszystko jest CHOLERNIE UPIERDLIWE!!!

Nagły krzyk Luthera wytrącił z równowagi zarówno panią profesor, jak i młodych Gryfonów. Draganowi nie zdarzało się za często podnosić głosu, a przynajmniej nie w pełni poważny sposób.

– Co tu się dzieje?

Snape zwabiony hałasem zszedł z górnego korytarza. Widząc Dragana i poddenerwowaną Minervę, postanowił się wtrącić, zanim napięcie zacznie niebezpiecznie eskalować. Nieprzyjemna atmosfera, panująca między profesorami a Ślizgonem, ułatwiła Ronowi oraz Harry’emu pozostanie w cieniu wydarzeń. Nauczyciele nawet nie pomyśleli o tym, że któryś z uczniów mógłby nie spać w swoim dormitorium, natomiast turkusowooki był zbyt zaniepokojony, żeby starać się wyczuć niepożądane towarzystwo – zazwyczaj robił to mimowolnie, jednak tak czy inaczej wymagało to względnie spokojnego umysłu, którym w chwili obecnej nie dysponował. Zależało mu tylko i wyłącznie na czasie. Arien NIGDY nie używał słowa „komplikacje”. Zawzięta, wyniosła skamielina była wyjątkowo dumna ze swych mistrzowskich umiejętności, przez co niebywale rzadko zwracała się do kogokolwiek o pomoc – nie mówiąc już o bezpośredniej prośbie, kierowanej do któregokolwiek z Lutherów. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, sprawa musiała być co najmniej pilna.

– Muszę zobaczyć się z Albusem – Dragan warknął w stronę mistrza eliksirów. – W tej chwili.

– Uspokój się, jeśli łaska – czarodziej przewrócił oczami.

– Wkurwiasz mnie, Nietoperzu – demoniczne oczy zalśniły ostrzegawczo. – Możecie przestać ŁASKAWIE traktować mnie jak całą resztę gówno wartych smarkaczy? Myślałem, że w tej konkretnej sprawie mamy jasność – ton jego głosu stał się ostrzejszy. – Nie byłem, nie jestem i nigdy nie będę jednym z waszych uroczych pupilków. Nie chcę spotkać się z Albusem na ploteczki, ani wspólne oglądanie jego kolekcji kart z czekoladowych żab! Chodzi o Vallerin – przesunął wzrokiem po twarzach pedagogów. – Lord przysłał wezwanie.

Nauczyciele spojrzeli po sobie, wyraźnie wytrąceni z równowagi. Ich twarze momentalnie stężały, nieoczekiwanie postarzając ich o dobre dziesięć lat. Snape stracił jako taki koloryt skóry, która stała się szarawa i potwornie zmęczona. Profesor McGonagall pobladła, mocno wbijając palce we własne przedramiona. Harry zerknął na Rona, tak samo jak on zaskoczonego tym, co widzieli. Działo się tu coś wyjątkowo dziwnego, nawet jak na standardy ostatnich kilku lat w Hogwarcie. Zielonooki wychylił się delikatnie ku przyjacielowi.

– Vallerin? – wyszeptał.

Weasley jedynie wzruszył ramionami, nie mając pojęcia, o co mogło chodzić. Tajemnicze imię absolutnie nic nie mówiło chłopcom, choć patrząc na reakcję profesorów, im obce nie było. Obydwoje sprawiali wrażenie poważnie zmartwionych, a ich ruchy stały się bardziej nerwowe i niepewne. Kimkolwiek była ta cała Vallerin, musieli ją znać i przejmować się jej losem.

– Wiesz, co się stało?

Uczniowie nie mogli uwierzyć w to, co działo się ledwie kilka metrów od nich. Snape…okropny, złośliwy, oschły, pozbawiony ludzkich uczuć Snape, wsparł dłoń na ramieniu Dragana, jakby chcąc go pocieszyć. Gryfoni zawsze słyszeli w głosie surowego nauczyciela jedynie chłód, pogardę oraz nutę rozczarowania, lecz teraz…w tym momencie przepełniony był ciepłem i subtelną troską, co kompletnie nie pasowało im do wizerunku mistrza eliksirów. Z daleka widzieli ulotny cień żalu malujący się w czarnych, zobojętniałych tęczówkach Severusa, które ze szczerym przejęciem spoglądały to na młodego Ślizgona, to na Minervę. Kruczowłosego zachowanie czarodziei jedynie bardziej zdenerwowało. Strząsnął dłoń Gacoperza ze swojego barku, uznając tę całą sentymentalną szopkę za coś, co spokojnie mogło poczekać – w przeciwieństwie do jego rozmowy z dyrektorem.

– Nie mam pojęcia – westchnął zaplatając ręce na karku. – Napisał tylko, że wystąpiły komplikacje. Niby nic takiego, ale jeśli Uzdrowiciel użył tego słowa… – turkusowe oczy zmętniały nieznacznie – możemy mieć nieźle przepierdolone. Muszę do nich jechać i to jak najszybciej.

– W porządku, chodźmy – Severus odpowiedział stanowczo. – Dumbledore powinien być na Wieży Astronomicznej.

– Wiem, że to trudne, ale postaraj się uspokoić – McGonagall uśmiechnęła się delikatnie. – Sam mówiłeś, że Vallerin jest w najlepszych możliwych rękach. Jeśli moglibyśmy jakoś pomóc czcigodnemu Lordowi albo tobie, nie wahaj się poprosić. Dumbledore zrobi wszystko, żeby ją ochronić.

– Dzięki, mała – turkusowooki uśmiechnął się zaczepnie do czarownicy. – Wybacz, że podniosłem na ciebie głos. Niepewność mnie dobija.

Kobieta ostrożnie objęła Luthera, nie mając pewności jak na to zareaguje. Teraz nie miało to większego znaczenia. Wiedziała doskonale jak wiele dla tego chłopaka znaczyła Lady Crown i bywało, że czasem zazdrościła tego płomiennowłosej. Każda kobieta chciałaby być na miejscu Lady – otoczona szczerą, bezwarunkową miłością mężczyzny, gotowego zrobić wszystko dla swej pani. Minerva spojrzała porozumiewawczo na Severusa, który potaknął subtelnym ruchem głowy. W ten niewerbalny sposób ustalili, że powinni odprowadzić Dragana na Wieżę. Puszczenie go bez opieki, gdy był w takim stanie, zakrawało o skrajną głupotę. Luther na co dzień był już wystarczająco nieprzewidywalnym żywiołem, nad którym nie mieli najmniejszej kontroli – strach było pomyśleć na jaki pomysł mógłby wpaść, kiedy jego wszystkie myśli skupione były wokół, najprawdopodobniej cierpiącej Lady. McGonagall uścisnęła go nieco mocniej, czując przemożną potrzebę okazania mu należnego wsparcia w trudnej chwili. Chociaż jej wydawało się to najzwyklejszym, ludzkim odruchem, on musiał sądzić zgoła inaczej. Dosłownie wyszarpnął się z jej objęć i karcącym, obrzydzonym spojrzeniem upomniał, żeby go nie dotykała. Profesor uśmiechnęła się sama do siebie. Nie miała ani zamiaru, ani prawa próbować wpłynąć na jego decyzję. Dawno już zauważyła, z jak wielkim wstrętem turkusowooki podchodził do wszelakich przejawów czułości. Co prawda pozwalał obejmować się znajomym i nie odskakiwał, gdy opierali dłonie na jego ciele, lecz za każdym razem jego niezwykłe oczy lśniły wstrzymywaną pogardą. Pogardą, a może czymś znacznie więcej? Czasem w jego oczach dostrzegała coś, czego nie potrafiła zdefiniować słowami. Jakiś rodzaj najczystszej furii – domagającej się uwolnienia – którą wprawnie ukrywał pośród cynicznych złośliwości, złudnych półuśmiechów lub zwyczajnej obojętności. Kiedy w turkusowych tęczówkach majaczyło to…coś, nie mogła oderwać od niego wzroku. Nie czuła się jakby patrzyła na człowieka, a istotę zupełnie inną – tajemniczą, odległą i niezrozumiałą w swej naturze, różniącej się od ludzkiej pod każdym względem. Gdyby była zabobonną kobietą, byłaby skłonna pomyśleć, że miała okazję obserwować istnego demona. Ta jego niechęć do dotyku…w normalnych okolicznościach równie bezpośrednie zachowanie wobec Luthera spotkałoby się zapewne z jakąś formą nieprzyjemnej represji. Odsunęła się od niego pokornie, nie chcąc go niepotrzebnie prowokować, po czym wskazała drogę ku Wieży. Ramię w ramię z Lutherem oraz Severusem rozpoczęła szybki, milczący marsz. Kiedy nauczyciele i Ślizgon oddalili się na bezpieczną odległość, dwóch ukrytych pod peleryną chłopców zwróciło się do siebie twarzami z wypiekami podekscytowania na policzkach. Żaden z nich nie rozumiał, czego tak właściwie byli świadkami, ale obydwaj poczuli znajome drżenie towarzyszące nęcącej tajemnicy i rześki zapach przygody. Zatroskanie mistrza eliksirów oraz czułość, jaką McGonagall usiłowała okazać kruczowłosemu były czymś zaskakującym i zagadkowym. Zupełnie nie pasowało to do tego, w jaki sposób profesorowie zwykli zachowywać się wobec swoich podopiecznych. Po bezprecedensowym upomnieniu ze strony Luthera, nauczyciele zdawali się traktować go jak równego sobie, a nie zwykłego dzieciaka, takiego samego jak dziesiątki w tej szkole. Pozwolili sobie na dużo dojrzalsze, bardziej emocjonalne zachowania, którymi nie raczyli swoich uczniów. To było w jakiś sposób…porażające. Tak nietypowe i dziwne…

– Co robimy? – szepnął Ron.

– Wracajmy do dormitorium – Harry zerknął w głąb korytarza. – Hagrid może poczekać.

Zgodnie z planem, udali się w drogę powrotną, całkiem pewni tego, że nikt nie powinien ich przyłapać. Ani jeden, ani drugi nie miał już najmniejszej nawet ochoty na wyprawę poza mury – choć obiektywnie rzecz biorąc, cała ta sytuacja znacznie ułatwiała im sprawę. Od Rubeusa najprawdopodobniej i tak za wiele by się nie dowiedzieli. Chociaż gajowy miał tendencję do nieostrożności, w szczególnych wypadkach potrafił zachować pełną dyskrecję, a sprawa Blacka była właśnie jednym z takich przypadków. Musieliby poświęcić sporo czasu oraz energii na próby złamania oporu Hagrida, nie mając gwarancji na usłyszenie czegokolwiek przydatnego. Do podjęcia podobnego wysiłku potrzebna była niezłomna determinacja, której w tym momencie im brakowało – nie potrafiliby się skupić, rozproszeni nową tajemnicą. Do Pokoju Wspólnego dotarli bez większych przeszkód, więc mogli się na spokojnie rozsiąść i porozmawiać. Mając pewność, że o tej godzinie nikt ich nie zaskoczy, siedzieli przez dłuższą chwilę w milczeniu, pochłonięci zbieraniem myśli. Obydwaj wiedzieli o tym, że muszą jak najszybciej porozmawiać z Hermioną, by podzielić się tym, co usłyszeli. Weasley oparł kark o zagłówek fotela, gapiąc się w sufit bez większego celu. Harry, z zaplecionymi wokół brzucha rękami, siedział obok niego rozmyślając intensywnie. Mieli przed sobą skomplikowaną układankę, której elementy nijak nie chciały do siebie pasować – zagadkę, mogącą przerastać ich możliwości oraz niemałe doświadczenie w podobnych zagwozdkach.

– Jak myślisz, kim jest ta Vallerin? – Ron spojrzał kątem oka na przyjaciela.

– Pojęcia nie mam – westchnął zielonooki. – Może to siostra Dragana?

– W sumie nie wiem, czy on ma jakieś rodzeństwo – Weasley podrapał się po policzku. – Wspominał coś kiedyś?

