Córa rodu Phoenix – Rozdział 28

Odcienie przyjaźni

                       Snape i Dumbledore opuścili mury Hogwartu, chcąc jak najlepiej wykorzystać podarowany im przez Lorda czas. Albus niejednokrotnie gościł w progach rezydencji Lady Crown, więc wiedział doskonale, jak się do niej dostać. Najprostszym rozwiązaniem było skorzystanie z dobrodziejstwa teleportacji, jednak czarodzieje nie mogli tego zrobić, pozostając na terenie szkoły, więc udali się na skraj Zakazanego Lasu. Pośród cienia rzucanego przez splątane korony wysokich drzew, mogli być pewni, że pozostają poza zasięgiem zbłąkanych spojrzeń, mogących padać z wnętrza kamiennej budowli. Dyrektor spojrzał na mistrza eliksirów i skinął subtelnie głową, dając mu jasny sygnał do przygotowania się. Severus jedynie przewrócił ostentacyjnie oczami, niezamierzenie rozbawiając tym towarzyszącego mu starca. Wspólnie przenieśli się na początek zadbanej, równej ścieżki wyłożonej płaskimi, białymi kamieniami, wytyczającymi szlak prowadzący wprost ku siedzibie płomiennowłosej. Przez kilka chwil szli ramię w ramię, nie odzywając się do siebie – każdy z nich był zajęty czymś innym. Dumbledore usiłował przygotować się mentalnie do ponownego spotkania z Lordem Phoenix. Lord, co prawda, wyraził zgodę na ich wizytę, ale nie mógł być pewien, czy na miejscu zostaną powitani z otwartymi ramionami…Biorąc pod uwagę okoliczności, bardziej prawdopodobny wydawał się scenariusz uwzględniający oschłą niechęć oraz wrogie, zdystansowane nastawienie – czemu nie mógłby się absolutnie dziwić. Dragan potraktował go dość łagodnie, lecz Arien…ten mężczyzna mógł mieć wobec nich zgoła inne zamiary. Snape szedł krok za Albusem, pochłonięty podziwianiem widoków, które za każdym razem robiły na nim identyczne, niesłabnące wrażenie. Wpatrywał się w nienaruszoną przyrodę, osłaniającą rezydencję od niechcianego wzroku. Okoliczne lasy wydawały się nietknięte ludzką ręką, dzięki czemu wyglądały zapewne tak samo, jak dekady temu – gęste, nieporuszone, mroczne i nieprzystępne…noszące w sobie ślady czegoś pierwotnego, dzikiego i nieujarzmionego. Nieprzebrane bory wspaniale kontrastowały z subtelnie wznoszącym się ponad nimi architektonicznym cudem, jakim bez wątpienia była sama rezydencja. Wysmakowane, jasne mury domostwa górowały nad otoczeniem, jednocześnie podkreślając jego niesamowity, niemalże baśniowy urok. Coś jednak było tu mocno nie tak…Im bardziej zbliżali się do dworku, tym wyraźniejsza stawała się zmiana atmosfery – wcześniej budynek wręcz emanował przyjazną, ciepłą aurą, potęgującą przemożną chęć zajrzenia do środka. Dom Lady Crown był czymś na kształt azylu, którego otwarte drzwi zachęcały do zaznania wytchnienia w kunsztownych, wspaniale urządzonych wnętrzach. Ten dom był oazą, umiejscowioną pośród budzących grozę gór oraz lasów. W tej chwili to subtelne wrażenie uleciało, zastąpione przeraźliwym chłodem – nieprzyjemnym i dołującym, niczym wizja wejścia w gęsty bór, tylko po to, by więcej go nie opuścić. Wszechobecne zimno w każdej sekundzie przypominało o tym, że łagodne serce oazy odeszło. Kobieta stojąca w samym centrum tego urzekającego mikroświata pogrążona była w głębokim, nienaturalnym śnie, a wraz z nią zasnęło wszystko – pozostała jedynie dzikość. Wydzierające z mrocznych lasów wycie wiatru, jakby zdawało sobie z tego sprawę i jęczało przeraźliwie z tęsknoty za aniołem, zamieszkującym pogranicza puszczy. Rozpędzony wiatr bezlitośnie napierał na plecy dwóch przybyszy, starając się przyspieszyć ich wędrówkę – popychał ich ku drzwiom rezydencji w nadziei, że dwóch czarodziei wybudzi Vallerin, a ciepłe, łagodne serce powtórnie zabije w tych stronach. Mężczyźni zatrzymali się przed drzwiami, ociągając się z zaanonsowaniem swego przybycia. Albus nerwowo wygładził zmierzwioną przez wiatr szatę, po czym zerknął na swego towarzysza, sięgając do zsuniętych z nasady nosa oprawek. Severus przez lata stał się istnym mistrzem ukrywania emocji, tłamsząc je w sobie do momentu, aż nie przybierały niewyobrażalnie niebezpiecznych rozmiarów. Skrupulatnie pilnował, by z jego bladej twarzy nie można było nic wyczytać. Radość, smutek, strach, tęsknota, złość…żadne z tych uczuć nie miało prawa odbić się w jego posępnym obliczu, jednak od tej zasady bywały wyjątki. W niebywale rzadkich sytuacjach cienie uczuć przebijały się przez ponurą, obojętną maskę – niezdarnie, niemalże karykaturalnie wykrzywiając nadmiernie poważną twarz…tak, jak w tej chwili. Snape, stoją na baczność z ramionami zwieszonymi wzdłuż ciała, łapał głębokie, miarowe wdechy, mające zdławić narastający niepokój. Dyskomfort wyraźnie odbijał się w jego ciemnych oczach, nie chcąc ulecieć pomimo wielu prób. Dumbledore uśmiechnął się półgębkiem, po czym klepnął przyjacielsko bark kompana, chcąc dodać mu otuchy. Dyrektor w pełni rozumiał zdenerwowania swego współpracownika – w końcu możliwość spotkania Lorda Phoenix we własnej osobie była nie lada wydarzeniem, dostępnym jedynie dla garstki wybranych. Ten niezaprzeczalny zaszczyt w nim samym budził skrajne odczucia. Ciekawość oraz ekscytacja nieustannie ścierały się z gorzkim smakiem przerażenia. Cóż…w ich sytuacji lęk zdecydowanie wygrywał zaciętą batalię. Albus przymknął powieki, wracając pamięcią do chwili, gdy po raz pierwszy ujrzał Lorda. Arien wywarł na nim piorunujące wrażenie, bynajmniej nie przez swoją nadnaturalnie urokliwą powierzchowność, czy przejmujący chłód lazurowych oczu. Tego mężczyznę otaczała unikatowa aura, która nawet na najznamienitszym spośród czarodziei wymogłaby pokorne pochylenie czoła w oznace uniżenia. Lord Arien Phoenix budził swą osobą nieopisany szacunek, choć próżno było szukać ku temu konkretnego powodu. Stojąc przed jego, bez mała boskim, obliczem, każdą komórką ciała czuło się, że oto stoi przed tobą ucieleśnienie potęgi – pradawnej, nieprzejednanej, nieograniczonej, a przez to niezrozumiałej i budzącej respekt. Tak…Phoenix’owie byli doprawdy zagadkowym rodem, o którym nie sposób było dowiedzieć się zbyt wiele – nawet Vallerin, podczas przyjacielskich rozmów, unikała tego tematu. Starzec zepchnął wspomnienia na skraj świadomości i zapukał delikatnie w solidne podwoje, nie chcąc dłużej odwlekać nieuniknionego. Musieli poczekać dłuższą chwilę, zanim drzwi otworzyły się przed nimi, odsłaniając drobną sylwetkę Stena. Widząc majordomusa, Dumbledore drgnął niespokojnie. Bystre, czujne spojrzenie skrzata zmętniało, a jego szarawa skóra ściśle przylgnęła do kości policzkowych, uwydatniając ich ostre kontury. Sten nie powitał ich serdecznym słowem, jak miał to w zwyczaju. Milcząc ustąpił im przejścia, tym samym zapraszając gości do środka. To, co zastali w murach posiadłości zatrwożyło ich. Wszędzie panował półmrok…okazałe wnętrza tonęły w ciemności, spowodowanej przysłonięciem wszystkich okien za pomocą grubych, ciężkich kotar. W powietrzu nie unosił się zapach szykowanych przez skrzaty pyszności, ani urzekająca woń kwiatów. Nie docierał do nich żaden dźwięk: ani wesołych rozmów skrzatów; postukiwania szykowanej zastawy; przytłumionych śmiechów, zwykle dobiegających z kuchni, ani kroków kilkudziesięciu par wiecznie zabieganych stóp – było cicho…cicho i przeraźliwie wręcz zimno. Dworek zdawał się pochłonięty żałobą. Sten wyminął ich kierując się ku schodom, więc podążyli za nim starając się, by nie zmącić swą obecnością spokoju rezydencji. Wspięli się po imponujących schodach i  trzymając się pleców majordomusa, dotarli wprost do hebanowych drzwi, oddzielających sypialnię Lady Crown od reszty domostwa. Wierny skrzat z widocznym zawahaniem położył dłoń na mosiężnej klamce, po czym westchnął przeciągle, zrezygnowany i przytłoczony trawiącym go od wielu dni smutkiem. Ostrożnie popchnął drzwi, gestem wskazując czarodziejom, żeby weszli, jednak sam nie poruszył się nawet o krok, stojąc tak daleko od progu, jak tylko mógł – zachowywał się, jakby przekroczenie tej niewidzialnej linii miało nieuchronnie doprowadzić go do rozsypania się w pył. Zaczekał, aż profesorowie wejdą, zamknął za nimi wrota sanktuarium i pospiesznie oddalił się od nich, zawstydzony własnym zachowaniem. Prawda była taka, że unikał wchodzenia do pokoju swej pani, ponieważ przerażało go patrzenie na jej tajemniczą chorobę, której zrozumieć w żaden sposób nie potrafił. Początkowo starał się być silny i kierować skrzatami tak, by jego Lady nie czuła się zawiedziona ich pracą, gdy w końcu otworzy oczy. Ofiarnie asystował Lordom w ich pracy, nie zezwalając, żeby którykolwiek inny skrzat ujrzał panienkę Crown w tak opłakanym stanie. Nie chodziło o zmianę w jej wyglądzie…oj, nie. Ognistowłosy anioł, nawet trawiony nieznaną chorobą, pozostawał najwspanialszym odzwierciedleniem wielkiego dzieła stworzenia! Po prostu martwił się, że wrażliwe serca jego współbraci nie zniosłyby obrazu tak wielkiej krzywdy, jaka spotkała ich ukochaną panią. Sam uważał się za znacznie silniejszego i odporniejszego na ból, wywołany każdym spojrzeniem w stronę jej bezwładnego, eterycznego ciała, ale..pomylił się. Z każdym kolejnym dniem, gdy Vallerin słabła, rozrywał go niepohamowany smutek – żal tak wielki i przejmujący, że nie mógł złapać tchu. Wkrótce przyszedł dla niego dzień ostatecznej próby, której ciężaru nie zdołał podźwignąć. Załamał się, kiedy nieskazitelnie alabastrowa skóra Lady straciła swój urokliwy blask, nie mogąc patrzeć na biel kości, przebijającą się przez niemalże przezroczystą warstwę tkanki. Tego znieść już nie potrafił! Zaczęły nawiedzać go koszmarne myśli – podświadomie rozpaczał, jakby to miały być ostatnie dni, spędzone u boku kobiety, którą oni wszyscy kochali. Starał się tłumić w sobie niestosowne emocje, lecz przed wzrokiem Lorda Ariena nie sposób było niczego ukryć. Lord stanowczo zakazał mu wstępu do pokoju płomiennowłosej, o ile nie dostanie wyraźnego rozkazu. Uzdrowiciel domyślał się, jak beznadziejną musiała wydawać się obecna sytuacja w oczach Stena, a nie był mu potrzebny pomocnik, wątpiący w powodzenie wdrożonego leczenia. Zresztą, od kiedy miał u swojego boku Damona, skrzaty stały się poniekąd zbędne, bowiem żaden z nich nie posiadał nawet ułamka wiedzy i opanowania Hierofanta. Arien przyłożył do ust dłoń siostry, muskając ją delikatnie wargami. Słyszał odgłos zamykanych drzwi i kątem oka dostrzegł dwie sylwetki czarodziei – niepewnych tego, co mieli ze sobą zrobić. Uśmiechnął się subtelnie pod nosem, nie mając bladego pojęcia, dlaczego zgodził się na tę wątpliwej przydatności wizytę. Dragan potrafił być nad wyraz przekonywujący, jeśli tego chciał. Lord uśmiechnął się szerzej. Jego młody wnuk bez wątpienia odziedziczył po Phoenix’ach zdolności manipulacyjne i bez litości wykorzystywał je przeciw niemu, z coraz lepszym efektem. Ułożył ostrożnie porcelanową dłoń Vallerin na kołdrze, wstał i odetchnął powoli, odwracając się w stronę gości. Wizyta Dragana oraz obecność Damona dały mu szansę na odpoczynek, choć nie mógł powiedzieć, by zdecydował się na niego dobrowolnie – Hierofant widząc nie najlepszy stan brata, zmusił go do zaśnięcia, żeby odzyskał siły oraz bystrość umysłu. Starszy Phoenix początkowo miał za złe bratu tak radykalne posunięcie, jednak rozumiał, dlaczego Damon wpadł na równie szalony pomysł. Czuwając non stop przy łóżku Vallerin wykańczał samego siebie, pozwalając, by zawładnęło nim zwątpienie, które w sztukach uzdrowicielskich mogło zakończyć się tragedią. Dzięki wymuszonemu odpoczynkowi, znów prezentował się jak na Lorda przystało. Wolnym krokiem podszedł do czarodziei, uważnie obserwując ich pobladłe twarze, oblane miękkim blaskiem świec. Załamujące się cienie uwydatniały szok, w jakim zamarli mężczyźni, zgodnie wpatrujący się w ciało Lady, niknące pod gładką pościelą.

– Profesorze Dumbledore – Arien skinął ku starcowi.

Albus czuł, jak opuszczają go wszystkie siły. Ciało zwiotczało, odmawiając posłuszeństwa. Przeraziła go przemożna chęć ucieczki z posiadłości, żeby nie patrzeć dłużej na opłakany stan przyjaciółki. Nagle stracił wszelką ochotę na podejście ku jej łożu, choć od samego ranka pragnął jedynie rzucić się w jej stronę i na kolanach prosić ją o wybaczenie. Teraz…gdy stał tak blisko niej…bał się. Wytężona wola udręczonego umysłu ledwie zmusiła sparaliżowane ciało, do spojrzenia na Lorda, w odpowiedzi na suche słowa powitania. Starzec szybko ocenił, że Phoenix wbrew jego obawom nie wyglądał na rozgniewanego, a bardziej zmęczonego i rozgoryczonego. Pojęcia nie miał, czy poprawiało to w jakikolwiek sposób ich sytuację. Zbierając resztki sił, skinął ku gospodarzowi z dworną powściągliwością.

– Lordzie Phoenix – wyszeptał, mimowolnie opuszczając wzrok.

– Pan to zapewne profesor Snape – Arien, póki co, zignorował dyrektora – Dragan zapewnił mnie, że darzy pan mą siostrę wzajemną sympatią. Liczę, że nie pomylił się w swojej ocenie. W obecnej sytuacji chciałbym uniknąć wpuszczania w progi rezydencji osób przypadkowych. Erin by tego nie chciała – błękitnooki spojrzał na Severusa, dumnie unosząc podbródek.

Lord mówił niezwykle spokojnie, sucho i stanowczo, tonem głosu podkreślając, jak bardzo nie życzył sobie omyłkowego zezwolenia na zbliżanie się do Vallerin, kogokolwiek niegodnego. Mistrz eliksirów niezdarnie przełknął nagromadzoną ślinę, nie potrafiąc zdobyć się na potwierdzenie słuszności jego wizyty. Przez głos Ariena, jego nieziemsko analityczne spojrzenie oraz przejmującą aurę wyższości, sam zaczął wątpić, czy powinien tu dziś być. Czy miał jakiekolwiek prawo do bycia przy Erin w tak ciężkiej chwili? Bezwiednie przygryzł wewnętrzną część policzka, dając się porwać fali chaotycznych myśli. Szczerze lubił tę kobietę. Cieszyła go każda rozmowa z nią, toczona poza szkolnym teatrzykiem. Mógłby spędzać wszystkie noce na swobodnych dyskusjach z Lady oraz wspólnym zgłębianiu tajników eliksirów przy filiżance kawy, której smak niespodziewanie polubił. Za każdym razem, gdy słyszał śmiech płomiennowłosej, nie mógł powstrzymać się od uśmiechu – dotychczas rzadko goszczącego na jego twarzy. Serce biło mu żwawiej, gdy siedziała obok mówiąc z tą cudowną ekscytacją o swoich najnowszych badaniach i odkryciach. Jakie to wszystko miało teraz znaczenie? Najprawdopodobniej żadnego. Zapewne Lorda nawet w najmniejszym stopniu nie interesowały podobne drobnostki, ani pozytywne uczucia, które Lady wzbudzała w byle czarodzieju. Arien chciał mieć pewność co do bezpieczeństwa siostry, a Snape nie wiedział, jak miałby go skutecznie przekonać. Albus, dostrzegając rozterkę towarzysza, postanowił ruszyć mu z pomocą. 

– Severus zaprzyjaźnił się z Lady, Lordzie – choć zwracał się do Mistycznego, wciąż nie potrafił na niego spojrzeć – Jego dzisiejsza obecność była sugestią Dragana, z którą nie potrafię się nie zgodzić.

Jasnobłękitne oczy Uzdrowiciela rozbłysły ostrym, ostrzegawczym blaskiem. Szybko go zdławił, jednak tajemnicza anomalia zdążyła już zaczepić niepokój w sercach czarodziei, wpędzając ich w objęcia lęku.

– Proszę przestać nie doceniać tego, co dla mojej siostry oznacza prawdziwa przyjaźń, profesorze – ton Ariena w niczym nie ustępował jego spojrzeniu – Do tej kwestii jeszcze dziś dojdziemy. Niech panom będzie – westchnął teatralnie. – Mogą panowie podejść bliżej łóżka.

Gospodarz wskazał przybyszom dwa fotele, w których zwykł przesiadywać wraz z Damonem, a sam usiadł na krawędzi posłania, tuż przy ognistowłosej. Wpatrywał się w wychudłą, lekko zapadniętą buzię Erin, nie mając zamiaru zbyt wcześnie rozpoczynać rozmowy. Miał w tym oczywiście swój cel. Chciał, żeby czarodzieje mogli się jej przyjrzeć i na własne oczy zobaczyć, dlaczego Lordowie niechętnie podchodzili do powrotu siostry w wir ich żałosnego światka. Po prawdzie liczył na to, że zaczną cierpieć – tak samo jak on, Damon, Ethan, Dragan oraz skrzaty, będąc zmuszonymi do oglądania Vallerin w takim stanie. Sądząc po wyrazach ich twarzy dopiął swego, co przyjął z gorzkawą nutą satysfakcji. Albus całkowicie zamilkł, wpatrzony w przerażająco szczupłą, kredową twarzyczkę przyjaciółki. Ciężko przełykał ślinę za każdym razem, gdy dostrzegł niespokojny ruch gałek ocznych pod nazbyt cienkimi, alabastrowymi powiekami. Płomiennowłosa drżała delikatnie przy każdym oddechu, więc sen w który zapadła nie mógł być spokojny. Jej krucha, filigranowa sylwetka niknęła pod gładką kołdrą, zupełnie jakby była nią przyciśnięta. Starzec widział każdy ruch delikatnych obojczyków pod szokująco przezroczystą warstwą skóry, nie mogąc powstrzymać lodowatych dreszczy, przechodzących po jego plecach. Dumbledore z całą pewnością był załamany tym co ujrzeli w rezydencji, jednak to Severus trzymał się znacznie gorzej. Mistrz eliksirów zastygł, nie śmiejąc poruszyć się nawet o milimetr. Dopiero teraz docierał do niego ogrom zniszczeń, jakie wywołało zmuszenie się Lady do utrzymania dziecięcej formy, przez tak irracjonalnie długi czas. To jak obecnie wyglądała…wpędziło go w duszącą panikę. Nieraz widział umierających ludzi, a Vallerin w tej chwili nie różniła się od nich nawet odrobinę.

– Jak sam pan widzi, dyrektorze, sytuacja jest łagodnie rzecz ujmując tragiczna – zadumę przerwał melodyjny głos Lorda. – Choć głęboko nad tym ubolewam, ani ja, ani żaden z moich braci nie potrafimy poprawić stanu Vallerin. Obawiam się, że ta jedna, jedyna rzecz leży daleko poza granicą naszych możliwości.

– Czy podejrzewa Lord, co może być przyczyną tak złego stanu zdrowia Erin? – Albus niepewnie spojrzał na gospodarza.

Obydwaj czarodzieje wstrzymali oddech, słysząc suchy, cyniczny śmiech Phoenix’a, który odbijał się od ścian, uderzając w nich z potworną siłą. Ten śmiech…nie miał w sobie krzty łagodności, zdolny ciąć świadomość niczym najmroźniejsze z ostrzy. Był jak swoistego rodzaju kpina, podszyta niemalże namacalną groźbą.

