Poza granicami

Dziś był wyjątkowo piękny dzień. Słońce świeciło tak, że będąc w niezacienionym miejscu, mimowolnie mrużyłam oczy, bo jego promienie bez żadnej litości mnie drażniły. Miałam cichą nadzieję, że nagle stanie się jakieś zaćmienie, ale niestety takie zdarzenie nie miało miejsca. Za takimi dniami nie przepadałam. Wolałam deszcz, a zwłaszcza burze. Wtedy mogłam podziwiać błyskawice na zachmurzonym niebie. Jeśli chodzi o temperaturę, to wolę, gdy jest niska, najlepiej na minusie. Mi to nie przeszkadza. Dlatego właśnie moją ulubioną porą roku jest zima. Mróz na szybach i płatki śniegu powoli spadające na ziemię są moim obiektem zainteresowań, podczas patrzenia przez okno.
Oprócz tego zima jest moją ulubioną, ponieważ, wtedy, w każdy poniedziałek wylewam wiadro wody na chodnik przed centrum handlowym i w Central Parku, przez który droga jest oblodzona, a ludzie pragnący po niej przejść są zmuszeni tańczyć breakdance. Na moją twarz wpłynął szeroki i pełen satysfakcji uśmiech, na myśl o przewracających się po kolei ludziach, na których twarzach malowało się przerażenie. Zimny wiatr wprawił w ruch moje włosy. Wypuściłam powietrze z płuc, a z mojej buzi wydobyła się para wodna, która poleciała w górę.
Przechodziłam między ludźmi, przy okazji ich okradając. W ręce wpadły mi różne portfele i zegarki. Dla zabawy brałam także klucze od ich mieszkań, widząc w swojej głowie wyraz twarzy osoby, która bez sensu próbuje je znaleźć i nie może dostać się do swojego domu. Po kilku minutach stałam przed drzwiami do mieszkania. Otworzyłam je i weszłam do środka. Powiesiłam kurtkę na wieszaku. Przechodząc obok blatu kuchennego, położyłam na nim wszystkie rzeczy zdobyte w czasie drogi powrotnej i rzuciłam się na bladoróżową sofę.
Mieszkanie nie było urządzone nowocześnie i na bogato. Za pieniądze kupowałam tak zwany “sprzęt złodzieja”. To bardziej przydawało mi się do życia. Oczywiście wszystkie rzeczy przeciętnego mieszkańca Nowego Jorku posiadałam. Miałam laptopa i telewizor. Łazienka w pełni funkcjonalna, salon też, lodówkę miałam… och, lodówka. Bez niej by się nie obeszło. To mój skarb nad skarbami, tak jak łóżko. Na nie wydałam chyba najwięcej pieniędzy ze wszystkich mebli (nie licząc lodówki).
Chwyciłam pilota, leżącego na jednej z poduszek i włączyłam wiadomości, lecące właśnie w telewizji. Wzruszyłam niedbale ramionami i położyłam sobie na kolanach laptopa, jeszcze przed chwilą zakrytego papierkami po jedzeniu i go włączyłam.
To był wielki dzień. Dlaczego? Miałam zamiar wcielić swój wielki plan w życie i zrobić coś większego, niż sprawianie, że mieszkańcy mieli gorsze dni. Chciałam, aby moja kariera przestępcy wskoczyła o jeden poziom w górę. Zwłaszcza, że dawno nie używałam moich umiejętności hackerskich.
Może stać mnie na coś więcej?
– Czas brać się do roboty – powiedziałam do siebie i sięgnęłam po colę stojącą na drewnianym ramieniu sofy, której nie byłam w stanie wczoraj wypić do końca i wzięłam duży łyk, po czym odstawiłam ją na miejsce i wlepiłam wzrok w ekran.
Kiedy zobaczyłam na nim wyświetlającą się tapetę, zaczęłam robić swoje. Poza korzystaniem z moich mocy, używałam także specjalnych programów hackerskich do robienia tego typu rzeczy, ale to nie były jakieś tam pierwsze lepsze programy. Wytrzasnęłam te cuda od mojego kolegi z więzienia o ksywce Cwany Dave.
Jak sama nazwa wskazywała, był naprawdę cwany. Ja jednak nie byłam od niego gorsza i, kiedy zauważył mój potencjał, docenił mnie i zaoferował pomoc w razie potrzeby. Miałam szczęście, bo Dave to mistrz w hackerstwie. Dał mi ten program, dzięki któremu o wiele szybciej włamywałam się, do jakiego tylko zechciałam systemu.
Nie powiem, baza danych T.A.R.C.Z.Y była bardzo dobrze zabezpieczona. Mogłabym nawet stwierdzić, że sam Biały Dom jest strzeżony gorzej od tej organizacji.
