Wszystko Czego Chcę Na Święta, To Ty — R. 3 “Fioletowy jeż na choince”

Wyszło na to, że wyszło na twoje, i nasze pierwsze po-hogwarckie święta spędzimy sam na sam z choinką. A Popiołek będzie nam syczał kolędy.

Slytherin w najszlachetniejszym wydaniu.

Naprawdę miałem ochotę posiedzieć w rudym gronie i zedrzeć sobie gardło, śpiewając sprośne kolędy z Hugo i Freddiem, ale cóż mogę zaradzić. I tak cud że namówiłem cię, by wstąpić do nich na chwilę.

Tylko że nie chodziło mi o tak krótką chwilę.

— Na godzinę? Ale, kocie, godzina nie starczy nawet, żeby się ze wszystkimi przywitać!

Lecz ty nieprzerwanie wiązałeś ładną kokardkę na pęczku jemioły z przejmującą pieczołowitością.

Cóż za romantyk, mrau.

— Nie musimy się ze wszystkimi witać. Wpadniemy tylko przez kominek, rzucimy worek z prezentami w to stado, pogadamy o wampirach z twoim tatą, napchamy się ciastami babci, i wracamy.

Nawet moje piękne wydęcie warg cię nie przebłagało.

Doceniam, że mam do czynienia ze zdeterminowanym człowiekiem.

Cóż, skoro zatem nikt nie będzie mógł się cieszyć naszą błogosławioną obecnością (zaczynasz mnie zarażać swoim poczuciem humoru, Al), możemy równie dobrze kupić każdemu z osobna coś fajnego z okazji.

W sklepie, w którym aktualnie buszujemy, pachnie imbirem… O! Całe stoisko z dziwnymi świątecznymi ozdobami! Chyba nigdy stąd nie wyjdę, znalazłem istny raj!

— Myślisz, że Teddy doceniłby to dzieło sztuki? — Prawie wkładam ci na twarz uroczy t-shirt z fioletowym jeżem skaczącym wesoło po tęczy pośród choinek.

— “Wysłałeś mnie na koniec świata, ale i tak kocham twoje igły” — odczytujesz pod nosem. — Nie czaję.

— Patronus twojego brata to jeż, prawda?

Oglądam oświecenie wstępujące na twoją twarz, lecz potem…

— Wciąż nie czaję, ale wiesz co, ci dwaj są dziwni, więc pewnie będą zachwyceni. W najgorszym przypadku oddadzą to Lily, a ona przerobi na różowe jednorożce skaczące po tęczy, czy jak to leciało.

— Pink fluffy unicorns dancing on rainbow… — nucę, wkładając t-shirt do koszyka.

— Scooor… — mruczysz ostrzegawczo.

Parskam śmiechem, czmychając z powrotem do sekcji ze śmiesznymi koszulkami.

Nawet nie komentujesz, gdy pokazuję ci później czarny t-shirt z czerwoną błyskawicą i napisem ‘błyskawiczny wszędzie, w łóżku i na kolędzie’, oznajmiwszy, że jest dla twojego taty.

— Ja cię kręcę, kto wymyśla te teksty… — Kręcisz głową, patrząc jak sprzedawca (hmm, całkiem niczego sobie. Aczkolwiek do twojej urody się nie umywa) kasuje t-shirty, które wybrałem.

— To jedno. Ale jakie pacany to kupują.

Zerkasz na mnie. — Czy ty właśnie sam siebie zjechałeś?

Szczerzę się jak głupek, którego uwielbiam udawać.

— Tak.

Kalkulujesz mnie przez pełne trzy sekundy.

— Nie podpiszę się na paczkach dla nich.

— Oj, Al, wyjdziesz na Scrooge’a.

— Mniejsze zło.

I tak oto zeszła nasza wyprawa po prezenty świąteczne.

***

Rzeczywiście nie podpisałeś się na paczkach dla Teddy’ego i swojego taty …ale za to nadrobiłeś na mojej szyi. Ale siebie pod choinkę nie oddam, mowy nie ma. Tu mi dobrze.

Hmm. Nie po raz pierwszy zastanawiam się, kto oprócz ciebie ucieszyłby się ze mnie w prezencie.

