Słowa usłane różami • Lucjusz Malfoy

Żałuj żywych, a przede wszystkim tych, którzy żyją bez miłości.

   Lucjusz Malfoy ulega fascynacji tajemniczą Beatrice Calvert.


   Róże. Dalie. Lilie. Hortensje.
   Ogród był jedyną rzeczą, którą lubiła w tym okropnym, nieczułym miejscu. Kwiaty upajały swym przepięknym zapachem, łagodząc jej skołatane nerwy.
   Wyczulony zmysł nakazywał uważne śledzenie wszystkiego, co się rusza. Co mogłoby ją zranić. Także teraz uważnie obserwowała zmierzającą ku niej jasnowłosą kobietę.
   — Beatrice, spotkanie zaraz się zacznie — rzekła, patrząc na nią z wyższością.
   Odsunęła się od krzaka białych róż i wyprostowała dumnie.
   — Zatem chodźmy.
   Ruszyła kamienną ścieżką za wyniosłą postacią Narcyzy Malfoy.

   Ta cała zbieranina ludzi, choć pod jednym mianem, diametralnie się od siebie różniła. Wśród śmierciożerców można było wyróżnić trzy typy czarodziejów: maniakalnych, uważających Go za swojego guru. Ogarniętych fascynacją czarną magią, gdzie On był dla nich swego rodzaju autorytetem. Oraz takich, którzy przystając do Lorda Voldemorta, liczą na wysoką posadę w nowym, ,,lepszym” świecie.
   Lecz Beatrice nie podpinała się pod żadną z tych kategorii. Bo Beatrice była szpiegiem.
   — Już niedługo — orzekł syczący, napawający ją strachem i odrazą głos. — Już za niedługo wyjdziemy i odbierzemy to, co od dawna powinno być nasze.
   Śledziła ruchy jego bladych, wężowych, pozbawionych warg ust. Byle tylko nie spojrzeć w te oczy, byle tylko nie spojrzeć w te płonące czerwienią maniakalne tęczówki…
   — Yaxley, Snape, Calvert, zostańcie.
   Jak wkupiła się w łaski tyrana, wchodząc w krąg jego najbardziej zaufanych ludzi? Czynem, przez który już nigdy nie śpi spokojnie w nocy. Mordem na bogom winnemu mugolowi. Jednak George powiedział: ,,wszelkimi sposobami”. ,,Za każdą cenę”.
   Śmierciożercy zaczęli opuszczać skąpany w półmroku salon. Kiedy została już tylko ich trójka, Lord rozsiadł się wygodniej na obszernym krześle.
   — Ta śmieszna organizacja utworzona przez Dumbledore’a… — rzekł, uważnie patrząc chwilę każdemu z nich w oczy. Beatrice dzielnie wytrzymała to przerażające spojrzenie. — Ma tu szpiega.
   Zebrani popatrzyli po sobie krótko; Corban był mężczyzną o prymitywnej, zwierzęcej twarzy. Severus… jego czarne chłodne oczy nie wyrażały emocji. Beatrice zadbała o to, by z jej zielonych także niczego nie wykryli.
   — To poważne oskarżenia, mój Panie — powiedział Snape, przerywając przedłużającą się ciszę.
   — Wiem, co mówię — odparł opryskliwie Lord. — A waszym zadaniem będzie znaleźć zdrajcę.
   — To może być trudne, zwłaszcza, jeśli używają zaklęcia Imperius — rzekła brunetka, siląc się na mocny ton. — Człowiek pod wpływem tego zaklęcia jest wręcz nie do wykrycia, Najwyższy.
   Jego usta rozciągnęły się w na pozór szyderczym uśmiechu. Wiedziała, że lubił, gdy tak go określała.
   — Nasza droga Beatrice jak zawsze najmądrzejsza… Idąc twoim tokiem myślenia, w takim wypadku nie wiedziałbym o zdradzie. Dobrze mówię?
   — Tak — odparła, nie śmiąc zaprzeczyć Czarnemu Panu.
   — Także rozglądajcie się uważnie — oznajmił na koniec czerwonooki. — A za wskazanie zdrajcy czeka was nagroda. Wiem, że wam mogę zaufać.
   — Oczywiście, Panie.
   — Idźcie już.
   Wstała nie za szybko, bijące ze strachu serce rwało się do lotu niczym zamknięty w klatce dziki ptak.

   — George, to mnie przerasta.
   Mężczyzna posłał jej swój pocieszający uśmiech amanta.
   — Daj spokój, Maddie, jesteś świetna.
   Położył dłoń na jej ramieniu. Jego dotyk zwykle ją drażnił. Nie lubiła, gdy Coulson zbliżał się na więcej niż trzy kroki.
   — Jesteś najważniejszym członkiem naszej bandy.
   Banda. Tak zwykł określać ich tajną organizację złożoną ze zbuntowanych aurorów, którzy stawiali czynny opór nowemu reżimowi. W ministerstwie myśleli zapewne, że oni po prostu uciekli ze strachu, a im to alibi bardzo odpowiadało.
   — Natrudziliśmy się, żeby stworzyć ci całkiem nową tożsamość, Beatrice Calvert — wypowiedział śmiesznie jej zmyślone imię i nazwisko. No, to mu chociaż musiała przyznać… Postarali się. Porządnie i profesjonalnie ułożyli jej arystokratyczne życie. Zadbali o każdy detal, których ona wkuła się na pamięć tak, że mogłaby to recytować o każdej godzinie, o każdej porze.
   — George, głupio mi o tym mówić, ale boję się — szepnęła zapatrzona w szybę brunetka. — Jeśli odkryją, że to ja jestem tym szpiegiem?
   Blondyn po raz pierwszy podczas ich spotkania spoważniał.
   — Nie będę owijać w bawełnę, Maddie. Jeśli cię odkryją, jesteś martwa.

   Musiał jak najszybciej wyjść z domu. Podminowany stawiał szybkie, pełne zdecydowania kroki. Dlaczego ona musi taka dla niego być?! Jej jedynym zajęciem jest ciągłe wytykanie mu błędów? On także strasznie martwi się o Dracona, a nie jest to powodem do wyżywania się na innych poprzez kłótnie.
   Chciał w spokoju pomyśleć, schować się w krzakach białych róż. Tam jednak już ktoś był. Beatrice Calvert. Jedna z najbardziej zaufanych Czarnego Pana.
   — Witaj, Lucjuszu — rzekła, przeciągając sylabę w jego imieniu. Dziwnie, fascynująco.
   — Co robisz tu sama? — spytał, przyglądając się kobiecie krytycznie. Jej szczupłą sylwetkę opinała zamszowa, ciemnozielona suknia. Pasowała do jej oczu.      Czaiło się w nich coś nieodgadnionego.
   — Zbieram myśli.
   Wpatrywał się w nią intensywnie.
   — Lubię kwiaty — dodała.
   Jego prawy kącik ust powędrował lekko w górę.
   — Tak się składa, że to ja projektowałem ten ogród. Znam tu każdą roślinę.
   Uniosła brew w prowokacyjnym geście.
   — Rozmawiasz z ekspertką w tej dziedzinie.
   Zamrugał szybciej. Czyżby ta kobieta rzucała mu wyzwanie? Wyciągnął ku niej ramię. Po chwili zawahania przyjęła zaproszenie.
Podczas ich wspólnego spaceru i rozmowie odprężył się niesamowicie. Jej mocno brytyjski głos, mający skłonności do nienaturalnych wydłużeń co niektórych wyrazów wydał mu się dziwny. A zarazem fascynujący.

