Córa rodu Phoenix – Rozdział 35

Więzy

                  Płomiennowłosa wpadła do gabinetu Albusa. Był wczesny poranek, jednak dyrektor już przygotowywał się do kolejnego dnia pracy. Podniósł się ze swojego fotela i natychmiast zamknął drzwi. Nigdy jeszcze nie widział przyjaciółki tak roztrzęsionej i przybitej. Przez dłuższą chwilę po prostu stała bez ruchu, nawet na niego nie patrząc. Nie miał pojęcia co mogło się stać, ale wiedział jedno – w tej chwili go potrzebowała. Podszedł do dziewczyny, chcąc się jej lepiej przyjrzeć i skamieniał, dostrzegając drobne ślady charakterystycznej krwi na jej rękach. Objął ją ramieniem, po czym delikatnie zaprowadził do wolnego fotela. Opadła ciężko na siedzisko, zaplatając ręce na piersi. Stanął tuż przed nią, opierając się o blat biurka. Żadne z nich nie odezwało się jeszcze przez dobrych 20 minut, które okazały się dla niego niewysłowioną torturą. Skoro do niego przyszła, najpewniej chciała porozmawiać, a on nie miał pomysłu, jak jej to ułatwić.

– Co się stało, moja droga? – przemówił cicho i łagodnie, nie chcąc wywierać na niej presji.

– Dragan… – wyszeptała drżącym głosem. – Może nie wrócić przez jakiś czas.

Ton, którym mówiła, zmroził go do szpiku kości. Dało się w nim usłyszeć czystą, szczerą rozpacz, usilnie spychaną gdzieś na margines. Przełknął gorzkawą ślinę, która niemalże przyprawiła go o mdłości. Panna Crown kochała Luthera całym sercem, więc jeśli była w takim stanie…coś okropnego musiało stać się kruczowłosemu.

– Powiesz mi dlaczego? – starał się brzmieć jak najspokojniej.

– Damon… – imię Lorda ledwo przecisnęło się jej przez gardło – prawie go zabił.

Serce czarodzieja zatrzymało się, ściśnięte szokiem. Jeszcze nie dawno rozmawiał z Lordem Arienem i odniósł wrażenie, że Mistyczni na swój sposób dbali o siostrę, chcąc odpokutować za grzechy przeszłości. Dlaczego nagle jeden z nich miałby podjąć decyzję, o wbiciu jej noża wprost w serce? Czemu Lord Damon, wiedząc ile zła już jej wyrządzili, próbował zamordować osobę, najbliższą jej sercu? To…zwyczajnie nie miało dla niego sensu. Dumbledore zacisnął ręce na krawędzi biurka, dając porwać się fali gniewu. Nie był człowiekiem o gwałtownym usposobieniu, jednak ta sytuacja…to przekraczało wszelkie granice tolerancji! Chwycił zimne, delikatne dłonie Lady, zamykając je we własnych.

– Wyjdzie z tego?

– Nie jestem pewna – westchnęła, pocierając kciukiem wierzch jego dłoni. – Jest pod opieką jednego z naszych krewnych i wykwalifikowanych medyków, w bezpiecznym miejscu. Posłałam do nich Stena, z miksturami, które mogą przydać się w leczeniu. Będzie mnie informował.

– Może Lord Arien…

Nie ośmielił się mówić dalej, ponieważ atmosfera uległa przerażającej zmianie. Ledwo wymówił imię Phoenix’a, a uderzyła w niego fala kąśliwego gorąca, bijąca od dziewczyny. Mocniej zacisnęła palce na jego rękach, prawdopodobnie nieświadomie przesuwając kości. Wprost na niego spojrzały wściekłe, zdeterminowane, płonące oczy.

– Żaden z nich się do niego nie zbliży – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Ani teraz, ani nigdy więcej.

Temperatura jej dłoni nieustannie rosła, parząc jego skórę. Zaczynał czuć się, jakby trzymał rozżarzony metal, ale nie chciał jej puszczać i nie zrobił tego. Obiecał samemu sobie być dla niej przyjacielem, na którego zasługiwała. Obiecał zając się nią, skoro jej własna rodzina tego nie potrafiła. Vallerin w końcu zorientowała się, że krzywdzi Albusa i natychmiast wróciła do względnej normy. Ostrożnie odwróciła jego ręce, z ubolewaniem patrząc na paskudne zaczerwienienia – dobrze, że nie zdążyła porządnie go poparzyć.

– Przepraszam – puściła jego dłonie – nie chciałam…

– Wszystko w porządku, Vallerin – na potwierdzenie swoich słów znów uścisnął smukłe palce kobiety. – Mogę ci jakoś pomóc? Mamy w szkole zapasy składników, a Severus może zająć się zrobieniem eliksirów.

– Doceniam, ale naprawdę nie trzeba – uśmiechnęła się z wdzięcznością. – Sten ma zorientować się, czego potrzebuje Q i dostarczyć mu wszystko co konieczne, włączając w to rzeczy z magazynów i mojego prywatnego laboratorium.

– To silny chłopak – uśmiechnął się z pełnym przekonaniem. – Będzie walczył, żeby do ciebie wrócić.

– Wiem – odpowiedziała blado. – Bardziej niż o Dragana martwię się o Ravena.

– Raven? – uniósł nieznacznie brew, powtarzając nieznane imię.

– To przyjaciel Dragana. Gdyby nie on…Dragan nie miałby szans. Zatrzymał Damona na tyle długo, żebym zdążyła zainterweniować.

– To krew twojego brata? – wskazał na drobne plamki.

– Mhmm – wymamrotała, zwieszając wzrok. – Musiałam go powstrzymać, zanim zabiłby ich obydwu. On się przygotował, Albusie – w lazurowych tęczówkach powtórnie zamigotały rozszalałe iskry. – Broń, której użył, była nasączona truciznami, znacznie spowalniającymi proces regeneracji.

– Chcesz do nich iść? – zapytał z powagą – Coś wymyślę, żebyś mogła opuścić szkołę.

– Nie – subtelnie pokiwała głową. – Q jest wspaniałym uzdrowicielem. Tylko bym mu przeszkadzała, zaglądając mu cały czas przez ramię. Nie dałabym rady siedzieć tam spokojnie.

– Twoje zdolności uzdrawiające mogłyby się przydać – myślał na głos, niekoniecznie wiedząc, o czym mówił.

– Wątpię – zaśmiała się z żalem. – Raven jest czarodziejem, a dla śmiertelnych krew Phoenix’ów jest zabójczą trucizną. Nasze łzy co prawda potrafią pomóc, ale nie w tak poważnych przypadkach. Jestem bezradna, Albusie…

Starzec, widząc drobne łzy w kącikach błękitnych oczu, objął dziewczynę, przytulając ją do siebie. Nie miał kompletnie żadnego pomysłu, jak jej pomóc, więc postanowił chociaż spróbować ją pocieszyć. Sytuacja wydawała się wyjątkowo trudna, musiał to przyznać. Może to i lepiej, że Vallerin chciała zostać w szkole? Tutaj miała szansę zająć czymś myśli, żeby nie zwariować od ciągłego zamartwiania się. Pozostała im jedna pilna sprawa do przedyskutowania. Nagłe zniknięcie Luthera z całą pewnością nie umknie uczniom oraz nauczycielom. Chciał się odezwać, jednak jeszcze nie teraz…to nie był właściwy moment, na takie rozmowy.

– Musimy jakoś wyjaśnić nieobecność Dragana.

Wzdrygnął się, słysząc jej cichy głos i uśmiechnął się kącikiem ust. No tak…panna Crown bardzo poważnie podchodziła do swojej misji i nie powinno dziwić go to, że zależało jej na odpowiedniej przykrywce.

– Masz jakiś pomysł? – nie wypuszczał jej z objęć.

– Nawet nie łudzę się, że będę potrafiła udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku – westchnęła ciężko. – Nie mogłabym tak po prostu uśmiechać się i bawić, wiedząc, że oni tam walczą o życie. Zastanawiałam się, czy moglibyśmy powiedzieć, że Dragan miał wypadek, na przykład przy badaniu jakiegoś artefaktu? Wtedy nikt nie byłby zdziwiony tym, że nie mam wspaniałego nastroju.

– Ogłoszę to uczniom podczas dzisiejszego obiadu, a nauczycieli poinformuję zaraz po śniadaniu. Co planujesz? – odsunął się na tyle, by móc spojrzeć jej w oczy – Odnośnie braci.

– Prawdę mówiąc, nie wiem, co zrobić – wzruszyła ramionami. – Kazałam Damonowi przekazać pozostałym ostrzeżenie i jestem pewna, że to zrobi, ale ile to da, pojęcia nie mam. Porządnie go nastraszyłam – uśmiechnęła się półgębkiem. – Nie wiem, czy działał w pojedynkę, czy w porozumieniu z którymś z pozostałych. Przygotował się do starcia z Draganem, jednak w jego przypadku mogło to być wynikiem wzięcia pod uwagę najgorszego z możliwych scenariuszy. Nie mogę być pewna tego, że udał się tam wyłącznie w celu zabicia Dragana – głośno porządkowała fakty, ułatwiając sobie zebranie ich w kupę. – Na dobrą sprawę nie wiem nawet, o co im tak naprawdę poszło i co u licha robili w rodzinnym domu mojego ojca.

– Same pytania i żadnych odpowiedzi… – Dumbledore podsumował rzeczowo.

– Dokładnie. Mogłabym podjąć bardzo radykalne kroki, ale muszę brać pod uwagę ewentualne konsekwencje, które mogą okazać się przerażające.

– Najgorszy możliwy scenariusz?

– Wojna między Phoenix’ami – odpowiedziała, bez zawahania. – Od stuleci staram się tego uniknąć. Próbuję łagodzić napięcia, zanim zaczną eskalować. Wojna między tak potężnymi istotami wpłynęłaby dosłownie na każde żywe stworzenie. Najprawdopodobniej zniszczylibyśmy całkowicie ten świat, a ja zostałabym zupełnie sama na dymiących zgliszczach.

– Mało ciekawa wizja – nie wiedział, co powiedzieć.

