Psychoza // Dark Creepypasta Story – Rozdział 1

Nie miała pojęcia ile czasu przemierzała las zanim jej oczom ukazał się wielki drewniany dom emanujący dziwną energią. Czym bliżej go była, tym drzewa wydawały się być coraz bardziej nadnaturalne i powykręcane, w końcu, te najbliżej domu wyginały się w jego kierunku tworząc nad dachem baldachim z powykręcanych gałęzi, przez który nie był w stanie przedostać się nawet najmniejszy promień światła. Sam dom wyglądał na raczej opuszczony, chociaż im dłużej mu się przyglądała tym bardziej miała wrażenie, że zmienia się pod jej spojrzeniem. Jakby nie był całym i spójnym elementem. Rozmywał się i łączył, drewno przybierało różne kolory i wygląd. Raz były niemal nowe i mogłaby przysiąc, że czuje zapach świeżo ściętego drewna. Jednak już po chwili bele butwiały i rozkładały się na jej oczach, pokrywając mchem i porostami.

Jedyną stałą rzeczą w tym wszystkich było zimne światło sączące się z lampy zawieszonej na ganku, tuż przed wejściem. Wszystko co znajdowało się w zasięgu jej blasku było wręcz przytłaczająco stabilne. Każdy słój czy rysa na drewnie. Każdy owad, który przyleciał wiedziony tym zdradzieckim światłem, tylko po to by skończyć przypalonym przez żarówkę. Vesanus skrzywiła się nieznacznie. W czym niby była od nich lepsza. Przyszła tu wiedziona niewyjaśnioną siłą w zasadzie tylko po to aby tu zginąć. Będzie latać wokół źródła jakim jest Slenderman aby następnie przekroczyć pewna granicę i po porostu umrzeć. Bez jakiejkolwiek możliwości ucieczki czy wyboru.

Tymczasem tym co obecnie przeraziło ją najbardziej, była postać siedząca na schodach ganku. Światło lampy ledwo oświetlało jej sylwetkę. Jedyne co mogła powiedzieć to to, że miała na sobie jasną splamiona czymś bluzę. Cała reszta jej prezencji była skryta w mroku. Mimo to miała wrażenie, że jej wzrok ją przeszywa. Instynktownie pierwszym co chciała zrobić, to rzucić swoje rzeczy i po prostu uciec. Wbrew temu stała tam dalej czując jak nieznośnie głośno bije jej serce.

Oblizała spierzchnięte wargi i z dusza na ramieniu postąpią przed siebie. Nie powinna tak się zachowywać. Jeżeli naprawdę chciała przeżyć nie powinna pokazywać jakichkolwiek oznak strachu. Nigdy. Czym bliżej schodów była tym wyraźnie czuła na sobie wzrok postaci i tym bardziej spięta była. W końcu podeszła na tyle by pomimo mroku móc zobaczyć jakieś jej szczegóły. Miła wrażenie, że na chwilę jej serce się zatrzymało. Czarne włosy zasłaniały jasną skórę i prawie pozbawione powiek oczy. Ale najbardziej przerażającą i rozpoznawalną jego cechą był wycięty na policzkach uśmiech. Zaczynający się od kącikach ust i kończący niemal przy uszach. W dodatku wyglądający na dość świeży, na co wskazywała spływająca po brodzie mordercy krew i ubrudzony nią nóż, trzymany w jego dłoni. I też nie myliła się, jego wzrok wwiercał się wręcz w jej osobę. Świeża krew pociekła mu po policzkach gdy usta bruneta wygięły się w sarkastycznym uśmiechu ukazując zakrwawione zęby, czyniąc jego twarz jeszcze bardziej groteskową.

— No proszę. Czyżbyś się zgubiła księżniczko? — ochrypły głos chłopaka zmroził jej krew w żyłach. Nigdy nie czuła od nikogo tak silnej aury żądzy mordu i szaleństwa.

— Nie… — odparła słabo po chwili milczenia — jestem dokładnie tam gdzie być powinnam — dodała już z większą siłą w głosie.

Po lesie rozniósł się śmiech mordercy. Obrastające dom drzewa niemiłosiernie go potęgowały. Miła wrażenie, że śmieję się nie tylko on ale też cały otaczający ją las. Każde powyginane drzewo.

— Ciekawe — oznajmił wstając ze schodów — W takim razie kim jesteś złotko? — spytał stawiając powoli kolejny i kolejny krok, zatrzymując się zaledwie metr od niej. Co w tej sytuacji stanowczo naruszało jej przestrzeń osobistą zwłaszcza, że w swoim ręku cały czas trzymał nóż. Jednym ruchem zrzuciła torbę ze swojego ramienia odskakując w bok, w tym samym momencie w którym morderca wykonał szybki ruch w jej stronę. Z cholewki buta wyciągnęła swój niezastąpiony sztylet i stanęła naprzeciw mordercy gotowa na kolejny ruch.

— Jeff, nie tak się wita gości — kolejny ochrypły głos rozległ się po lesie. Jednak ten był zupełnie inny. W samej tonacji był niemal robotyczny. 

Ku jej zaskoczeniu chłopak odpuścił, zwracając się w stronę mężczyzny i krzyżując przy tym ręce na piersi. Jednak tamten zdawał się nie zwracać na niego uwagi, również z założonymi rękami stał na ganku opierając się o jeden ze słupków, podtrzymujących rozpadający się dach . Zakryta biała maską twarz jak i jego ciężki wzrok skierowane były w jej stronę.