Przez pewną chwilę w mojej głowie pojawiła się myśl, że pakuję się do paszczy lwa i będzie ze mną źle, ale szybko to zignorowałam i działałam dalej.
Po niecałych trzech godzinach byłam już prawie na końcu. To były ostatnie zabezpieczenia do złamania, by dostać się do bazy danych. Kątem oka spojrzałam za okno. Był już wieczór i całe miasto oświetlały latarnie, światła samochodów i różne napisy neonowe nad sklepami. Wróciłam wzrokiem do laptopa i kontynuowałam poprzednią czynność.
Niespodziewanie w całym mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Westchnęłam z irytacją. Postawiłam laptopa na stole i niechętnie oderwałam się od sofy. Ruszyłam powolnym krokiem w stronę drzwi. Osoba za nimi była niecierpliwa, bo przez ten czas zdążyła zadzwonić chyba jeszcze z dziesięć razy albo i więcej.
Zabiję cię, kimkolwiek jesteś.
Otworzyłam drzwi z kamiennym wyrazem twarzy. Moim oczom ukazała się sąsiadka mieszkająca obok. To siedemdziesięcioletnia staruszka z okrągłymi okularami na nosie, zawsze ubrana w długą sukienkę w kwiecistym wzorze. Jak na swój wiek miała bardzo dobry słuch. Często, gdy wychodziłam z domu, jak gdyby nigdy nic, drzwi od jej mieszkania otwierały się z prędkością światła i zaczynała mi opowiadać, co to jej się przytrafiło, będąc rano w spożywczaku za rogiem.
– Och, moja droga. Mam do ciebie małą prośbę – wytłumaczyła swoje przybycie i uśmiechnęła się przyjaźnie.
Oparłam się o framugę drzwi i założyłam ręce na piersi. Podniosłam jedną brew do góry, oczekując wyjaśnień.
– Widzisz… za pół godziny zaczyna się mój ulubiony serial. Wiesz jaki? “Jak wejść na szczyt” – zaczęła – Otóż, chciałam, jak za każdym razem, zrobić sobie moją ulubioną herbatę malinową z dodatkiem cytryny. Dzięki niej ogląda się o wiele lepiej. Być może nigdy o tym nie wiedziałaś, ale naukowcy odkryli niedawno, że popijanie sobie herbaty w trakcie oglądania telewizji pozytywnie wpływa na odbieranie informacji. Dlatego nie mogę obejść się bez kubka gorącej herbatki, kocyka i Mruczka na kolanach. W ogóle wiesz, co? Ostatnio dowiedziałam się, że koty…
Chryste Panie, niech te katorgi już się zakończą. Po jakie licho ona mi to mówi? Nie ma żadnych swoich przyjaciółek w swoim wieku i to mnie musi męczyć tym gadaniem?
Wiem, że nie jestem dobrą osobą, ale to już lekka przesada.
– Margaret, po co tu przyszłaś? Robię właśnie bardzo ważną rzecz i nie ukrywam tego, że mi przeszkadzasz – przerwałam jej monolog.
Kobieta popatrzyła na mnie zdziwiona, po czym otrząsnęła się i uniosła ręce do góry.
– No, tak… zapomniałabym! Nie mam czym posłodzić herbaty. Czy byłabyś na tyle uprzejma, drogie dziecko, i pożyczyłabyś mi cukier?
Zrezygnowana pokręciłam głową i cofnęłam się do środka, aby wyjąć z szafki nad lodówką cukierniczkę i podałam ją staruszce, która przyjęła przedmiot z szerokim uśmiechem.
Mogłabym porównać ją do małego dziecka, które cieszy się z lizaka otrzymanego od sprzedawcy.
– Niedługo zapomnę własnej głowy! – krzyknęła na odchodnym i wróciła do domu.
Obawiam się, że to już dawno nastąpiło.
Zamknęłam drzwi, przekręcając zamek i udałam się do salonu, siadając na jeszcze niedawno zajmowane przeze mnie siedzenie i zakryłam twarz rękoma.
Dlaczego na świecie istnieją tacy ludzie jak ona? Czemu świat skazał mnie na cierpienie i umieścił tą kobietę akurat w mieszkaniu obok mojego? Czy to kara za moje czyny? Nawet jeśli tak, to nie zrezygnowałabym z tego. Za bardzo to kochałam, aby to porzucić. Pasję do tego właśnie zajęcia odkryłam w wieku piętnastu lat, kradnąc batona czekoladowego dziewczynie, która uważała się za “popularną”. Ha, Popularna! Jak ja jej nienawidziłam. Traktowała wszystkich, jak śmieci, razem ze mną. Zawsze byłam szarą myszką, nie wychylałam się, stałam w cieniu. W końcu pewnego dnia wzięłam się w garść i pokazałam, kto tu rządzi. Ośmieszyłam ją przy wszystkich, a ona stała się pośmiewiskiem całej szkoły. Była taka zażenowana, że ją zmieniła.