Harry bezradnie wzruszył ramionami. Dopiero w tej chwili powoli docierało do niego, jak niewiele w gruncie rzeczy wiedział o turkusowookim. Usilnie starał się trzymać jak najbliżej intrygującego Ślizgona, lecz robił to z czysto egoistycznych pobudek. Westchnął przeciągle, wbijając barki w oparcie. Przy Draganie czuł się jak każdy normalny dzieciak, pozbawiony uciążliwej sławy wybrańca oraz związanych z nią oczekiwań, o których nikt mu wprost nie mówił – był przeciętnym chłopcem, o przeciętnym życiu i przeciętnych zainteresowaniach. Pragnął tego z całego serca. Chciał mieć kogoś, przy kim mógłby być Po Prostu Harrym i szczerze mówiąc, nie zawracał sobie głowy niczym innym, gdy dostawał czego chciał. Uśmiechnął się pod nosem w gorzki, samokrytyczny sposób. Ani razu nie wysilił się na tyle, by lepiej poznać kruczowłosego faceta, którego z własnej woli darzył czymś na kształt podziwu. Dragan Luther…tego wieczoru stał się dla niego postacią bardziej tajemniczą niż Syriusz Black i Voldemort razem wzięci – o tych dwóch miał szansę czegokolwiek się dowiedzieć od ludzi, którzy mieli z nimi do czynienia przez dłuższy czas. O Draganie z jakiegoś powodu nie mógł myśleć podobnie. Niby go znał, a nie znał wcale. Zaczynał mieć nieodparte wrażenie, że wiedział o Ślizgonie dokładnie tyle, ile sam Luther zdecydował się mu pokazać. Im dłużej o tym myślał, tym wyraźniej dostrzegał ulotną barierę, jaką kruczowłosy oddzielał się od Hogwartu, reszty uczniów i szkolnego świata. Może przesadzał? Może Dragan wcale nie odseparowywał się od wszystkich, tylko od niego? Niby dlaczego Luther miałby być zainteresowany bliższą znajomością z kilka lat młodszym Gryfonem? Mechanicznym ruchem poprawił okulary. Za dużo niejasności. Odwrócił się twarzą do Rona, zamierzając powiedzieć przyjacielowi o swoich spostrzeżeniach. Chłopcy snuli domysły do samego ranka, coraz bardziej zniechęceni absolutnym brakiem odpowiedzi. Im więcej elementów do siebie – pozornie – pasowało, tym bardziej zawiły, niekompletny i rozmyty stawał się szerszy obraz, uniemożliwiając im ogarnięcie całości. Wciąż i wciąż coś zgrzytało, a oni czuli, że oddalają się od prawdy nie wiedząc, w którym kierunku powinni podążać. Fakty oraz ich własne obserwacje mieszały się chaotycznie z pogłoskami, nieraz przetaczającymi się przez kamienne korytarze. Nie wiedzieli, co mogli uznać za pewnik – nic do siebie nie pasowało w idealny sposób…za każdym razem pojawiała się luka, której nie potrafili wypełnić. Metodyczne roztrząsanie tysięcy możliwości pochłonęło ich na tyle, że nie zwracali najmniejszej uwagi na Gryfonów, coraz liczniej pojawiających się w Pokoju Wspólnym. Mechanicznie powtarzali „cześć”, nie zwracając uwagi na to, z czyich ust padło – nie mogli sobie pozwolić na dekoncentrację, żeby nie zgubić wątku. Kim tak naprawdę był Dragan Luther?

– Tak wcześnie na nogach? – przysiadła się do nich Granger.

– Hermiona! – Harry poderwał się na równe nogi – Chodź! Musimy porozmawiać.

Chłopiec chwycił łokieć przyjaciółki i pociągnął ją w stronę ich pokoju, nie wysilając się chociażby na jedno słowo wyjaśnienia. Z początku młoda czarownica stawiała opór próbując się wyrwać i dowiedzieć, czemu koledzy zachowywali się tak dziwacznie. Ostatecznie poddała się, gdy Ron zaczął w mało elegancki sposób popychać jej plecy, żeby szła szybciej. Dziewczynka westchnęła z rezygnacją – o cokolwiek by im nie chodziło, najwidoczniej było dość pilne. Nieco niepewnie przekroczyła próg pokoju Pottera i Weasley’a, obawiając się co może zastać w środku. Na szczęście pozostali mieszkańcy zdążyli już wyjść, więc nie musiała się przejmować możliwymi docinkami ani nieprzyjemnymi spojrzeniami. Harry wskazał jej niedbale zasłane łóżko, najwidoczniej chcąc, żeby usiadła wygodnie. Opadła ciężko na miękki materac i z naburmuszoną, żądną odpowiedzi miną, czekała aż raczą się wytłumaczyć. Panowie, mówiąc jeden przez drugiego, opowiedzieli jej o tym, co widzieli w nocy, starając się nie pominąć żadnych szczegółów. Słuchała ich uważnie, z narastającym zdumieniem. Wiedziała, że Dragan miał arogancki sposób bycia, jednak nie podejrzewała go o równie bezczelnie podejście do nauczycieli – zazwyczaj wydawał się traktować ich z jako takim szacunkiem, choć zdarzały mu się nieco ostrzejsze odzywki. Niemniej zaskakujące było dla niej jego podejście do szkoły jako takiej oraz nieuważanie się z​a​ jednego z uczniów. Był przecież jednym z nich…adeptem sztuk magicznych, kształcącym się w murach Hogwartu. Choć obiektywnie rzecz biorąc powinna być zniesmaczona takimi rewelacjami, nie potrafiła. Sama miała zgoła inne podejście do nauki, lecz Luther zawsze był jakiś taki…inny. Od dłuższego czasu odnosiła wrażenie, że Dragan zwyczajnie ich przerastał, chociaż nie wiedziała konkretnie dlaczego. Zamiast roztrząsać niejasne przeczucia, skupiła się na czym innym – pytaniu, czemu Snape i McGonagall mieliby tak bardzo pobłażać jednemu ze swoich wychowanków.

– Luther ma zostać nauczycielem – zamyśliła się, szukając odpowiedzi. – Może profesorowie zezwolili mu zwracać się do siebie po imieniu, poza zajęciami.

– Serio? – Ron przewrócił oczami – To cię najbardziej zainteresowało?

– Słyszałaś kiedyś o jakiejś Vallerin? – Harry wtrącił się do rozmowy, dostrzegając irytację na twarzy przyjaciółki.

– Nie – pokręciła głową, póki co zapominając o nietaktownym zachowaniu Ronalda. – McGonagall powiedziała, że dyrektor zrobi wszystko, żeby chronić Vallerin. Może to jakaś bliska znajoma Dumbledore’a?

– To nie wyjaśnia, skąd Dragan miałby ją znać – westchnął Potter. – Zastanawialiśmy się nad tym, czy może to jego siostra. Wyglądało na to, że bardzo się o nią martwił, a Snape i McGonagall wiedzą, kim ona jest.

– Dragan nigdy nie wspominał, że ma siostrę. Zapytam Zabini’ego albo Diggory’ego – zasugerowała stanowczym tonem. – Oni znają Dragana lepiej niż my i może będą wiedzieć coś więcej o jego rodzinie.

– Będziesz gadać ze Ślizgonem? – warknął Weasley.

– Masz lepszy pomysł, Ronaldzie? – Gryfonka rzuciła kąśliwie – Z Lutherem gadasz, a to też Ślizgon.

– Bzdura! On jest bardziej – rudowłosy przerwał, szukając odpowiedniego określenia – bezdomowy.

– Bezdomowy – prychnęła cicho. – Zadziwia mnie twoja elokwencja. Szkoda, że nie ma Tei. Ona jest z Draganem najbliżej i pewnie by wiedziała, czy Vallerin to rzeczywiście jego siostra. Mamy jeszcze jedną opcję – spojrzała na chłopców. – Możemy zapytać samego Dragana.

– Oszalałaś?! – Ron podniósł głos – Dowie się, że podsłuchiwaliśmy i więcej się do nas nie odezwie, albo gorzej!

– Zostaje nam pierwsze rozwiązanie – Harry powtórnie zapobiegł możliwej kłótni. – Załatwimy to po zajęciach. Chodźcie, bo się spóźnimy.

Całą trójką zeszli do Wielkiej Sali, zaczynając dzień od nieco późniejszego śniadania. Żadne z nich nie mogło skupić się na nauce, przez co czas dłużył im się niemiłosiernie – niecierpliwie wyczekiwali końca zajęć, niejako podekscytowani czekającą ich misją. W ciągu dnia nigdzie nie widzieli Dragana, co wydawało się podejrzane. Kruczowłosy nie pojawił się na żadnym z posiłków, choć zwykle można było go złapać w trakcie obiadu. Ślizgon po prostu przepadł, podsycając ciekawość wychowanków domu lwa. Niemniej zaskoczyło ich zachowanie nauczycieli, które na pierwszy rzut oka można było uznać za nietypowe. Snape poprowadził eliksiry w sposób cichy i przerażająco konkretny – co akurat było normalne – jednak darował sobie wszelkie uszczypliwości względem uczniów. Mówił w sposób monotonny, niemalże automatyczny…co gorsza tonem wyzutym z ironii oraz bezwzględnego sarkazmu, który był niejako jego wizytówką. Prawdopodobnie po raz pierwszy w historii swej kariery, nie zadał żadnej karkołomnej pracy domowej, czym zaskoczył wszystkich. Siedząc w sali do eliksirów dało się odczuć, że profesor chciał jak najszybciej wywiązać się ze swoich obowiązków i wrócić do czegoś, co zajmowało go o wiele bardziej niż nierówna batalia z oporną na wiedzę młodzieżą. Minerva zachowywała się zaskakująco podobnie do swojego (mało sympatycznego) kolegi po fachu. Podczas transmutacji snuła się po sali, mechanicznym krokiem przechadzając się wzdłuż biurek uczniów, na których praktycznie nie zwracała uwagi. Puszczała mimo uszu szmery i przytłumione chichoty, zapatrzona w krajobraz za oknem. Nie wywołała nikogo do odpowiedzi, nie przygotowała wymyślnych, wymagających ćwiczeń praktycznych ani sprawdziła zadań domowych. Zakończyła zajęcia dobre dziesięć minut przed czasem – co jej się nie zdarzało –, po czym poprosiła ich o wyjście z klasy, opadając na swoje krzesło ustawione przy topornym biurku. Coś zdecydowanie wisiało w powietrzu, a trójka zdeterminowanych Gryfonów zamierzała dowiedzieć się, co konkretnie. Po opuszczeniu sali rozdzielili się, zgodnie w ustalonym planem działania. Potter miał porozmawiać z Diggorym, Weasley ze swoimi braćmi, natomiast Granger podjęła się najtrudniejszego zadania – próby rozmowy z Zabinim. Jeszcze po drodze na śniadanie sprzeczali się, czy nie lepiej byłoby zapytać Greengrass, jednak Hermiona zdecydowanie nie chciała na to przystać. Z Blaisem już kilkukrotnie udało jej się zamienić kilka zdań, a z jej obserwacji wynikało, że Dragan znacznie chętniej spędzał czas z młodszym kolegą, niż z Dafne – co było po części zrozumiałe. Luther wydawał się tolerować Greengrass jedynie ze względu na Gallateę, więc kiedy jej zabrakło, stracił zainteresowanie podtrzymywaniem bliższej relacji z blondynką. Ron starał się przekonać przyjaciół, że najlepszym rozwiązaniem byłoby napisanie do Tei, lecz jego propozycja spotkała się ze sprzeciwem Harry’ego. Panna Dumbledore miała jak najszybciej wrócić do zdrowia, więc zielonooki chciał oszczędzić jej zamartwiania się czymś, co mogło nie znaczyć absolutnie nic – już dość miała własnych problemów, żeby dodatkowo zadręczać ją jakimiś wydumanymi przypuszczeniami. Każdy z nich ruszył w swoją stronę. Harry szedł do biblioteki z opuszczoną głową, przekonany co do słuszności ich postępowania. Zagadki go pasjonowały i nie potrafił od tak odpuścić, kiedy natykał się na kolejną tajemnicę. Prawdopodobnie z natury zależało mu na poznaniu odpowiedzi, żeby dotrzeć do czystej prawdy – przy czym zawzięcie ignorował to, że mogła okazać się dla niego bolesna. Idąc powolnym krokiem nie natknął się na nikogo znajomego, dzięki czemu nie musiał się zatrzymywać, by porozmawiać o pozbawionych znaczenia pierdołach. Przemknął niezauważony koło zaczytanej bibliotekarki, dziękując w duchu za ten uśmiech losu – nie miał najmniejszej ochoty na nieprzyjemne spojrzenia ani dławiony gniew, zazwyczaj bijący od twarzy kobiety. Pani Pince nie za specjalnie za nim przepadała, co częściowo zawdzięczał samemu woźnemu we własnej, wścibskiej osobie. Stary Filch za każdym jednym razem dzielił się z bibliotekarką swoimi podejrzeniami w stosunku do niesfornej trójki Gryfonów, uważając ich za źródło zła wszelkiego. Nie było to ani sprawiedliwe, ani przyjemne, jednak nic nie mogli na to poradzić – ile razy nie próbowaliby załagodzić zatargów z woźnym, wychodziło jedynie gorzej. Zielonooki rozejrzał się niepewnie. Musiał jak najszybciej znaleźć Diggory’ego i mniej więcej spodziewał się, gdzie powinien zacząć poszukiwania. Skręcił ku stolikowi, przy którym Puchon zwykł siadać w towarzystwie Dragana. Przystanął, słysząc w głowie głos Luthera. „Nie byłem, nie jestem i nigdy nie będę jednym z waszych uroczych pupilków”. Dlaczego powiedział coś takiego? Spędził w szkole tyle czasu, a nigdy nie poczuł się częścią społeczności Hogwartu? Tęsknił za swoją poprzednią szkołą i wcale nie chciał być pośród nich? Co mogło zmusić go do porzucenia poprzedniego życia i przeprowadzki do Anglii, skoro wcale tego nie chciał? W sumie…Dragan nigdy nie wyglądał na szczególnie szczęśliwego w tym zamku. Na zdołowanego też nie. Był raczej…obojętny, jakby pogodził się z losem. Harry, gdy o tym dłużej pomyślał, zdał sobie sprawę, że nigdy nie zauważył, żeby Luther był podekscytowany albo wyraźnie zadowolony. Nawet do rozgrywek, które bądź co bądź stanowiły centrum szkolnego życia, turkusowooki podchodził z zauważalną irytacją – prawdopodobnie do wszystkiego, co go otaczało odnosił się z chłodną rezerwą, nie czerpiąc przyjemności z tych samych rozrywek co reszta uczniów. Potter westchnął przeciągle, walcząc z natłokiem myśli. Poświęcił Draganowi zbyt mało uwagi i teraz za to płacił. Nie interesowały go detale ani subtelności, które mogły rzucić nieco światła na to, kim był facet, w którym widział odzwierciedlenie normalności. Nie…Dragan Luther nie był normalny. To nie był typ człowieka zadowalającego się najprostszymi rzeczami. Dzięki niemu Harry czuł się jak zwyczajny dzieciak, więc zaczął widzieć w nim kogoś, kim z całą pewnością nie był – dostrzegał co chciał, naginając rzeczywistość do własnych oczekiwań i ignorując wszystko, co nie pasowało do tego idyllicznego obrazka. Wznowił niespieszny marsz, przełykając gorycz rozczarowania samym sobą. Nigdzie nie widział Cedrika, więc zaczął krążyć między regałami licząc na szczęście, w które z każdą chwilą wątpił coraz bardziej. Być może Puchon bez Ślizgona wcale nie miał ochoty na przesiadywanie w bibliotece, woląc poświęcić ten czas swojej drużynie? Mogło go też coś zatrzymać. Możliwości było zbyt wiele…prawdę mówiąc nie miał bladego pojęcia, gdzie miałby w takim razie szukać starszego kolegi.

