Wszystko Czego Chcę Na Święta, To Ty — R. 2 “Sweter w okruszkach”

Siedzenie na tobie siedzącym wygodnie na naszej wysłużonej sofie, ubranym w wydziergany dwa dni temu jeden ze słynnych Weasleyowskich swetrów (szary ze szmaragdowym “S”! Twój to jego bliźniak z krainy odwrotności. Urocze), to jedno z moich sekretnych hobby. Życie jest piękne w sobotę wieczór…

Mmm, zwłaszcza gdy macasz mnie po plecach tymi swoimi ochoczymi palcami.

— Mogę wiedzieć, czemu mnie tak nieprzyzwoicie tykasz?

Wcale nie mam ci za złe. Tylko się droczę. W rzeczywistości, chętnie zaprosiłbym twoje dłonie pod sweter. Czekają tam na nie moje wiecznie łaknące czułości zakończenia nerwowe.

A ty wiesz jak nikt inny, jak być czułym w mój ulubiony sposób. Mmm, dreszczyk.

— Cokolwiek przechodzi ci przez głowę: jesteśmy sami. To nie jest nieprzyzwoite.

— A ty wciąż na tej samej płycie, oj kocie…

— Udawaj ile chcesz; obydwaj dobrze wiemy, że ty też.

— Pytanie wisi i czeka — nucę cichym, neutralnym głosem, podsuwając się troszkę wyżej, żeby twoje dłonie zbliżyły się do mojego…

— No bo twój sweter jest taaaki milusi i mięciusi.

— Przecież twój jest dokładnie taki sam. — Mój policzek potwierdza.

— …Ale na tobie jest jakoś bardziej milusi i mięciusi.

Potrafisz umieścić ten słodki uśmiech na mojej twarzy z taką łatwością.

— Poddaj marne wysiłki i po prostu przyznaj, że lubisz mnie obmacywać.

— To też. — Przesuwasz dłonie ku górze. No nie, nie, nie, na dół, Al, na dół, tutaj czeka skarb! Byłem taki samotny przez ostatnie osiemnaście godzin… (pociągam nosem w myślach). — Ale serio, twój jest bardziej milusi.

— Jasne. — Podnoszę się do siadu. — Zawsze to ja muszę być bardziej milusi, mięciusi, przytulaśny i słodziaśny. A przecież ty masz trochę więcej mięsa.

— Ależ ty to urokliwie przedstawiasz.

Ewidentnie nie jesteś zachwycony. Hmeh. Zawiodłem cię, miłości moja, wybacz, wybacz, proszę…

— Krwistego puszku? — Posyłam ci miodny uśmieszek.

— Slytheriiinie! — Zamykasz oczy, opadając głową na oparcie sofy.

Ile razy ja opadłem na to oparcie. Mam nawet dwa i pół siniaka. Pół, bo prawie go już nie widać… aczkolwiek liczy się tym niemniej.

Cóż, nie jestem pewien. Nie uczęszczałem na wykłady siniakologii.

A szkoda.

— To kogo zapraszamy?

— Niby na co?

— Na nasze bożonarodzeniowe wcalenieprzyjęcie. — Bywasz rozbrajająco niekumaty; o czym innym miałbym mówić, półtora tygodnia przed tym najmagiczniejszym czasem w całym kalendarzu?

Jęczysz, jeszcze bardziej niezachwycony. — Mhhh, musimy?

— Nie. Nie musimy. Ale byłoby miło. Hmm? — Całuję cię w skroń.

— Wcale niezbyt — mruczysz.

— Oj tam, zachmurzyło ci się tylko. — Kładę głowę na twojej klatce piersiowej i obejmuję twoje ramiona swoimi. Po chwili czuję twoją dłoń przeczesującą moje włosy. Przymykam oczy, wzdychając z zadowoleniem i wdychając twój ciepły zapach. — Znów pachniesz pierniczkami.

Głaszczesz moje włosy przez kilka cichych sekund, a ja wsłuchuję się w twój spokojny oddech.

— Lubię pierniczki.

Śmieję się łagodnie.

— To ile paczek nam zostało?

— Mmm… — mruczysz, myśląc. — Gdzieś tak… z pół.

— Pół?! — Podnoszę się z ciebie, momentalnie ożywiony przerażającą wiadomością. — Kocie, tam było siedem paczek. Siedem. I kupiliśmy je tydzień temu!

Przygryzasz wargę.

Pochylam się i zasysam ją w swoje usta.