   Lucjusz zawsze był posłuszny rodzicom, w ojcu odnajdywał autorytet. Kiedy więc Abraxas polecił mu małżonek z Blackówną, bez wahania się zgodził. Miłość przecież jest dla głupich. I słabych. Ha! Czy prawdziwa miłość w ogóle istnieje? Przynajmniej jego zimne, arystokratyczne serce nigdy takowej nie doznało. I był z tego rad. Zakochani popełniają straszne głupstwa.
   Podczas kolejnego zebrania nie patrzył nieruchomo na blat, jak to miał w zwyczaju. Uważnie śledził wzrokiem Beatrice Calvert. Zauważał coraz więcej szczegółów co do jej osoby, a zżerała go ciekawość. Te duże, zielone oczy. Czarne, opadające kaskadą na ramiona włosy. Usta nienaturalnie ciemne, wręcz bordowe. I śmieszna, jasna, pionowa kreska na dolnej wardze.
   Poczuł, jak na jego bicepsie zaciska się chuda dłoń. Popatrzył na Narcyzę pytająco, a w bladoniebieskich oczach żony ujrzał ostrzeżenie. Wpatrzył się na nowo w blat ze skrytym uśmiechem. Jak niewiele potrzeba, by wywołać w kobiecie zazdrość.

   To spotkanie Lucjusza Malfoya, gospodarza willi i zarazem głównej siedziby śmierciożerców napawało ją dziwnym bólem w okolicy podbrzusza. Wiedziała, kim on jest i jaką ideologię wyznaje. A podczas rozmowy nie dostrzegła w nim nic z typowego śmierciożercy! Zaledwie głęboko skrywany smutek w tych jasnoszarych oczach.
   Gdy ponownie zaszczycił ją swoją obecnością w ogrodzie, mocno się zakłopotała. Przyszedł znów rozmawiać o kwiatkach? Choć nie mogła powiedzieć, że jej tym nie zaimponował…
   — Te róże to moje ulubione — rzekł Lucjusz, zrywając jeden z białych kwiatów z krzaka. Następnie uniósł rękę i przyłożył różę do twarzy kobiety. — Idealnie kontrastuje z twoimi czarnymi jak noc włosami.
   Położyła dłoń na jego przedramieniu, opuścił więc rękę. Róża upadła na kamienną ścieżkę.
   — Myślę, że twoja żona cię szuka — rzekła szorstko, nie kryjąc pogardy. Lucjusz odsunął się o krok, zaniemówił na parę sekund.
   — Dobranoc, panno Calvert.
   Szybkim krokiem opuścił ogród, zły i upokorzony.

   — Maddie, jesteś jakaś cicha. Wszystko gra?
   Popatrzyła niezbyt przytomnym wzrokiem na Alice, najlepszą aurorkę z wydziału i zarazem jej najlepszą przyjaciółkę.
   — Dziwnie mi — rzekła z rozbrajającą szczerością zielonooka. Alice wybuchnęła perlistym śmiechem.
   — To znaczy naprawdę wiele — orzekła z profesorską powagą. — Choć nie dziwię ci się, kochana. Łykasz przez te kilka miesięcy zbyt dużo stresu. Jest szansa, żebyś zrobiła sobie od tego wolne?
   Madeline prychnęła.
   — Wiesz, słuchając takich głupot od razu mi lepiej. Wezmę sobie urlop od bycia szpiegiem, jesteś taka pomysłowa, Alice.
   Rudowłosa wydęła policzki.
   — Próbuję ci pomóc.
   — Masz rację. Przepraszam.
   Alice uśmiechnęła się szeroko.
   — Przesiąkasz tą ich arystokracją. Już nawet na co dzień używasz tego śmiesznego akcentu.
   — Nie martw się o mnie. Na razie nie pałam dziką żądzą do zabijania ludzi.
   Alice objęła ją ramieniem.

   — Kobieto, ty myślisz, że ja nie zadaję sobie tych samych pytań, co ty? Że mogę spokojnie spać w nocy? To także mój syn, Narcyzo! Czy tego chcesz, czy nie, jego los obchodzi mnie tak samo, jak i ciebie!
   W jej bladoniebieskich oczach wezbrały łzy gniewu.
   — To zrób coś! Dlaczego ty nic nie robisz?! Siedzisz bezczynnie, podczas gdy…
   Na resztę słów widocznie nie starczyło jej sił. Lucjusz także niezbyt wiedział, cóż to mogła jeszcze powiedzieć.
   — Muszę wyjść, doprowadzasz mnie do szału — rzekł brutalnie szczerze, po czym opuścił sypialnię. Podczas drogi na zewnątrz spotkał w swojej willi tylu szemranych ludzi… Nie tak wyobrażał sobie śmierciożerców. Mieli to być dumni i lepsi od innych czarodzieje czystej krwi, a nie banda dziwadeł.
   Wszedł do bogato zdobionej łazienki, odkręcił wodę i przemył obficie twarz. Oparł się o umywalkę i wpatrzył we własne odbicie. Pobyt w Azkabanie go zmienił. Niegdyś tak wyniosły i arystokratyczny… Dziś był zaledwie marną kopią starego siebie. Zmarnowanym człowiekiem zmęczonym życiem…
   Postanowił wyjść, by nocny wiatr wypędził mu z głowy mroczne myśli. Na zewnątrz, na schodach spotkał kobietę o zielonych oczach. Opierała się o balustradę, włosy odrzuciła na plecy. Chłonęła dziwną aurę pełni.
   Na początku chciał przejść i totalnie ją zignorować. Ale wtedy nie byłby Lucjuszem Malfoyem.
   — Piękna noc?
   Otworzyła oczy, zlustrowała go spojrzeniem.
   — Każesz mi szukać żony… A może to tobie potrzeba męża, Beatrice? Przestraszyłaś się mnie wtedy?
   Ściągnęła ciemne brwi w ostrzegawczym geście.
   — Nie boję się ciebie — rzekła wyniośle. — Po co mi małżonek? By skrywać w sobie wieczny smutek, jak ty? Ciągłe kłótnie w tej waszej ,,miłości”.
   Podszedł bliżej, przewyższał kobietę o głowę, choć miała na sobie buty na obcasie. Pochylił się, oparł dłonie o barierkę, przyszpilając ją. W jej zielonych oczach ujrzał niepokój. Niczym dzikie, zlęknione zwierzę.
   — Nie ma miłości — wyszeptał głosem wypranym z uczuć. — Zrobiłem coś, co przyniosło mi korzyść. Bo o to chodzi w życiu, Beatrice. Korzystać z okazji i nie oglądać się za siebie.
   Peszył ją swoim odważnym spojrzeniem.
   — Ale co to za życie? — wychrypiała. — Jeśli miałabym żyć w ciągłym smutku, to wolałabym umrzeć.

