Wykluczeni część 2

Ten dzień już od samego początku nie zwiastował niczego dobrego.

Czując rozchodzące się po blacie wibracje wyciszonego telefonu, przebudziła się nagle, od razu mrużąc oczy od oślepiającej jasności pomieszczenia. Na oślep wymacała telefon i wyłączyła, jak sądziła znienawidzony budzik. Krzywiąc się, pomasowała się po obolałym karku. Nic dziwnego, że ją bolał, skoro usnęła przy stole. Od momentu znalezienia nadpalonej stokrotki nie mogła usnąć ani się uspokoić, jedynie siedząc na krześle, tempo wpatrując się w leżący na stole wczesno-letni kwiat i próbując wytłumaczyć sobie, jakim sposobem znalazł się w nocy na jej wycieraczce, gdy był praktycznie początek jesieni. Nie przypominała sobie nawet momentu, w którym odpłynęła.

Na wspomnienie nocnych wydarzeń od razu otworzyła dotąd przymrużone powieki, kierując spojrzenie przed siebie, gdzie ku jej rozczarowaniu nadal leżała nadpalona stokrotka, dokładnie w tym samym miejscu co wcześniej. Westchnęła ciężko, obserwując ją z rezygnacją, szczypiącymi od zmęczenia oczami.

— Czyli nadal tu jesteś…

Nie była zbyt pewna, czy mogła się z tego cieszyć.

— Czyli wychodzi na to, że faktycznie istniejesz, albo w końcu zwariowałam i zwidy są już dla mnie w formie materialnej… Nie, no ciekawie! — parsknęła bez wesołości, coraz bardziej rozważając drugą opcje.

Ponownie rozległy się głuche brzęczenia, trzęsącego się w konwulsjach telefonu. Wywróciła oczami w rozdrażnieniu.

— Przecież cię wyłączyłam głupi budziku!

Sięgnęła po telefon i spojrzała na jego wyświetlacz zniecierpliwiona. Na ekranie widniało wielkie zdjęcie narysowanej pomarszczonej ropuchy z podpisem CZAROWNICA. Na ten widok od razu się wyprostowała, czując swoje szybsze bicie serca. Błagalnym wzrokiem zerknęła na wiszący w kuchni zegar, który pomimo jej nikłych nadziei wskazywał 8:55. W akompaniamencie dzwoniącego telefonu, przymknęła na chwilę oczy, nie wierząc, że to się dzieje naprawdę. Odebrała połączenie i przytknęła telefon do ucha, spodziewając się już co usłyszy.

— Pani Iwono, nie uwierzy, pani, co mi się właśnie wydarzyło! — zaczęła rozemocjonowanym głosem, lecz zanim zdążyła wyartykułować z siebie cokolwiek sensownego, natychmiast przerwała jej rozgniewana szefowa.

— Zapewne, panno Mrozek, a teraz proszę się wstawić w moim biurze. W tej chwili! — oznajmiła ze złowieszczą nutą w naturalnie wyniosłym głosie, po czym od razu zerwała połączenie.

Alex skrzywiła się, patrząc z wyrzutem na leżącą na stole, pozornie niewinnie wyglądającą stokrotkę.

— To wszystko przez ciebie! — rzuciła, po czym zerwała się z krzesła, by jak najszybciej wstawić się w biurze rozzłoszczonej szefowej.

***

 Po półgodziny zestresowana weszła do osiedlowego sklepu spożywczego, który nie imponował szczególnie prezencją, ani rozmiarem. Jak zwykle nie było w nim zbytniego ruchu, jednak czego by można było się więcej spodziewać. Zza kasy przywitał ją pełen jadu, ironiczny uśmieszek „pani” Kozłowskiej, która była od niej starsza o niecałe pięć lat, a życzyła sobie zwracać się do niej per pani. Podniosło się jej ciśnienie, na widok ucieszonej jej kłopotami, jak zwykle obijającej się koleżanki z pracy. Alex zamierzała minąć ją bez słowa, próbując nie myśleć o jawnej niesprawiedliwości, która ją tu spotykała. To ona z ich dwójki najwięcej pracowała, a i tak to ona według szefowej była źródłem wszelkich kłopotów, gdy pani Kozłowska siedziała bezczynnie za kasą, bezczelnie przyglądając się jej harówce z wrednym uśmieszkiem.