— To nie moja wina Masky. Ten malutki ptaszek sam tu przyfrunął, żal byłoby zaprzepaścić taką okazję — oznajmił brunet tym razem ruszając w jego stronę — Co za różnica czy zginie tutaj czy w środku? — spytał wyzywająco.

— Dobrze znasz zasady Jeff. To pierwszy dzień, jutro może być twoja — wtrącił kolejny robotyczny głos, tym razem dobiegający gdzieś od strony lasu.

Momentalnie odwróciła głowę w tamtą stronę. Spomiędzy drzew wyszedł kolejna postać. Sądząc po głosie też mężczyzna. Miał na sobie musztardową bluzę, a twarz zakrywała czarna maska z tkaniny z namalowanym na niej czerwoną farbą odwróconym uśmiechem. Hoody. Innymi słowy kolejny proxy. Oni byli najbliżej Operatora jednocześnie posiadali najmniej wolnej woli. Co nie sprawiało, że byli mniej niebezpieczni. Jako iż uosabiali w jakiś sposób jego wolę, mogli zabić każdego w jakiejkolwiek chwili. Dla zwykłego kaprysu Slendermana.

Reszta mieszkańców szalonego domu nosiła miano creepypast. Byli to przeważnie szaleni mordercy, którzy zgodzili się służyć Operatorowi za pewne profity. Każdy miał zapewnioną nietykalność przez policję i dodatkowo różne przywileje, które pozostawały tajemnicą.

— Widzę, że już dotarłaś — zaczął Hoody podchodząc w jej stronę — zaprowadzimy cię do twojego pokoju. Do tego czasu masz zapewnioną ochronę, potem musisz radzić sobie na własną rękę. W tym domu nie ma wielu zasad ale najważniejszą jest to, że w pokojach nie zabijamy — oznajmił a następnie gestem ręki nakazał jej ruszyć w stronę domu. Nie zwlekając za bardzo ruszyła we wskazanym kierunku podnosząc po drodze torbę z ziemi. Masky otworzył drzwi i wszedł przed nią do domu.

Wnętrze wbrew temu jak wyglądał dom było raczej stabilne i nie mogła powiedzieć aby wyglądało staro, do nowszych w zasadzie też nie należało. Żeby wejść na górę po schodach musieli przejść przez salon, gdzie ku jej zdziwieniu zgromadzone było od groma osób. Wszyscy wpatrzeni w nią jak w kawałek mięsa, z dziką satysfakcją i mordem w oczach. Pomimo tego, że Slenderman chciał uczynić z niej swojego mordercę, nie uważali jej za kogoś równego sobie. Wbrew przeciwnie, była niemal jak gazela wpuszczona do klatki z lwami. Dla nich rozpoczęła się gra, w to, kto pierwszy ją dopadnie.

Pierwszy w jej oczy rzucił się oczywiście Jeff stojący najbliżej niej z dzikim uśmiechem wymalowanym na twarzy. Jednak to nie on przykuł jej uwagę najbardziej. Również w dość niewielkiej odległości stała kolejna zamaskowana postać. Ubrana na ciemno szaro z niebieską maską zakrywającą twarz. Była to jedyna osoba, od której bił spokój. Dawało to wręcz groteskowy wyraz w porównaniu do reszty osób znajdujących się w pokoju. 

Miała wrażenie, że to jest swojego rodzaju prezentacja – “Spójrzcie to będzie wasz kolejny cel. Przyjrzyjcie się, wyłapać wszystkie słabości i zduście to życie”. Ale ona nie miała zamiaru tak szybko umierać. Ze spokojem patrząc na pokój przywołała swoją moc pozwalając by jej oczy rozświetliła magenta, a podmuch energii rozniósł się po pomieszczeniu.

Odzew był niemal momentalny. Większość morderczej energii opadła. Tak samo zafascynowany pozostał tylko Jeff. Za to po pomieszczeniu rozeszła się kolejna energia. Mroczna i niemal dławiąca. Miła wrażenie, że przez sama jej obecność uniemożliwia jej złapanie oddechu. Pochodziła od osoby skrytej za niebieską maską. To nie przez jej moc reszta spasowała, przestraszyła się jego zainteresowania. Oczy reszty z żywym zainteresowaniem zwróciły się w jego stronę.

— Powinnaś bardziej uważać na to co robisz, jeśli chcesz tu przeżyć — mroczny głos dobiegł od zamaskowanego. Nie zważając na jego słowa odwróciła się od niego na pięcie, dając tym samym znak proxy, że mogą ruszać dalej.

Jej pokój znajdował się na samym końcu korytarza. Nie spodobało jej się to. Będzie musiała jakoś wychodzić do kuchni po jedzenie, a czym więcej metrów ma do przebycia z bezpiecznego pokoju, tym gorzej dla niej. Sam pokój był bardzo mały. Na wprost od wejścia znajdowało się okno. Po prawej stronie stało niewielkie łóżko, a po lewej szafa i drzwi do równie niewielkiej łazienki ale przynajmniej z wanną i pralką, co oznaczało, że wychodzić musi naprawdę tylko po jedzenie.

Opublikowano
Odsłon 683
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!