Manekin

                          ****

– Ojej… Frida, spójrz tylko na to – Wskazuję ruchem głowy śliczną sukienkę, a następnie szybko do niej  podchodzę i chwytam materiał w dłonie. – To wiskoza. – Oceniam niemal natychmiast, pocierając go w palcach, a następnie zwracam uwagę na rozkloszowaną dolną jej część.

Początkowo nie byłam przekonana do tego, aby jechać aż za centrum po zakupy. Ludzie targowali towarem znacznie bliżej osiedla w którym mieszkam. 

Lecz, z racji iż ten dom handlowy mieli w niedługim czasie zamknąć i zrobić w tym miejscu parking, dla prawie ukończonego nowego lotniska. Można było trafić tu na okazję życia.

– No, spoko.

Ocenia wygląd sukni, moja towarzyszka.

Frida Rajsed nie była w prawdzie przyjaciółką, bardziej dobrą znajomą. Razem nawet pracowałyśmy w małej pizzerii. Obok największego ronda w mieście.

Nie miała więc pojęcia, iż znam się trochę na materiałach, a mój podziw jest uzasadniony. W prawdzie wyłącznie dlatego, że matka krawcowa zmuszała mnie kiedyś, do przymierzania naprawdę dobrych jakościowo sukni. 

Dlaczego zmuszała? 

A dlatego, że były to falbaniaste suknie szyte dla małych bogatych rozkapryszonych księżniczek. Których nie bez powodu, nie cierpiałam.

Ściągam teraz sukienkę z wieszaka i przykładam ją do ramion. 

Jak nigdy, ta akurat mi się spodobała. 

Miała jasnoszary odcień od pasa w górę, przyozdobiony białą koronką w kwiatki. Natomiast rozkloszowany nieco dół, przypominał siatkę na muchy. Co oznaczało, że nie będzie się giął. 

Urzeczona odnajduję szybko cenę na metce. Następnie, przewracam wymowne oczami wzdychając ciężko, by następnie niechętnie ją odłożyć.

– Miało być tanio! Frida! – Spoglądam na nią wymowie. – Nie przyjechałam wydać tu wszystkich pieniędzy… ta cena to lekka przesada! 

– Marudzisz. – Machnęła w odpowiedzi ręką, już obracając metkę w palcach. – No i co z tego? Chociaż raz sobie nie odmawiaj i kup to, na co masz ochotę.

Dodała z przekąsem, spoglądając przelotnie na sprzedawcę, tegoż stoiska z sukienkami.

– Sama nie wiem… to trochę chore, nie sądzisz?

– Chore jest odkładać w skarpetę nie wiadomo na co. Dalio, mówię ci nie będziesz żałowała.

Zachęcała dalej. Stawiając mnie w sytuacji, której nie lubiłam. 

Widząc jednak brak jakiejkolwiek reakcji z mojej strony, w końcu położyła mi dłoń na ramieniu, i nachyliła się nad uchem mówiąc.

– To ty się jeszcze zastanów, a ja pójdę coś obejrzeć.

Następnie zostawiła mnie samą. Kompletnie bezradną, zakłopotaną i niepewną. 

Doprawdy, wytwornie z jej strony. Cóż jednak mogę? Z bólem, decyduję się wreszcie kreację przymierzyć.

Wchodzę więc do ciasnej przebieralni, w tej niekomfortowej pełnej ubrań kanciapie. 

Wychodzę zaś po krótkiej chwili i staję przed straganem, aby móc spojrzeć w oparte tam lustro.

Sukienka zdawała się leżeć świetnie. 

Lecz niestety, widziałam się tylko do połowy ponieważ lustro nie było wielkie. Nie myśląc za wiele, oprosiłam sprzedawcę aby je przytrzymał. I właśnie wtedy chcąc się cofnąć, wpadłam na niego.

Naturalny, choć właściwie bardziej wypracowany odruch nakazywał mi podziękować. 

Gdy instynktownie mnie przytrzymał. 

Wygładzając więc nerwowo materiał kiecki, odwracam się w jego stronę z otwartymi ustami i… zastygam.

Jeśli ktoś kiedyś widział gdzieś ufo, z pewnością zrozumie moją reakcję. 

Zdawał się być nierealny, jakby wycięty z gazety. Smukły, wysoki. Odziany w drogi grafitowy garnitur, z szarym pod szyją krawatem. 