Jednak Alex jak zwykle okazała się zbyt naiwna, by sądzić, że Kozłowska puści taką okazję koło nosa, by pokazać jej swoją przewagę. Oderwała się od dotychczasowego piłowania swoich szponów, po czym przyjrzała się jej przemęczonej twarzy z niekrytą uciechą. Za to Alex jak zwykle, gdy ją widziała, nie mogła nadziwić się kilogramami tapety na jej twarzy, licząc włącznie jej przyozdobione różową panterką pazury, których pozazdrościć by mógł jej sam Wolverine, czy Edward Nożycoręki.

— Och, w końcu jesteś! Pani Iwona już czeka na ciebie w biurze, mam nadzieję, że to nic poważnego.

— Na pewno nic tak poważnego jak rozbieżność twojego zgryzu. — dogryzła jej bez zająknięcia, nawet na nią nie patrząc.

Zanim jej oburzona, a zarazem zdziwiona koleżanka zdążyła coś wykrztusić, Alex weszła już do biura swojej szefowej, czując nagły przypływ dumy i pewności siebie po dobrej ripoście. Lecz ta znów niestety rozpłynęła się, pod surowym spojrzeniem szefowej, czekającej już na nią za swoim biurkiem. Dziewczyna z trudnością zdołała się wsunąć na twarz niewinny uśmiech.

— Dzień dobry, pani Iwonko. — przywitała się najmilej jak mogła.

— Siadaj. — wydała sucho polecenie, wskazując na przygotowane przed biurkiem krzesło.

Przełknęła głośno ślinę i zajęła wskazane miejsce.

W pomieszczeniu zapadła ciężka cisza, gdy pani Iwona zajęła się ekranem swojego komputera, co jakiś czas wpisując coś na klawiaturze, całkowicie ignorując siedzącą przed nią dziewczynę. W tym dłużącym się czasie niepokoju, Alex siedziała bezczynnie, nerwowo myśląc, co się może zaraz wydarzyć i denerwując się, że jej szefowa nie przechodzi do rzeczy, tylko trzyma ją w niepewności. Gdy minęły kolejne minuty, zdenerwowana otworzyła już usta, by się upomnieć, lecz zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, pani Iwona niespodziewanie rzuciła przed nią oprawiony w przezroczystą koszulkę dokument.

— To twoje wypowiedzenie. — dodała bez namiętnie, powracając do pracy przy komputerze.

Aleksandra oburzona, a zarazem otępiała tymi słowami wodziła wzrokiem od szefowej po tłusty druk tytułu dokumentu. Parsknęła nerwowym śmiechem.

— Pani Iwono, proszę nie przesadzać! Chcę mnie pani zwolnić za jedno małe spóźnienie? — zapytała wyluzowanym tonem, próbując załagodzić sytuację.

Szefowa spojrzała na nią spod przydługiej grzywki, niedowierzającym wzrokiem.

— Nie, oczywiście, że nie! — zaśmiała się wrednie. — Mam kilkanaście innych powodów, by cię zwolnić, a dzisiejsze spóźnienie jest jedynie czubkiem góry lodowej, którą od zatrudnienia się tutaj, z zaangażowaniem budowałaś.

Dziewiętnastolatkę zaskoczyły te słowa, czując narastające oburzenie.

— Przepraszam, co? — udała, że się przesłyszała. — To jest jakiś absurd! Ja tu haruję za dwie, a pani mnie zwalnia?! Myśli pani, że kto tu robi najcięższe rzeczy? Chyba nie pani Kozłowska, która jedyne co robi przez cały dzień to siedzi przy kasie i bawi się telefonem, podżerając sobie te swoje ciastka!