– Proszę wybaczyć, profesorze! Najwidoczniej zbyt pospiesznie uznałem pańskie pytanie za niewybredny żart! – śmiech urwał się gwałtownie, zastąpiony protekcjonalną wzgardą – Nie sądzę, by nie zdawał sobie pan sprawy z przyczyn. Skoro jednak śmiał pan zapytać o coś równie niedorzecznego, prześledźmy ciąg niebezpiecznych decyzji, których skutki przywiodły nas dziś do tego pokoju – Arien zwrócił się twarzą ku gościom, zakładając nogę na nogę. – Ponad dwa lata temu przybył pan do tej posiadłości, by prosić mą siostrę o pomoc w pańskiej sprawie. Przyszedł pan do Vallerin z jednego prostego, jak sądzę, powodu. Był pan pewny tego, że Erin panu nie odmówi – głos Phoenix’a stał się nieprzyjemnie chłodny. – Przyjaźniliście się od wielu lat i doskonale zdawał pan sobie sprawę z tego, że Vallerin nie będzie w stanie zostawić pana samego w potrzebie. Zgodnie z oczekiwaniami, Lady Crown zgodziła się nie tylko na udzielenie panu pomocy, ale również na powrót w mury zamku, którego unikała przez wieki. Zamieszkała w tej ponurej pozostałości po człowieku, który zamienił jej życie w istny koszmar. Oczywiście nie skonsultowała tej decyzji z nami, wiedząc, że zrobilibyśmy wszystko, żeby wybić jej to z głowy – uśmiechnął się gorzko. – Z szacunku dla woli Erin zgodziliśmy się nie wtrącać, stawiając jedynie warunek obecności Dragana. Moja siostra – Lord wstał, patrząc na czarodziei z góry – najpotężniejsza spośród Phoenix’ów, by panu pomóc przez ponad dwa lata kumulowała swą nieprawdopodobną moc w ciele o wiele za słabym, żeby móc ją utrzymać w ryzach. Dławiona potęga dosłownie rozrywała każdą jedną komórkę jej ciała, najprawdopodobniej powodując ból, którego nie są panowie w stanie sobie wyobrazić. Zataiła swoje kiepskie samopoczucie, jak podejrzewam, by pana nie martwić i nie dać nam powodów do interwencji. Pod koniec poprzedniego roku szkolnego, z nieznanego mi powodu, złamała odwieczny zakaz wpływania naszej mocy na prawa natury, a tak szalony występek okupiony jest dotkliwą karą w postaci klątwy, która zmienia czasowo naszą krew w toksynę – ponownie usiadł jak najbliżej płomiennowłosej. – Klątwa wypala żyły i osłabia ciało, żeby przypomnieć nam o regułach, którym nawet my musimy się podporządkować. O tym także nikomu nie wspomniała, pozwalając, żeby jej własna moc ją niszczyła. Wie pan, dlaczego posunęła się tak daleko?

Dumbledore zdobył się jedynie na wątłe, przeczące kiwnięcie. Słowa Ariena, choć się ich spodziewał, dotknęły go do żywego, wypalając bolesną dziurę w okolicach serca. Skrzywdzenie Vallerin było ostatnią rzeczą, jakiej chciał…wiele zawdzięczał tej kobiecie i jej niepojętej, łagodnej wyrozumiałości. Przenigdy nie zgodziłby się na przysporzenie jej cierpień, więc dlaczego ona sama się na nie skazała? Czego nie dostrzegł w ciągu wielu lat łączącej ich przyjaźni?

– Vallerin uważa pana za przyjaciela. Ot cały powód – Lord westchnął z rezygnacją. – Sporo w tym wszystkim naszej winy, czego jestem w pełni świadomy. Erin… – pogładził delikatnie skroń siostry – po tym wszystkim co przeszła…zdradzie Salazara, uwięzieniu, izolacji, naszej nieobecności u jej boku…ponad wszystko ceni sobie bliskość. Przez długie wieki nazywano ją potworem i uciekano od niej, więc żyła samotnie w tej rezydencji, otoczona przez wierne skrzaty. Co jakiś czas, w pędzie czasu, pojawia się szczególna osoba, zdolna złagodzić jej samotność. Przez ledwie chwilę, jaką jest dla nas ludzkie życie, ma w końcu kogoś, z kim może poczuć więź. Przyjaciela – uśmiechnął się subtelnie, odrywając dłoń od skóry płomiennowłosej. – Jego ceni znacznie bardziej od samej siebie i podświadomie będzie skłonna dążyć do autodestrukcji, byleby nie zostać powtórnie odrzuconą, jak niegdyś przez nas, własnych braci. Moim zdaniem zrobiła to wszystko, żeby pana nie zawieść i nie opuścić przyjaciela w potrzebie. Zapewne wolała zaryzykować własnym zdrowiem, niż patrzeć jak odwraca się pan od niej plecami, gdy nie podoła pokładanym w niej oczekiwaniom. Vallerin ma mocno wypaczone pojęcie o zdrowych relacjach – Arien zmierzył czarodziei rzeczowym spojrzeniem uzdrowiciela. – My to zapoczątkowaliśmy odsuwając się od niej, kiedy potrzebowała nas najbardziej. Później przyszła kolej jej ukochanego Salazara i znów nasz wspaniały popis braterskiej miłości. Spętani przez strach zrobiliśmy najgorszą możliwą rzecz i zamknęliśmy ją – chłodny ton zmąciła subtelna nuta obrzydzenia oraz żalu. – Uwięziliśmy własną siostrę na trzy długie stulecia, ponieważ żaden z nas nie miał odwagi wyciągnąć ku niej dłoni. Zostawiliśmy ją samą sobie tuż po tragedii, której doświadczyła naiwnie sądząc, że to najlepsze wyjście. Ostatecznie ją wtedy odtrąciliśmy. Wiecie panowie, co jednak jest w tym najokrutniejsze? – zerknął na mężczyzn, kompletnie nie zainteresowany ich opinią – Vallerin pomimo doznanych krzywd oraz tego, że egoistycznie skazaliśmy ją na samotne cierpienie przez tak długi czas, wciąż nas kocha. Darząc miłością każdego ze swych samolubnych, okrutnych braci puściła w niepamięć nasze przewinienia i wybaczyła nam, choć większość z nas nie jest w stanie wybaczyć samym sobie. Ta kobieta… – zwrócił się twarzą ku Lady – moja ukochana siostra, ma w sobie więcej zrozumienia, łagodności i bezgranicznej miłości niż ten świat zasługuje. My zawiedliśmy, tak samo jak Salazar oraz lwia część z nielicznych przyjaciół, których miewała w ciągu tych wszystkich wieków. Erin, przez swą wrodzoną dobroć została wciągnięta w bezduszny cykl zdrad, zawodów i ciągłych rozczarowań. Tkwiła w nim, dopóki u jej boku nie pojawił się pewien szczególny chłopiec. Mój wnuk – Phoenix wyprostował się dumnie. – Dragan jako pierwszy dostrzegł w Vallerin przemożną potrzebę posiadania kogoś bliskiego. Stałego elementu, na którym mogłaby oprzeć swoje życie, z daleka od nas. Dragan stał się dla niej właśnie takim filarem. Pokochał swojego anioła od chwili ich pierwszego spotkania i niemalże od tamtej pory trwa niestrudzenie u jej boku, dostrzegając to, jak bardzo są do siebie podobni. On również nie mógł liczyć na zrozumienie ani wsparcie w gronie najbliższych, przez co był tak samo samotny i spragniony bliskości jak kobieta, którą pokochał. Kiedy Dragan jest przy Vallerin, niczego nie musimy się obawiać – dotychczas dość miękki ton Ariena, stał się twardy i nieprzyjemnie szorstki – Ten chłopak prędzej sam zginie, niż pozwoli na krzywdę Erin. Tkwi w nim żelazne, nieprzejednane przekonanie, którego nam w pewnym momencie zabrakło. Nie powiedziałem tego wszystkiego, by pana obwiniać, profesorze – lazurowe tęczówki wbiły się w oczy starca. – Moim jedynym celem jest uświadomienie panu, jak wiele znaczy pan dla mojej siostry i z czym w jej przekonaniu wiąże się przyjaźń. Uratujemy ją, a kiedy do nas wróci, proszę, żeby tym razem zaopiekował się pan nią z należytą troską. Przykro mi, że na pańskie barki spada część brzemienia naszej odpowiedzialności.

Arien zamilkł, wracając do czułego gładzenia porcelanowego policzka siostry. Prychnął kpiąco pod nosem. Ich ród był jednym, wielkim żartem! Rodzina, skupiająca w swych szeregach najpotężniejsze magiczne istoty, nie potrafiła zatroszczyć się o dobro najmłodszej z nich. Tysiące razy wraz z Killianem zastanawiali się, cóż za ponury żart losu złożył w ich zgrubiałe, szorstkie dłonie najdelikatniejszy spośród kwiatów. Nie byli w stanie zaopiekować się Vallerin, ponieważ znacznie bardziej interesowały ich własne sprawy, nieustanne kłótnie o przywództwo oraz niemające znaczenia, z perspektywy wieczności, błahostki. Miłość w ich wykonaniu istniała, lecz była chłodna i zdystansowana. Iskra ciepła ukrywała się głęboko w zlodowaciałych, hardych sercach, niechętna do ujrzenia blasku dnia. Byli zupełnie inni od siostry – pozbawieni empatii, serdeczności, łagodności, zrozumienia…Szybciej odnajdywała to, czego szukała pośród śmiertelnych niż w ich szeregach, a czy mogło istnieć coś mocniej uwypuklającego, jak żałosnymi braćmi się stali? Musiało ją to boleć, jednak zawsze zachowywała się wobec nich tak samo – z wdziękiem, subtelnością i wyrozumiałością, przekraczającą granicę zwykłego pojmowania rzeczywistości.

– Merlinie… – wyszeptał Severus – jaka ona krucha.

Dla mistrza eliksirów w tym momencie słowa Dragana o diamencie nabrały nowego, znacznie bardziej przygnębiającego znaczenia. Potęga, której obawiali się nawet Phoenix’owie została zamknięta w ciele równie eterycznej, miłosiernej istotki…przejmująca ironia. Każdy z jej braci wydawał się lepszym kandydatem do dzierżenia równie destrukcyjnej siły. Każdy jeden z nich zapewne posiadał osobowość, bardziej pasującą do tak niebezpiecznego daru. Czemu akurat Vallerin? Chciał dotknąć bezwładnej ręki Lady, jednak powstrzymało go ostre spojrzenie Lorda Ariena. Snape nie wiedział co czaiło się w tym wzorku i wiedzieć nie chciał, więc wbił ciasno plecy w oparcie fotela, porzucając zamiar zbliżenia się do płomiennowłosej.

– Zatroszczę się o nią, Lordzie. Przysięgam.

Albus okazał się znacznie odważniejszy od swego kompana i bez wahania chwycił zimną dłoń przyjaciółki, przyciskając ją do własnej piersi. Przez tak wiele lat nie dostrzegł tego wszystkiego…był ślepy na jej pragnienia, potrzeby oraz wątpliwości. Kiedy sporadycznie pojawiał się w progach rezydencji, niezamierzenie ignorował błysk radości w przepięknych, lazurowych oczach, nie zastanawiając się, dlaczego zawsze goszczono go niczym najprawdziwszego króla. Siadając w głównym salonie delektował się smakiem kaw lub herbat, o których istnieniu wspomniał gospodyni ledwie raz. Vallerin musiała zapamiętywać podawane przez niego nazwy i sprowadzać produkty specjalnie z myślą o kolejnych odwiedzinach. Czarodziej przymknął powieki, przytłoczony kolejnymi myślami. Płomiennowłosa, z tego co wiedział, nawet nie przepadała za herbatą, więc musiała kolekcjonować różnorodne jej rodzaje wyłącznie ze względu na niego. Jak…jak mógł być tak zaślepiony, żeby nigdy tego nie zauważyć? Zawsze czuł się w progach tego domu komfortowo, a sama Lady razem ze skrzatami rozpieszczała go, jak tylko mogła. Nie broniła mu praktycznie niczego. Mógł swobodnie poruszać się po dworku, zaglądać do pracowni, pożyczać jej bezcenne księgi…Poświęcała mnóstwo czasu na doszkalanie go w sztukach magicznych, robienie przekładów…pomagała mu nawet odpowiednio opracować materiał na zajęcia z alchemii. Za każdym jednym razem mógł liczyć na jej bezcenną radę i wsparcie, bez względu na to, czego dokładnie problem dotyczył. Dlaczego? Dlaczego nie zastanowił się nad tym chociażby przez chwilę?! Dlaczego tak łatwo przychodziło mu czerpanie jej dobroci pełnymi garściami, bez oferowania czegokolwiek w zamian?! Dla niego…marnego czarodzieja, niezdolnego do okazania należnej wdzięczności, córa rodu Phoenix poświęciła się do tego stopnia. Nie doceniał przyjaźni, jaką go obdarzyła. Uważał tą więź za coś zwyczajnego, nie różniącego się niczym od relacji, jakie zbudował z wieloma osobami – powszechną i zwyczajną, jak przyjaźń między ludźmi.

– Trzymam pana za słowo, profesorze – Arien postanowił wyrwać dyrektora z objęć gorączkowych rozmyślań. – Skoro mamy z głowy ten przydługawy wstęp, przejdźmy proszę do, zapewne bardziej panów interesujących, kwestii. Dragan prosił, żebym w miarę przystępnie wytłumaczył, jakie konkretnie leczenie podjąłem, żeby pomóc Erin. Czuję się w obowiązku wspomnieć, że większość rzeczy uproszczę, ponieważ wiem, że żaden z panów nie jest uzdrowicielem – zmierzył czarodziei protekcjonalnym spojrzeniem. – Wedle słów Dragana, widzieli panowie część objawów Vallerin, w postaci nieprzyjemnie spalonych płatów skóry oraz stopionych żył. To efekt klątwy, o której wcześniej panom wspominałem. Zanim wdam się w szczegóły, muszą panowie zrozumieć, że przekleństwo o którym mówię, to nie jakaś tam pierwsza lepsza klątwa. Ta konkretna jest na tyle silna, by mieć na nas wpływ, więc zwykłego śmiertelnika zabiłaby w kilka sekund. Zazwyczaj jej przebieg nie jest aż tak drastyczny, a sama klątwa jest dla nas raczej nieprzyjemnie bolesna niż groźna, jednak nikt z nas nie przechodził jej jeszcze w takich warunkach, jak Erin – ton głosu Ariena zmienił się na w pełni rzeczowy, przesycony czystym profesjonalizmem. – Przez wymuszone utrzymanie dziecięcej formy, zainfekowana krew została niebezpiecznie stłoczona, co nasiliło jej toksyczne właściwości. Samo pozostawanie w ciele dziecka, skutecznie nadwyrężyło siły Vallerin, przez co nie była w stanie wydajnie walczyć z chorobą. Krew Phoenix’ów ma niebywałe zdolności regeneracyjne, dlatego można ją nazwać niezniszczalną, lecz w walce z tą akurat klątwą na niewiele się to zdaje. Zgodnie z moimi informacjami, byli panowie obecni, gdy Dragan zdecydował o odesłaniu Vallerin do rezydencji i powierzeniu jej mojej opiece. Szczerze przyznam, że początkowo byłem wściekły – lazurowe oczy zalśniły lodowato. – Lekkomyślność mojej siostry oraz powody jej zachowania wyprowadziły mnie z równowagi, jednak Erin mnie uspokoiła i zawierzyła mi całkowicie w kwestii poprowadzenia terapii. Żebyśmy w ogóle mogli myśleć o wzmocnieniu jej ciała, żeby dopasować jego mniejszą wersję do wymogów jej daru, najpierw musieliśmy usunąć zainfekowaną krew. Vallerin, dzięki swej mocy, może niszczyć magię, pochłaniać ją i łamać, ale nie polecam tego robić, gdy owa magia wsiąka w krew. Robiliśmy już eksperymenty z takim pozbyciem się uciążliwości klątwy, jednak skutki za każdym razem okazywały się opłakane, bowiem wraz z usunięciem magii pękają erytrocyty, zapadają się ścianki żył, a sama krew zamienia się w bezwartościową breję. Standardową procedurą w takim przypadku jest wyizolowanie toksyny z czerwonych krwinek i zmuszenie organizmu do jak najszybszego jej wydalenia, więc najlepiej sprawdza się staromodny rytuał oczyszczenia połączony z kontrolowaną transfuzją – Phoenix szybko ocenił, czy czarodzieje nadążają za potokiem informacji, po czym wrócił do wyjaśnień. – Najlepszym spośród nas dawcą dla Vallerin jest Killian. Początkowo nie zamierzałem wplątywać w tę sprawę braci, dlatego zbawienna okazała się zawartość mojego domowego laboratorium, w którym trzymam krew wszystkich Phoenix’ów. Używam jej do przeprowadzania badań, na co pozostali wyrazili swą zgodę. Przygotowałem świeżą krew do wtłoczenia w żyły Erin, dodając do niej specyfik przyspieszający wchłanianie oraz zaklęcie wiążące czasowo toksynę. Dzięki takiej mieszance klątwa jest szybciej wydalana z organizmu, choć sam przebieg nie należy do przesadnie przyjemnych doświadczeń. Zabieg przebiegł bez zakłóceń, dzięki czemu mogłem przejść do kolejnego etapu, a mianowicie odbudowy ciała Vallerin. To o wiele bardziej skomplikowana sztuka, wymagająca nadludzkiej precyzji, olbrzymiej wiedzy oraz cierpliwości – na twarzy Phoenix’a pojawiły się subtelne, ulotne oznaki zmęczenia. – Kolejne dni spędziłem wzmacniając każdą komórkę jej ciała za pomocą zaklęć, o których panowie zapewne nigdy nie słyszeli. Magię uzupełnił unikatowy eliksir, bazujący na podarowanych łzach feniksa. Zawarte w nich właściwości lecznicze wspomogły naturalną regenerację Vallerin, będąc swoistego rodzaju katalizatorem, pozwalającym wycieńczonemu ciału przezwyciężyć bariery. Minuta po minucie mozolnie składałem jej kości, mięśnie, tkanki, nerwy…dosłownie wszystko. Na każdej kości wyryłem znaki runiczne, mające zapewnić im odpowiednią wytrzymałość. Wiem, że brzmi to nieco drastycznie, – westchnął czując na sobie niepewne spojrzenia czarodziei – ale zapewniam, że większość tego typu zabiegów jest bezbolesna dla pacjenta. Trzonem wykorzystywanych run były Berkano, Laguz, Eihwaz i Sowelo, miejscowo wspierane działaniem Wunjo i Ingwaz. Wierzę, że mają panowie na tyle ugruntowaną wiedzę z dziedziny run, żebym nie musiał tracić czasu na tłumaczenie decyzji o właśnie takim zestawieniu – zerknął na gości, przyjmując ich nieme potwierdzenie. – Najbardziej newralgiczny punkt całej terapii pojawia się zaraz po zakończeniu pracy uzdrowiciela. Odbudowane, wzmocnione ciało musi powtórnie scalić się w spójną całość. Gdybym podczas pracy popełnił choć jeden, niewielki błąd…połączenie zakończyłoby się niepowodzeniem, a wzmocnione organy zostałyby potraktowane jak ciała obce, wskutek czego organizm starałby się ich pozbyć, co pociągnęłoby za sobą wysoce niebezpieczne konsekwencje. Stulecia ciągłych praktyk dały mi niezbędną wprawę w podobnych przedsięwzięciach, dzięki czemu złożone na nowo ciało Erin potrzebowało ledwie czternastu godzin, by w pełni się zgrać i przygotować do ponownego rozłożenia mocy. Ten etap również zakończyliśmy sukcesem, który potwierdziłem przeprowadzając niezbędne badania. Wieczorem siedziałem przy Vallerin, żeby upewnić się, że wszystko w porządku i nie pojawiły się żadne skutki uboczne. Była w stanie wykorzystać powracającą energię magiczną ze zdumiewającymi rezultatami! Silna dziewczyna – zamilkł na chwilę, delikatnie gładząc długie, ogniste włosy siostry. – Ucałowałem jej dłoń na dobranoc i wyszedłem, tak jak co wieczór. Rankiem obudził mnie zdenerwowany Sten. Nie mógł dobudzić Vallerin, więc przybiegł prosto do mnie. Wyrwałem się z łóżka i pognałem do jej pokoju, zachodząc w głowę, cóż takiego mogło wpędzić tego oddanego skrzata w panikę. Zastałem Erin w nieco tylko lepszym stanie, niż obecnie panowie widzą – głos Lorda zadrżał lekko. – Nie reagowała na wezwania, zaklęcia, eliksiry, rytuały…na nic. Kiedy wszystkie znane mi metody zawiodły, skontaktowałem się z Damonem, nie wiedząc, co robić dalej. Brat przybył do posiadłości w ciągu dwóch godzin. Zapoznałem go z przebiegiem leczenia, metodami prowadzenia terapii oraz pozwoliłem mu przyjrzeć się Vallerin. Damon, jako Hierofant poznał arkana zapomnianych sztuk magicznych i wyspecjalizował się w przekazywaniu o nich wiedzy. Jest urodzonym badaczem, od wieków zgłębiającym samotnie tajniki magii, lecz nawet on się wiedział, co mogło się stać. Nigdy nie widział czegoś takiego…tak samo jak ja. Wspólnie przebadaliśmy Erin i doszliśmy do wniosku, w który ciężko było nam początkowo uwierzyć. Fizycznie nic jej nie dolega – wbił lazurowe tęczówki w oczy Dumbledore’a. – Moje leczenie nie zawierało nieprawidłowości, mogących przynieść negatywne skutki. Skoro fizycznie Vallerin jest w pełni zdrowa, jasnym dla nas stało się, że coś nie zagrało na płaszczyźnie metafizycznej. Rozpoczęliśmy wnikliwe, drobiazgowe badania, które nie przyniosły nam żadnych odpowiedzi. Wciąż nie wiemy, co się stało – westchnął przeciągle. – Najbardziej prawdopodobne wydaje się założenie, że powrót pełni mocy wywołał szok w dopiero odbudowanym ciele. Ogromny skok magii mógł spowodować odcięcie umysłu Erin w obawie przed trwałymi uszkodzeniami. W przeszłości zaobserwowaliśmy podobne przypadki, jednak na znacznie mniejszą skalę. Mogliśmy zaryzykować przeprowadzenie rytuału, który zmusiłby ją do powrotu, lecz nie jesteśmy pewni, czy to dla niej bezpieczne. To dla nas zupełnie nowa sytuacja, a coś takiego niezwykle rzadko nam się przydarza. Zdecydowaliśmy, że nie będziemy narażać siostry bez całkowitej pewności, dlatego poprosiliśmy Dragana o wezwanie jedynego w swoim rodzaju specjalisty. Jeśli istnieje ktoś, mogący do niej dotrzeć i spróbować bezpiecznie ją sprowadzić, lub choć dać nam więcej niezbędnych danych, to tylko on – ostatnie zdanie ledwo przecisnęło się przez jego gardło. – Wstępnie zgodził się nam pomóc i rozpoczął już działanie. Pozostało nam czekać, co dla nas wszystkich jest niezwykle trudne do przełknięcia. Vallerin słabnie z każdym dniem, a my nie możemy nic na to poradzić. Od jutra drzwi rezydencji pozostaną zamknięte, aż do odwołania. Obawiam się, że wkrótce jej ciało może opaść z sił, co znacznie pogorszy i tak już tragiczną sytuację. Dlatego zgodziłem się, by panowie odwiedzili ją tylko dziś.

– Dziękuję za tę szansę, Lordzie – Albus spojrzał na Phoenix’a, nie puszczając dłoni Lady.