— Nie rób tak — mruczę niskim głosem, zupełnie bez powodu, po czym, również zupełnie bez powodu, przygryzam ją za ciebie.

Wzdychasz, zsuwając się o parę cali z sofy. Obejmujesz mnie w pasie, gdy poprawiam pozycję na wygodniejszą, siadając okrakiem na twoich udach. Są takie siadywalne. Nie to co moje.

Chyba jestem zazdrosny. I smutny: to dlatego nigdy na mnie nie siadasz?!

Dlaczego. Dlaczego los musi być taki niesprawiedliwy.

— No jakoś tak się… samo zaczęło. A potem poszło, o tak: ziuuuu — obrazujesz dłonią — i nagle, puff, nie ma sześciu i pół paczki.

— Mhm. Puff. — Czuję się jak twój tata, robiąc tą minę.

Nie czuję się komfortowo z odgrywaniem tatusia w takim kontekście, więc jestem odrobinę zagubiony w osądach tej sytuacji. Lub raczej skojarzenia, które mój bardzo niegrzeczny mózg z nią zrobił.

Wydymasz wargi.

Oj, Al, Al.

— A święta za półtora tygodnia — wzdycham, plącząc palce w twoich przydługich włosach (popadłem w uzależnienie, o nie, o nie, o nie. Nigdy więcej trójkątów z nożycami! Te włosy są moje! Tylko moje!). — Jak tak dalej pójdzie, awansujesz na klasycznego Świętego Mikołaja. — Uśmiecham się czule, a gdy już otwierasz usta, dodaję — W każdym razie byłoby to możliwe, gdybyś miał normalny metabolizm.

Ty to byś mógł wciągnąć cały szwedzki stół, a waga dalej stałaby w miejscu.

Zaciskasz usta w wydęciu.

— I kto to mówi, eh? — Dziobiesz mnie palcem w bok. Wzdrygam się. — Swój do swego, co, Scor?

Wydymam wargi, licząc że moja mina robi wystarczająco przekonywujący teatr zranionego ego.

Ale twoja twarz jest jak kamień; patrzysz na mnie z cieniem figlarnego uśmiechu.

— Pragnę zauważyć, w razie gdybyś sam nie zdążył zauważyć, że w ciągu ostatnich lat nabrałem nieco masy mięśniowej. Nie bardzo dużo, ale gdybyś chciał nazwać mnie teraz skórą i kośćmi, byłoby to niepełne.

— Wciąż jesteś strasznie chudy.

Obrażam się na ciebie twarzą jeszcze bardziej. Zaczyna to być męczące, szczerze mówiąc; brak mi wprawy.

— Ale cię kocham, oczywiście. — Prztykasz mnie w nos, na co potulnie zaciskam powieki.

— To kogo zapraszamy? — powracam do tematu z nową energią schowaną pod dywanem irytującej nonszalancji.

— M-hm. — Twoja głowa opada na oparcie sofy. — Nikogo.

— Ale kocie, to pierwsze święta po Hogwarcie. — Unoszę się na kolanach, by móc zawisnąć nad tobą. Otwierasz oczy, patrząc na mnie jakbym był średnio interesującym puddingiem na talerzu twojego brata. — Twoja rodzina będzie zawiedziona, że nie chcesz bożonarodzeniować z nimi.

Wyglądasz teraz dokładnie tak, jakbyś miał ochotę powiedzieć “niech cię pufek kopnie”, ale zamiast tego…

— Och! — ulatuje ze mnie, bo w tym momencie, w jakiś tajemniczy sposób, znajduję się nagle na sofie, pod tobą, moja głowa w twoich rękach. Wpatrujesz się we mnie z ogniem w oczach.

Ciekaw jestem, co on tym razem znaczy…

— Jesteś małym, upierdliwym demonem, wiesz o tym, Scorpiusie Hyperionie?

— Naturalnie że o tym wiem, Albusie Severusie. Należycie zadbałeś o moje doedukowanie w tej materii. Dziękuję.

A potem, jakbyś nie miał żadnego lepszego pomysłu (nie no, ten jest niczego sobie), przywierasz do moich ust własnymi, znów bawiąc się w pijawkę, zasysając moją górną wargę, aż elektryzujące ciarki rozbiegują się po całym moim ciele.

— Ah — jęczę cicho, wyginając się w łuk ku tobie; przysięgam, to automatyczne. Zupełnie jakbyś wciskał przycisk, uruchamiając w moim ciele niekontrolowane reakcje. Wrednyś, zbyt dobrze wiesz, jak oderwać mnie od rzeczywistości.

