Moje Komórki Wyją Do Twoich – R.2 “Radykalne dbanie o środowisko”

Wpierw Albus Potter mu w głowie zakręcił… a teraz reszta świata zmówiła się by obalić jego stabilność psychiczną.

To wojna!

Z drugiej strony, Scorpiusowi całkiem się ta nowa, konfundująca, rujnująca jego dotychczas spokojne życie sytuacja podobała, więc…

wojna odwołana. Był gotowy oszaleć wraz ze światem. Elastyczność to w końcu jedna z najwyższych cnót!

A skoro już o cnotach mowa… Scorpiusowi doskwierał erotyczny głód.

.

.

.

— Scor–!

— NA JAJCA BAZYLISZKA!

Scorpius szczerze nie spodziewał się napadu na jego serce z samego rana. Poranki powinny być spokojne! Pełne zaspania i niemrawego wybudzania się z niego.

Tymczasem, został zaatakowany postawiwszy ledwie pierwszy krok za progiem wieży swojego Hogwarckiego domu.

— Scor, Scor, ćśś, spokojnie, przepraszam, chciałem się tylko upewnić– pamiętasz, jak mówiliśmy o napoju antykoncepcyjnym? Wziąłeś go, prawda?

Scorpius zamrugał razy dokładnie cztery, przemielając w głowie nagły, rozum mącący skok adrenaliny kręcący z podirytowaniem gorącym, gdy jego oczy rejestrowały rozgorączkowaną posturę jego chłopaka.

Chłopaka? Kto i kiedy nadał ich relacji taki status?…

Mniejsza.

— Naprawdę, Al? Aż tak mi nie ufasz? — Scorpius pokręcił głową. Rzeczywiście poczuł się odrobinę zniechęcony. — Wziąłem. Łyżeczka przed snem. Nie musisz się obawiać. Nie dałbym ci się nieprzygotowany.

Po czym ruszył dalej ku Wielkiej Sali. Powoli. Albowiem ściągany do tyłu jakimś kuriozalnym zjawiskiem.

Tylko co było magn– Nie! Scorpius był magnesem, to oczywiste, dumny i pociągający, magnetyczny i czarujący, nie jakiś byle opiłek, pff.

— Powtórzę się: chciałem się tylko upewnić.

Był przekonany, że Albus uniósł ręce w geście obronnym. Jak gdyby oczekiwał że Scorpius doskoczy wtem do niego.

Nie. Nie miał zamiaru. Jego celem było zapełnienie żołądka. Burczącego i ssącego dotkliwie po nocy pełnej rewelacji.

Scorpius robił się ciepły na każde wspomnienie. To konkretne było siedemnastym.

W ciągu pół godziny.

Chyba można to uznać za przekroczenie zdrowej normy. Nowy rozdział ledwie się otworzył, a Scorpius już cierpiał na obsesyjne myśli.

Pociągnął nosem w samo-żalu, doświadczywszy chwilowej deidentyfikacji.

A potem kurczak wpełzł w jego mózg. Ściślej, zapach kurczaka.

Oh. Al. No tak. Dobiegł do niego.

Scorpius poczuł się trochę lepiej. Nikt przedtem nie dobiegł do niego tak po prostu, bez biznesu na głowie.

Po krótkiej chwili pocenia się, gdy jego wewnętrzne koła zębate kminiły, o czym by tu zagadać do kogoś takiego jak Albus – tak bardzo innego od jego typowych kompanów – rzeczony pierwszy wyłożył karty na stół.

— Wiesz, tak sobie myślę, nie zaczęliśmy zbyt poprawnie, prawda? W sensie, nie wiem, co ty byś chciał, ale skoro jesteśmy… — wymowne spiralki dłonią.

— Cóóóż… — Scorpius z chęcią zrobiłby przystanek w jakimś miejscu dogodnym na tak, jak by nie patrzeć, intymne rozmowy, gdyby nie fakt, że żołądek przyssywał mu się do przepony.

A przynajmniej takie sprawiał wrażenie.

— Nie przeszkadzałoby mi, gdybyś był otwarty na więcej. To by bardzo uprzyjemniło bycie Omegą, tak myślę. Alfą zapewne również. Wiesz, to… na swój sposób miłe ograniczenie, ta cała sprawa z greckim alfabetem, ale — Scorpius odchrząknął, zastanawiając się, skąd u niego znów to spięcie — miło by też było spróbować od bardziej standardowej strony. To znaczy, bycia ze sobą tak– uhm. Tak po prostu. — Podrapał się nerwowo w szyję.

Merlinie. Było z nim źle. Nigdy dotąd nie drapał się nerwowo w szyję (w każdym razie nie przypominał sobie).

Oooh, to stresujące. Nowe i piękne i takie potwornie stresujące.

— Super! Ja jestem za. To ten. Robisz trzymanie za rękę i takie tam, czy jak?

Scorpius nie wytrzymał. Śmiech sam wybulgotał z jego ściśniętego (dlaczego???) gardła. Albus był doprawdy uroczy, ale, niech to wozak świśnie, trudno jest być intymnym z drugim człowiekiem, gdy nie włada tobą trawiące pragnienie bycia wypełnionym od dolnej dziurki.

Mówiąc o tym, Scorpius naprawdę łaknął wypełnienia od drugiej strony; i nie, Albus nie miałby jak mu w tym ulżyć.

…Niestety.

— Mogę spróbować. — Lecz zanim pozwolił sobie ująć dłoń Albusa – bujającą się zapraszająco między nimi – doznał retrospekcji z traumy. Męska łazienka na drugim piętrze; zapach kurczaka; brudne drzwi kabiny… — Ale umyłeś ręce, tak?

Tym razem to Albus uwolnił śmiech. Lecz jego nie był nawet w pięciu procentach tak nerwowy.

Niech go szlag. Scorpius źle znosił bycie tym, ugh, tym gorszym.

— Specjalnie dla ciebie, kochanie.

— Owww, nieee, bez takich, proszę.

— Zbyt ciepłe słówka?

— Moja rodzina zawsze była chłodna, Al, nie spodziewaj się, że zaaklimatyzuję się prędko w emocjonalnych tropikach.