– Szukasz kogoś?

Odwrócił się, słysząc melodyjny, dziewczęcy głos. Stała za nim drobna Krukonka o azjatyckiej, wysublimowanej urodzie, która uśmiechała się do niego ciepło. Nieco zmieszany pytaniem, postarał się odwzajemnić uśmiech. Widział już tę dziewczynę, tylko gdzie? Nie przestając się szczerzyć, próbował zebrać się w sobie i ustalić odpowiedź na to pytanie, zanim atmosfera stanie się dojmująco niezręczna. No tak! Widział ją w meczu Slytherin-Ravenclaw! Cho Chang – nowa szukająca Krukonów. Potter, po rozwikłaniu tajemnicy tożsamości dziewczyny, zaczerwienił się nieznacznie. Dopiero teraz zauważył, jak była śliczna.

– Mhm…tak – wymruczał, wyciągając ku niej dłoń. – Harry Potter.

– Tak, wiem. Wszyscy wiedzą! – zaśmiała się perliście, ściskając jego dłoń – Cho Chang. Więc, kogo szukasz?

– Cedrika Diggory’ego – opanował się, nim jego uśmiech zacznie wyglądać jeszcze bardziej pokracznie. – Widziałaś go gdzieś?

– Dosłownie przed chwilą odnosił książki do działu eliksirów – wskazała mu kierunek. – Jeśli się pospieszysz, może uda ci się go złapać.

– Dziękuję, Cho.

– Polecam się na przyszłość.

Chang przycisnęła do piersi trzymany podręcznik, po czym mrugnęła do Pottera i odwróciła się. Gryfon drgnął niespokojnie. Sam nie wiedział czemu, ale chciał jeszcze przez chwilę porozmawiać z tą dziewczyną. Przez dobrych kilkanaście sekund nie potrafił zmusić się do powiedzenia czegokolwiek, więc tylko nerwowo odprowadzał wzrokiem nową koleżankę. O czym miałby z nią rozmawiać? Od czego zacząć, żeby jej nie wystraszyć? Niewiele przychodziło mu do głowy, a każdy kolejny pomysł wydawał się głupszy od poprzedniego. Nie chciał już na samym początku znajomości wyjść na jakiegoś dziwaka. Z Cho miał taki sam problem, jak z Gallateą – po prostu zwoje mu się przepalały. W końcu go olśniło! Najprostsze wyjście mogło okazać się tym najwłaściwszym.

– Cho? – podniósł delikatnie głos.

Krukonka zatrzymała się i zerknęła z uśmiechem na chłopca. Była z natury całkiem miłą osobą, więc nie czuła się w żaden sposób zdegustowana próbą podtrzymania rozmowy, choć dopiero co poznała Harry’ego. W głębi ducha nawet jej to schlebiało – najsłynniejszy uczeń Hogwartu chciał z nią zamienić kilka słów! Patrzyła na Gryfona wyczekująco, nie chcąc domagać się jego uwagi jak jakaś desperatka.

– Dobrze grałaś w ostatnim meczu – Potter zaczerwienił się uroczo.

Uśmiechnęła się szerzej i podeszła do niego, miło zaskoczona takim komplementem. Najlepszy szukający w szkole ją pochwalił, a to nie byle co! W grze brakowało jej doświadczenie i sama nie uważała, żeby przewyższała umiejętnościami Malfoy’a. Choć nie darzyła blond Ślizgona sympatią, w meczu radził sobie znacznie lepiej od niej, czego nie mogła nie zauważyć. Przez większość gry nieustannie odnosiła wrażenie, że ledwo dotrzymywała kroku Draco i nawet teraz nie czuła się najlepiej z tą świadomością. Skoro jednak Harry Potter miał zgoła inne zdanie na temat jej występu, nie miała zamiaru polemizować.

– Dziękuję. Do ciebie sporo mi jeszcze brakuje. Będziesz chodził na zajęcia Luthera? – zmieniła temat.

– Tak – Gryfon poprawił okulary. – Zapisałem się, jak cała nasza drużyna. A ty?

– Tak samo. Jest mi potwornie wstyd, kiedy przypomnę sobie, jak został potraktowany podczas meczu – opuściła wzrok. – Nie chciałam grać w drużynie, która dąży do zwycięstwa w takim stylu. To niegodne dumy Ravenclawu.

– Jak się grało? – zielonooki postanowił nie komentować przebiegu spotkania – No wiesz…przeciw Draganowi.

– To, co powiem może zabrzmieć okropnie, więc proszę, żebyś nie oceniał mnie zbyt surowo – niepewnie zerknęła na rozmówcę. – Luther zasługuje na pełen szacunek. Gra niesamowicie! Nigdy nie widziałam równie utalentowanego gracza, ale cieszę się, że nie będzie mógł występować w oficjalnych rozgrywkach. Gra przeciwko niemu był przerażająca, wiesz? W życiu nie czułam takiej presji, ani strachu. To, jak grał po golu Flinta… – zamilkła na moment – okropne przeżycie. Czułam się całkowicie bezsilna. Nie wiedziałam co się dzieje i przestałam zwracać uwagę na znicza. Zamiast grać, myślałam tylko o tym, żeby nie wejść mu w drogę. Kiedy podlatywał bliżej…miałam ochotę zeskoczyć z miotły i schować się w szatni.

– Skoro mecz tak cię przeraził, czemu chcesz z nim trenować?

– Bo to fantastyczny gracz! – jej oczy rozbłysły zachwytem – Dragan jest doskonałym zawodnikiem i jestem ciekawa, ile będzie w stanie nas nauczyć. Myślisz, że szukających też będzie umiał podszkolić?

– Z tego co widziałam, chyba potrafi grać na każdej pozycji – chłopiec pokiwał głową. – Ciekawe tylko, czy nas nie zamęczy. Ma znacznie lepsze warunki fizyczne niż większość z nas.

– Chciałabym latać tak jak on…tak szybko, lekko, naturalnie i zwinnie… – rozmarzyła się dziewczyna. – No nic, Harry. Muszę lecieć. Cieszę się, że będziemy się widywać na dodatkowych zajęciach. Do zobaczenia!

Chang pomachała mu delikatnie w geście pożegnania i skierowała się ku wyjściu, spiesząc się znacznie mniej, niż wskazywały na to jej słowa. Harry przez dłuższą chwilę odprowadzał ją wzrokiem, uśmiechając się głupkowato sam do siebie. Był z siebie dumny! Udało mu się w miarę normalnie porozmawiać z Cho, nie wychodząc po drodze na nieokrzesanego durnia – tyle wystarczyło mu do szczęścia. Wszyscy wokół zdawali się widzieć w nim kogoś wyjątkowego, podczas gdy w gruncie rzeczy był nieśmiały i nie potrafił prowadzić codziennych, zwykłych rozmów z nikim spoza swojego domu. Gryfoni przywykli do jego obecności, z czasem przestając dostrzegać w nim słynnego „wybrańca”, co nie było wcale tak oczywiste w przypadku wychowanków pozostałych domów. Wiele razy usiłował po koleżeńsku zagadać do kogoś z Ravenclawu lub Hufflepuffu, jednak niezwykle rzadko kończyło się to naturalną pogawędką na szkolnym korytarzu – zapewne dlatego aż tak cieszyła go każda udana próba poszerzenia grona znajomych. Z przyjemnego, ciepłego odrętwienia wyrwała go nagła, ostra myśl. Diggory. Musiał znaleźć Puchona i to zanim zniknie z biblioteki. Potrząsnął niemrawo głową, po czym skręcił w kierunku wskazanym przez Cho. Masywna ściana regałów nieco ograniczała mu widoczność, przez co powtórnie poczuł nieprzyjemną szpilę niepokoju, lecz rozluźnił się, gdy dostrzegł starszego kolegę, odkładającego kolejne tomy ksiąg z godną pozazdroszczenia pieczołowitością. Cedrik był na tyle wysoki, że nie musiał się za specjalnie wysilać, ani korzystać z przesuwanej drabiny. Potter westchnął, poprawiając okulary. Wzrost był jedną z rzeczy, których szczerze zazdrościł sympatycznemu Puchonowi – on musiałby wspinać się na szczeble drabiny albo się nienaturalnie wyginać, żeby dosięgnąć do półek. Natura zdecydowanie nie była sprawiedliwa…

– Cześć, Cedrik – podszedł do kolegi. – Mogę zająć ci chwilę?

– Cześć – szarooki zerknął przez ramię, opuszkami palców wsuwając książkę na jej miejsce. – Jasne. Co tam?

– Chodzi o Dragana. Widziałeś go dzisiaj?

– W sumie, to nie – Diggory wzruszył ramionami. – Pytałem Dafne, gdzie go wcięło, ale powiedziała tylko, że nie było go od wczoraj w dormitorium. Zapadł się pod ziemię! – zaśmiał się łagodnie – Znowu. Mam mu coś przekazać?

– Nie – Gryfon nerwowo zaszurał stopami. – Chciałem cię zapytać, czy Dragan wspominał ci coś o swojej rodzinie. Nie wiesz, czy ma siostrę?