Arien ciężko podniósł się z łóżka. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, z grubsza powtórzył historyjkę wymyśloną przez Dragana, zasypując czarodziei masą szczegółów, dodających tej opowieści wiarygodności. Skupił się w głównej mierze na pokrętnym wyjaśnieniu samej procedury leczenie, oszczędnie dysponując informacjami, co do prawdopodobnych przyczyn całego zajścia. Zarówno on, jak i Damon zgadzali się z opinią Luthera, w sprawie niewtajemniczania Dumbledore’a oraz Snape’a zbyt dokładnie w to, z czym mają do czynienia. Uśmiechnął się pod nosem, wprawnie ukrywając pogardę. Śmiertelne, wątłe umysły tych dwóch nie byłyby w stanie pojąć ogromu świata, rozciągającego się poza magicznymi enklawami. To nie był odpowiedni czas, by uświadamiać im, jak niewiele znaczącym pyłem był ich marny żywot. Lord pochylił się ku siostrze i ucałował jej chłodne czoło. Nie oszukiwał się. Przez długie wieki był beznadziejnym bratem – słabym, zlęknionym, troszczącym się bardziej o własny komfort, niż dobro jedynej siostry, jaką miał. Teraz…trwając dzień i noc przy jej łóżku, mógł choć częściowo spłacić dług wdzięczności za miłość, którą go otaczała. Ponura, ostra myśl zmąciła tę chwilę czułości. Od bardzo dawna dręczyło go patrzenie na więź, którą połączyła Erin i Dragana. Chociaż cieszył się, że Ethan był dla Lady bratem na jakiego zasługiwała, wiedział doskonale, że Dragan stał się dla niej kimś znacznie więcej – nieocenionym wsparciem i osobą bliższą jej sercu, niż którykolwiek z nich. Młody Luther, w poważaniu mając Phoenix’ów oraz własny ród, dziesięciolecia temu ofiarował swoje życie i duszę Vallerin, stając się jej nieugiętym obrońcą. Kruczowłosy przyjął rolę rycerza, na którego płomiennowłosy anioł zawsze mógł liczyć. Mimo wszelkich przeciwieństw…setek kłód, które Lordowie zamierzenie bądź nie, rzucali mu pod nogi…nigdy jej nie zawiódł, ani jej nie opuścił – choć miał ku temu tysiące okazji. Nie zawiódł jej nawet teraz, chociaż sam zapewne uważał inaczej. Arien ledwo powstrzymał ochotę na ciepły śmiech. Jakiż inny szaleniec bez obaw poszedłby pertraktować z samą śmiercią?! Po prawdzie zazdrościł wnukowi tej odwagi oraz pewności własnych czynów. Odwrócił wzrok od siostry, po czym odszedł do Severusa, mierząc mistrza eliksirów badawczym wzrokiem. Miał jeszcze swą rolę do odegrania i nie czas było na zbędne rozmyślania.

– Pozwoli pan ze mną – przemówił chłodno. – Wolałbym, żeby spędzali panowie czas przy Vallerin na zmianę.

– Oczywiście, Lordzie – Snape wstał usłużnie, nie mając zamiaru wdawać się w dyskusję z Phoenix’em.

Czarnooki, idąc posłusznie za Arienem opuścił pokój, zostawiając Dumbledore’a samego przy łóżku panny Crown. Kiedy tylko drzwi sypialni się zamknęły, starzec mocniej uścisnął dłoń przyjaciółki, przyciskając ją do swojego czoła. Jej smukła, drobna dłoń była tak przerażająco zimna i bezwładna…

– Vallerin – wyszeptał z trudem – błagam cię, wybacz mi. Nigdy nie chciałem, żebyś przeze mnie ucierpiała. Wróć do nas. Wróć do mnie…wynagrodzę ci wszystko…przysięgam…

                      Blaise ostrożnie zajrzał do gabinetu profesora Snape’a. Dziś wyjątkowo ponurą jaskinię mistrza eliksirów zajmował Dragan, otoczony przez wierne grono słuchaczy, na którego pytania odpowiadał niezmordowanie. Zabini chciał z nim porozmawiać, dlatego postanowił skorzystać z czasu konsultacji, jednak nie spodziewał się, jak bardzo jego kumpel może być rozchwytywany. Choć było już dobrą godzinę po zakończeniu dyżuru, gabinet wciąż był mocno oblegany – głównie przez podekscytowane uczennice. Ślizgon zacisnął mocno pięści i odetchnął głęboko, po czym wcisnął się w gęsty, rozgadany tłum. Pomagając sobie ramionami, zdołał się przepchnąć w pobliże biurka. Przystanął, żeby z niewielkiej odległości poobserwować turkusowookiego. Luther siedział na blacie, w jak zawsze dość nonszalanckiej pozycji, z nieodłączną fajką w zębach. Obok jego prawej dłoni stała kryształowa szklaneczka z czymś, co zdecydowane nie mogło być herbatą. Kruczowłosy cierpliwie odpowiadał na pytania, jednak Blaise znał go zbyt długo, by nie dostrzec w demonicznych oczach cieni wzmagającej się z każdym wypowiedzianym słowem, irytacji. Zabini’ego od początku fascynowało to w nowym uczniu. Dragan mówił w pełni naturalnym, spokojnym, nawet delikatnie radosnym tonem, śmiejąc się i swobodnie żartując. Zachowywał się jak istna dusza towarzystwa, więc trzeba było mu się przypatrywać przez dłuższy czas, żeby zauważyć, że to wszystko prawdopodobnie było jedynie elementem wprawnie prowadzonej gry. Ślizgon uśmiechnął się sam do siebie. Mając taką mamę, musiał w pewnym momencie nauczyć się czytać podteksty, ukryte w subtelnej tonacji głosu oraz ulotnych, nie mających pozornie znaczenia, gestach. Nie miał zamiaru się oszukiwać. Wiedział doskonale, że jego matka była urodzoną manipulantką, zdolną bez trudu uwodzić i porywać za sobą tłumy, by czerpać z tego korzyści. Kochał ją i rozumiał, dlaczego z taką lubością wodziła za nos świat czarodziei, przy okazji stając się wyjątkowo wyczulonym na sygnały takiego zachowania. Jego mama potrafiła doskonale wykorzystywać swą olśniewającą powierzchowność, naturalny wdzięk oraz talent, żeby torować sobie drogę do celu, przez pozyskiwanie koniecznych sojuszników i wysługiwanie się nimi w eliminacji wrogów. Lata praktyki nauczyły ją, że to najwłaściwsza ścieżka dla samotnej kobiety z małym dzieckiem. Przez urodę nigdy nie mogła liczyć na poważne traktowanie – kobiety zazdrościły jej, a mężczyźni…no cóż, widzieli w niej jedynie urzeczywistnienie głęboko skrywanych fantazji. Kiedy została sama z synkiem, nie potrafiła odnaleźć się w nowej sytuacji. Musiała pracować, by nie zaprzepaścić pozostawionego przez męża majątku, jednak okazało się to największym wyzwaniem w jej życiu. Współpracownicy bez zachowania chociażby pozorów elegancji próbowali wdawać się z nią w niezobowiązujące romanse, – niejednokrotnie mamiąc nierealnymi obietnicami – a współpracownice obgadywały ją, wyśmiewały i starały się za wszelką cenę oczernić w oczach pracodawców. Zmienianie miejsc pracy na nic się zdawało, bowiem zawsze kończyło się tak samo. Co dzień wracała do domu psychicznie wykończona i zrezygnowana, zdolna odnaleźć spokój jedynie trzymając w ramionach ukochanego syna – najpiękniejszy dar, jaki otrzymała od mężczyzny, będącego miłością jej życia. Długo starała się dzielnie znosić niedogodności i pracować jak wszyscy inni, jednak w końcu coś zrozumiała. Siedząc przy biurku w jeden z wielu szarych, ponurych dni, wysłuchując tandetnych komplementów i szyderczych podszeptów, dostrzegła coś w tej monotonii. Delikatny błysk przeniknął codzienne, bezbarwne myśli. Może wcale nie musiała nienawidzić swojej urody oraz wdzięku i starać się im umniejszać? Mogła je wykorzystać, nie dla swojego chwilowego kaprysu, a przyszłości, którą widziała w ciemnych oczach syna. Blaise obserwował jak jego mama z udręczonej, nieszczęśliwej, zaniedbanej istoty zmieniła się w pewną siebie, magnetyczną kobietę, sięgającą bez obaw po to, czego chciała. Ta zmiana nie przeraziła go, a wręcz przeciwnie – zdecydowanie wolał ją w nowym, odrodzonym wydaniu. Wydawała mu się szczęśliwa, co było dla niego najważniejsze. Wracając wspomnieniami do tamtych chwil, poczuł się mocno zawiedziony samym sobą. Zbyt długo zajęło mu zrozumienie, dlaczego Luther od samego początku wydawał mu się jakby znajomy. Trochę minęło zanim zorientował się, że Dragan robił dokładnie to samo, co jego mama, jednak na przerażającą skalę. Nie zwodził pojedynczych jednostek…oj, nie! Ten facet dosłownie zawładnął całą szkołą w zatrważająco krótkim czasie. Swoim zachowaniem, a raczej w pełni przekalkulowaną grą, kupił sobie sympatię niemalże wszystkich, włączając w to nauczycieli. Cieszył się przywilejami nie do pomyślenia dla reszty uczniów. Tolerowano jego palenie, picie, notoryczne łamanie zakazu opuszczania dormitorium, lekceważące podejście do zajęć…nawet w dziale Ksiąg Zakazanych czuł się, jak u siebie, za niemym przyzwoleniem grona pedagogicznego. Co najciekawsze, nikt nigdy nie miał do niego żadnych pretensji. Luther zdecydowanie został wyszczególniony spośród szkolnej gawiedzi i postawiony jakby ponad nimi, a oni przyjęli taki stan rzeczy bez chociażby mrugnięcia. Nie sposób było go nie podziwiać. Był niemalże zbyt doskonały, żeby być prawdziwym – wkurzająco przystojny, obdarzony magnetycznym urokiem, piekielnie zdolny, dominujący i budzący respekt, niczym najprawdziwszy król. Blaise’a nawiedzało jeszcze jedno, dręczące przeczucie odnośnie Luthera. Czasem nie mógł pozbyć się wrażenia, że oni wszyscy byli ledwie marionetkami w jego rękach. Czy to możliwe, by nieświadomie robili dokładnie to, czego Dragan chciał i czego się spodziewał, kierowani niedostrzegalnymi sznurkami? Czy byli jak stado kukiełek, posłusznych woli uzdolnionego lalkarza? Czemu tak późno to zauważył? Choć lepszym pytaniem było, jakim cudem kruczowłosy w tak młodym wieku stał się aż tak dobry w prowadzeniu swoich gierek. Chociaż jego podświadomość wręcz krzyczała, że musiał uważać na Luthera, nie potrafił. Nie mógł wyrwać się spod wpływu tych diabolicznych oczu, zupełnie jakby był już za mocno związany z nieugiętą wolą turkusowookiego. Wiedział, że powinien zrobić wszystko, by zerwać sterujące nim sznurki, ale nie wydawało mu się to możliwe. Być może się bał? Może tak naprawdę nie chciał uciekać spod jego wpływu? Prawda była bowiem taka, że od kiedy Dragan pojawił się w szkole, czuł się jakoś tak…inaczej – ważniejszy i bezpieczniejszy niż do tej pory. Sympatia króla marionetek, chociażby nawet pozorna, podbudowała jego wiarę w siebie oraz dawała pewność, że był kimś wyjątkowym. Jeśli jego domysły i obserwacje pokrywały się z rzeczywistością, czy tak piekielnie przebiegła, cyniczna istota marnowałaby swój czas na pogaduszki z byle nieopierzonym czarodziejem? Wątpił w to. Jego mama nigdy nie traciła czasu na relacje z niewiele wartymi ludźmi, więc skoro Luther lubił z nim rozmawiać, może wart był znacznie więcej niż przypuszczał? Kim do jasnej cholery tak właściwie był Dragan Luther?! Bez wątpienia wybitnym aktorem, mistrzem manipulacji i królem marionetek. Czego ktoś taki mógł szukać w Hogwarcie? Przywiódł go tutaj czysty przypadek, czy kryło się za tym coś więcej? Tego musiał się dowiedzieć. Obserwując mamę szybko pojął, że nie może działać zbyt inwazyjnie, ani pochopnie. Dragan najprawdopodobniej doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że mu się przyglądał, więc musiał udawać głupiego jak najdłużej, jeśli chciał dowiedzieć się czegokolwiek. Od kiedy nie było Tei, miał szansę nieco zbliżyć się do kruczowłosego i zamierzał tę szansę wykorzystać.

– Ej! Profesorze! – krzyknął w stronę czarnowłosego.

Demoniczne oczy odszukały go natychmiast. Zabini’ego dosłownie na moment zmroziło. Bywały takie chwile, że przerażał go ten piekielny turkus! Tak…nieugięty i zimny…przeszywający na wskroś, by dotrzeć wprost do podświadomości. Kiedy Luther patrzył na ciebie przez dłuższy czas, mogłeś być pewien, że nie obserwował twojego ciała, tylko wpatrywał się wprost w duszę, gotów w razie potrzeby rozbić ją w pył. Kruczowłosy uśmiechnął się delikatnie i zwinnie zsunął z biurka, przestając odpowiadać na nieustające pytania. Skupił się na analizowaniu postawy młodego Ślizgona, nieco zaintrygowany tym, co widział. Ciągły szum wokół zaczął mocno działać mu na nerwy. Cholerne bachory od kilku godzin nie przymknęły się nawet na chwilę! Chwycił szklankę i opróżnił ją jednym łykiem, po czym zdecydowanie uderzył pustym naczyniem w gładkie drewno. Ten dźwięk natychmiastowo zwrócił uwagę zebranych, zmuszając ich do milczenia i zwrócenia wzroku ku Lutherowi. Zabini pozwolił sobie na subtelny półuśmiech. Oto wstał przed nim władca marionetek we własnej osobie. Turkusowooki podszedł do niego i zarzucił mu ramię na bark.

– I jak, Blaisy? – roześmiał się melodyjnie – Obiecałem ci niemałe zaskoczenie.

– Przyznaję, udało ci się – chłopiec zerknął na niego z rozbawieniem. – Kto by się spodziewał, że dasz radę nikogo nie rozerwać na strzępy przez całe zajęcia. Znajdziesz chwilę? Chciałbym pogadać.

Dragan rozejrzał się po gabinecie. Ciągłe trajkotanie za uchem i zmuszanie się do uśmiechów, z każdą sekundą wkurwiało go coraz bardziej. Nasiliło się to do tego stopnia, że co jakiś czas zatrzymywał wzrok na szczególnie irytującej buźce któregoś gówniarza i wyobrażał sobie, jak roztrzaskuje ją o kamienną posadzkę, w akompaniamencie przerażonych krzyków. Przymykając powieki niemal widział, jak raz za razem, trzymając mocno włosy cholernego dzieciaka, uderza jego niewinną gębą o podłogę, zmieniając ją powoli w bezkształtną masę pogruchotanych kości i brutalnie rozszarpanego mięsa. Taa…zdecydowanie przydałaby mu się przerwa, jednak nie miał specjalnej ochoty na poświęcanie jej na dyskusję z kolegą. Chciał możliwie jak najszybciej odwalić swoje, a później naszykować się do wieczornego wypadu, który już teraz zapowiadał się upierdliwie. Nie znosił upierdliwych rzeczy, ale cóż począć? Westchnął przeciągle, po czym sięgnął po tkwiącego w ustach papierosa. Ujął go w dwa palce i gwałtownie odsunął od wygiętych w półuśmieszku warg, unosząc wyniośle podbródek. Uśmiechnął się szerzej, kątem oka zerkając na Zaibini’ego. Blaise wstrzymał oddech. Uśmiech Luthera wydał mu się taki…szalony? Szczególnie w połączeniu z niespotykanym, niemalże wrogim, błyskiem lodowatych, upiornych oczu. Podświadomie odsunął się o krok, gdy Dragan nachylił się ku niemu. Wyraźnie czuł intensywny zapach papierosów, zmieszany z delikatną wonią whisky. Przez tę specyficzną mieszankę przebijało się coś jeszcze – jakaś dziwna, ledwo wyczuwalna metaliczna nuta, wpędzająca go w niejasną panikę. Był pewien, że znał ten zapach, jednakże nie mógł sobie przypomnieć skąd.

– Niech ci będzie, młody – wymruczał turkusowooki. – Pogadajmy.

Luther, nie zaczekał na reakcję towarzysza. Zdjął rękę z barku Zabini’ego i odwrócił się reszty zgromadzonych, znacznie mniej chętnie niż pozory wskazywały. Rozpostarł szeroko ramiona, po czym pokłonił się teatralnie.

– Wybaczcie mi na chwilę! – rzucił raźnym tonem – Ślizgońskie sprawy wzywają. Wrócę za pięć minut, poczekajcie proszę.

Po tych słowach po prostu wbił długie palce w ramię młodszego kolegi i niemalże wyciągnął go z gabinetu, kierując się ku ustronnemu zakamarkowi – niewielkiej wnęce, ukrytej tuż za kamienną, wysoką kolumną. Oparł się plecami o zimną ścianę i praktycznie automatycznie zgasił dopalonego papierosa o podeszwę buta, po czym sięgnął po kolejnego. Uśmiechnął się lekko odpalając zapalniczkę. Fajki prawdopodobnie były jego największą z nieszkodliwych słabości. Uwielbiał ich zapach i smak, jednak prawdziwą przyjemność sprawiało mu rozmyślanie samotnie, gdy otaczał go gęsty, gryzący dym. Spojrzał na jarzącą się końcówkę. Papierosy zawsze go uspokajały. Całe szczęście, że był biologicznie nieśmiertelny, w przeciwnym razie ten nałóg szybko by go wykończył. Co prawda, co jakiś czas odczuwał jak wielkie spustoszenie tytoń siał w jego organizmie, ale zostawiał ten problem nieocenionym zdolnościom regeneracyjnym. Często paląc fajkę za fajką zastanawiał się, ileż to już razy jego płuca niemalże się rozpadły, by zostać ostatecznie odbudowanymi – tylko po to, żeby podzielić smutny los poprzednich. W takich momentach, dziękował opatrzności za krew nieśmiertelnych, płynącą w jego żyłach – cudowny przywilej, za który przychodziło mu słono płacić. Alkohol i papierosy…iście boski dar! Najwspanialsza z trucizn, prowadząca wprost do grobu na twoje własne życzenie. Czy mogło istnieć coś bardziej podstępnego, przyjemnego i diabolicznego? Zapewne nie. Zaciągnął się głęboko szarawym dymem i spojrzał w sufit.

– O czym chciałeś pogadać? – wymamrotał, ściskając w zębach filtr fajki.

– Mówiłeś, że byłeś u Gallatei – Ślizgon wbił w niego swoje czekoladowe oczęta. – Jak ona się dokładnie czuje? Czemu nie wróci przed świętami?

Kruczowłosy zmierzył chłopca zimnym, ostrzegawczym spojrzeniem. Nienawidził, gdy ktoś próbował go przesłuchiwać. Na miłość Merlina…jak oni wszyscy go wkurwiali. Przełknął delikatną falę gniewu, wiedząc, że musi uważać na Zabini’ego. Dzieciak był dość bystry. Jeśli ktokolwiek miałby go, choć częściowo, rozszyfrować…to tylko Blaise. Smarkacz był z natury ostrożny i cierpliwy – analizował niemalże wszystko co usłyszał lub zobaczył, nie dawał się porwać plotkom ani presji tłumu. Takich jak on, Luther lubił najbardziej. Nie miał zamiaru wyładowywać się na szczeniaku, uważając to za pozbawioną znaczenia stratę czasu. W końcu miał w planach coś spektakularnego! Grę, mającą mu zagwarantować rozładowanie dławionej od dłuższego czasu furii oraz zaspokojenie brutalnych żądz, które od zawsze kierowały jego życiem. Całkowicie odpuścić uroczemu Ślizgonowi też nie mógł – chciał tego, czy nie, jedynie w Zabinim widział kogoś, mogącego względnie pomóc mu z Vallerin. Chłopaczek szczerze lubił płomiennowłosego anioła i za cholerę nie spodziewał się, że niewinna panna Dumbledore mogła przez cały ten czas udawać. Dragan prychnął z rozbawieniem. Blaise posiadał wrodzony instynkt, ale brakowało mu doświadczenia, co obecnie działało na ich korzyść. Byłby głupcem, gdyby nie wykorzystał możliwości młodego czarodzieja.

– Nie miałem szansy z nią porozmawiać – powiedział z wyuczonym, subtelnym smutkiem. – Nasza piękna panna Dumbledore została wprowadzona przez lekarzy w śpiączkę farmakologiczną. Próbują w ten sposób przyspieszyć jej leczenie, ale marnie im idzie. Pogadałem sobie z lekarzem prowadzącym, chociaż średnio chciało mu się gawędzić z kimś spoza rodziny. Według jego opinii, Gall była znacznie bardziej chora i wykończona, niż wszyscy myśleliśmy.

Blaise pobladł. Musiał oprzeć dłoń o ścianę, przestając czuć własne nogi. Słowa starszego kolegi spowodowały, że zrobiło mu się słabo, a obszerny korytarz wydał mu się nagle ciasną, duszną klatką. Wiedział, że jego przyjaciółka ostatnimi czasy nie czuła się najlepiej. Pytał ją o to, ale Tea za każdym razem uśmiechała się promiennie i zbywała go, twierdząc, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Przez te nieustanne zapewnienia poczuł się jak natręt, więc powoli zrezygnował z zasypywania jej pytaniami – choć przeczuwał, że nic nie było w porządku. Po raz kolejny pozwolił na to, by sama radziła sobie z nazbyt oczywistym problemem. Nie miał bladego pojęcia jak powinien obchodzić się z tą dziewczyną! Co zrobić, żeby pokładała w nim choć odrobinę więcej wiary…Nie chciał, żeby Tea czuła się jak wiecznie kontrolowany więzień, lecz gdy odpuszczał, działo się coś takiego! Zagłębił się w ponurych rozmyślaniach do tego stopnia, że nie zauważył jak Luther przyglądał mu się spod lekko przymkniętych powiek. Kruczowłosy delikatnie położył dłoń na głowie kompana. Zabawny dzieciak. Poczucie winy wręcz wylewało się z jego ciemnych oczu, napędzane przez bezradność. W obecnej sytuacji był to widok tak samo uroczy, jak i wkurzający.

– Nie rób takiej miny, dzieciaku – turkusowooki uśmiechnął się delikatnie. – Nie wiedziałeś, bo Galli nie chciała, żebyś wiedział. Nie tylko przed tobą ukrywała swój stan – momentalnie spoważniał. – Ja, Snape, madame Pomfrey, a nawet staruszek Dumbledore…nam też nic nie powiedziała.

– Ale… – Ślizgon wyszeptał niepewnie – ale dlaczego?

