Córa rodu Phoenix – Rozdział 8

Łza Bogini

                      Feniks cicho śpiewał wprost do jej ucha, przez co raz po raz wybuchała przytłumionym śmiechem. Ród Phoenix i feniksy łączyła szczególna, głęboko zakorzeniona więź, a ich spotkania zawsze należały do nadspodziewanie wylewnych widowisk. Płomiennowłosa nie wiedziała, dlaczego Fawkes zdecydował się zostać z Albusem – żaden z nich nigdy nie odpowiedział na to pytanie, dlatego przestała pytać. Najważniejsze, że feniks i czarodziej rozumieli się bez słów oraz wzajemnie cieszyli swoim towarzystwem. Radosne powitanie przerwało pojawienie się dyrektora. Staruszek uśmiechnął się do przyjaciółki, był to jednak uśmiech strapiony, naznaczony piętnem poważnych trosk. Nie znosiła, gdy uśmiechał się w ten sposób. 

– Widzę, że nie odmówiłeś sobie powitania, stary przyjacielu – spojrzał na Fawkesa. 

Ptak zważając by nie zahaczyć skrzydłami dziewczyny, wzbił się w powietrze – tylko po to, żeby przysiąść na swoim stałym miejscu, po wykonaniu widowiskowego przelotu. Odwrócił delikatnie łebek, manifestując tym samym niezadowolenie z tego, że przerwano mu miłą pogawędkę z błękitnooką. Dumbledore skwitował zachowanie stworzenia szerszym, pobłażliwym uśmiechem. Feniks doprawdy bywał niezwykle uparty i skory do humorków. 

– Siadaj, moja droga – wskazał przyjaciółce fotel, a sam powoli okrążył swoje biurko, siadając naprzeciwko. 

Uwadze dziewczyny nie uszedł fakt, że czarodziej nie poruszał się już tak energicznie i zdecydowanie jak kiedyś. Piętno czasu coraz dotkliwiej odciskało się na profesorze, wydzierając mu z wolna hardość, którą odznaczał się za młodu. Czarodziej zdjął okulary, wsparł łokcie na zadbanym blacie i oparł brodę o splecione dłonie. Przez chwilę przeszywał towarzyszkę wzrokiem zmęczonego życiem starca. 

– Mamy poważny problem – szepnął zrezygnowany. 

– Wiem już o Justynie, jeśli o to chodzi – założyła nogę na nogę. 

– Nie wątpię, że wiesz! Cała szkoła o tym huczy, jednak chciałem osobiście przekazać ci wszystko co mnie jest wiadome w tym temacie. 

Dyrektor, nie tracąc czasu, streścił wszystko co wydarzyło się od momentu znalezienia Harry’ego nad spetryfikowanym Justynem, aż do chwili obecnej. Płomiennowłosa zasłuchana w opowieść, rozparła się wygodniej w fotelu i splotła ręce na piersi – coś tu mocno nie pasowało. Brakowało elementu, który połączyłby poszlaki w sensowną całość. Obraz stawał się coraz rozleglejszy i mniej wyraźny, uniemożliwiając przyjęcie czegokolwiek za pewnik. Zbyt wiele fragmentów pojawiało się znikąd. 

– To coś spetryfikowało ducha? – zapytała dla pewności. 

– Na to wygląda. Sir Nicholasa znaleziono przy Justynie. 

– Albusie, także odnosisz wrażenie, że pan Potter nie jest z nami w pełni szczery? 

Dumbledore uśmiechnął się półgębkiem. Założył swoje nieodłączne okulary i wejrzał głęboko w lazurowe tęczówki.

– Jestem tego pewny, moja droga. Nie mogę zmusić go, by mi zaufał. Potrzeba do tego czasu, którego niestety nam brakuje. Jak zawsze z resztą.  

– Więc to moje zadanie? – zaśmiała się dziewczyna. 

– Nie do końca. Po prostu bądź obok, gdy będzie cię potrzebował. 

– Taki mam zamiar, nie martw się. Albusie, czy mogłabym pożyczyć twoją sowę? Ethan powinien poznać szczegóły tego, co się wydarzyło. Może to go naprowadzi na właściwy trop. 

– Oczywiście, nie krępuj się. Czy pan Luther odnotował już jakieś postępy? 

– Niestety nie. W chwili obecnej, poza wertowaniem ksiąg, zajmuje się obserwacją podziemnego rynku artefaktów czarnomagicznych i wydaje mi się, że to zajęcie pochłania mu większość czasu. 

– Odkrył coś interesującego? – czarodziej nie ukrywał zainteresowania małym śledztwem, toczonym w szemranych kręgach. 

– Jedną rzecz. Wedle słów zaufanego informatora nasz szacowny przyjaciel, Lucjusz Malfoy, jakiś czas temu próbował pozbyć się kilku podejrzanych przedmiotów. Ethan stara się ustalić co to konkretnie było i w czyje ręce trafiło, bądź trafić miało. 

Albus westchnął i pokiwał głową z uznaniem. Kilka razy w ciągu swej kariery usiłował wydobyć informacje od ludzi działających na granicy magicznego prawa, ale zawsze kończyło się to porażką. Przedstawiciele półświatka ofiarnie pilnowali swoich interesów i nie dopuszczali zbyt blisko siebie żadnych obcych, częstokroć sięgając po siłę, by bronić swego. W tych kręgach można było łatwo stracić życie, jeśli zadawało się za dużo niewygodnych pytań. 

– Jak on się tego dowiedział…

Płomiennowłosa roześmiała się, lecz nie jakoś szczerze czy radośnie – w jej śmiechy czuć było sarkazm i gorycz. Ethan miał niezaprzeczalnego asa w rękawie, jednak jej kuzyn nie był najlepszym kandydatem do infiltrowania półświatka. Za bardzo wyróżniał się na tle reprezentantów tego środowiska. Lady Crown znała osobę, która byłaby w stanie bez problemu wniknąć do tego świata i dowiedzieć się, czego tylko dusza zapragnie, właściwie bez podejmowania jakiegokolwiek ryzyka. Nie miała jednak pojęcia, gdzie obecnie przebywał ów osobnik, a nawet gdyby wiedziała, sprowadzenie go do Anglii wiązałoby się z komplikacjami i zapewne kolejną sprzeczką w szeregach Phoenix’ów. Póki co musiała zawierzyć umiejętnością Ethana. 

– Nikt nie zadaje pytań, jeśli nosisz nazwisko Luther. Powinieneś o tym wiedzieć, profesorze Dumbledore. 

Starzec uśmiechnął się nieznacznie. Rzeczywiście już od wieków wśród czarodziei krążyły legendy o rodzie Luther – bardzo mroczne i niepokojące. Kiedy Ethan opowiedział mu, mniej więcej, historię swego rodu, wszystko zaczęło mieć sens. Czarodzieje nieufnie podchodzili do ludzi obdarowanych mocą znacznie przewyższającą ich własną – z tego powodu, w świecie magii, Lutherowie postrzegani byli jako niebezpieczne dziwadła od których należało trzymać się z daleka. Wielu wierzyło, że swe umiejętności zawdzięczali praktykowaniu czarnej magii w jej najgorszej formie, lub jakimś starożytnym, zapomnianym rytuałom wymagającym krwawych ofiar. Powszechnie bano się osób noszących to nazwisko, a aurę tajemniczej grozy spotęgowało pojawienie się dziwnego mężczyzny nazywanego Kolekcjonerem – nieuchwytnego zabójcy, który zjawił się znikąd, robiąc spektakularne wejście na karty historii. Jego imię wysławiło zdarzenie mające miejsce w późnych latach 80 XIX w., kiedy to cień grozy padł na północnoamerykańskich czarodziei, odbijając się szerokim echem na całym świecie. Amerykańskie Ministerstwo w tamtym czasie toczyło brutalną wojnę z czarodziejami, wywodzącymi się z rdzennych plemion Ameryki, uważając ich ludowe praktyki za wynaturzone i sprzeczne z oficjalnymi ministerialnymi założeniami. Przywódcy duchowi plemion usiłowali bronić swoich racji oraz przekazywanej z pokolenia na pokolenie tradycji, ale nie mieli szans w zderzeniu z biurokratycznym murem. Przedstawiciele ministerstwa ostatecznie pozbawili ich dostępu do miejsc, które tubylcy uważali za święte oraz krwawo tłumiły wszelkie przejawy protestów. Kiedy sprawa Indian wydawała się już ostatecznie przesądzona, stało się coś nieoczekiwanego. Dokładnie 19 lipca 1888 roku w ciągu jednej nocy, ktoś zamordował siedmiu oficjeli ministerstwa w ich własnych posiadłościach, nie zostawiając po sobie nawet najmniejszego śladu. Zbrodnia zszokowała społeczeństwo przez swą brutalność, bowiem zwłoki odnaleziono bez głów, które napastnik oderwał od ciał – nie odciął, a wyrwał wraz z fragmentami kręgosłupa. Poszukiwania sprawcy i zaginionych fragmentów zwłok trwały nieprzerwanie przez 10 dni, jednak niczego nie znaleziono. 30 lipca 1888 roku kurier dostarczył do rąk własnych ministra drewnianą skrzynię, zawierającą wszystkie głowy oficjeli – wedle zapisków, każdemu z nich wyłupiono oczy i zaszyto usta. Do makabrycznej przesyłki dołączona była wiadomość, której treść wyciekła do prasy: 

Szanowny Ministrze! 

Na miejscu wielmożnego Pana, ponownie rozpatrzyłbym kwestię godnego traktowania rdzennych plemion, z poszanowaniem reprezentowanej przez nich kultury oraz wielowiekowej tradycji. Głowy Pańskich psów przesyłam jako przestrogę. Jeśli rdzenni czarodzieje nie zostaną potraktowani w sposób sprawiedliwy, kadra Ministerstwa ulegnie kolejnemu uszczupleniu. Nadmieniam również, że w przypadku nie podjęcia przez szanownego Pana należnych kroków, kara nie ominie Pańskiej rodziny. 