— Się rozumie. To co, chodźmy już na to śniadanie, ‘kej? Konam z głodu.

Po czym chwycił dłoń Scorpiusa. I splótł z nim palce. Miał trochę krótsze. Urocze.

Prawdopodobne pierwszy raz w życiu Scorpius poczuł, że mógłby z kimś założyć solidarność.

Tyle pierwszych razów w ciągu ostatnich dni… Cud, że jego świat wciąż jeszcze stał na nogach.

Aaale Scorpius był mądrzejszy niż by brać cokolwiek w życiu za pewnik. Doświadczenie robi swoje.

***

Tuż przed kolacją, Scorpius dostał jednak kolejny pierwszy raz.

— No chodź — Albus wymruczał, drażniąc się z nim w korytarzu który dzierżył słodką tajemnicę zwaną Pokojem Życzeń.

Scorpius przygryzł uśmiech. Cwaniak myślał, że tak łatwo dostanie swojego buziaka. Nie ma!

Próbując używać brzegów swojego pola widzenia, by nie spuszczać wzroku z Albusa, Scorpius robił leniwy krok za leniwym krokiem to do tyłu, to do przodu, ciągnąc ze sobą chłopaka w czymś w rodzaju walca…

powoli…

— Woah! — uleciało z jego gardła, gdy zimna ściana stanęła nagle za jego plecami. Dotarło do niego, że…

— Zamiana ról. Teraz ja będę kotkiem. — Albus uniósł na niego zadowolone brwi, niemal rozpłaszczając Scorpiusa o ścianę.

W sumie, szczerze, Scorpius lubił to.

— Myszy gryzą, mruczku.

— I są przez koty jedzone.

Huh. Czyżby to przejaw jakiejś parafilii Albusa…?

— Ten mysz może być niestrawny.

— Mam… sprawne soki.

Scorpius jedynie uśmiechnął się w, miał nadzieję, figlarnym tonie, choć jego ręce drżały w przypływach adrenaliny.

Podobało mu się to. Bardzo.

Aczkolwiek konwersacja per se przyprawiała go o niesmaczne wyobrażenia.

— Proponuję, żebyśmy skończyli już te śmieszne przekomarzanki i przeszli do rzeczy. Czy masz jakieś preferencje lub limity, o których powinienem wiedzieć?

Albus uniósł brwi.

Scorpius zdawał sobie sprawę, że nie był typowym człowiekiem.

— Po prostu całuj mnie tak, jak czytasz książki.

Scorpius z kolei zmarszczył brwi.

— Mam robić notatki pomiędzy?

Odpowiedziały mu usta. Ciepłe i dość miękkie, i ewidentnie zniecierpliwione.

A może “spragnione” byłoby lepszym określeniem… Wkrótce Scorpius gwałtownie tracił swoje H2O, dysząc w te zachłanne usta i pocąc się, bo Albus – oczywiście – zaczął go nieprzyzwoicie obmacywać.

Jak gdyby jego świętym graalem było wyzwolić ze Scorpiusa dziką, nienasyconą bestię.

To był powód dla którego Scorpius ani razu nie zatęsknił za jednorożcami. Aczkolwiek zrobiło mu się bardzo niewygodnie, gdy na pewnej lekcji całe stadko zaczęło parskać i uciekło na drugą stronę padoku, gdy wyciągnął rękę, by nakarmić swojego ulubieńca, Sysia. Przysiągłby, że Sysio spojrzał na niego wtedy z wyrzutem.

No cóż, życie. Natury nie przechytrzysz. Bogactwo Malfoyów liczy się tu całe wielkie nic.

***

Kolejne tygodnie przyniosły postępującą stabilizację w nowonarodzonym chaosie. Scorpius przeszedł w pierwszym palącą gorączkę i wodospady orgazmów, nim jego ruja rozmyła się w na powrót standardowe życie typowe dla każdego nienaznaczonego grecką klątwą (Scorpius naprawdę powinien przeramkować swoje postrzeganie sytuacji. Nie było wcale tak źle! I Albus – z niego to cukierek pełen samych najsłodszych nut Alfiości… A przynajmniej tak Scorpius uważał, gdy jego dziurka była pełna twardego prącia, a zdecydowane ręce masowały jego najczulsze miejsca. Cóż, miał prawo być uprzedzony).

Ogólnie rzecz biorąc, dało się nie zdychnąć. Zwłaszcza jeśli zadbało się o zminimalizowanie odległości od swojego Alfy.

Al był, co prawda, okropnym kompanem do spania: za gorący pod jedną kołdrą, z drugiej zaś strony bardzo kołdrolubny gdy Scorpius postanowił ją odrzucić w trosce by się nie ugotować. W związku z czym jego sen przewijał się przez kalejdoskop to duszącego gorąca, to dreszcze wywołującego zimna.

Aczkolwiek zapach kurczaka, który Albus wiecznie wydzielał, koił mózg i ciało Scorpiusa tak dobrze, tak milusio, że, cóż, kompromisy, mniejsze zło, i tym podobne.

Koniec końców, Scorpius nie żałował. Sypiał znakomicie.

Nie przyznałby tego, ale w pierwszą porujową noc, gdy Albus nie skierował się razem z nim do łóżka, Scorpius poczuł się jak pisklę wypchnięte z gniazda.

Jakoś tak smutno i samotnie w wielkim, zimnym, okrutnym świecie.

Zrozumiał wtedy, po co małym dzieciom przytulanki do snu.

Zastanawiało go, czy Albus czuje to samo. Lub przynajmniej coś podobnego. Czy brakuje mu kościstego Omegi do owinięcia wokół zeń swoich tylko odrobinę mniej szczupłych ramion.

Hmm…

***

— Rozumiem, że nie chciałbyś mieć ze mną dzieci? — Położył dłonie na bibliotecznym stoliku w ustronnym kąciku, za którym Albus zdawał się przepadać.

— Eeeeh… Skąd to pytanie? — Obdarzył Scorpiusa zdziwieniem tych zielonych oczu, odłożywszy jakąśtam niewiadomą – i całkowicie w tym momencie nieistotną – książkę, której czytania był w trakcie.