— Al… — Chcę więcej, chcę więcej, proszę, zignoruj mój zdrowy rozsądek. — Ani mi się waż.

Podnosisz głowę.

Niech to. Ogłaszam wszem i wobec, że telepatia u ludzi związanych emocjonalnie to tania ściema.

— Czemu? Nie lubisz?

— Nie znasz mnie? — Mierzwię twoją genialną czuprynę, nie mogąc się oprzeć pokusie nakarmienia oczu widokiem twoich słodkich ust. Które jeszcze przed słodkimi momentami robiły słodkie rzeczy na mojej skórze. Cóż, świat się nie kończy, zawsze możemy nadrobić. — Po prostu nie chcę, żeby wszyscy znów gapili się na moją szyję przez pierwsze pół godziny wizyty.

— Ooo… To dlatego to było…

— Mhm. — Promieniuję politowaniem, Al, czujesz to? — Jeśli znów mi to zrobisz, tobie zostawię tłumaczenie naszym bratankom, “co mnie ugryzło w szyję”. A wierz mi, kocie… — dodaję, włączając bardzo specjalny, znaczący ton, który przeznaczam wyłącznie na bardzo specjalne okazje — normalnie bym to pochwalał, ale te dzieciaki są wręcz niezdrowo dociekliwe.

— Mhm. “Dzieci, bądźcie nader ciekawskie, a będziecie pochwalone”, ale gdy kierują to na nas, to nagle: “na siwiznę Merlina, czy nikt was nie nauczył, że to nieładnie wściubiać nos w nieswoje sprawy?”.

Mierzę cię spojrzeniem godnym kulistego kaktusa. Unosisz ręce w geście białej flagi.

— No co, może nie mam racji? — Pstrykasz mnie w nos, na co rzucam się na ciebie i przytulam. Mocno.

— A nie mogłeś im po prostu powiedzieć prawdy?

Parskam śmiechem. — A żebyś wiedział, powiedziałem im, co takiego mnie ugryzło.

Gapisz się na mnie przez moment. — I co? Jakoś nic się nie stało.

Oj, Al. Oj, Al.

— Niby nie. Ale tłumaczenie czterolatkom, że to nie było twoje znęcanie się nade mną, tylko zupełnie naturalna i jak najbardziej pożądana część twojego okazywania mi miłości, nie było pozbawione problematyczności. Zresztą, nie wiem, jak takie informacje wpływają na psychikę dzieci. Wyobraź sobie — zwracam się wtem cały do ciebie, podkładając sobie twoje ramię pod głowę — że teraz będą na przykład gryźć swoich rodziców, “bo tak się okazuje miłość”.

Twoje oczy stały się nagle naprawdę duże. Pocieszny widok. Aż serce rośnie. Twoje tęczówki są jak taki tajemniczy ogród gdzieś za szóstą górą i dziewiątą rzeką…

— Ale ty nie dałeś im konkretnie do zrozumienia, ze właśnie tak się okazuje miłość, co?

— Nie wierzę, za kogo mnie masz, ty… — Klepię cię w policzek; czule, choć gdybym nie wiedział lepiej, liczyłbym skrycie, że obudzę w ten sposób część twojego rozumu, która mnie przed momentem zawiodła. — Oczywiście że nie. Ale wiesz, nigdy nie wiadomo, co oni z tego zrozumieli. Małe dzieci to dziiiwne, nieobliczalne stworzenia.

Wzdrygasz się.

A mnie nachodzi wspomnienie moich niedawnych rozmyślań. Wybieram sobie czasami dziwaczne tematy.

— Jak myślisz, kocie, jak wyglądałby owoc naszych wspólnych genów?

Ooo, jak ja lubię, gdy się tak poważnie zamyślasz. Jeszcze tylko ładne okulary, może troszkę więcej kunsztownego zarostu, i byłby z ciebie czysty miodzik.

Pięćdziesiąt razy lepszy niż dziękczynieniowy indyk z jesiennymi jabłuszkami.

— Jak za dużo piękna, żeby prawa biologii uznały to za dopuszczalne, więc pewnie wyszłoby coś szkaradnego.

Mrugam osowiale, a mój mózg usiłuje przetworzyć ukryty sens twojej odpowiedzi.