Z wyrazami nieprzesadnego szacunku , 

Kolekcjoner

Minister zignorował ostrzeżenie, nie wierząc w to, że jedna osoba byłaby w stanie dokonać czegoś takiego –  już po dwóch dniach gorzko pożałował bierności. Równo po dwóch dobach od dostarczenia wiadomości, minister dokonał przerażającego odkrycia we własnym gabinecie. Wczesnym rankiem odnalazł swego brata, przybitego za ramiona do drzwi gabinetu oraz pozbawionego obydwu dłoni – w ten sam sposób siepacze ministerstwa karali rdzennych czarodziei za zbliżanie się do miejsc im odebranych. W przypływie gniewu Minister wysłał oddział wojska, by dokonać zemsty na plemionach, które obwiniał za tę zbrodnię – oddziały nigdy nie dotarły nawet w pobliże osad Indian. Na żołdaków, którzy rozbili obóz by przeczekać noc, napadł jeden, samotny człowiek. Wyrżnął niemal wszystkich, zostawiając przy życiu jednego świadka, któremu rozkazał wrócić do ministra z wozem wypełnionym okrutnie zmasakrowanymi zwłokami. Młodzieniec, który uszedł z życiem, przez kilka dni był w zbyt wielkim szoku, żeby opowiedzieć o tym co się stało, a gdy w końcu zaczął mówić…jego zeznania zmroziły krew w żyłach wszystkich. Chłopiec opowiadał o wysokim, noszącym demoniczną maskę mężczyźnie odzianym w długi, skórzany płaszcz. Wedle jego słów napastnik gołymi rękami wymordował wszystkich w zasięgu wzroku, łamiąc karki niczym spróchniałe gałązki, a tych, którzy zdołali uciec mordował zaklęciami częstokroć wymierzonymi w plecy. Młodzik schował się pod wozem, czekając aż masakra ustanie, a kiedy już myślał, że jest bezpieczny z ukrycia wyciągnęła go potężna dłoń, w czarnej rękawicy. Stanął twarzą w twarz z osobnikiem, którego nazywał demonem i z przerażeniem wpatrywał się w jego maskę. Widywał już taką na rycinach…napastnik nosił maskę doktora plagi. Płynną angielszczyzną z unikalną mieszanką, brytyjsko-francuskiego akcentu nakazał mu zabrać ciała towarzyszy i powiadomić ministra, że nie spocznie do póki nie wyrżnie wszystkich, jeśli jego żądania nie zostaną spełnione. Tajemniczy przybysz przedstawił się jako Kolekcjoner. Po tym wydarzeniu minister, naciskany przez opinię publiczną, ponownie rozpatrzył sprawę plemion – tym razem znacznie łaskawszym okiem. Ponoć kiedy ostatecznie podpisywano porozumienie, kilku świadków widziało pośród tłumu wysokiego mężczyznę w masce doktora plagi. Kolekcjoner tamtego dnia zniknął bez śladu, pomimo bycia poszukiwanym przez wszystkie organy i niebotycznie wysokiej nagrody wyznaczonej za swą głowę. Po roku 1888 legenda Kolekcjonera nabrała rozmachu. Prasa rozpisywała się z upodobaniem o szalonym mordercy, lubującym się w odcinaniu głów, zdolnym w pojedynkę pokonać cały oddział wyszkolonych wojskowych. W ciągu kolejnych lat co jakiś czas pojawiały się doniesienia o mężczyźnie w masce doktora plagi, napływając z niemalże wszystkich kontynentów. Opinia publiczna szybko uznała Kolekcjonera za tajemniczego króla świata zbrodni, którego nie sposób było pojmać i doprowadzić przed wymiar sprawiedliwości – był jak duch, nieuchwytny. Dumbledore nie wiedział skąd wzięło się przekonanie, że Kolekcjoner należał do rodu Luther i kiedy właściwie zaczęto tak uważać, ale miał pewne przypuszczenia. Lutherowie jako rodzina przybrali za swoje godło kruka, Kolekcjoner natomiast posługiwał się bardziej makabryczną wersją tego symbolu – Krwawym Krukiem. Oficjalnego potwierdzenia przynależności rodowej Kolekcjonera, nigdy nigdzie się nie doszukał, więc w jego mniemaniu nie było żadnych podstaw, by utożsamiać psychopatycznego zabójcę z członkiem rodu Luther. Pozostawała również kwestia Phoenix’ów – szczerze wątpił, żeby Lord od którego wziął początek ród, zezwolił któremukolwiek ze swych potomków siać radosny chaos. Logika jednak była obca większości społeczeństwa. Ludzie zachowali się jak zwykle – to czego nie rozumiano i zrozumieć nie chciano, potraktowano jako wynaturzone i przerażające. Sami Lutherowie zdawali się całkiem zadowoleni z takiego obrotu spraw zaprzestając, kilkanaście temu, dementowania plotek o związku Kolekcjonera z ich rodem. Albus nieświadomie przeczesał swą długą brodę. W sumie niespecjalnie wierzył w istnienie Kolekcjonera – uważał go za mit, wykorzystywany w ciągu dekad przez różne osoby parające się przestępczą działalnością. Swoisty symbol zbrodni, mocno zakorzeniony w umysłach czarodziei. Dyrektora z rozmyślań wyrwało ciche chrząknięcie. Zamrugał kilkukrotnie, jakby wytrącony z głębokiego transu – wpadał w taki stan za każdym razem, gdy rozmyślał intensywnie.

– Jeśli to wszystko, czy mogę już iść? 

Głos przyjaciółki ostatecznie sprowadził go na ziemię. Zbyt fascynowały go tajemnice skrywane przez świat, który powinien już przecież dobrze poznać. Wciąż wiedział tak mało…Uśmiechnął się ciepło do dziewczyny. Miał tuż przed sobą jedną z największych zagadek magii – przepiękną, lazurowooką istotę obdarzoną potęgą, której źródła nie był w stanie pojąć, choć niejednokrotnie próbował. 

– Tak, moja droga. Dziękuję za wizytę! 

Ognistowłosa posłała mu subtelny, niewymuszony uśmiech. Wstała z fotela i skierowała się do wyjścia, nim jednak zniknęła za drzwiami odwróciła się na moment. 

– Powiadomię cię niezwłocznie, jeśli czegoś się dowiem. Odpocznij trochę, Albusie. 

                      Jak w zeszłym roku, Tea została na święta w szkole. Tym razem przystała jednak na prośbę Dumbledore’a z mniejszą chęcią – w rezydencji czekał na nią Ethan, a możliwość spędzenia czasu z nim była niezwykle kusząca. Luther wbrew pozorom wcale nie tak często odwiedzał jej dwór, był bowiem zajęty swoimi obowiązkami i rozlicznymi podróżami, które się z nimi wiązały. Chęci chęciami, ale obowiązki ponad wszystko. Delikatny zawód całą tą sytuacją, złagodziła nieco wieść, że nie zostanie w tym roku praktycznie sama w dormitorium – Draco również nie opuszczał Hogwartu. Nieco mniej napawała ją optymizmem wizja znoszenia towarzystwa Crabbe’a i Goyele’a. Chłopcy co prawda nawet starali się zachowywać poprawnie, ale ich niechęć wobec wnuczki dyrektora była niemalże namacalna. No cóż…w razie czego zawsze mogła uciec do trójki zaprzyjaźnionych Gryfonów. Razem z Malfoy’em odprowadzili Blaise’a i Dafne aż do ścieżki prowadzącej ku Hogsmeade. Pożegnali się ze znajomymi wymieniając osobiście świąteczne życzenia i upominki. Ani Greengrass, ani Zabini nie mieli zbytniej ochoty na pożegnania, jednak czas gnał nieubłaganie – Express z całą pewnością nie czekałby na dwójkę maruderów. Płomiennowłosa stała obok blondyna, machając znajomym, do póki całkowicie nie stracili ich z oczu. Wracali razem do Pokoju Wspólnego, wlekąc się ładnych kilka metrów za pozostałymi uczniami, którzy odprowadzali swoich przyjaciół i szkolnych kolegów, a obecnie zmierzali w niewielkich grupkach ku zamkowi. Tea dostrzegła doskonałą okazję, żeby troszkę powęszyć. 

– Draco, dlaczego nie wróciłeś do domu? – postarała się przybrać zawstydzony, niepewny ton głosu. 

Chłopak wahał się przez chwilę. Nie specjalnie uśmiechało mu się opowiadanie o tym, co mu na sercu leżało w obawie, że mógłby urazić niechcący koleżankę swoim gadaniem. W końcu obmyślił idealną, jak mu się początkowo wydawało, strategię i obdarował błękitnooką szelmowskim uśmieszkiem. Skoro nie potrafił zdobyć się na szczerość, zamierzał wszystko obrócić w żart. 

– Nie odpowiada ci moje towarzystwo, księżniczko? – mrugnął łobuzersko. 

Pomimo tej nonszalanckiej pozy jego szare tęczówki wręcz krzyczały. Wyglądał na zdezorientowanego, rozczarowanego i przybitego, a udawanie, że jest inaczej szło mu równie żałośnie, jak powstrzymywanie się od utarczek z Potterem. Gallatea była pewna, że cokolwiek Lucjusz by nie wyprawiał, nie był skłonny zbytnio angażować w to syna – trzymał młodego z daleka od swoich niejednoznacznych interesów. Brawo! Dwadzieścia punktów zdrowego rozsądku dla Malfoy’a. Chociaż potrafiła sobie wyobrazić powód stojący za decyzją zostawienia syna w zamku, było jej szkoda Draco – nie znając przyczyny, musiał poczuć się po prostu odrzucony i niepotrzebny w domu. Czasem, gdy się zagadali, opowiadał o swojej mamie, która wydawała się ciepłą, troskliwą kobietą – przynajmniej w stosunku do syna. Ona nie mogła odwdzięczyć się mu podobnymi, urokliwymi opowiastkami z życia rodzinnego. Wciąż była wdzięczna blondynowi za to, że delikatnie podchodził do takich spraw, wykazując się taktem o jaki go nie podejrzewała. Od ich ostatniej rozmowy na temat rodziny, nie podejmował więcej tego zagadnienia – tym bardziej nie próbował jej o nic wypytywać. Cieszyła się, że Albus w swoich opowieściach wspominał, iż osierocono ją we wczesnym dzieciństwie. Nie potrafiłaby wiarygodnie opowiadać o rodzinie. Jak często powtarzał Ethan, członkowie jej rodu zachowywali się w mocno…specyficzny sposób – daleki od tego w jaki funkcjonowały normalne rodziny. Uśmiechnęła się na samo wspomnienie wiecznie wybuchających konfliktów, które błyskawicznie przeradzały się w istne huragany. Te wybuchy nie były oznaką niechęci, oj nie. W taki spektakularny sposób jej ród zwykł okazywać troskę – bracia bywali wyjątkowo niezręczni, jeśli chodziło o wyrażanie emocji. Odsunęła na bok myśli o rodzinie. Musiała skupić się na powierzonym zadaniu. 

– Unikamy odpowiedzi, Malfoy? – uniosła lekko brew patrząc na arystokratę. 