– Kto ją tam wie – Dragan wzruszył ramionami. – To upierdliwa, skryta, uparta baba! Sam ją zapytasz, kiedy do nas wróci. Póki co musimy zaczekać, nie ważne jak trudne się to okaże. Mam nadzieję, że skończyliśmy – nieoczekiwanie zmienił ton na bardziej władczy i dosadny. – Muszę wracać i dokończyć konsultacje. Wolę nie narażać się na pogadanki z Ponurym. Godzinami potrafi truć o konieczności sumiennego wywiązywania się z obowiązków i innych upierdliwych głupotach.

Luther odepchnął się od ściany, zerknął na Blaise’a i uniósł podbródek w geście wyższości. Był gotów w razie konieczności nieco ostrzej ukrócić przeciągającą się rozmowę, jednak Zabini nawet nie drgnął. Stał skulony przy ścianie, gdy turkusowooki wyminął go, kierując się ku drzwiom gabinetu. Miał ochotę porozmawiać z Lutherem nieco dłużej, jednak czasem kruczowłosy zbyt go onieśmielał – był znacznie wrażliwszy, niż reszta na jego zmiany tonacji oraz przekazy podprogowe, które umiejętnie wysyłał. W oczach czarodzieja, Dragan był wyniosłym, dumnym, nieznoszącym sprzeciwu królem.

– Dragan! – krzyknął za kolegą – Pogadamy jeszcze, jak wrócisz do dormitorium?

Turkusowooki nawet nie zwolnił. Nie na rękę było mu ciągnięcie tej rozmowy, ponieważ za bardzo go irytowała. Wystarczyło już, że sam się martwił…nie chciał jeszcze wysłuchiwać jęczenia gnoja, który ledwo znał kobietę, o której mówił. Nie mógł mu powiedzieć niczego. Nie mógł wtajemniczyć go w całość problemu, który był znacznie poważniejszy, niż się smarkaczowi wydawało. Nie mógł się z nim podzielić detalami tragedii, która niespodziewanie spadła na barki jego, Siwobrodego, Nietoperza, Ethana, skrzatów…a nawet cholernych Phoenix’ów. Zbyt wiele tajemnic oddzielało Blaise’a Zabini’ego od świata, w którym przyszło im funkcjonować. Lekceważąco machnął dłonią ku dzieciakowi na znak zgody, choć nie miał najmniejszego zamiaru pojawić się dzisiejszego wieczoru w Pokoju Wspólnym Slytherinu. Zabini zaczekał, aż kolega zniknie mu z pola widzenia, nie śmiejąc zatrzymywać go po raz kolejny. Mniej więcej rozumiał, dlaczego Dragan ostatnio był tak mocno rozdrażniony. Najrozsądniejszym wyjściem było niewchodzenie mu niepotrzebnie w drogę, żeby przez przypadek nie oberwać rykoszetem. Powoli ruszył w stronę dormitorium. Nie zwracał najmniejszej uwagi na mijanych uczniów, co kilkukrotnie przypłacił niegroźnymi zderzeniami. Mamrocząc pospieszne przeprosiny gorączkowo myślał o tym, jak bardzo chciał z kimś o tym wszystkim porozmawiać….z kimkolwiek. Pierwsza na myśl przyszła mu oczywiście Dafne, jednak szybko zrezygnował z tego pomysłu – Greengrass zaczęłaby z nerwów chodzić po ścianach, lub co gorsza dopadłaby Luthera, domagając się szczegółowych wyjaśnień. Uśmiechnął się pod nosem. W najgorszym i najbardziej prawdopodobnym razie, rozemocjonowana blondynka wymusiłaby wycieczkę wprost do szpitala. Z Malfoy’em nie chciało mu się gadać o prozaicznych rzeczach, a co dopiero o zdrowiu Tei. Nieoczekiwanie jego ślina nabrała gorzkiego, lekko cierpkiego posmaku. Jego kontakty z Draco znacznie się ochłodziły, od kiedy durny arystokrata uczynił z dręczenia małej Gryfonki cel swego istnienia. Też był wściekły na Ginny – to oczywiste – ale nie uważał wyżywania się na niej, za akceptowalne rozwiązanie problemu. Dumbledore byłaby na nich wściekła za podobne wyczyny, zwłaszcza, jeśli za powód podawaliby troskę o jej stan. Gallatea Dumbledore nie uznawała krzywdzenia innych za coś, co można by w jakikolwiek sposób usprawiedliwić. Jeśli Dragan był królem marionetek, Tea zdecydowanie była miłościwą, sprawiedliwą księżniczką – niejednokrotnie hamującą zapędy szalonego władcy. Czułby się jak zdrajca, gdyby wziął udział w dręczeniu panny Weasley. Poza tym…Draco znalazł sobie o wiele bardziej pasujące do tego towarzystwo – dwóch osiłkowatych ćwierćinteligentów oraz podłą żmijkę, nazwiskiem Parkinson. Blaise bezwiednie zacisnął dłonie w pięści. Nigdy jej nie ufał. Pansy z pozoru utrzymywała w miarę poprawne relacje z Dumbledore, lecz nie chciało mu się jakoś przesadnie wierzyć w jej szczere intencje. Pansy Parkinson na kilometr cuchnęła dwulicowością. Był przekonany, że starała się trzymać blisko płomiennowłosej, mając w tym jakiś pokrętny cel. Jego, początkowo mgliste, podejrzenia potwierdziło to, w jaki sposób Parkinson odnosiła się do Diggory’ego. Cała ich paczka dość szybko zaakceptowała towarzystwo sympatycznego Puchona, jednak Pansy z pełną premedytacją udawała, że Cedrik nie istniał – robiąc to z przesadną teatralnością. Uśmiechnął się krzywo. Został z tym kompletnie sam. Nie upadł na tyle nisko, by toczyć przyjacielskie dysputy z Potterem, lub co gorsza tym grubiańskim rudzielcem z niewyparzoną gębą. Może Cedrik? Nie. Jemu też nie ufał. Puchon wydawał się otwarty, przyjacielski i szczery w intencjach, jednak znali się za krótko, żeby Blaise podjął ryzyko. Dodatkowo Ced kumplował się z Draganem, więc jeśli Luther chciał mu powiedzieć, to to zrobił, albo zamierzał zrobić w najbliższym czasie. Nagle przystanął, wyprostował się i obejrzał za siebie. Może Granger? Przyjaźniła się z Gall, zawsze zagadywała o jej stan zdrowia i przy okazji była na tyle dyskretna, by nie wydało się, że z nią rozmawiał. Skoro Tea ją lubiła, to musiało coś znaczyć, prawda? Zwrócił się w stronę biblioteki. Nie był pewien tego co robił, ale w tym momencie nie posiadał większego wachlarza opcji. Poczucie winy, początkowo odegnane przez Dragana, powróciło i zaczynało go dusić. Dalsze zadręczanie Luthera wydało mu się bezcelowe, niebezpieczne i w jakiś sposób…nieludzkie. Turkusowooki był z Teą bardzo blisko…opiekował się nią, jak potrafił najlepiej i zapewne to on najbardziej przeżywał jej chorobę, chociaż nie okazywał tego zbyt wylewnie. Może jednak wcale nie o to chodziło? Może przez swój rozwinięty, jak na młody wiek, zmysł obserwacji dostrzegł maskę na twarzy starszego kolegi oraz cienie, sporadycznie się spod niej wymykające – mgliste widma, poddające w wątpliwość nienaganny wizerunek przyjemnie ekscentrycznego geniusza. Chyba najzwyczajniej bał się tego, gdzie dokładnie znajdowała się granica cierpliwości Luthera, a jeszcze bardziej tego, co się za nią kryło. Zaczynał powoli rozumieć, z kim mógł mieć do czynienia, a wnioski…przerażały go. Wolał już zaryzykować rozmowę z niegroźną Granger, niż przebudzenie demona, tkwiącego w Draganie. Pewnym krokiem wszedł do biblioteki, uprzejmym słowem witając bibliotekarkę. Nie darzył tej kobiety sympatią, ale należała jej się odrobina szacunku, chociażby przez wzgląd na pracę, którą wykonywała. Szczerze nie wiedział, czy znajdzie tu Hermionę, jednak lawirowanie pośród strzelistych regałów wydawało mu się najpewniejszą opcją na rozpoczęcie poszukiwań. Powoli przesuwał się wzdłuż skupiska książek, dyskretnie przeczesując wzrokiem czytelnie. Nigdzie nie widział burzy brązowych, bezładnych włosków, co zaczynało go niepokoić. O tej porze, jeżeli dziewczyny nie było w bibliotece, zapewne siedziała w Pokoju Wspólnym Gryffindoru, a tam za żadne skarby nie miał zamiaru iść. Z każdą minutą tracił nadzieję na powodzenie misji. Wzmagała się w nim chęć odwrotu i poradzenia sobie samemu, bez dziecinnego wygadywania się komuś, kogo nie mógł nazwać nawet koleżanką. Im więcej czasu mijało, tym więcej myśli przemawiało za kontrolowanym odwrotem, zanim zdąży pod wpływem emocji poważnie nadwyrężyć Ślizgońską dumę. Uporczywe wątpliwości pierzchły, gdy usłyszał znajomy, cichy głos. Odwrócił głowę ku miejscu, z którego dobiegał i zatrzymał się. Przy oddalonym o kilka metrów stoliku siedziała Granger w towarzystwie Pottera oraz Weasley’a. Zabini powtórnie zacisnął pięści, po czym odetchnął głęboko. Liczył na to, że zastanie Gryfonkę samą, lecz skoro los nie miał zamiaru niczego mu ułatwiać to trudno – da radę spławić dwóch kretynów. Pewnym krokiem podszedł do stolika, z kamienną miną znosząc ciekawskie, wyczekujące spojrzenia chłopaków. Ku jego niezadowoleniu bliznowaty jako pierwszy otrząsnął się z chwilowego zdumienia i wymusił coś, co zapewne miało wyglądać na sympatyczny uśmiech.

– Masz do nas jakąś sprawę? – Potter zamknął tom, poświęcony zaawansowanym zaklęciom.

– Do was nie – Blaise zignorował Gryfonów. – Czy moglibyśmy zamienić słowo na osobności?

Ślizgon wbił spojrzenie wprost w Hermionę. Zbita z tropu dziewczyna przyglądała mu się badawczo przez dłuższą chwilę, jakby chcąc wywnioskować, czego mógł od niej chcieć. Nic sensownego nie przychodziło jej do głowy – ostatnim razem jasno dał jej do zrozumienia, że nie miał zamiaru kontynuować dyskusji na temat Dragana, więc to nie o to musiało chodzić. Blaise wyciągnął ku niej dłoń, chcąc dobrymi manierami przełamać naturalne wątpliwości. Granger wstała, nie korzystając z szarmanckiego gestu. Uśmiechnęła się uspokajająco do kolegów, stając tuż obok Zabini’ego.

– Niedługo wrócę – rzuciła raźnym tonem, przerzucając przez ramię pasek skórzanej torby.

Ron skrzywił się paskudnie, wymownie zerkając na Blaise’a. Wolałby już zostawić Herminę sam na sam ze wściekłym trollem, niż tym parszywym Ślizgonem o gładkiej buźce i nienagannym wychowaniu. Sam nie wiedział dlaczego Zabini aż tak go drażnił i wiedzieć wcale nie chciał. Szturchnął lekko Harry’ego, licząc na to, że przyjaciel go wesprze w wybiciu Hermionie z głowy tego idiotycznego pomysłu, jednak się pomylił – zielonooki znów miał to swoje nieobecne spojrzenie. Granger, widząc nerwowe ruchy Weasley’a, odwróciła się szybko, dając do zrozumienia Blaise’owi, że jest gotowa do drogi. Obawiała się, że dłuższa chwila zawahania z jej strony poskutkowałaby kolejną, zbyt żarliwą dyskusją, przez którą straciłaby szansę na dowiedzenie się, o co czym Ślizgon chciał z nią porozmawiać. Zabini z subtelną elegancją skinął głową w stronę Gryfonów.

– Panowie – uśmiechnął się nieco złośliwie, patrząc wprost na poczerwieniałego Rona.

Nie mając czasu na słowne przepychanki, ruszył w kierunku wyjścia z biblioteki. W ostatniej chwili powstrzymał się od podsunięcia Granger ramienia, przeklinając w duchu nadmierne rozluźnienie. Często chodził w ten sposób z Teą i mimo jej nieobecności, nie mógł pozbyć się tego nawyku, dając mu upust w szczególności wobec Dafne. Szybkim zerknięciem upewnił się, że Gryfonka nie dostrzegła tego żenującego przepisu i odetchnął z ulgą. Wydawała się zbyt zamyślona, żeby zauważać to, że w ogóle żyje. Zwolniła nieco, kiedy opuścili bibliotekę, jednak on nie miał zamiaru. Dziewczyna podążała za nim bez słowa, by finalnie zatrzymać się obok niego przy schodach.

– Chciałeś porozmawiać – zaplotła ręce na piersi.

– Nie tutaj – rzucił sucho. – Moglibyśmy wyjść na zewnątrz, tak jak ostatnio? Wolałbym, żeby nikt ze Slytherinu nie widział nas razem, a już zwłaszcza Malfoy.

Hermiona westchnęła cicho. Spodziewała się, że Zabini poprosi o coś podobnego, więc nie rozumiała dlaczego tym razem poczuła się dotknięta. Pomimo dyskomfortu, nie miała ochoty na wdawanie się w dyskusję uznając, że skoro Blaise Zabini sam do niej przyszedł, nie wypadało mu niczego utrudniać. Stąpali po bardzo cienkim lodzie chwilowego porozumienia.

– Rozumiem – odwróciła się w kierunku drzwi wyjściowych. – Możemy iść.

– Nie wolałabyś się ubrać? – ciepły ton kompana zaskoczył ją – Na dworze może być dość zimno.

Mocniej zacisnęła palce na przedramionach. Troska była ostatnią rzeczą, jakiej spodziewałaby się po Ślizgonie. Chociaż…to był przecież Zabini. Dawno już zauważyła, że ten facet znacznie różnił się od większości męskich przedstawicieli swojego domu. Było w nim coś…czarująco eleganckiego. Jakiś rodzaj szarmanckiego wyrafinowania, niebywale rzadko spotykanego poza kartami książek, uwieczniających styl bycia gentlemanów. Chciała mu odpowiedzieć, jednak nie zdążyła.

– Zaczekam na ciebie przy wyjściu.

Uśmiechnęła się lekko do chłopaka i potaknęła w geście zrozumienia, po czym szybko wbiegła na schody, żeby nie kazać mu czekać na siebie za długo. Balise przez chwilę odprowadzał czarownicę wzrokiem, a później ruszył ku swojemu dormitorium. Nie czuł się najlepiej z koniecznością wyciągania Granger poza szkolne mury, ale w zamku nie mogli porozmawiać swobodnie. Wszędzie kręcili się ciekawscy uczniowie, którzy z zamiłowaniem zaczęliby plotkować o niecodziennym zawieszeniu broni między Gryffindorem i Slytherinem – zwłaszcza, że chodziło o członków najbliższego grona Pottera oraz Malfoy’a. Najrozsądniejszym wydawało się znalezienie miejsca na zewnątrz, dość osłoniętego od widoku z okien. Blaise postawił na drewniany most, wiodący z dziedzińca Wieży Zegarowej do Kamiennego Kręgu – był zadaszony oraz odizolowany na tyle, by dać im poczucie prywatności. Chłopak prężnym krokiem wtargnął do Pokoju Wspólnego. Nikt spośród siedzących tam uczniów nie zwrócił na niego większej uwagi – tym lepiej. Wiedział, że nie wpadnie na Dafne i Parkinson, ponieważ widział je wcześniej w gabinecie Snape’a i wątpił, żeby wyszły stamtąd po dobroci. Pospiesznie upewnił się, że Malfoy’a również ma z głowy – nigdzie nie widział jego pustej blond łepetyny. Usatysfakcjonowany wszedł do swojego pokoju, zatrzymał się przed szafą i wyciągnął z niej smolisty płaszcz oraz szalik, w barwach domu węża. Przerzucił ubrania przez ramię, gotów jak najszybciej wyjść. Spieszyło mu się do tego stopnia, że nie zauważył wpatrzonych w niego, srebrzysto-szarych oczu. Draco siedział na swoim łóżku, mechanicznie wertując podręcznik do eliksirów. Koniec końców, Blaise napotkał jego spojrzenie.

– Cześć – mruknął niedbale, nie zmieniając zamiaru błyskawicznego wyjścia.

– Wybierasz się gdzieś? – Malfoy wskazał brodą płaszcz.

Zabini zatrzymał się, w duchu przeklinając swoją słabą wolę. Zazwyczaj był opanowany i lubił zastanowić się, zanim podejmował bardziej radykalne działania, ale Draco…ten to potrafił działać mu na nerwy! Spojrzał na kolegę i prychnął z kąśliwym rozbawieniem.

– Jakby cię to obchodziło, Malfoy – syknął bezbarwnie.

– Tu masz rację, Zabini – jasne oczy arystokraty zalśniły pogardą. – Mam to w dupie.

Blondyn wrócił do czytania, ignorując urażony wzrok przyjaciela. Blaise szarpnął gwałtownie za klamkę i wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami. Nie miał pojęcia kiedy jego relacje z Draco aż tak się zmieniły…Malfoy celowo go od siebie odpychał, nie przebierając ani w słowach, ani w środkach. Zachowywał się jak kompletny dupek rozgniewany tym, że Blaise nie okazał się jednym z jego bezmózgich przydupasów, robiących co tylko chciał bez słowa sprzeciwu. Ciemnooki skrzywił się, poprawiając płaszcz. Niech sobie ten platynowowłosy wrzód na dupie robi co chce! Rozzłoszczony niemalże wybiegł z dormitorium, prawie nokautując po drodze Flinta. Pospiesznie wydukał w miarę składne przeprosiny i ruszył ku miejscu spotkania, próbując uspokoić się po drodze. Do drzwi wejściowych dotarł dokładnie tak jak chciał – na dłuższą chwilę przed Granger. Mama wpoiła mu zasady odpowiedniego podejścia do kobiet. Przez większość czasu wychowywała go samotnie, niejednokrotnie poświęcając się w imię dobra jedynego syna. Obserwując mamę nie mógł nie nauczyć się szacunku wobec płci pięknej, bez względu na to, czego wymagały od niego utarte schematy. W sumie…nie istniało dla niego coś takiego jak podział na Ślizgonki, Puchonki, Krukonki i Gryfonki…były tylko dziewczęta, które gentlemen powinien należycie traktować. Hermiona uwinęła się dość szybko. Podeszła do niego już ubrana w szary płaszczyk, z wyszytym emblematem Gryffindoru. Skinął jej delikatnie, po czym otworzył drzwi, jak przystało na dobrze wychowanego młodzieńca.

– Porozmawiajmy na drewnianym moście – zwrócił się do towarzyszki. – Tam powinno być spokojnie.

Zamiast mu odpowiedzieć, Granger ruszyła spacerowym krokiem w odpowiednią stronę. Szybko zrównał z nią krok, utrzymując komfortową odległość między ich ramionami. Szli nie odzywając się do siebie. Zabini’emu taki stan rzeczy odpowiadał, jednak Hermiona zaczęła czuć się dziwnie z zalegającą ciszą – zazwyczaj towarzyszyło jej dwóch mocno rozgadanych kompanów. Zerkała co jakiś czas na Ślizgona, próbując zdecydować, czy powinna się odezwać. Przez kilka zawstydzających sekund zawiesiła spojrzenie na linii jego szczęki. Do tej pory nie zwracała uwagi na wygląd Blaise’a, choć słyszała wiele pochlebnych opinii na temat jego urody. Musiała przyznać, że wysoki chłopak z każdym kolejnym rokiem stawał się coraz przystojniejszy.

– Jak podobały ci się zajęcia Luthera? – postawiła na luźny temat.

– Szczerze, byłem zaskoczony – zaśmiał się krótko. – Nie spodziewałem się, że Dragan i do nauczania ma talent.

– Prawda?! – jej oczy rozbłysły – Potrafi świetnie tłumaczyć, no i te jego notatki. Wiesz… – szepnęła niepewnie – spędzam sporo czasu nad książkami, ale nie potrafię robić tak dokładnych i przejrzystych notatek. W oparciu o jego zapiski spokojnie można zdawać egzaminy.

Ciemnooki uśmiechnął się szeroko. Nie wiedział, że kruczowłosy robił tak dobre wrażenie na Granger, która zawsze wydawała mu się odporna na męski urok Dragana. Widocznie była znacznie bardziej wyczulona na jego niesamowity talent oraz niezaprzeczalny intelekt. Miło było spotkać dziewczynę, która ceniła sobie coś poza atrakcyjną powierzchownością.

– Pamiętam, jak kiedyś pomógł mi z karnym referatem dla McGonagall – zaplótł dłonie na karku. – Od tak sobie usiadł, wziął pergamin i napisał całą pracę, nawet nie zerkając do książek. Nie mam pojęcia, jak można aż tyle wiedzieć.

– Ja żałuję, że tego nie wiem – zwiesiła głos. – Myślisz, że mogę go zapytać jak się uczy?

– Spróbować zawsze możesz, ale nie jestem pewny, czy będzie umiał ci pomóc. Wydaje mi się, że jemu wystarczy raz przeczytać książkę, żeby ją zapamiętać. Czasami widuję go w Pokoju Wspólnym, jak czyta specjalistyczne księgi, prawdopodobnie dla zwykłej rozrywki.

– Dragan uczy się dla zabawy? – Granger szeroko otworzyła oczy – Kiedy ja tak robię, wszyscy nazywają mnie kujonką.

Nieświadomie opuściła wzrok, wpatrując się w swoje buty. Trochę minęło od kiedy usłyszała nieprzemyślane słowa Rona na pierwszym roku, ale wciąż potrafiło ją to zaboleć. To nie tak, że wolała naukę od kontaktów z ludźmi! Po prostu…nie pochodziła z magicznej rodziny i miała wiele do udowodnienia światu oraz samej sobie. Zimny wiatr uderzył w nią z prawej strony, przemycając zimowy chłód pod powierzchnię płaszcza. Pospiesznie roztarła ramiona, chcąc je ogrzać. Niespodziewanie na jej barki spadł szeroki, ciepły szalik. Podniosła zdumiony wzrok i spojrzała na Blaise’a, który niewzruszenie patrzył przed siebie.

– Nie ma nic złego w uczeniu się – przemówił, ignorując temat szalika. – My wszyscy właśnie po to tu jesteśmy. Jeżeli ktokolwiek z tego powodu się z ciebie wyśmiewa, to jego problem, nie twój. Nie musisz na siłę zniżać się do poziomu bandy ignorantów, żeby zdobyć ich sympatię.

Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie. Z tego co wiedziała, Zabini mógł poszczycić się świetnymi wynikami, więc nie miała powodu, żeby wątpić w jego słowa. Chciała zdjąć szalik ze swoich ramion i oddać go towarzyszowi, jednak Ślizgon ją powstrzymał.

– Zatrzymaj – wciąż na nią nie patrzył. – Zaczyna dość mocno wiać.

– Ale…

– Mną się nie przejmuj – zaśmiał się, po czym postawił kołnierz swojego płaszcza. – To ja poprosiłem cię o wyjście ze szkoły i nie chcę, żebyś przeze mnie zamarzła.

Gryfonka owinęła szalik szczelnie wokół szyi, nie dyskutując dłużej. Gest Blaise’a był czymś bardzo miłym i szkoda byłoby bezsensownie się upierać przy marznięciu, zamiast skorzystać z tej drobnej uprzejmości. Wrócili do wymieniania spostrzeżeń na temat zajęć Dragana, dopóki nie znaleźli się na moście. Tam przeszli jeszcze kilka metrów, żeby nie było ich widać bezpośrednio z okien zamku. Zabini oparł łokcie o balustradę, po czym wsparł brodę na splecionych palcach, wpatrując się przed siebie – podziwiał zapierający dech w piersiach widok. Przez ponad rok nie zwracał najmniejszej uwagi na to miejsce. Traktował je jak część drogi na zajęcia i nic więcej, do dnia, w którym wracał z błoni w towarzystwie Gall. Płomiennowłosa zatrzymała się nagle i oparła dłonie o wysłużone drewno, wychylając się ostrożnie poza barierkę z szerokim uśmiechem na twarzy. Wtedy i on po raz pierwszy zatrzymał się, w sumie z obawy o bezpieczeństwo przyjaciółki. Podszedł do niej, mając zamiar ściągnąć ją z balustrady, ale kiedy spojrzał przed siebie…nie mógł oderwać wzroku. Przystanął obok panny Dumbledore, by w niemym osłupieniu podziwiać widok, który wcześniej go nie obchodził. Malowniczy pejzaż rozpościerający się aż po linie horyzontu był dla niego zupełnie nowym odkryciem, którym nie potrafił się nacieszyć po dziś dzień. Tea…zawsze potrafiła odnaleźć piękno nawet w najprostszych rzeczach. Bardzo mu jej brakowało…

– Poprosiłem cię o rozmowę, ponieważ mam nowe informacje na temat zdrowia Gallatei – odezwał się, nie odrywając wzroku od widnokręgu.

Granger spojrzała na niego zdumiona. Od kilku dni mocno niepokoił ich brak wieści od panny Dumbledore, która przestała odpisywać na listy. Nie mieli kogo zapytać o jej samopoczucie, więc tkwili po uszy w pułapce niepewności oraz domysłów. Zabini wręcz z nieba jej spadł! Podeszła bliżej niego i zatrzymała się przy barierce, patrząc w tym samym kierunku co on. Mimowolnie uśmiechnęła się szeroko, oczarowana widokiem z mostu. Czemu nigdy wcześniej tu nie przychodziła?

– Jak ona się czuje? – założyła pasmo niesfornych włosów za ucho.

– Nie jestem pewien – przyznał szczerze. – Luthera ostatnio gdzieś wcięło na dłuższy czas, co akurat nie jest niczym nietypowym. Spotkałem go przed dzisiejszymi zajęciami i spytałem o to, nieszczególnie licząc na odpowiedź. Był u Tei w szpitalu – westchnął ciężko. – Powiedział, że lekarze zdecydowali o wprowadzeniu jej w śpiączkę farmakologiczną. Rozmawiał z lekarzem prowadzącym i usłyszał od niego, że Tea była bardziej chora niż myśleliśmy. Więcej się od niego nie dowiedziałem.

– Merlinie… – westchnęła dziewczyna.

Milczeli przez kilka chwil, rozmyślając o przyjaciółce. Hermiona była bardzo wdzięczna Zabiniemu za podzielenie się z nią nowymi informacjami. Zastanawianie się, dlaczego Dumbledore nie odzywała się do nich od tak dawna…wykańczało całą ich trójkę. Harry i Ron starali się to jakoś dzielnie znosić, ale średnio im wychodziło. Niepewność odciskała na nich coraz wyraźniejsze piętno, prowokując myśli, których wcale nie chcieli. Choć nikt z nich nie dyskutował o tym głośno, wszyscy się martwili.

– Dzięki – spojrzała na kompana z wdzięcznością. – Za to, że mi powiedziałeś.

– Uznałem, że ktoś od was powinien wiedzieć – odpowiedział z gorzkawym uśmiechem. – Luther zabronił mi rozmawiać o tym z innymi, więc sama rozumiesz…

– Nic nie powiem – odparła zdecydowanie. – Greengrass wie?

– Nie – ton Blaise’a zdradzał wewnętrzną rozterkę. – Pewnie ciężko by to zniosła. Wiesz, ona bardzo martwi się o Gall i nie chciałem jej dodatkowo gnębić, skoro Luther najwyraźniej sobie tego nie życzy. Dragan wspominał, że Tea powinna do nas wrócić na święta. Póki co…chcę w to wierzyć i nie denerwować niepotrzebnie Dafne.

– Aż tak się o nią martwisz? – choć Granger wcale tego nie planowała, jej ton zabrzmiał nieco oskarżycielsko.

– Oczywiście – Zabini rzucił bez chwili namysłu. – Gall i Dafne są moimi przyjaciółkami. Moim obowiązkiem jest je chronić, jeśli mam taką możliwość.

– Sądzisz, że Malfoy ma rację? – Gryfonka zmieniła temat – No wiesz…z tym, że Ginny…

Blaise zerknął na nią kątem oka, zaciekawiony drżeniem jej głosu. Zauważył szklące się w oczach towarzyszki łzy, wyjaśniające jej niepewny ton, po czym przymknął delikatnie powieki. Dla Granger wiadomość o ciężkim stanie przyjaciółki również musiała być ciosem – wyjątkowo bolesnym przez wzgląd na to, że nie mogła być przy jej łóżku. Odebrano jej możliwość odwdzięczenia się Dumbledore za odwiedziny, gdy to ona leżała w Skrzydle Szpitalnym. Cała ta sytuacja…była zwyczajnie zbyt trudna, żeby mogli próbować uporać się z nią w pojedynkę. Poprawił kołnierz płaszcza, zamierzając nieco złagodzić dyskomfort Hermiony.

– Raczej nie. Wiem, że słowa tej małej dotknęły Teę, ale nie uważam, żeby miało to wpływ na pogorszenie się jej choroby. Znając Gall, wolałaby po prostu porozmawiać z Weasley, niż tłamsić wszystko w sobie. Draco przesadza – bezwiednie zacisnął szczękę. – Często mu się to zdarza.

– Powinnam była zauważyć, że coś się dzieje – Granger przysłoniła usta dłonią. – Tyle razy ją o to pytałam…

– Nie tylko ty. Gall nikomu nie chciała się przyznać…nikomu… – głos Ślizgona przybrał formę szeptu. – Spędzałem z nią czas codziennie. Co wieczór przesiadywaliśmy w jej pokoju, albo w Pokoju Wspólnym. Jeśli ktokolwiek powinien się czuć winny tego, że nie zareagował w porę, to ja. Obiecałem Draganowi, że będę dla niej lepszym przyjacielem. Jaki przyjaciel tak łatwo się zniechęca?

Czarownica wlepiła wzrok w policzek kompana. Wydawał się przybity, co budziło w niej sprzeczne odczucia. Od początku szkoły nieustannie słyszała, że Ślizgoni byli najgorszym typem czarodziei – kłamliwymi, wyniosłymi, egoistycznymi bucami, święcie przekonanymi o swojej wyższości. W tej chwili…żadne z tych określeń nie pasowało do Blaise’a. Zabini był tylko chłopakiem, szczerze przejętym losem swojej przyjaciółki – zbyt empatycznym, żeby można było uznać go za pozbawionego serca manipulanta. Blaise Zabini doprawdy różnił się od pozostałych Ślizgonów. Nie! Nie od Ślizgonów, tylko od chłopców, których znała…Niesiona współczuciem oraz zrozumieniem chciała okazać mu wsparcie i objąć go ramieniem, jednak się powstrzymała. Tą rozmową wyświadczał jej przysługę, jednak nie mogła zapominać, że był przedstawicielem czystokrwistych czarodziei, niechętnych do bratania się z mugolakami. Nie chciała go obrazić zbytnim spoufalaniem się.

– Wygląda na to, że będziemy musieli z nią porozmawiać, kiedy wróci. Nie może przed nami ukrywać takich rzeczy! – uniosła głos.

– Pytanie tylko, jak ją do tego przekonać. Kiedy po raz kolejny okazuje się, że czegoś mi nie powiedziała…czuję się, jakby mi nie ufała. To trochę dołujące, wiesz? – zaśmiał się cierpko – Nie wiem czy się boi, wstydzi, czy zupełnie coś innego. Jak mam ją przekonać, że może mi powiedzieć o wszystkim?

– Może nie powinieneś? Od początku uważałam, że Gallatea jest raczej skryta. Często unika odpowiedzi na pytania i zamyka się na trudniejsze tematy, więc nie jestem pewna, czy słowa będą w stanie ją przekonać. Ona zawsze jest przy nas – uśmiechnęła się, patrząc w dal. – Kiedy mam jakiś problem to wiem, że mogę z nią o nim porozmawiać. Jako jedyna zawsze ma czas mnie wysłuchać. Może powinniśmy spróbować pokazać jej, że może na nas liczyć, zamiast powtarzać utarte frazesy?

– Sądzisz, że to zadziała? – chłopak uniósł brew.

– Na pewno nie zaszkodzi.

Jeszcze przez dobrą godzinę rozmawiali o Tei. Mieli co do jej zachowania bardzo podobne spostrzeżenia, żadne z nich jedna nie chciało dzielić się z drugim wszystkim. Mimo, że ich rozmowa przebiegała naturalnie i bezproblemowo, nie byli w stanie sobie w pełni zaufać. Zbyt wiele ich dzieliło, a przełamanie tego wiązało się ze skomplikowanymi niedogodnościami, na które nie byli jeszcze gotowi. Przepaść między Gryffindorem i Slytherinem była zbyt głęboko zakorzeniona, by móc ją od tak pokonać. Zabini nie miał wiele więcej do powiedzenia Hermionie, więc zarządził powrót do szkoły. Jako dobrze wychowany młodzieniec, czuł się odpowiedzialny za bezpieczny powrót Granger do zamku, nim całkiem przemarznie. W drodze powrotnej nie rozmawiali za wiele, woląc poświęcić ten czas na samotne rozmyślania. Blaise powtórnie otworzył drzwi przed towarzyszką i zaczekał, aż wejdzie w mury Hogwartu. Niemal zderzył się z jej plecami, gdy zatrzymała się gwałtownie ledwo kilka kroków za progiem.

– Cześć, Dragan – usłyszał jej delikatnie zmieszany ton.

Szybko stanął tuż obok niej, nie dowierzając w to, co usłyszał. Niemalże jęknął, gdy zdał sobie sprawę, że nie można było mówić o pomyłce. Luther stał przy nich, oparty plecami o misternie wykonaną futrynę. W pochłaniającym jego sylwetkę półmroku, żarzyła się końcówka papierosa, a z rozchylonych w przerażającym półuśmieszku ust sączył się gęsty dym. Choć kruczowłosy miał przymknięte powieki, Zabini wyraźnie czuł na sobie czujny turkus jego demonicznych oczu.

– Cześć, mała. Nie przemarzliście na dworze?

Turkusowooki uchylił powieki. Diaboliczny turkus błyszczał w półmroku, jednak jego ostry urok łagodził niespodziewanie łagodny i ciepły ton głosu. Blaise’a ta anomalia momentalnie zaalarmowała, jednak na Hermionę podziałała rozluźniająco – co zapewne było zamiarem Dragana. Dziewczyna uśmiechnęła się, miękkimi ruchami odwijając podarowany szalik.

– Nie jest jeszcze aż tak zimno – podała materiał ciemnookiemu, który przyjął go bez słowa. – Co trzymasz?

Gryfonka wskazała na stosik pergaminów, które Luther przyciskał do swojej szerokiej piersi prawym przedramieniem. Pamiętała co obiecała Zabini’emu, więc uznała szybką zmianę tematu za najbezpieczniejszą opcję. Dragan zaśmiał się przelotnie. Całkiem bystra małolata!

– Raporty z dzisiejszych zajęć i konsultacji – skwitował swobodnie. – Dyrektor prosił, żebym po skończonym dniu zaniósł to do jego gabinetu. Nudna, upierdliwa robota! Nie będę was zadręczał szczegółami, jeśli pozwolisz. Blaisy, skoro idziemy w tym samym kierunku, dotrzymasz mi towarzystwa?

Ślizgon drgnął delikatnie. Z pozoru spokojny ton Dragana, nie pozostawiał wątpliwości co to tego, że właśnie wydał rozkaz – przyjemnie brzmiący, jednak wciąż dosadny i jednoznaczny, Młody czarodziej doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie pozostawiono mu przywileju wyboru.

– Żaden problem – postarał się uśmiechnąć radośnie.

– Mam nadzieję, że dyrektorowi spodobają się raporty – Granger wcięła się do rozmowy. – Świetnie prowadzisz zajęcia! Jestem pewna, że będziesz doskonałym nauczycielem.

– Tego akurat nie byłbym taki pewien, mała. Z waszą grupą poszło mi najlepiej, głównie dzięki Blaise’owi! – kruczowłosy energicznie potargał włosy młodszego kolegi – Dzięki, stary, za rozruszanie interesu! Chętnie powtórzę z wami zajęcia, jeśli Nietoperz pozwoli.

Dragan wymienił jeszcze kilka kurtuazyjnych uprzejmości z Hermioną, uśmiechając się do niej najmilej jak potrafił. Pożegnał ją także znacznie bardziej wylewnie, niż miał to w zwyczaju. Kiedy dziewczynka uszła kilkanaście dobrych kroków, zwolniła, by jeszcze raz spojrzeć na turkusowookiego – w sobie tylko znanym celu. Patrząc na nią uśmiechnął się jakoś tak…kpiąco i wyzywająco zarazem. Jak sparaliżowana obserwowała ruch jego warg, po czym odwróciła się gwałtownie i pobiegła przed siebie. Spanikowała, gdy zrozumiała co bezgłośnie powiedział. „Widziałem was”. Luther widząc mocno przesadzoną reakcję małolaty miał ochotę parsknąć śmiechem. Dzieciaki zdecydowanie za łatwo było nastraszyć! Przywykł do dużo odporniejszych na jego gierki przeciwników, więc znęcanie się nad gówniarzami nie przynosiło mu krzty satysfakcji. Zerknął na Zabini’ego i skinął głową, nakazując mu iść za sobą. Przez pierwsze kilka metrów Blaise trzymał się w bezpiecznej odległości od przewodnika, tępo wpatrzony w jego mocne, przysłonięte marynarką barki. Ze zdziwieniem spostrzegł, że kruczowłosy nawet czymś tak błahym jak sposób chodzenia, potrafił podkreślić swą wyższość – zupełnie jakby wiedział, że można postrzegać go jako zagadkowego króla.

– Więc? – Dragan rzucił od niechcenia – Czemu wybrałeś Granger?

Czarnoskóry chłopiec wzdrygnął się, słysząc pozbawiony wyrazu ton. Nie miał pojęcia, o co mogło chodzić Draganowi – a raczej nie chciał tego wiedzieć. Czyżby w jakiś tajemniczy sposób turkusowooki już domyślił się, o czym rozmawiali? To…to było niemożliwe! Nawet jeśli rzeczywiście wiedział, nie powinien być w stosunku do niego tak pobłażliwy. W końcu sam to poprosił, żeby nie rozmawiał z innymi na temat zdrowia Gallatei. Zabiniemu zaschło w gardle. Może…od samego początku Luther właśnie tego się po nim spodziewał? Może nieświadomie postąpił dokładnie tak, jak Dragan zakładał? Nie mógł być tego pewien, więc uznał, że najbezpieczniejszą opcją było zagranie debila.

– Nie za bardzo rozumiem o czym mówisz – burknął niewyraźnie.

– Blaisy – westchnął kruczowłosy. – Nie próbuj ze mnie robić kretyna, z łaski swojej. Widziałem was na moście i nie trudno wpaść na to, o czym mogliście rozmawiać. Ciebie i Granger nie łączy nic, poza Galli. Nie mam ci za złe tego, że chciałeś się komuś wygadać – zimny turkus przeszył ucznia na wskroś. – Poważnie. W pełni to rozumiem i szczerze mówiąc, właśnie tego się spodziewałem. Zastanawiam mnie tylko to, czemu akurat Hermiona.

Ślizgon uśmiechnął się pod nosem. Oczywiście, że Luther właśnie tego chciał! Musiał przestać nie doceniać przenikliwości króla! Kłamstwo w chwili obecnej nie miało najmniejszego sensu – rozmówca najprawdopodobniej od razu by je wyczuł. Chłopiec westchnął delikatnie czując, że stoi na przegranej pozycji. Po raz kolejny tego dnia, postanowił podjąć ryzyko nieskrępowanej szczerości.

– Na początku chciałem porozmawiać z Dafne, ale znasz ją – uśmiechnął się z zakłopotaniem. – Zaczęłaby szaleć, zamartwiać się i dręczyć wszystkich wokół o zorganizowanie wycieczki do szpitala. Skoro Tea powoli dochodzi do siebie pod okiem lekarzy, ostatnim czego byłoby jej potrzeba, to zamieszanie. Parkinson za cholerę nie ufam i nie chcę z nią gadać, o ile nie jest to konieczne. Myślałem jeszcze o Diggorym, ale za krótko go znam i nie byłem pewny, czy pogaduszki z nim to dobry pomysł.

– Na twoim miejscu nawet bym nie pomyślał o Parkinson – Luther zaśmiał się nieprzyjemnie. – Co co Ceda, jestem w stanie zrozumieć twoje wahanie, a nie informowanie póki co Greengrass to dobra decyzja. Dziewczyna jest gadatliwa i radosna jak skowronek, ale traktuje Galli jak siostrę. Obawiałbym się, że tak nieprzyjemna informacja załamie ją i skarze na bolesne wyczekiwanie. Zostaje nam jeszcze jeden zawodnik w peletonie. Czemu nie pogadałeś z arystokratą?

Blaise zwolnił odrobinę, co nie uszło uwadze Dragana, który zerknął na kompana przez ramię. Widząc zmieszanie na twarzy młodego zatrzymał się i odwrócił w jego stronę, nieco zainteresowany tym widokiem. Nie dało się nie zauważyć istnej batalii, toczącej się w głowie dzieciaka. Sprzeczne emocje, chęci i zahamowania odbijały się w jego ciemnych oczach, tworząc osobliwą mozaikę, prezentującą najprawdziwszy chaos. Uczeń potrzebował dobrych kilku chwil, by zebrać bezładne myśli w miarę spójną całość.

– Wiesz… – zaczął nieśmiało – od jakiegoś czasu prawie nie gadam z Draco.

– Zauważyłem. Dlaczego się niego odciąłeś?

– Przecież wiesz! – chłopiec pozwolił sobie na drobny wybuch – Nie podoba mi się ta cała nagonka na Weasley. Wiem, że Draco wyżywa się na niej, bo jest wściekły o to, co powiedziała na temat Tei. Też jestem tym sfrustrowany! – zacisnął pięści – Byłem tam, kiedy to się stało…Siedziałem obok Gallatei i doskonale widziałem, jak dotknęło ją głupie gadanie rudzielca. Na początku też miałem ochotę pokazać Weasley gdzie jest jej miejsce ale… – zawahał się przez moment – ale nie mogłem. Czułem, że rozczarowałbym tym Teę. Ona nie chciałaby, żebyśmy w taki sposób dochodzili sprawiedliwości. Zbyt wiele razy ją zawiodłem, żeby bezmyślnie zrobić to po raz kolejny i znowu liczyć na jej wyrozumiałość. Próbowałem przekonać Draco, żeby sobie odpuścił, ale ten kretyn nie chce mnie słuchać! Zamiast zastanowić się przez chwilę, znalazł sobie dwóch debili, którzy przyklasną mu bez względu na wszystko. Nie mam już o czym z nim rozmawiać.

Zabini mocno zacisnął szczękę. Nie wiedział dlaczego, ale mówiąc o tym wszystkim Draganowi poczuł prawdziwą ulgę – dusił to w sobie przez kilka dobrych dni, nie mając z kim porozmawiać. Turkusowooki podszedł do niego i ostrożnie położył dłoń na jego ramieniu, niejako zmuszając go do podniesienia wzroku. Patrzył tak…wyrozumiale.

– Pozwól, że coś ci powiem, dzieciaku – jego głęboki głos rozbrzmiał melodyjnie. – Przyjaźń to nie jest łatwe zadanie. Potrzeba wiele siły, uporu, cierpliwości i odwagi, by móc nazywać się czyimś przyjacielem, bez nadużywania tego określenia. Przyjaciele nie przyklaskują głupocie i nie odwracają bezradnie wzroku, gdy ich kumpel się starcza. Przyjaźń to coś znacznie więcej niż wspólny śmiech, pogadanki, poklepywanie się po pleckach i wygłupy. To odpowiedzialność – demoniczne oczy rozbłysły żelaznym przekonaniem. – Kiedy widzisz, że twój przyjaciel obrał złą ścieżkę i trzyma się jej uparcie, a jesteś pewny, że to w końcu go zniszczy…twoim zasranym obowiązkiem jest go zatrzymać i zawlec ku światłu, chociażby siłą. Bez względu na cenę – jego ton zdradzał doświadczenie, którego próżno było szukać wśród tak młodych, z pozoru, osób. – Może się od ciebie odwrócić, znienawidzić cię, obrazić…takie jego prawo. Najważniejsze, żebyś ty sam wiedział, że zrobiłeś dla niego absolutnie wszystko, co mogłeś. Nasz arystokrata to próżny, zawzięty i arogancki, w najgorszym znaczeniu tego słowa, chłopczyk. Jest jeszcze bardzo dziecinny i porywczy, więc nie do końca zdaje sobie sprawę z konsekwencji własnych działań. Potrzebuje po swojej stronie kogoś takiego jak ty, Blaise – spojrzał na kompana. – Głosu rozsądku, któremu będzie mógł zawsze ufać. Jeżeli choć przez chwilę było ci go żal, czułeś się wściekły i rozczarowany, nie do końca przez to co robi, a dlatego, że dobrze wiesz, że to nie jest prawdziwy on…wciąż widzisz w nim przyjaciela, o którego warto walczyć. Jeśli wraca do ciebie przemożna chęć powstrzymania tej żałosnej parady nienawiści dla jego dobra, podążj za nią. Arystokrata jest kretynem, ale nawet jego zidiocenie ma swoje granice. Zrób to, co powinien prawdziwy przyjaciel, zamiast się nad sobą użalać.