Na pewno jakiś jest. Zawsze jest.

…No dobra, może nie zawsze. Porzućmy to.

— Aww, to takie ujmująco szczere. — Pochylam się, by zostawić ślinę na twoim policzku pod postacią szczodrego buziaka.

— A czego innego się spodziewałeś? Ja zawsze jestem ujmująco szczery.

— Wiesz, większość świata powiedziałaby “nieczuły i sarkastyczny”. Może poza Malfoyami.

— Dlatego cię kocham: tylko ty potrafisz naprawdę docenić moje intelektualne wdzięki.

— No cóż, co mogę rzec… Jestem jedyny na około osiem miliardów.

Moje chwilowo nadmuchane ego tonie pod salwami śmiechu, gdy rzucasz się na mnie, uzbrojony w łaskotki.

Pow–powietrza!

***

— Sss, ssss, ss, ss, ss, ss, sss-ss, sss, ssss, ss, ss, ss, ss, sss-ss…

— Scor, co ty robisz?

Podnoszę głowę ku wejściu do naszego salonu.

— Hej, kotek. A integrujemy się z Popiołkiem. Uczę go śpiewać.

Wpatrujesz się we mnie bardzo zagadkowo tymi swoimi błyszczącymi oczami. To urocze. Jesteś zbyt słodki, Al, ratuj, skonsumowałem już o wiele za dużo cukru w tym tygodniu!

— I jak wam idzie?

— Na razie porażka totalna. Ale jestem dobrej myśli. To bardzo mądry wąż. Co nie, Popiś? Kto jest mądrym wężem? No kto? No kto? Peeewnie że ty. Pokażemy tatusiowi, co, kolego?

Ładny wężowy język został mi objawiony.

— Al, on jest taki podobny do ciebie! — oznajmiam z entuzjazmem.

Nie widzę cię, ale wyobrażam sobie, że oglądasz tę rodzinną komedię z miną pełną sceptycyzmu.

Który w głębi rozsądku podzielam.

***

— Dobra, przyznaję, Popiołek nie jest aż tak zdolny. Ale czego ty od niego chcesz, kotek, to tylko wąż! Oczywiste, że fizycznie nie byłby w stanie wysyczeć spójnego zbioru nut.

— Jasne, jak mogłem wierzyć, że wam się uda. — Przewracasz oczami, podając mi bombkę w kształcie którego imienia nie wolno wymawiać.

— A tego pana gdzie powiesimy?

— Hmm… — Odchodzisz na kilka kroków od choinki, prawie wpadając po drodze na nasz stolik do kakałka. — Tam, dwie gałązki w górę i jedna w prawo nad skarpetką w ananasy na łyżwach.

Zawsze chciałem mieć choinkę, którą będę mógł ubrać po swojemu od podstawy do czubka. I zawsze wiedziałem, że będą to najbardziej głupiutkie ozdoby w jak największym chaosie.

Żegnaj, tradycyjna Malfoyowska sztywności!

— Cudownie. — Obejmuję cię w pasie, zeskoczywszy ze stołka (nie mogłem przecież zejść jak normalny, ostrożny, sztywny człowiek. Koniec sztywności to koniec sztywności! Jeśli przypłacę zdrowiem, będę żałował swojej w pełni świadomej głupoty), i przyciskam usta do twojego karku. Twoje kudły muskają mój nos i pachną jak mango.

Szkoda, że nie mamy żadnego pod ręką… Wgryzłbym się.

— W rzeczy samej.

Powiedziawszy to, wymykasz mi się i podchodzisz do komody.

— Dołączymy fotkę do paczek, co ty na to? — Obejmujesz mnie w pasie, obracasz tyłem do choinki, i wyciągasz rękę z aparatem fotograficznym.

— Masz Jeża Jamesa w kadrze?

— Emm… Uh-uh. Nie wierzę, że znalazłeś mini-maskotkę fioletowego jeża. — Ja też nie. Cóż za szczęście! — Mniejsza. Uśmiech!

Zrobiłem bardzo głupią minę, a potem dostałem fleszem po oczach.

Kocham święta.

— Czekaj, weźmy Popiołka! To też część rodziny. — Rzucam się ku terrarium.