Diggory zwlekał z odpowiedzią. Zamyślony odłożył ostatnią książkę, po czym spojrzał na Pottera z przyjacielskim, stonowanym uśmiechem. Zainteresowanie zielonookiego Lutherem wcale go nie zdziwiło. Nietrudno było zauważyć, że kruczowłosy imponował młodemu Gryfonowi – Harry nigdy nie odmawiał sobie możliwości zamienienia chociażby słowa z aroganckim Ślizgonem, a od czasu do czasu zdarzało mu się nawet nieme obserwowanie Dragana. Ced westchnął cichutko. Nie chciał nawet myśleć o tym, dlaczego Pottera aż tak ciągnęło do Luthera.

– Dragan nie lubi mówić o swojej rodzinie – uśmiech zszedł z jego twarzy. – Z tego co wiem, ma starszego brata, z którym nie utrzymuje kontaktów. Nigdy nie wspominał o siostrze, ale sam wiesz jaki on jest – bezwiednie zerknął na sufit. – Z nim nigdy nic nie wiadomo. Skąd takie pytanie?

– Zwykła ciekawość – chłopiec odpowiedział zbyt szybko, żeby zabrzmieć szczerze. – Zachowuje się wobec Gallatei jak starszy brat, dlatego zastanawiałem się, czy ma rodzoną siostrę.

– Raz powiedział, że traktuje Teę jak siostrę, bo dobrze się przy niej czuje i Gall budzi w nim instynkt opiekuńczy – Puchon zaśmiał się ciepło. – Nie wydaje mi się, żeby to miało jakikolwiek związek z jego własną rodziną, choć mogę się mylić.

– A mówił ci kiedyś, dlaczego przeniósł się do Hogwartu? – Harry zadał pytanie, zanim zdążył przemyśleć, czy w ogóle powinien to robić.

– Nie – szarooki odparł stanowczo, nieco zaalarmowany przebiegiem rozmowy. – Wkurza się za każdym razem, kiedy próbuję o to zapytać. Wolę go nie drażnić – cały optymizm wyparował z jego oblicza. – Zwłaszcza teraz.

Potter przez kilka sekund obserwował towarzysza, wytrącony z równowagi zmianą w jego zachowaniu. Diggory zawsze był serdeczny, spokojny, uśmiechnięty i szalenie miły, więc nagła oziębłość wcale do niego nie pasowała. Wyglądał jakby czymś się poważnie martwił, a Gryfon nie był pewien, czy powinien drążyć ten temat. Co miał na mówiąc zwłaszcza teraz? Działo się coś szczególnego, czego on sam nie zauważył? Jak bardzo ślepy musiał być przez cały ten czas, skoro dopiero zdarzenie na korytarzu wzbudziło jego zainteresowanie? Mimowolnie opuścił wzrok, dając się porwać nieprzyjemnemu natłokowi chaotycznych myśli. Misterna układanka – jaką bez wątpienia był Luther – po raz kolejny zmieniła swój kształt, nie pozwalając na ogarnięcie wzrokiem całości. Zbyt wiele rzeczy dotyczących Dragana było czystą tajemnicą…

– Tobie też wydaje się nieszczęśliwy?

Ciche pytanie Harry’ego zaintrygowało Cedrika. Głos wybrańca zabrzmiał tak, jakby sam nie do końca zdawał sobie sprawę z własnych słów. Ta rozmowa podobała mu się coraz mniej.

– Bo ja wiem. On już taki jest – rzucił obojętnym tonem. – Ciężko określić, jak właściwie się czuje, a sam ci tego nie powie, bo uważa to za upierdliwy sentymentalizm. Od jakiegoś czasu szkoła denerwuje go znacznie bardziej niż do tej pory, ale nie wiem dokładnie, dlaczego. Tęskni za Gallateą i ma dość Malfoy’a, tego jestem pewien. Czy coś jeszcze działa mu na nerwy, pojęcia nie mam. Harry, – przymrużył podejrzliwie powieki, zerkając na zielonookiego – czemu tak nagle interesujesz się prywatnymi sprawami Dragana?

Chłopiec pobladł. Choć to, że Ced zada podobne pytanie było rzeczą oczywistą, nie potrafił zapanować nad oznakami poddenerwowania. Mechanicznie poprawił okulary, kupując sobie kilka cennych sekund na poukładanie myśli.

– Chce go lepiej poznać – bąknął z cieniem zawodu. – Dużo czasu spędza z tobą i Weasley’ami.

– Spróbuj więcej z nim przebywać, zamiast urządzać przesłuchania w bibliotece – Ced roześmiał się życzliwie. – Dragan może i jest specyficzny, ale nie gryzie. Zazwyczaj. Spędza czas ze mną, Fredem i Georgem, bo uważa to za zabawne. Wystarczy, że uzna twoje towarzystwo za coś ekscytującego, chociaż ciężko mi powiedzieć, co mogłoby wydać mu się dostateczną rozrywką. Widziałem listę chętnych na zajęcia – oparł skroń na palcu wskazującym, przypominając sobie o dodatkowych lekcjach. – Będziesz miał okazję częściej widywać się z Draganem, o ile książę łaskawie wróci do końca tygodnia.

– Do końca tygodnia… – Harry wymamrotał pod nosem. – Często tak znika?

– Nie jestem pewny – Diggory zdecydował się na wymijającą odpowiedź. – Ze mną zazwyczaj spędza popołudnia i nie wiem, gdzie włóczy się wieczorami. To, że nie ma go ze mną albo nie siedzi w dormitorium, nie oznacza, że nie szlaja się gdzieś po zamku. On nie lubi się tłumaczyć, a ja wypytywać.

Gryfon zamyślił się. Diggory nie wiedział o turkusowookim wiele więcej od nich. Luther najwyraźniej wobec każdego zachowywał dystans i znacznie trudniej było się do niego zbliżyć, niż mogło się wydawać. Zaczął nawet poważnie wątpić w to, że Tea mogłaby dostarczyć im więcej informacji, nie mówiąc już o szczegółach. Zacisnął palce na oprawce okularów. Z drugiej strony Luther i panna Dumbledore byli ze sobą bardzo blisko – sprawiali wrażenie pary starych przyjaciół, dzielących ze sobą brzemię wszystkich tajemnic. Może źle zrobił, upierając się przy nie proszeniu Tei o pomoc w tej konkretnej sprawie? Co jednak, jeśli niechcący poruszał drażliwy dla kruczowłosego temat i Tea, w przypływie troski o przyjaciela, zahamowałaby dalsze poszukiwania? Mogłaby to zrobić dla dobra i spokoju Luthera, a oni nijak nie potrafiliby zmienić jej decyzji. Co powiedziałaby, gdyby przyznali się do podsłuchiwania na korytarzu i upartego wtykania nosów w sprawy, które w żaden sposób ich nie dotyczyły? Panna Dumbledore nie była osobą zdolną do podobnych zachowań, więc nie mógł przewidzieć, jak zareagowałaby na takie wyznanie. Prawdę mówiąc, przez swój upór i przemożną chęć rozwiązania zagadki, mogli poważnie zaszkodzić czarnowłosemu Ślizgonowi…Czy Tea, wiedząc o wszystkim, zachowałaby tę informację dla siebie, czy powiedziałaby turkusowookiemu o ich mini śledztwie? A sam Dragan?! Wybaczyłby im wścibstwo i rozdmuchane teorie na swój temat, czy odsunąłby się jeszcze bardziej? Harry mocno zacisnął pięści. Może to i głupie, ale po tym co usłyszeli w nocy…za nic nie chciał stracić kontaktu z Lutherem. To, w jaki sposób Ślizgon zwracał się do nauczycieli i jak oni odnosili się do niego…sprawiali wrażenie równych sobie dojrzałych ludzi, dbających o te same sprawy. Odbicie zwyczajnego, niewymuszonego szacunku w zachowaniu Snape’a oraz McGonagall…było czymś niesamowitym – nigdy nie widział profesorów i ucznia w podobnej sytuacji. Ocknął się z chwilowego marazmu, gdy dotarł do niego odgłos oddalających się kroków. Przez kilka chwil nie wiedział, gdzie jest, jednak w końcu sobie przypomniał. Odwrócił się w lewo, szukając wzrokiem Cedrika. Puchon najwidoczniej miał dość stania w towarzystwie zamyślonego wybrańca, więc postanowił wyjść z biblioteki.

– Cedrik! – Potter podbiegł do kolegi.

– Tak? – szarooki zatrzymał się.

– Dzięki za rozmowę.

Diggory westchnął delikatnie, po czym położył dłoń na głowie dzieciaka i potargał jego włosy.

– Nie ma z co dziękować – uśmiechnął się, lecz po chwili spoważniał. – Harry…powinieneś uważać z wchodzeniem z butami w czyjeś sprawy. Są ludzie, którzy bardzo cenią sobie prywatność i nie lubią, gdy ktoś próbuje ją naruszyć. Rozumiesz, co chcę powiedzieć?

– Dragan jest takim człowiekiem? – zielone oczy zalśniły zrozumieniem.

– Wątpię, żeby akurat on zwyczajnie się zdenerwował. To nie w jego stylu – Puchon zabrał dłoń. – Nie wiem czego chcesz się dowiedzieć, ani co osiągnąć wypytując o życie Dragana za jego plecami.

– Ja… – Gryfon chciał się bronić, lecz przerwał mu gest starszego kolegi.

– I tak nie powiedziałbyś mi całej prawdy, więc nie chcę wiedzieć. Bądź ostrożny i nie przeciągaj struny, to może nie wpakujesz się w kłopoty. Zrozumiałeś?

– Tak.

– Świetnie – Ced uśmiechnął się szeroko. – Nie powiem mu o tym spotkaniu, nie martw się.

Po tych słowach kapitan drużyny Hufflepuffu po prostu wyszedł, zostawiając za sobą zdębiałego zielonookiego. Cedrik Diggory właśnie ostrzegł go przed Draganem…może jednak Puchon znał Ślizgona lepiej, niż chciał pokazać w ich rozmowie? Jak szybko Ced wyczuł jego intencje? Przygryzł dolną wargę zrozumiawszy, jak bardzo żałośnie musiała wyglądać jego próba delikatnego zasięgnięcia języka. To oczywiste, że Diggory wiedział od samego początku – dlatego tak szybko zmienił nastawienie! Pogrążony w rozmyślaniach udał się w drogę powrotną do dormitorium, tylko cudem unikając zderzenia z innymi uczniami. „Nie wiem czego chcesz się dowiedzieć, ani co osiągnąć wypytując o życie Dragana za jego plecami…” słowa Cedrika dźwięczały mu w uszach, potęgując nieprzyjemne pieczenie policzków. Każda jedna sylaba wbijała się w jego świadomość, rozpalając wstyd. Co oni najlepszego znowu wyczyniali? Chciałby móc zaprzeczyć stwierdzeniu Puchona, ale jak miałby to zrobić? Diggory jednym, zgrabnym zdaniem podsumował cały ich plan: wypytywanie o Luthera za jego plecami. Nie przerywając monotonnego marszu przeszedł przez Pokój Wspólny, wpadł do swojego pokoju i rzucił się bezwładnie na łóżko. Rozmowa z Cedrikiem poszła mu fatalnie. Nie ma co ukrywać, zawalił sprawę po całości. Nakrył prawym przedramieniem oczy, zatapiając się w kojącej ciemności. Kim tak właściwie był turkusowooki? Dlaczego jeden z jego najbliższych kumpli miałby ostrzegać przed nim kogokolwiek? Jak wiele rzeczy związanych z Draganem przeoczył? Nawrót tysiąca myśli na sekundę przerwało trzaśnięcie gwałtownie otwieranych drzwi. Do sypialni wpadł Ron, a sądząc po jego zaczerwienionych policzkach, nie spisał się lepiej od współlokatora.

– I jak? – Potter usiadł.

– A jak mogło być z tymi kretynami? – Weasley warknął wściekle – Niczego się nie dowiedziałem.