– Owszem – przytaknęła wdzięcznie. – Dlatego muszę działać bardzo ostrożnie. Potrzebuje więcej informacji, zanim zdecyduje się na stanowcze posunięcia. Mam zaufaną osobę, która może mi pomóc wybadać, co dzieje się w gronie Lordów. Jakby na to nie patrzeć, to w końcu moi bracia…

Zamilkła, pogrążona w ciężkich myślach. Albus nie chciał jej przeszkadzać, więc jedynie tulił ją do siebie, wstrzymując się od komentarzy. Serce mu pękało. Na barkach jego przyjaciółki spoczywała niewyobrażalna wręcz odpowiedzialność. Często zastanawiał się, dlaczego dosadniej nie wykorzystywała swojej pozycji, przeciwstawiając się pomysłom Lordów. Teraz…chyba zaczynał rozumieć. Wyglądało na to, że ta płomiennowłosa kruszyna usiłowała nie dać im powodu, do pogrążenia się w destrukcyjnej potyczce. Ile jeszcze będzie w stanie znieść, zanim ostatecznie straci cierpliwość? Ile jeszcze wytrzyma, mając na uwadze przyszłość? Dlaczego tych czterech idiotów tak ochoczo wystawiało ją na próbę, zamiast również się postarać?! Co oni sobie wyobrażali, na wszystkie magiczne świętości?! W tym momencie miał olbrzymią ochotę zdrowo potrząsnąć egoistycznymi, krótkowzrocznymi Lordami! Wydawali się całkowicie zaślepieni czymś, czego on sam nie dostrzegał.

– Jeśli będziesz chciała porozmawiać, wiesz gdzie mnie znaleźć.

– Dziękuję, Albusie – podniosła się i ucałowała policzek przyjaciela. – Niedługo zacznie się śniadanie – zerknęła na zegarek. – Powinnam wrócić do siebie i doprowadzić się do porządku.

– Dziś nie martw się szkołą, ani misją, moja droga – położył dłoń na jej kruchym barku. – Odpocznij.

– Taki miałam zamiar – uśmiechnęła się bez przekonania. – Dopóki nie dostanę informacji od Q, prawdopodobnie będę marnym towarzystwem.

– Jeśli się czegoś dowiesz, powiedz mi proszę. Polubiłem pana Luthera.

– Więc coś jest z tobą nie tak – roześmiała się po raz pierwszy tego dnia. – Przekażę ci wieści.

Po tych słowach pożegnała staruszka i wyszła z jego gabinetu. Nie miała ochoty zjawiać się w dormitorium, jednak powinna porozmawiać z Dafne. Obiecała siostrom Greengrass wspólną wyprawę do Hogsmeade, żeby zrobić zakupy na babski wieczór i nie chciała wystawić dziewczyn bez słowa. Dreptała niespiesznie szkolnym korytarzem, patrząc na własne buty. Dziś spacerowanie po tym zamku miało dla niej szczególnie gorzki, paskudny posmak. To co stało się w nocy…było najgorszą rzeczą, jaka spotkała ją od zdrady Salazara, a przebywanie w Hogwarcie nie ułatwiało poczucia się lepiej. Oczywiście ciągnęło ją do Indrahill, jednak to co powiedziała Albusowi było stuprocentową prawdą. Nie potrafiłaby pomóc tam na miejscu i najpewniej wchodziłaby Q w drogę, rozdarta między kruczowłosym, a Ravenem. Zatrzymała się gwałtownie, czując lodowate ciarki. Raven…nie potrafiła opisać, jak była mu wdzięczna. Były Łowca, kiedy zorientował się, co planował Kolekcjoner, wysłał po nią Lio, a sam ruszył turkusowookiemu na pomoc. Bezwiednie przysłoniła dłonią usta, powstrzymując cichy szloch. Raven znał możliwości Lordów i musiał doskonale wiedzieć, że najprawdopodobniej zginie, a mimo to poszedł. Był jednym z najodważniejszych, najbardziej honorowych i oddanych ludzi, jakich przyszło jej kiedykolwiek spotkać. Uspokoiła się, zaciskając dłonie w pięści. Wynagrodzi mu to poświęcenie i cały ten ból! Jeśli będzie miała ku temu okazję, odda mu to, co miała najcenniejsze – jedyną rzecz, która wciąż łączyła ją z Imerionem. Ruszyła przed siebie i zeszła po schodach, kierując się wprost do lochów. W Pokoju Wspólnym natknęła się na kilka znajomych twarzy, jednak nie poświęciła im większej uwagi. Musiała się jak najszybciej umyć i przebrać, zanim porozmawia z Dafne. Weszła do swojego pokoju, ale zatrzymała się tuż za progiem. Błędnym wzrokiem spojrzała na łóżko. Pościel częściowo zwisała z materaca, częściowo leżała na podłodze, tworząc nieład, niepodobny do jej sypialni. Podeszła do łóżka i mechanicznymi ruchami poprawiła wszystko. Podnosząc poduszkę poczuła delikatny, bardzo przyjemny zapach męskich perfum. Syriusz… Black obecnie przebywał w Indrahill, gdzie wspomagał działania oddziału medyków, zanim nie przybędzie wsparcie. Przycisnęła poduszkę do piersi, kładąc na niej policzek. Miał wrócić, kiedy względnie opanują sytuację i przekazać jej wieści. Była zła sama na siebie za te myśli, ale szczerze mówiąc żałowała, że nie było go w tej chwili obok niej. Lubiła jego towarzystwo i mogła z nim porozmawiać o wszystkim, nie trudząc się zatajaniem pewnych faktów, ani tłumaczeniem. Oczywiście doceniała starania Albusa, jednak dyrektor nie znał całej prawdy o turkusowookim, a przez to nie rozumiał wielu spraw. Odłożyła poduszkę, uśmiechając się subtelnie. Przy Syriuszu czuła się spokojna i w jakiś sposób bezpieczna, czego nie potrafiła do końca wyjaśnić. Kątem oka spojrzała na zegar, wzdychając ociężale – musiała się pospieszyć. Z szafy wyciągnęła mniej formalne, codzienne ubranie i weszła do łazienki, gdzie spędziła dłuższą chwilę. Wykąpana i przebrana wyszła ze swojego pokoju, schodząc do części wspólnej. Usiadła na kanapie przed kominkiem, czekając na pojawienie się przyjaciółki. Zamyśliła się do tego stopnia, że nie zauważyła, kiedy ktoś usiadł na podłodze, tuż przed nią.

– Wszystko w porządku?

Otrzeźwił ją znajomy, męski głos. Zamrugała kilkukrotnie, dostrzegając stalowe, zmartwione oczy. Powinna natychmiast się podnieść i przesiąść, ale dzisiaj wyjątkowo nie miała siły na drobne, pozbawione większego znaczenia gierki z aroganckim paniczem.

– Nie do końca – przyznała zgodnie z prawdą.

– Słuchaj, wiem, że między nami nie jest najlepiej i to wyłącznie moja wina, ale powiesz mi, dlaczego płaczesz?

Zaskoczona przyłożyła dłoń do swojego policzka. Rzeczywiście, nawet nie poczuła drobnych łez, ściekających po jej twarzy. Dokuczliwy, lekki ból przeszył jej myśli. Kanapa przed kominkiem… szare, zaniepokojone oczy… ciche łzy… coś jej to przypominało. Najwidoczniej było to jedno z tych drobnych wspomnień, które nie odnalazło swojego miejsca. Dyskomfort ustąpił, kiedy w końcu to uporządkowała…sytuacja z pierwszego roku w Hogwarcie, kiedy nie mogła spać – teraz to miało sens.

– Hej – Draco usiadł obok niej, utrzymując komfortowy dystans. – Co się dzieje?

– Dragan miał wypadek.

Te trzy słowa uderzyły w młodego czarodzieja, na chwilę pozbawiając go tchu. Jego relacje z Lutherem były dość…skomplikowane, delikatnie rzecz ujmując, ale nie zmieniało to faktu, że szanował tego faceta. Niewiele myśląc zarzucił ramię na barki płomiennowłosej, przysuwając się bliżej niej. Nie sprawiała wrażenia, jakby chciała uciekać, co w zupełności mu wystarczyło. Teraz ich sprzeczka nie miała najmniejszego znaczenia i obydwoje zdawali sobie z tego sprawę. Podszedł do nich Blasie, jednak Malfoy nie dał mu szansy się odezwać.

– Ściągnij Dafne do pokoju Tei.

Książę Slytherinu spojrzał na przyjaciela w taki sposób, że dodatkowe wyjaśnienia stały się zbędne. Zabini jedynie potaknął, wskazując kumplowi głową korytarz, prowadzący do żeńskiej części dormitorium. Draco wstał i wyciągnął dłoń ku błękitnookiej.

– Chodźmy do ciebie – postarał się uśmiechnąć. – Tam będzie spokojniej.

Przytaknęła, chwytając jego rękę. W sumie i tak czekałaby ją rozmowa z najbliższymi przyjaciółmi, więc nie miała nic przeciwko temu, żeby załatwić to za jednym zamachem. Zachowanie blondyna sprawiło, że zrobiło jej się odrobinę cieplej na sercu – najwidoczniej ten kretyn nie zapomniał całkowicie, jak być przyzwoitym facetem. Wspólnie usiedli na jej łóżku, nie odzywając się do siebie, co nie miało w sobie nic z niezręczności. Nie musieli nieustannie gadać, ponieważ czasami cisza wyrażała znacznie więcej, niż jakiekolwiek słowa.

– Tea?!

Głos Dafne rozniósł się po spokojnym pokoju, wtłaczając w te cztery ściany niebezpieczną dawkę życia. Ślizgonka bezceremonialnie wskoczyła na łóżko i zarzuciła ręce na ramiona przyjaciółki, nieomal nie przewracając ich obydwu.

– Co się stało, księżniczko? – Blaise zajął miejsce obok kumpla.

– Dragan miał wypadek – powtórzyła po raz kolejny.

Niemalże fizycznie odczuwała niemy szok, bijący od uczniów. Przez kilka minut nikt się nie odezwał, ponieważ każde z nich musiało przetrawić to wszystko na swój własny sposób.

– Poważny? – ciszę przerwała Greengrass.

– Jest ciężko ranny – płomiennowłosa zerknęła w niebieskie, przerażone oczy towarzyszki.

– Wiesz, jak to się stało? – zazwyczaj roześmiany głos Blaise’a zabrzmiał wyjątkowo blado.

– Tylko ogólnie. Podobno pracował nad jakimś magicznym artefaktem, który wybuchł – zmyśliła na poczekaniu. – Dziadek albo nie wie więcej, albo nie chciał mi powiedzieć.

– Niedługo wróci.

Dafne zabrzmiała tak pewnie, że pozostała trójka spojrzała na nią jednocześnie. W oczach młodej czarownicy płonęło przekonanie, którego najprawdopodobniej nie byłyby w stanie złamać nawet najbardziej oczywiste fakty. Greengrass z całą pewnością wierzyła w to, co mówiła. Jej zachowanie rozchmurzyło płomiennowłosą.

– Dafn… – Zabini starał się być głosem rozsądku, jednak nie było mu dane.

– Och, przymknij się! – blondynka przewróciła oczami – Dragan jest bardzo silny i okropnie uparty! Coś takiego jak wybuch go nie powstrzyma, prawda?

– Ten skurczybyk to i zza grobu by wrócił – roześmiał się ciemnoskóry chłopak.