— Dosyć! — przerwała jej rozgniewana szefowa, patrząc na nią ostrzegawczym wzrokiem. — Pani Kozłowska jest punktualna i odpowiedzialna, co do po niektórych.

Alex parsknęła pod nosem, wywracając oczami z niedowierzania.

— No tak, przecież się nie zwolni córki swojej najlepszej przyjaciółki…

Pani Iwona zagotowała się na te słowa.

— Lepiej dla ciebie, żebyś już umilkła! — podniosła głos, po czym odetchnęła głęboko, by się choć trochę uspokoić. — Naprawdę byłam co do ciebie cierpliwa. Przymykałam oko na twoje spóźnialstwo, zapominalstwo. Nawet wtedy, gdy byłaś w żałobie, czy miałaś problemy z policją, nie robiłam ci dodatkowych problemów. Dawałam ci naprawdę wiele szans Aleksandro, ale ty ich nie wykorzystałaś. Konflikty z personelem, ciągłe pomyłki i spóźnienia. Jesteś nieodpowiedzialna, nie uczysz się na swoich błędach i w dodatku jesteś coraz bardziej bezczelna! Jakbyś nie była w ogóle wychowana!

— Niestety musiałam radzić sobie sama… — wtrąciła pustym od emocji głosem, a pani Iwona zacisnęła usta w cienką linię.

Alex miała nadzieję, że wzbudzi w niej jakieś uczucia, lecz niestety jej szefowa była nieugięta.

— Tak, ale niestety tak wygląda życie, nikt nie dostaje tego czego chce. Nie wiem, czemu tak się zachowujesz. Wiem, że przechodzisz przez trudny okres w życiu, ale wszystko ma swoje granice. Musisz w końcu dorosnąć i nauczyć się odpowiedzialności. Mam nadzieję, że dzięki temu zwolnieniu przemyślisz sobie parę rzeczy i w końcu weźmiesz życie w swoje ręce. Ciesz się, że pomimo wszystko i tak napisałam ci całkiem niezłą opinię.

Wzburzona Aleksandra wstała na równe nogi, zrywając z biurka swoje wymówienie.

— Akurat pani nie musi mi mówić, jakie to życie potrafi być okrutne, bo ja tak się składa doskonale o tym wiem! Żegnam i mam nadzieję, że już się więcej nie zobaczymy! — Po tych słowach wyszła z podniesioną głową, trzaskając za sobą drzwiami.

* * *

 — Nieodpowiedzialna, niedojrzała! Phi! — mamrotał ze złością pod nosem, marszcząc brwi nad ekranem swojego laptopa.

Po tym przykrym incydencie od razu wróciła do domu, gdzie podminowana próbowała udowodnić sobie samej, że pani Iwona nie miała co do niej racji i w pełni kontrolowała swoje życie. Chociaż w części. Więc przypomniawszy sobie, że już od dawna powinny być wyniki rekrutacji na jej wymarzoną uczelnie, odpaliła swój stary laptop, usadawiając go na swoich kolanach. I choć wiedziała, że włączenie go dość długo trwa i tak zaczęła się niecierpliwić, przygryzając nerwowo swój policzek.

Zagubiona w myślach aż podskoczyła słysząc dźwięk powiadomienia z telefonu. Skrzywiła się zdegustowana, widząc, że to jedynie przypomnienie jej wizyty u psychologa, który podobno miał jej pomóc wyjść z dołku po śmierci Henryka.

Podobno, to było słowo klucz.