Oczy Blaise’a rozpalił nagły, potężny ogień. No tak…kiedy Dragan skończył mówić, wszystko wydało mu się porażająco wręcz proste. Wszelkie zwątpienie uleciało, zastąpione determinacją, a żal który czuł do przyjaciela, zmienił się w szczerą troskę. Słowa Luthera pozwoliły mu spojrzeć pod zupełnie innym kątem na własne uczucia, wydobywając z nich siłę, konieczną do wprowadzenia zmian. Chcąc dochować wierności przyjaciółce, wcale nie musiał po drodze stracić przyjaciela. Mógł mu pomóc, jeśli wysili się odrobinę bardziej niż do tej pory. Mógł znowu scalić ich paczkę, nie czekając na cud.

                      Vallerin przestała już rozglądać się gdziekolwiek. Przywykła do otaczającej ją szarej, bezkresnej mgły, przysłaniającej wszystko wokół. Straciła wiarę w to, że mogła skrywać cokolwiek poza obrazem ponurych pustkowi. Jej ciało nie chciało się zatrzymać, wbrew jej woli kontynuując bezcelową wędrówkę w równym, monotonnym rytmie. Mechanicznie parło przed siebie, nie zważając na słabnące protesty wycieńczonego umysłu. Nie ciekawiło jej już to, czy gdzieś tam w przytłaczających ciemnościach skrywa się kres – cel, do którego tak uparcie dążyła. Nie mając sił na próżną walkę z własnym ciałem, skupiła się na czymś innym – słuchaniu. Uważnie wsłuchiwała się w docierające do niej widma rozmów. Rozmyte, niewyraźne głosy przeszywały wszechobecną pustkę, docierając do jej uszu. Żal jej było Ariena. Brat za każdym razem, gdy go słyszała, wydawał się coraz bardziej przybity i zrezygnowany. Straciła rachubę ile to już razy cichym, udręczonym tonem prosił ją o przebaczenie. Uważał się za złego brata. Zawodnego, nieprzystępnego mężczyznę, niegodnego miłości, jaką go darzyła – to bolało ją najbardziej. Kochała go. Kochała go tak samo jak Killiana, Damona i Eliasa, a żadna krzywda, którą jej wyrządzili, nie była w stanie tego zmienić. Byli jej braćmi. Jedyną rodziną, jaką kiedykolwiek posiadała – z wyjątkiem tej, którą wybrała sobie sama. Jak w każdej rodzinie zdarzały im się wspaniałe wzloty i tragiczne upadki – nieporozumienia, wystawiające na próbę łączącą ich więź. Cóż byłaby z niej za siostra, gdyby pozwoliła, żeby przykre doświadczenia złamały to, co do nich czuła? Wystarczyło już, że sam Arien nie mógł się z tym pogodzić. Tak bardzo chciała się obudzić…Spojrzeć w jego lazurowe oczy i wykrzyczeć mu prosto w twarz, jak wielkim był kretynem. Nie miała mu niczego za złe, więc i on nie powinien brać na siebie ciężaru win. Chciała go przytulić…zamknąć w objęciach, żeby przekonał się, że dawno mu wybaczyła i nie pielęgnowała głęboko skrywanej urazy. Czy kiedykolwiek będzie to możliwe? Pewnego dnia obudzi się, by móc być przy tych, których kochała? Coraz bardziej wątpiła w równie radosny scenariusz. Pustka, która ją otaczała, skutecznie pochłaniała wszelki optymizm, bezlitośnie przemieniając wszelkie pozytywne emocje w duszące, niechcące ustąpić zwątpienie. Szara, zimna mgła pieczołowicie oddzielała ją od wszelakich promyków nadziei, wzbudzając przesiąknięty zwątpieniem strach. Była tu kompletnie sama. Tkwiła w pułapce, daleko poza zasięgiem swoich najbliższych – odcięta od radości, miłości, wsparcia, bezpieczeństwa…wszystkiego, co mogłoby podtrzymać ją na duchu. W tym mrocznym bezkresie uwalniały się najgorsze podszepty udręczonego umysłu oraz obawy, których istnienia nie była do tej pory świadoma. Rozbudziły je słowa Ariena, kierowane do Albusa. Nigdy nie myślała o sobie, jako o w jakiś sposób spaczonej. Może naprawdę nie wykształciła poprawnego rozumienia więzi międzyludzkich? Może rzeczywiście stawiała tych, których uważała za przyjaciół ponad sobą samą? Nawet jeśli tak, to co z tego? Nie potrafiła i po prawdzie wcale nie chciała funkcjonować inaczej. Nie do końca była człowiekiem, więc co złego było w tworzeniu własnych definicji relacji, które łączyły ją ze śmiertelnymi? Albus poprosił ją o pomoc, więc to naturalne, że chciała mu jej udzielić. Nie prosiłby jej o coś równie ryzykownego, gdyby miał jakiekolwiek inne wyjście, prawda? Z każdą chwilą spędzoną pośród mgły coraz wyraźniej odczuwała poczucie winy, kłębiące się gdzieś na granicy świadomości. Zalewały ją cienie przeszłości…tego, czego się dopuściła i powodów jej załamania. Widziała twarze tych, których skrzywdziła. W myślach słyszała przerażone, bezradne głosy braci, starających się jej pomóc. Raz po raz uderzały w nią wszystkie wyzwiska, które przyszło jej usłyszeć. Potwór. To jedno słowo nie chciało jej opuścić, pojawiając się przy każdym nieprzyjemnym wspomnieniu. Wszystko, co kiedykolwiek zrobiła z myślą o innych, niknęło w rwącej rzece tego, jak dała się ponieść Otchłani. Po raz pierwszy od wieków słyszała ciche wołanie – pieśń, o której dawno już zapomniała. Czymkolwiek było to miejsce…najwidoczniej starało się ją złamać i pogrążyć w rozpaczy, rozrywającej ciało oraz duszę. Przywoływało do życia to, co czuła będąc uwięzioną przez trzy stulecia. Otwierało rany, które nigdy się nie zasklepiły i paliły żywym ogniem – tak samo boleśnie, jak wieki temu. Miała dość własnych myśli, więc zaczęła rozpaczliwie krzyczeć. Szła przed siebie krzycząc z żalu i bezsilności. Niespodziewanie dostrzegła błysk rozdzierający szarugę gdzieś na horyzoncie. Nie miała pojęcia, czy była to zwyczajna mara, czy w pełni realne zjawisko, ale nie miało to większego znaczenia. Blask przyniósł nadzieję na zmianę jej sytuacji, czy to na lepsze, czy na gorsze. Stagnacja ciążyła jej najmocniej, więc chciał tylko puścić się szalonym pędem przez bezkresne pustkowia, jednak nie mogła. Jej ciało odmawiało przyspieszenia wędrówki. Choć serce rwało się ku linii horyzontu, monotonia pochodu okazała się silniejsza. Mimowolnie człapała przed siebie tym samym tempem, nie potrafiąc postawić chociażby jednego, pewniejszego kroku. Nie zbliżała się nawet odrobinę do źródła światła. Widziała jego olśniewającą łunę, jednak wydawała jej się tak samo odległa.

– Vallerin!!!

Czysty, głęboki głos przeciął wszechobecną ciszę z siłą pocisku – był wyraźniejszy od czegokolwiek innego, dźwięczny i doniosły. Serce załomotało jej z niepohamowanej radości. Ktoś był tu z nią! Ktoś zszedł do tego ponurego bezkresu i szukał jej pośród depresyjnej mgły. Nabrała powietrza głęboko w płuca rozumiejąc, że jej jedyną szansą jest krzyknięcie głośniej, niż kiedykolwiek.

– Pomóż mi!!!

Z jej piersi wydarł się okrzyk przepełniony nadzieją, która wzmocniła jej głos, pozwalając mu na przebicie się przez mgłę. Nie wiedziała któż mógł być na tyle szalony, by szukać jej w tak nieprzyjaznym miejscu, lecz nie miała zamiaru wybrzydzać. Kimkolwiek był, przebywał gdzieś w tym świecie i przyszedł tu właśnie po nią. Jeszcze kilkukrotnie usłyszała swoje imię, niesione przez pustkowia. Starała się za każdym razem odpowiedzieć na desperackie wezwanie i krzyczała, nie zważając na ucisk miażdżący jej płuca. Tak bardzo chciała wydostać się z objęć tego miejsca…Jasna smuga na horyzoncie rozbłysła nowym blaskiem – bardziej dosadnym, niemalże wrogim, jednak pozbawionym przerażającego uroku. Światło, w przeciwieństwie do całości otoczenia, wydawało się ciepłe i zachęcające. W końcu dostrzegła przed sobą ruch. Z szarej mgły wyłoniła się wysoka postać, odziana w coś, co z daleka przypominało zbroję. Mężczyzna. Zdawało jej się, że płaszcz z obszernym, futrzanym kołnierzem, który okrywał barki przybysza poruszał się rytmicznie na niewyczuwalnym wietrze. Zapatrzyła się na łopoczące poły płaszcza oraz odznaczające się w ich smolistej czerni srebrzysto-białe, długie włosy. Uśmiechnęła się szeroko, rozpoznając kroczącego ku niej śmiała. On także ją dostrzegł i przyspieszył kroku, niemalże biegnąć w jej kierunku.

– Nareszcie – wyszeptał z ulgą.

– Samaelu…

Lady poczuła łzy, spływające po jej policzkach – po tak długim czasie, mogła w końcu zapłakać. Choć odzyskała mierny cień władzy nad własnym ciałem, wciąż nie mogła się zatrzymać. Niesiona rytmem tej wymuszonej wędrówki wyminęła Anioła Śmierci, idąc wprost przed siebie.

– Pomóż mi… – szepnęła, mijając jego ramię.

– Zatrzymaj się – usłyszała mocne, wyraziste polecenie.

O dziwo jej ciało natychmiast zareagowało na twardy rozkaz. Stojąc na baczność, chciała się odwrócić, jednak nie mogła – ta nędzna namiastka cielesności cały czas oddzielona była od jej woli. Samael wyminął ją i stanął tuż przed jej twarzą, uśmiechając się łagodnie z wyraźną ulgą. Gdyby ktoś nie widział z kim ma do czynienia, bez trudu mógłby pomyśleć, że oto stoi przed nim uosobienie ciepłej, delikatnej wyrozumiałości. Vallerin mimo że wiedziała doskonale kim był Anioł Śmierci, nie widziała w nim teraz uwodzicielskiego kusiciela, a wybawcę, który zstąpił w mrok, żeby ją ocalić.

– Szukałem cię od kilku dni – przyznał z zakłopotaniem. – To miejsce jest ogromne…już traciłem nadzieję.

– Gdzie ja jestem? – zapytała, usiłując spojrzeć w perłowe oczy.

– Wyjaśnię ci wszystko, ale nie tutaj – rozejrzał się nerwowo. – Musisz jak najszybciej stąd odejść. To miejsce z każdą minutą pochłania cię coraz bardziej, próbując ze sobą połączyć. Jeszcze chwila zwłoki, a nie będziesz mogła go opuścić. Moja władza tu nie sięga – wbił spojrzenie wprost w jej tęczówki. – Jestem tu tylko gościem i nie mamy zbyt wiele czasu, zanim się zacznie. Vallerin, to o co cię teraz zapytam, jest bardzo ważne – powiedział z pełną powagą. – Czy zechcesz pójść ze mną do mojego królestwa?

Erin zamrugała zaskoczona. Żywi nie mieli prawa przestąpić progu świata umarłych i wszyscy nieśmiertelni o tym wiedzieli – śmierć dla nikogo nie robiła wyjątku. Skoro Samael zaproponował coś takiego…najprawdopodobniej nie miał wyboru, więc pójście za nim do jego krainy, musiało być jedyną słuszną opcją. Próbowała się uśmiechnąć, jednak nie miała władzy nad mięśniami twarzy.

– Z chęcią będę ci towarzyszyć – przybrała subtelny, wdzięczny ton.

Samael uśmiechnął się nieco zbyt smutno, by można było uznać to za oznakę zadowolenia. Wyciągnął dłoń za siebie. Świetlista łuna wystrzeliła z jego ręki, zmuszając Lady do nieudanej próby przymknięcia oczu. Sammy spojrzał na nią z czułością.

– Vallerin… – zaczął nieśmiało – czy mogę cię dotknąć?

Po raz kolejny udało mu się ją zaskoczyć. W sumie jak się nad tym zastanowić, Samael nigdy nie odważył się jej dotknąć – nawet przelotnie. Wiele razy wydawał się mieć na to ochotę, jednak zawsze powstrzymywał dłoń, co odczytywała jako oznakę szacunku. Teraz…z tą nieśmiałością wymalowaną na hardej, nadnaturalnie pięknej twarzy wyglądał na niezrównanie uroczego – bez mała bezbronnego. Uparcie unikał jej wzroku, wbijając spojrzenie w otaczający ich mrok.

– Nie mam nic przeciwko – odpowiedziała pewnie.

Po chwili poczuła jego dłoń, delikatnie oplatającą się wokół jej palców. Skóra Samaela była przyjemnie gładka i przeraźliwie wręcz zimna – przez chwilę poczuła się, jakby dotykała bryłki lodu, co bynajmniej nie należało do nieprzyjemnych doświadczeń. Trzymając jej dłoń, Anioł Śmierci pociągnął ją wprost w jasny snop światła. Nim zatopiła się w blasku, kątem oka spojrzała za siebie. Z jej ust wydarł się okrzyk przerażenia. To co przez cały ten czasu uważała za mgłę, wcale nią nie było. Stojąc bezpiecznie w promieniach światła dostrzegła rozmyte, niewyraźne twarze wykrzywione w grymasie agonalnego bólu – tysiące ludzkich cieni zlewało się w szarugę miejsca, które z radością opuszczała. Widziała setki dłoni, wyciągniętych bezradnie ku nieuchwytnemu światłu – widma usiłowały pochwycić blask z niemym, panicznym okrzykiem. Zapewne wpatrywałaby się w ten makabryczny obraz znacznie dłużej, gdyby nie Samael, który chwycił delikatnie jej policzek i przytulił go do swojego boku, tym samym uniemożliwiając jej patrzenie za siebie. Puścił ją dopiero, kiedy stanęli na kamiennej podłodze, z daleka od tego całego koszmaru. Jeszcze przez chwilę Vallerin ociągała się z podjęciem próby chociażby drgnięcia w obawie, że nie będzie w stanie odzyskać władzy nad samą sobą. Musiała jednak w końcu spróbować, więc zaczęła od małego kroczku – postarała się rozejrzeć po pomieszczeniu, w którym obecnie się znajdowała. Miała ochotę krzyknąć z radości, gdy zbuntowane ciało w końcu usłuchało polecenia umysłu. Żeby upewnić się co do powrotu pełni kontroli, zawirowała ostrożnie, ku rozbawieniu gospodarza. Skrzącymi z radości oraz ulgi oczyma, dokładnie przeczesała nieznane wnętrze, które okazało się zachwycającym, elegancko wysmakowanym dziełem niebagatelnej architektury – doskonale pasującym do gospodarza. Nieliczne, wysublimowane rzeźbienia umiejętnie podkreślały przyjemnie surowy urok komaty. Nuta intrygującej tajemniczości perfekcyjnie współgrała z miękkim światłem świec, umieszczonych w tuzinie ozdobnych, mosiężnych świeczników. Niektóre z nich przytwierdzono do wyrafinowanych ścian, inne stały swobodnie, pozwalając, by blask docierał do najbardziej oddalonych zakamarków, uwypuklając ich dopracowane w każdym calu piękno.

– Pozwól proszę za mną – Samael, z niedościgłą gracją, pokłonił się przed płomiennowłosą.

Ujmując delikatnie wyciągniętą dłoń Lady, poprowadził ją ku zwieńczonemu ażurowym łukiem oknu. Erin wsparła dłonie o parapet i westchnęła cicho, urzeczona widokiem rozpościerającym się tuż przed nią. Tysiące ogników rozświetlało pomarańczową łuną ciemność krainy zmarłych. Chybotliwe języki ognia unosiły się swobodnie ponad powierzchnią, niestrudzenie wyczyniając w powietrzu ujmujące ewolucje – nieraz zderzały się ze sobą, lub prześcigały w hipnotyzującym, widowiskowym tańcu. Ogniki prześlizgiwały się zwinnie wśród krzewów czarnych róż, które porastały krainę aż po sam horyzont. Lady Crown, choć żyła dziesiątki lat, nigdy nie widziała miejsca piękniejszego od krainy, którą zawsze wyobrażała sobie jako lodowate, posępne pustkowie. Odwróciła wzrok od tego cudownego pejzażu i spojrzała na pana tych włości, utwierdzając się w przekonaniu, że doskonale do nich pasował. Patrząc na krainę umarłych nie mogła pozbyć się wrażenia, że powstała niejako na podobieństwo swego niepodzielnego władcy. Upadły stał krok za nią, z delikatnym półuśmiechem wpatrując się w przemykające za oknem ogniki. Ich eteryczne światło raz po raz rozbłyskiwało i gasło w jego perłowych, niesamowitych oczach, dodając im nuty nieujarzmionego magnetyzmu. Vallerin przez całe swoje życie była odporna na zniewalającą powierzchowność Samaela, – z czego była dość dumna – jednak w tej chwili odsunęła od siebie wszystkie wątpliwości i podeszła do niego. Ocalił ją, za co była mu winna wdzięczność aż po kres czasu. Oparła czoło o napierśnik mężczyzny, kładąc rozedrgane z nerwów dłonie na jego silnych, skrytych pod zimnym metalem, przedramionach.

– Dziękuję – wyszeptała zadzierając głowę, by móc spojrzeć na jego twarz.

Perłowooki momentalnie przestał się uśmiechać – w tym momencie wydawał się najbardziej udręczoną i onieśmieloną spośród wszystkich istot. Kobieta, którą kochał stała tuż przed nim…bliżej niż w jego najśmielszych snach. Powinien być najszczęśliwszym ze wszystkich stworzeń! Po tylu latach…całych wiekach wyczekiwania…w końcu była u jego boku. Nie potrafił jednak wykrzesać z siebie iskry radości. Lady…nie mogła tu zostać, musiał ją odesłać i to możliwie jak najszybciej. Musiał oddzielić się od tego niewypowiedziane cudownego zjawiska murem życia, którego był całkowitym zaprzeczeniem. Przez ułamek sekundy przeszło mu przez myśl, że powinien ją teraz objąć i dać jej do zrozumienia, że nie musi się bać, bowiem jest przy nim w pełni bezpieczna. Z jednej strony rozpaczliwie pragnął tego kontaktu, z drugiej…nie mógłby się na to zdobyć. Lodowate palce śmierci nie były godne dotykania w równie czuły i emocjonalny sposób najpiękniejszego dzieła życia! Nawet, gdyby dopuścił się równie absurdalnej bezczelności, wiedział, że nie zniósłby bólu wypuszczenia jej ze swoich ramion. Stał więc bez ruchu pozwalając, by przytulała się bardziej do jego zbroi, niż niego samego – nigdy wcześniej tak bardzo nie docenił zakucia się w to niewygodne, efekciarskie żelastwo.

– Wybacz, że zjawiłem się tak późno – spojrzał na błękitnooką z ubolewaniem. – Musiałaś być przerażona.

– Ci ludzie tam… – urwała, nie będąc w stanie dokończyć myśli. – Co to było za miejsce?

– Granica, międzywymiar, czyściec… – wymienił bez namysłu – różnie je nazywają. Tam gromadzą się udręczone, zagubione dusze. Zmuszone do nieustannej wędrówki, pokutują za swoje winy i wyczekują pojawienia się jasnej łuny, dlatego tak usilnie starały się wedrzeć w snop światła. Światło ma je poprowadzić ku mojej krainie, więc wypatrują go z nadzieją.

– Oni…nie przypominali już ludzi… – panna Crown zadrżała.

– Im dłużej dusze przebywają w pustce, tym bardziej stają się odczłowieczone. Bezustannie dręczą je wizje zła, które wyrządziły za ziemskiego życia oraz wszystkich krzywd, których doświadczyły. Powoli tracą wszystko, co definiowało je jako jednostki, zlewając się w jednolitą masę nie mającego końca cierpienia, a finalnie rozpadają się w pył. Granica jest okropnym miejscem – oczy Upadłego wejrzały w łagodny lazur. – Nigdy nie powinnaś go ujrzeć. Nikt nie powinien…

Sammy przygryzł dolną wargę, widząc skrzące łzy, staczające się po twarzy kobiety. Vallerin nie czuła, że płacze. Myślała o tym nieszczęśliwych duszach, uwięzionych w beznadziejnym cyklu bezcelowej wędrówki. Mogła tak łatwo podzielić ich tragiczny los. Wtopić się we mgłę ciągłego cierpienia, niewymownego żalu oraz tęsknoty za życiem, mającym po wieku pozostać poza jej zasięgiem – bijącym swym kuszącym rytmem tak blisko i tak daleko zarazem. Czy mogła istnieć upiorniejsza tortura, niż bycie uwięzionym w tamtym miejscu? Mocno objęła tors Samaela, przytulając policzek do stali, mniej więcej na wysokości jego mostka. Białowłosy bezwiednie przebił kłem swoją wargę. Nawet przez zbroję czuł doskonale, jak bardzo dygotała i był wściekły na siebie, że nie udało mu się szybciej uwolnić jej od przekleństwa Granicy. W tamtym miejscu wrażliwość Erin była jej najgorszym wrogiem, ponieważ to właśnie przez nią dużo intensywniej odczuwała krążący wszędzie wokół ból, rozogniany nieracjonalną wściekłością oraz zwątpieniem. Dla kogoś równie empatycznego, nie mogła istnieć gorsza udręka, niż bycie częścią czegoś tak niekończenie okrutnego.

– Bałam się, że już stamtąd nie wrócę.