Ron streścił rozmowę z Fredem oraz Georgem, która przebiegła mocno…nietypowo. Bliźniacy ze starań brata zrobili sobie doskonałą zabawę, polegającą na udzielaniu sprzecznych informacji – kiedy George coś potwierdzał, Fred zaprzeczał i odwrotnie. Skołowany Ron przez ponad godzinę wysłuchiwał przynajmniej dwóch wersji tych samych wydarzeń; ciągłych sprzeczek, który z bliźniaków miał rację; powtarzanego naprzemiennie tak i nie…nie mógł być pewien prawdziwości ani jednego ich słowa, co wyprowadziło go z równowagi. Kiedy odrobinę ochłonął, w końcu zrozumiał. Bracia nie przeczołgali go przez to pole minowe dla zwykłego żarciku. Byli na niego źli. Już na samym wstępnie zirytował ich tym, że wpadł na pomysł przesłuchania ich, żeby wyciągnąć prywatne sprawy Luthera. Nie mieli najmniejszej ochoty odpowiadać na dziwne pytania, więc postanowili dać mu nauczkę, którą miał zapamiętać. Fred i George traktowali turkusowookiego jak brata z wyboru i rozdrażniło ich ględzenie młodego, przesiąknięte bzdurnymi insynuacjami. Brutalna bezpośredniość Rona wcale nie pomogła, dodatkowo potęgując niechęć. Najmłodszy z braci Weasley pozbawiony był umiejętności wczuwania się w emocje innych oraz płynnego dostosowywania reakcji do sytuacji. Granger często karciła go z tego powodu, twierdząc, że ma wrażliwość kamienia, jednak on sam nie pojmował co niby w tym złego. Jeśli chciał się czegoś dowiedzieć pytał, zamiast bawić się w wyrafinowane podchody. Dziś szczerze tego pożałował. Wkurzony zachowaniem bliźniaków w pewnym momencie wstał, wyzwał ich od palantów i wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami – zrobił dokładnie to, czego się spodziewali. Dopiero pod drzwiami swojej sypialni wpadł na to, że bracia cały czas z nim pogrywali i zwyczajnie chcieli się go jak najszybciej pozbyć. Zrezygnowany usiadł tuż obok Harry’ego, który opowiadał o rozmowie z Diggorym. Obydwaj wyszli na skończonych debili, a cała ich nadzieja na dowiedzenie się czegokolwiek o Draganie, spoczywała obecnie w dłoniach Hermiony. W napięciu wyczekiwali powrotu przyjaciółki, której dość długo schodziło – pojęcia nie mieli czy to dobry znak, czy wręcz przeciwnie. Poderwali się, słysząc dźwięk otwieranych drzwi, lecz opadli na łóżko widząc minę Granger. Dziewczyna usiadła na podłodze, oparła plecy o ramę łóżka, po czym spojrzała na kolegów i westchnęła zrezygnowana.

– Zabini niezbyt chciał ze mną rozmawiać – przymknęła oczy. – Musieliśmy wyjść ze szkoły, żeby uniknąć spotkania z innymi Ślizgonami, dlatego tyle mi zeszło. Zabini powiedział, że Dragan ma brata i tylko tyle wie o jego rodzinie. Wspomniał też, że Luther od początku roku zachowuje się dziwnie, nawet jak na niego. Ponoć jest strasznie rozdrażniony i łatwo wyprowadzić go z równowagi, a od kiedy nie ma Tei, stał się drażliwy i nie chce mu się z nikim dłużej gadać. Dragan bardzo często nie wraca na noc do dormitorium, co podobno jest u niego normalne. Zabini nie wie, dlaczego Luther przeniósł się ze Stanów, nie zauważył też, żeby Dragan dostawał jakieś listy, albo komuś je wysyłał. Ogólnie podobno próbowali go pytać o życie w Stanach, ale nie chciał o tym za bardzo rozmawiać i przestali naciskać. Zabini napomknął, że Luther nie mógł wrócić do domu na wakacje, więc za pozwoleniem Dumbledore’a mieszkał razem z Gallateą – powoli wypuściła powietrze. – Zabini nic więcej nie wie, albo nie chce powiedzieć, ciężko ocenić.

Chłopcy opowiedzieli przyjaciółce o swoich próbach, po czym cała trójka zamilkła, próbując przeanalizować wszystko co usłyszeli. Wniosek był jeden. Nie mieli kompletnie nic…zero punktu zaczepienia, lub choćby jednej, potwierdzonej informacji, którą nie dysponowaliby wcześniej.

– Jak to możliwe, że Luther jest najpopularniejszym facetem w szkole, a nikt nic o nim nie wie? – parsknął Ron.

– Dragan nie lubi mówić o sobie, a nikt widocznie nie był na tyle bezczelny, żeby na siłę go wypytywać – podsumowała chłodno Hermiona. – Myślicie, że dobrze robimy? No wiecie…grzebiąc w jego życiu? W końcu nie musi nam o wszystkim mówić, prawda? Każdy ma swoje tajemnice.

– A ta znowu swoje – Weasley przewrócił oczami.

– Diggory, Zabini, twoi bracia… – Harry wtrącił zamyślonym, cichym głosem. – Nie wydaje się wam, że oni wszyscy celowo nas spławili?

– Też odniosłam takie wrażenie – Granger oparła łokcie na kolanach i wsparła brodę na splecionych dłoniach. – Cedrik swoim zachowaniem dał ci do zrozumienia, że nie podoba mu się ta rozmowa. George i Fred zrobili mniej więcej to samo, tylko w swoim stylu. Przy Zabinim trudno określić, czy to sam temat mu nie odpowiadał, czy fakt rozmowy z Gryfonką, ale wydawał się poddenerwowany i znacznie chłodniejszy niż zazwyczaj. Wiecie, czego by nie mówić o Zabinim, zawsze zachowuje się jak gentleman, a dziś…tego zabrakło. Sądzę, że popełniliśmy błąd próbując podpytywać ich o prywatne sprawy Dragana. Wszyscy czterej zareagowali złością i podejrzliwością, zupełnie jakbyśmy mieli zamiar skrzywdzić ich najlepszego kumpla. Zachowują się trochę jak mrówki…

– Jesteśmy rudzi, to można nas porównywać do robali? – nadąsał się Weasley.

– Nie o to mi chodziło, Ronaldzie – Hermiona zachichotała. – U niektórych gatunków mrówek występuje pojedyncza królowa, a w razie zagrożenia pozostałe mrówki robią wszystko, żeby ją ochronić. Tutaj jest trochę podobnie. Zabini, Fred, George i Cedrik mogli się poczuć, jakbyśmy naszym zachowaniem chcieli zaatakować Dragana, więc instynktownie nam to uniemożliwili.

– Dziwne to wszystko – Ron podrapał się po głowie.

– Powinieneś już przywyknąć. Harry! Gdzie idziesz?

Zielonooki Gryfon już łapał za klamkę, gdy zatrzymało go pytanie przyjaciółki. Że też wcześniej na to nie wpadł! Była jeszcze jedna osoba, którą mógł zapytać o Dragana. Jeden z ledwo dostrzegalnych cieni, każdego dnia krzątających się po zamku, pozostających poza zainteresowaniem zaaferowanych codziennymi sprawami uczniów.

– Porozmawiać ze Zgredkiem – rzucił pospiesznie, znikając za drzwiami.

Zignorował nienachalne nawoływania Rona oraz Hermiony i czym prędzej zbiegł z wieży Gryffindora, kierując się ku podziemiom. Szybkim krokiem minął pomieszczenia kuchenne i gospodarcze, chcąc dotrzeć wprost do kwater, zajmowanych przez pracujące w szkole skrzaty. Kilkukrotnie tu bywał, składając wizyty swojemu małemu przyjacielowi, więc jako tako orientował się w labiryncie pomniejszych korytarzy oraz sprytnie ukrytych przejść. Niepewnie wszedł do niewielkiego, funkcjonalnie urządzonego pomieszczenia, pełniącego funkcję pokoju dziennego, w którym skrzaty odpoczywały, czekając na przydzielenie konkretnych zadań danego dnia. Powitało go​kilka czujnych spojrzeń, jednak żaden ze skrzatów nie zapytał co tu robił – prawdopodobnie przywykły do cyklicznych odwiedzin.

– Harry Potter!

Chłopiec odwrócił się, słysząc znajomy głos. Obok niego stał uśmiechnięty Zgredek z drobnymi dłońmi zaciśniętymi na nieodłącznej miotle. Widocznie zdążył, zanim skrzat rozpocznie swoją wieczorną zmianę.

– Cześć, Zgredku – uśmiechnął się łagodnie. – Mogę zająć ci chwilę?

– O, tak, tak! – bystre oczy stworzonka zamigotały – Harry Potter zawsze może porozmawiać ze Zgredkiem. Ciasteczko?

Skrzat wskazał na stojący nieopodal stolik, zazwyczaj służący im jako miejsce spotkań. Zielonooki przecząco pokręcił głową, jednak usiadł pokornie na małym krzesełku, dopasowanym do niskiego wzrostu niepozornych pracowników szkoły. Zgredek odstawił miotłę, po czym usiadł obok niego, najwidoczniej mocno zaintrygowany tym, czego wybraniec mógł chcieć od skromnego skrzata.

– Znasz Dragana Luthera?

– Panicz Luther! – Zgredek uśmiechnął się radośnie – Wszystkie skrzaty w Hogwarcie znają panicza Luthera. Przychodzi odwiedzać Zgredka i pozostałych.

– Dragan do was przychodzi? – Gryfon nie krył zdumienia.

– Tak. Panicz przychodzi przynajmniej raz w tygodniu, późnym wieczorem.

– Zauważyłeś, żeby zachowywał się jakoś…dziwnie?

Nieoczekiwanie skrzat zamilkł i usiadł sztywno, przybierając bardziej oficjalną pozę. Radość w jego oczach zgasła momentalnie, zastąpiona nutą zniesmaczenia.

– Zgredek nie powie niczego złego o paniczu Lutherze – odparł stanowczo.

– Nie możesz nic mi powiedzieć? – zielonooki pochylił się ku rozmówcy – Ktoś ci zabronił?

– Zgredek jest wolnym skrzatem, panie Potter! – skrzat wydawał się szczerze oburzony słowami młodego czarodzieja – Nikt nie może zabronić mu mówić! Zgredek nie powie niczego złego o paniczu Lutherze, bo go lubi. Panicz Luther jest przyjacielem skrzatów.

Teraz to Harry był już mocno skołowany. Nigdy nie podejrzewał kruczowłosego Ślizgona o zainteresowanie skrzatami ani chęć spędzania z nimi wolnego czasu. Kolejna niepodziewana rzecz w jego mętnym, pokręconym życiorysie. Tak czy inaczej musiał spróbować nieco przebłagać skrzata, jeśli chciał czegokolwiek się od niego dowiedzieć.

– Przepraszam, Zgredku. Nie chciałem być nieuprzejmy. Po prostu Dragan ostatnio sprawia wrażenie rozdrażnionego i trochę przybitego, dlatego zapytałem.

– Pan Potter.

Chłopak spojrzał w prawo, zainteresowany spokojnym, lekko ochrypłym głosem, który przerwał mu rozmowę. Obok nich stał starszy, dystyngowany skrzat ze złotym monoklem, przysłaniającym jego prawe oko. Był pewien, że widział go już wcześniej i dość szybko zorientował się, czemu zawdzięczał to przeczucie. Ten skrzat codziennie pomagał pani Pince w zadbaniu o zbiory szkolnej biblioteki, czasem restaurując rozpadające się, stare książki. Zapewne musiał być jednym z najlepiej wyedukowanych skrzacich pracowników.

– To Ślistek – Zgredek przestawił pobratymca. – Ślistek najwięcej rozmawia z paniczem Lutherem.

– Miło mi poznać.

Gryfon wyciągnął dłoń ku nowemu towarzyszowi, jednak został przez niego zignorowany. Ślistek zaplótł ręce za plecami i pokłonił się przed zielonookim, jak miał to w zwyczaju od początku służby u poprzedniego pana. Szczerze mówiąc nie przepadał za towarzystwem czarodziei i cieszył się ze swojego przydziału do biblioteki, gdzie mógł zaszywać się z daleka od ich wzroku. Bolesne doświadczenia z przeszłości nie pozwalały mu stracić czujności, nawet jeśli chodziło o najsłynniejszego ucznia tej szkoły.

– Wzajemnie – uprzejmie rzucił ku dzieciakowi. – Słyszałem, że rozmawiacie o Draganie. Panicz rzeczywiście regularnie składa nam wizyty, ale nie zauważyłem, żeby ostatnimi czasy zachowywał się w odmienny sposób niż zazwyczaj.