Była u niego już parę dobrych razy i nic, a nic nie czuła się po tych wizytach lepiej. Pan psycholog był w jej mniemaniu porażająco przerysowany. Zamiast swobodnie i bezpiecznie, czuła się tam jak na przesłuchaniu, wypytywana o dziwne rzeczy z codzienności, a potem słuchająca jego teorii o tym jak odbiła się na niej śmierć Henryka i co powinna zrobić by wrócić do normalności. Na samo słowo normalność chciało jej się śmiać. Jej życie niestety nigdy nie było normalne i pomimo jej starań, szczerze wątpiła, żeby kiedykolwiek takie było.

Całe szczęście, że jej nad wyraz zaangażowany psycholog nic nie wiedział o tym, co działo się wcześniej w jej życiu, albo chociażby o jej dziwacznych snach i przewidzeniach, które coraz częściej ją nękały. Wtedy albo by dał jej mocne psychotropy, albo nieodwołalnie odesłałby ją do pokoju bez klamek.

Czując swój coraz podlejszy humor spowodowany wydarzeniami z nieprzespanej nocy i zwolnieniem z pracy, wyłączyła dalsze przypomnienia, nawet nie biorąc pod uwagę, by tam iść i jeszcze bardziej popsuć sobie humor.

Gdy laptop w końcu się włączył, odpaliła przeglądarkę. O mało nie wybuchła, gdy wyświetliło jej się tłustym drukiem na ekranie, Brak dostępu do Internetu. Spojrzała z wyrzutem na sufit, gdzie znajdowało się mieszkanie winowajcy, przez którego zazwyczaj była bez sieci.

— Piotrek!

Rzuciła laptop niedbale na fotel, gdzie leżał już wcześniej i jak wystrzelona wyszła szybkim krokiem na klatkę schodową. Ekspresowo przemierzyła schody prowadzące na następne piętro i znalazła się pod drzwiami Piotrka.

— Piotrek! — waliła do drzwi, doskonale wiedząc, że cichego pukania nawet nie usłyszy. — Otwieraj te przeklęte drzwi!

Po dłuższej chwili otworzył jej, wysoki dwudziestotrzyletni chłopak o bujnych dredach. Zirytowany patrzył na nią zamglonym wzrokiem wodnistych, cienkich oczu.

— Co ty wyrabiasz?! Czemu tak walisz o tej godzinie, nie powinnaś być o tej porze w pracy?! — zapytał się, rozdrażniony jej nagłym wpadnięciem, przecierając dłonią twarz. — A z resztą jestem teraz zajęty, nie mam czasu gadać, mam ostateczną walkę!

Alex zmierzyła jego słuchawki i pada w ręku zrezygnowanym wzrokiem, a z głębi jego mieszkania poczuła charakterystyczny, słodkawy dym w nozdrzach. Najwidoczniej świetnie się bawił.

— Tak właśnie myślałam, bo o ironio, znów nie mam Internetu, za który płacę ci miesiąc w miesiąc pięć dych! Po co ci za niego płacę, jeśli zawsze, gdy go potrzebuję, ty zużywasz akurat w tym momencie całą jego siłę na swoje gierki?!

Piotrek westchnął ironicznie, chcąc jak najszybciej wrócić do swojego poprzedniego zajęcia.

— Przecież się umówiliśmy Olka, że o tej godzinie nie potrzebujesz Internetu!

— Ale tym razem jest inaczej. Muszę sprawdzić, czy się dostałam na uczelnie. Więc z łaski swojej przestań na chwilę bawić się w te twoje dziecinne gierki Fantasy i udostępnij mi mój Internet!

Piotrek niezbyt jej słuchał, w tym samym czasie słuchając niecierpliwych głosów swoich kolegów dobiegając z jego słuchawek.

— Tak, już zaraz jestem. Dajcie mi chwilę, mam małą awarię… — dodał z rezygnacją do sięgającego mu ust mikrofonu, spoglądając z pretensją na zdenerwowaną sąsiadkę.

— Zróbmy tak. — zaproponował, siląc się na spokojny ton — Ja udostępnię ci Internet później, a ty chodząca nerwico pomaszerujesz na pocztę, gdzie czeka twój świeży polecony z uniwerku.