Perfekcyjnie obcięty i ogolony, bez najmniejszej skazy po zacięciu na twarzy. 

Pachnący, dosłownie, wygłaskany! Stał i sprawiał wrażenie obojętnego, chociaż wyraźnie na coś czekał.

– Przepraszam?

Odezwał się pierwszy. Niskim aktorskim głosem, a przechylając lekko głowę pretensjonalnie wbił we mnie wzrok.

– Eee… najważniejsze, że nic się nie stało? 

Udało mi się w końcu zamknąć buzię, i oderwać od niego spojrzenie. Nie było to łatwe pomimo, że nie imponował mi jego wygląd. 

Nie imponował mówię! A zwracał jedynie uwagę, ponieważ wyglądał tak nienaturalnie. 

Cofnęłam się jeszcze odrobinkę. Wcześniej upewniając, że mam tym razem wolą drogę. Po czym, spoglądam w lustro. 

Następnie, skupiając uwagę wyłącznie na swoim odbiciu. Odstawiam przedziwny taniec, aby móc zobaczyć się z każdej strony. Nie wiele mnie obchodziło, że się na mnie gapił. Dopóki ponownie nie zagadał. 

– Nic się nie stało? Czy to nie ty, powinnaś mnie przeprosić?

– Ja? Ale ja… dlaczego to ja mam przepraszać?

Sprzeciwiłam się odzyskując  pewność siebie. Choć z początku, zaczęłam się zacinać.

– Bo na mnie wpadłaś?

Wyjaśnił z cierpliwością, i wsunął dłonie w kieszeń wyśmienicie skrojonych spodni.

– Jeśli chodzi się z głową w chmurach, trudno jest w porę zareagować i ominąć ewentualną przeszkodę.

Zauważam, zaciskając palce na materiale sukni. Zwijając ją przy tym nieco w rulonik.

– To nie zmienia faktu, że to ty naruszyłaś moją przestrzeń.

– I tego, że nie mam oczu dookoła głowy!

Zirytowałam się. Typowy manekin!

– Niewiarygodne. 

Uniósł lekko brwi, nagle baczniej mi się przyglądając. Właściwie, przypatrywali nam się wszyscy w pobliżu, mocno zdumieni moją reakcją. 

Zdaniem gapiów, powinnam paść mu do stóp i dziękować za to, że w ogóle na mnie spojrzał. 

W końcu to takie rzadkie, niczym rozwolnienie. Tylko nie w moim wypadku. 

– Nie zamierzasz mnie przeprosić?

– Moje gratulacje, jak udało ci się zgadnąć?

Odparłam niedbale a nawet lekceważąco i uśmiechnęłam się złośliwie, łapiąc się pod boki. 

Następnie, nie czekając na jego redakcję. Ruszam do stoiska, żeby zedrzeć z siebie tę głupią suknię.

– Jesteś bezczelna wiesz?

Zmienił ton.

– A ty zapewne wymagający.

Rzuciłam mu przez ramię, wchodząc do przebieralni. Przez chwilę nawet liczyłam na to, że sobie pójdzie. Przebrałam się w leginsy i luźną tunikę, a następnie z rozdrażnieniem rozsunęłam zasłony. Teraz przy stoisku stało więcej osób. 

Oprócz dwóch mężczyzn w okularach wyjętych z filmu o matriksie, i lalusia w grafitowym garniturze. Obok, stała gapiąc się na nich właśnie Frida. 

Dziewczyna zupełnie oniemiała. Tak zachwycona była wyglądem panów, a doskonale wiedząc co dzieje się w jej głowie. Prychnęłam pod nosem. Z ledwością powstrzymując się przed ponownym zaciągnięciem zasłon przymierzalni.

– Dziękuję panu, ale rezygnuję z zakupu.

Wyszłam, zwracając się do sprzedawcy. Lecz, zanim mi odpowiedział usłyszałam głos lalusia.

– I… o! To właśnie ona…

Podniosłam wzrok, oddając w tym samym czasie sukienkę właścicielowi. 

Dwóch ubranych na czarno mężczyzn, spojrzało na mnie w dość podejrzany sposób. Wtedy, po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że przez swoje zachowanie mogłam ”natykać” sobie biedy. 

Kim on do cholery był? Nie miałam pojęcia. Lecz, musiał być wpływowy i ważny skoro miał swoich ochroniarzy. 