– Może…

Draco przestał się uśmiechać, a jego arogancka maska opadła, ukazując rozżalonego, skołowanego dzieciaka. Na pierwszy rzut oka widać było, że nijak nie podobała mu się – najpewniej narzucona przez ojca – decyzja o zostaniu w szkole. Cała misterna strategia posypała mu się, jak domek z kart. Nie potrafił cwaniaczyć, kiedy zostawał sam na sam z Teą…po prostu nie potrafił…łamał się po jednym spojrzeniu w jej lazurowe oczy. Widząc nienajlepszy stan kolegi, płomiennowłosa postanowiła dać mu póki co spokój. Zarzuciła rękę na bark blondyna, dzięki czemu kącik jego ust drgnął lekko. 

– Rozchmurz się! Posiedzimy razem, poszwendamy się po zamku, a potem zginiemy pod stertą pergaminów z pracami domowymi. 

Szarooki roześmiał się delikatnie. To, że utknął tu z Gallateą w sumie wynagradzało mu wszystko. Nie był dłużej skazany na towarzystwo dwóch łakomych półgłówków, a przy Tei zawsze czuł się swobodnie. Potrafiła z nim rozmawiać, naprostować go i rozbawić – okazywała mu zrozumienie, do jakiego nie przywykł w Malfoy Manor. Z przekąsem spojrzał na koleżankę. 

– Wiesz jak pocieszyć, Dumbledore!

                       Święta mijały spokojnie. Zbyt spokojnie. Tea większość czasu spędzała ze Ślizgonami, co jakiś czas widując się z Harrym i spółką. Zielonooki wciąż bardzo przejmował się zachowaniem innych uczniów, którzy nawet w okresie świąt nie byli w stanie darować sobie złowrogiego łypania spode łba na Pottera. Młode umysły powolutku zatruwała paranoja, oparta na plotkach i wydumanych domysłach. Ale czy czarodziejom kiedykolwiek potrzebne było dogłębne poznanie faktów, by wydawać osądy? Najpierw wyrokowali, dopiero później szukając czegokolwiek, żeby uzasadnić swe, częstokroć pochopne, decyzje. W taki oto sposób cały jej ród początkowo okrzyknięty został boskim objawieniem, następnie kłamliwą abominacją, a w końcu mitem, zepchniętym między wysłużone legendy. Nie żeby ten stan rzeczy im przeszkadzał – wręcz przeciwnie, było to dla nich wygodne rozwiązanie. Wiedza o istnieniu rodu rozmyła się wśród licznych sag, podań, legend i zwykłych baśni. Niewielu znało i akceptowało prawdę. Tea otrząsnęła się z ciężkich myśli – to nie był najlepszy moment na rozmyślania o zamierzchłej przeszłości. Od dobrej godziny siedziała z Draco na kanapie w Pokoju Wspólnym. Chłopak zawzięcie pochłaniał podręcznik do eliksirów, trzymając w zębach gotowe do użycia pióro. Trzeba było przyznać, że młody Malfoy należał do bystrych dzieciaków – szybko się uczył i był zawzięty. Jeśli czegoś nie rozumiał, nie wstydził się zapytać i poprosić o wskazówki, tymczasowo przełykając dumę. Płomiennowłosa uśmiechnęła się, zamknęła swój podręcznik i rzuciła go na kolana kolegi. Blondyn zaskoczony nagłym uderzeniem, niemalże upuścił trzymaną książkę. Zerknął na błękitnooką spode łba, wyjmując pióro z ust. 

– Czy ty nie potrafisz chociaż przez chwilę usiedzieć spokojnie? – jęknął z dezaprobatą. 

– I kto to mówi? To ciebie i Zabini’ego ciągle nosi! – oburzyła się Dumbledore.

– Tu mnie masz. Eliksiry ci się znudziły? 

– Nigdy! Patrz, która godzina. Spóźnimy się na ucztę – wskazała na zegar. 

Malfoy podążył za jej palcem, spoglądając wprost na bogato zdobioną tarczę zegara. Westchnął cicho i wstał, rzucając podręcznik na kanapę. Pochylił się lekko i podsunął ramię koleżance. Sam nie wiedział kiedy przejął ten nawyk od Blaise’a, ale całkiem mu to pasowało – czuł się jakoś tak…doroślej w ten sposób przemierzając szkolne korytarze. Jego ojciec często w ten sposób przechadzał się z mamą i podświadomie zaczął uważać taki gest za wyjątkowo elegancki, przystojny mężczyźnie o arystokratycznym pochodzeniu. Jak to dziecko, wpatrzone w rodzica, nie do końca świadomie naśladował zachowania ojca, starając się upodobnić do Lucjusza w którym widział wzorzec. 

– Idziemy? – uśmiechnął się subtelnie. 

Gallatea nie miała zamiaru się wykłócać. Idąc pod ramię z blondynem, niespiesznym, spacerowym krokiem wyszła z dormitorium. Na ucztę jakoś za szczególnie im się nie spieszyło – woleli nacieszyć się póki można swoim towarzystwem, wiedząc doskonale, że po przekroczeniu progu Wielkiej Sali o spokój będzie równie ciężko jak o Wybitny z eliksirów. Nie mogło być inaczej…specjalne okazje w Hogwarcie zawsze były hucznie obchodzone, głównie po to by zapewnić młodym czarodziejom godną odskocznię od szkolnej rzeczywistości. Gdy tylko weszli, uderzył w nich śpiew duchów – mniej radosny i donośny niż w zeszłym roku. Na wszystkich piętno odcisnęły ostatnie wydarzenia, a ciężka atmosfera nie miała zamiaru opaść. Strach ukrywał się pod płaszczykiem pozornego rozluźnienia, gotów uderzyć ze zdwojoną siłą w każdej chwili. Do dwójki Ślizgonów szybkim krokiem podszedł Harry. Zmierzył nieufnym wzrokiem Draco, na co blondyn odpowiedział kpiącym półuśmiechem. Po prostu świetnie! Tych dwóch nie potrafiło spędzić obok siebie dwóch sekund, bez wdawania się w cichą wojenkę. 

– Potter – wysyczał arystokrata. 

– Malfoy – warknął zielonooki. 

Ich zachowanie niezmiernie rozbawiło Teę. Roześmiała się panicznie i puszczając ramię szarookiego, zgięła się w pół próbując złapać oddech. Nic się nie zmieniło od pierwszego roku…cały czas wyglądali, jak dwóch zaprzysiężonych wrogów, co w połączeniu z ich chłopięcymi buziami dawało komiczny efekt. Obydwaj niezwykle poważnie podchodzili do konfliktu, którego ich dziwnie pojęta duma nie pozwalała im przezwyciężyć. W końcu opanowała się na tyle, by się wyprostować. Wlepiały się w nią dwie, równie zdezorientowane, pary oczu. Nic nie rozumieli… Dziewczyna przybrała wrogi wyraz twarzy, starając się jak najlepiej odwzorować ich miny, nie zapominając o gromach bijących z gniewnych oczu. 

– Potter. Malfoy – naśladowała sposób w jaki nawzajem wymawiali swoje nazwiska. Znów wybuchnęła śmiechem, kładąc dłonie na ramionach kolegów.  – Za każdym razem tak wyglądacie! Jesteście przezabawni! – wydusiła przez śmiech. 

Harry, nieco zawstydzony, jedynie uniósł kącik ust. Nie za szczególnie panował nad swoim głosem i mimiką, kiedy przychodziło mu skonfrontować się z Malfoy’em – po prostu nie był świadom tego, jak nienaturalnie się przy nim zachowywał. Zaczynał rozumieć, dlaczego Dumbledore tak często słała im rozbawione spojrzenia – z jej perspektywy musieli wyglądać dziwacznie. Draco zaśmiał się krótko. Dla niego reakcja dziewczyny była oczywistą zaczepką, zapraszającą do zabawy. 

– Za dobrze wychodzi ci parodiowanie mnie, księżniczko. 

Blondyn uśmiechnął się szelmowsko, celowo podkreślając ostatnie słowo, by podrażnić się z Potterem. Doskonale widział, jak dobrze ten irytujący okularnik czuł się w towarzystwie Gallatei i chciał zrobić wszystko, żeby dobitnie pokazać mu, gdzie jego miejsce. Może i płomiennowłosa nie miała nic przeciwko traceniu swojego czasu na miernoty, ale on owszem. Potter nie był częścią najbliższego towarzystwa panny Dumbledore i powinien zdawać sobie sprawę z tego, że nigdy się to nie zmieni, a Ślizgoni nie zaakceptują jego obecności w pobliżu swojej koleżanki. Tea należała do elity Slytherinu – była ich księżniczką. Tylko i wyłącznie ich…

– Za dużo czasu z tobą spędzam – zaśmiała się uroczo, – Poczekasz przy stole? Pogadam chwilę z Harrym. 

– Skoro chcesz. 

Malfoy uśmiechnął się czarująco do błękitnookiej i zmierzył Pottera lodowatym spojrzeniem, po czym odszedł unikając wdawania się w zbędną dyskusję. Dopiero, gdy był już dość daleko, zielonooki zdecydował się odezwać. 

– Usiądziesz z nami na chwilę? – zerknął na towarzyszkę. 

– Jasne! Uprzedzam tylko, że nie zostanę za długo. Sam rozumiesz…

– Malfoy – westchnął chłopiec. 

Płomiennowłosa potaknęła, delikatnym skinieniem. Potter uśmiechnął się bez przekonania i skierował się w stronę stołu Gryffindoru. Chociaż wcale mu się to nie podobało, rozumiał decyzję koleżanki – bądź co bądź z ich rocznika w Slytherinie, na święta, została jedynie garstka uczniów. Dumbledore i ten nadęty blondas przyjaźnili się od pierwszego roku. Chodzili razem na zajęcia, spędzali czas po lekcjach, siedzieli ze sobą na posiłkach…jak się tak na nich patrzyło z boku i zapominało, że to cholerny Draco Malfoy to w sumie niewiele różnili się od jego własnego towarzystwa – on miał Rona i Hermionę, a Tea Blaise’a, Draco i Dafne. Greengrass i Granger nigdy nie weszły na wojenną ścieżkę, traktując się z uprzejmą neutralnością. Zupełnie odwrotnie niż chłopcy…Harry wiecznie walczył z Draco, a Ron ścierał się z Zabinim – choć w ich przypadku niechęć była okazywana nieco subtelniej i bardziej kąśliwie. Nie miał pojęcia jak Gallatea sobie z tym wszystkim radziła. Stała między dwoma grupami znajomych, którzy woleliby rzucić się sobie do gardeł, niż zniżyć się do cywilizowanej rozmowy. Myśli o animozjach między domami pierzchły, gdy dotarli do stołu. Ślizgonka przywitała się z pozostałymi Gryfonami, zajmując miejsce obok Granger. Hermiona, nie tracąc czasu, sięgnęła do swojej torby, żeby wyciągnął elegancko opakowaną w koralowy papier paczuszkę. Z szerokim uśmiechem podała ją zaskoczonej błękitnookiej, porozumiewawczo zerkając na kolegów. 