– Mogę zapytać, dlaczego nazywacie go paniczem?

– Zwykły wyraz szacunku, panie Potter. Dragan pierwszy raz przyszedł do nas w towarzystwie panienki Gallatei, jednak później zaczął zjawiać się sam. Odpoczywa tutaj od zgiełku zamku – skrzat uśmiechnął się ciepło. – Przez dłuższy czas po prostu siadał w kącie na podłodze i czytał książki, ale później stwierdził, że powinien odwdzięczyć się nam za gościnę. Panicz jest w tej kwestii bardzo uparty. Ponieważ honor nie pozwolił nam przyjąć jego pomocy, znalazł inne rozwiązanie. Umila nam czas opowiadając pewną baśń.

– Baśń? – wymamrotał uczeń.

– Zgadza się. Każdy skrzat zna tą opowieść, choć w różnych wersjach.

– Panicz Luther odpowiada ją najlepiej! – zaśmiał się Zgredek.

– Co to za historia?

– Legenda o księżniczce mieszkającej w zamku, schowanym przed ludzkim wzrokiem pośród nieprzeniknionej gęstwiny starej puszczy – Ślistek przymknął oczy, przenosząc się do świata baśni. – Księżniczka była najpiękniejszą i najmiłosierniejszą spośród żywych istot, jednak nie mogła opuścić swojego zamku. Uwięziła ją tam jej własna rodzina, zazdrosna o jej potężną moc oraz miłość, którą rozpalała w sercach wszystkich stworzeń. Księżniczka żyła z daleka od innych ludzi, ale wcale nie była tak samotna jak mogło się wydawać. U jej boku stały skrzaty, które z otwartymi ramionami witała w progach swojego więzienia. Co jakiś czas do zamku przybywał jeden z pięciu obrońców księżniczki, przyprowadzając kolejne skrzaty wyzwolone spod niewolniczego jarzma. Księżniczka opiekowała się uratowanymi skrzatami, zwracając im wolność i traktując je jak swoją własną rodzinę. Kochała swoich małych podopiecznych, a skrzaty odwdzięczały jej się bezgraniczną miłością, żyjąc z nią pod jednym dachem w spokoju i dostatku. Księżniczka była litościwą kobietą, stroniącą od przemocy, ale jeśli ktokolwiek śmiał podnieść rękę na jej oddane skrzaty…mógł ją niechybnie stracić. Dała takim jak my bezpieczną przystań, gdzie mogły zapomnieć o przykrościach doznanych z ręki ludzi i poczuć najprawdziwsze ciepło opiekuńczej miłości. Księżniczka posiadała jeszcze jednego, wiernego towarzysza. Olbrzymiego kruka o złotym dziobie i zaczarowanych oczach. Ponieważ księżniczka była odcięta od zewnętrznego świata, puszczała wolno swego kruka, mogąc widzieć świat dzięki jego oczom. Pewnego dnia kruk zbłądził w drodze powrotnej i zniknął, czym złamał serce swej pani. Widząc smutek księżniczki, najstarszy i najodważniejszy spośród skrzatów wyruszył na poszukiwania bezcennego ptaka. Przemierzał odległe, nieprzyjazne krainy mierząc się z rozlicznymi niebezpieczeństwami, aż w końcu odszukał kruka i sprowadził go do zamku, jednak stworzenie nie było już takie samo jak wcześniej. Kruk zdziczał, a jego magiczne oczy straciły swój dawny blask, stłamszony przez pierwotną, niepowstrzymaną furię. Skrzaty bały się kruka, lecz księżniczka ani trochę. Zatroszczyła się o to stworzenie, powolutku je oswajając. Upór księżniczki ocalił kruka, tak samo jak jej oddane skrzaty.

– To całkiem…ładna opowieść – Harry uśmiechnął się niepewnie.

– Jedynie jej zarys, panie Potter. Całość jest znacznie dłuższa i wymagałaby kilku godzin nieustannego opowiadania. Panicz Luther potrafi przekazywać ją w fenomenalny sposób – Ślistek uśmiechnął się melancholijnie. – Kiedy Dragan opowiada baśń, ma się wrażenie, że widział te wydarzenia na własne oczy.

– Mógł je widzieć? – Gryfon wypalił, zanim zdążył pomyśleć.

– Oczywiście, że nie – stary skrzat spojrzał na chłopca pobłażliwie. – To bardzo, bardzo stara opowieść krążąca wśród skrzatów od pokoleń. Panicz Luther musiałby mieć co najmniej 300 lat, a sam pan przyzna, że to niemożliwe. To tylko legenda, chłopcze. Baśń dająca skrzatom nadzieję, że gdzieś tam, pośród przedwiecznej puszczy może być miejsce, w którym zaznają spokoju oraz miłości najwspanialszej kobiety, jaka zaszczyciła ten świat swą obecnością.

                     Dragan sprężystym krokiem wszedł do rezydencji, nie tracąc czasu na kurtuazyjne powitania. Opuścił Hogwart zaraz po rozmowie z Albusem i musiał w miarę rozsądnie dysponować czasem – wciąż toczyła się gra o utrzymanie pozorów. Dumbledore nie wstrzymywał go, co było oczywiste w obecnej sytuacji, pytając jedynie o planowany termin powrotu. Odpowiedzi na to pytanie turkusowooki nie potrafił udzielić, a nawet gdyby mógł, i tak by się wstrzymał. Nie wiedział, co dokładnie działo się w rezydencji i szczerze nienawidził tego uczucia niepewności, zamierzając pozbyć się go tak szybko, jak to tylko możliwe. Zatrzymał się zaraz za progiem, mimowolnie zaciskając szczękę w oznace gniewu. To, co zastał we wnętrzu domu, który pokochał lata temu, utwierdziło go w przekonaniu, że nic nie było w porządku. Sten, który starym zwyczajem wyszedł mu na powitanie, wyglądał na przybitego i nieobecnego. Delikatna skóra stworzenia poszarzała, ciasno oblekając policzki, przez co niezdrowo uwydatniała ich ostre kości – zapadła się, nadając Stenowi wygląd poważnie chorego. Ten widok do przyjemnych nie należał, jednak był niczym w porównaniu do oczu wiernego majordomusa – zmatowiałych, podpuchniętych i upiornie odległych. W tych oczach odbijały się troski, które stworzonko z całych sił tłumiło w swoim kruchym, drobnym ciele. Luther odwrócił wzrok od Stena i uważniej rozejrzał się po pomieszczeniu, czując narastającą irytację. Zawsze perfekcyjnie wypastowane, zabytkowe meble przysłoniła kilkudniowa warstwa kurzu. Polerowana podłoga straciła niedościgły połysk, który zawdzięczała codziennej, ofiarnej pielęgnacji – ulotny urok drewna zaginął pod warstwą licznych, zatartych śladów butów, układających się w chaotyczne wzory. Łagodna, ciepła jasność wnętrza zniknęła w cieniu grubych, ciemnych kotar. Półmrok zawładnął korytarzami, nadając domostwu ponurego, niepokojącego charakteru miejsca, w którym mogło przydarzyć się wszystko. Okien najwidoczniej nie otwierano od dłuższego czasu, ponieważ wszędzie panował uciążliwy, ciężki zaduch. Przepadły również rozliczne bukiety świeżych kwiatów, uwielbianych przez panią tych włości. Zamiast ukochanych róż Lady, w przykurzonych wazonach tkwiły wyschnięte, powykręcane badyle. Kruczowłosy zacisnął pięści, czując przypływ czystego gniewu. Nie tak powinien wyglądać dom, który zdecydował się pokochać! Wypuścił powoli powietrze, wyzbywając się nieuzasadnionej złości. Nie pomyślałby nawet, żeby obwiniać Stena o stan rezydencji. Surowy majordomus w życiu nie pozwoliłby na takie zaniedbania, gdyby jego myśli nie były całkowicie pochłonięte pilniejszymi, bolesnymi sprawami.

– Paniczu Luther, Lordowie pana oczekują. Zapraszam do pokoju Lady – ostatnie słowo ledwie przecisnęło się przez jego ściśnięte gardło.

Skrzat przemówił w mocno niepokojący sposób, czym zaintrygował turkusowookiego. Nigdy nie słyszał, żeby majordomus mówił równie pozbawionym wyrazu, rozedrganym tonem. Sten posiadał mocny charakter, o czym niejednokrotnie przyszło mu się przekonać. Ten skrzat nie bał się ostrymi słowami napominać jego, Vallerin, Ethana, ani nawet Lordów Phoenix, jeśli zasłużyli sobie na kilka cierpkich zdań. W tej chwili odniósł wrażenie, że Sten ledwo wstrzymywał się od płaczu – sądząc po oczach, właśnie na tym spędzał większość swojego czasu w ciągu ostatnich godzin. Podziękował skrzatowi delikatnym klepnięciem w plecy, po czym samotnie ruszył do pokoju swej pani, nie mogąc pozbyć się przeczucia, że wpadli w bagno. Sten użył tytułu Lorda w liczbie mnogiej, a więcej niż jeden nabzdyczony dinozaur w promieniu 200 km…to zwiastowało co najmniej armagedon. Żaden ze szlachetnych Phoenixów, z wyjątkiem Ariena, nie spotykał się bezceremonialnie z siostrą w jej posiadłości – większość z nich unikała tego miejsca, a on zaczął wątpić w to, czy skamieliny nie zapomniały, gdzie rezydencja się znajduje. Idąc powoli ku sypialni, zastanawiał się, którego z tych arystokratycznych dupków tam zastanie. Najbardziej prawdopodobna zdawała się obecność Killiana – z wielu powodów – głównie przez jego charakter, zgoła odmienny od reszty tego pompatycznego cyrku. Killian posiadał dziwaczne poczucie humoru i jeszcze cudaczniejszy sposób bycia, przez co nie wydawał się podchodzić poważnie do niczego – przynajmniej, jeśli nie znało się go lepiej. To właśnie Kill ze wszystkich swoich braci darzył siostrę najszczerszą miłością, dzięki czemu kruczowłosy był w stanie dać mu kredyt zaufania, jeśli chodziło o jego anioła. Mocno zacisnął palce na barierce, nieomal nie krusząc drewna. Damon i Elias…nawet nie miał zamiaru udawać, że obecność któregoś z tej fantastycznej dwójki nie przyprawiłaby go o ciarki. Elias nigdy nie ukrywał się ze swoją niechęcią wobec Vallerin, od zawsze był do niej wrogo nastawiony i nie wysilał się na zachowanie jakichkolwiek pozorów. Z nim sytuacja przynajmniej była w pełni jasna i nie musiałby się zastanawiać, czy wyrzucić tego gnoja z posiadłości. Dużo niebezpieczniejszy był Damon. Przygryzł dolną wargę na tyle mocno, że pociekła krew. Pierdolony Damon!!! Zasrany człowiek zagadka, którego nie potrafił rozszyfrować! Skryty, małomówny, wyrachowany w swoich działaniach skurwiel! Wyniosły książę, patrzący na wszystko i wszystkich z góry! Przyglądał się temu bucowi od lat i wciąż nie potrafił określić, jakimi uczuciami darzył Vallerin, ponieważ wysyłał całą masę sprzecznych sygnałów. Raz był oziębłym, zdystansowanym dupkiem, a kolejnym razem czułym, troskliwym starszym bratem, oddanym jedynej siostrze. Cały czas zastanawiał się, która twarz Damona była tą prawdziwą: oschła i nieosiągalna, czy serdeczna i pełna współczucia? Może żadna z nich? Może ten pełen sprzeczności facet był kimś pośrodku? Potrząsnął głową, uwalniając się od kłopotliwych myśli – to nie był moment na roztrząsanie tego po raz tysięczny. Zatrzymał się przed drzwiami pokoju Vallerin, po czym niepewnie położył dłoń na gładkiej klamce. Za cholerę nie był pewien, czy był gotów na to, co na niego czekało. Odetchnął głęboko i zdecydowanie otworzył ciężkie wrota, pokonując próg. W pomieszczeniu panowała ciemność rozrywana jedynie słabymi, chybotliwymi płomieniami wysokich świec, ustawionych na stolikach po obu stronach łóżka. Solidne, ciemnozielone kotary szczelnie zasłaniały strzeliste okna, nie wpuszczając blasku dnia. Dragan spojrzał przed siebie i znieruchomiał widząc swego anioła, siedzącego sztywno na łóżku. Splecione dłonie trzymała na kołdrze, przykrywającej ją do pasa. Płomienne włosy kontrastowały ze szlachetną zielenią jedwabnej pościeli, podobnie jak skóra, która przybrała przedziwnie blady kolor – promieniała bielą, jednak sprawiała wrażenie tak delikatnej, że niemal przezroczystej. Luther nie mógł złapać tchu, widząc oczy Lady Crown – apatyczne, nieruchome, wpatrzone wprost w dal. Ponieważ kobieta nie mrugała, nie sądził, by była teraz z nimi. Wyglądała upiornie…niczym przepiękna, porcelanowa lalka z której siłą wydarto iskrę życia, pozostawiając pustą powłokę. Kruczowłosy zacisnął pięści, gdy spojrzał na jej usta. Zazwyczaj malinowe, uśmiechnięte i wydatne, teraz były blade, popękane i naznaczone smutkiem. Kątem oka zauważył męską dłoń, oplecioną wokół jej eterycznego, smukłego nadgarstka. Przy Lady siedział Arien, któremu turkusowooki przyjrzał się nieco dokładniej. Po raz pierwszy widział, żeby dziadek był aż tak zmęczony – odbijało się to w jego bladej cerze oraz sińcach pod zmętniałymi oczami. Wielki Lord Arien Phoenix stracił cały ten swój bzdurny, budzący respekt blask wyglądając, jakby dotarł do granic wytrzymałości, o których sam nie wiedział. Dragan odwrócił się gwałtownie, wyczuwając ruch po swojej prawej stronie i warknął, rozpoznając intruza. Tuż przed nim, zdecydowanie znacznie bliżej niż powinien, stał nie kto inny jak Damon, z jak zawsze nonszalancko uczesaną, czarną czupryną i starannie przyciętą, smolistą brodą, która od lat odróżniała go od braci. Lord beznamiętnie patrzył wprost w turkusowe, demoniczne oczy.