Dziewczynę zaskoczyły jego słowa.

— Jak to? Była dzisiaj poczta? — spytała rozkojarzonym tonem.

Piotrek przewrócił zirytowany oczami.

— No, chyba mówię, nie? Chciałem go dla ciebie odebrać, ale listonoszka powiedziała, że tylko osobiście. Mogę już wrócić do gry, czy masz jeszcze jakieś nieważne sprawy?

Alex uśmiechnęła się do niego radośnie.

— Dzięki, możesz wrócić do swoich nerdów! Na razie! — zawołała przez ramię, zbiegając już po schodach.

Okularnik parsknął, po czym zamknął za sobą drzwi.

W tym samym czasie Alex wpadła do mieszkania. Chaotycznie zaciągnęła na stopy tenisówki, narzuciła na siebie kurtkę, czując rosnącą ekscytacje, która od razu przegoniła wcześniejszą złość. Wzięła portfel i klucze, i wyszła na zewnątrz.

Po wyjściu z kamienicy poczuła smagający jej ciało zimny wiatr, a na twarzy doświadczyła delikatnej wilgotności unoszącej się nad starym rynkiem mgły. Nie zważając na przeszywające ją zimno, ruszyła biegiem przez pustawe o tej godzinie brukowane uliczki.

Mimowolnie na jej ustach pojawił się pełen podekscytowania uśmiech. Nie mogła się już doczekać, żeby zobaczyć pismo, gdzie będzie oficjalnie napisane, że ją przyjęli na jej wymarzonym kierunek. Nie mogło być innej opcji. Jej matura była odpowiednio zdana, nawet można powiedzieć, że idealnie, by się dostać na Kulturoznawstwo na Uniwersytecie Krakowskim.

Po paru minutach nieplanowanego wcześniej joggingu, z walącym sercem i nie mogąc złapać oddechu, dotarła nareszcie na pocztę. Ekspedientka, do której się zgłosiła, była starszą panią, która zmierzyła ją dziwnym wzrokiem, ale bez słowa podała jej list. Wiedziała, że wyglądała niezbyt wyjściowo, ale żeby starsza pani patrzyła za to na nią spod byka?

Podpisała, że jej list został przez nią odebrany, po czym wyszła z powrotem na dwór. Patrząc z nadzieją i radością na kopertę, zeszła pomału ze schodków i zatrzymała się na środku dziedzińca, gdzie wzbierały ciemne chmury, zwiastujące nieubłagane nadejście deszczu.

To był ten moment, do którego dążyła, odkąd poznała Henryka. Odkąd postawiła sobie w życiu jakiś cel. Teraz miało właśnie spełnić się jej marzenie, które miało po tym wszystkim co było przedtem zmienić jej życie na lepsze. Nadać mu sens. Pokazać jej, że może żyć normalnie, jak każdy inny.

Odetchnęła głęboko i rozerwała kopertę, czując na twarzy powiew świeżego powietrza nasyconego pierwszymi kroplami deszczu. Wiedziała, że zaraz rozpęta się najprawdopodobniej burza, ale to nie miało znaczenia. Nie obchodziło ją to, czy zmoknie, czy że może się przeziębić. Nic nie miało znaczenia poza zawartością koperty. Drżącymi z emocji dłońmi wyjęła list, który od razu z delikatnością rozłożyła.

Zamarła, a jej uśmiech rozpłynął się niczym słońce dzisiejszego feralnego dnia. Jej nieokreślonej barwy oczy opustoszały w jednym momencie, gdy napotkały namoknięty pierwszymi kroplami deszczu tekst, jej tak długo wyczekiwanego listu, który oznajmił jej macoszym tonem, Szanowna panno Mrozek, z przykrością informujemy, że nie została pani przyjęta…

Jednak nic nie miała pod kontrolą…

Autor Dysiss
Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 108
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!