Scorpiusa wcaaale nie zżerała żądza, by zerknąć na okładkę.

— Z ciekawości.

— W sensie, przyszedłeś tu i tak po prostu– Eh. — Oddech z niego uleciał. — Będę musiał się do tego przyzwyczaić, prawda? Odpowiadając na twoje pytanie: pasuje mi cokolwiek miałoby się wydarzyć, byle nie zanim się bezpiecznie obrobimy w jakiejś przyzwoitej robocie. Wierz lub nie, ja jednak mam ambicje.

— To bardzo pocieszające. Miłej lektury. — Zawahał się, zerknął na pobliskie okno czy aby jakiś żuk się nie zaplątał, po czym pochylił się i złożył bardzo niemiękki (niechcący) pocałunek na czole Albusa.

Kolejny pierwszy raz do kolekcji! No, Scor, nie szalej tak, jeszcze się uzależnisz…

***

Scorpius znalazł wielką wygodę w decyzji Albusa, by siadać razem do posiłków.

— A co z naszymi rodzinami?

O. Scorpius nigdy przedtem nie widział Albusa krztuszącego się tak ładnie.

Było w tym coś… artystycznego. To przejście w różowy szkarłat, te brwi napijące się dzielnie, pieśń zdesperowanego życia toczącego śmiertelną walkę z kroplami soku dyniowego…

Lucjusz Malfoy by docenił.

— Co z nimi? — wychrypiał w końcu, ocierając łzy z oczu.

— Cóż, zbliżają się święta, a ojciec zawsze nalegał, żebym nie trzymał swoich partnerów w tajemnicy.

— Oh. Taaak, możemy przekazać mu dobrą nowinę. Ale jeśli wrócę od ciebie martwy, proszę, upewnij się, że ani James ani Lily nie dostaną mojego zestawu do demuszelkowania ślimaków.

Przez chwilę Scorpius wierzył, że źle usłyszał.

— Nie zapytam, do czego ci on potrzebny.

— I słusznie. Choć sam fakt, że James i Lily go w ogóle chcą, może ci wiele powiedzieć.

— Magiczne Dowcipy Weasleyów?

Albus tylko uśmiechnął się chytrze.

Scorpius naprawdę żałował, że nałożył sobie na obiad flaczków. Zwłaszcza że był w trakcie przeżuwania kilku.

Ale co poradzić; trzeba przecież zaspokajać swoje dzienne zapotrzebowanie na białko. Żadne wyzwanie mu w tym nie przeszkodzi! Cóóóż, może poza perspektywą konsumowania członków swojego gatunku. Choć kto go tam wie, skrajny głód przełącza człowieka na niecodzienne tryby… Jako Omega, Scorpius był, rzec by można, ekspertem w temacie.

***

Wkrótce, święta zbliżyły się do maksimum, spotykając Albusa i Scorpiusa wtulonych w siebie, okupując błogo pozbawiony innych ludzi przedział w ekspresie do Londynu.

Cały poprzedni dzień Albus poświęcił na pakowanie. Scorpius wiedział, bo radośnie spędził go przy jego boku, sam spakowawszy swoje rzeczy w parę minut.

Widok wiecznie wyluzuj-stary Albusa w stresie był całkiem pocieszny.

To znaczy, że mu zależy. Scorpius uśmiechnął się pod nosem, niespodziewanie rozczulony tą świadomością, która pojawiła się pod wieczór owego dnia.

A potem zbladł, bowiem przypominał sobie, że i na niego przyjdzie wkrótce kolej, gdy trzeba będzie zrobić pielgrzymkę do domu Potterów.

Oddyyychaj, Scor, oddychaj… Ataki paniki nie przystoją Malfoyom.

Nieee tam, Potterowie na pewno go pokochają. Przecież Scorpius był taki kochany.

Byle nie zechcieli go jako kolejnego syna… Nie żeby miał cokolwiek przeciwko Potterom, broń Merlinie; po prostu ich standardy– Ech.

No więc, oddychanie pomagało, aczkolwiek minus tkwił w tym, że nie odwracało jego uwagi od problemu. W związku z tym smutnym faktem, prędko znalazł sobie zajęcie wypełniające tę lukę.

— Wiesz, Al, myślę, że powinieneś ułożyć swoje spodnie i koszule w rogach, a szaty pośrodku kufra. Są największe, więc stworzą dobry rdzeń, który utrzyma mniejsze rzeczy w porządku i ochroni te kruche przed zgnieceniem, a spodniami i koszulami oddzielisz kosmetyki od pozostałych rzeczy.

Albus wydał z siebie odgłos, jak gdyby chciał przekląć każdy atom we wszechświecie prosto z głębi swojego serca.

— Nie mogłeś mi tego poradzić wcześniej?

— Mogłem. Ale nie przyszło mi do głowy; wiesz, stres. Przepraszam. Mój błąd. Mogę sam ci wszystko przepakować! — Doskoczył z zapałem do kufra, podekscytowany nieprzyzwoicie myślą o podotykaniu osobistych własności jego rozkosznego Alfy.

— Świetnie — Albus skomentował z zapałem którego nie pozazdrościłyby mu nawet przemoczone witki Zmiatacza 3. — To ja się pójdę wyczyścić na wysoki połysk. Masz może jakieś porady w tym zakresie, o, mędrcze?

Scorpius zaprzeczył.

***

— Ładne kostki? — Scorpius zagadnął, gdy kroczyli chodniczkiem od bramy pod drzwi Dworu Malfoyów, zauważywszy kątem oka, że Albus wpatruje się w dół.

— Mhm. Ciekawie wycięte.

— Tata nie lubi błota — wyjaśnił — ale nasze pawie, z kolei, zdają się nie lubić tego chodniczka. Przynajmniej nie chodzą brudne! — rozweselił się.

Przysiągłby, że Albus przewrócił na niego oczami.

Szarobłękitne oczy Scorpiusa różniły się od oczu jego ojca nie tylko kolorem. Lecz również spojrzeniem, jakim obdarzały Albusa.

W tym momencie. Gdy stanęli w salonie.

Przed Draconem.

— To mój partner na życie, ojcze, mógłbyś uprzejmie nie ukrócać jego żywota stresem, proszę. Nie chciałbym umierać samotnie.