– Witaj, Draganie – odsunął się i podszedł do łóżka. – Jestem wdzięczny za bezzwłoczne przybycie, chłopcze.

Damon usiadł w fotelu i założył nogę na nogę, starając się usilnie sprawiać wrażenie spokojnego i aroganckiego jak zwykle. Kruczowłosy uśmiechnął się kącikiem ust. Brodaty dupek był beznadziejnym aktorem, choć zapewne sam uważał inaczej. Zdradzały go niuanse, które kuły w oczy każdego, nawet średnio ogarniętego kłamcę – subtelne dygotanie dłoni oraz nerwowe, ukradkowe zerknięcia w stronę Lady Crown, skutecznie niweczyły grę pozorów. Skoro Damon chciał to rozegrać w ten sposób, Luther nie miał nic przeciwko. Zamknął za sobą drzwi, po czym przyklęknął przy Vallerin i ostrożnie musnął opuszkami palców jej ramię. Zacisnął szczękę zyskując jednoznacznie potwierdzenie tego, co zakładał od początku – płomiennowłosa nijak nie reagowała na nic, co działo się wokół niej.

– Mamy problem, Draganie – wyszeptał Arien.

– Co ty nie powiesz, bezużyteczna skamielino? – parsknął Luther – Streszczaj co spartoliliście, a zanim zaczniesz powiedz mi, czemu do cholery jest tu ten brodaty dwubiegunowiec?

– Damon przybył kilka dni temu, żeby mi pomóc – Uzdrowiciel mocniej zacisnął palce na ręce siostry. – Wszystko szło w dobrym kierunku. Vallerin wracała spokojnie do zdrowia, ale niespodziewanie… – przerwał na zaczerpnięcie głębokiego oddechu – stało się to.

Widząc, że brat może mieć trudności z wyjaśnieniem co dokładnie zaszło, Damon postanowił przejąć inicjatywę. Nie miał ochoty na rozpoczęcie tej rozmowy, lecz uznał, że nadawał się do tego znacznie lepiej od Ariena. Zawsze skuteczniej powściągał zbędne emocje, a najstarszy z Phoenixów był już wystarczająco wykończony kilkunastogodzinną walką o zdrowie panny Crown.

– Arien wezwał mnie natychmiast po tym, jak zastał Erin w tym stanie – spojrzał na turkusowookiego. – Wpadła w coś, co można przyrównać do katatonii. Przebadaliśmy ją uważnie, z wykorzystaniem całej naszej wiedzy, lecz niewiele to dało. Fizycznie Vallerin jest w pełni zdrowa – westchnął cicho. – Arienowi udało się fenomenalnie odbudować jej ciało i przystosować jego mniejszą wersję do wymogów posiadanej mocy. Jego leczenie jak zwykle było bezbłędne. Sprawdziliśmy kilkukrotnie całą procedurę, na wszelki wypadek, i mamy co do tego absolutną pewność.

– Więc wyjaśnij mi, dlaczego ona jest w takim stanie – Dragan poderwał się z podłogi i podszedł do Damona, wpatrując się wprost w jego oczy. – Wyjaśnij mi, stryjku, jak to możliwe, że zostawiłem swojego anioła w najlepszych możliwych rękach, a teraz muszę patrzeć na waszą porażkę. Czyżbym przecenił zdolności czcigodnych Lordów Phoenix?

– Porażkę… – Lord powtórzył bezwiednie.

– Nazwałbym to katastrofą, ale powstrzymałem się z szacunku dla umiejętności dziadka. Ja i Arien dzielimy jedną wspólną cechę – Luther zerknął w stronę najstarszego Lorda. – Obydwaj nie tolerujemy porażek. Wyjaśnisz mi, jak do tego doszło, czy nawet tego nie jesteś w stanie zrobić, Hierofancie?

Damon dumnie zadarł podbródek, chcąc ukryć trud z jakim przełykał ślinę. Spodziewał się innego przebiegu konfrontacji z Draganem. Wytrzymał presję jego pozbawionego emocji spojrzenia, zastanawiając się czemu nie był świadkiem ataku gniewu, z których słynął młody Luther. Był przygotowany na krzyki, kłótnię, a nawet na rękoczyny i takiemu przebiegowi spotkania wcale by się nie dziwił. W końcu to Vallerin zaopiekowała się tym dzieciakiem, kiedy najbardziej tego potrzebował. Podarowała mu normalne życie z dala od piętna bezwzględnego mordercy własnej matki, dzięki czemu stała się dla niego najbliższą osobą. Oglądanie jej w takim stanie powinno być dla niego niemożliwym do zniesienia koszmarem, więc dlaczego zamiast próbować ich pozabijać na miejscu, był tak opanowany? Choć z drugiej strony jego obecne zachowanie było znacznie upiorniejsze od nieokiełznanej furii. Spokój i stanowczość od niego bijące, wprowadziły trudną do opisania atmosferę, przesiąkniętą niepokojem oraz olbrzymią presją. Sam metaliczny błysk w demonicznych oczach rozkazał mu ważyć każde słowo, które zamierzał wypowiedzieć. Nigdy za dobrze nie dogadywał się z Draganem, ponieważ nie mógł pozwolić na to, by młody Luther dostrzegł, że był mu przychylny, jako jedynemu z robali zasiedlających ziemię. Nie potrafił z nim rozmawiać, dlatego zniesienie wybuchu wściekłości wydawało mu się znacznie łatwiejsze od rzeczowej, konkretnej rozmowy, której z całą pewnością w tym momencie oczekiwał. Odetchnął głęboko, próbując pozbyć się wrażenia, że tuż nad jego karkiem zawisł niewidzialny topór, gotowy w każdej chwili odrąbać mu głowę. Spokój Dragana Luthera był rzeczą znacznie potworniejszą, niż mogło się wydawać.

– Nie będę cię okłamywał – z całych sił unikał spojrzenia w turkusowe tęczówki. – Nie wiemy. Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, lecz nie potrafimy jej bezpiecznie wybudzić. Przeprowadziliśmy jeden skuteczny eksperyment, który powiedział nam co nieco o tym, co mogło się wydarzyć. Sądzimy, że to… – przerwał na moment, szukając odpowiednich słów – to coś, co jest zapieczętowane w Vallerin, skorzystało z jej chwilowego osłabienia i nie pozwala jej się zbudzić. Najprawdopodobniej czerpie siłę z jej obecnego stanu i nie chce dopuścić, żeby to się skończyło, póki nie przejmie kontroli.

– To tylko teoria – lodowaty ton Dragana na kilka sekund uciszył Hierofanta.

– Zgadza się. Nie znamy sposobu na jej potwierdzenie, bez narażania zdrowia Vallerin. To wymagałoby sięgnięcia ku światowi, który jest dla nas nieosiągalny. Musielibyśmy wedrzeć się do granicy oddzielającej życie od śmierci.

Kruczowłosy odwrócił się ku dziadkowi, który nieprzerwanie wpatrywał się w nieruchomą twarz jedynej siostry. Arien wyczuł jego spojrzenie i westchnął z rezygnacją.

– Nigdy nie sądziliśmy, że będziemy zmuszeni sięgnąć poza granice życia – wymamrotał cicho. – Ani ja, ani Damon tego nie potrafimy. To dla nas niezbadany teren. Nie wiemy nawet, czy Vallerin rzeczywiście właśnie tam utknęła, ani dlaczego nie chce lub nie potrafi do nas wrócić. Damon znalazł rytuał, który pozwoliłby nam sprowadzić ją siłą, ale nie mamy pewności, czy… – zawahał się przez kilka sekund – czy wróciłaby kompletna. Tak brutalne rozwiązanie mogłoby pociągnąć za sobą niemożliwe do odwrócenia konsekwencje, a na to nie możemy sobie pozwolić.

– Darujmy sobie te wasze dywagacje – Dragan powtórnie przeniósł wzrok na Damona. – Czego ode mnie chcecie?

– Pomocy – Hierofant przyznał bez ogródek. – Potrzebny nam wysłannik. Istota zdolna dotrzeć do granicy życia i powrócić stamtąd bez szwanku. Kiedy dowiemy się, czy Vallerin właśnie tam przebywa, będziemy mogli znaleźć skuteczny sposób na ściągnięcie jej do naszego świata. Bez potwierdzonych informacji, jesteśmy bezsilni. Możesz w to nie wierzyć, ale zrobienie jej krzywdy jest ostatnią rzeczą, jakiej bym chciał. Nie kiwnę nawet palcem, jeżeli nie będę miał pewności, że to co robię, jest dla niej w pełni bezpieczne. Pomożesz nam?

Lord spojrzał na turkusowookiego i zacisnął mocno wargi, dławiąc szok. Luther stał bez ruchu uśmiechając się maniakalnie, podczas gdy jego diabelskie oczy lśniły złowrogą, perlistą poświatą. Mimowolnie drgnął słysząc przytłumiony chichot, powoli nabierający rozpędu. Dragan nie mógł powstrzymać się od nienaturalnego, paraliżującego śmiechu. Wiedział doskonale, kogo Damon miał na myśli, jednak nie miał zamiaru niczego ułatwiać tym rozczarowującym panom magii od siedmiu boleści. Skoro już musiał posprzątać syf, który zawdzięczał ich butnej niekompetencji, chciał chociaż odrobinę się zabawić. Pragnął usłyszeć to przeklęte imię padające z ich bezradnych ust. Chciał poczuć relaksującą satysfakcję, gdy w końcu przyznają, że ten mężczyzna jest im potrzebny.

– Nie wiem o kim raczysz mówić, Lordzie – skłonił się teatralnie.

– Proszę cię, Draganie – jęknął Damon. – To nie czas na twoje gierki, sam przyznasz. Nie zmuszaj mnie do wypowiedzenia tego imienia w tym domu. Już wystarczającym upokorzeniem jest to, że musimy prosić go o pomoc – brodacz wstał. – Możesz się z nim skontaktować?

Młodszy Phoenix powoli tracił cierpliwość, więc próbował zmusić kruczowłosego do uległości swą posturą, jednak uśmiechnął się pod nosem, świadom głupoty tego pomysłu. Dragan nie ulegał takim zagrywkom. Nie bał się Phoenix’ów ani nie czuł wobec nich najmniejszego respektu, o czym doskonale wiedzieli – podobnie jak o tym, że nie poddawał się niczyjej presji. Lorda opuściły resztki nadziei, kiedy Luther roześmiał się w głos i wzruszył ramionami z porażającą obojętnością. No tak…nie można było pokonać króla gierek, próbując wciągnąć go w jedną z nich – to był jego świat, którym rządził niepodzielnie od stuleci. Turkusowooki stanął bardzo blisko Hierofanta i spojrzał na niego wyzywająco, rzucając mu rękawicę, której Lord nie miał zamiaru podnieść – dobrze wiedział, kiedy był na z góry przegranej pozycji.