– Wesołych Świąt! – powiedzieli jednocześnie. 

Dumbledore ostrożnie odpakowała prezent, skrywający w swym wnętrzu nader interesującą zawartość – dość wiekową książkę o przyjemnym tytule “Animalium Magicis”. Nazwa pozycji wzmogła konsternację Tei, nie miała bowiem pojęcia jakim cudem wpadli na to, żeby podarować jej coś takiego. Niezbyt znała tę konkretną pozycję, a jej treść doskonale wpasowywała się w obszar jej obecnych zainteresowań rzadkimi, magicznymi stworzeniami. 

– Dziękuję! Skąd wzięliście coś takiego?! – uniosła książkę. 

– Profesor McGonagall nam trochę podpowiedziała – uśmiechnął się Harry. 

– Ciężko byłoby znaleźć coś dla takiego mola książkowego, bez pomocy! Czytasz chyba jeszcze więcej niż Hermiona! – roześmiał się Ron. 

W nagrodę za niewyważone słowa, Hermiona kopnęła go w kostkę. Uderzenie było dość lekkie, ponieważ miał trochę racji. Gryfonka wiedziała, że Dumbledore darzy książki jeszcze większą miłością niż ona – zapewne przeczytała ich setki. Często rozmawiały na temat ciekawych, unikatowych pozycji podczas wspólnej nauki w bibliotece, ale Hermiona samodzielnie nie była w stanie zdefiniować gustu koleżanki. Czytała niemalże wszystko…bez drobnej rady pani profesor, miesiącami mogliby zastanawiać się, jaki tytuł jej sprezentować. Wzdrygnęła się, gdy Tea poderwała się gwałtownie od stołu, uderzając dłońmi w blat. 

– Poczekajcie! – krzyknęła i wybiegła z Wielkiej Sali, zostawiając zdumionych Gryfonów. 

Pobiegła wprost do swojego pokoju. Planowała wręczyć prezenty znajomym dopiero po uczcie, ale co tam. Zabrała z biurka trzy zostawione na nim pakunki oraz wielki kosz rozmaitych słodkości, które na jej prośbę Ethan zwiózł niemalże z całego świata. Taszcząc to wszystko ze sobą, cała zdyszana wróciła do Sali. Ciężko opadła na ławę przy stole Gryffindoru, starając się wyprostować obolałe palce prawej dłoni. Oddychała łapczywie, próbując ustabilizować oddech. Kiedy wróciła do normy, podała każdemu z Gryfonów odpowiedni podarek, uśmiechając się przy tym szeroko. Hermiona otworzyła swoją paczuszkę, a jej oczy zalśniły zachwytem, gdy wyciągnęła z niej srebrny, ozdobiony grawerunkiem kałamarz i przepiękne, unikatowe pióro – w zależności od tego jak padało na nie światło, mieniło się wszelkimi odcieniami błękitów oraz zieleni. Ron złapał się za głowę, z okrzykiem niedowierzania, gdy rozłożył na stole plakat przedstawiający wszystkich zawodników Armat z Chudley wraz z kompletem autografów. Najdłużej z otwarciem prezentu wahał się Harry, w końcu jednak zdobył się na odwagę. Z mahoniowego pudełeczka delikatnie podniósł wykonany ze złota i brązu medalion. Wpatrzony w niego podświadomie wiedział, co powinien zrobić. Rozłożył ostrożnie ozdobę, z której wnętrza spoglądały na niego uśmiechnięte twarze rodziców. Nie wiedząc co powiedzieć, bez słowa mocno objął płomiennowłosą, nie zwracając uwagi na pytające spojrzenia przyjaciół. Dumbledore pogłaskała plecy chłopka, chcąc okazać mu wsparcie. Długo biła się z myślami, czy nie zrani go tak osobistym prezentem. W przypadku Rona i Hermiony nie miała najmniejszego problemu z wyborem – mniej więcej znała ich zainteresowania i upodobania. Harry’emu chciała jednak podarować coś wyjątkowego. 

– Dziękuję – wyszeptał zielonooki, – Jak je zdobyłaś? 

– Z pomocą dziadka. Wiem ile znaczyło dla ciebie zwierciadło. Teraz i bez niego będziesz mógł mieć rodziców zawsze przy sobie. Wybaczcie proszę, ale powinnam wrócić do Draco. Nie chcę zostawiać go samego. 

Weasley i Granger wylewnie podziękowali za prezenty, nie oponując w sprawie Malfoy’a – raz do roku nawet najpodlejsza żmija zasługiwała na coś miłego. Dziewczyna przypomniała im z uśmiechem, że kosz słodyczy również jest dla nich. Odchodząc, spojrzała jeszcze na Harry’ego. Delikatnie trzymał w dłoniach medalion, wpatrując się w niego z nostalgicznym uśmiechem. Płomiennowłosa odwróciła się i ruszyła przed siebie. Nie powiedziała całej prawdy o medalionie. Zrobiła z nim to samo co z pierścieniami, które w zeszłym roku podarowała Albusowi i Severusowi – razem z ozdobą, ofiarowała Potterowi skrawek swojej mocy. Teraz mogła być pewna, że nic mu się nie stanie. O ile będzie go nosił, oczywiście…Przez zamyślenie, nawet nie zauważyła kiedy ktoś zagrodził jej drogę. Idąc ze spuszczoną głową wpadła wprost w klatkę piersiową stojącego przed nią mężczyzny. Siła uderzenia odrzuciła ją lekko do tyłu, ale dała radę ustać samodzielnie, czego taki pewien nie był osobnik na którego wpadła. Poczuła ramię, opiekuńczo oplatające się wokół jej talii. 

– Przepraszam! – rzuciła pospiesznie, na co odpowiedział jej znajomy śmiech. 

– Poświęcisz kilka minut dziadkowi? – mrugnął do niej rozbawiony Albus. 

– Jak przystało na kochającą wnuczkę – zaśmiała się cicho. 

Czarodziej poprowadził ją w stronę stołu nauczycieli. Gdy przechodzili obok stołu Slytherinu, płomiennowłosa dyskretnie wskazała Draco dyrektora, prosząc go tym samym o chwilę cierpliwości. Blondyn, ze swoim charakterystycznym półuśmiechem, pokiwał głową ze zrozumieniem. Przy stole nauczycielskim usiedli we dwoje. Najwidoczniej Dumbledore zawczasu zatroszczył się, by nie było świadków tej rozmowy. Staruszek sięgnął po szkatułkę z polerowanego drewna i przysunął ją ku dziewczynie z tajemniczym uśmiechem. 

– Wesołych Świąt, moja droga. 

Błękitnooka zawahała się czując dziwną aurę bijącą od prezentu – zaskakująco znajomą. Drżącymi palcami uchyliła wieczko, które uwolniło przyjemny, uspokajający podmuch ciepłego, kojącego powietrza. Zerknęła na Albusa, który wskazał na szkatułkę zachęcająco kiwając głową. Zdecydowanym ruchem, całkowicie otworzyła prezent, a gdy ujrzała co jest w środku, dech jej zaprało. Przysłoniła dłońmi usta, mocno wtulając się w przyjaciela. 

– Dziękuję! – niewiele więcej była w stanie powiedzieć. 

– Nie dziękuj, moja droga. To ja jestem twoim dłużnikiem. Pozwolisz? 

Dziewczyna skinęła radośnie. Albus pieczołowicie wyciągnął z pudełeczka niezwykłej urody miedzianą kolię. Detaliczna, misterna robota była świadectwem niezaprzeczalnego kunsztu twórcy. Uwagę przykuwało jedna coś innego, niż ujmującej urody wykonanie. Wzrok przyciągał kamień, wprawiony w to cudo jubilerki – wspaniały o niepowtarzalnej, ciemnobłękitnej barwie przywodzącej na myśl odcień nieba, na którym wieczorową porą gasło słońce. Na całym świecie próżno było szukać podobnego. Tea jeszcze przez moment przyglądała się podarkowi, chcąc nacieszyć się jego niecodziennym urokiem. Odwróciła się plecami do Dumbledore’a i uniosła włosy, odsłaniając łabędzią, bladą szyję. Kiedy tylko kolia dotknęła jej skóry, poczuła niewyobrażalną ulgę, zupełnie jakby ktoś zrzucił potężny ciężar z jej barków. Ciało momentalnie przestało palić, niczym rozrywane tajemniczą siłą. Uśmiechnęła się dotykając kamienia opuszkami palców. 

Dea Lacrimam? – odwróciła się, by spojrzeć w oczy przyjaciela.

– Zgadza się. Łza Bogini. Powinno ci to pomóc, na jakiś czas, uporać się z nadmiarem mocy. 

Jeszcze przez chwilę płomiennowłosa rozmawiała z Albusem. Ze względów bezpieczeństwa nie mogli podejmować zbyt osobistych tematów, jednak wcale im to nie przeszkadzało – wystarczająco dużo działo się w szkole. Po rozmowie z dyrektorem, Tea wróciła do stołu Ślizgonów i to w samą porę. Draco niemalże przysypiał, znudzony paplaniem Crabbe’a i Goyle’a. Odetchnął z ulgą, gdy błękitnooka usiadła obok niego. Przez chwilę zawiesił wzrok na jej naszyjniku, nie zwracając najmniejszej uwagi na książkę – za bardzo zafascynowała go przepiękna kolia. Wychowywał się w bardzo bogatej rodzinie i nie raz widywał kunsztowne wyroby jubilerskie, ale pierwszy raz widział coś tak urzekającego. Głęboka barwa kamienia nieustannie przyciągała jego spojrzenie, hipnotyzując unikatowym błękitem. 

– Pasuje ci. Prezent do Dumbledore’a? – uśmiechnął się. 

– Tak, dziadek zawsze mnie rozpieszcza. Chcesz jeszcze posiedzieć, czy masz dość? 

– Dość! Wracajmy do dormitorium. Crabbe, Goyle idziecie? – rzucił sucho w stronę rówieśników. 