   Wychodząc z łazienki, o mało co nie wpadła na Severusa Snape’a.
   — Beatrice — rzekł cicho, jego czarne oczy jak zwykle nie zdradzały emocji. — Możemy porozmawiać?
   — Naturalnie — rzekła, unosząc głowę. Ten czarodziej był półkrwi, co za tym idzie, powinna okazać mu nieco pogardy.
   Udali się na korytarz, w którym mieli dość prywatności.
   — Jesteś na tropie szpiega? — spytał, a choć mówił cicho, rozumiała każde ze słów.
   Uśmiechnęła się do niego wymuszenie.
   — Chciałbyś wiedzieć, prawda? Przypisać sobie zasługi? Nie powiem ci nic, mieszańcu.
   Ściągnął brwi w gniewie.
   — Uważaj, co mówisz — rzekł z ostrzegawczą nutą w głosie. — Wiesz, że Czarny Pan także jest półkrwi?
   Starł uśmieszek z jej twarzy.
   — Mimo wszystko, Snape, może mam jakieś tropy, których oczywiście ci nie wyjawię, ale konkretnych podejrzanych jeszcze nie.
   Patrzył uważnie w jej oczy. Doszukiwał się kłamstwa. Nie znajdzie, oklumencję ma wyćwiczoną do perfekcji.
   — A jak wygląda sprawa u ciebie?
   — Podobnie.
   Uniósł wargi w szyderczym geście, wyminął ją i zostawił samą na korytarzu. Oparła się o ścianę, przymrużyła oczy. Fala wstydu i nienawiści do samej siebie zalała jej wnętrzności. Jak długo jeszcze zdoła grać swą rolę?

   Tym razem to Lucjusz był pierwszy w ogrodzie. Zauważył Beatrice idącą kamienną ścieżką, a gdy ona ujrzała go skrytego za krzakiem róż, było za późno, by się wycofać.
   — Lucjuszu — rzekła poważnie, podchodząc bliżej. — Przepraszam.
   Otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. W jego kręgach nikt nigdy nie przepraszał… Takie zachowanie nie było przypisane arystokracji.
   — Tamtej nocy byłeś naprawdę przybity, a ja jeszcze dołożyłam ci żółci — rzekła z rozbrajającą szczerością.
   — To nic — odparł wreszcie zmienionym głosem. Te zielone oczy wyglądały naprawdę ładnie w świetle księżyca. — Powiedziałaś prawdę.
   Teraz to ona się zdziwiła. Tacy ludzie, jak Malfoy… Oni nie przyznawali się do błędów. Poczuła, że naprawdę jest inny. I w sercu zapłonęła ogromna nadzieja na uratowanie go.
   — Jeśli już jesteśmy ze sobą szczerzy… — zaczęła znacznie mniej pewnym tonem. — Naprawdę uważasz, że Czarny Pan zmieni świat na lepszy?
   Zacisnął wargi. Podpuszcza go? Tu nikt nigdy… Ach, musi przestać się dziwić. Ta kobieta jest po prostu inna niż wszyscy wokół.
   — Wierzę w jego ideę — odparł, zły na siebie, że w takim momencie musi kłamać.
   — A co liczy się dla ciebie w życiu najbardziej?
   Gryzł się z myślami. Uważnie patrzył na twarz Beatrice, na te jej ciemne usta, duże oczy i bladą cerę. Nie wiedział, z czym pogrywa.
   — Rodzina. Mój syn. Majątek i posada w ministerstwie.
   Jej twarz przyozdobił uśmiech z nutą szyderstwa.
   — Dwie ostatnie rzeczy są niezwykle ulotne. Spojrzeć na nie z szerszej perspektywy… tracą wartość.
   Zmarszczył czoło. Zaczynała go irytować.
   — A dla ciebie niby co jest ważne?
   Jej rysy wygładziły się.
   — Życie. W szerokim tego słowa znaczeniu.

   Tej nocy, gdy przekazała George’owi informacje o napadzie śmierciożerców na mugolską wioskę, nie zmrużyła oka. Z oczywistych powodów nie mogła wziąć udziału w tej misji, a tak strasznie martwiła się o swoich kolegów po fachu.
   Rano chodziła niczym zombie, zdołała zasnąć w południe, wieczorem natomiast teleportowała się znów do tej ponurej willi. Wzięła udział w przesłuchiwaniu więźniów, lecz wymknęła się na kilka minut. Po prostu musiała skontaktować się z George’em i dowiedzieć, czy wszystko w porządku.
   — Braterstwo naszą siłą.
   W lusterku chwilę później pojawiła się twarz o męskich rysach okolona blond włosami, twarz George’a.
   — Jak po misji? — spytała, przyglądając mu się uważnie.
   — Ile masz czasu? — odpowiedział pytaniem na pytanie.
   — Mało.
   — Więc posłuchaj uważnie. I nie bierz tego do siebie. Straciliśmy Alice.
   Dłoń, w której trzymała lusterko dwukierunkowe zadrżała. Przedmiot upadł na podłogę i rozsypał się na kawałki. Madeline zatoczyła się na ścianę, oddech nienaturalnie przyspieszył. W głowie jej szumiało, nie potrafiła zebrać myśli…

   Obserwowała, kiedy wreszcie w szparze między drzwiami a podłogą pojawi się cień.
   Kiedy wreszcie to nastało, pewniej zacisnęła dłoń na sztylecie. Drzwi otworzyły się z głośnym chrupnięciem, wtedy Madeline skoczyła.
   Szarpanina i walka odbyła się niezwykle szybko i po cichu. Chwilę później leżała już na podłodze. Rozbrojona i nakryta.
   Voldemort rozjaśnił pomieszczenie zaklęciem. I wtedy okazało się, że to wcale nie On.
   Nad kobietą stał odziany w czerń Severus Snape. Włosy miał rozwiane bardziej niż zwykle, a ramię upstrzone krwią. Zdołała go drasnąć sztyletem, który teraz on trzymał w drżącej dłoni.
   — Calvert? — wykrztusił wreszcie Snape, otrząśnięty nieco z szoku. Podszedł do kobiety szybko, przykucnął, złapał boleśnie za jej ramię i poderwał kobietę do góry.
   — Nie pójdę po dobroci. — Zastrzegła brunetka mokrym głosem.
   — Po prostu chodźmy gdzieś indziej niż pieprzona sypialnia Czarnego Pana.