– Nie możecie być bardziej wrażliwi?! – Draco uderzył ramię przyjaciela.

– Akurat ty to nas nie pouczaj, Malfoy – prychnęła Greengrass.

– Dafne, miałam iść z tobą i Astorią do Hogsmeade, ale…

– Rozumiem – dziewczyna uśmiechnęła się ciepło. – Tych dwóch kretynów z nami pójdzie.

– Ej! – obruszył się arystokrata.

– No co? Nie powiesz mi, że macie lepsze plany! Ktoś musi przytaszczyć nasze torby.

– Zrobiła z nas chłopców na posyłki – wymamrotał Blaise.

– Marudy – młoda czarownica przewróciła oczami. – Niczym się nie przejmuj, Tea. Przełożymy imprezę na jutrzejszy wieczór, dobrze? Jeśli będziesz miała ochotę, to do nas dołączysz, a jak nie to zrozumiem. W końcu z nas wszystkich, ty jesteś z Draganem najbliżej. Musisz się o niego potwornie martwić…

– Jeszcze nie wiem dokładnie, w jakim jest stanie – błękitnooka nie mijała się z prawdą. – Dzisiaj powinnam się dowiedzieć. Dzięki, Dafne.

– Nie ma za co – przyjaciółka uścisnęła ją mocniej. – Wiem, że wolisz posiedzieć sama. Gdybym zmusiła cię do pójścia z nami, pewnie udawałabyś, że wszystko w porządku, co?

– Prawdopodobnie – płomiennowłosa była szczerze zaskoczona słowami Ślizgonki.

– Zawsze tak robisz – Greengrass przemówiła profesorskim tonem. – Zachowujesz się, jakby nic się nie stało, żeby nas nie martwić. Po prostu… – zawahała się przez moment – przyjdź jutro wieczorem, jeśli będziesz czuła się na siłach. Dzisiaj damy ci spokój.

– Postaram się.

               Odprowadziła swoich Ślizgońskich znajomych na śniadanie, jednak sama nie weszła do Wielkiej Sali. Nie miała ochoty na jedzenie, ani spędzanie czasu w towarzystwie większej liczby ludzi. Zamiast zmuszać się do zachowania jako takich pozorów, wzięła książkę i poszła do sowiarni, żeby poczytać w spokoju. Wzrok prześlizgiwał jej się po kolejnych wersach, nie rozczytując żadnego z napisanych słów. Wciąż myślała o tym, co powiedziała Dafne. Uśmiechnęła się szeroko. Greengrass rozumiała ją znacznie lepiej, niż sądziła i była jej za to wdzięczna. Czułaby się koszmarnie, gdyby musiała spędzić ten dzień normalnie, wymuszając śmiech oraz rozmowy, które nie miały znaczenia. To czy zjawi się na imprezie w Pokoju Wspólnym zależało od tego, jakie informacje otrzyma z Indrahill i kiedy to nastąpi. Póki co musiała czekać… Skupiła się na książce, po jakimś czasie wsiąkając w zajmującą historię, przeplataną nieco tandetnym wątkiem miłosnym. Z transu wyrwał ją odgłos rytmicznych, ciężkawych kroków. Podniosła wzrok znad strony i przymrużyła powieki, dostrzegając sylwetkę przybysza. Profesor Lupin zatrzymał się, zaskoczony tym, że przyszło mu się na kogoś natknąć. Niezgrabnym ruchem poprawił niewielki stos listów, które na polecenie Albusa miał wysłać do Ministerstwa.

– Dzień dobry, panie profesorze – płomiennowłosa skinęła ku niemu elegancko.

– Dzień dobry – odpowiedział uprzejmie. – Przepraszam, nie chciałem przeszkodzić.

– Nie przeszkadza pan – uśmiechnęła się i wróciła do czytania.

Czarodziej odchrząknął nieznacznie i zabrał się za swoją robotę. Mimowolnie co jakiś czas zerkał kątem oka na dziewczynę, odrobinę się o nią martwiąc. Dumbledore po śniadaniu poinformował grono o wypadku, w którym dość poważnie ucierpiał Luther, nadmieniając, że jego stan zdrowia nie był jeszcze dokładnie znany. Z tego co zauważył Gallatea i Dragan byli sobie bardzo bliscy, więc wypadek musiał nią porządnie wstrząsnąć. Zastanawiał się, dlaczego postanowiła siedzieć zupełnie sama, z daleka od przyjaciół i dziadka. Szukanie wsparcia wśród ludzi wydawało mu się logiczniejszym wyjściem, niż izolowanie się od nich. Zaśmiał się w duchu. Akurat on nie powinien wypowiadać się na takie tematy! Jakby o tym pomyśleć, przez lata robił dokładnie to samo i cały czas zadawał sobie pytanie, po cholerę zgadzał się na zmianę tego stanu rzeczy – przyzwyczaił się do samotności, nie dostrzegając innej drogi. Skończył wysyłać listy i powinien zbierać się do wyjścia, ale z jakiegoś powodu nie chciał. Zamiast się ulotnić, podszedł bliżej płomiennowłosej.

– Mogę? – wskazał na wolną część parapetu obok niej.

– Proszę – zabrała nogi, robiąc mu więcej miejsca.

Usiadł, opierając plecy o ścianę i niepewnie spoglądał na śliczną, porcelanową twarzyczkę, częściowo ukrytą za książką. Pojęcia nie miał, co pchnęło go do zostania. Tak naprawdę niewiele miał jej do powiedzenia i nie był pewny czy chciał głośno rozmawiać o tym, co przychodziło mu do głowy. Siedział, wpatrzony w widok za oknem, z nieoczekiwanym upodobaniem dzieląc ciszę ze swą towarzyszką. Podobało mu się to, że nie próbowała pytać, czego od niej chciał. Sama obecność tej dziwnej dziewczyny napawała go łagodnym, przyjemnym spokojem. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął małą tabliczkę czekolady, którą rozpakował, połamał na mniejsze kawałki i wyciągnął w stronę błękitnookiej.

– Chcesz?

Przełknął ciężko ślinę, gdy spojrzały na niego lazurowe, przeszywające tęczówki. Czuł się, jakby Tea próbowała wniknąć wprost w jego myśli, ale wrażenie to uleciało, gdy uśmiechnęła się delikatnie. Odłożyła książkę i poczęstowała się kawałkiem czekolady.

– Dziękuję – włożyła czekoladę do ust. – Truskawkowa?

Ten drobny szczegół przywołał na jej twarz szczery uśmiech. Pamiętała, jak Syriusz opowiadał jej o podbieraniu Remusowi truskawkowej czekolady.

– Moja ulubiona – mężczyzna uśmiechnął się melancholijnie. – Przykro mi z powodu twojego przyjaciela.

– Mnie też – westchnęła cicho. – Mam nadzieję, że nic mu nie będzie.

– Znacie się od dawna? – postanowił kontynuować, skoro miał okazję.

– W sumie to nie. Dragan został przeniesiony do Hogwartu w zeszłym roku, ale szybko się zaprzyjaźniliśmy. Jest dla mnie trochę jak brat – zaśmiała się w melodyjny, uroczy sposób. – Opiekuje się mną i zawsze mogę na niego liczyć, co by się nie działo.

– Chyba rozumiem, o czym mówisz – przyznał, zanim zdążył się zastanowić.

– Pan też ma takiego przyjaciela? – podobało jej się, dokąd zmierzała ta rozmowa.

– Kiedyś miałem.

Lupin zaskoczony był własną wylewnością, a jeszcze bardziej faktem, że wcale mu to nie przeszkadzało. Od wielu lat z nikim otwarcie nie rozmawiał na tema przeszłości – zamykał się w sobie, zanim mogło do tego dojść. Nie był świadomy tego, że powoli poddawał się niesamowitemu, niezwykłemu czarowi Lady Crown. Miał zbolałą duszę, a one zawsze ciągnęły do kojącego światła, którym była Vallerin.

– Ciężka sprawa?

– Nawet bardzo – westchnął z ubolewaniem.

– Wiem, że przyjaźnił się pan z rodzicami Harry’ego i Blackiem.

– Skąd… – wydukał, choć odpowiedź była oczywista.

– Od dziadka – wzięła kolejny kawałek czekolady. – Spokojnie, nikomu nie powiem, a tym bardziej Harry’emu.

– Od dawna wiesz?

– Od początku roku – skłamała wprawnie. – Widziałam pana na fotografii Zakonu. Niewiele się pan zmienił.

– Jesteś całkiem bystra, co? – uśmiechnął się mimowolnie.

– Niektórzy tak uważają – wzruszyła ramionami. – Musiało być panu bardzo trudno wrócić do Hogwartu.

– Cały czas jest – zapatrzył się na krajobraz. – To dlatego broniłaś mnie przed swoimi koleżankami?

– Nie. Mam alergie na głupotę – zachichotała. – Poza tym naprawdę uważam pana za świetnego nauczyciela i silnego czarodzieja. Cieszę się, że pan nas uczy.

– Zawsze jesteś taka miła? – z rozbawieniem uniósł brew.

– Przeważnie – odpowiedziała śmiechem.

– Dużo wiesz o sprawie Blacka? – spochmurniał, wspominając byłego przyjaciela.

– Raczej nie. Dziadek nie lubi o tym rozmawiać, a nie chcę sprawiać mu przykrości głupimi pytaniami. Wiem, że pan Black zdradził Zakon podczas wojny.

– To przez niego zginęli rodzice Harry’ego – słowa wyrwały się z jego gardła.

– Jest pan pewny?

Czarodziej gwałtownie spojrzał na dziewczynę, mając zamiar ukrócić te jej filozoficzne dywagacje! Syriusz ich zdradził, doprowadzając do śmierci Jamesa, Lily i Petera! Był gotów wykrzyczeć to całemu światu, ale nagle znieruchomiał. Wpatrywał się w ten nieziemski, hipnotyzujący lazur dopuszczając do świadomości wątpliwości, które lata temu skrzętnie ukrył na dnie serca. Pod wpływem spojrzenia płomiennowłosej, wszystkie te męczące, okropne pytania odżyły, powodując istny chaos. Znał Syriusza. Kochał go jak brata i w głębi ducha wierzył w to, że nigdy by ich nie zdradził. Potrząsnął głową, nie wiedząc, co się z nim dzieje. Nie chciał o tym myśleć! Całe lata zajęło mu pozbycie się mętliku w głowie, a wystarczyło jedno pytanie tej małej, żeby to wszystko runęło jak domek z kart. Syriusz…wiele złego można było o tym dupku powiedzieć, ale nie był podłym, dwulicowym zdrajcą! Ukrył twarz w dłoniach, nieświadomie wbijając paznokcie w skórę. Straszny, uciążliwy szum odciął go od rzeczywistości, więżąc w pułapce suchych faktów oraz własnych uczuć. Wszystko wskazywało na Blacka…dosłownie wszystko! Ale to i tak nie było w stanie przekonać go całkowicie, co do winy przyjaciela. Przez lata nauczył się myśleć o Łapie, jak o najpodlejszym z podłych…wbrew sobie. Nieoczekiwanie wszystko ustało – odzyskał jasność myślenia oraz względny spokój. Spojrzał na swoje szorstkie, pokryte bliznami dłonie, od których biło przecudowne ciepło. Smukłe, białe palce nienachalnie zaciskały się wokół jego własnych. Zdezorientowany podniósł wzrok i wzdrygnął się, napotykając błękitne oczy dziewczyny.