W tym momencie, wszystkie dwie pary oczu w pokoju zwróciły się na Scorpiusa.

A potem Draco skinął.

— Fantastycznie! — rozentuzjazmował się wtem, chwilowo włączając w Albusie i Scorpiusie tryb przetrwania. — Problem sam się rozwiązał! Gratuluję, moi kochani. — Obdarzył ich uśmiechem, który wyglądał na szczery.

Na ile Scorpius znał własnego ojca.

— To kiedy dzieci?

Oczy Scorpiusa były godne owcy, której wsadzono coś w tylną dziurkę. Nie żeby Scorpius kiedykolwiek widział owcę w takim położeniu, ale–

— Przepraszam na moment.

Po czym wyszedł na zewnątrz.

tik-tak
tik-tak

Albus modlił się w duchu, żeby Draco nie oczekiwał odpowiedzi od niego.

“Co na gotowane jajca bazyliszka!” dało się słyszeć.

— O, nigdy wcześniej nie widziałem takiego rusztowania — Albus zagadnął Dracona. — Mieszanka mosiądzu i srebra, czy tak? Fascynujące, co można osiągnąć dzięki ledwie odpowiednim metodom obróbki eliksiralnej.

— W rzeczy samej. Mój wuj z drugiej linii parał się alternatywnymi metodami dekoracji na małą skalę.

tik-tak
tik-tak
tik–

Wtem, Scorpius wrócił. Z lekka czerwony na twarzy.

— Przepraszam, ojcze, o co pytałeś? — spytał, łagodnie i miękko.

Bardzo łagodnie i miękko.

— Synu, ufam, że jesteś świadom możliwości, jakimi natura obdarzyła Omegi?

— Ja– tak. Tak, oczywiście że jestem, ale czemu– Dlaczego założyłeś, że– — Scorpius wykonał jednoznaczny gest w stronę swojego brzucha.

— Cóż, chyba odrobinę się podekscytowałem. Przepraszam. A zatem, nie jesteś w ciąży?

— Na Merlina, nie! Jedyne co noszę w brzuchu to resztki z dzisiejszego śniadania.

— Ugh. Scorpius, doprawdy, wychowałem cię na kulturalnego człowieka.

— Wychowałeś mnie na chodzącą kłodę, ojcze.

— Wierz mi synu, nie celowałem tak ambitnie. Miałem jedynie nadzieję, że uda mi się opóźnić twoje rozseksualizowanie do okresu poszkolnego, czysto ze względów wygody, ale… natura nigdy nie ugina się pod człowiekiem, najwyraźniej. Cóż, przynajmniej teraz już nikt z tej zacofanej rodziny, równie sztywnej w myśleniu jak w manierach, nie będzie więcej chciał zawracać ci głowy kandydatami na męża.

Scorpius wytrzeszczył oczy. — Na zdechłe mole w brodzie Merlina — (Albus stłumił parsknięcie) — ojcze, czy ty się dobrze czujesz?

— Wprost znakomicie, dziękuję. Skąd ta troska?

Scorpius obruszył się. — Mam wrażenie, że poznaję cię zupełnie na nowo. To zaczyna być męczące: tyle rewelacji ostatnio… — Albus otoczył go ramieniem. — Czuję się jak w jednej z tych mugolskich komedii rodzinnych.

— Zaiste. Czyż nie? Brakowałoby jedynie Harry’ego Pottera wpadającego do nas przez kominek z pretensjami, że zdeprawowałem jego syna — Draco oznajmił z łagodnym uśmiechem.

Scorpius wpatrywał się w ojca w niedowierzaniu, podczas gdy Albus rzucił ukradkowe spojrzenie na rzeczony kominek, jak gdyby oczekując, że słowa Dracona w jakiś nieoczekiwany sposób się lada moment ziszczą.

Z drugiej strony, czy byłoby to rzeczywiście tak nieoczekiwane, po tych wszystkich nowinach i niespodziankach?

— Słusznie. — Scorpius powstał powoli, chwytając po drodze dłoń Albusa. — Pozwolisz, ojcze, że udam się teraz do swoich komnat w celu zapoznania mojego przyszłego męża z rodzinnym domem jego przyszłego męża.

Po czym skinął głową i pociągnął Albusa ze sobą.

— Ale twój tata–

— Idziemy, najdroższy!

No więc poszli.

Przekroczywszy próg pokoju, Scorpius padł na dywan. Następnie, przeturlał się na plecy. Wpatrując się niewidzącym wzrokiem w sufit, poprosił spokojnie:

— Zamknij drzwi, Al.

Al zamknął drzwi. Po czym ukląkł przy boku Scorpiusa i począł głaskać jego włosy. Nie miał pojęcia, czemu to robił, ale coś bardzo nachalnie kazało mu to zrobić, czuł wewnętrznie, że to jego przeznaczenie, jego rola w życiu Scorpiusa.

Jedna z nich.

Scorpius zamruczał, niewiele inaczej jak kot, zamykając oczy z uśmiechem, przechylając głowę ku dłoni Albusa.

Ach, jakaż to była ulga… W końcu coś normalnego, w końcu świat wyglądał tak jak powinien wyglądać.

— Nie mogę. Czy możemy teraz porobić seks? Mam dość słów.

Przekręcił się na bok i znalazłszy się w ten sposób oko w kość z kolanem Albusa, począł gładzić jego udo.

Al wzruszył ramionami. — Czemu nie. Tutaj, czy na twoim łóżku?

— Nieee wiem… Łóżko jest tak daleko… — Wyciągnął ku niemu rękę i wzrok. Było schludnie pościelone, wysokie i zielone.

Scorpius lubił zielone. Zielone było spokojne i organiczne. Przypominało mu o porządku natury. O wielkiej dziczy wszechświatowego ekosystemu trzymanej w ryzach przez niewidzialne siły.

Zielone sprawiało, że czuł się na miejscu. Niebieskie zaś… było zbyt niestabilne. Niczym niebo i ocean.

Najpiękniejsze zielone, jakie Scorpius znał, widniało w oczach Albusa. Gdy w nie patrzył, czuł się widziany.