   Długo na nią patrzył i nie odzywał się.
   — Co cię powstrzymuje? — rzekła wreszcie butnie, nie zważając już na to, że tylko bardziej się pogrąża. — Idź i Mu donieś. Dostaniesz nagrodę. Dobry piesek Severus.
   — Mogłabyś się przymknąć? Próbuję myśleć.
   Ściągnęła brwi w gniewie.
   — Jesteś taki pewny siebie i pyszny, że mnie nie zwiążesz? Nie odbierzesz mi różdżki?
   — Beatrice! Ja też jestem szpiegiem!
   Otworzyła szeroko oczy z czystego szoku.
   — Jak nazywa się wasza organizacja? — spytał.
   — Nie mamy nazwy. A twoja?
   — Nigdy nie słyszałaś o Zakonie Feniksa? To dosyć skomplikowana sprawa… Od śmierci Dumbledore’a oni myślą, że jestem tym złym. Tak naprawdę cały czas im pomagam. Rozumiesz?
   Wstała i podeszła do okna. Z tego pomieszczenia miała idealny widok na ogród. Owszem, usłyszeli o organizacji Dumbledore’a krótko przed jego śmiercią. Myśleli, że potem Zakon rozpadł się, a szpieg, którego szuka Voldemort, to Madeline.
   — Znasz Kingsleya Shacklebolta?
   Popatrzyła na ciemnowłosego czujnie.
   — Wariat posłuszny Thicknesse’owi? Kojarzę.
   — On jest teraz przywódcą Zakonu. Porozmawiaj z nim, umów spotkanie. Razem macie większe szanse.
   Skrzyżowała ramiona na piersi.
   — A co z tobą?
   Wstał i podszedł zbyt blisko. Próbowała nie okazać speszenia.
   — O mnie nikt nie może się dowiedzieć, rozumiesz? — warknął, a w jego czarnych oczach zapłonęła groźba. Kobieta odsunęła się od niego na dwa kroki.
   — Dobrze — wydusiła wreszcie.
   — Ilu was jest?
   Przymrużyła oczy, jednak postanowiła zostawić wszelkie podejrzenia za sobą.
   — Piętnastu — odparła słabym głosem. Stracili przecież Alice…
   Severus prychnął sztucznie rozbawiony.
   — I wy chcieliście obalić rządy Czarnego Pana?
   Uniosła dumnie głowę, w jej zielonych oczach zalśniła determinacja.
   — Nie wiem, jak z tą waszą zbieraniną, ale my jesteśmy zawodowcami. Aurorami, którym brak zahamowań. Nie cofniemy się przed niczym.

   — Znów przyszłaś zadawać dziwne pytania? — zagadnął zaczepnie. Kobieta spojrzała mu w oczy z powagą.
   — Przyszłam poukładać myśli — odparła po chwili milczenia. Jej usta hipnotyzowały. — Zechcesz mi towarzyszyć?
   Wyciągnął ku niej ramię, nie mogąc się powstrzymać. Gdy Beatrice szła obok niego, czuł jej piękne, kwiatowe perfumy. Łączyły się z zapachem ogrodu, tworząc nieziemską mieszankę, od której kręciło mu się w głowie.
   — Organizujemy przyjęcie — oznajmił po chwili. — W sobotę o ósmej.
   — Czy to zaproszenie? — odparła, w półmroku ujrzał błysk jej białych zębów.
   — Byłoby miło, gdybyś przyszła — powiedział niby obojętnie. W głębi duszy pałał gorącą nadzieją.

   Patrzyli na siebie z zaciętością. George’a nie opuszczał uśmieszek, w tej swojej luzackiej pozie wyglądał niczym amant zdolny skraść serce każdej kobiecie.
Kingsley, wysoki i postawny czarnoskóry mężczyzna może nie był typem przystojniaka, ale miał w sobie coś groźnego. Jego ciemnobrązowe oczy ścinały się z błękitem tęczówek Coulsona, żaden nie kwapił się, by zaczynać.
   — Moglibyście darować nam tę walkę na spojrzenia? — rzekła Madeline szorstko. George oderwał wzrok od Shacklebolta i popatrzył na zielonooką. Posłał jej pewny siebie uśmiech.
   — Maddie, ten człowiek przez wiele miesięcy uważał nas za zwyczajnych tchórzy. Daj mi tę przyjemność.
   — Coulson, darujmy sobie te niuanse — rzekł Kingsley swoim głębokim, niskim głosem. — Wy myśleliście, że jestem psem Thicknesse’a.
   George parsknął śmiechem.
   — Dobra, więc nasze organizacje będą ze sobą współpracować, tak? Bo jeśli sądzisz, że zostanę twoim zakonnikiem, to się z gumochłonem na rozumy pozamieniałeś.
   Shacklebolt ściągnął brwi w gniewie. Madeline westchnęła przeciągle i wymieniła znudzone spojrzenia ze stojącym obok Brunonem.
   — Spotkały się dwa samce alfa — rzekła, wychodząc na środek. Stwierdziła, że to ona musi rozmawiać ze Shackleboltem. W przeciwnym razie nici ze współpracy.
   — Jesteśmy po tej samej stronie — zaczęła, próbując nie speszyć się tym przenikliwym spojrzeniem ciemnobrązowych oczu. — Również uważam, że nie wcielisz nas do Zakonu Feniksa. Pozostajemy oddzielnie, choć będziemy pracować razem. Bruno może zostać łącznikiem, racja?
   Mężczyzna stojący przy ścianie kiwnął bezgłośnie głową.
   — A ty, kim jesteś? — spytał Kingsley z lekceważącą nutą w głosie.
Kobieta zadarła rękaw koszuli, ukazując na lewym przedramieniu Mroczny Znak.