Wątpię, aby ktoś chciał z nim zadzierać. Nie bacząc na mnie. 

Powoli wydostałam się na zewnątrz, i choć miałam ochotę rzucić się do biegu. Zachowałam spokój, skupiając się na ignorowaniu tych trzech osób.

– Będzie miała pani kłopoty.

Stwierdził z poważną miną sprzedawca, nieufnie spoglądając w stronę VIP-ów.

– Proszę nie opowiadać bzdur.

Zawołałam, machając na niego ręką. Mimo to, i tak spojrzałam na lalusia z niekrytą obawą. Starszy pan mógł mieć niestety racę, ale wciąż istniała nadzieja, że tak nie jest.

– To co, wracamy. Wszystko już masz?

Zwróciłam się do Fridy, starając się nad sobą panować.

– Idzie tu!

Usłyszałam w odpowiedzi, i spąsowiałam. Właściwie nie stał daleko, było to zaledwie parę kroków, ale to iż zdecydował się podejść. Zupełnie zbiło mnie z tropu. 

Odwracam się w jego stronę z mocno bijącym sercem. Jeszcze raz ogarniam wzrokiem jego sylwetkę. Niezaprzeczalnie, z tą obstawą wyglądał jak polityk albo monarcha. Co oczywiście nie zmieniało faktu, że też był człowiekiem.

– Czy możesz powtórzyć swoje argumenty?

Zapytał, ale nie wyglądał groźnie. 

Nie mam jednak pojęcia jak się zachować i co o tym myśleć. Przez chwilę więc, przeskakuję tylko oczami z jednego, to na drugiego stróża.

– Czy to mój sąd ostateczny?

Wypaliłam bezmyślnie pierwsze co ślina na język przyniesie. Nie byłam bowiem pewna, czemu służyć mieli ci strażnicy, ale nie wyglądało to za dobrze.

– Nie – Usta drgnęły mu lekko, ale powstrzymał się od uśmiechu. – Po prostu nie pamiętam wszystkich szczegółów.

– Tak czy inaczej, my już się zbieramy. – Uśmiechnęłam się lekko, może trochę zbyt pewnie siebie. Następnie, wzruszyłam ramionami. Byłabym przeszczęśliwa gdyby właśnie tak się to skończyło. – Do widzenia panom!

– Dalia daj spokój…

Zaoponowała Frida, stawiając mi tym samym opór.

– Chwileczkę. 

Zatrzymał mnie. W jego głosie pobrzmiewała pewna władcza nuta, to wystarczyło aby w mojej głowie zapłonęło światło ostrzegawcze. Miałam całkiem niezłe przykłady odnośnie manekinów takich jak on.

Nie chciałam mieć więcej. 

Oczywiście jeśli chodzi o forsę, to stać ich było na wszystko. Jednak to nie koniec jeśli na myśli mamy także ludzką mentalność. 

Oszuści, pasożyty. Potrafili tylko żerować na naiwnych ludziach, którym nie brak było pasji. 

Podobnie było w naszym przypadku. 

Moja matka Ericka, projektowała i szyła cuda, ale pod wpływem chwili. Jeszcze za młodych czasów. Dała się zwieść takiemu właśnie rekinowi. 

W sensie, że skazała się na porażkę podpisując z nim działającą na swoją nie korzyść umowę o pracę. Przez co głównie żyłyśmy tak skromnie. 

– Jeden ze świadków potwierdza moją wersję wydarzeń. Chciałbym wiedzieć, co masz na swoją obronę.

Był niezwykle poważny, choć sytuacja wydawała się śmieszna. Niezauważalnie wsunęłam dłoń do kieszeni spodni, i włączyłam niewielki dyktafon z którym nigdy się nie rozstawałam. 

Kończyłam w tym roku liceum i chciałam iść na prawo. 

Już od jakiegoś czasu, marzył mi się tytuł pani mecenas. 

Między innymi, dla tego żeby chronić przed takimi dupkami innych. Choć najważniejsze było to, aby pomóc mojej matce.

– Mogę wiedzieć co dokładnie powiedział?

Zapytałam spokojniejsza. Wiedząc, że cokolwiek teraz powie ja będę miała na to dowód.

– Powiedział, że zachowałaś się nagannie.

– A więc, śmiem podważyć opinię świadka. Uważam, że nie powinno się ufać słowom człowieka, którego nikt nigdy nie widział.