Samael poczuł zimny dreszcz na plecach. W tym jednym zdaniu, wypowiedzianym pozornie spokojnym tonem, zamknięty był cały strach, który musiała czuć nieustannie od wielu dni. Tego…tego nie mógł już znieść. Chrzanić wszelkie obawy i bzdurne wahanie! Odsunął delikatnie Vallerin od swojej piersi, po czym zdecydowanym ruchem zrzucił rękawice, które z łoskotem opadły na posadzkę. Wprawnie ściągnął napierśnik, zostając w smolistej koszuli oraz płaszczu, luźno narzuconym na ramiona. Przyciągnął do siebie Lady, obejmując ciasno jej szczupłe plecy. W końcu był cholernym mężczyzną! Jego obowiązkiem było zaopiekowanie się kobietą, którą kochał i żaden zdrowy rozsądek nie będzie mu w tym przeszkadzał! Nie mógł zapewnić jej ciepłego uścisku, jednak po tym co przeszła, zasługiwała na chociażby namiastkę czegoś w rodzaju życzliwej bliskości. Musiała czuć się tam bardzo samotna…

– Już dobrze – wsparł brodę na czubku jej głowy. – Tutaj jesteś bezpieczna. Nie pozwolę, żebyś kiedykolwiek tam wróciła, słyszysz? Przysięgam.

Szeptał uspokajająco, jednocześnie delikatnie głaszcząc jej targane niemym szlochem ciało. Wtuliła się mocno w jego tors, nie przestając drżeć – musiała wciąż być w szoku. Aniołowi Śmierci nie podobał się tak długi kontakt fizyczny, czym zaskoczył samego siebie – nie przypuszczał, że ciepło dziewczyny może okazać się dla niego czymś nieprzyjemnie bolesnym. Miał ochotę śmiać się z własnej naiwności. Był Śmiercią. Zawsze roztaczał wokół siebie posępną, lodowatą aurę, która najwidoczniej niezbyt dobrze reagowała na gorąco, bijące od żywych. Nie miał jednak najmniejszego zamiaru się wycofać, skoro jego bliskość mogła chociaż odrobinę pomóc Erin. Szczerze mówiąc teraz miałby w głębokim poważaniu nawet to, że za chwilę rozpuści się lub spłonie pod wpływem jej dotyku. Płomiennowłosa podniosła głowę, wpatrując się w niego tymi przepięknymi oczyma.

– Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać?

– Dzięki twoim braciom – przyznał niechętnie. – Podejrzewali, że mogłaś utknąć w zawieszeniu między życiem, a śmiercią. Granica to jedyne miejsce, w którym byłoby to możliwe, jednak leży poza zasięgiem mojego wzroku. Mogłem jedynie łamać barierę i przeczesywać pustkowia w nadziei, że usłyszysz moje wołanie. Przepraszam, Vallerin. Gdybym tylko znalazł cię wcześniej…

Nie dokończył. Lady niezbyt mocno uderzyła go pięścią w ramię, chcąc, żeby przestał. Za nic nie musiał jej przepraszać! Niejednokrotnie wkraczał w sam środek tego koszmaru, by jej szukać. Nawet on….śmierć we własnej osobie, nie mógł być obojętny na upiorność Granicy. Nikt nie mógł chcieć przebywać tam dobrowolnie. Otarła łzy opuszkami palców i spojrzała w jego zatroskane oczy z szerokim, szczerym uśmiechem.

– Przyszedłeś po mnie i tylko to się liczy. Dziękuję, Samaelu.

Odsunęła się nieznacznie i przystanęła na moment. Nie wiedziała ani dlaczego upadły unikał dotyku, ani czy sobie go życzył. Powinna go po prostu puścić, jednak wdzięczność wobec niego oraz instynkt zwyciężały nad wątpliwościami. Kiedy odsuwał od niej dłonie, najzwyczajniej nie mogła na to pozwolić, więc subtelnie wplotła swoje palce między jego, dziwiąc się własnej nachalności. Nie mogła wiedzieć, że gdyby rumienienie się przystało śmierci, zapewne właśnie zaróżowiłoby jego nieskazitelnie jasne policzki. Radość wymalowana na twarzyczce Vallerin dawała mu szczęście, którego niezmiernie rzadko doświadczał. Po wieki chciał zapamiętać jej uśmiech i obraz drobnych dłoni, tonących w jego uścisku. Niepewnie wykrzywił usta w namiastce czegoś, co po przymrużeniu powiek i zgaszeniu wszystkich świec mogło uchodzić za uśmiech. Nie miał czasu na uniesienia, ani dziwacznie niejednoznaczne emocje, których pochodzenia nie rozumiał. Wzywały go obowiązki wobec pewnego szczyla, o demonicznych oczach.

– Udałbym się wszędzie, żeby ci pomóc – wymruczał niskim głosem. – Teraz jednak muszę cię na chwilę przeprosić. Obiecałem Draganowi, że sprowadzę cię całą i zdrową do waszego świata. Nie mam najmniejszego zamiaru ryzykować w tej sprawie, dlatego powinienem zatroszczyć się o to, czy twoje ciało jest gotowe na powtórne zjednoczenie. Nie mogę porozmawiać o tym z Lordem Bufonem ani jego cyrkową kompanią, więc zostało mi pogadanie z Draganem. Znając go, przypilnuje tej marudnej skamieliny.

Błękitnooka nie mogła powstrzymać śmiechu. Jej bracia i Samael wzajemnie sobą pogardzali i nie próbowali nawet tego ukrywać. Za każdym razem przerzucali się kąśliwymi uwagami, niewybrednymi przezwiskami i złośliwościami maści wszelakiej, jednak to upadły niezmiennie prowadził w tym osobliwym wyścigu. Przy niej perłowooki zawsze zachowywał się nienagannie, był pełen gracji, czarującego wdzięku oraz klasy, lecz niejednokrotnie słyszała w jaki sposób rozmawiał z kruczowłosym albo kłócił się z Lordami. Samael był istnym żywiołem! Pewnym siebie, zaczepnym, uszczypliwym, zadziornym, inteligentnym i zabawnym arogantem mającym w sobie polot oraz bezczelność, których brakowało Phoenix’om. Zazwyczaj wychodził z potyczek zwycięsko, a ona przynajmniej wiedziała, gdzie się Draganowi tak dowcip wyostrzył.

– Dragan pewnie jest w…

– W Hogwarcie – wszedł jej w słowo. – Tak, wiem. Wierz mi, że chciałbym zwlekać z tym tak długo jak się da, ale to niemożliwe. „Żywi nie mogą przebywać wśród umarłych”…to najważniejsza zasada tej krainy. Powinnaś dla własnego dobra wrócić jak najszybciej – uśmiechnął się ciepło. – Nie martw się, nie narażę powodzenia waszej misji. Zaufaj mi, proszę.

Przez jego łagodny, delikatny ton nie mogła mu nie wierzyć. Pomimo skomplikowanej natury ich relacji, upadły nigdy nie zrobił niczego, co mogłoby jej w jakikolwiek sposób zagrozić.

– Ufam ci, Samaelu. Idź, jeśli musisz.

Starała się zabrzmieć pewnie i swobodnie, jednak sądząc po minie białowłosego, niezbyt jej to wyszło. Mężczyzna bezbłędnie wychwycił obawę czającą się w jej głosie, domyślając się źródła jej pochodzenia. Uniósł powoli dłoń, po czym subtelnym gestem odsunął pasmo ognistych włosów z porcelanowej twarzy Lady, przy okazji muskając przelotnie jej skórę. Vallerin Crown zaprawdę była najpiękniejszym i najdelikatniejszym z dzieł Ojca. Ta jej niepewność oraz determinacja w udawaniu, że wszystko jest w porządku, rozczuliły go odrobinę. Zdumiewające stworzenie. Usilnie chciała zasłonić przed jego spojrzeniem własny strach, zapewne nie chcąc go martwić. Ktoś, kto został skazany na przebywanie w obrębie Granicy, musiał bać się powtórnej samotności, więc czymś dziwnym byłby brak podobnych obaw. Uśmiechnął się ledwo zauważalnie, nie wypuszczając z dłoni jej włosów.

– Nie musisz ukrywać przede mną tego, że nie chcesz zostać sama. W pełni to rozumiem.

Kobieta zmieszała się, bezwiednie zaplatając ciasno ręce na piersi. Nie była pewna czy chce uzewnętrzniać to, co czuła, ale coś jej podpowiadało, że powinna być szczera z Samaelem. Znał realia tego, co przeżywała w ciągu ostatnich dni…jeśli ktokolwiek mógł ją zrozumieć, to tylko on. Westchnęła cicho, zbierając się na odwagę.

– Tak było tak pusto… – pomimo determinacji, mówienie przychodziło jej z trudem. – Słyszałam Dragana, Ethana, moich braci, przyjaciół i skrzaty…krzyczałam, ale oni mnie nie słyszeli. Tak bardzo chciałam do nich wrócić, ale nie wiedziałam jak…

Sammy objął ją w obawie, że znów mu się rozpłacze, całkowicie pozbawiając go chęci na spotkanie z Lutherem. To tutaj powinien być, zamiast urządzać sobie wycieczki.

– Pomogę ci do nich wrócić, obiecuję. Nie zostawiłbym cię tutaj bez opieki. Cellia! – podniósł głos.

Po ledwie ułamku sekundy, przy jego boku pojawiła się średniego wzrostu kobieta, o co najmniej niecodziennym wyglądzie. Miała całkowicie białe oczy, pozbawione tęczówek oraz źrenic, a jasne włosy niemalże całkowicie wtapiały się w śnieżny odcień jej skóry. Nieco przerażała swą, chorobliwą wręcz chudością, sprawiając wrażenie szkieletu, odzianego w czarną suknię, przetykaną srebrzystą nicią.

– Mój panie – kobieta uklęknęła przed upadłym.

Jej głos również nie zaliczał się do zwyczajnych. Był cichy, delikatny i w jakiś sensie pusty – niczym echo, wydzierające się z wnętrza ziemi.

– Vallerin, przedstawiam ci Cellię – perłowooki wskazał na bladą kobietę. – Jest jedną z moich podwładnych, nazywanych przez śmiertelnych żniwiarzami. Cellio, to Lady Vallerin Crown. Muszę udać się z wizytą do świata żywych. Pod moją nieobecność zaopiekuj się naszym gościem.

– Zgodnie z tym rozkazem, panie – odpowiedziała niezwłocznie.

– Cellia oprowadzi cię po pałacu – gospodarz spojrzał na błękitnooką. – Możesz zwrócić się do niej z każdym pytaniem, lub prośbą. Czy zgodzisz się z nią zostać?

– Oczywiście – Lady uśmiechnęła się promiennie. – Z przyjemnością poznam nieco lepiej twoje królestwo.

Samael odpowiedział jej uśmiechem, po czym pokłonił się delikatnie i złożył pocałunek na porcelanowej dłoni płomiennowłosej.

– Wrócę do ciebie – szepnął, po czym otworzył przejście do świata ludzi.

Nie chciał zostawiać błękitnookiej, ale doskonale wiedział, że przeciąganie jej wizyty przyniesie znaczniej więcej szkód, niż pożytku. Rozejrzał się uważnie dookoła i prychnął pogardliwie. Zakichane, bagniste błonia wokół kupy bezużytecznego gruzu, nazywanego Hogwartem! Nie znosił świata żywych! Zacisnął mocno pięści, oddychając głęboko. To tylko krótka wizyta w szkole…da radę. Pierwszym krokiem było zmienienie niekompletnej zbroi w zwykły, czarny garnitur o dopasowanym kroju. Obserwował świat śmiertelnych raczej z uwagi na ciążące na nim obowiązki, niż dla dziwnie pojętej przyjemności, ale dzięki temu zdążył mniej więcej poznać jego osobliwe zwyczaje. Jako Anioł Śmierci nieustannie wpływał na ten świat, chcąc nie chcąc musząc wchodzić z nim w jako takie interakcje, jednak podobne wycieczki wcale mu nie odpowiadały. Zazwyczaj śmiertelni go nie dostrzegali – potrafił ukryć się przed ich spojrzeniami, uzależniając od swojego kaprysu to, czy będą mogli go widzieć, czy też nie. Ta sztuczka nie działała jedynie na nieśmiertelnych oraz tych, których ziemska wędrówka dobiegała końca – ich wzroku nie sposób było oszukać. Skrzywił się niechętnie. Nad szkołą zawisło już piętno ostateczności…wiedział, że w tych murach spotka osoby, przed których spojrzeniem nie będzie ucieczki, więc zrezygnował z pomysłu ukrywania się, na rzecz przybrania formy maksymalnie zbliżonej do ludzkiej. Nienawidził tego robić, ale cóż poradzić? Pewnym krokiem ruszył ku zamkowi, w którym bywał od czasu do czasu – dzięki temu przynajmniej wiedział, gdzie powinien iść. Dzień powoli chylił się ku końcowi, dlatego miał nadzieję uniknąć uciążliwego spotkania z liczną grupą ciekawskich dzieciaków. Ledwo jednak przekroczył próg, a przekonał się o nieuchronności tego niewygodnego scenariusza. Wyczuwał energię życiową, skumulowaną w jednym miejscu – Wielkiej Sali. Westchnął zrezygnowany. Że też akurat musiał trafić na wieczorną ucztę! Niespiesznie szedł korytarzem, nie mając zamiaru zakłócać porządku posiłku, i zatrzymał się przy wejściu do Sali, mając zamiar poczekać.

– Mogę panu w czymś pomóc? – usłyszał podejrzliwy głos.

Misterny plan wziął w łeb, gdy zatrzymał się obok niego dość wysoki mężczyzna o przyjemnej, choć oszpeconej bliznami twarzy, który czujnie obserwował go zielonymi oczyma. Od czarodzieja biła aura nieszczęścia oraz zdławionej dzikości, co zainteresowało upadłego – mężczyzna emanował czymś bardziej zwierzęcym, niż ludzkim. Samael uśmiechnął się rozumiejąc, co to oznacza. Oto miał przed sobą hybrydę, niezadowoloną z podłego losu, jaki ją spotkał – niewielu takich kręciło się po świecie.

– Proszę mi wybaczyć niezapowiedzianą wizytę – uprzejmie skinął głową. – Sammy Angel. Jestem znajomym Dragana Luthera. Muszę przekazać Draganowi pilną wiadomość, jednak nie chciałem niepotrzebnie zakłócać uczty.

– Remus Lupin, miło mi pana poznać – zielonooki odpowiedział miękko. – Sądzę, że nie będzie problemu z możliwym przerwaniem posiłku. Zapraszam pana do środka!

Perłowooki wymienił z Remusem zachowawczy uścisk dłoni i westchnął ledwo słyszalnie, gdy Lupin zachęcająco uchylił przed nim drzwi. Wprawnie ukrył niechęć pod płaszczykiem wdzięcznego uśmiechu, po czym idąc za mężczyzną, który najwyraźniej był profesorem, wkroczył do miejsca, w którym wcale nie chciał się znaleźć. Oczywiście ich przybycie natychmiast przykuło uwagę zgromadzonych uczniów oraz nauczycieli, w przeważającej większości przypatrujących się przybyszowi z rozchylonymi ustami. Zapewne nieczęsto zdarzało im się oglądać równie cudacznie wyglądającego odmieńca, jednak tym nie miał zamiaru się przejmować. Znacznie bardziej kłopotliwa od uwagi śmiertelnych była dla niego reakcja duchów, samopas szwendających się w zamczysku. Nawet wiecznie rozbrykany, zadziorny Irytek zamarł w bezruchu, widząc błyszczące, perłowe oczy. Każdy duch znał oblicze pana śmierci i lękał się go bardziej, niż czegokolwiek innego. Wystarczyło jedno skinienie jego dłoni…niewinny gest najmniejszego palca, by duch rozpłynął się w niebycie. Upadły zazwyczaj nie urządzał sobie polowań na dusze, które z jakiegoś powodu wciąż przywiązane były do świata żywych, choć nie powinny kręcić się po nim swobodnie – póki nie robiły nikomu krzywdy, przymykał na to oko. Tym razem zmuszony był do przesłania jednoznacznego rozkazu kłopotliwym świadkom, dlatego dyskretnie przyłożył palec do ust, nakazując im milczenie. Nie musiał posuwać się dalej w subtelnych groźbach. Wiedział doskonale, że duchy podporządkują się jego woli, w obawie przed konsekwencjami ewentualnego nieposłuszeństwa. Nienaturalną ciszę Wielkiej Sali, przerwało głośne szuranie przesuwanej ławy. Luther, widząc przyjaciela, poderwał się gwałtownie ze swego miejsca, niemalże wywracając siedzisko, wraz z okupującymi je dzieciakami. Serce łomotało mu jak oszalałe, napędzane przyjemnym skokiem adrenaliny. Ostatni raz widział białowłosego blisko dwa tygodnie temu, nie otrzymując od niego żadnych późniejszych wiadomości. Jeśli upadły pofatygował się osobiście do Hogwartu, nie zapowiadając uprzednio wizyty, powód mógł być tylko jeden.

– Sammyyy! – turkusowooki krzyknął przeciągle, nie zwracając najmniejszej uwagi na czarodziei.

Z rozpostartymi ramionami podbiegł do Anioła Śmierci i energicznie poklepał jego szerokie plecy, przy okazji ignorując ciekawskie spojrzenia nauczycieli oraz uczniów. Samael roześmiał się delikatnie, odwzajemniając braterski gest powitania. Radosny Dragan był nieczęstym widokiem, którego nie dało się zapomnieć.

– Też się cieszę, że cię widzę, bracie – wsparł dłoń na ramieniu kruczowłosego. – Możemy porozmawiać?

– Pytanie! – Luther prychnął z rozbawieniem. – Profesor Lupin cię zgarnął?

Upadły kątem oka podchwycił szybkie zerknięcie Dragana, skierowane ku mężczyźnie z oszpeconą twarzą. Więc należało względnie uważać na niezadowoloną z życia hybrydę.

– Profesor był tak uprzejmy, że pozwolił mi wejść. Dziękuję, profesorze.

Sammy pochylił lekko głowę przed zdezorientowanym Remusem, który zdobył się ledwo na niezgrabne skinienie. Zazwyczaj potrafił zachowywać się znacznie swobodniej w obecności nieznajomych, jednak ten białowłosy mężczyzna budził w nim mieszane odczucia. Był nim szczerze zaintrygowany i jednocześnie przerażony jego obecnością…Być może działo się tak ze względu na pogardliwy błysk perłowych oczu oraz nieprzyjemną oschłość, którą emanował pomimo uprzejmości? Może przyczyna była zupełnie inna, a on nie potrafił w tej chwili konkretnie jej określić, ani precyzyjnie nazwać? Coś z tym facetem musiało być nie tak…W sumie im dłużej przypatrywał się tym dwóm mężczyznom, tym więcej łączących ich podobieństw dostrzegał. Pan Luther i pan Angel z łatwością mogliby zostać uznani za rodzonych braci. Mieli podobne sylwetki, rysy twarzy, sposób poruszania się, gesty, tonację głosu…otaczała ich niemalże identycznie niejednoznaczna aura. Byli jak doskonałe odwzorowanie czerni i bieli, kontrastujące ze sobą, jednocześnie się uzupełniając. Miał koszmarne przeczucie, że tych dwóch stanowiło bardzo osobliwy duet, z którym nie warto było stawać w szranki. Dragan uśmiechnął się pod nosem, widząc tysiące myśli, wypisanych w zielonych oczach profesora. Śmiertelni nigdy nie reagowali dobrze na obecność Samaela, chociaż najczęściej nie mieli pojęcia, czemu tak się działo. Mniejsza! Nie to teraz powinno go interesować. Zerknął ku stołowi nauczycieli, chcąc potwierdzić swoje przypuszczenia. Niemalże parsknął śmiechem widząc Albusa i Severusa, wwiercających się w niego oszołomionym, żądnym odpowiedzi wzrokiem. Niecierpliwi skubańcy! Ich urocza ciekawość musiała zaczekać, bowiem nie miał najmniejszej ochoty na wdawanie się z nimi w uprzejme dysputy. Nie, kiedy jego najlepszy przyjaciel wpadł z wizytą! Przerzucił swobodnie ramię przez bark kumpla, wbijając długie palce pod jego żebra.

– Chodźmy pogadać na osobności. Pokażę ci moją sypialnię – wymruczał, zbliżając usta do ucha anioła.

– Obyś dysponował wygodnym łóżkiem – Sammy odpowiedział w podobnym tonie, patrząc wprost w demoniczne oczy.

Kruczowłosy roześmiał się w głos, czym niezamierzenie całkowicie sparaliżował zebranych. Większość z nich po raz pierwszy słyszała jego szczery, swobodny śmiech, znacznie różniący się od tego wyuczonego – był znacznie głębszy, przyjemniejszy dla ucha i hipnotyzujący. Dragan nie zaprzątając sobie głowy nastrojami bandy czarodziei, wyprowadził przyjaciela z Sali, ku niezadowoleniu uczennic. Przelotnie pochwycił kilka rozczarowanych, rozmarzonych spojrzeń, które wydały mu się przekomiczne! W tych czasach łatwo było wkupić się w łaski dam, wystarczyła byle przystojniejsza morda. Luther miał ochotę śmiać się z samego siebie! Kroczący u jego boku pierzasty zostawiał daleko w tyle wszelkiej maści przystojniaczków, którzy mogli mu co najwyżej piórka czyścić! W znakomitym humorze zaprowadził Samaela do swojego tymczasowego lokum, gwarantującego im dogodne warunki na prowadzenie nieskrępowanej rozmowy. Gdy tajne przejście oddzieliło ich od reszty świata, mogli sobie nareszcie pozwolić na pełną swobodę i nie przejmować się tym, że napatoczy się jakiś kłopotliwy natręt. Jedynie duchy mogłyby pokonać zabezpieczenia drzwi, ale żaden z nich nie byłby na tyle szalony, żeby narażać się śmierci we własnej osobie. Turkusowooki wskazał przyjacielowi drogę do opuszczonego gabinetu. Żeby zabić czas zaczął powoli doprowadzać to miejsce do względnego porządku, lecz efekt daleki był jeszcze od akceptowalnego minimum. Opadł na jako tako wyczyszczone siedzisko kanapy, gestem dłoni dając upadłemu do zrozumienia, by zrobił to samo. Białowłosego nie trzeba było namawiać – rozsiadł się wygodnie obok Luthera, ukradkowo rozglądając się po pokoju. Dragan, bez zastanowienia, sięgnął po papierosy i poczęstował nimi swojego gościa.

– Znalazłem ją – perłowooki rzucił krótko, odpalając fajkę.

– Kurwa, Sammy! – kruczowłosy szturchnął go przyjacielsko – Jesteś magiczny!

– Czy magiczny, to nie wiem, ale z całą pewnością cholernie uparty.

– Jak ona się czuje? Nic jej nie jest?

Z twarzy Dragana zniknęły wszelkie oznaki zadowolenia. Wyczekiwał w napięciu odpowiedzi, martwiąc się o to, co może za chwilę usłyszeć. Tysiące razy rozmyślał, gdzie mogła być jego pani i szczerze mówiąc…spodziewał się najgorszego.