Widział siebie w tym odbiciu. Był zniekształcony, okrąglejszy niż w rzeczywistości. Dlatego zamiast na oczy Albusa wolał patrzeć w nie.

I nie rozmyślać zbyt wiele nad tym, że w rzeczywistości, na pewnej bardzo dogłębnej skali, były tylko związkami białek, które były tylko zbitkami atomów, które były ledwie grupami kwarków, które…

tworzyły wszystko.

Jakież to fascynujące.

— Scor? Heluł…

Oh. Znów to zrobił. Starania ewidentnie nie były wystarczające.

— Uhuh? Sorry. Zamyśliłem się.

Albus miał taki ładny uśmiech. Jak zaklęcie.

…a może klątwa.

— Lubię, gdy się tak zamyślasz. To trochę dziwne, trochę przerażające, ale atrakcyjne. Masz ładne oczy.

oczy

Scorpius zamrugał. Miewał takie momenty, gdy jego gałki oczne sprawiały wrażenie niewłaściwie umiejscowionych w jego oczodołach. Przyprawiały go czasem o ból głowy.

Na przykład teraz.

— To już drugi komplement od ciebie… jeżeli dobrze liczę. Hmm… — Scorpius byłby znów zapatrzył się w te oczy, lecz coś bliżej niezidentyfikowanego zakłuło go w łydkę. — No dobra. Miałem pokazać ci mój pokój. Zagramy w grę, co ty na to? Będę mówił kolor, a ty będziesz miał osiem sekund na odszukanie go wśród moich rzeczy. Za każdym razem, gdy ci się uda, rozepnę jeden guzik lub rozporek, rozwiążę supełek albo zdejmę fragment swojego ubrania.

Usta Albusa rozciągnęły się w uśmiechu.

— Dawaj.

— Błękit Thénarda.

Albus zmarszczył brwi. — Że niby jaki błękit?

Jawne niedowierzanie w głosie Albusa zraniło Scorpiusa na bardzo głębokim poziomie.

Aczkolwiek Scorpius zazwyczaj nie zapuszczał się tak daleko w swoje psychiczne wnętrzności, więc nie był w stanie zidentyfikować nieprzyjemnego uczucia.

— Taki kolor istnieje, Al. Mogę ci to udowodnić… skoro tak namiętnie kultywujesz nieufność wobec mnie. — Uśmieszek.

— Ty po prostu czerpiesz siły witalne z utrudniania mi życia, prawda?

— To też. Ale przede wszystkim… to słodkie patrzeć, jak się dla mnie starasz. — Dwa mrugnięcia. — Osiem sekund minęło, zmieniamy kolor. Burgund!

Albus rozejrzał się. — Hah! To łatwe. Większość książek jest obłożona w ten kolor.

Scorpius uśmiechnął się, spuszczając wzrok. Zdążył się już nauczyć, jak bardzo Albus lubił ten gest. A uczniem zawsze był sumiennym.

Żałował tylko, że nie mógł zobaczyć – i poczuć – efektu, jaki owo okazanie uległości zapewne wywołało w Alfim prąciu.

— Brawo.

pierwszy guzik koszuli

Wkrótce Scorpius siedział na łóżku pół-nagi, oglądając z niepoprawną uciechą, jak jego chłopak z rosnącym zapałem przewala jego klamoty.

— Majtkowy!

— …Czy to podchwytliwe?

— Nie.

Osiem sekund minęło, a Albus stał bezradnie, główkując.

— Zmiana koloru: miętowy.

— Twoja piżama. — Al wskazał brodą.

— Zgadza się. Wspaniale ci idzie.

rozporek spodni

Scorpius rozpiął go bardzo powoli, rozsmakowywując się w dźwięku każdego pojedynczego ząbka.

— Pomyślmy… Malinowy!

— O! To będzie jeden z tych twoich dildosów — Albus rzucił od niechcenia.

Scorpius byłby zakrztusił się powietrzem, aczkolwiek nie miał w zwyczaju krztusić się powietrzem. Zamiast tego, spalił rzodkiewkę (wyjątkowo dorodną, doprawdy; nie tak mu już daleko do młodego buraczka).

No cóż. Nie zdążywszy jeszcze ściągnąć spodni (zakładał, że Albusowi dłużej zajmie znalezienie koloru malinowego wśród jego własności, naprawdę), zahaczył palce również o swoje bokserki i pociągnął obydwa w dół, piekąco świadomy zadowolonego wzroku Albusa na jego nagości.

Merlinie. Nie przypuszczałby, że rozebranie się przed Albusem nie cierpiąc rujowej desperacji będzie tak bardziej…
ogólnie rzecz biorąc niełatwe.

Skupiony na starannym składaniu ubrań w schludną kupkę, by się broń Merlinie nie pogniotły, Scorpius z opóźnieniem zorientował się, że jego Alfa sukcesywnie zmniejszał odległość między nimi.

— Na-a-a! — Scorpius wyciągnął rękę przed siebie, gdy Albus już wyciągał własną, przypuszczalnie by ująć Scorpiusa za podbródek i roztopić gorącem swoich piekielnie rozkosznych ust (Scorpius prawie byłby się poddał). — Gra nadal trwa.

— Niby na jakich zasadach? Przecież zdjąłeś już wszystko.

— A zegarek, hmm? — Postukał palcem w rzeczony, błyszczący dumnie i drogo na jego szczupłym nadgarstku. — Nie będzie ci przeszkadzał, gdy będziesz próbował przytrzymać mnie na łóżku? — Mówiąc to, Scorpius rozłożył się pośród swojej pościeli, w najbardziej zmysłowy sposób na jaki jego młode, giętkie ciało pozwalało, przesuwając dłoń po smukłym udzie, wzdłuż pół-twardego penisa, przygryzając uśmiech dla swojego Alfy.

Który wydał warczenie wyraźnej frustracji.

Scorpius zachichotał nisko. — Marcepanowy.

— Ty. — Al wczołgał się na łóżko, chwycił rękę Scorpiusa, i zdjął elegancki zegarek z kościstego nadgarstka, ubawiając go niezamierzenie swoimi zmaganiami z wyszukanym zapięciem. — Ty jesteś jak marcepan. Pyszny i gładki, nic tylko się tobą opychać.