– Nie powinnam pytać – jej wyrozumiały, pełen litości głos przyprawił go o ciarki. – Przepraszam.

Jeszcze przez kilka chwil nie odezwał się, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Zafascynowało go to, w jaki sposób ognistowłosa na niego oddziaływała. Jednym zdaniem wpędziła go w bolesną czeluść nieustannych wątpliwości, by jednym gestem go z niej wyciągnąć. Coś takiego…nie sądził, żeby było możliwe. Powinien jak najszybciej puścić jej dłonie! Chociaż nie myślał o niej w TAKI sposób, to i tak było niestosowne…w końcu był jej nauczycielem. Wiedział o tym aż za dobrze, ale wcale nie chciał jej puszczać.

– Nie szkodzi – wymamrotał speszony. – To ja nie powinienem tak reagować. Wybacz.

– Wie pan – odsunęła od niego ręce – ja też nie za bardzo lubię rozmawiać o tym, co czuje, ale czasami warto. Lepsze to, niż zostać ze wszystkim całkiem samemu – odwróciła się i podniosła książkę. – Niech pan spróbuje, jeśli będzie miał pan okazję.

– Tak…może masz rację – uśmiechnął się słabo.

– Zazwyczaj mam, ale proszę nikomu nie mówić – figlarnie przytknęła palec do ust. – Dziękuję za rozmowę i czekoladę.

– Do zobaczenia na zajęciach.

– Do widzenia, profesorze.

Dziewczyna opuściła sowiarnię i on też powinien, ale zrezygnował z tego pomysłu. Siedział samotnie na kamiennym, zimnym parapecie, patrząc gdzieś w dal. Uśmiechnął się pod nosem. To niecodzienne spotkanie z całą pewnością należało uznać za wyjątkowo dziwaczne, jednak miłe doświadczenie.

               Syriusz wszedł do gabinetu Luthera, wracając do ludzkiej postaci. Sięgnął po papierosa, wykończony dzisiejszym dniem i przybiegnięciem z Chaty do zamku. Powinien jak najszybciej iść do Vallerin, ale nie chciał jej się tak pokazywać. Dosłownie cały umazany był we krwi. Przesiąknięte ubranie przykleiło się do jego ciała, a zlepione włosy zdążyły zesztywnieć. Musiał się wykąpać…

– Syriusz?

Skamieniał, słysząc jej głos. Przymknął powieki, wzdychając cicho. Naprawdę nie chciał pokazywać jej się teraz na oczy, ale nie było mowy o ucieczce. Dlaczego musiała czekać akurat w gabinecie?! Specjalnie tu przyszedł, by oszczędzić jej tego makabrycznego widoku. Nie mając wyjścia odwrócił się powoli, nie mając pojęcia, jak zniesie jej wzrok. Przez chwilę stała nieruchomo, wpatrując się w niego z rozdzierającym serce smutkiem. Czuł jej przepiękne oczy, dokładnie badające kształt każdej z rozległych, częściowo zaschniętych plam. Opuścił głowę, nie mogąc tego ścierpieć. Płomiennowłosa miała ochotę paść na kolana. Spodziewała się, że Dragan i Raven poważnie oberwali, ale widząc tak przerażającą ilość krwi…robiło jej się słabo. Podeszła powoli do Blacka i położyła dłoń na jego policzku, chcąc, żeby na nią spojrzał. Uśmiechnęła się nieznacznie, napotykając szare tęczówki.

– Chciałem się ogarnąć, zanim pójdę z tobą porozmawiać – pozwolił sobie na pogładzenie jej dłoni.

– Żyją? – zapytała rozpaczliwie.

– Tak, chociaż nie jest kolorowo – postarał się uśmiechnąć, co kompletnie mu nie wyszło.

– Co z twoją ręką?

Wskazała na jego prawą dłoń, wprawnie owiniętą bandażem. Mechanicznie podążył za nią wzrokiem i miał ochotę się roześmiać, widząc zakrwawiony materiał. Całkiem o tym zapomniał…

– Skaleczyłem się rozbitą buteleczką po eliksirze – spróbował zgiąć palce, jednak świeże szwy mu na to nie pozwalały. – Nic poważnego. Q się tym zajął.

– Możesz ruszać palcami? – zapytała, delikatnie unosząc jego dłoń.

– W pewnym stopniu – udzielił wymijającej odpowiedzi. – Opowiem ci o wszystkim, ale najpierw wolałbym się wykąpać i przebrać. Zaczekasz?

Potaknęła, odsuwając się od niego. Czarodziej udał się wprost do przejścia za kominkiem, wchodząc do części sypialnej gabinetu. Najpierw podszedł do stylowej, hebanowej komody, którą Luther udostępnił mu do przechowywania swoich rzeczy. Lewą ręką wyciągnął jeansy oraz czarną, pomiętą koszulę. W tym momencie żałował, że obydwaj byli uczuleni na robienie prania, przez co nie miał żadnej czystej koszulki. Zawlókł się do łazienki, dziękując opatrzności za to, że kruczowłosy zamontował tam dużą, całkowicie przeszkloną kabinę prysznicową, pozbywając się topornej wanny. Ściągnięcie ubrań, bez korzystania z prawej ręki, okazało się cholernie wkurwiające! Jakoś dał radę ze spodniami oraz bielizną, ale przy koszuli stracił cierpliwość. Warknął przeciągle, po czym mocnym szarpnięciem po prostu ją zerwał. Samo zmycie z siebie krwi zajęło mu dość sporo czasu, a nie chciał kazać Vallerin czekać w niepewności. Ogarnął się jako tako, bez dokładniejszego wytarcia włosów, czy szczególnej dbałości o styl. Nie mógł poradzić sobie z założeniem i zapięciem czystej koszuli, więc przerzucił ją przez ramię, mając zamiar spróbować później – Lady i tak widywała go już z gołym torsem. Kiedy wrócił do gabinetu, błękitnooka – w dorosłej postaci – siedziała sztywno na kanapie, bawiąc się splecionymi palcami. Nie mógł powstrzymać uśmiechu – przesłodka dziewczyna.

– Przepraszam, że musiałaś czekać – podszedł do kanapy.

– Pomogę ci – wstała pospiesznie.

– Co? – za cholerę nie wiedział, o czym mówiła.

– Z koszulą – ściągnęła materiał z jego barku.

– Erin, to teraz nie ważne.

– Pozwól mi – jej głos zadrżał delikatnie – proszę.

Jak mógłby dalej się wzbraniać? Wyciągnął ramiona do tyłu, żeby ułatwić jej zadanie, a potem w milczeniu obserwował, jak zapinała guziki. Była na tym do tego stopnia skupiona, że nie miał wątpliwości, czemu to wszystko miało służyć – musiała uporządkować myśli. Zaklął w duchu. Pierwszą rzeczą jaką zobaczyła, nie powinien być facet, wyglądający jak pierdolony rzeźnik! Jak zwykle, Black…żeś się popisał wyczuciem! Kiedy skończyła, zatrzymała dłonie na jego obojczykach.

– Jak źle jest? – zapytała cichutko.

– Z Draganem nie najlepiej, z Ravenem… – jak bardzo nie chciał tego mówić – bardzo, bardzo źle. Usiądźmy, dobrze?

Nie zareagowała na jego słowa, więc ostrożnie objął ją ramieniem i posadził na kanapie. Podszedł do barku, z którego wyciągnął butelkę szkockiej i dwie szklanki. Pojęcie nie miał, czy Lady miała ochotę się napić, ale on dramatycznie potrzebował alkoholu, żeby pociągnąć temat. Usiadł obok niej i napełnił naczynka do połowy, po czym pociągnął wprost z butelki porządny łyk. Panna Crown siedziała spokojnie, nie pospieszając go w żaden sposób. Wiedziała, że przez ostatnie godziny musiał napatrzeć się na okropne rzeczy i chciała, żeby zaczął mówić, kiedy będzie gotowy.

– Q ustabilizował Dragana i podał mu antidotum, które przysłałaś – wsunął szklankę w jej dłoń. – Był mocno pogruchotany i stracił sporo krwi, ale kiedy wychodziłem, regeneracja zaczynała w końcu działać. Q twierdzi, że wyliże się z tego w ciągu najbliższych dwóch tygodni.

– Raven? – zapytała rzeczowo, upijając łyk szkockiej.

– Jest w stanie krytycznym – nie zamierzał kłamać, żeby ją uspokoić. – Kiedy dotarli do Indrahill, był jeszcze przez chwilę przytomny i zdążył opowiedzieć na kilka pytań. Wygląda na to, że przyjął na siebie cios Lorda, żeby osłonić Dragana.

Poczuł jej głowę na swoim ramieniu, więc odstawił butelkę i przytulił ją do swojego boku. Ciężko było mu o tym wszystkim mówić, jednak to nie była pora na jakiekolwiek przemilczenia. Vallerin musiała dokładnie znać sytuację, choć sam siebie nienawidził za rolę ponurego posłańca.

– Cięcie naruszyło jego narządy, powodując rozległy krwotok wewnętrzny – kontynuował spokojnym, cichym głosem. – Potrzebował pilnej transfuzji, ale Q spodziewał się podobnego scenariusza i w porę zorganizował pasujących dawców. Operowali non stop przez prawie 6 godzin i udało im się jako tako ustabilizować jego stan. Q cały czas przy nim czuwa, ale nie jest w stanie powiedzieć, czy Raven przeżyje. Kluczowe są następne 3 doby – wypił całą zawartość szklanki. – Jest jeszcze coś, o czym powinnaś wiedzieć. Stracił oko.

Płomiennowłosa spojrzała na niego w sposób, jakiego nigdy nie chciał doświadczyć. Nie chciał widzieć w jej ślicznych oczach takiego strachu i majaczących cieni poczucia winy. Nie powinna czuć się winna! Ten kruczowłosy debil porwał się na przeciwnika, z którym nie potrafił wygrać i diabeł jeden wiedział, dlaczego to zrobił. Wystraszył się, gdy atmosfera między nimi uległa nagłej zmianie. Vallerin po prostu wstała i wyglądała, jakby miała zamiar wyjść.