— Scor, proszę, nie molestuj go już.

***

Tak oto nadszedł ten Wielki Dzień… Śniegu za oknem nie ma ni szczypty, ale od czego jest cukier puder!

I kakałko z pianką.

— Pan piękny osiwiał z świątecznego stresu? — Przyglądam ci się niczym masło topniejące przy kominku.

Unosisz na mnie brwi.

— Masz wąsy z pianki — wyjaśniam ze śmiechem.

Mógłbym je zlizać, ale twój język był szybszy.

Siedzimy radośnie przez kilka kolejnych minut, rozgrzewając sobie flaki pysznym jedzeniem (udało ci się zrobić coś jadalnego! Wyrządziłbym mini-przyjęcie z okazji, ale… mamy większą), wrzucając parę słów co i moment, mimo że cisza jest bardzo kojąca i komfortowa.

Jakkolwiek ciszą można nazwać odgłosy spożywania posiłku podszyte świątecznymi nutami w tle.

— Pora na prezenty! — oznajmiam w końcu, dosłownie podskakując w miejscu.

— Nie smakuje ci?

Oh?

— Oczywiście że mi smakuje, kocie, ale… mhhh. — Dostaję drżączki: od kilku dni nie mogłem się doczekać, by zobaczyć twoją reakcję na moje dzieło.

Najwyraźniej rozumiesz (KOCHAM CIĘ!), bo zaraz wstajesz, przechodzisz ze mną na sofę (właśnie sobie uświadomiłem, że to nasze pierwsze święta z tą sofą. Och, tyle rzeczy już widział owy zacny mebel), i trzymasz w dłoni paczuszkę– właściwie nie wiem, skąd ją tak właściwie wziąłeś, skoro twój ubiór nie dysponuje ani jedną kieszenią.

…Tajemnice wszechświata…

— Kto pierwszy?

To takie retoryczne pytanie z grzeczności, tak? Przysięgam, gdybym był garem klusek, wykipiałbym z podekscytowania.

— Pozwól. — Podnoszę się (i po co było siadać. Cóż, zawsze więcej ruchu), wyciągając własną paczuszkę (haha, ja mam kieszeń! Nawet dwie).

Odchrząkam, chłonąc ten piękny moment. Spokojnie, Scorpius, nie zahiperwentyluj się. Jeśli będziesz oddychał rozsądnie, język ci się na pewno nie poplącze.

— Zielone twoje

Och, twoje oczy.

One, och, są tak, och, tak zielone.

Och, tak zielone.

Tak bardzo, och bardzo zielone,

że bardziej by chyba nie mogły być

zielone.

Najzieleńsze to oczy, jakie widziałem. Och! Tak zielone…

Tak zielone!

Och.

Jak słoneczka jaśniejący promień w butelce od piwa zielonej

na ulicy, przy chodniku, roztrzaskanej w kawałeczki.

Tak zielone!

Jak szmaragdy na jubilerskim regale honorowym,

wśród klejnotów tęczowych promieniejące skromnie.

Tak zielone!

Jak traw bujnych liście wilgotne od rosy znad rana

ku ziemi ziemistej, zimnej, robaczywej spływającej.

Tak zielone!

Jak kiwi dojrzałe, słodko-kwaśne, pachnące

jak trawa skoszona, soczysta; w cielęcia mordce młodziutkiej.

Tak zielone!

Jak na pniach sękatych mech miękkaśny,

północy i nocy goniący przetrwale.

Tak zielone!

Jak dolarów zieloniutkich stosik przesłodziutki

na oczach moich rosnący w materialnej wiośnie.

Tak zielone!

Jak ogórek świeży w skórce i bez skórki,

w sałatce ze śmietaną, do ziemniaczków słodkich.

Tak zielone!

Jak winogronka w zębach pękające i cieknące,

bez pestek, czyściutkie, na gałązce.

Tak zielone!

Jak wodorosty z wód nie-i-nazwanych, piaskami dna niepokalane,

z falami głębin się wijące, węgorze jakby ku niebiosom sięgające.

Tak zielone!

jak oczęta mogą być tylko twoje.

