Psychoza // Dark Creepypasta Story – Prolog

Inspektor niespokojnie chodził po pokoju, co jakiś czas krzycząc do telefonu – policji w końcu udało się złapać morderców od lat grasujących w Minnesocie. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem w końcu zyska szansę na wymarzony awans i przeniesienie. Nie ważne gdzie by to miało być. Czym dalej od tej przeklętej dziury tym lepiej.

Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Gwałtownie odwrócił się w stronę drzwi, jednak nic tam nie zobaczył. Zmęczenie najwidoczniej zaczynało dawać mu się we znaki.

— Inspektorze? — cisza — Inspektorze czy wszystko w porządku?

— Tak, tak wszystko jest okej — odparł po chwili milczenia — Wracając, jak mówiłem, zostawcie resztę. Rano wezmę kogo trzeba i się tym zajmiemy. Tylko zabezpieczcie odpowiednio drzwi. Nie chcemy aby ZNOWU ktoś zniszczył dowody — rzekł, kładąc odpowiedni nacisk na ostatnie zdanie i fuszerkę w wykonaniu jego ludzi. Jeżeli znów odwalą taki wybryk, jego wyjazd z tej dziury pozostanie tylko marzeniem.

Z westchnieniem schował telefon do kieszeni ściskają kąciki oczu. Miał dosyć, naprawę miał dosyć. W zamyśleniu, jak zawsze, jego wzrok powędrował w stronę zdjęcia stojącego na komodzie. Powoli podszedł w jego stronę. Drewniana ramka w wielu miejscach była porysowana, a przez szkło szło długie pęknięcie, zniekształcające twarze znajdujące się pod nim. Bezwiednie podniósł zdjęcie do góry przejeżdżając kciukiem po pęknięciu. Jego twarz wykrzywił grymas złości. Te sukinsyny zapłacą za to. Odwrócił się i z impetem cisnął zdjęciem przez pokój. W tej samej sekundzie dostrzegł błysk magenty, a w następnej jego klatkę piersiowa przeszył ostry ból. Długi sztylet prześlizgnął się między żebrami trafiając prosto w serce.

Szybkim ruchem dziewczyna wyciągnęła go z powrotem odsuwając się od swojej ofiary. Ciało drgało jeszcze przez chwilę nim zastygło w bezruchu z szokiem wymalowanym na twarzy. Jak rano jego koledzy go znajdą nie będzie już po nim śladu. Zostanie tylko dziura w sercu. Morderca odwrócić się na pięcie zerkając przelotnie w stronę okna i rozpościerającego się za nim lasu. Bała się. Nie zdarzało się jej to często. Już jakiś czas temu stała się zbyt silna aby rodzice mogli ją kontrolować. Dziecięce koszmary i mordercze treningi odeszły w niepamięć, a wszystko stało się dla niej zbyt proste. I takie by pozostało, gdyby nie on. Kiedy po jej szesnastych urodzinach nie pojawił się zaczynała mieć nadzieję, że jednak zrezygnował, że nie będzie mu potrzebna. Ale teraz cała obawa z tym związana wróciła. Jego typowym stylem działania było pozbycie się rodziny. Tej samej, której w tym przypadku obiecał ochronę. Śledczy ich znaleźli, a to oznaczało, że i ochrona przestała obowiązywać, a on przyjdzie po to co tak długo hodował. Na jej nieszczęście chodziło o nią. Teraz pozostały jej dwie opcje. Jak grzeczna dziewczynka spakować się i samemu ruszyć w jego stronę, albo próbować uciekać, ciesząc się każdą sekundą życia wyrwaną ze szponów śmierci.

Może to głupie. Zabijała przecież. Śmierć znała jak nikt inny, a jednak bał się jej. Nie chciała umierać, jakaś głupia siła ciągle trzymał ją na tym świecie, pchając w coraz to gorsze bagno. Ostrożnie wyszła z domu. Nie obawiała się, że ktokolwiek ją zobaczy. Przeciągała po prostu chwilę. Czym szybciej tam dotrze, tym szybciej zagłębi się w mroku. Pomimo to wybrała szybszą formę podróży. Jako półdemonowi przypadła jej w udziale, oprócz zwiększonej wytrzymałości czy siły, zmiennokształtność.