– Dziękuję – odwróciła się do niego plecami, mówiąc z cudacznym chłodem.

– Gdzie idziesz? – poderwał się, gdy ruszyła ku drzwiom.

– Chcę pobyć sama – nie miała zamiaru się zatrzymywać.

Tym razem to już go zwyczajnie wkurzyła! Dopiero co usłyszała potworne wieści i nie było mowy, żeby od tak mógł pozwolić jej odejść! Podszedł do niej i zdecydowanym ruchem chwycił jej ramię, odwracając ją w swoją stronę. Kiedy zobaczył przesycone bólem łzy, ściekające po jej twarzy…coś w nim gwałtownie pękło. W jednej chwili zawaliła się cała ta gruba ściana niepewności, którą tak ochoczo odgradzał się od uczuć, bojąc się cholera wiedziała czego. Nie mógł tego znieść… Do kurwy najjaśniejszej, nie mógł na to spokojnie patrzeć! Schylił się i wziął ją na ręce.

– Co robisz? – była zdziwiona do tego stopnia, że nie próbowała się wyrywać.

– Zamilcz, kobieto! – warknął poirytowany – Jeśli myślisz, że pozwolę ci odejść, to się grubo mylisz.

Ignorując jej słabe protesty, zaniósł ją do sypialni Luthera i położył ją na olbrzymim łóżku. Sam usiadł przy krawędzi, odwrócony plecami. Przetarł dłonią zmęczoną twarz, nie bardzo wiedząc, jak wyrazić słowami to, co chciał przekazać. Chociaż tyle dobrego, że nie sprzedała mu solidnego policzka.

– Wiem, że przez lata byłaś sama z masą nieszczęść i nauczyłaś się radzić sobie ze wszystkim w samotności, ale nie dzisiaj, dobrze? – sam się dziwił, jak stanowczo brzmiał jego głos – Możesz płakać, przeklinać, krzyczeć, rozwalać wszystko w zasięgu ręki, a nawet połamać mi każdą jedną kość. Rób na co masz ochotę, tylko pozwól mi być przy tobie – przez ramię spojrzał w zdumione, błękitne oczy. – Chociaż ten jeden raz.

Cisza z każdą sekundą coraz bardziej rozrywała jego serce. Może źle to wszystko ujął? Może tylko wydawało mu się, że potrafi zrozumieć, czego było jej potrzeba w takiej chwili? Może posunął się o krok za daleko i przyjdzie mu tego gorzko żałować? Westchnął ledwo słyszalnie. Co on sobie wyobrażał? Był tylko zwykłym czarodziejem i na dobrą sprawę nie potrafił zaoferować jej niczego wartościowego. Zakrył dłonią oczy. Zawsze był cholernie głupi i nic się nie zmieniło…

– Położysz się obok?

Takiej propozycji nie śmiałby odrzucić. Położył się na boku, podkładając zdrową rękę pod głowę, żeby móc ją obserwować. Miała nieodgadniony wyraz twarzy, jednak nie czuł potrzeby analizowania go. Wszystko, co mógł dla niej na tę chwilę zrobić, to być obok i słuchać, jeśli zechce mówić. Wyciągnęła ku niemu dłoń, którą pospiesznie uścisnął, rezygnując tym samym z wygody.

– Dziękuję – uśmiechnęła się słodko.

– Za co? – rytmicznie gładził jej szczupły nadgarstek.

– Że zmusiłeś mnie do zostania – przyznała otwarcie.

– Spodziewam się, że wcześniej Dragan odczyniał takie cyrki – uśmiechnął się półgębkiem. – Nie zastąpię ci jego obecności, ale chcę, żebyś wiedziała, że jestem obok i nigdzie się nie wybieram – złożył na jej dłoni kilka subtelnych, pełnych czułości pocałunków. – Nigdzie.

– Kiedyś mnie opuścisz, tak jak wszyscy – powtórnie się rozpłakała.

– Pewnie masz rację – nie miał zamiaru się głupio wypierać. – Kiedyś tam umrę, ale póki co umierać nie zamierzam, a tylko śmierć może zmusić mnie do tego, żeby cię zostawić.

– Przysięgasz? – spojrzała na niego z tęskną nadzieją.

– Przysięgam – położył jej dłoń na swoim sercu. – Będę musiał tylko pogadać z Draganem, bo te jego durne pomysły wpędzą do grobu nas wszystkich – zażartował swobodnie.

– Łącznie ze mną – roześmiała się lekko. – Dobrze, że jestem odporna na zawały, bo przez niego zaliczałabym przynajmniej kilka rocznie.

– W co ja się wpakowałem – figlarnie przewrócił oczami, wzdychając teatralnie. – Q prosił, żebym podziękował ci za antidotum. Bez tego…byłoby mocno nieciekawie.

– Tak przypuszczałam – pokiwała głową z rezygnacją. – Damon naprawdę nie żartował, skoro sięgnął po te trucizny.

– Opowiesz o nich?

Widział zawahanie w jej oczach, ale nie chciał, żeby przestała mówić. Podskórnie czuł, że rozmowa przynosiła jej ukojenie i tylko tego jednego chciał w tym momencie…żeby mogła się rozluźnić i odpocząć. Skrócił dystans między nimi, kładąc się tak, by mogła oprzeć głowę na jego ramieniu. Przyjemne ciepło rozlało się po jego całym ciele, gdy skorzystała z tej możliwości.

– Dragan pewnie mówił ci o tym, że większość moich braci nie przepada za Lutherami – zerknęła w szare oczy i uśmiechnęła się, gdy przytaknął. – Jako, że lubią być przygotowani na wszystko, wiele lat temu stworzyli trzy bardzo specyficzne trucizny, mające umożliwić im ewentualną eksterminację Lutherów.

– Chore pojeby – wysyczał z obrzydzeniem.

– Phoenix’owie – zaśmiała się gorzko. – Nazywajmy rzeczy po imieniu. Arien wdał się wtedy w ostrą dyskusję z pozostałymi i wbrew ich woli opracował skuteczne antidotum. Nie mógł trzymać go w swoim domu, więc poprosił, żebym je ukryła na jakiś czas. Wkrótce się dogadali, a przypieczętowaniem porozumienia miało być zniszczenie lekarstwa. Arien poprosił mnie o zwrot antidotum, więc mu je oddałam, jak na dobrą siostrzyczkę przystało – zachichotała wdzięcznie. – Oczywiście nie miał pojęcia o tym, że gruntownie je przebadałam i zdołałam odtworzyć. Zatrzymałam kilkanaście dawek, na wszelki wypadek.

– Podstępnie – puścił jej oczko.

– To moi bracia i kocham ich, ale nie jestem ślepa na ich wady – położyła dłoń na jego piersi, delikatnie wodząc po niej palcami, czym przyprawiła go o ciarki.

– Jacy oni są? – postarał się zabrzmieć naturalnie, chociaż mu tego nie ułatwiała.

– Okropni – roześmiała się w głos. – Najczęściej zachowują się jak aroganckie, zapatrzone w siebie świnie. Killian to prawdziwy świr, ale z nim najłatwiej jest się dogadać, jeśli wie się, w jaki sposób wzbudzić jego zainteresowanie. Damon to taki wieczny nastolatek, w ciele dorosłego faceta. Sam nie do końca wie, czego chce i bardzo często ma skrajne humorki, buntując się przeciw wszystkiemu i wszystkim. Arien jest z nich wszystkich najspokojniejszy i najbardziej niebezpieczny. To chłodny, zdystansowany profesjonalista, dążący za wszelką cenę do wyznaczonych celów.

– A czwarty? – bezwiednie zaczął gładzić dłonią jej drobne plecy.

– Elias… – westchnęła ciężko. – Z nim sprawa jest okrutnie prosta. Nienawidzi mnie i tyle.

– Więc musi być największym debilem z nich wszystkich – przesunął rękę na jej policzek.

– Obawiam się, że jest wręcz odwrotnie. Zawsze uważałam go za wyjątkowo inteligentnego i to bywa bardzo kłopotliwe. Reszta jest dość przewidywalna, ale on… – przylgnęła mocniej do boku czarodzieja – potrafi zaskoczyć.

Przez jakiś czas po prostu leżeli przytuleni, nie podejmując dalszej rozmowy. Ta chwila ciszy potrzebna była im obojgu. Black rozmyślał nad tym, co usłyszał, natomiast Vallerin zwyczajnie cieszyła się bliskością czarodzieja. Ciężko było jej to przyznać przed samą sobą, ale czuła się przy nim niespodziewanie dobrze. Syriusz bywał odrobinę niezręczny i niepewny jak się zachować, ale rozumiał ją i potrafił to okazać za pomocą gestów. Uśmiechnęła się pod nosem. Ten facet wydawał się w jakiś naturalny, w pełni swobodny sposób wiedzieć, jak poprawić jej nastrój. Spojrzała ukradkiem na swoją dłoń. Wciąż czuła na skórze przyjemne, delikatne ciepło jego warg. Nie przeszkadzało jej to, że dotykał jej coraz częściej i to w sposób coraz bardziej czuły. Przez wieki wielu mężczyzn starało się do niej zbliżyć, a ona odczuwała wobec nich wyłącznie odrazę, karzącą jej odsunąć się jak najdalej – w najbliższym gronie tolerowała wyłącznie Dragana. Chciała coś sprawdzić, więc przesunęła kciukiem po jego ustach. Serce zabiło jej żwawiej, kiedy automatycznie przytrzymał jej dłoń i pocałował jej wewnętrzną stronę. Czuł coś do niej…była pewna.

– Robisz to specjalnie, prawda? – zapytał, przytulając jej dłoń do swojej szyi.

– Co takiego?

– Trzymasz się na uboczu – jego słowa zaskoczyły ją i odrobinę zawiodły. – Celowo robisz to, czego oczekują twoi bracia, żeby móc na nich wpływać.

– Masz mnie za jakiegoś wrednego potwora? – obruszyła się.

– Mam cię za diabelnie inteligentną kobietę – spojrzał na nią w sposób, od którego dostała gęsiej skórki. – Przyzwyczaiłaś ich do tego, że zawsze respektujesz ich fanaberie i dzięki temu stali się mniej czujni. Mylę się?

– Ani trochę – przyznała z makiawelicznym uśmieszkiem. – Przez długie lata pracowałam na to, by każdy z nich widział we mnie cichego sojusznika, do którego można zwrócić się w tajemnicy przed pozostałymi. Są tak zapatrzeni we własną potęgę, że nie dostrzegają wielu rzeczy. Żaden z nich nie jest skłonny nawet pomyśleć, że mogłabym w delikatny, dyplomatyczny sposób wpływać na ich decyzje, ani odważyć się robić cokolwiek za ich plecami. Nie twierdzę oczywiście, że mówią mi o wszystkim, bo lubią mieć własne sekreciki, ale robię co mogę, żeby ich pilnować w miarę moich skromnych możliwości – westchnęła ciężko.