Chłopcy zaczęli nieporadnie się wykręcać, czym tylko zdenerwowali Malfoy’a. Nie potrafili wprost powiedzieć mu, że mają ochotę zostać, a wymyślane przez nich wymówki brzmiały jak naiwne biadolenie zdesperowanego 6 latka. Zawsze się tak zachowywali…wszyscy się tak zachowywali! Do póki nie spotkał Blaise’a, Tei i Dafne nikt mu się nie stawiał, ani nie działał wbrew jego woli. Draco Malfoy był postrzegany i traktowany jak książę – osoba, z której zdaniem każdy powinien się liczyć. Dopiero w Hogwarcie zaczęło do niego docierać, że znajomi z dzieciństwa nie traktowali go w ten sposób, ponieważ wzbudzał ich respekt – zawsze chodziło o szacunek wobec jego ojca i nazwiska jakie nosił. Tylko Zabini, od zawsze, wyłamywał się z tego schematu, a w szkole doszły jeszcze Dumbledore i Greengrass. Ślepe posłuszeństwo Crabbe’a i Goyle’a niegdyś mu się bardzo podobało, ale obecnie wzbudzało w nim gorzką falę obrzydzenia. Machnął na nich ręką i wyszedł w towarzystwie błękitnookiej. Rozsiedli się na kanapie w Pokoju Wspólnym, pogrążeni w swobodnej, niewymuszonej rozmowie. Blondyn opowiadał koleżance o tradycyjnym Balu Bożonarodzeniowym, który rokrocznie odbywał się w jego rodzinnym domu. Cieszył się widząc z jakim zainteresowaniem Tea słuchała o wymyślnie ubranych gościach, wspaniałych potrawach, nieustannych śmiechach, poważnych rozmowach i tańcach do samego rana. Radość by mu przeszła, gdyby wiedział, że płomiennowłosa skupiała się niemalże wyłącznie na wyłapaniu nazwisk stałych bywalców tego wydarzenia – znajomość listy gości, mogła przydać jej się w przyszłości. Szarooki, nie przerywając rozmowy, zaczął zerkać co jakiś czas na wejście do dormitorium coraz wyraźniej zaniepokojony. 

– Crabbe’a i Goyle’a ciągle nie ma. Pewnie się gdzieś opychają ciastkami. Pójdę sprawdzić. 

Ślizgon niechętnie poderwał się z kanapy. Wcisnął dłonie głęboko w kieszenie spodni i z miną cierpiętnika opuścił dormitorium. Płomiennowłosa uśmiechnęła się ciepło. Draco zawsze martwił się o swoich znajomych, jednocześnie usilnie próbując zachować maskę zobojętniałego arystokraty. Pałał dziwaczną niechęcią wobec okazywania uczuć, które mogłyby być postrzegane jako przejaw słabości – zapewne sporo było w tym zasługi Lucjusza. Nie chcąc samotnie gapić się w roztańczony ogień kominka, błękitnooka poszła do swojego pokoju. Odłożyła podarowaną przez Gryfonów księgę na biurko, tuż obok stosu odręcznych notatek zapisanych w sanskrycie – zawsze miała słabość do tego języka, głównie przez jego ściśle związane z literaturą pochodzenie. Minerva za pośrednictwem uczniów zapewniła jej możliwość prowadzenia poszukiwań, co prawda w ograniczonym wymiarze, na własną rękę. Musiała w rozmowie z Dumbledorem, dowiedzieć się, że Ethan od kilku dni nie dał znaku życia, przez co Lady Crown denerwowała się coraz bardziej. Nie żeby płomiennowłosa nie ufała kuzynowi! Co to, to nie! Niepokoiła się o jego bezpieczeństwo, biorąc pod uwagę, że wpakował się w sam środek specyficznego światka, którego reguł nie znał. Błękitnooka westchnęła ciężko, mimowolnie po raz chyba trzydziesty w ciągu ostatnich dni, sprawdzając czy czasem nie przysłał listu. Zawiedziona brakiem wieści, zwlokła się do szafy. O Ethana zdecydowanie nie powinna się martwić, potrafił wyjść cało z każdej opresji – miał do tego wrodzony talent. Ona za to musiała skupić się na zadaniu, zamartwianie się z całą pewnością nie było czymś, co pomogłoby jej zachować pozory młodziutkiej, radosnej czarownicy, chcącej zbawiać podzieloną szkołę. Z szafy wyciągnęła czarne spodnie i gładki podkoszulek w tym samym kolorze, chcąc w końcu wskoczyć w coś wygodniejszego niż mundurek czy szaty. Na ramiona zarzuciła rozpinany, bordowy sweter nie przejmując się za szczególnie tym, że był sporo na nią za duży – Albus nie miał szans zawsze trafić “na oko” z dobraniem rozmiaru, a jej zbyt obszerne ubrania nie przeszkadzały. Rozczesała, do tej pory rozpuszczone, włosy i zebrała je w wysoki, nieco niechlujny kucyk. Pokręciła się jeszcze chwilę po sypialni z czystej nudy poprawiając ustawienie książek w biblioteczce, czy sterty równo poukładanych pergaminów. Dziwnym zrządzeniem losu nie przepadała za bałaganem, głównie przez szacunek dla pracy swoich skrzatów – często zdarzało jej się chodzić i sprzątać najdrobniejsze przejawy syfu. Od tej reguły był jednak jeden, poważny wyjątek – jej pracownia. Tam zawsze królował chaos, w którym tylko dwie osoby miały szansę się odnaleźć. Przy pracy robiła twórczy bałagan, o dziwo doskonale wiedząc gdzie czego powinna szukać. Dla niej pracownia mogłaby tak sobie stać: z tonami zapisków leżących wszędzie; rozłożonymi w dziwnych miejscach księgami; składnikami poustawianymi wedle tajemnych schematów; wiecznie parującymi kociołkami; wszechobecnym dymem itp, ale Sten stanowczo nie wyrażał na to zgody. W tym jednym konkretnym przypadku zdobywał się na strofowanie swej pani i ignorowanie całkowicie jej woli, sprzątając pracownie mimo jej protestów. Rozejrzała się po pokoju, uznając panujący w nim ład za zadowalający. Resztę wieczoru chciała spędzić z Draco, nie mając ciekawszej opcji do wyboru, więc zeszła do Pokoju Wspólnego. Blondyn siedział na kanapie w towarzystwie Crabbe’a i Goyle’a. Nim zdążyła na dobre podejść, usłyszała poirytowany głos kolegi. 

– Czy wy tępi jesteście? Po raz kolejny powtarzam wam, że nie mam pojęcia kto może być dziedzicem Slytherina! Pytacie mnie o to już trzeci raz dzisiaj! Coś dociera do tych waszych pustych łbów?! 

Panna Dumbledore usiadła koło arystokraty i uśmiechnęła się promiennie do chłopców, chcąc rozładować atmosferę. Vincent i Gregory nie należeli do szczególnie lotnych osobników, często nieświadomie doprowadzając resztę do szewskiej pasji swoimi bezmyślnymi pytaniami. Mimo to, dziwne było ich wypytywanie po kilka razy o to samo. Zawsze bardzo uważali na to, by nie drażnić niepotrzebnie Draco. Dostrzegali w nim kogoś na kształt lidera, za którym chętnie podążali.

– O czym rozmawiacie? 

– Cześć, Tea – rzucił z uśmiechem Crabbe. 

W tym momencie ją zamurowało, a w podświadomości zapaliła się ostrzegawcza, czerwona lampka. Vincent prędzej celowo by się zagłodził, niż powiedział do niej po imieniu – nie mówiąc już o zwróceniu się zdrobnieniem i to w tak beztroski sposób. Coś tu mocno nie pasowało. Zerknęła ukradkowo na Malfoy’a, ale wydawał jej się zbyt rozdrażniony, żeby zauważyć tak wyraźnie niepasujący element. 

– Tych dwóch młotków nie potrafi przyswoić sobie najprostszej informacji. Jakim cudem dostaliście się do Slytherinu, półgłówki? – burknął arystokrata. 

– Oj Draco, bądź dla nich wyrozumiały w święta. Niepotrzebnie się złościsz o głupie pytanie. Prawda, Greg? 

Goyle energicznie skinął głową, uśmiechając się pokracznie. Zdecydowanie coś było nie tak. Normalnie mówiła do niego po imieniu, kiedy chciała się z nim podroczyć, a zdrobnienia używała jedynie, gdy miała zamiar mu dokuczyć. Najczęściej robił się caluteńki czerwony ze złości i mamrocząc pod nosem o zdrajcach i brudnej krwi, wychodził pospiesznie. Teraz wpatrywał się wprost w nią, z tą żałosną imitacją uśmiechu na ustach. Im dłużej się im przysłuchiwała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że to nie Crabbe i Goyle. Rozmawiali z nią w pełni swobodnie, ignorując subtelne uszczypliwości, które zazwyczaj wywoływały wojnę. Ostateczne potwierdzenie domysłów przyszło w chwili, gdy włosy Vincenta ni z tego, ni z owego zaczęły rudzieć, a Gregory w każdej sekundzie zdawał się kurczyć. Wiedziała, że czas najwyższy było wkroczyć do akcji, kiedy na czole Grega coraz wyraźniej widoczna była charakterystyczna blizna. Musiała wykorzystać to, że szarooki póki co niczego nie zauważył i nie podniósł alarmu. Udając, że źle się czuje ciężko opadła na ramię blondyna. 

– Ej Tea, wszystko dobrze? Źle się czujesz? – zapytał szczerze zaniepokojony. 

– Kręci mi się w głowie. Draco, mogę mieć prośbę? W moim pokoju, na biurku, powinno stać lekarstwo od pani Pomfrey. Będziesz tak miły i je przyniesiesz? 

– Pewnie, nie ma problemu. Nie ruszaj się, księżniczko, zaraz wrócę. Wy dwaj miejcie na nią oko, a gdyby coś się działo, macie po mnie przyjść. Przynieść ci coś jeszcze? Jakiś koc albo coś do picia? A może lepiej będzie jak zaniosę cię do pokoju?

– Nie, dziękuję. Lekarstwo wystarczy, chcę jeszcze z wami posiedzieć. 

Malfoy pogłaskał delikatnie ramię koleżanki i zerwał się z kanapy. Tym sposobem płomiennowłosa kupiła sobie jakieś dobre 10 minut. Upewniwszy się, że blondyn zniknął w korytarzu, chwyciła ramiona dwóch nieudolnych przebierańców i wyciągnęła ich z dormitorium. Byli na tyle zaskoczeni, że nie stawiali najmniejszego oporu, idąc za nią posłusznie. Dopiero w bezpiecznym, otulonym półmrokiem lochów, miejscu spojrzała na nich gniewnie. 

– Harry, Ron czy wam do reszty już odbiło?! – krzyknęła na nich. 

– Skąd wiedziałaś, że to my? – jęknął Weasley. 

– Chłopiec z blizną na czole i towarzyszący mu rudzielec, ciężko było się nie domyślić. Poza tym Crabbe i Goyle woleliby rzucić się z Wieży Astronomicznej, niż nazwać mnie Tea. Co wy tam u licha robiliście? Życie wam zbrzydło? 