Skrzyżowałam ręce na pierwsi, wczuwając się w rolę adwokata.

– Ja nie widzę żadnych przeszkód.

Uniósł wyżej podbródek, ale wciąż stał prosto, spoglądając na mnie z góry.

– To źle panie…

– Rascal. Jeff Rascal.

Wtrącił, przyglądając mi się z uwagą.

– Panie Rascal – Odchrząknęłam i stanęłam na jednej nodze, podczas gdy drugą, ugięłam w kolanie. – Pański świadek budzi poważne wątpliwości. Nie możemy być pewni co do jego bezstronność, czy też nawet realnego istnienia. – Uśmiechnęłam się z wyższością. Pewna, że wyssał go sobie z palca. – Tym bardziej, że nikt inny nie został przesłuchany w tej sprawie.

Frida parsknęła, widząc jak ochrona Jeffa wymienia się zdumionymi spojrzeniami. Natomiast sam Jeff, uśmiechnął się tajemniczo odrobinę tym zaskoczony.

– Jeśli będziesz miała więcej świadków, to poddasz się i mnie przeprosisz?

– Jeśli tylko ich pan znajdzie.

Wzruszyłam ramionami rozglądając się na boki. Byłam więcej niż przekonana, że nie ma nikogo kto by się z nim zgodził. Do tego stopnia, że aż zapomniałam z kim mam do czynienia.

– Dobrze. – Zgodził się bez wahania Jeff. Po czym, zwrócił się do otaczających nas ludzi. – Jeśli ktoś z was chciałby zarobić dodatkową sumkę wystarczy, że mnie poprze.

Na chwilę spąsowiałam, wybita z rytmu jego propozycją. Widząc jednak, że nikt się nie odzywa, trochę mi ulżyło. Wszystko szło w dobrym kierunku.

– Słono zapłacę, wystarczy tylko powiedzieć że mam rację.

Dodał po chwili, wyciągając za marynarki zwój banknotów. Ani na chwilę nie tracąc przy tym pewności siebie. 

Serce zabiło mi mocniej, jakby uczulone było na niesprawiedliwość. 

Ludzie zaczęli podnosić ręce. Jak oni wszyscy w ogóle mogli uginać grzbiet tylko dlatego, że pomachał przed ich nosami forsą? Trudno było mi w to uwierzyć, ale Jeff wybrał kilka osób z otaczającego nas grona, kiwając tylko na zgodę głową.

– Nie ma mowy! – Syknęłam zła, nie tyle na niego co na tych ludzi.  – Kupiłeś ich. – Zarzuciłam mu.

– Miało być więcej światków… zatem…

– Nigdy w życiu cię nie przeproszę!

Zaczerwieniłam się ze złości.

– Nie toleruję kłamstwa. – Oznajmił sucho. – Będziesz musiała ponieść tego konsekwencje.

Spojrzał na mnie przenikliwie, aż ciarki przeszył mi po plecach. Najwyraźniej, od początku planował mnie w coś wrobić.

– No to ma pan problem panie Rascal. Bo ja nie znoszę krętactwa. Mogę udowodnić komu pan tylko chce, że ci ludzie działają na pana korzyść. I nie to, że bezinteresownie.

Tym razem uniósł jedną brew, posyłając mi zaciekawione spojrzenie. A ja poklepałam z zadowoleniem swoją kieszeń.

– Jak to zrobisz?

– Mam swoje sposoby.

Ucięłam, po czym odwróciłam się łapiąc Fridę pod ramię. Bez ostrzeżenia, zaczęłyśmy się oddalać.

– Zatrzymajcie je!

Usłyszałam, ale zamiast rzucić się do biegu, znieruchomiałam. W mgnieniu oka, tuż obok pojawili się faceci w czerni. Odcinając nam drogę ucieczki.

– Osz kurde! – Jęknęła Frida, tracąc nagle kolory na twarzy. Po czym, zwróciła się do mnie. – Jeśli nie chcesz mieć kłopotu, natychmiast go przeproś!

– Nie!

Zacisnęłam dłonie i cofnęłam się o krok, natrafiając na niego. 

Jeff wykorzystał to i przycisnął mnie do siebie jednym ramieniem, a drugą ręką spenetrował mi kieszenie. Czułam się dziwnie, opierając plecy o jego tors. Jeszcze dziwniej poczułam się jednak w chwili, gdy wsunął palce do kieszeni moich spodni.