– Genialne!

– Raczej podłe – zaśmiała się sucho. – Po prostu…nie chcę prowokować otwartego konfliktu, a w ten sposób mogę działać, nie wychylając się za bardzo.

– Mówię przecież, że genialne – zirytował się, słysząc cień żalu w jej głosie. – Musiało być ci kurewsko ciężko to osiągnąć. Dragan wie?

– Pewnie tak, ale nigdy nie przyznał tego głośno. On nienawidzi Lordów i ma ku temu masę powodów. Nie zalicza się też do fanów dyplomacji – roześmiała się melodyjnie.

– Zauważyłem – zawtórował jej śmiechem. – On to raczej pięści, ponad rozumem.

– No już nie przesadzaj! – uderzyła czarodzieja w ramię – Gadaj co chcesz, ale musisz przyznać, że jest okrutnie bystry.

– Wcale nie muszę – rzucił markotnie.

– No przyznaj! – szturchnęła go po raz kolejny.

– Nigdy! – uderzył ją biodrem.

– Czy pan mi się sprzeciwia, panie Black? – usiadła, obrzucając go wyzywającym spojrzeniem.

– A na co to pani wygląda, panno Crown?

Również się wyprostował, chcąc podtrzymać zaczepną przepychankę. Stracił cały animusz, widząc jej błędne, pozbawione wyrazu spojrzenie. Znowu coś palnął i nawet się nie zorientował? Może rozśmieszanie jej nie było najlepszym pomysłem? Chciał przeprosić, ale odezwała się pierwsza.

– Czemu nigdy nie nazywasz mnie Phoenix? – wyszeptała ponuro.

– Czemu bym miał? – nie łapał, o co chodziło – Używasz nazwiska Crown, prawda? Po jaką cholerę miałbym nazywać cię inaczej?

Bez ostrzeżenia rzuciła mu się na szyję, przewracając ich obydwoje. Bladego pojęcia nie miał, czemu to zrobiła, ale nie miał najmniejszego zamiaru narzekać. Leżała na jego klatce piersiowej, otoczona jego ramionami. Tak było dobrze…horrendalnie dobrze.

– Wszyscy prędzej, czy później widzą we mnie Phoenix’a.

– W dupie mam wszystkich – syknął buntowniczo. – Dla mnie jesteś Crown, a nie Phoenix. Posłuchaj, mała – podniósł jej podbródek, by móc spojrzeć w jej oczy. – Nie obchodzi mnie, do jakiego klanu popaprańców przyszło ci należeć. Jesteś inna niż oni. Wiem to ja, Dragan, Ethan, Raven, Albus, Snape i pewnie cała masa ludzi, których nie poznałem – zaśmiał się szczerze. – Popatrz na mnie! Noszę nazwisko Black, ale to wcale nie znaczy, że jestem taki sam jak moi krewni. Czemu miałbym uważać, że z tobą jest inaczej?

Tego co się później stało, nie wyśniłby w najpiękniejszych snach. Płomiennowłosa podniosła się lekko i pocałowała go. Skamieniały nie potrafił w porę zareagować, więc patrzył na nią szeroko otwartymi, zdumionymi oczami, nie mogąc się poruszyć. Miał ochotę krzyknąć, kiedy się odsunęła.

– Przepraszam, nie powinnam – odwróciła twarz z zażenowaniem.

– Po prostu się zamknij.

Przyciągnął ją do siebie, muskając łagodnie usta, o których marzył tygodniami. Musiał złamać jej delikatną niepewność, przelewając w ten jeden pocałunek wszystkie uczucia, którymi ją darzył. Starał się być subtelny, jednak namiętność szybko wzięła górę. Wprawnie wsunął język pomiędzy jej wargi, pogłębiając upragniony pocałunek i uśmiechnął się kącikiem ust, gdy odpowiedziała tym samym. Gdzieś miał to, że powoli zaczynało brakować mu tchu – jeśli miał się udusić, proszę bardzo! Rozpływał się za każdym razem, gdy jego język napotykał jej. Próbowała walczyć o dominację, ale nie zamierzał na to pozwolić. W końcu przerwała to niebiańskie doznanie i spojrzała na niego z ciepłym, czułym uśmiechem.

– Czy ty właśnie kazałeś mi się zamknąć? – uniosła zawadiacko brew.

– Możliwe – odpowiedział zaczepnie. – Było dobrze? Znaczy… – cały poczerwieniał, przeklinając swój dysfunkcyjny mózg.

– Nawet bardzo dobrze – zachichotała, rozbawiona jego niezręcznością. – Nie wyszedł pan z wprawy, panie Black.

– Dragan łeb mi ukręci, prawda? – wsunął dłoń pod jej włosy, wodząc kciukiem po karku.

– Możliwe – pokiwała głową z pełną powagą.

– Czy pani się ze mną droczy, panno Crown?

– Niewykluczone – powtórnie opadła na jego klatkę piersiową.

– Niech morduje! – przyciągnął jej dłoń do ust, całując ją z nazbyt oczywistą miłością – Warto za to zginąć.

– To… – spojrzała nieśmiało na swoją rękę – bardzo przyjemne.

– Skoro tak…

Metodycznie całował każdy milimetr jej skóry, napawając się kolejnymi pocałunkami. Nie do końca wierzył w to, co się działo. Może zwyczajnie mu odbiło i tylko wyobraził sobie to wszystko? Może znokautowała go, kiedy wziął ją na ręce, a teraz leżał na podłodze gabinetu, cały zaśliniony? Ulotny zapach jaśminu kazał mu uwierzyć we własne szczęście. Jego ukochana…jego najcudowniejszy anioł…była tu teraz i nic poza tym nie miało dla niego znaczenia. Kochał ją. Kochał całym sobą i nareszcie miał okazję to należycie okazać. Przygryzł dolną wargę, kiedy zabrała rękę.

– Jeszcze… – jęknął niskim, mruczącym tonem.

– Mam prośbę – zatopiła palce w jego włosach.

– Proś o co chcesz – wbił stalowe oczy w jej prześliczne tęczówki.

– Mogę zobaczyć twoje blizny?

– Po co? – nastrój natychmiast mu minął.

– Zobaczysz – uśmiechnęła się zagadkowo.

– Mów – warknął ostrzej, niż zamierzał.

– Nie rozkazuj mi – zaplotła ręce na piersi i uroczo nadęła policzki. – Powiedziałeś, że mogę prosić o co zechcę.

– Wiesz, że nie lubię ich pokazywać – przewrócił oczami.

– Właśnie dlatego o to proszę – zrobiła to samo.

– Masz zamiar mnie torturować, okrutna kobieto?

– Tylko jeśli nie zrobisz tego, o co grzecznie proszę.

Rozłożył bezradnie ręce, przeczuwając, że jest na przegranej pozycji. Vallerin rozpięła guziki jego koszuli, odsłaniając pokiereszowany, wytatuowany tors. Spiął mięśnie, nie wiedząc, co planowała. Rozluźnił się, kiedy czule pocałowała pierwszą bliznę i przymknął oczy, rozkoszując się jej dotykiem. Uważnie, delikatnie ucałowała każdą jedną szramę, szpecącą jego skórę. Przez dłuższą chwilę zatrzymała się na bliznach po hakach. Niepewnie uchylił powieki. Siedziała na jego brzuchu, wpatrując się w potworne znamiona przeszłości ze smutkiem, którego nie potrafił przełknąć. Odsunął jej dłonie od swojego ciała, choć wiele go to kosztowało.

– Nie musisz… – wyszeptał.

– Nigdy nie pozwolę ci tam wrócić – w jej oczach zapłonął gniew.

– Hej! – wsparł się na przedramionach, zaniepokojony tym, co widział – Mówiłem już, że nigdzie się nie wybieram.

– Bolało? – nie przestawała patrzeć na blizny.

– Cholernie, ale to już nie ma znaczenia – zaśmiał się melancholijnie. – Jeśli musiałbym jeszcze raz przez to przejść, żeby znaleźć się przy tobie… – pogładził jej policzek – zrobiłbym to z uśmiechem na ustach.

– Dlaczego?

Znowu udało jej się go wyprowadzić z równowagi! Naprawdę musiała pytać?! Teraz?! Niesiony gniewem zrzucił ją ze swojego brzucha i przyszpilił do łóżka, mocno trzymając za przedramiona. Jeśli koniecznie musiała wiedzieć, nie miał nic przeciwko powiedzeniu jej prosto w oczy!

– Bo jesteś najwspanialszą kobietą, jaką w życiu spotkałem?! – rzucił przez zaciśnięte zęby. – Bo od dobrych kilku miesięcy nie wyobrażam sobie życia bez ciebie?! Bo zwiałem z twojej rezydencji, bojąc się, że moje zasrane fatum się o ciebie upomni?! Bo w każdej cholernej minucie jestem w stanie myśleć wyłącznie o tobie?! Bo nie mogę oderwać od ciebie wzroku?! Bo przyprawiasz mnie o dreszcze niemalże wszystkim, co robisz?! Bo uwielbiam twój charakter i poczucie humoru?! Bo czuję się przy tobie lepiej niż przy kimkolwiek innym?! Bo sprawiasz, że chcę być najlepszą wersją samego siebie?! Bo tylko ty dajesz mi siłę do życia w świecie, który mnie nienawidzi?! Wybierz sobie!

– Kochasz mnie… – wydukała z trudem.

– A żebyś kurwa wiedziała!