Znajdując się na skraju lasu zmieniła formę. Po przemianie przypominała bardziej chupacabre niż jakiekolwiek inne stworzenie. Chuda, wręcz koścista forma osiągała ponad metr wysokości. Pysk wyglądem przypominał ten bulteriera, a jej ciało pokrywała krótka czarna sierść. Kończyny zachowywały bardziej humanoidalny kształt, a zakończone były szponami. W tej formie czulszy wzrok i słuch w połączeniu z ostrymi jak brzytwa kłami robił z niej doskonałego drapieżnika. Minus był taki, że nie mogła przebywać w tej formie zbyt długo. Za to nadawała się idealnie do szybkiego przemieszczania po lesie w sposób konwencjonalny jak i po drzewach. Tym właśnie sposobem pod domem była w zaledwie kilka minut.

Znów przyjmując ludzką postać ruszyła w jego stronę. Tak jak myślała drzwi do “ogrodu” były zaplombowane. Spojrzała krytycznie na kawałek plastiku, przymocowany do drzwi i ściany, który rzekomo miał chronić przed dostaniem się tam osób niepowołanych. Mogłaby go zerwać, albo wybrać łatwiejszą drogę i wejść zepsutym oknem w kuchni. Była to też bardziej ryzykowna opcja, kuchnia wychodziła bowiem na drogę. Rzadko uczęszczaną, no i niby też więcej tu już nie przyjdzie, ale wolała nie mnożyć sobie kłopotów. Nie chciała aby ktoś ją zobaczył.

Zamyśliła się spoglądając na okna wychodzące na las. Może uda jej się je otworzyć? Były to typowe okna otwierane do góry, stare, bez żadnych zabezpieczeń i z tego co widziała policjanci dodatkowo ich nie zabezpieczyli. Prychnęła i zeszła z ganku. Pod schodami zawsze schowana była skrzynka z narzędziami, tak w razie czego. Otworzyła ją i wyjęła płaski śrubokręt. Wsadziła go tak aby móc podważyć okno. To było aż zbyt proste. Zwinnie wskoczyła do środka, ogarniając wzrokiem bałagan znajdujący się w salonie. Wszędzie poprzewracane i połamane meble, znalazły się nawet ślady po kulach i plama krwi. Najwidoczniej rozkazem było dorwać ich w jakimkolwiek stanie i niekoniecznie żywych.

Nie marnując więcej czasu ruszyła w stronę piwnicy. Drzwi nosiły na sobie ślady siłowej próby otwarcia ich, jednak dalej pozostawały zamknięte. Nic dziwnego, chroniła je pieczęć. Zaklęcie nałożone przez nią samą. Położyła dłoń na drewnianej powierzchni skupiając swoją moc. Drewno zafalowało pod jej dotykiem, gdy na zawsze pozbywała się pieczęci. Drzwi uchyliły się z cichym zgrzytem. Powoli zeszła na dół. Piwnica była podzielona na dwie części: jej pokój i salę treningową. Tak naprawdę to tutaj spędziła większość życia, wychodzenie stąd groziło odkryciem jej istnienia przez świat. Przez co przez cały czas żyła w zamknięciu, nie znając normalnego życia. Zamiast plotek z przyjaciółkami trenowała do upadłego. Za każdym razem starając się przesunąć swoje granice.

Wyciągnęła torbę i wrzuciła do niej najpotrzebniejsze rzeczy, ubranie, broń itp. Przeszła się jeszcze w stronę sali treningowej, po najbardziej wydajną rzecz przy zacieraniu śladów. Benzynę. Dokładne polanie całego domu zajęło jej z dobre pół godziny. Musiała się upewnić, że ogień strawi wszystko i nie zostawi żadnych śladów. Włącznie z tymi jej istnienia. Wyszła z domu tą samą droga, czyli oknem i ruszyła w stronę lasu z torba przewieszoną przez ramię. Gdy zagłębiła się w gąszcz dostatecznie, tak aby nie była widoczna z ulicy, odwróciła się z powrotem w stronę domu. Teraz ledwo mogła go dostrzec z pomiędzy drzew. Skupiła moc, a momentalnie dom objęły języki ognia, ogarniając cały budynek i rozświetlając noc upiornym blaskiem. Brunetka skrzywiła się. Nawet z tej odległości mogła wyczuć drapiący zapach dymu. Nie lubiła ognia, tak jak wielu innych rzeczy. De facto nie wiedziała czy cokolwiek lubiła. Zabijanie też nie dawało jej satysfakcji, a w końcu powinno, przecież była demonem. 

Zagłębiała się coraz bardziej w las. Nie miała tak naprawdę pojęcia gdzie idzie. Jednak czuła jakby jakaś siła prowadziła ją w danym kierunku. Przed siebie. W jego głąb i dalej, coraz dalej w mrok.

Opublikowano
Odsłon 405
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!