– Kiedy ją znalazłem była mocno wystraszona i wyczerpana, ale to nic dziwnego. Granica jest upiornym miejscem – głos Samaela złagodniał, przygaszony smutkiem. – Zabrałem ją do krainy umarłych, gdzie jest bezpieczna. Obecnie przebywa w moim pałacu, pod opieką jednej ze żniwiarzy.

– Niech zgadnę – Luther uśmiechnął się. – Zostawiłeś ją z Cellią?

Dobrze wiedział, że anioł śmierci miał jedynie trzy podwładne, którym ufał na tyle, by powierzyć jednej z nich opiekę nad Vallerin. Cellia, Armalia i Deidra wierną służbą oraz oddaniem wywalczyły sobie przywilej zamieszkiwania wraz z Sammym w jego zamku, stając się jego osobistą strażą. Dawno temu upadły opowiedział mu, kim tak właściwie byli żniwiarze. Żniwiarzem mogła zostać dusza, która po osądzie została skazana na pobyt w piekielnych hotelu, jednak nie zasługiwała w pełni na korzystanie z oferowanych tam atrakcji – tkwiła tuż przed progiem zbawienia, nie mogąc ku niemu sięgnąć. Takim duszom śmierć oferowała pewien szczególny układ. Pracą jako żniwiarz mogły odkupić swoje winy, a gdy zmażą z siebie ich piętno, odejść spokojnie ku niebiańskim orszakom. Żniwiarze istnieli dzięki Samaelowi, lecz nie wszyscy spośród nich byli na tyle kumaci, żeby pojąć tą prostą zależność. Każdemu co głupszemu żniwiarzowi w pewnym momencie wydawało się, że może zostać nową śmiercią, więc nie trudno było o bunty w zaświatach. Oczywiście kończyło się to w jeden sposób – biletem w jedną stronę wprost do piekła. Cellia, Armalia i Deidra już dawno temu mogły opuścić krainę umarłych, jednak postanowiły zostać u boku swego pana, co nie zdarzało się przesadnie często. Z tej trójcy to właśnie Cellia najlepiej znosiła kontakt ze śmiertelnymi, zachowując w sobie iskrę litości wobec ich losu. Spojrzał w sufit, uśmiechając się pod nosem. Empatia była najgorszym wrogiem żniwiarza. Każdy z nich ją posiadał, dlatego nieustannie byli wystawiani na próbę, w której zawahanie kończyło się dla nich dość nieprzyjemnie. Wykonując swoje obowiązki żniwiarze często cierpieli, tym właśnie cierpieniem torując sobie drogę ku zbawieniu.

– Na cholerę pytasz, skoro wiesz? – zadziorny ton perłowookiego wyrwał gospodarza z zamyślenia – Nie przylazłem tu, żeby chwalić się swoją niesamowitą skutecznością. Vallerin nie może zostać u mnie zbyt długo – głos mu lekko zadrżał. – Kiedy tylko odzyska dość sił, powinna bezzwłocznie wrócić do domu. Odeślę jej duszę, jednak zanim to zrobię muszę mieć pewność, że jej ciało wytrzyma obciążenie powtórnego połączenia. Sam się tym nie zajmę, bo bladego pojęcia nie mam o uzdrawianiu. Dopilnujesz tego?

– Pogadam z Arienem – w lot podchwycił prośbę, która nie wybrzmiała. – Czego by o nim nie mówić jest najlepszy w swoim fachu. Możesz mniej więcej określić, kiedy będzie gotowa do powrotu?

– Nie ma opcji – westchnął z rezygnacją. – Granica żywi się siłami witalnymi i przez te wszystkie dni żerowała na Erin. Ciężko mi powiedzieć, ile szkód zdążyła wyrządzić. Vallerin jest jeszcze zbyt roztrzęsiona, żebym mógł zadawać inwazyjne pytania.

– Ta cała Granica to aż tak spektakularne bagno?

– Gorsze, niż możesz sobie wyobrazić. Zadaniem tego ponurego grajdołu jest karanie dusz za ich przewinienia, poprzez zamknięcie ich w niekończącej się wędrówce. Dusze krążą tam bez żadnego celu, wciąż i wciąż przeżywając najgorsze chwile ze swojego ziemskiego życia. Ujmę to tak – wziął głęboki wdech – jeśli wydaje ci się, że pogodziłeś się z bólem przeszłości, przemnóż go razy tysiąc i wyobraź sobie, że uderza w ciebie co sekundę. Mniej więcej tak wygląda przebywanie tam.

Luther poderwał się z kanapy, napędzany przez falę nieokiełznanej wściekłości. Jego cholerna, żałosna nieudolność skazała płomiennowłosą na coś tak obrzydliwego! W przypływie szału przewrócił biurko, poderwał je z ziemi i cisnął nim o ścianę. Uderzał upartym kawałkiem drewna w zimny kamień tak długo, aż nie przerobił go na stos drzazg. Ignorował ból rozrywanej przez nierówne krawędzie skóry, nie mając zamiaru przerywać napływu agresji. Roztrzaskanie biurka nijak mu nie wystarczyło, dlatego zabrał się za regały, które podzieliły niewesoły los pierwszego mebla. Samael w milczeniu przyglądał się temu popisowi destrukcji, spokojnie paląc papierosa. Nie chciał nawet spróbować powstrzymać Dragana, wiedząc, że nie miało to absolutnie żadnego sensu – znali się na tyle długo, by wiedział, że jedynie sianie zniszczenia mogło go uspokoić. Kruczowłosy odnajdywał wytchnienie w chaosie, więc po co mu to odbierać? Upadły cierpliwie zaczekał, aż przyjaciel się zmęczy, co potrwało dość długo. Turkusowooki usiadł na podłodze, opierając plecy o kanapę, tuż przy nogach kompana. Dyszał ciężko, kryjąc poczerwieniałą ze złości twarz w dłoniach. Sammy ostentacyjnie przewrócił oczami, po czym kopnął Luthera w żebra, posyłając go na deski.

– Weź się w garść, gadzioślepi pojebie – rzucił oschle. – Za każdym razem, kiedy zaczynam już odrobinkę wierzyć, że potrafisz zapanować nad swoim chorym temperamentem, wyskakujesz mi z czymś takim, jak przed chwilą! Chcesz się zachowywać, jak rozkapryszony bachor z napadami złości? Proszę bardzo, droga wolna. Świruj ile dusza zapragnie, ale kurwa po tym, jak sprowadzimy Erin bezpiecznie do domu! Aktualnie gówno mnie obchodzi coś sobie znowu uroił w tym pustostanie, który na wyrost nazywasz głową. Ogarnij dupę i skup się na Vallerin, palancie.

Anioł tym razem kopnął Luthera znacznie mocniej i poprawił jeszcze ze dwa razy, nie ruszając się z miejsca. Kruczowłosy roześmiał się, kątem oka patrząc na zaczepny półuśmiech przyjaciela. Samael doskonale wiedział, jak sprowadzić go na ziemię i nigdy nie przebierał w środkach – uwielbiał go właśnie za tą bezpośredniość. Sammy nigdy nie traktował go ulgowo. Nie próbował na siłę podchodzić do niego z wkurzającą wyrozumiałością, albo nieadekwatną cierpliwością – nie tłumaczył, nie prosił, nie groził. Jeśli coś zawalił mógł być pewien, że pierzasty bezlitośnie mu to wygarnie, a zamiast głaskać po główce, sprzeda solidnego kopa. Zachichotał dźwięcznie. W życiu miał tylko dwie osoby, tak mu bliskie – swojego litościwego anioła i upierdliwego upadłego. To zabawne, że obydwoje dbali o niego z całego serca, każde na swój sposób. Twarde, silne braterstwo łączące go z Samaelem było właśnie tym rodzajem przyjaźni, o którym starał się powiedzieć Blaise’owi.

– Się tak nie unoś, pierzasty, bo jeszcze odlecisz ku niebiańskim zastępom, a sam mówiłeś, że niezbyt cię tam lubią – mrugnął do kumpla. – Dzięki, Sammy.

– Uważaj, bo się wzruszę i stracę robotę, a wtedy zwalę ci się na łeb i zemszczę się za to całe jęczenie, którego musiałem wysłuchiwać przez wieki – perłowooki wyciągnął dłoń ku kompanowi, pomagając mu zebrać się z podłogi. – Poważnie, Drag. Nie znam nikogo bardziej nieznośnego od ciebie, kiedy jesteś nie w humorze.

– Daj spokój, słodziaku! Wszyscy wiedzą, że właśnie za to mnie uwielbiasz! – turkusowooki zatrzepotał rzęsami.

– Kawał z ciebie skurwiela i za to cię lubię, to fakt. Ustalmy jednak coś raz na zawsze – upadły przybrał profesorski ton. – Jęczenie nie, skurwiel tak. Marudzenie bee, bycie porąbanym sadystą, cacy. Mam nadzieję, że teraz wszystko jest jasne. Pogadaliśmy sobie na twoim poziomie i fajnie było, ale muszę się zwijać. Pogadaj ze skamieliną, a kiedy Vallerin odzyska wystarczająco dużo sił, dam ci znać.

Anioł Śmierci zgrabnie podniósł się z kanapy, rzucając przyjacielowi pobłażliwe spojrzenie.

– Nie zostaniesz na dłużej? – Dragan zakpił z zaczepnym uśmieszkiem – Jaka szkoda!

– Aleś ty się dowcipny zrobił – Samael zaśmiał się krótko. – To zasługa przebywania wśród gówniarzy? Chcesz się wzbić na prezentowane przez nich wyżyny humoru, czy poważnie aż tak nisko upadłeś? Może powtórzę to jeszcze raz, powoli i dokładnie, żebyś zapamiętał – spojrzał w upiorne oczy przyjaciela. – Brzydzi mnie świat żywych. Jeszcze minuta tu spędzona i…

– Puścisz pawia – Luther wciął mu się w słowo. – Brakowało mi tego naszego gaworzenia o pierdołach.

Sammy uśmiechnął się szeroko i przez dobrych kilkanaście sekund z nostalgią przysłuchiwał się śmiechowi przyjaciela. Niegdyś spędzali ze sobą znacznie więcej czasu, skrzętnie wykorzystując każdą z nadarzających się okazji. Szczerze mówiąc, tęsknił za takimi chwilami. Los śmierci naznaczony był samotnością, którą rzadko kto był w stanie przełamać.

– Mnie tak samo – przyznał ciepło. – Trzymaj się, Luther.

– Ty też, pierzasty.

Po słowach oszczędnego pożegnania, upadły z ulgą wrócił do swojego królestwa. Z obrzydzeniem akurat mówił w pełni poważnie. Dłuższa chwila spędzona wśród śmiertelnych przyprawiała go o mdłości, nad którymi nie mógłby zapanować, nawet gdyby chciał. Najzwyczajniej nie należał do tamtego świata i nie czuł już potrzeby zmiany tego stanu rzeczy. Początkowo oczywiście ciekawiło go, jak funkcjonował świat śmiertelników i próbował dowiedzieć się o nim jak najwięcej, jednak szybko okazało się to wielkim rozczarowaniem, o którym nie potrafił zapomnieć. Gdyby nie Lady Crown oraz Dragan, zapewne zupełnie zrezygnowałby z opuszczania krainy umarłych, zostawiając to swoim sługom. Jeśli już o sługach mowa…zastanawiał się, gdzie Cellia mogła zaprowadzić Vallerin. Przystanął przy oknie, po czym rozejrzał się uważnie. Dostrzegł dwie kobiety, spacerujące niespiesznie po różanym ogrodzie. Czarne róże były jedynymi roślinami w zaświatach, od zawsze zdobiącymi jego krainę – pojęcia nie miał skąd się wzięły, ale docenił ich pasujące do królestwa umarłych piękno. Szybkim krokiem zszedł po szerokich tonących w półmroku schodach, wprost do głównego korytarza. Mijał płonące świece, nie poświęcając krzty uwagi migoczącym językom ognia – jego siedziba się nie zmieniała, a wszystko co się w niej znajdowało, zdążył poznać nazbyt dobrze. Wyszedł do ogrodu, chcąc możliwie jak najszybciej znaleźć się przy Lady. Skoro miał okazję spędzić z nią trochę czasu, głupotą z jego strony byłoby marnowanie chociażby minuty – taka szansa mogła mu się już nigdy więcej nie trafić. Przystanął obserwując, jak płomiennowłosa żywo dyskutuje z Cellią. Zabawnie to wyglądało…pełna życia, radosna istotka starająca się wciągnąć w rozmowę flegmatycznego, wycofanego żniwiarza. Mimo wszystko Cellia nie wydawała się zniesmaczona, ani znużona z godnym pozazdroszczenia zapałem wyczerpująco odpowiadając na pytania Lady. Samael uśmiechnął się, odsłaniając przerośnięte kły. To był wyjątkowy widok, którego nie spodziewał się doświadczyć. Ruszył przed siebie, gdy zauważył jak Erin wyciąga smukłą dłoń, najwidoczniej chcąc dotknąć jednego z ogników. Wprawnie chwycił jej długie palce, powstrzymując je od zetknięcia z tajemniczym, pomarańczowym światełkiem. Dopiero teraz zauważył, jak wiele ogników zebrało się wokół błękitnookiej – otaczały ją istną chmarą, nie chcąc oddalić się na więcej niż metr. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie wiedział, ale domyślał się, co kierowało pulsującymi punkcikami. Panna Crown spojrzała na niego, najwidoczniej wytrącona z równowagi tak nagłym powrotem króla tych ziem.

– Wybacz, ale nie możesz ich dotykać – uśmiechnął się przepraszająco.

– Co to za światełka?

Vallerin przyglądała się migoczącym drobinkom z ciekawością, o jaką trudno było podejrzewać kogoś, żyjącego wiecznie. Wyglądała rozbrajająco uroczo z tymi roziskrzonymi oczami.

– To dusze. Trafiają do zaświatów i oczekują tu na ostateczny osąd, pod moją opieką.

– Wyglądają na szczęśliwe – ognistowłosa wskazała na dziesiątki ogników, tańczących ponad ich głowami.

– Prawdopodobnie są – wzruszył ramionami. – W krainie umarłych dusze odnajdują spokój. Są wolne od bólu, strachu, zwątpienia i wszelkich negatywnych emocji. Kiedy wszystkie obawy ostatecznie je opuszczą, mogą pozwolić sobie na nieskrępowaną radość. Dziękuję za opiekę nad Lady, Cellio. Możesz odejść.

– Mój panie.

Białooka pokłoniła się i rozmyła w pomarańczowej łunie, zostawiając swego pana z tym przedziwnie urokliwym zjawiskiem, o wielkich, lazurowych oczach. Żniwiarze co do zasady niezbyt dobrze czuli się w towarzystwie żywych, więc Samael nie chciał zbyt długo skazywać Celli na niewygodę towarzyszenia Vallerin. Zanim jednak podwładna zniknęła, zobaczył na jej twarzy coś, czego się nie spodziewał. Uśmiech. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna Cellia się uśmiechnęła…

– Opowiesz mi więcej o duszach? – Erin wbiła w niego zaintrygowane spojrzenie.

– Chcesz wiedzieć coś konkretnego?

– Wygląda na to, że cię lubią – roześmiała się, wskazując na jego ramię.

Spojrzał na swój bark i zaśmiał się cicho, widząc kilka siedzących na nim ogników. Ludzie bali się śmierci…widzieli w nim coś przerażającego i nieskończenie okrutnego, ale kiedy czas ich ziemskiej wędrówki dobiegł końca, zmieniali nastawienie. Nie był dla nich już dłużej bezwzględnym potworem, a opiekunem, któremu mogły powierzyć wszelkie troski.

– Chyba tak. Często do mnie przychodzą, kiedy chcą porozmawiać.

– Słyszysz je?

– Oczywiście. Ty i żniwiarze widzicie je pod postacią drobnych ogników, ale w moich oczach wyglądają tak samo, jak za życia – czule pogładził jeden z migotliwych punkcików. – Czasem proszą mnie o możliwość odwiedzenia swoich żyjących bliskich i ukazania im się w pełnej postaci, najczęściej wykorzystując do tego sny. Bywa też, że nowo przybyłe dusze odrobinę panikują, więc muszę je uspokajać. Wiele z nich prosi mnie o możliwość zostania tutaj do czasu spotkania ze swoimi najbliższymi, żeby razem mogły stąd odejść. Niektóre wcale nie chcą opuszczać tej krainy, a ja nie mogę ich zmusić, póki same nie są gotowe, więc pozwalam im zostać.

– Jesteś dla nich bardzo dobry. Nic dziwnego, że cię kochają.

– Co? – gwałtownie spojrzał na kobietę, zszokowany jej słowami.

– Mówię, że te dusze cię kochają – powtórzyła łagodnym, kojącym tonem. – Nie czujesz tego? Nie czujesz ciepła miłości, która od nich bije, kiedy jesteś obok?

Nie był w stanie odpowiedzieć. Dusze zazwyczaj dobrze czuły się w jego towarzystwie, o czym doskonale wiedział, ale miłość? Jak mogłyby go kochać? Jak ktokolwiek mógłby pokochać śmierć?

– Jak poszła rozmowa z Draganem? – Lady zmieniła temat, widząc dyskomfort upadłego.

– Całkiem nieźle, jak na niego – szybko się ogarnął. – Zatroszczy się o to, by twoje ciało było gotowe, ale jeszcze przez jakiś czas będziesz musiała znieść przebywanie tutaj. Nie mogę pozwolić, żebyś odpuściła zaświaty, dopóki nie wrócisz do pełni sił. Zostaniesz w moim zamku. Niekoniecznie ze mną – nieświadomie opuścił wzrok. – Jeśli moje towarzystwo cię krępuje, postaram się ograniczyć nasze kontakty do niezbędnego minimum. Poproszę Cellię, żeby spędzała z tobą czas, w miarę jej możliwości.

Płomiennowłosa wpatrywała się w Anioła Śmierci, coraz to bardziej zdumiona. W tym mężczyźnie – tak przecież srogim i nieprzystępnym – było zaskakująco wiele troski oraz subtelnego ciepła. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że obecność Samaela mogłaby być dla niej czymś uciążliwym. Westchnęła cicho. To była jej wina. To przez nią miał o sobie tak niskie mniemanie. Przez wieki traktowała go z chłodnym dystansem…niczym namolnego natręta. Widziała w nim mężczyznę zakochanego w cieniach przeszłości, który dostrzegał w niej jedynie wspomnienie dawno utraconej ukochanej. Jeśli tak było i nie znaczyła dla niego nic, poza pamiątką po Lilith…czy zszedłby do Granicy? Szukałby jej tak wytrwale w najupiorniejszym ze wszystkich miejsc? Co prawda mogła nim kierować przyjaźń z Draganem, lecz sama nie mogła w tej chwili uwierzyć w taki scenariusz – nie ważne, jak bardzo by się nie starała. Po tylu wiekach bzdurnego uporu zaczynała dostrzegać, że Samael od zawsze mógł być z nią w pełni szczery. Nie znaczyło to bynajmniej, że musiała od razu rzucać się w jego ramiona! Co to, to nie! Postanowiła jednak okazać mu nieco więcej serca i spróbować choć odrobinę lepiej go poznać. Uśmiechnęła się delikatnie, chcąc dodać mu otuchy.

– Będę zaszczycona, mogąc spędzać z tobą czas, Samaelu.

Pewnego dnia w Connecticut

                       Wysoki, odziany w do dobrze dopasowany garnitur mężczyzna, wszedł do pokoju. Spokojnie rozejrzał się po pomieszczeniu i z ciężkim westchnieniem poprawił źle dobrane okulary. Pełen obrzydzenia odwrócił wzrok od okaleczonych ciał czterech mężczyzn, którzy wisieli na ścianie, jeden obok drugiego, przybici do niej mieczami, zatopionymi w ramionach. Ich krew, wyciekająca z poderżniętych gardeł, lepką kaskadą ściekła po jasnej farbie, tworząc dość imponującą kałużę. Zginęli z jego winy. To on, jako prawa ręka Filliona Palmera, wybrał ich na ochroniarzy panienki Ann. Ze wszystkich podległych mu osobników wskazał czterech najlepszych, wprawionych w bojach śmiałków, gotowych oddać życie, by zapewnić panience bezpieczeństwo. Od czasu incydentu z panienką Collen, dodatkowo wspierał ich jeszcze zespół czterech słono opłacanych specjalistów – tych samych, których zmasakrowane zwłoki minął na schodach. Prychnął pod nosem. „Specjaliści” nie podołali zadaniu, a ich pozbawione tchu truchła świadczyły o tym dobitnie. Do mężczyzny podszedł chudy, młody chłopaczek z paniką wymalowaną na pobladłej twarzy.

– Panie Silver, proszę za mną.

Mężczyzna skinął na znak zrozumienia i omijając rozległe kałuże krwi, podążył za młodzikiem. Po prawdzie niemalże nie było gdzie stawiać stóp, ponieważ wszędzie lśniła krzepnąca purpura. Chłopiec zaprowadził Silvera do sypialni panienki Ann. W przeciwieństwie do reszty apartamentu, w tym pomieszczeniu panował nienaganny porządek. Jedyne ślady krwi na puszystym, beżowym dywanie powstały wskutek niedbałych kroków ich własnych ludzi, w amoku przeczesujących każdy centymetr kwadratowy kwatery. Chudy chłopak drżącą dłonią wskazał ścianę, tuż nad łóżkiem panienki. Silver, choć bardzo chciał, nie był w stanie zapanować nad dłonią, którą zakrył usta. Na wysokości swoich oczu miał symbol wywołujący u niego przyspieszone bicie serca – nakreślonego krwią kruka, z rozpostartymi skrzydłami. Podszedł bliżej osobliwego malowidła, podziwiając kunszt wykonania. Malunek był piękny i wyjątkowo szczodry w specyficzne detale – sądząc po śladach, namalowano go gołymi dłońmi. Silver rozejrzał się po sypialni i zatrzymał wzrok na dwóch mężczyznach, stojących sztywno pod ścianą. Ich przerażone spojrzenia utkwione były w makabrycznym symbolu. Nie mógł się nie uśmiechnąć, choć musiał z tym uważać. Tych dwóch wyglądało na przerażonych i zdezorientowanych.

– Panie Silver, wie pan, co to za symbol? – młodzik zrównał się z nim – Co to u licha jest?

Zerknął przelotnie na nieopierzonego nowicjusza, ledwo wstrzymując się od kpiącego komentarza. Ci młodzi byli straszliwymi ignorantami! Krwawy kruk…znak, którego wyczekiwał od tak dawna. Szalony król powrócił! W końcu się zaczynało…

– Niestety wiem – odparł sucho. – Wróć do rezydencji szefa i przekaż mu, że Kolekcjoner wypowiedział nam wojnę. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 743
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!