                            Q wszedł do pokoju Kolekcjonera, z zamiarem zmiany jego opatrunków. Niepokoiło go to, że rany nie goiły się najlepiej, pomimo niebywałych zdolności regeneracyjnych ich przywódcy. Szczególnie martwiła go dziwna, słabo zszyta blizna na piersi. Wyglądała, jakby powstała wcześniej i okazała się wyjątkowo oporna na leczenie. Westchnął ciężko. Na pogadanki z Lutherem przyjdzie jeszcze odpowiedni czas. Dopiero wczorajszego wieczoru rozwikłał zagadkę pozostałych ran, wykorzystując swą wiedzę oraz ofiarną pracę laborantów. Wnioski do jakich doszli przeraziły go, choć nie mógł powiedzieć, żeby był nimi dogłębnie wstrząśnięty. Lord Phoenix z całą pewnością zamierzał ostatecznie zabić kruczowłosego i wybrał do tego odpowiednią broń. Miecz, którego użył, ociekał kilkoma paskudnymi, okrutnie uciążliwymi truciznami. Doktor cichutko zamknął za sobą drzwi, powoli kuśtykając ku pacjentowi. O Dragana nie miał co się przesadnie martwić. Odniesione rany osłabiły go, to prawda, ale nie stanowiły poważniejszego zagrożenia dla jego zdrowia – wystarczyło odpowiednie leczenie, żeby stanął na nogi. Dzięki nieocenionej pomocy skrzata, przysłanego osobiście przez Lady Crown, w porę udało się ograniczyć zniszczenia i rozpocząć skuteczne leczenie. Początkowo nie rozumiał, czemu skrzat tak zawzięcie upierał się przy podaniu rannemu tajemniczej mikstury, jednak nie był w stanie w żaden sposób go przed tym powstrzymać. Oddany majordomus oznajmił twardo, że takie było życzenie jego pani i wypełni rozkaz, chociażby miał ich wszystkich potraktować Drętwotą. Uśmiechnął się pod nosem, stawiając torbę na krześle, obok łóżka Kolekcjonera. Zdumiewająco nieprzebłagane było z tego skrzata stworzenie. Lady Crown musiała wyczuć, z czym przyjdzie im się zmierzyć, pomimo relatywnie krótkiego czasu, jaki spędziła przy poszkodowanych. Rękami swojego oddanego sługi dostarczyła im antidotum, neutralizujące najbardziej przykre skutki zatrucia w zdumiewającym tempie. Ta kobieta, w swej wspaniałomyślności, nie zapomniała również o Ravenie, za co musiał jej osobiście podziękować, jeżeli będzie miał okazję. Nieprzyjemny, ostry skurcz ścisnął jego żołądek, niebezpiecznie zbliżając serce do gardła. Raven…ten dzieciak… Jak miał o tym powiedzieć Draganowi?

– Czemu nade mną sterczysz, dziadygo?

Q uśmiechnął się oszczędnie, słysząc zaczepny ton króla Indrahill. Spojrzał na rannego, jednak nie mógł za długo znieść tych demonicznych, przenikliwych oczu, więc odwrócił wzrok. Nie miał dla niego dobrych wieści, a wiedział doskonale, że zapyta.

– Jak się czujemy? – zabrał się za zdejmowanie opatrunku, zakrywającego jego szyję oraz prawy obojczyk.

– Nie gorzej niż kilka godzin temu, dzięki za troskę – zaśmiał się ochryple. – Co z Ravenem?

Doktor mimowolnie zamarł na kilka sekund, przeklinając w duchu jak szewc. Oczywiście, że musiał zapytać…i to jemu przypadło w udziale wyprowadzenie go z równowagi, ledwie pięć godzin po przebudzeniu. Nietypowa opieszałość lekarza zaalarmowała Luthera. Doktor Q cieszył się jego sympatią między innymi ze względu na tendencję do brutalnej szczerości oraz czystą niechęć do zasłaniania się bzdurnymi wymówkami.

– Co z Ravenem? – powtórzył dosadniej, wlepiając wzrok wprost w przygaszone, bladozielone oczy mężczyzny.

– Dragan…

Teraz to już naprawdę był poważnie zmartwiony. Q unikał zwracania się do niego po imieniu, choć sam nie miał nic przeciwko. Chwycił dłoń kompana, nie zaciskając na niej zbyt mocno palców. Q był jednym z tych ludzi, którzy się go zwyczajnie nie bali.

– Po prostu mi powiedz, Quinlan.

Mężczyzna skrzywił się nieznacznie, słysząc swoje pełne imię. Nie bez powodu od lat posługiwał się samym Q – nie znosił swojego imienia, które rodzice nadali mu wyłącznie po to, by uczynić zadość swojej chorej fascynacji kulturą celtycką. Zdjął torbę z krzesła i usiadł, przeczuwając, że Luther nie pozwoli mu się wykręcić.

– Jest z nim źle.

Nieprzesadnie nachalnie uścisnął bark turkusowookiego, który był mu nie tylko szefem, ale i jednym z najbliższych przyjaciół. Lata temu pracował w mugolskim szpitalu, jednak jako wzięty chirurg pragnął czegoś więcej, niż spokojna, ciepła posadka. Dając ponieść się ułańskiej fantazji, zaciągnął się do wojska i wyruszył na front jednej z wojen, na bliskim wschodzie. Bezwiednie położył wolną dłoń na kolanie. To właśnie na wojnie stracił nogę, w wyniku eksplozji samochodu pułapki. Odesłano go do domu, ale nie mógł poradzić sobie z tym, co przyszło mu oglądać. Społeczeństwo odwróciło się od kalekiego weterana, więc uciekł w najprostsze rozwiązanie, pomagające mu jako tako wytrzymać z samym sobą – wódę. Tarzał się radośnie po samym dnie, gdy po raz pierwszy spotkał Kolekcjonera, który jako jedyny wyciągnął do niego dłoń. Wtedy nie miał nic…stracił rodzinę, przyjaciół, a groszem od dawna nie śmierdział. Nie jadł przez wiele dni, byleby mieć pieniądze na alkohol. Dragan wskazał mu inną ścieżkę i przygarnął do swojej rodziny, powierzając mu odpowiedzialną funkcję w Legionie. Tylko dzięki jego uporowi w końcu stanął na nogi i odwdzięczał się za tę szansę najlepiej, jak mógł.

– Jak bardzo? – pytanie kruczowłosego ściągnęło go na ziemię.

– Bardzo.

– Q, do cholery! – spojrzały na niego wściekłe, nieprzebłagane oczy – Nie baw się ze mną jak z dzieckiem i mów!

– Nie wiem, czy z tego wyjdzie – przyznał bez ogródek. – Gdyby nie pomoc panny Crown…już dawno by nie żył.

Dragan poczuł, jak krew dosłownie odpływa mu z twarzy, rozprzestrzeniając przejmujący chłód. Nie do końca pamiętał, co właściwie się stało… Wiedział tylko, że Ravi uratował mu życie, a teraz…teraz musiał walczyć o własne. Zacisnął mocno pięści, przebijając paznokciami skórę. Nie chciał, żeby to się tak skończyło! Sam gotów był ponieść konsekwencje, ale nie przewidział tego, że wciągnie w to więcej osób. Gdyby był silniejszy i lepiej przygotowany…gdyby nie dał się porwać wrodzonej arogancki i nie posunął się o krok za daleko w prowokowaniu Damona… Pewnym ruchem odrzucił pościel i poderwał się z łóżka, wcześniej wyrywając wenflon ze swojego przedramienia.

– Chcę go zobaczyć – zwrócił się do doktora.

– Powinieneś odpoczywać – zielonooki zaprotestował słabo. – Regeneracja ruszyła, ale jesteś jeszcze osłabiony i…

– Chcę go zobaczyć!

Wściekły krzyk Kolekcjonera natychmiastowo uciszył Q. Lekarz, z ciężkim sercem, podniósł się ze swojego miejsca, pogodzony z losem. Spodziewał się właśnie takiego scenariusza, dlatego poprosił członków swojego oddziału, by nie wchodzili im w drogę. Sam mógł zaryzykować, ale nie chciał narażać swoich ludzi na gniew władcy Indrahill – już mieli wystarczające braki kadrowe. Bez słowa poprowadził Luthera przez labirynt korytarzy, zmierzając wprost ku pokojowi Ravena, gdzie ulokowali go zaraz po operacji. Zatrzymał się przed samymi drzwiami i spojrzał kątem oka na kompana.

– To może być trudny widok – nie porywał się na delikatność. – Proszę cię, żebyś w miarę możliwości zachował względny spokój. Jeżeli będę musiał, to cię uśpię.

Kruczowłosy potaknął niemrawo, rozumiejąc powagę sytuacji i wszedł do pomieszczenia, za swoim przewodnikiem. Zatrzymał się w progu, przerażony tym, co zobaczył. Skromna komnata wyglądała jak istne pobojowisko. Na podłodze walały się opakowania po strzykawkach, lekach, eliksirach oraz cała masa jednorazowych rękawiczek, ubogaconych o zanieczyszczone opatrunki. Większość przestrzeni zajmował specjalistyczny sprzęt medyczny, poutykany gdzie się tylko dało. Raven leżał nieruchomo na swoim łóżku, podpięty do dwóch kroplówek, najprawdopodobniej nieustannie aplikujących odpowiednio dobrane dawki eliksirów. Obok krzesła ustawiono skomplikowany aparat tlenowy, ułatwiający mu oddychanie oraz nowoczesną aparaturę, na bieżąco analizującą jego stan. Dragan w odrętwieniu podszedł do łóżka, chcąc przyjrzeć się z bliska nieszczęściu, do którego doprowadziła jego własna, zapalczywa natura. Zaklął w duchu, widząc całe metry bandaży, przysłaniających tors niebieskookiego. Jego szeroka klatka piersiowa unosiła się zbyt powoli, by nawet taki laik jak on mógł uznać to za coś normalnego. Milcząco wpatrywał się w dziesiątki mniejszych i większych ran, szpecących skórę byłego Łowcy. Zawiesił wzrok na opatrunku, zakrywającym prawą stronę jego twarzy i poczuł nieprzyjemny, mocny dreszcz.

– Stracił oko.

Q odpowiedział na pytanie, którego nie zdążył zadać. Przysiadł na krawędzi łóżka ciemnowłosego, uważając, żeby nie naruszyć żadnego z dziesiątek kabli i chwycił jego zimną, bezwładną dłoń. Gardło momentalnie mu wyschło. Miał tak cholernie lodowate ręce… Przytknął rękę przyjaciela do swojego czoła. Nie chciał, by ktokolwiek z jego bliskich musiał płacić tak potworną cenę za jego głupotę. Naiwnie sądził, że był na tyle silny, żeby w razie konieczności ich ochronić, jednak najwidoczniej grubo się pomylił.

– To moja wina… – wyszeptał ciężko.

– Owszem.

Zdezorientowany spojrzał na Q, który stał obok niego, z zaplecionymi na piersi rękoma. Nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego z ust tego faceta i prawdę mówiąc, liczył na coś bardziej przypominającego słowa otuchy.

– Ty, Lio, Jean, Liam i Akiva jesteście nieśmiertelni – Q nie miał najmniejszego zamiaru wstrzymywać języka. – Reszta z nas może wyłącznie o tym pomarzyć. Otaczają cię istoty wyjątkowo kruche, królu Indrahill. Pójdziemy za tobą chociażby i w ognie piekielne, ale musisz liczyć się z tym, że już stamtąd nie wrócimy. Ten facet… – wskazał na Ravena – gotów był poświęcić życie, żeby cię ratować i gwarantuje ci, że tego nie żałuje. Wiesz o co mnie poprosił, zanim stracił przytomność? – zerknął na kruczowłosego, który zaprzeczył kiwnięciem – Chciał, żebym nie marnował na niego czasu i zajął się tobą. Wszyscy wiemy, że coś się w tobie zmieniło, ale wcale nie na lepsze. Jeśli nie przystopujesz i nie zaczniesz działać rozważnie, wkrótce wszyscy przypłacimy to życiem, a ty stracisz Legion w najgorszym możliwym momencie. Zaklinam cię, Dragan! – podniósł głos, wbijając wzrok w turkusowe tęczówki – Nie graj naszym życiem tak nieostrożnie. Cokolwiek się zmieniło, zapanuj nad tym i niech wróci szalony mistrz strategii, którego z dumą nazywamy królem!