   Pociły jej się dłonie. Naprawdę nie wiedziała, co też tu robi.
   Gdy z tłumu wyszedł Lucjusz Malfoy w perfekcyjnie skrojonym do jego sylwetki smokingu, odpowiedziała sobie na pytanie.
   — Coś nie tak? — szepnęła, widząc dziwny wyraz jego twarzy. Poprawiła zakręcone w lekkie fale i spięte u góry włosy.
   — Po prostu wyglądasz świetnie — rzekł wreszcie. Kobieta obdarzyła go uśmiechem. Wiedziała, że ta czerwona, koktajlowa suknia to dobry wybór.
   — Drinka?
   — Może później.
   — W takim razie chodź, zapoznam cię z kimś.
   Ujęła Lucjusza pod ramię, nozdrza podrażnił zapach jego wody kolońskiej.
   — Jest Severus?
   Obdarzył ją dziwnym spojrzeniem.
   — Nie — odparł szorstko. — Poznaj Brutusa, mojego drogiego kuzyna. A to jego żona, Elaine.
   — Beatrice Calvert. — Przywitała się. Wysoki, jasnowłosy mężczyzna o pociągłej twarzy musnął jej dłoń dotknięciem ust. Lucjusz nagle zniknął, zostawiając ją samą z tą arystokratyczną dwójką.
   — Może opowiesz nam więcej o sobie i swoim rodzie, moja droga?
   Uśmiechnęła się miło, poczuła, że jednak pilnie potrzebuje tego drinka.

   Orkiestra cicho wygrywała kolejne takty przyjemnej dla ucha melodii. Lucjusz w subtelny sposób przeciskał się przez tłum. Był tak wściekły na Narcyzę! Nagle rozbolała ją głowa i musiała iść się położyć… A najwyższa pora na walca!
   — Co taki podminowany? — zagadnął go Brutus z tym swoim drapieżnym uśmiechem.
   — Narcyza źle się czuje — odparł gorzko. — A zbliża się dziesiąta.
   — No tak! Walc — roześmiał się kuzyn. — Co zrobisz?
   — Nie wiem — odwarknął Lucjusz. — Może złamię tradycję trwającą nieprzerwanie od pięciu pokoleń?
   Brutus przygryzł delikatnie kieliszek z tym swoim uśmiechem, na który poleciałaby każda małolata (w tym jego żona). Rozejrzał się po sali.
   — Mam idealną kandydatkę.
   — Słucham?
   Brutus wskazał machnięciem głowy w stronę barku.
   — Ta twoja Beatrice.
   Lucjusz otworzył szerzej oczy z czystego zdziwienia, na co kuzyn roześmiał się perliście.
   — No co? Sprawdzony sposób, na Elie zawsze działa. Co cię powstrzymuje?
   Malfoy przez chwilę obserwował zjawiskową dziś Beatrice Calvert. Czerwona suknia podkreślała jej kobiece kształty, lekko pofalowane włosy spięła niezbyt wymyślnie, za to czarująco. Siedziała, pijąc samotnie. Zaczęła rozmowę z barmanem. Sądząc po jej znudzonej minie, niezbyt ciekawą.
   — Co mi tam — westchnął cicho Lucjusz, po czym ruszył zdecydowanym krokiem przed siebie. Brutus obserwował go z tym swoim chłopięcym, zgrywnym uśmieszkiem.

   — Beatrice.
   Odwróciła wzrok od barmana, przy niej stanął Lucjusz. Minę miał zaciętą.
   — Tak? — mruknęła, czując, że martini zaczyna działać.
   — Umiesz tańczyć walca?
   — Za kogo ty mnie masz?
   — W takim razie chodź.
   Złapał ją za rękę, poprowadził ku orkiestrze. Miał niezwykle miękką dłoń. Szepnął coś do skrzypka, po czym razem wyszli na środek obszernego salonu. Goście zaczęli się rozstępować, tworząc im więcej miejsca. Dopiero do niej dotarło, co ten wariat zamierza…
   — Lucjusz! — szepnęła, a jej oczy rozszerzyły się.
   — Spokojnie, Beatrice, wszystko pod kontrolą — odparł, prostując się, odgarnął na plecy jasne włosy. Położył dłoń na jej łopatce.
   — Zrób to najlepiej, jak potrafisz.
   Także przyjęła wyjściową pozę, położyła dłoń na jego ramieniu, odchyliła głowę. Gdy zabrzmiały pierwsze takty cudnej melodii, ruszyli. Dzięki George’owi taniec ten miała świetnie wyćwiczony. Sunęli razem po parkiecie, Lucjusz sprawnie ją okręcił, wpadła wprost w jego ramiona, spojrzała w te jasnoszare oczy.
   Kilka kandelabrów na polecenie Malfoya przygasło, do tańca zaczęli dołączać pozostali goście.
   Madeline zaniemówiła; jego blada, przystojna twarz, powaga, z jaką jej się przypatrywał. Poczuła dziwny ucisk w okolicy podbrzusza.
   — Mhm — urażony głos zesłał ją z powrotem na ziemię. Obok nich pojawiła się Narcyza Malfoy z miną wyrażającą czystą nienawiść.
   — Mogłabyś oddać mojego męża? — rzekła z wyższością. Madeline odsunęła się od Lucjusza, nie umiejąc ukryć speszenia.
   — Dziękuję — odparła Narcyza, potrząsając głową, jasne, zadbane włosy okalały jej chude ramiona.
   Zielonooka miała dość — obcesowo przecisnęła się przez tańczący tłum i udała w jedyne miejsce tej okropnej willi, które było w stanie ją uspokoić.

   — Już ci lepiej?
   — O wiele. Mogłeś poczekać.
   — Nie. Nie mogłem.
   — Jesteś beznadziejny.
   Zacisnął usta w wąską linię, by nie wypowiedzieć czegoś wielce w tej chwili niekorzystnego. Nie zamierzał obserwować kolejnej sceny, jaką zrobi mu urocza żonka.
   Choć teraz tańczył z Narcyzą, przed oczami ciągle miał twarz Beatrice. Jej duże, zielone oczy, ciemne usta, czarne, falowane włosy…
   Ogarnął, że muzyka zmieniła się, gdy Narcyza stanęła.
   — O czym tak myślisz, hm?
   — W tych czasach mogę myśleć o wielu rzeczach — odparł cynicznie. — Nadchodzącej wojnie, moim synu, który ciągle pozostaje na linii frontu, bo Czarny Pan nie daje mi go tu sprowadzić. Narcyzo, myślisz, że dlaczego On nas tak katuje?
   — Jest zły — powiedziała drżącymi wargami. — Przez twoją nieudolność stracił przepowiednię.
   — I to zawsze musi być moja wina?!
   Kilka bliżej stojących osób spojrzało na nich z ukosa. Tego krzyku muzyka nie zdołała zagłuszyć.
   — Nie poznaję cię — szepnęła Narcyza, a w jej oczach zalśniły łzy. Aktorka.
   Wyminął ją, musiał jak najszybciej stąd wyjść. To wszystko naprawdę zaczynało doprowadzać go do szału! Życie wyniszczało Lucjusza od środka…