Dla Ciebie, Al,

z miłością gorącą i żywą,

co wciśnie się jak wąż zwinny pomiędzy rozłamy wszelkie

i ciałem silnym w jedno serca połączy

na wieczność ponadczasowej wieczności,

co go śmierć nawet nie pokona,

bo nowy odrodzi się zawsze.

Krócej mówiąc: KOCHAM CIĘ, TY WARIACIE xoxo (to napisałem, ale w recytacji przeistoczyło się w buziak w czubek nosa)

– drugi wariat, a.k.a., Twój Scorp

Napawając się twoim pięknym uśmiechem (którego wyraźnie nie jesteś w stanie powstrzymać. Ha! Zrobiłem cud po raz kolejny! Czuję się jak prawdziwy Święty Mikołaj; Al, stany jakich dzięki tobie doświadczam…), wręczam ci paczuszkę, po czym siadam i oglądam, jak rozwiązujesz schludną kokardkę, odwijasz czerwony papier w bałwanki, i…

…otwierasz ręcznie wykonane pudełeczko, by zobaczyć ręcznie wykonany pierścień z zatkniętym tuż obok rulonikiem, którego zawartość poznałeś przed sekundami.

Pracowałem nad tym przez godziny. Nie dano mi ręki do rzeźbiarstwa, ale od czego jest wytrwałość i pomocne instruktarze!

Zrodzony z miłości, tak oto powstał srebrny pierścień w kształcie węża połykającego swój ogon. Umocowanie tych maleńkich, lśniących szmaragdów w miejsce jego oczu przysporzyło mi mnóstwo potu, a język kilka razy wysechł od wystawiania, ale to i tak nic w porównaniu z grawerowaniem (różdżką, tym niemniej, to wciąż podchodzi pod “ręcznie”) Jesteś kanapką z moim masłem orzechowym na wewnętrznej części pierścienia.

— Widzisz? Szmaragdy, jak twoje oczy. I za każdym razem gdy spojrzysz na niego, przypomnisz sobie ten wiersz. I mnie. Bo to ode mnie. I będzie ci weselej. — Mam nadzieję. — Wyszedł spod tych rąk w ich własnych osobach.

Moje oczy błyszczą niczym to srebro, gdy wsuwasz pierścień na swój palec serdeczny.

— Przepiękny. Dziękuję, słońce. Będę go nosił każdego dnia.

— A wiesz, wykonałem go mając na uwadze komfort przy palcowaniu. Więc nie będzie przeszkadzał. — Salutuję ci, nie wiem po co, chciałem po prostu wykończyć tę jakże specjalną informację jakimś fajnym gestem.

Parskasz śmiechem. — Oczywiście że o tym pomyślałeś. — Aw, ten buziak, nie trzeba było– Zaraz połkniemy sobie nawzajem migdałki. — Tylko że… “kanapką z moim masłem orzechowym”? A to nie na odwrót?

Policzki mnie rozbolały od uśmiechu. Jak się to zdejmuje?

— Nie. Na odwrot mówią wszyscy inni. A ty nie jesteś wszystkimi innymi. Jesteś mój wyjątkowy jedyny.

— Ach… – Kiwasz głową, zupełnie jak twój tata, kiedy wytłumaczyłem mu, dlaczego kupiłem mu czarno-czerwoną koszulkę. – Aprobuję twoją logikę.

— Miło mi. — Kłaniam się nisko. Nigdy wcześniej nie robiłem tego na siedząco. Siedzenie wyraźnie nie jest optymalną pozycją do kłaniania się. — No to właśnie ci się oświadczyłem. — Chciałem ci puścić gorące oczko, ale mam wrażenie, że wyszło bardziej jak tik nerwowy.

Szok rozbłyskuje na twojej twarzy, a potem twój uśmiech nabiera nostalgii. Kręcisz głową. — Nie byłoby sensu dłużej czekać, co?

Wyyydech, Scorpius, świat dalej stoi. Żaden chory wariat nie zmaterializował się nagle w naszym salonie, by zniszczyć nam szczęście.

To tylko w bajkach. Za dużo bajek. Zacznij żyć realem, Scorpius.

— Ze swojej strony, nie sądzę.