– Jestem ci winny przeprosiny, co? – Luther uśmiechnął się gorzko.

– Niczego nie jesteś winien nikomu z nas – lekarz uśmiechnął się pocieszająco. – Wszyscy wiedzieliśmy na co się piszemy, dołączając do Legionu. Jeśli koniecznie chcesz już kogoś przepraszać, to Ravena. Nigdy nie sądziłem, że porwie się na starcie z którymś z Lordów.

– Jest tak samo stuknięty, jak ja…

– Obawiam się, że znacznie gorzej i dlatego martwię się, że jeśli nic się nie zmieni… – boleśnie zwiesił głos – to jego stracimy jako pierwszego. Chociaż – zaśmiał się smętnie – znając jego dumę, jeżeli jakimś cudem z tego wyjdzie…i tak będzie chciał odejść.

– Co? – Dragan nie ukrywał zdumienia.

– Chciał, żebym zostawił go na pewną śmierć, bo jest świadomy tego, że nie będzie w stanie służyć u twojego boku, jako prawa ręka – lekarz westchnął apatycznie. – Stracił oko, a jego bark już nigdy nie wróci do pełnej sprawności. Niósł cię przez dłuższy czas, co poskutkowało trwałym przemieszczeniem kości, których nie udało nam się poskładać.

– Nic nie da się zrobić?

– Czas pokaże i miejmy nadzieję, że się nad nami zlituje. Ostrze, którego użył Lord, nasączone było truciznami, które prawdopodobnie miały za zadanie wstrzymać twoją regenerację, ułatwiając mu szybkie zwycięstwo. Nigdy czegoś takiego nie widziałem – potrząsnął głową z obrzydzeniem. – Nie byliśmy w stanie zidentyfikować żadnej z nich, a czas uciekał nieubłaganie, oddalając wizję uratowania któregokolwiek z was. Na szczęście przyszli nam z pomocą wyjątkowo uparty skrzat oraz niemniej zawzięty czarodziej – zaśmiał się, wspominając Syriusza. – Dzięki antidotum, przysłanym przez panienkę Crown, udało nam się w porę zneutralizować to paskudztwo. Raven jest śmiertelny, więc ciężej to wszystko znosi. Jest silny i waleczny…musi się obudzić…

Rozmowę przerwało potworne, ostre wycie aparatury. Q błyskawicznie rzucił się ku rannemu, dosłownie odpychając zdezorientowanego, oszołomionego Kolekcjonera. W ciągu kilku sekund do pokoju wpadło dwóch medyków, w towarzystwie Lio. Jarri nie zwrócił najmniejszej uwagi na obecność kruczowłosego, podbiegając do Q.

– Jak ci pomóc? – jego głos był niedorzecznie skupiony.

– Dwie jednostki adrenaliny!

Ogar pognał do przenośnego, metalowego stolika, wiedząc doskonale czego i gdzie powinien szukać. Nie tracąc ani chwili podał lekarzowi dwie strzykawki i płynnie przejął od niego wykonywanie masażu serca, wciskając się między asystentów, aplikujących pacjentowi eliksiry oraz zaklęcia wspomagające. Dragan, nie mając pojęcia co robić, usunął się w kąt sypialni, skąd w napięciu obserwował rozgorzałą przy łóżku walkę. Q wydawał chaotyczne, szybkie polecenia, których kompletnie nie rozumiał. Na zaśmieconej podłodze lądowały kolejne puste opakowania, tworząc porażający nieład. W pewnym momencie asystenci przestali uwijać się jak w ukropie, a on nie wiedział, czy to dobry znak. Wycie ustąpiło, zastąpione rytmicznym, powolnym pikaniem. Lio i Q odsunęli się od pacjenta, dyskretnie przybijając piątkę.

– Panowie – lekarz zwrócił się do swoich ludzi – dobra robota. Uzupełnijcie proszę zapasy, na wypadek kolejnych komplikacji.

Dwóch mężczyzn skinęło zgodnie i bez zbędnych słów opuściło pokój, kierując się w stronę wschodniego skrzydła, z którego zrobiono magazyn oraz laboratorium. Byli na nogach od wielu godzin, ale żaden z nich nie myślał o odpoczynku – ratowanie Ravena było najwyższym priorytetem. Jarri w końcu zauważył obecność Kolekcjonera i podszedł do niego, uśmiechając się nieznacznie.

– Wstała nasza królewna – przyjacielsko klepnął plecy turkusowookiego.

– Bawisz się w pielęgniareczkę? – Luther uniósł brew, nie powstrzymując się od złośliwości.

– Jestem coś winien Ravenowi – wiecznie roześmiane, szmaragdowe oczy pociemniały nieoczekiwanie. – Tak samo jak ty, więc daruj sobie kpiny, dobra? Q i jak?

Ogar bezceremonialnie odwrócił się ku starszemu mężczyźnie, nie czekając na reakcję ukochanego króla. W tej chwili był na niego zwyczajnie wściekły i nie miał ochoty tego ukrywać. Ten debil sam jeden polazł spotkać się z Lordem i dopuścił do starcia, na które nie był gotowy. Mógł tam zginąć, niwecząc ostatecznie wszystkie ich plany! Mógł tak bezmyślnie dać się zabić, depcząc po ich wspólnych marzeniach! Był gotów odrzucić wszystko, co przez lata budowali, byleby skrzyżować miecz z jednym z Phoenixów, z sobie tylko znanych powodów! Z ubolewaniem spojrzał na byłego Łowcę, przełykając żal, ściskający jego gardło. Gdyby nie ten człowiek…ich marzenia o oddaniu hołdu zmasakrowanej rodzinie mogłyby legnąć w gruzach raz na zawsze.

– Póki co jest chujowo, ale stabilnie – odezwał się zielonooki, ocierając czoło chusteczką. – To już drugi raz dzisiaj…muszę nad tym pomyśleć. Zrobię jeszcze kilka badań i zobaczę, czy uda się poprawić jakość leczenia. W razie potrzeby, mógłbyś skontaktować się z Blackiem?

– Pewnie – Lio uśmiechnął się szeroko. – Zostaw mi listę rzeczy, których potrzebujesz, to przekażę ją Syriuszowi. Q – chłopak potrząsnął lekko ramionami lekarza – musisz się w końcu przespać. Jesteś na nogach od ponad dwudziestu godzin i zaraz sam padniesz. Ja i Drag zostaniemy przy Ravim, w razie czego cię obudzę.

– Chyba masz racje – kaleki doktor uśmiechnął się słabo. – Myśli mi się coraz ciężej.

– Bez twojej genialnej główki nie damy rady! – blondyn zaśmiał się radośnie. – Idź, albo sam cię uśpię.

Lekarz nie zamierzał polemizować. Zmęczenie coraz dobitniej dawało mu o sobie znać, a w takim stanie stanowił poważne zagrożenie dla zdrowia rannego. Uśmiechnął się do Lio i wyszedł z pokoju, po drodze klepiąc ramię kruczowłosego na pożegnanie. Kiedy doktor zniknął za drzwiami, Jarri zabrał się za porządkowanie pomieszczenia. Musiał czymś zająć ręce…

– Syriusz tu był? – turkusowooki powtórnie usiał na łóżku i chwycił dłoń byłego Łowcy.

– Ta… – Ogar wzruszył ramionami, zbierając opakowania. – Pomógł nam z przetransportowaniem was do pokoi, a później zaoferował pomocną dłoń Q w czasie operacji. Teraz robi za naszego łącznika z Lady Crown i rezydencją.

– Jesteś wkurwiony – Luther bardziej stwierdził, niż zapytał.

– Dziwisz się?

– Ani trochę. Tym razem strasznie zjebałem.

– Myślisz? – zielonooki nie wstrzymywał się od sarkazmu.

– Możesz coś dla mnie zrobić? – łagodny ton króla, przyciągnął spojrzenie Ogara – Załatw mi łóżko polowe, które będzie dało się tu wcisnąć. Chcę z nim zostać, dopóki się nie obudzi.

– Tu już raczej niczego nie wciśniesz – omiótł ręką zagracone pomieszczenie.

– W sumie mogę spać na fotelu – Dragan rzucił obojętnie.

– Kumam, chcesz, żebym cię z nim zostawił samego – Jarri westchnął szorstko. – Mogłeś zwyczajnie powiedzieć, zamiast zawracać mi tyłek.

– Ale czy byłoby to zabawne?

– Udław się tymi swoimi gierkami, Drag – dzisiejszy nastrój Lionela zdecydowanie odbiegał od normy. – Wrócę za pół godziny, ale jeśli wcześniej to ustrojstwo zawyje…

– Schowam się grzecznie w kącie, obiecuje.

Ogar przewrócił oczami i wyszedł, mając zamiar rozejrzeć się za jakimś łóżkiem polowym, skoro i tak miał chwilę spokoju. Uwielbiał Dragana, ale dziś…dziś był po prostu zmęczony i rozdrażniony tym wszystkim – nie miał najmniejszej ochoty na pajacowanie, w takich okolicznościach. Kolekcjoner spokojnie zaczekał, aż kroki Lio umilkną w pustym, kamiennym korytarzu. Skinieniem dłoni zamknął drzwi, oddzielając siebie i Ravena drewnianą barierą od reszty świata. Ledwo wstrzymywał się od ataku destrukcyjnej furii, czując chłód jego palców w swojej dłoni.

– Ty idioto… – wyszeptał boleśnie, ostrożnie przesuwając koniuszkami palców po krawędzi bandaża, na twarzy przyjaciela. – Ty zasrany, cholernie uparty idioto… Dlaczego akurat ty musiałeś za mną poleźć, co? Dlaczego ty jeden nigdy nie potrafisz usiedzieć na tyłku? Bawi cię to, pieprzony dupku? Spójrz na siebie… – po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna pozwolił sobie na łzy, których z całego serca nienawidził. – Mogłeś po prostu dać mi tam zdechnąć, zamiast bawić się w bohatera od siedmiu boleści! Nikt nie miałby ci tego za złe. To ja od lat staram się trzymać cię na dystans od najgorszego, a ty tak mi odpłacasz?! Nie po to zrobiłem z ciebie przełożonego informatorów, żebyś pchał się pod nóż! Ty popierdolony, odważny sukinsynu… Jeśli mi teraz umrzesz, nigdy ci tego nie wybaczę, słyszysz?! Jeśli umrzesz przeze mnie…nigdy sobie tego nie wybaczę…

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 450
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!