— Fascynujące. Nigdy wcześniej nie zostałem przyrównany do deseru.

Albus parsknął śmiechem. — To tylko kolejny z twoich pierwszych razów ze mną, piękny.

Scorpius byłby przewrócił oczami, ale był skrycie łasy na tandetne komplementy. Zwłaszcza z tych słodkich ust, które wprawiły jego intymne części w rajskie wymęczenie ledwie parę dni temu.

Doświadczając cudnych dreszczy na wspomnienie, otarł biodrami o głodną erekcję swojego Alfy ukrytą pod ubraniem, spragniony kolejnej porcji uwielbienia.

— Przysięgam, jesteś — Al pośpiesznie zdjął swoją przystojną koszulę (specjalnie na ten dzień! Aczkolwiek Scorpius chciałby widywać swojego chłopaka w takich ubraniach częściej) — najgorszym i najlepszym co mnie w życiu spotkało.

Rozpinał teraz i zsuwał swoje eleganckie spodnie, a robił to z taką przerażającą acz pocieszną zapalczywością, że Scorpius naprawdę wolał się nie mieszać. Tylko oglądać. Podziwiać piękne ciało swojego Alfy. Dotykając się leniwie, obserwując kolejne cale tej lśniącej skóry i te zielone oczy pożerające go bezwstydnie.

— Hmm, co jeszcze? — rzucił beztrosko, przekręcając się na brzuch i podkładając pod niego kolana.

Uśmiechnął się na cichy syk frustracji i następujący po nim głuchy odgłos czegoś co brzmiało jak dobrej jakości but odrzucany na lepszej jakości miękki dywan.

Ciekawe, jak wyglądał z tyłu. Jak bardzo podobał się Albusowi.

Nie był to pierwszy raz w życiu, gdy Scorpius zastanowił się, jak różowa jest skóra u wejścia do jego dziurki czy jak nisko, tak właściwie, zwisają jego jądra, gdy przyjmuje taką pozycję. Miał szczerą nadzieję, że na tle męskich tyłów, które miał przyjemność widzieć do tej pory, wypada co najmniej powyżej przeciętnej.

Pytanie tylko, czyjej przeciętnej? Przecież Albus mógł mieć gusta całkowicie odwrotne gustom Scorpiusa.

Czy Scorpius spełniał Albusowe kryteria piękności?

Wzdrygnął się wtem, poczuwszy sprawne, mokre palce energicznie masujące jego wejście.

Oh.

O, jak miło…

— Jęcz dla mnie, Scor, Merlinie, dźwięki które wydajesz…

Mmm, Scorpius lubił pochwały. Nie dbał o nie nigdy przedtem, lecz gdy to Albus go nimi oblewał… coś głęboko w jego mózgu turlało się w dumie, tak dobrze, tak dobrze

Chciał być dobrym chłopcem dla Albusa, pragnął widzieć aprobatę w jego oczach, czuć zadowolenie w jego dotyku. Chciał Alfiowej miłości otulającej jego dźwięki przyjemności i pragnienia.

Nigdy w życiu nie przyszłoby mu do głowy, że jego mózg może mieć miejsce na takie dziwy.

A jednak.

Czy zawsze taki był? Czy to… to coś, jakikolwiek termin nosiło, tkwiło w nim od początku, czekając na odpowiedni bodziec, by dać o sobie znać?

Scorpius nie sądził. Raczej, wydawało się to być nową rzeczą. Bo przecież nigdy przedtem nie reagował na Albusa w taki sposób, a doświadczył bliższej interakcji z nim nie raz, nie dwa. Tylko trzy.

A może cztery… Jeśli liczyć ten jeden raz, gdy Al wpadł na niego, spiesząc gdzieś, gdy Scorpius zmierzał do Wielkiej Sali na obiad.

— Sorry, Malfoy — rzucił, po czym z prawie zadziwiającą – przynajmniej dla momentalnie oszołomionego mózgu Scorpiusa – prędkością zniknął w wejściu do lochów.

“Nie musisz przepraszać, podobało mi się”.

“Szkoda tylko, że nie było za mną jakiejś wygodnej ściany, mógłbyś wtedy przyprzeć mnie do niej, naprzeć na mnie swoim seksownym ciałem, poruszać się trochę o mnie… zwłaszcza biodrami, na pewno masz w zanadrzu ładny flow w tej partii–“

To był jeden z tych momentów, kiedy Scorpius zakwestionował, czy naprawdę tak bardzo zależało mu, by konie z rogiem przychodziły kopulować na jego grobie. Bowiem w tamtym konkretnym momencie Scorpius wolałby raczej sam to robić. Z pewnym kimś. Bliżej niezidentyfikowanym.

I ten ktoś wcale nie miał czarnych włosów w wiecznych skrzacich kudłach ani zapachu pieczonego drobiu.

Tamten dzień – tamten malutki, krótki incydent – zmienił wszystko.

Cóż, może nie wszystko, aczkolwiek coś w dalszym ciągu wielkiego:

Scorpius nigdy więcej nie postrzegał kurczaka tak samo.

Jeśli miałby komuś kiedyś zdradzić swoje najdziwniejsze sekrety, kurczakowy fetysz był prawdopodobnie w top szóstce (Scorpius nie robił top piątek. Były zbyt plebsowe). Ilekroć bowiem gościł kurczaka na talerzu, jego własny mały kurczak, do tej pory smutny i zmarniały, dyndający sobie między jego nogami niczym mały banan z kokosami, ożywał nagle. I stawał się bardzo, bardzo natrętny.

W tym momencie, powracając w raj palców Albusa całujących jego mokrą dziurkę, Scorpius ocierał swojego twardego penisa o własną pościel, nie dbając o krople soczków, które zostawiał na zielonych jedwabiach.

Chciał tylko być nadziany swoją pragnącą pupą na tą wcieloną boskość, jaką było prącie jego napalonego chłopaka. To było jedyne, o co jego mózg miał ochotę w tym momencie dbać.

Wcale nie tak różne od rujowego bezopamiętania.