– Myśleliśmy, że Malfoy to dziedzic Slytherina – wydukał Potter, czerwieniąc się nieznacznie. 

– Mogliście mnie zapytać, zamiast robić głupoty – uśmiechnęła się dziewczyna. 

– No właśnie nie wiedzieliśmy, czy możemy! W końcu Malfoy to twój kumpel – uniósł się Weasley. 

– Ron… – upomniał kolegę zielonooki. 

– No co? Widziałeś przecież jak Malfoy się o nią troszczy – rudowłosy młodzieniec zasępił się na chwilę. – On poważnie się o ciebie troszczy…

– To chyba całkiem normalne, jeśli się kogoś lubi, prawda? Ja troszczę się o Dafne, Hermionę, Blaise’a, Draco i was dwóch. Gdyby było inaczej, nie wyciągnęłabym was stamtąd. Wiecie co by się stało, jeśli Draco zorientowałby się, że to wy? Snape i McGonagall żyć by wam nie dali. 

Gryfoni spodziewali się rychłego wybuchu złości i uzasadnionych pretensji błękitnookiej. Sami by tak zareagowali, gdyby przyjaciel okazał taki brak zaufania, a oni uważali Gallateę Dumbledore za przyjaciółkę. Jej słowa były szczerą prawdą. Troszczyła się o nich i nie raz pomagała im wykaraskać się z tarapatów. Nie powinni traktować jej w taki sposób…Ku ich zaskoczeniu Ślizgonka roześmiała się serdecznie. 

– Idąc tropem waszego myślenia, mój dziadek jest dyrektorem tej szkoły, a uczniowie za których jest odpowiedzialny, są narażeni na atak bestii z Komnaty. Sądzicie, że gdybym wiedziała kto jest dziedzicem, to nie powiedziałabym dziadkowi? – zaśmiała się głośniej. 

Chłopcy zmieszali się na dobre. Miała całkowitą rację, nigdy nie pomyśleli o tym w ten sposób. 

– Przepraszamy, Tea. Dzięki, że nas stamtąd wyciągnęłaś – uśmiechnął się Harry. 

– Nie ma sprawy. Następnym razem jak wpadniecie na coś szalonego to mówcie, może będę mogła wam pomóc. Tak na marginesie, gdzie jest Hermiona? 

Wychowankowie Gryffindoru spojrzeli po sobie, wymieniając niezręczne zerknięcia. Nie czuli się najlepiej z tym, że zostawili Hermionę samą, ale co mogli zrobić? Siłą wyciągnąć ją z kabiny? 

– Została w łazience Jęczącej Marty. Chyba coś poszło nie tak z jej eliksirem – podrapał się po karku Ron. 

– Muszę iść, zanim Draco wróci. Powiem, że idę do pani Pomfrey i do was dołączę. Gdybym nie przyszła za pół godziny to znaczy, że nie udało mi się wyrwać. Może być? 

Panowie potaknęli zgodnie. Doprawdy coraz bardziej zaskakiwały ją ich śmiałe pomysły. Plan był jak najbardziej godny uwagi, ale wykonanie…pozostawiało wiele do życzenia. Pożegnała się zdawkowo z kolegami i wróciła do Pokoju Wspólnego, spodziewając się, że Malfoy już na nią czeka. Ku jej dziwieniu, wciąż był nieobecny więc skierowała się do swojej sypialni. Oparła się o drzwi z uśmiechem obserwując, jak szarooki skrupulatnie przeczesuje każdy centymetr biurka w poszukiwaniu czegoś, co chociaż odrobinę przypominałoby lekarstwo. Był tak skupiony na swoim zadaniu, że dopiero po minucie dostrzegł wpatrzone w niego błękitne, roześmiane tęczówki. 

– Nie mogłem znaleźć – przyznał z rozbrajającym uśmiechem. 

– Być może się skończyło. Przejdę się do madame Pomfrey po nowe. 

– Wiesz, że nie puszczę cię nigdzie samej. Obietnica to obietnica. Nie będziesz chodzić w pojedynkę po zamku, do póki to coś gdzieś tu jest. Crabbe’a i Goyle’a nie ma z tobą? 

– Trochę za bardzo się z nimi drażniłam i się obrazili, wiesz jak jest – wzruszyła ramionami. – Draco, poważnie powinnam iść do Skrzydła. To tylko chwila, nic mi się nie stanie. 

– Idę z tobą albo nie idziesz wcale – zaplótł ręce na piersi, dumnie unosząc podbródek. 

Uśmiechnęła się doskonale wiedząc, że blondyn nie ustąpi. Jeśli by odmówiła, poszedłby za nią tak czy inaczej – o ile w ogóle udałoby jej się wyjść z dormitorium. Przeanalizowała wszystko co wiedziała. Gryfoni z całą pewnością użyli eliksiru wielosokowego, efekt nie trwał długo, więc sam eliksir nie został idealnie uwarzony. Eliksir wielosokowy nie posiadał efektów ubocznych zagrażających zdrowiu, a przynajmniej nie w wersji jaką znali początkujący. Rozważając za i przeciw zdecydowała, że jej wyprawa spokojnie może poczekać do jutra. 

                    Błękitnooka siedziała na swoim łóżku po raz piąty czytając list, który otrzymała w środku nocy. Wyczekiwała wieści od Ethana, ale czegoś takiego się nie spodziewała. Przesuwała powoli wzrokiem po wersach, które zdążyły wyryć się w jej pamięci, jakby starając się nadać im innego znaczenia – mniej oczywistego i bardziej pasującego do charakteru kuzyna. 

Erin,

u mnie wszystko w porządku, kuzyneczko. Wybacz proszę przeciągającą się ciszę, półświatek rządzi się swoimi prawami, których do końca nie pojmuję. Niewiele udało mi się wyciągnąć z Borgina i Burkesa. Tych dwóch idiotów nie byłoby w stanie rozpoznać porządnego artefaktu nawet, gdyby dostali nim w twarz. Póki co mogę powiedzieć jedno – Lucjusz Malfoy jest niebezpieczny. Uważaj na niego.

Erin, nie piszę do Ciebie, żeby powtarzać oczywistości. Jeśli chcę tu cokolwiek zdziałać, potrzebne będzie mi wsparcie – przewodnik lepiej zorientowany w zawiłościach tego świata. Wiem, że to ryzykowne i pewnie Ci się nie spodoba, ale potrzebuję Dragana. Nie wezwę go bez Twojej zgody.

Czekam na odpowiedź.

                                                                                                                                                                         Luther

Czytała i czytała, a za każdym razem, mimowolnie, zatrzymywała wzrok na słowie Dragan. Ethan miał świętą rację przypuszczając, że ten pomysł wcale jej się nie spodoba. Nie miała zamiaru mu odpisywać – ta sprawa wymagała dyskusji w cztery oczy, bez uciążliwego pośrednictwa. Spojrzała na list po raz ostatni i podpaliła go, obserwując nieruchomo jak z wolna przeobrażał się w garść popiołu. Nie mogła pozwolić, by przypadkowo jej korespondencja z Lutherem wpadła w niepowołane ręce. Zazwyczaj pisząc do siebie posługiwali się kodem, ale kiedy padało słowo Dragan…żarty się kończyły i należało zachować zdwojoną ostrożność. Kiedy pergamin całkowicie się spopielił, wstała gwałtownie. Powinna uprzedzić Albusa o swoim wyjściu, lecz nie miała na to czasu – musiała jak najszybciej porozmawiać z Ethanem, zdając sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie postawiono go pod ścianą skoro wpadł na równie szalony pomysł. Korzystając z osłony nocy, teleportowała się do swojej posiadłości. Wbiegła po szerokich schodach na piętro, nie trudząc się nawet odnalezieniem i powitaniem swoich ukochanych skrzatów. Niemalże biegiem zmierzała ku sypialni kuzyna, mając początkowo zamiar wtargnąć do niej bez zapowiedzi. Uświadamiając sobie, że byłoby to wyjątkowo niegrzeczne w stosunku do mężczyzny, zatrzymała się przed drzwiami. Wzięła głęboki, uspokajający oddech i zapukała delikatnie – bądź co bądź Ethan był jej gościem. 

– Panicza Luthera nie ma w rezydencji, moja pani – obok niej znikąd pojawił się zatroskany Sten. 

– Witaj, Sten. Czy Ethan deklarował, kiedy planuje powrót? – kątem oka spojrzała na skrzata. 

– Nie Lady, panicz nie ma w zwyczaju informować mnie o szczegółach swoich wyjazdów. 

– Będę musiała z nim o tym porozmawiać. Sten wiem, że o dużo cię proszę, ale czy mógłbyś po niego posłać? Muszę z nim bardzo pilnie pomówić. 

– Skoro takie jest panienki życzenie, Lady. 

Stworzonko skłoniło się usłużne i zniknęło. Płomiennowłosa samotnie zeszła do salonu. Była pewna, że Sten ściągnie Ethana, chociażby miał go wywlec spod ziemi i przytaszczyć siłą. Stary skrzat był jej najwierniejszym, najbardziej zaufanym sługą – to na jego barki spadł ciężki obowiązek zaopiekowania się Lady Crown po kolejnym odrodzeniu, a swoją misję wykonał z ojcowską troską o podopieczną. Zawsze mogła na niego liczyć…cokolwiek by się nie działo. Korzystając z chwili samotności podeszła do barku, żeby wyciągnąć z niego szklanki i butelkę whisky. Opadła zrezygnowana na fotel, napełniając naczynia elegancką porcją alkoholu. Normalnie przeszkadzałoby jej picie, gdy wciąż tkwiła pod postacią dziecka – uznawała taki widok za coś mocno niestosownego – w tej chwili jednak miała w głębokim poważaniu wszelkie konwenanse. Dragan. Imię mężczyzny będącego kwintesencją tego, czego czarodzieje obawiali się najbardziej słysząc nazwisko Luther. Kochała tego chłopaka i od lat był najbliższą jej osobą, ale za dobrze znała jego porywczy, nietypowy charakterek. Nad Draganem nie dało się zapanować. Ethan musiał być bardzo zdesperowany, skoro poprosił o wezwanie właśnie jego. Nie zdążyła za długo nacieszyć się samotnym rozmyślaniem o wyjątkowo trudnych relacjach panujących między Lutherami. 

– Erin? Stało się coś? – kuzyn wszedł do salonu, natychmiastowo wbijając w nią zaniepokojony wzrok. 

– Dziękuję, Sten. Możesz odejść – zignorowała póki co mężczyznę i z uśmiechem zwróciła się do skrzata. 