   Chłonęła przyjemny zapach białych róż, próbując nie myśleć. Nie roztrząsać w głowie tego, jak bezmyślnie postąpiła.
   — Wszystko dobrze?
   Drgnęła, obejrzała się szybko przez ramię. Lucjusz. Pierwszy raz ktoś zdołał ją tak zaskoczyć.
   — Dlaczego akurat ja? — wydusiła zielonooka, zaciskając mocniej dłoń na łodydze.
   — Beatrice, uspokój się — szepnął blondyn, podszedł bliżej i złapał za jej łokieć. Puściła łodygę, po jej ręce skapywały dwie krople krwi, tworząc na przedramieniu smugi przecinające Mroczny Znak.
   — Nie ma róży bez kolców — oznajmiła poważnie, wpatrywała się intensywnie w jego oczy.
   — Właściwie, to są pewne odmiany, które…
   Nie dokończył zdania, bowiem usłyszał jej śmiech. Śmiech Beatrice Calvert brzmiał zaskakująco inaczej od wszystkiego, co kiedykolwiek słyszał. Dźwięczny, pełen szczerości. Taki prosto z serca.
   Przyciągnął ją do siebie, oczarowany chwilą. Ujął w dłoń jej twarz, z której zniknęła wesołość. Przycisnął usta do ust Beatrice. Poczuł, jakby poraził go prąd. Zauroczony jej miękkimi, smakującymi martini wargami odpłynął od wszelkich problemów tego świata. Po raz pierwszy poczuł, że naprawdę żyje.

   — Madeline?
   Popatrzyła niezbyt przytomnym wzrokiem na Brunona. Następnie na wbity w świeżo rozkopaną ziemię drewniany krzyżyk z plakietką: Alice Jennifer Walters.
   — Jak ona zginęła, Bruno?
   Mężczyzna zasępił się, wpatrzył w kwiaty złożone na mogile, białe róże.
   — George wszystko mi powiedział… To, że się obwiniasz, jest absurdalne, Maddy. Alice swoją śmiercią uratowała trzy inne osoby. I na pewno nie pozwoliłaby ci się tak przejmować.
   Madeline uśmiechnęła się z goryczą.
   — Mimo wszystko dała mi nowe siły do działania. Muszę ją przecież pomścić.
   Otarła łzy.
   — Pójdę już, chodź, bo niedługo kolacja. George daje popis swoim cornish pasty.
   Madeline objęła się ramionami, a gdy Bruno oddalił się w stronę domu, pochłonęły ją myśli. Ach, gdybyś tu teraz była… Doradziłabyś mi, przyjaciółko. Dlaczego Lucjusz to zrobił? I… dlaczego ja mu na to pozwoliłam?

   Ze zdenerwowania stukała obcasem, układała w głowie słowa. Kiedy wyszedł z pokoju, nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
   — Co tu robisz, Beatrice?
   Onieśmielona patrzyła na jego przystojną twarz o arystokratycznych rysach, wąskie usta oraz te jasnoszare oczy, od których wykręcał jej się żołądek.
   — Pójdziemy w jakieś ustronne miejsce?
   Rzucił jej krótkie, uważne spojrzenie. Następnie ruszył przed siebie, pokonali schody, poprowadził kobietę na trzecie piętro. Otworzył za pomocą zaklęcia drzwi do jednego z pokoi gościnnych, przepuścił zielonooką, sam wkroczył do środka i rzucił wszelkie zaklęcia zamykające i wyciszające.
   Gdy odwrócił się do kobiety, ta stała przy oknie. Stwierdził, że jako mężczyzna, on powinien zacząć tę rozmowę.
   — Beatrice — rzekł, szukając odpowiednich słów. — To, co zdarzyło się w sobotę w ogrodzie było…
   — Złe? — przerwała mu. — Nieodpowiednie? Skandaliczne?
   Szybkim krokiem ruszył ku Beatrice. Jej cudne ciało przyciągało go niczym magnes, spłoszone spojrzenie zielonych oczu nakazało mu pokazać, że nie zamierza zrobić jej krzywdy. Ujął tę śliczną twarzyczkę w dłonie.
   — Cudowne — wyszeptał jej w usta. — Obudziłaś mnie z letargu.
   Pocałował ją ostrożnie. Jej uchylone ze zdziwienia wargi prowokowały go do takich rzeczy…
   — Ale… — rzekła cicho, gdy się od niej oderwał.
   — Powiedziałaś mi, że życie w ciągłym smutku nie ma sensu.
   Ściągnął materiał granatowej sukni z ramienia Beatrice. Pocałował w odkryte miejsce, w słodką, napojoną kwiatowymi perfumami skórę. Usłyszał jej cichy jęk, położyła dłonie na jego barkach.
   — Nie zamierzam już nigdy być nieszczęśliwy.
   Złapał Beatrice w pasie i przyciągnął do siebie, a jej drobne dłonie powędrowały do guzików koszuli.

   Mając obok siebie całkiem nagą i oddaną mu Beatrice Calvert, czuł się nieziemsko. To, co przed chwilą zrobili… Z Narcyzą nigdy nie doświadczył czegoś takiego. Ta kobieta wyostrzyła jego zmysły trzykrotnie, wszystko odczuwał bardziej, intensywniej. Starał się być bardzo delikatny, by przypadkowo nie spłoszyć tej cudnej istoty.
   Beatrice uniosła się na łokciu, poczęła całować jego szyję, krótkie muśnięcia warg przypominały trzepot skrzydeł motyla. Odchylił głowę, dając jej lepszy dostęp. Mruknął z rozkoszy.
   Niespodziewanie zakończyła pieszczotę, co nieco go zawiodło. Dotknęła jego szyi, musnęła wytatuowany numer.
   — ,,537″ — odczytała z tym swoim akcentem.
   — Pamiątka po Azkabanie — rzekł cierpko. Kobieta wtuliła się w jego nagi tors, objął ją ramieniem.
   — Beatrice, jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało — oznajmił po chwili, a ją aż serce zakuło. Uniosła się do pozycji siedzącej, czarne włosy spłynęły na jej plecy.
   — Nie znasz mnie.
   Poprawił się na poduszkach, by zrównać się z odwróconą do niego brunetką.
   — O czym ty mówisz?
   Wstała z łóżka i zaczęła zbierać z dywanu ubrania. W ogóle jej teraz nie rozumiał. A przecież wydawała się tak bliska.
   — Muszę już iść — rzekła, wbijając stopy w szpilki.
   Gdy kobieta wyszła, wpatrzył się tępo w sufit. Nie potrafił ujarzmić własnych uczuć.