Kręcąc niecierpliwie biodrami wprzód i w tył, napierając pupą na palce Albusa i ściskając i trąc swój dyndający bezwstydnie wzwód, Scorpius zdecydował że bycie nadzianym to obrazek inspirujący go w sam raz,

więc w wirze kończyn wstał i skończył rozkraczony na cudownie nagim Albusie, z dziurką pulsującą ledwie cale od żołędzia Albusa.

— Tym razem chcę być na górze i nadziewać się na twojego penisa — oznajmił, na wpół już ogarnięty żądzą.

Albus posłał mu przystojny uśmieszek.

Wezbrała w Scorpiusie ochota uwiecznienia widoku (mógłby rozpocząć kolekcję…).

— A ja chcę cię wtedy oglądać. — Przesunął dłońmi po udach Scorpiusa, kciukami muskając jego jądra.

Scorpiusa oblazły ciarki. Słodkie, słodkie ciarki.

Chciał więcej.

Zaspokajając się samym dźwiękiem ich oddechów, Scorpius wszedł wzrokiem w tę dziką dżunglę w oczach Albusa, siadając na jego sterczącym w pożądaniu penisie, wypuszczając przeciągły jęk ulgi, gdy ten twardy penis wszedł w jego łaknący gorącej twardości odbyt.

Nie dbając już o nic innego jak pieprzyć swoją pupę na tym boskim penisie, Scorpius oddał się wszystkiemu, co go brało, wkrótce zalewając się potem, tryskając soczkami, i opływając sprośnościami.

— Uwielbiam przekleństwa w twoim głosie… — Albus wyrzucił, i Scorpius mógł tylko wsłuchać się w jego głos, bo posuwał swoją dziurkę na jego twardym prąciu z głową odrzuconą do tyłu w ekstazie. – Pomyśleć że taki ułożony arystokrata jak ty daje się do tego doprowadzić tylko mi…

Wielka ochota, by zaprzeczyć, ostudziła nieco jego zatracenie, ale przez mgłę upojenia seksualną chemią, która zalewała jego mózg z każdym uderzeniem żołędzia Albusa o jego prostatę, zdawał sobie sprawę, że to bezcelowe.

Albus miał świętą rację.

— Tak, kurwa, kocham twojego twardego kutasa w swoim tyłku! — wysapał, próbując otworzyć się bardziej, bardziej, bardziej…

— Wyglądasz zajebiście, gdy nadziewasz się na niego bez opamiętania.

Scorpius nie miał jak zweryfikować tej pochwały, ale wiedział jedno: czuł się zajebiście. Jego jądra podskakiwały, ciaśniejąc coraz bardziej i bardziej. Jego penis dyndał, kapiąc naokoło.

Jego odgłosy rozkoszy dominowały pokój. Penis Albusa pieścił jego odbyt, jego prostatę.

Scorpius dochodził.

Jego ciało wygięło się bezwolnie w łuk, i zacisnął powieki, dysząc i skamląc w niemal bolesnej przyjemności która go zatopiła, wypełniając jego umysł błogą ciszą.

Był przez ten moment wieczności autentycznie niezdolny do myślenia. Było mu po prostu tak okropnie dobrze, jasny szlag…

Opadł na Albusa, miękki i mokry od potu, sapiąc raz po raz, gdy Al sięgał swojego własnego szczytu w jego gorącym, pulsującym odbycie, pchając w niego,

pchając,

pchając, wydawałoby się, bez końca.

A potem Al chwycił jego włosy w garść, by odchylić jego ciężką głowę.

Scorpius jęknął bezradnie, gdy poczuł zęby bezlitośnie maltretujące jego wrażliwe miejsce.

W tym momencie, wszędzie czuł się wrażliwy. Wyżyty. Wyruchany. Wykochany.

Mokry. Lepki.

— Al?

— Hmm? — wymruczał w jego szyję, zlizując z niej zapachy.

— Jak wyglądam, gdy dochodzę?

— Fantastycznie — odparł natychmiast, jak gdyby wyczekiwał tego pytania od momentu poczęcia. — Gdybyś zgłosił się na modela porno, Merlinie… Ile cudownych sesji byś dostał…

Oh.

To uspokoiło Scorpiusa. Pogładził jeden z kosmyków na głowie swojego chłopaka.

— I zobacz, upiekliśmy trzy pieczenie na jednym ogniu! — oznajmił wtem, gdy jego mózg odtajał po szoku wyobrażenia sobie siebie w magazynie porno dla czarodziejów.

— To znaczy?

— No, poznałeś mój pokój, nauczyłeś się nazw wielu nowych kolorów, i zrobiliśmy w końcu ten seks.

Albus pobłogosławił ten fakt parsknięciem śmiechem.

Jakby słońce wybuchło i zasiało miliony nowych, maleńkich słońc w wewnętrznym wszechświecie Scorpiusa.

— Z twoim sprytem mamy obiecujące perspektywy na życie.

Scorpius skomentował to leniwym przeciągnięciem.

***

Gdy zeszli na dół, doznali kolejnego szoku.

— Aby godnie uczcić nowy rozdział w życiu mojego syna — Draco powstał ze szczytu stołu wypasionego po królewsku — nalegam, byście zechcieli zasiąść ze mną przynajmniej do deseru.

— Co się… — Scorpius zaczął pod nosem, lecz jego dłoń została mile wypieszczona ukradkowym masażem ze strony Albusa.

— Z przyjemnością! Dziękujemy. Psst, nie mam pojęcia, jak się zachować, ale naprawdę się staram.

Po czym odsunął krzesło dla Scorpiusa i obdarzył go wymownym spojrzeniem.

Scorpius zachichotał nerwowo w środku.

W całkowitej szczerości, wolałby raczej odsunąć krzesło Albusowi, w końcu to on był ich gościem– Do diaska, jakby Scorpius sam nie potrafił odsunąć sobie krzesła! Jego chłopak to walił po oczach brakiem dobrych manier, to z nimi przesadzał, naprawdę. Nigdy pośrodku.

Po chwili – a może minucie… a może…? – poczuł miękkie siedzenie pod swoją pupą. To miłe. Jego tyłek w tym momencie niezmiernie doceniał łagodne powierzchnie. Bowiem był bardzo namiętnie wyżyty.