— I kto tu jest demonem? — dyszę minutę czy dwie… albo osiem… albo coś -później, a moje usta bolą tak przyjemnie.

Nie tylko one. Niestety.

— Nadal ty. Sam to na siebie sprowadziłeś, kochanie — mruczysz, wtulając twarz w moją szyję.

…Spociłem się tam.

Uśmiecham się z zadowoleniem. — I tak chcę, żebyśmy kogoś zaprosili. Ha– Hej! — Właśnie przygryzłeś skórę we wrażliwym miejscu nad moim obojczykiem, i zupełnie mnie to nie ucieszyło, jeśli mam być szczery.

— Możemy. Skoro ci tak strrrasznie mocno zależy. — Przesuwasz dłonią po moim torsie. Wciąż przez sweter. Hmpf. Scorpius w mojej wyobraźni właśnie skrzyżował ręce na piersi. — Na przykład… Teddy’ego.

— O, tak. — Rozpogadzam się wtem. — Lubię Teddy’ego. I ty też. Prawda, Al? — Zanurzam dłoń w twoich włosach. Miluuusie…

— Ano. Jeden z niewielu, którzy przetrwali w moim prywatnym drzewie genealogicznym.

Zdecydowałem, że nie będę drążył. To wrażliwy temat.

— Huh. Tylko że jeśli Teddy, to pewnie przytargałby ze sobą Jamesa, a to by–

— Już nie było takie miłe. Tia. — Ziewasz. Głośno. Czy to dziwne, że wciąż zachwyca mnie każdy przejaw twojej imperfekcji? Zupełnie jakbym zatrzymał się na uroczej szesnastce. — Widzisz, nie ma perfekcji na tym świecie.

O wilku mowa.

— Jeśli nie liczyć ciebie… — mruczę.

— No już, już, starczy tych słodkości.

Parskam śmiechem. — Powiedz to ostatniej połowie paczki pierniczków.

Podnosisz się i wstajesz, przeciągając po drodze niczym leniwiec.

Przez którego fryzurę przeszły dwa tornada.

Naprawdę nieprzyzwoicie uwielbiam te twoje skrzacie kudły.

— Możesz już wstać — oznajmiasz, klepiąc mnie w kolano, zapewne zarejestrowawszy, że nie ruszyłem się z miejsca przez ostatnie dwadzieścia siedem sekund twojego leniwcowania.

— Nie czekałem na twoje pozwolenie, wiesz. — Przeciągam się, próbując zmusić milusi sweter do podciągnięcia się w górę, ale niestety… jest szeroki i workowaty, dokładnie jak lubię; za wyjątkiem okazji takich jak ta.

Gwałtownie otwieram oczy, gdy klepiesz mnie ponownie, tym razem w łydkę. — Co?

— Nie wyciągaj się tak. Już wystarczająco wyrastasz ponad tłum.

Uśmiecham się głupawo, ignorując cię. Ziewam ostentacyjnie, zamykając oczy i otwierając usta najszerzej jak potrafię. Gdy słyszę, że odchodzisz do kuchni, zdejmuję rękę z twarzy i przez bliżej nieokreśloną ilość czasu leżę tak, tak po prostu, bo mogę, gapiąc się bezmyślnie w sufit, delektując się miłym ciepłem buzującym w każdej komórce.

Żałuję, że nie mogę zapamiętać go na smutne chwile, i przywołać bez twojego udziału. Na przykład gdy wchodzę do publicznej toalety i znajduję tam żywą roślinę. Kto o bijącym sercu skazuje oddychające organizmy na takie tortury!

Świat bywa okrutny.

Lecz w pewnym momencie wchodzisz mi w obraz ty, i od razu czuję się uspokojony. A potem zauważam, że nie jesteś sam: towarzyszy ci…

— Miałeś ich już– a zresztą… — I tak trzeba będzie zrobić zakupy przed świętami.

— Hej, kto niby powiedział, że je jem? Ty akusatorze ty. — Uśmiechasz się słodko, bijąc w tym momencie wszystkie pierniczki świata na smutną breję (już dawno przestałem nie wierzyć, że zdradzam w ten sposób wszystkie słodkości świata). — To dla ciebie.

Opierasz jedno ramię na oparciu sofy, drugie kierując ku moim ustom.

— Otwieramy buzię… otwieramy… otwieramy… No, Scorp, bądź grzecznym chłopcem i przyjmij pierniczka.