   Przez następne dni chodził niczym struty. Zauważyła to nawet jego szwagierka, lekko stuknięta Bella:
   — Lucjuszu, na pewno nic ci nie jest? Wyglądasz strasznie.
   Posłał jej nieszczery uśmiech.
   — Zostaw go, Bella — rzekła szorstko Narcyza. — Najwidoczniej kryzys wieku średniego.
   Nie chciało mu się odpowiadać, nie miał ochoty na kłótnie. Na nic już nie miał ochoty.
   — Ciekawe, czy Calvertówna znów zaciągnęła Snape’a do ogrodu… — mruknęła sugestywnie Bella.
   — Co proszę?
   — Ha! Nie widziałeś? Już od kilku dni ciągle z nim łazi. Ciekawe co na to jej przodkowie? Zadawać się z mieszańcem…
   Lucjusz wstał szybko od stołu.
   — Co ci jest, kochanie? — spytała Narcyza bez cienia ciepła w głosie.
   — Duszno mi — rzekł, po czym ruszył do drzwi. Przebrnął przez całą tę willę, która choć piękna, tak naprawdę nie przynosiła szczęścia. Ulotna śmieszność.
   Wyszedł, zbiegł po kamiennych stopniach i ruszył ścieżką w stronę ogrodu. Czuł w trzewiach narastający, palący gniew.
   — Dzień dobry, Beatrice. Witaj, Severusie.
   Zastał tę dwójkę za krzakiem białych róż. I poczuł, jak cierń przeszywa mu serce.
   — Ja już pójdę — rzekł Snape, wyczuwając napiętą sytuację. Oddalił się szybko, a podczas tego kochankowie uważnie patrzyli sobie w oczy.
   — Zaspokoiłaś się kimś innym? — wydusił wreszcie z siebie jasnowłosy, czując, że cały się gotuje.
   — Czego ty ode mnie chcesz? — odparła, czując pod powiekami zbierające się łzy. — Masz żonę i syna. A ja nie potrafię żyć w tak popapranym związku. Nie będę twoją kurtyzaną.
   Podszedł bliżej, złapał ją za łokieć i boleśnie ścisnął.
   — Czy ty niczego nie zrozumiałaś? — warknął, przestraszyła się jego rozgniewanych, wręcz ciskających gromy oczu. — Ja byłem gotowy zostawić dla ciebie żonę.
   Pękła, rozpłakała się. Po jej policzkach zaczęły obficie płynąć łzy.
   — Oszalałem na twoim punkcie! — wykrzyczał desperacko, przyciągnął ją do siebie za kark, zaczął ścierać kciukami łzy z jej twarzy.
   — Nie — rzekła po chwili zdecydowanym tonem. Złapała go kurczowo za nadgarstki. — Na punkcie Beatrice Calvert.
   Poczuł rwący ból w okolicy podbrzusza, zniknęli w teleportacyjnym wirze.

   — Gdzie jesteśmy? — zapytał, rozglądając się po obskurnej uliczce.
   — Przed moim mieszkaniem.
   Zadarł głowę, ku swemu wielkiemu zdumieniu ujrzał małą kawalerkę o szarawych ścianach. Podążył jednak posłusznie za Beatrice, a gdy weszli do środka, zaryglowała porządnie drzwi. Rozejrzał się po małym pomieszczeniu mieszczącym wąskie łóżko, szafę, niską komodę, kulawy stolik i krzesło.
   — Co robisz?
   Beatrice szybkim, pełnym złości ruchem zerwała z siebie sukienkę, podeszła do szafy, wygrzebała z niej ciemnoniebieskie dżinsy i błękitny T-shirt. Włożyła na siebie te ubrania, włosy związała u góry w rozwalającego się koka.
   — To jestem prawdziwa ja — rzekła, rozłożywszy ręce na boki. Lucjusz obserwował ją uważnie, nie śmiąc się odezwać.
   — Nie pochodzę z żadnej pieprzonej arystokratycznej rodzinki, nigdy nie miałam prywatnego nauczania ani wysokiego stanowiska we francuskim rządzie, akcent cały czas udawałam.
   Pokazała dłonią na leżącą na podłodze suknię.
   — To jest Beatrice Calvert.
   Następnie wskazała na siebie.
   — A tu Madeline Jones. Gardzisz takimi jak ja. Jestem półkrwi.
   Wciągnął ze świstem powietrze. Odebrało mu dech. Wpatrywały się w niego te zielone oczy pełne niepewności.
   Ujrzawszy jego zszokowanie, prychnęła z pogardą do samej siebie.
  — Nawet moje włosy nie są czarne. Pofarbowałam je na potrzeby misji.
   — Jestem idiotką, bo mówię ci to wszystko. Tylko po prostu nie mam dłużej sił, by to przez tobą ukrywać. Bo… ja też oszalałam na twoim punkcie. Choć teraz zapewne nie będziesz chciał mnie znać.
   Objęła się nieporadnie ramionami.
   — Powiesz coś? — szepnęła, wpatrzona w podłogę.
   Zgodnie z prośbą, Lucjusz powiedział. Coś, czego kompletnie się nie spodziewała.

   Naprawdę szukał tego szpiega, o którym w tajemnicy powiedział mu Snape. Chciał wybawienia. Już po powrocie z Azkabanu postanowił uciec od tego syfu. Z czyjąś pomocą zaszyć się gdzieś, gdzie Czarny Pan go nie znajdzie.
   To, że okazała się nim Beatrice… Znaczy Madeline…
   Siedzieli w małej kuchni, rozmawiając.
   — Czyli chodziłaś do Hogwartu?
   — Tak. No, dodając jeszcze coś, za co możesz mnie nienawidzić: byłam w Gryffindorze.
   — Jak to możliwe, że cię nie rozpoznałem?
   — Dzieli nas pięć lat różnicy. Poza tym byłam znacznie grubsza, a włosy miałam blond.
   — W takim razie Snape…
   — Jego interesowała wyłącznie Lily.
   — Wasza organizacja będzie w stanie ukryć moją rodzinę?
   — Z całą pewnością.
   Zasępił się i wpatrzył w kubek z kawą.
   — Dobra, nie ma na co czekać, powiadomię George’a.
   — Zaczekaj!
   Zdążyła już wyjąć z kieszeni dwukierunkowe lusterko.
   — Muszę porozmawiać z Narcyzą.
   — Lucjuszu, to naprawdę nie może czekać.
   — Bea… Madeline.
   Pod naporem jego stalowego spojrzenia ustąpiła.
   — Dobrze. Jutro o piątej zjawcie się tutaj.
   Jasnowłosy wstał. Rzucił ostatnie spojrzenie kobiecie, której tak naprawdę nigdy nie znał. Czuł okropny smak rozczarowania i zawodu. Szybkim krokiem ruszył do wyjścia.
   Gdy usłyszała trzaśnięcie drzwiami, mogła przestać udawać. Oparła czoło o blat stołu i zatrzęsła się z głośnego szlochu.