– Imię poproszę – Dragan wykrzywił twarz w koszmarnym, sadystycznym uśmieszku.

Zrezygnowany Lord zerknął ponad ramieniem chłopaka na brata, szukając wsparcia, lecz się przeliczył. Arien nie wydawał się zainteresowany ich rozmową, ponieważ całą swoją uwagę skupiał na Vallerin. Uparcie wpatrywał się w oblicze siostry, mechanicznie gładząc jej kruchą rękę. Czuł się winny. Uważał, że to jego brak wiedzy doprowadził do tego nieszczęścia i nie potrafił sobie tego wybaczyć. Damon westchnął. Negocjacje z wężowookim barbarzyńcą spadły na jego barki i musiał sobie z tym sam poradzić. Najłatwiej było dać Lutherowi to, czego chciał. W przeciwnym razie mógłby ciągnąć swoje giereczki, bawiąc się w coraz skuteczniejsze prowokowanie, aż złamałby opór przeciwnika. Nie mieli na to czasu.

– Draganie, proszę cię, żebyś zapytał Samaela, czy zechce nam pomóc – Damon wydusił na jednym wydechu.

Samo wypowiedzenie tego imienia paliło jego język, niczym najgorsza trucizna. Wieki temu przyjaźń Dragana z Samaelem stała się kolejną kością niezgody między Phoenix’ami a Lutherami. Wszyscy czterej Lordowie zgodnie uważali, – co często im się nie zdarzało – że nowy znajomy turkusowookiego stanowi zagrożenie zbyt wielkie, żeby mogli przymykać na to oko. Nie chcieli, by Dragan, w którego żyłach płynęła ich krew, miał jakikolwiek kontakt z tym cholernym plugastwem! Z jednej strony kierował nimi zdrowy rozsądek, z drugiej on, Arien i Killian martwili się o młodego Luthera, który z samej swej natury był już wystarczająco destrukcyjnym, nieobliczalnym zjawiskiem. Woleli nie myśleć o tym, jaki się stanie, gdy zaprzyjaźni się z Samaelem…

– Przełknąłeś dumę, stryjku? – kruczowłosy odsunął się od niego tanecznym krokiem – Zdumiewająca uległość!!!

Damon roześmiał się cicho. Poczuł niemałą ulgę widząc, że Dragan wrócił do swojego normalnego zachowania, o ile można było je określić słowem ​normalne​. Zadziwiający dzieciak! Tak niepokorny, bezczelny, arogancki…łudząco podobny do Lordów, a jednak zupełnie od nich inny. Phoenix zamilkł, gdy Luther zatrzymał się i spojrzał w jego kierunku. W jego szatańskich oczach rozbłysło coś niezrozumiałego – ulotnego i szalenie alarmującego. W przeciągu ułamka sekundy rozbawienie kruczowłosego zmieniło się w twardą, deprymującą powagę.

– Porozmawiam z nim, ale nie gwarantuję, że zechce nam pomóc – rzucił w stronę Lorda. – On nie trawi was równie mocno, jak wy jego.

– Cieszmy się więc, że kocha Vallerin – wzruszył ramionami.

– Akurat z tego bym się nie cieszył na twoim miejscu, dwubiegunowcu – suchy ton chłopaka zgasił entuzjazm Hierofanta. – To nasz największy problem. Jeśli Vallerin utknęła między życiem a śmiercią, jest pewnie w granicach jego królestwa. Nigdy nie będzie miał jej bliżej siebie. Nareszcie dostał to, czego najbardziej pragnął i może nie być zainteresowany zwróceniem mojego aniołka.

– Sądzisz, że jej nie wypuści, nawet jeśli będzie miał taką możliwość? – słowa Kolekcjonera mocno zastanowiły Damona.

Tak po prawdzie żaden z Lordów nie znał Samaela, ponieważ nigdy ich ta znajomość nie interesowała. Nie mieli bladego pojęcia w jaki sposób myślał ani czego pragnął, uznając to za pozbawione znaczenia bzdury. Chcieli trzymać się jak najdalej od niego.

– Sądzę, że może mieć co do tego pewne… – turkusowooki urwał na chwilę – nazwijmy to obiekcje. Spróbuję go przekonać, ale nie obiecuję, że mi się uda. Nie posiadam nic, czym mógłbym wynagrodzić mu oddanie takiej przysługi.

Lord położył dłoń na ramieniu Dragana, mocno wbijając palce w jego bark. W tym momencie ten dzieciak był ich jedyną nadzieją…tylko on mógł nakłonić Samaela do współpracy, choć nie wyglądało to na proste zadanie. Damon nieco złagodził uścisk. Ufał Draganowi. Ufał mu znacznie bardziej niż własnym braciom, jeśli chodziło o Vallerin, ponieważ wiedział, jak bardzo ten chłopak kochał ich siostrę.

– Zrób, proszę, co się da i daj nam znać, czy Samael zgodzi się nam pomóc. Przystaniemy na każdy jego warunek – rzekł twardo. – Dostanie co zechce. Artefakty, zapomniane zaklęcia, dostęp do źródła magii…otrzyma wszystko.

– Zapominasz się, Damon – Luther strącił dłoń Phoenix’a. – Naprawdę uważasz, że Samael mógłby skusić się na którekolwiek z tych gówien? On jest siłą, przed którą nawet wy musicie ugiąć kolana – zachichotał cynicznie. – Nie masz nic, co mógłbyś mu zaoferować i dobrze o tym wiesz. Na twoim miejscu modliłbym się o to, żeby nie zażądał naszyjnika z waszych łbów w zamian za pomoc.

– Dragan…

– Przestań jęczeć – turkusowe oczy zalśniły ostrzegawczo. – Mam was wszystkich w dupie, o czym doskonale wiecie. Poświęcę was, własnego brata, wszystkich współpracowników i cały swój ród, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nigdy nie pozwolę, by moja Lady cierpiała z powodu waszej nieudolności. Znajdę sposób, żeby zmusić Samaela do ustępstwa i nie będę liczył się z kosztami. Zejdź mi z drogi.

Poddenerwowany Lord ustąpił, analizując słowa Dragana. To co powiedział wydawało się wstrząsające, jednak sądząc po tonie głosu…właśnie usłyszał mroczną obietnicę. Całym sobą czuł, że gdyby Samael zażyczył sobie zniszczenia wszystkiego co znali, turkusowooki nie zawahałby się nawet przez sekundę. Ten dzieciak z całą pewnością pogrążyłby w krwawym chaosie cały świat, obracając jego zastane, przedwieczne podwaliny w niewiele wartą kupę popiołu. Wielu sądziło, że psychopatyczne oblicze Dragana ukazywało się podczas jego wybuchów furii i sadystycznych zabaw, w których się lubował. Głupcy. Zapewne nikt z nich nigdy nie widział najkoszmarniejszego, a zarazem najprawdziwszego wcielenia tego dzieciaka – przerażająco spokojnego, zdeterminowanego przywódcy gotowego posłać ich wszystkich w piekielne czeluści. Kiedy pieśń Otchłani w Lutherze milkła, na światło dzienne wychodziło całe to szaleństwo, które uczyniło z niego doskonałego dziedzica pustki. Nie głośne, bezładne i złaknione krwi, a stoickie, analityczne i magnetycznie nieprzewidywalne. Patrzenie na niego w takich chwilach jak ta było doświadczeniem niekończenie fascynującym i dogłębnie mrożącym krew w żyłach. Damon odsunął się w kąt sypialni. W sumie czasem żałował, że nie rozwiązali problemu Dragana Luthera, kiedy mieli ku temu sposobność. Mogli się go pozbyć, zanim Otchłań nabrała w nim stałego, konkretnego kształtu. Powstrzymali się wyłącznie ze względu na Vallerin – póki ona była blisko tego gówniarza, mogli być spokojni. Nie spodziewali się, że któregoś dnia jej zabraknie, a kiedy tak się stanie…Dragan może okazać się ich największym problemem. Kruczowłosy zdawał się nie zwracać uwagi na dumania Damona, choć był ich w pełni świadom. Podszedł powoli do Ariena, po czym pochylił się wprost do jego ucha.

– Dziadku, chcę zostać sam z Vallerin – wyszeptał stanowczo. – Chciałbym spędzić z nią chwilę, zanim wyruszę odszukać Samaela.

Uzdrowiciel jedynie skinął ledwo zauważalnie głową. Damon podszedł do brata, pomógł mu wstać i obejmując go ramieniem, wyszedł z sypialni. Luther czujnym wzrokiem odprowadził Lordów do wyjścia, a kiedy zniknęli, usiadł na łóżku obok swego anioła. Miękkim ruchem sięgnął po lód leżący w miseczce na stoliku i ostrożnie zwilżył nim usta płomiennowłosej. Początkowo wszystko w nim wrzeszczało z rozpaczy, lecz ten uciążliwy, przesiąknięty paniką dźwięk ustał, zastąpiony wewnętrznym spokojem, pozwalającym mu myśleć jaśniej niż kiedykolwiek do tej pory. Cała złość, frustracja i rozpacz, stopiły się w żelazną determinację. Jego ukochany anioł…jedyna, za którą gotów był oddać wszystko co posiadał. Zaprzedałby duszę samemu diabłu, gdyby tylko mogło to jej pomóc. Nie skłamał mówiąc Damonowi, że powyrzynałby wszystkich w pień. W tym momencie nie liczył się dla niego nikt, prócz Lady Crown. Delikatnie odsunął pasmo ognistych włosów z jej nadnaturalnie pięknej, porcelanowej twarzy, po czym uśmiechnął się nieznacznie i ucałował jej bezwładną dłoń. Rozpoznawał falę nieprzyjemnego, upokarzającego gorąca, uderzającą w jego podświadomość. Strach. Dawno już o nim zapomniał i nie sądził, by kiedykolwiek przyszło mu powtórnie go zakosztować – odrzucił go wieki temu, żeby poczuć się w pełni wolnym. Myśl, że mógł stracić Vallerin rozbudziła uśpioną zdolność odczuwania strachu, co niezbyt mu się podobało. Odetchnął głęboko, uśmiechając się szerzej. Zrozumiał, że nigdy nie będzie w pełni wolny, jeżeli jego ukochany anioł nie będzie stał obok niego. Czy był szaleńcem? Prawdopodobnie. Czy mu to przeszkadzało? Ani trochę. Sam do końca nie rozumiał, dlaczego ogień wściekłości nie pochłonął go bez reszty, lecz znacznie bardziej podobał mu się obecny stan – niezachwiana bystrość umysłu, scementowana nieoczekiwaną samodyscypliną.

– Wyciągnę cię z tego – przytulił kobietę. – Przysięgam.

Obejmował ją ciasno ramionami, opierając głowę na czubku jej głowy, co było swoistego rodzaju ukłonem dla ich wspólnej przeszłości. W taki sam sposób błękitnooka tuliła go, kiedy za dzieciaka budził się w nocy z krzykiem – doskonale pamiętał, jak bezpiecznie się czuł w jej uścisku. Nie miał pewności, czy obecnie Vallerin cokolwiek odczuwała, ale jeśli był na to choć cień szansy, musiał ją wykorzystać. Poczuł, jak coś spada rytmicznie na jego przedramię i zaskoczony spojrzał w dół. Łzy. Drobne perły staczały się po nieruchomej twarzy dziewczyny i zwilżały jego skórę, parząc go żywym ogniem. Przygryzł wewnętrzną stronę policzka na tyle mocno, że polała się krew. Jego pani płakała, a on siedział jak dureń, zamiast temu zapobiec. Pocałował czule jej włosy.

– Nie płacz, mała. Jestem twoją tarczą i mieczem, pamiętasz? – zaśmiał się cicho – Odzyskam cię, zobaczysz. Po prostu poczekaj i nigdzie nie odchodź, słyszysz? Zawsze byłaś moim światłem, a ja twoim cieniem. Najwyższa pora sprawdzić, ile warta jest potęga cienia. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 331
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!