Marszczę brwi, mając nadzieję, że rozbawienie nie przebije się przez zirytowanie.

— Nie mus– mfff — Właśnie wtedy sprytnie korzystasz z okazji i delikatnie wkładasz pierniczka w moje usta.

— Wcale nienajgorzej ci idzie, ale musisz trochę szerzej, wiesz? Tak to się nie zmieści.

Chciałbym, żeby mój mózg nie dopisywał sprośności do każdego niewinnego zdania, naprawdę.

Chwytam twój nadgarstek, odciągając twoją rękę od swojej ocieplonej twarzy.

— Wiem, jak się je. Nie musisz mnie karmić, kocie — informuję spokojnie, podnosząc drugą rękę, by wyswobodzić pierniczka z twojej dłoni.

Nie zdążam, niestety, bo zabierasz ją z mojego zasięgu.

— Mam świadomość. Ale chcę. I mi pozwolisz. Bo mnie kochasz. Prawda?

— Prawda; ale miłość—

— E, e, e. Żadnych filozoficznych wykładów, proszę. Nie dzisiaj. Może w przyszłym roku. A do tego czasu, zachowasz filozofie dla siebie, okej?

— No wiesz? Myślałem, że mnie kochasz, Albusie.

Powinienem dostać słoik dżemu za te teatry. Taki z zieloną wstążeczką.

— Dobrze myślałeś.

Usadzasz się znów na sofie obok mnie.

— Skoro mnie kochasz, to kochasz całego mnie. Ze wszystkimi usterkami i niewygodami. Tak zupełnie.

— Aww, no pewnie, że tak zupełnie… — Zagarniasz mnie w ciepły przytulas. Cóż, przynajmniej nie musiałem się wysilać, by wstawać. — Ale wiesz, bywa że się zmęczę. I zapragnę przerwy. Ale to nie znaczy, że cię nie kocham; tak zupełnie.

— Ech, Al… — Kręcę głową. — I tak nie mogę zagwarantować, że zdołam przetrzymać swojego filozofa w lochach do przyszłego roku. On jest bardzo nieprzewidywalny, wiesz? Więc niczego takiego nie oczekuj. Nie chciałbym, żebyś doznał rozczarowania.

— Ale się postarasz? — Robisz dzióbek.

— Nie. — Kopiuję twój dzióbek i łączę nasze usta.

— Mmm, no weź. Postarasz się. Okej?

— Aż tak ci to przeszkadza?

— Nieee… Ale nie czuję się zbyt dobrze, gdy się tym wymigowywujesz. I tak jesteś mądrzejszy ode mnie, nie musisz obdarowywać mnie co i moment życiowymi mądrościami. W sensie, kocham je, ale… rozumiesz.

— Wymigujesz — poprawiam cię z niewinnym uśmiechem, rozumiejąc.

Mierzysz mnie spojrzeniem, które mnie dogłębnie martwi. Chcesz, bym uschnął? Jestem delikatnym kwiatem, Al, potrzebuję czułości, dłoni sprawnych i uważnych, tak jak twoje! Czemu, czemu mnie tak traktujesz?

— Może to taka wskazówka dla ciebie… — sugeruję niewinnie. Korzystając z twojej nieuwagi, wyjmuję w końcu pierniczka z twojej dłoni. — Ha! Teraz — oznajmiam, odłamując kawałek — ja cię będę karmił.

Kręcisz głową, zaciskając usta.

— Nie-e. To miało być dla ciebie. Tsk; i widzisz, Scor? A potem będziesz mi wyrzucać—

— Niczego ci nie będę wyrzucać; i tak musimy kupić więcej. Możesz sobie zjeść to ostatnie pół paczki. A ten — podnoszę pierniczka na poziom naszych oczu — będzie dosłownie z mojej ręki.

— O ty. No, takiej oferty nie przepuszczę. Ale wiesz co? — Odłamujesz kawałek pierniczka. — Zrobię ci prezent i się podzielę. Byłeś taki grzeczny i nie ruszyłeś niczego przez ostatnie cztery dni, a obydwaj wiemy, jak przepadasz za słodyczami. Zasłużyłeś zatem na nagrodę.

— To się nazywa samodyscyplina, kochanie. Trochę zabrało, żeby ją wyrobić, ale lepiej późno niż wcale.

Ostatecznie, zjedliśmy razem całe pozostałe pół paczki. A mój sweter pachniał jak pierniczki na sofie.

Autor Wyrdmazer
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 83
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!