– Dyktafon?

Zapytał z nutą uznania, a trzymając już w dłoni niewielki przedmiot, uwolnił mnie z uścisku.

– Należy do mnie! Oddawaj mi to głąbie! 

W jednej chwili, pogrzebałam urzędniczą uprzejmość zamieniając per pana na per ”głąba”. Mogłam sobie pogratulować! 

– Tak myślałem, że coś tu nie pasuje. – Burknął, spoglądając na mnie już ze złością. – Dla jakiego szmatławca pracujesz?

– Słucham?

Wytrzeszczam na niego oczy.

– To prawda, że zatrudniają coraz to młodszych rekrutów, ale tym razem to już przesada.

Zmarszczył brwi.

– Nie wiem o czym mówisz.

– Nie? To może twoja przyjaciółka coś wie?! 

Jeff chwycił za ramię Fridę.

– Nic nie wiem, naprawdę nie wiem!  –  Dziewczyna wpadła w panikę. W sumie wcale jej się nie dziwiłam, nigdy chyba nie miała styczności z manekinem. – Dalia! Jeśli naprawdę pracujesz dla jakiejś gazety, to weź to powiedz!

Zaatakowała mnie.

– Zdurniałaś?! Przecież obie dorabiamy w tej samej pizzerii!

Zrobiłam groźną minę, choć miałam ochotę strzelić ją w łeb!

– A tak racja… wybacz.

Jęknęła, biorąc się widocznie w garść. Jeff spojrzał na mnie zdegustowany.

– W takim razie, dlaczego chodzisz z dyktafonem w kieszeni?

– Nie muszę się z tego przed tobą tłumaczyć.

– Czyżby? – Uniósł teraz brwi, jeszcze wyżej nisz przedtem. – Podaj nazwisko.

– Jeszcze czego? – Prychnęłam, nie mając zamiaru ustąpić. – Lepiej zwróć mi moją własność. Chyba, że sam prosisz się o problemy.

Frida pobladła jeszcze bardziej, zdając sobie sprawę z tego co robię. Nie miałam jednak wyjścia i lepiej będzie jeśli się nie wtrąci. Manekiny miały w zwyczaju pożerać swoje ofiary w całości, zaczynały jednak głupieć, kiedy potencjalna ofiara nie okazywała strachu. I potrafiła pogrozić. 

Mogło to świadczyć bowiem o tym, że trafił swój na swego. 

A w takim wypadku, nikt przecież nie chciał ryzykować, ani narażać choćby cennych kontaktów.

Jeff najwyraźniej także próbował podjąć odpowiednią decyzję, bo utkwił we mnie zaniepokojone spojrzenie. Zadowolona więc z tego faktu, poczułam się dużo pewniej.

Wyciągnęłam przed siebie rękę, mając nadzieję wywrzeć na nim nacisk. 

Jednak, Jeff prześlizną wzrokiem po moim nadgarstku, a gdy wrócił ponownie do mojej twarzy. Coś się w nim zmieniło.

– Jestem pod wrażeniem, że ktoś taki jak ty potrafi trzymać fason.

– Co takiego?

Przeraziłam się! Już zaczynał wymiękać, a teraz co to było? Domyślił się?! Ale jak?

Jeff, bez słowa chwycił moją wyciągniętą przed siebie rękę. Następnie, wsadził palec pod bransoletkę.

– Pozłacana Chińszczyzna, to nic dobrego w naszym świecie. 

Wyjaśnił i pociągnął mocniej, zrywając łańcuszek z mojego nadgarstka. Zamarłam!

– A teraz, nazwisko.

Zawołał władczo. Odnalazłam jego oczy i już wiedziałam, że nie ma w nich litości dla mnie. 

Przegrałam w tej bitwie przez głupią bransoletkę! 

Biżuteria to jedyny element zdradzający status przebierańców! Oni nawet wtedy, nie potrafili rozstać się z drożyzną.

Jak mogłam zapomnieć, że zbyt dobrze się na tym znają? 

Z trudem powstrzymując się przed tym, aby nie paść na kolana, ale opuściłam z rezygnacją głowę.

– Clam – wymamrotałam. – Dalia Clam.

Autor Szapita
Opublikowano
Kategorie Romans
Odsłon 1581
4

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!