Sten, swoim zwyczajem, obdarował ją pełnym szacunku pokłonem i oddalił się bez słowa. Gdy zostali we dwoje, Vallerin wskazała kuzynowi fotel obok siebie i podsunęła mu szklankę whisky, nie pytając nawet czy miał na nie ochotę. Luther o dziwo nie protestował, choć zazwyczaj alkoholu unikał – nie odnajdował w piciu żadnej przyjemności, sięgając po alkohol tylko kiedy chciał uspokoić myśli. W milczeniu przysiadł na miękkim siedzisku, nerwowo wyczekując rozpoczęcia rozmowy. Nie chciał poganiać Lady, wiedząc, że nie zdecydowałaby się na powrót jeśli nie uznałaby tego za absolutnie konieczne. Drgnął lekko, słysząc jej ciężkie, subtelne westchnienie. 

– Poważnie, Ethan? Chcesz ściągnąć tu Dragana? – wbiła w niego błękitne tęczówki. 

Mimowolnie roześmiał się, przyciskając wargi do brzegu szklanki. Powoli upił łyk alkoholu, krzywiąc się nieznacznie przez gorycz cieczy i jej palący posmak. 

– Myślisz, że chciałbym go tutaj, jeśli miałbym jakiekolwiek inne wyjście? – warknął zirytowany. 

– Nie sądzę. Wiem, że za sobą nie przepadacie. 

Rozdrażnił go spokojny, melodyjny ton dziewczyny. Sama sugestia, że mógłby chcieć mieć cokolwiek wspólnego z tym parszywym gnojem rozpalała w nim wściekłość. Czuł wobec tego osobnika głęboką pogardę i nic nie było w stanie tego zmienić. Uderzył trzymaną szklanką w blat stolika. Że też potrzebował pomocy akurat tego dziwadła! Uśmiechnął się kpiąco i z niedowierzaniem popatrzył na płomiennowłosą. 

– Nie przepadamy? To za mało powiedziane, Erin! Ja tego sukinsyna nienawidzę!!!

Ścisnął szklankę na tyle mocno, że roztrzaskała się w jego dłoni. Przez moment wpatrywał się w krew skapującą leniwie na gładkie drewno. Lśniła raz to czerwienią, raz perlistą purpurą…unikalnym symbolem wiecznego połączenia śmiertelności z nieśmiertelnością. Dzięki odziedziczonym po Phoenix’ach zdolnościom regeneracyjnym, nie musiał zadręczać się tak powierzchownymi ranami. Martwiło go coś innego. Po raz kolejny samo myślenie o tym upierdliwym szczeniaku wyprowadziło go kompletnie z równowagi. Nienawidził go… nienawidził całym sobą, ale nie powinien tak zachowywać się przy Lady Crown – godziło to w jego poczucie dumy. Zawstydzony wybuchem, spojrzał w zatroskane oczy kuzynki. Przysporzył jej zamartwień, a tego nigdy nie chciał. 

– Wybacz, Erin, chyba tylko ty potrafisz go znieść – wyszeptał łagodnie.  

– Uwielbiam go to prawda, jednak doskonale wiem, że jest…nieobliczalny. Nie sądzę, żebyś dał radę nad nim zapanować, gdy go poniesie. Dlaczego akurat on? 

– Przez gardło mi to chyba nie przejdzie. Ten gnojek ma kontakty wśród ludzi, do których nigdy nie dotrę. Zna podziemny rynek jak własną kieszeń. Utknąłem, Erin. Już rozeszły się wici, że węszę, a dla nich jestem kimś zupełnie obcym, niegodnym zaufania. To zdecydowanie utrudnia sprawę. Bez jego…pomocy…nie…

Panna Crown zaśmiała się dźwięcznie, widząc, jak Ethan krzywił się wypowiadając każde kolejne słowo. Postanowiła ukrócić jego cierpienia, chcąc oszczędzić mu wypowiadania kwestii potencjalnie najbardziej bolesnych. 

– Nie uważam, żeby to był dobry pomysł. Nie będziesz w stanie z nim współpracować, ani tym bardziej go upilnować. 

– Wiesz ile mnie kosztowała sama prośba o możliwość wezwania go? – jęknął zniesmaczony – Nie karz mi się bardziej upokarzać naleganiem. 

Dziewczyna zamyśliła się. Z pewnością kuzynowi nie przyszło to łatwo – od wielu lat nawet nie wymówił imienia Dragan. Jak ognia unikał chociażby wspominania go. Rozumiała jego niechęć i oschłość, co dodatkowo wzmagało w niej niepokój. Oni dwaj nie mieli najmniejszych szans się dogadać. Westchnęła zrezygnowana. 

– Dobrze, napiszę do niego z prośbą o przybycie. Orientujesz się, gdzie teraz może być? Ostatnio meldował się pół roku temu, a wiesz jak z nim bywa – uśmiechnęła się półgębkiem. 

– Z tego co mi wiadomo, jakieś trzy miesiące temu wywołał niemałe zamieszanie w Ameryce Południowej. Nie jestem pewien czy to on, ale metody i cele się zgadzają. Nie martw się, znajdę sposób, żeby dostarczyć wiadomość. 

Ognistowłosa uśmiechnęła się szerzej. “Niezłe zamieszanie” to było dla Dragana typowe – ten facet bywał gorszy od niszczycielskiego żywiołu. Wytrącony z równowagi nie zawsze potrafił zapanować nad swoją destrukcyjną naturą, a zdenerwować go było niezmiernie łatwo. Huragan był przyjemniejszym doświadczeniem niż natknięcie się na wściekłego Dragana. Cóż dużo mówić…Dragan Luther był niezłym świrem. Vallerin napisała list zapraszający Dragana do jej posiadłości, która tak po prawdzie była również jego domem. Z lekkim zawahaniem Lady wręczyła ciasno zwiniętą w rulon wiadomość kuzynowi. 

– Obym tego nie żałowała – szepnęła do Ethana.

                    Po świętach wszystko wróciło do normy. No prawie wszystko. Tea praktycznie w każde popołudnie odwiedzała Hermionę w Skrzydle Szpitalnym. Nie spodziewała się, iż efekt pomyłki Gryfonki będzie tak długotrwały – w szczególności, że uwarzonemu przez nią eliksirowi niemało brakowało do doskonałości. Sierść i kocie uszka może wyglądały dość zabawnie, ale płomiennowłosa powstrzymywała się od okazywania chociażby cienia rozbawienia. Granger z oburzeniem zdała jej relację z pierwszej reakcji Pottera i Weasley’a, która najwidoczniej bardzo ją zabolała. Okropnie wstydziła się swojego wyglądu, początkowo nie chcąc nawet na chwilę pokazać się koleżance. Pani Pomfrey bardzo dbała o komfort Gryfonki, chroniąc ją za śnieżną kotarą przed ciekawskimi spojrzeniami. Granger po raz kolejny przeprosiła błękitnooką za to, że nie poprosili jej o pomoc. Panna Dumbledore powtórzyła jej to samo co wcześniej powiedziała chłopakom, zapewniając ją, że nie miała im niczego za złe i chętnie włączy się w następne plany. Gallatea przynosiła koleżance codziennie lekcje oraz notatki, a czasem jakąś ciekawą książkę. Hermiona wolała pożyczać zapiski od płomiennowłosej, niż korzystać z tych podrzucanych przez Harry’ego i Rona – robiła to jednak w tajemnicy przed kolegami, żeby nie sprawiać im przykrości. Częste wypady Tei do Granger niezbyt podobały się jej Ślizgońskim znajomym, mimo to jednak zawsze Malfoy, Greengrass albo Zabini odprowadzali ją po same drzwi Skrzydła i czekali aż wyjdzie. Dafne często marudziła, domagając się, by koleżanka poświęcała im więcej czasu, zamiast przesiadywać w królestwie madame Pomfrey. Teraz też mocno chwyciła skrawek szaty ognistowłosej, żeby uniemożliwić jej wyjście. 

– Zostań z nami, później pójdziemy – jęknęła robiąc wielkie, błagalne oczka. 

Dziewczyna zaśmiała się i usiadła obok blondynki ku ogólnemu zadowoleniu. Podjadała żelki Blaise’a, słuchając po raz kolejny o minionych świętach, co niekoniecznie jej przeszkadzało. Zabini tradycyjnie spędzał je z mamą w domu. Coraz bardziej interesowała ją pani Zabini. W opowieściach kolegi czuć było wielką miłość, jaką darzyła go kobieta, a syn nie pozostawał dłużny. Godzinami potrafił opowiadać o zdolnościach magicznych mamy i jej niezrównanym talencie kulinarnym – słowa Blaise’a częstokroć spotykały się z prychnięciami Draco, co prowadziło do sprzeczek na temat tego, czyja mama lepiej gotowała. Greengrass okres świąteczny tradycyjnie poświeciła na rodzinny wyjazd do Hiszpanii. W tym roku jej rodzice postawili na rejs luksusowym jachtem. Oczy Dafne świeciły, gdy opowiadała z zachwytem o nadmorskim kurorcie, w którym początkowo wypoczywali. Śmiała się w głos wspominając strach siostry przed wycieczką jachtem – Astoria bała się bezkresnych, otwartych przestrzeni. Musiało być miło spędzać czas równie beztrosko w gronie najbliższych. Tea i Draco nie wymigali się ze swojej kolejki opowieści – zostali niemalże zobligowani do wyspowiadania się z każdego dnia spędzonego w murach szkoły, co wydawało się zwłaszcza interesować Zabini’ego. Greengrass po jakimś czasie wyłączyła się kompletnie, zawieszając wzrok na naszyjniku Gallatei. Łza Bogini działała na nią hipnotyzująco, nie pozwalając oderwać spojrzenia od ciemnobłękitnego kamienia. 

– Mówiłam już, że ten kamyk jest śliczny? – uśmiechnęła się. 

– Daje słowo, jeszcze raz wspomnisz o tym wisiorze, to przestanę się do ciebie odzywać – westchnął karcąco czarnoskóry chłopak. 

– Grozisz, czy obiecujesz? – zaśmiała się blondynka. 

Blaise bez ostrzeżenia objął mocno ramiona koleżanki, uniemożliwiając jej wyrwanie się i potargał jej włosy. Nie miał zamiaru poprzestać na zrobieniu zwykłego nieładu, celował w zmienienie jasnych pasm w ptasie gniazdo. 

– Draco, pomóż! – krzyknęła dziewczyna, próbując się bronić. 

– A co dostanę w zamian? – szarooki uśmiechnął się szelmowsko, zaplatając dłonie na karku. 

– Coś ty taki interesowny się zrobił, Malfoy? – zganiła go Tea – Blaise, daj już spokój, dziewczyny lubią rozmawiać o takich rzeczach. Przywyknij. 