Nigdy tego nie zapomnę.
Skrzyżowałam nogi i pochyliłam się nad laptopem, biorąc łyka coli zostawionej na oparciu sofy. To, co zobaczyłam przeraziło mnie tak bardzo, że zakrztusiłam się napojem, który właśnie przełykałam. Kaszlnęłam kilka razy i z niedowierzaniem patrzyłam na ekran sprzętu.
Na samym środku widniał napis: Namierzanie sprzętu używanego do próby włamania się do bazy danych agencji T.A.R.C.Z.A zostało ukończone.
KIEDY TA STARSZA PANI MIESZKAJĄCA Z GRUBYM KOTEM OPOWIADAŁA MI O SWOIM NUDNYM ŻYCIU, T.A.R.C.Z.A ZDĄŻYŁA NAMIERZYĆ MIEJSCE MOJEGO POBYTU!
– Niech to szlag! – krzyknęłam na całe mieszkanie, gwałtownie wstając i łapiąc się za głowę.
Muszę stąd uciekać i to jak najszybciej! Ile rozmawiałam z tą kobietą? Piętnaście minut? Może trochę więcej. W tym czasie agenci tej organizacji mogą być już dawno pod tym wieżowcem!
Nigdy nie byłam w tak poważnej sytuacji jak ta! Z ich większości udało mi się jakoś wybrnąć, ale to?! To jest już co innego! Próbowałam włamać się do bazy danych tajnej organizacji! Co będą chcieli mi zrobić? To nie to, co drobne kradzieże, czy włamania!
Pierwsze, co zrobiłam, to wzięłam mój telefon, klucze i schowałam do brzusznej kieszeni bluzy. Wyjęłam z szuflady pierwszy lepszy pendrive i przerzuciłam szybko na niego cenne dane z komputera. Wyszłam z mieszkania, zakluczając drzwi i z zamiarem zejścia po schodach, odwróciłam się do nich przodem. Drogę jednak zagradzało mi dwoje uzbrojonych, ubranych na czarno agentów. Chciałam wyjąć broń, schowaną pod ubraniem i wtedy zdałam sobie z czegoś sprawę.
Nie wzięłam jej.
Przeklinając w duchu, stałam nieruchomo, tępo patrząc się w przeciwników. Podniosłam ręce do góry w geście poddania się, więc ci podeszli do mnie bliżej. Uśmiechnęłam się pod nosem i wytrąciłam jednemu z nich broń z rąk i pozbawiłam go przytomności mocnym uderzeniem w głowę. Drugiego, zanim zdążył zareagować, postrzeliłam w nogę i zaczęłam uciekać po schodach.
Osoby w czarnych kostiumach zaczęły pojawiać się z góry i z dołu. Otoczyli mnie, tak, że nie miałam żadnej drogi ucieczki. Byłam zmuszona użyć specjalnych środków. Wykonałam odpowiedni ruch rękoma i posłałam w stronę ludzi blokujących dolną część purpurową błyskawicę. Na moje nieszczęście w nikogo nie trafiłam, a agenci, do których odwrócona byłam tyłem, wykorzystali to i dwóch z nich przygwoździło mnie do ściany.
Pomimo moich prób uwolnienia się, agenci zakuli moje ręce w kajdanki. Chwycili mnie mocno za ramiona i oderwali od zimnej powierzchni, kierując w stronę wyjścia, gdzie zapewne czekał ich transport. Szarpałam się, ile mogłam, licząc na to, że to w czymś pomoże. Odwróciłam głowę do tyłu i zobaczyłam stojącą w progu drzwi swojego mieszkania staruszkę, trzymającą na rękach grubego, szarego kota, która patrzyła na mnie z przejęciem.
– To przez ciebie, Margaret! Ty i te twoje durne opowieści! I jak zwykle musiał ci się skończyć cukier! Wszystko byłoby w porządku, ale… co do…?
Poczułam jak coś ostrego i cienkiego, wbiło mi się w ramię. Spojrzałam w tą stronę i zauważyłam człowieka oddalającego ode mnie strzykawkę z jakąś substancją. Przestałam się szarpać i poczułam się ospała. Oczy same mi się zamykały i dłużej nie walcząc, po chwili odpłynęłam w błogi sen.

Autor Ittah
Opublikowano
Kategorie Marvel
Odsłon 719
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!