Noga mi podskakuje. Uh, straszliwie trudno jest usiedzieć spokojnie w Takim Wielkim Momencie Naszych Żyć.

— Gdybym tylko miał w repertuarze prezentów coś na kształt obrączki, oświadczyłbym ci się zaraz jak należy, ale kompletnie mnie zaskoczyłeś.

Przygryzasz wargę, jak zawsze, gdy mielisz słowa, próbując przetworzyć je na strawne pierniczki.

— Nie ma problemu, kocie. To w końcu tylko kawałek metalu. Intencja się liczy.

— Słusznie. Zatem wiedz, Scorpiusie Hyperionie Malfoyu — obejmujesz mnie, wolną ręką ujmując moją — że moje serce w swoich pięknych dłoniach posiadłeś już lata temu.

Pocałunek, jakim obdarzasz moje drżące usta (tama lada moment pęknie, jestem tego pewien), to delikat pokroju muśnięcia aksamitem.

Merlinie, Godryku i Slytherinie, zaraz dostanę padaczki ze szczęścia. Czy jest tu gdzieś wieżowiec, na który mógłbym wleźć, by wykrzyczeć wszystkim chmurom i ptakom, jak niemożliwie kocham tego pięknego człowieka?

Gdy odplątujemy się z siebie bliżej nieokreśloną ilość minut później, tylko błyskająca lampkami choinka nieopodal przypomina mi, co za dzień tak właściwie trwa.

Trwa…

— To chyba najpiękniejsze święta w moim życiu.

— Co roku to mówisz. — Ocierasz nos o mój.

— Bo tak jest. Co roku coraz więcej jest w moim życiu ciebie. I nie zamierzam przepraszać za bycie kulką puchu, to moje życie i moje szczęście, i będę wyrażał swoje uczucia do ciebie jak tylko chcę.

— A ja to tu nic nie mam do powiedzenia? — Szczerzysz się, gładząc mój bok.

— Nie. — Cmok.

Który zamienił się w skomplikowany taniec oralny.

Uwielbiam nas.

— Dobra — odrywasz się ode mnie, przyzwoicie zarumieniony — to teraz moja kolej. Nie jestem mistrzem w zaklęciach, więc nie wszystko poszło zupełnie tak jak miało pójść… Ale! — unosisz brwi z uśmiechem — nic to, eliksirek rozwiązał problem. Proszę.

Wkładasz w moją dłoń swoją paczuszkę. Jest taka malutka i tak starannie zapakowana jak na swoje nieporęczne wymiary, że aż szkoda mi to niszczyć.

Kiedy stałeś się mistrzem kokardek?

— Słońce, oczami się tego nie robi — podpowiadasz z uśmiechem w głosie.

— Ćśś, podziwiam.

I tak podziwiam przez siedem oddechów (twoich dziesięć i pół; stresujesz się? Aw), po czym delikatnie dobieram się do zawartości.

— Oh — umyka ze mnie w cichutkim śmiechu. W ładnym papierze spoczywa niewielkie, szafirowe…

— Czy to…?

— Ziarenko. Tak. Jedyne-jedyne na całym wielkim świecie. To mój własny pomysł. Tylko dla ciebie. Taka mała zagadka; wiem, jak lubisz bawić się w podobne różności, więc pomyślałem… Jest unikalne, z intencją i spersonalizowane, no i wyraża mnie. I mnie dla ciebie. Plus, ten prezent gwiazdkowy pozostanie w pewnym sensie nowy na długo po świętach. Fajnie, co nie?

Moja twarz sama odpowiada ci szerokim uśmiechem, gdy ujmuję ziarenko pomiędzy kciuk i palec wskazujący i podnoszę do oczu. Radość przyczepiła się do mojej twarzy i chyba zostanie tam na długo.

— Nie chcę ci za bardzo podpowiadać; to ma być zabawa dla twojego wewnętrznego odkrywcy. Ale, na początek, włóż je do szklanki z wodą. Chłodną. Może być nawet zimna. Byle nie ciepła, nie cieplejsza niż pokojowa. Z wyższą temperaturą może źle zareagować. To znaczy, niedorozwinąć się albo w ogóle umrzeć. No i to tyle. Na początek. Dwie doby. A potem… cóż, sam zobaczysz. Nie będę ci psuł zabawy.