— Myślę, drogi Albusie…

bum bum

Czy ojciec zauważył tą malinkę na szyi Albusa?

bum bum

Na sadzone jajka bazyliszka, Scorpius bardzo źle reagował na takie sytuacje.

bum bum

Czy Harry Potter lada moment wpadnie do nich kominkiem, by oskarżyć Scorpiusa o zdeprawowanie jego syna?

Scorpius zbladł. Albowiem zdał sobie właśnie sprawę, że wciąż mieli Potterów i Weasleyów przed sobą. I było ich dużo.

bumbumbumbumbumbumbum

— że mojemu synowi trafił się prawdziwy klejnot.

Scorpius miał ochotę osunąć się na podłogę i odkurzyć cały dywan, turlając w salwach śmiechu.

Co za dzień.

Ba, co za życie!

— Synu, proszę, nie zachowuj się jak sucha kłoda, świętuj z nami!

Mówiąc to, Draco uniósł kieliszek wina.

Scorpius nie śmiał chwycić swojego. Bacząc na stopień drżączki, w jaki świat go wprawił, był pewien, że z zawartością kieliszka mogłoby się stać coś bardzo niepoprawnego.

— Oczywiście, przepraszam, ręce mi się trzęsą. — Uniósł pustą pięść ku górze. — Niech żyjemy! Sto lat! Wszystkiego najlepsiejszego! Prosiłbym o coś z jak najmniejszą ilością cukru, jeśli można.

Jak na zawołanie podbiegły do niego skrzaty domowe, niosąc wybór dietetycznych deserów.

Scorpiusa zawsze podnosiły na duchu te ich trzepiące uszy.

***

Mniej więcej w połowie jego lekkostrawnego posiłku nawiedziła Scorpiusa potworna myśl. A co jeśli… to wszystko było tylko grą, pod którą kryła się zemsta? Co jeśli jego ojciec chciał otruć Albusa?

Albo jego samego?

Scorpius zadrżał.

Albus wydawał się bardzo normalny. I bardzo piękny. Scorpius poczuł uśmiech rozlewający mu się na twarzy niczym ciepła sperma.

…Nieee, co ty, Scor, wszystko jest w najlepszym porządku. Tylko świat oszalał. Nic nadzwyczajnego.

Heheh, spiski. “Historia Magii” ewidentnie weszła za mocno.

***

A potem dekorowali razem choinkę.

Święta z rodziną. Przeurocza rzecz.

***

— Czuję się trochę dziwnie, robiąc te wszystkie rodzinne rzeczy z w pewnym sensie niemoją rodziną — Albus wyznał, gdy wracali razem do pokoju Scorpiusa — ale to miłe. Miłe nowe coś.

Scorpius przewrócił na niego oczami. — Co wy wszyscy macie z tym nowym

Wciąż był straumatyzowany tematem greckiej klątwy. Ugh.

— Że w sensie?

— Ty pochodzisz z dużej rodziny, Al. Czy to jest w twoich genach? Czy… Merlinie. Nieee, mowy nie ma.

— Co ci jest? — Albus postawił im obydwu pauzę w krokach.

— Dzieci! — Scorpius wyrzucił, jakby wyrzygiwał z siebie demona. — Nierozpoznane przekleństwo gatunku! — Zwrócił się wtem do Albusa. — Mogę również nigdy nie chcieć dzieci! Prawda? Oczywiście że tak. Będziemy żyli wolni od ikry! Zero alimentów! Zero nocy nieprzespanych przy płaczach w niebogłosy! I zero rozstępów! Al, to piękne perspektywy. — Chwycił go za nadgarstki. — Zakochaj się w nich tak jak ja, bo w przeciwnym razie będę zmuszony spędzić resztę naszych wspólnych dni szukając sposobów na zerwanie tej greckiej klątwy.

…maniakalny wdech…maniakalny wydech…maniakalny wdech…maniakalny wydech… a jego oczy mogłyby dziurę wywiercić w źrenicach Albusa.

— Oczywiście. — Al skinął głową. — Oddychaj, Scor, oddychaj.

Scorpius oddychał. Wdychał świeże powietrze zatęchłego domu, zaciągał się nowymi perspektywami. Chłonął niewiadome każdą komórką naskórka.

Lecz nigdy nie obcował z tak przytłaczającymi ilościami nowego i niewiadomego. Więc jego biedne, pozbawione tolerancji komórki poczęły panikować, przygotowując się zawczasu do stanów awaryjnych.

Scorpius dostał drżączki w efekcie.

— Zaabsorbuj moje drżenie, proszę, potrzebuję uziemienia.

— Er, czekaj, dopiszę tylko nowe hasło do słowniczka.

Widząc pytające spojrzenie Scorpiusa, Albus dodał:

— Wiesz, bo ty masz takie interesujące określenia na różne proste rzeczy, i poczułem się w pewnym momencie zainspirowany by je zapisywać. To konkretne będzie jako… — wyjął z kieszeni notesik i go otworzył — “przy-tu-la-nie”… — wymruczał, zapisując słowo.

Aha. Wspaniale. Scorpius potrzebował tylko czułości od swojego chłopaka, a dostawał to.

Durny notesik. Od kiedy w ogóle Albus go prowadził?!

Nawiedzony nagłą nienawiścią do małej książeczki, Scorpius musiał wziąć głęboki oddech, by powstrzymać się przed fizycznym wyrażeniem swojej dezaprobaty.

Malfoyowie to nie dzikie małpy: władają językiem, i robią z tego faktu dumny użytek.

— Przytul mnie, Al, bo wyrzucę ci ten notesik do toalety.

— H! — Albus przyjął postawę obronną. — Ale czemu do toalety? Przecież takie rzeczy powinno się wyrzucać do śmietnika. Albo jeszcze lepiej: recyklingować. Tsk-tsk, ktoś tu nie dba o środowisko.

— Oczywiście że dbam. Im mniej kolejnych ludzkich młodych, tym mniej szkody dla środowiska. Ha! — Wycelował w niego palcem. — Przebij to!

Autor Wyrdmazer
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 395
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!