Zabini uniósł ręce w geście obronnym, spoglądając przymilnie na Dafne, ale jego zadziorny uśmieszek nie pasował do wyrazów skruchy. Blondynka uderzyła go lekko w ramię, rozpoczynając mozolną walkę o przywrócenie włosów do względnego porządku. Robiła to wyjątkowo nieporadnie, a jej nieskoordynowane ruchy, przynoszące więcej szkody niż pożytku, rozbawiły pozostałych. Błękitnooka oparta plecami o bok Malfoy’a, wraz z nim i Blaisem śmiała się w najlepsze. Nagle Draco urwał śmiech i dał znać pozostałym, żeby się odwrócili – wprost ku nim zbliżał się nie kto inny jak Severus. Wyglądał na bardziej rozdrażnionego i niespokojnego niż zazwyczaj. Zatrzymał się przy uczniach i omiótł ich wszystkich suchym wzrokiem. Czarne oczy błysnęły, gdy utkwił je w twarzy płomiennowłosej. 

-Panna Dumbledore widzę bawi się w najlepsze – prychnął. – Nie zapomniała pani chyba o dzisiejszych zajęciach dla zaawansowanych? Radzę się szybko zbierać. Jest już pani spóźniona. Panno Greengrass, niech raczy pani doprowadzić się do porządku. 

Dafne poczerwieniała, gładząc mechanicznie wciąż potargane włosy. Tea poderwała się szybko z kanapy. Raz, że chciała oszczędzić blondynce wstydu, dwa Snape wykorzystywał wymówkę nagłej zmian godzin zajęć wyłącznie w nagłych wypadkach. Zwykle po prostu uczęszczała na prowadzone przez niego zajęcia, by zachować pozory, w stałych porach. 

– Przepraszam, panie profesorze! Całkiem zapomniałam o dodatkowym terminie przez to, że Hermion…

Czarodziej nakazał jej zamilknąć gestem dłoni. Zawsze tak się zachowywał się w stosunku do uczniów, co czasem ją denerwowało. Potrafił być nieprzyjemnie apodyktyczny i kompletnie pozbawiony jakiejkolwiek serdeczności, a to nie całkiem zgadzało się z tym, jakim człowiekiem był prywatnie. Musiało bywać mu ciężko zachowywać tak oschłą postawę, bez względu na okoliczności. 

– Nie interesują mnie pani wymówki, panno Dumbledore. Za mną. Natychmiast – warknął dosadne. 

Płomiennowłosa pomachała na pożegnanie znajomym i podreptała za mistrzem eliksirów, który nie miał zamiaru na nią zaczekać. Szybkim krokiem poprowadził ją w stronę swojej pracowni, słowem się nie odzywając. Potrafiła to zrozumieć, widząc jego nerwowe zachowanie. Czujnie obserwował korytarz, jakby obawiając się, że ktoś może ich śledzić – normą u niego nie była aż tak daleko posunięta ostrożność, przez co zaczynała się martwić. Przytrzymał przed nią drzwi, kiwając głową by weszła do środka. We wnętrzu gabinetu czekał na nich Albus, jednak nie sam. Błękitnooka uśmiechnęła się szeroko widząc Stena. Zerknęła ukradkowo na Severusa, który zatrzymał się przy drzwiach z wyraźnym zamiarem zostania przy nich, żeby przypilnować bezpieczeństwa. Dziewczyna nie łudząc się, że wejdzie dalej, wolnym krokiem podeszła do przyjaciela i skrzata. 

– Witaj, Sten – uśmiechnęła się cieplej. 

– Moja pani – stworzonko pochyliło przed nią czoło z delikatnym uśmiechem. 

– Po co wezwałeś Stena? – płomiennowłosa zerknęła na Albusa. 

– Nie wzywałem – wzruszył ramionami, niemniej niż ona ciekaw powodu nieoczekiwanej wizyty. 

– Proszę o wybaczenie, Lady. Nie chciałem zakłócać pani spokoju, ale oczekiwany przez panią gość przybył do rezydencji. Panicz Ethan chciał poinformować o tym panienkę listownie, jednak pozwoliłem sobie zaoferować swoje skromne usługi. Spieszmy się moja pani, oj spieszmy. 

Lady Crown dzień po rozmowie z Ethanem poinformowała Albusa o ich planach, pomijając w swej opowieści kilka dość istotnych faktów na temat tego kim dokładnie był Dragan. Nie chciała niepotrzebnie martwić przyjaciela, ani wpływać przedwcześnie na jego ocenę tego chłopaka, gdyby zaszła konieczność przedstawienia sobie obu panów. Wyraźnie podkreśliła, że jej kuzyn darzył Dragana szczerą nienawiścią, a mimo to poprosił o możliwość wezwania go, co boleśnie godziło w jego dumę. Albusa nie za szczególnie interesowały poszukiwania prowadzone w półświatku, nie uważał ich bowiem za coś powiązanego z wydarzeniami w szkole. Mimo wszystko bezgranicznie ufał przyjaciółce i wierzył w słuszność podejmowanych przez nią decyzji –  tym razem nie było inaczej. Vallerin osobiście znała Salazara, wiedziała o jego schematach działań i sposobie myślenia, więc nie miał zamiaru negować jej metod. 

– Masz dwie godziny, dopilnujemy żeby nikt nie zauważył twojego zniknięcia – staruszek położył dłoń na ramieniu dziewczyny. 

– Dziękuję. Wracajmy do domu, Sten. O ile jeszcze stoi. 

Skrzat uśmiechnął się pod nosem, słysząc nutę rozbawienia w głosie swojej pani. Chwycił jej dłoń i razem z nią teleportował się do rezydencji. Póki co jeszcze stała, ale przepełniająca ją duszna, ciężka atmosfera zdążyła zgęstnieć do tego stopnia, że pozostałe skrzaty zrezygnowały z pomysłu zbliżania się do salonu, w którym zostawił obydwu mężczyzn. Chciał jak zwykle formalnie poinformować swą Lady o oczekujących jej gościach, jednak tym razem mógł sobie to darować. Bez słowa puścił dłoń panienki, widząc, że kieruje się wprost do salonu – sam zdecydował się odwiedzić kuchnię i tam oczekiwać dalszych instrukcji. Vallerin stanęła w progu salonu, przez kilka minut przypatrując się dwóm mężczyznom, siedzącym naprzeciw siebie w fotelach. Jak podejrzewała, trzymali się jak najdalej od siebie, co jakiś czas zerkając jeden na drugiego spode łba. Cud, że jeszcze nie doszło tu do rękoczynów. Przybycie pani domu nieco rozluźniło napięcie. Przybysz widząc ją, poderwał się z fotela i podbiegł do niej, bez trudu ją podnosząc. 

– Cześć, śliczna! Co to za żałosne ciałko? – zaśmiał się perliście. 

– Też się cieszę, że cię widzę, Dragan – uderzyła go delikatnie w czoło. 

Przez chwilę przyglądała się swemu gościowi. Od ich ostatniego spotkania upłynęło sporo czasu, lecz niewiele się zmienił – wciąż był uderzająco przystojnym, młodym mężczyzną z czego doskonale zdawał sobie sprawę. Był wyższy i szerszy w barkach od Ethana – w nieprzesadnie atletyczny sposób – dzięki czemu zdecydowanie górował sylwetką nad Vallerin, w jej dorosłej formie. Długie, krucze włosy sięgały mu do mostka; krótszymi pasmami okalając bladą, smukłą twarz – posiadającą perfekcyjne rysy z subtelną nutą wysmakowanej, arystokratycznej urody. Jego największym atutem zawsze były oczy – magnetyczne, zniewalająco hipnotyzujące o niespotykanym kolorze intrygującego, głębokiego turkusu – w nich odbijała się nieposkromiona, dzika natura Dragana. Fascynujący kolor tęczówek przecinały unikatowe źrenice, przywodzące na myśl te, które posiadały gady lub koty. Żaden człowiek nie mógł poszczycić się podobnymi oczami…nadawały mu charakterystycznego, demonicznego uroku pasującego w każdym calu do jego niepokornego charakteru. Lady Crown uśmiechnęła się, bezwiednie gładząc smoliste pasma włosów. Obydwoje posiadali oczy, które przerażały, jednakże Dragan w przeciwieństwie do niej, nie silił się by to ukrywać. 

– Zabawnie wyglądasz w ciele smarkuli – kruczowłosy uśmiechnął się zaczepnie. 

– Wrócę do dorosłej formy i znów będę zachwycająca! A tobie nic już nie pomoże, chłopcze – pokazała mu język. 

Mężczyzna skrócił dystans między nimi, przyciągając ją bliżej swojej piersi. Wpatrywał się w płomiennowłosą swoimi lodowatymi oczyma, uśmiechając się w swój typowy sposób – szelmowski, zaczepny i wyzywający. Demoniczny turkus przeszył metaliczny błysk. 

– Naśmiewasz się ze mnie, mała? Wiesz, że mógłbym ci teraz bez problemu skręcić kark? 

Dragan ściszył głos do niepokojącego szeptu, oplatając długie, smukłe palce wokół jej szyi. Lady słyszała jak Ethan zrywa się z fotela, gotów ruszyć jej z pomocą. Przez chwilę mierzyła się wzrokiem z Draganem, w końcu jednak obydwoje wybuchnęli śmiechem. Mężczyzna usadowił ją wygodniej na swoim przedramieniu, uśmiechając się szeroko. 

– Tęskniłem za tobą, Vallerin – mrugnął do niej. 

– Tak jak ja za tobą! Nie łaska było mnie wcześniej odwiedzić? Gdzieś ty się znowu szlajał? – zganiła go pół żartem, pół serio. 

– Góry, lasy, puszcze, nudne miasta…długo by opowiadać. 

– Już ja cię zmuszę, żebyś poopowiadał, dzieciaku. Napijesz się czegoś? 

– Kawy, jeśli można – przysunął nos do jej ognistych włosów. 

– Na taką odpowiedź liczyłam. Ethan? – spojrzała na kuzyna. 

– Podziękuję, chcę to mieć jak najszybciej z głowy – mruknął niebieskooki. 

Usiadł w fotelu i zaplótł ręce na piersi, wzdychając przeciągle. Nie przewidział jak bardzo sam widok tego gnojka będzie działał mu na nerwy. Gdy usłyszał ten jego wkurzająco niski, głęboki głos miał ochotę wyjść i nie wracać, póki Erin się go nie pozbędzie. Sam się o to prosił. Kuzynka była na tyle uprzejma, by oszczędzić mu wątpliwej przyjemności osobistego napisania do tego szczeniaka. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 365
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!