Wzdycham lekko, zastanawiając się, czemu moje oczy są trochę mokre. Przecież to tylko mały drobiazg, w który ewidentnie włożyłeś serce.

Odkładam ziarenko bezpiecznie w papierek, który z kolei odkładam bezpiecznie na nasz stolik do kakałka.

A potem przytulam się do ciebie, bo siedzisz tu, obok mnie, dla mnie, taki przytulaśny w swoim zielonym swetrze.

— Jesteś najlepsiejszy, kocie.

Śmiejesz się, obejmując mnie ramionami.

— Poczekaj aż zobaczysz, co się stanie. Myślę, że ci się spodoba, ale kto wie, może wcale—

Moje usta na twoich przerywają zdanie.

— Cokolwiek byś zrobił, cokolwiek byś mi dał, Al, zawsze by mi się podobało. Bo byłoby od ciebie. Ale… — znów całuję cię, długo i słodko, zanurzając dłonie w twoich przydługich włosach, które nie znudzą mi się nigdy, przysięgam. — To piękny prezent. Dziękuję. I powtórzę to jeszcze wiele razy, więc przygotuj się na wysyp miłości.

— Co za dużo to niezdrowo, mawiają… — mruczysz lekceważącym tonem, patrząc głęboko w moje oczy, gdy opierasz czoło o moje.

U, mam teatralny grymasik na twarzy.

— Oj no, żart taki. W każdym razie, jeśli można to nazwać regułą, ty jesteś moim wyjątkiem. — Przytulasz mnie do siebie, mocno, ocierając policzek o mój. — Ale ciekawi mnie jedna rzecz… O ile mnie pamięć nie myli, zapowiadałeś, że napiszesz mi fanfiction?

— Tak. Fakt, mówiłem. Niespodzianka! Nie spodziewałeś się wiersza ani pierścienia, prawda? — Odsuwam się, by nacieszyć się twoją twarzą.

— Ani trochę.

— No widzisz. Dodatkowy bonus w postaci zaskoczenia. Aczkolwiek jeśli szczerze chcesz, z radością napiszę ci fanfiction. Hmm, pewnie… nie bardzo by ci się widziało czekanie do urodzin?

Ach, te twoje uśmieszki…

— A więc, już wiesz, co chciałbym na urodziny.

***

Z każdym dniem mam wrażenie, że wiążesz “O” i “H” w moim mózgu coraz ciaśniej i ciaśniej, ale to co dziś odkryłem, przeniósłszy łazienkowe opary do naszej sypialni, postawiło znak zapytania nad moim obrazem twoich zielarskich umiejętności.

— Kocieee…

— Co się stało? — odkrzykujesz z salonu.

— Czy Hydruś miał śpiewać?

— Że kto?

— Ta roślinka, którą dałeś mi na Gwiazdkę.

Podchodzę bliżej do rzeczonego, zastanawiając się, gdzie toto ma jakieś otwory dźwiękowe.

— Nazwałeś ją– — Przez moment jest cicho, i zastanawiam się, o czym myślisz. — A co, śpiewa?

— Raczej nie pytałbym cię o to, o co cię właśnie zapytałem, gdyby nie śpiewał.

— Słusznie. — Wchodzisz do sypialni i mam ochotę głośno zakwestionować smużkę ziemi na twoim nosie. — Czyli śpiewałeś przy nim ostatnio?

Mrugam, czując się jakby ktoś zdjął ze mnie szlafrok tuż po prysznicu.

— To ile to potrwa?…

— Z parę minut, w każdym razie nie powinno dłużej.

— Trzymam cię za słowo. Nie żeby coś, jesteś geniuszem i tak dalej, ale TO nie przypomina mojej interpretacji “Mrugaj, mrugaj, mały nietoperzu!”. I nie mam tego na myśli w dobrym sensie.

Obejmujesz mnie w pasie, zapewne wpatrując się ze mną w Hydrusia.

— Hej, nikt nie jest perfekcyjny.

Splatam palce z twoimi, uśmiechając się pod nosem.

Może nie, ale i tak wszystko, czego potrzebuję do szczęścia, to ty.

Autor Wyrdmazer
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 86
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!