   — Czarny Pan jest u siebie?! — krzyknął do stojącego w holu Yaxleya.
   — Zdążył wrócić — odparł obojętnie blondyn, nie odrywając wzroku od czytanej gazety.
   Lucjusz szybkim, zdecydowanym krokiem ruszył schodami na górę. Dotarł na drugie piętro i zatrzymał przed odpowiednimi drzwiami. Uniósł rękę, by zapukać.

   Narcyza po rozmowie z mężem czuła się zrujnowana. Decyzja, jaką podjął… napawała ją obrzydzeniem i poczuciem hańby. Ale musiała to zrobić. Dla dobra własnego syna.
   — Długo was nie będzie? — spytała Bella, podając siostrze wysadzaną perłami torebkę.
   — To zaledwie dwie godziny, nigdy nie przepadałam za jego kuzynem, więc wykręcę się bólem głowy. Chodź tu.
   Narcyza mocno przytuliła ciemnowłosą.
   — Coś się stało?
   — Nie… Po prostu cię kocham, siostrzyczko.
   Wyszła, nie oglądając się za siebie. W holu spotkała Lucjusza. Wyciągnął ku niej ramię, które po chwili wahania pochwyciła. Kiedy już wyszli z willi, jasnowłosy teleportował ich przed brzydki, stary dom.

   Naprawdę nie wiedział, po co dyrektor go wzywa. I to w dodatku w środku nocy!
   — Dobry wieczór — powiedział, przekraczając próg gabinetu. Snape obdarzył go ostrym spojrzeniem.
   — Siadaj, Draco — rzekł tonem nieprzyjmującym sprzeciwu. Chłopak posłusznie zajął miejsce naprzeciwko Mistrza Eliksirów, który wyciągnął pióro z inkaustu i jak gdyby nigdy nic zaczął zapisywać czystą rolkę pergaminu.
   — Co ja tu robię? — spytał buntowniczo. Po ,,incydencie” na Wieży Astronomicznej ich relacje znacznie się pogorszyły.
   — Czekasz. W ciszy.
   Prychnął niezadowolony. Miał odpowiedzieć, gdy do gabinetu ktoś wszedł bez pukania. Odwrócił się, ujrzał kobietę o czarnych włosach, zdawało się, że w półmroku jej zielone oczy świecą jak u kota.
   — Mam twoje rzeczy, możemy iść — odezwała się nowo przybyła.
   — Zaraz, co tu jest grane?! — wykrzyczał Draco, podrywając się z krzesła.
   — Porywczy zupełnie jak ojciec — powiedziała, przyglądając mu się krytycznie. — Jeśli pójdziesz ze mną, to cię do niego zaprowadzę.
   Uniósł jasne brwi w zdziwieniu.
   — Profesorze, o co tu chodzi? — zapytał łamiącym się głosem. — Nic nie rozumiem…
   — Po prostu z nią idź — westchnął Snape, nie odrywając się od pisania.
   Kobieta podeszła, położyła dłoń na ramieniu Draco. Wyrwał się.
   — Twoja rodzina postanowiła uwolnić się od tego koszmaru. Ukryjemy was w bezpiecznym miejscu.
   — Kim pani jest?
   — Zbuntowaną aurorką, która może wam pomóc. Chodź.
   Draco przed wejściem do kominka rzucił ostatnie spojrzenie Severusowi Snape’owi.
   — Ty… — wydusił z trudem.
   Snape poderwał głowę znad pergaminu, po czym uśmiechnął się.

   — Draco! — krzyknęła Narcyza, porywając w objęcia syna.
   — Mamo, tato, co tu się dzieje?! — wykrzyczał ciągle zdezorientowany chłopak. Lucjusz ujął go za ramię i zaczął coś żywo tłumaczyć.
   Madeline odsunęła się, nie chciała wyjść na wścibską. To ich rodzinne sprawy, do których nie powinna się mieszać…
   Tuż obok zjawił się nagle George w akompaniamencie aportacyjnego trzasku.
   — Czujesz wewnętrzne samospełnienie, Maddie? — spytał zaczepnie.
   — Daj spokój, po prostu cieszę się, że ich ratujemy.
   Prychnął sztucznie rozbawiony.
   — Trójka śmierciożerców.
   Popatrzyła na niego, w gniewie ściągając brwi.
   — Ja też jestem śmierciożerczynią — rzekła, zadzierając rękaw. George przewrócił oczami.
   — Nie dramatyzuj. Poza tym dobrze wiesz, o czym mówię, a granica pomiędzy tobą, a tymi ludźmi ma rozmiary Wielkiego Kanionu. Maddie? Czy ty płaczesz?
   — Zdaje ci się — szepnęła, pociągając nosem. Świadomość, że widzi Lucjusza po raz ostatni dotarła do niej z całą swą mocą.
   — Już?! — krzyknął George, ze zniecierpliwieniem patrząc na zegarek. — Nie mam całej nocy… Właśnie, Maddie, coś dziś robisz?
   — Pierdol się.
   Blondyn roześmiał się dźwięcznie.
   Lucjusz żywo gestykulował, kłócił się zacięcie z żoną. Narcyza złapała go za rękaw, wyrwał się jej. Po chwili ruszył w stronę czekających, a Madeline serce szybciej zatłukło w piersi.
   Lucjusz popatrzył na George’a i kiwnął głową, auror bez słowa poszedł w stronę Malfoyów.
   — Madeline.
   Popatrzyła na niego zlęknionym wzrokiem.
   — Proszę, idź już. George czeka.
   Mężczyzna uśmiechnął się do Madeline szczerze. Uścisnął jej dłoń.
   — Nigdzie się nie wybieram.
   Z wrażenia lekko uchyliła wargi.
   — Kusisz.
   — Ale… Co ty wyprawiasz?
   Złapał ją w talii i przyciągnął do siebie.
   — Musiałem to sobie przemyśleć. I… nieważne, czy jesteś Beatrice, czy Madeline.
   Drążącą dłonią dotknęła jego szorstkiego policzka. Nad ramieniem Lucjusza ujrzała, jak Malfoyowie znikają wraz z George’em w teleportacyjnym wirze.
   — Narcyza i Draco będą bezpieczni aż do zakończenia wojny. Ja zostaję z tobą, najdroższa. Jesteś moim szczęściem. A ja obiecałem sobie, że nigdy więcej nie będę żył w smutku.
   Złączyła ich usta w namiętnym, gwałtownym pocałunku.

Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 560
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!