Wykluczeni

Rozdział 1

Nadpalona biel

Hałas, tłok i duchota. Niekończący się tłum stojących bezczynnie, rozgadanych ludzi, ściśle zajmujących wszystkie chodniki w zasięgu wzroku. Wokół świst jeżdżących, jeden po drugim, po ulicach z zawrotną prędkością aut, których nikt nawet nie próbował opanować. Nie wiedziała, co tam robiła ani jak się tam znalazła. Ściśnięta w gęstym tłumie, dziwnie podekscytowanych ludzi, próbowała przedostać się na sam przód, w stronę, gdzie skierowane było ogólne poruszenie. Śmiechy, szepty, trucizna przelewająca się w głosach, stojących niczym mur osób, których twarze były roztarte, niczym szkic po starciu gumką. Wszyscy wyglądali tylko w jedną stronę, wraz ze swoimi obiektywami telefonów.

— Zobaczcie, co za kretyn!

— Ale jazda! To zrobi dopiero furorę w sieci!

 Zaniepokojona dziewczyna przyśpieszyła tempa już coraz mniej patrząc na reakcję popychanych przez nią obserwatorów. Było przeraźliwie gorąco, a tłok i oddechy rozgadanych ludzi nie pomagały. Pomału zaczęło brakować jej tlenu, a po jej rozgrzanych skroniach zaczęły spływać stróżki potu. Czuła obezwładniające poczucie beznadziejność, widząc niekończący się tłum, bała się, że nie zdąży na czas. Impulsywnie przeciskała się wśród rozgrzanych ciał, nie mogła tym razem zawieść. Musiała iść byle naprzód.

— Gdzie ty tak pędzisz? I tak go nie uratujesz!

— To przez ciebie zginął! To ty go zabiłaś!

— Tyle dla ciebie zrobił… Wstyd…

Z impetem i wzbierającą w sercu paniką przedarła się przez las rąk na przód tłumu, o mało co nie wypadając na jezdnie. Nawet nie zdążyła odetchnąć. Na dźwięk klaksonu nadjeżdżającego szaleńczą prędkością auta, podskoczyła w ostatniej chwili cofając się. Jej przerażoną twarz owionął pęd szybkości jej niedoszłego zabójcy, po którym już nie było nawet śladu. Zdezorientowana rozejrzała się wokół. Stała przed pasami dwukierunkowej ulicy, po której jeden po drugim przejeżdżały rozpędzone do niewyobrażalnych prędkości samochody, ignorujące znaki i światła drogowe.

 Jednak nie to nią najbardziej wstrząsnęło. Jej serce zamarło, a cały świat jakby zwolnił, gdy ujrzała kto znajduje się pośród rozpędzonych aut na wysepce dla pieszych między pasami.

— Henryk!

 Siedzący na wózku inwalidzkim mężczyzna, patrzył wprost na nią z pełnym czułości uśmiechem. Wyglądał tak, jak zawsze. Potargane siwe włosy kołysała się lekko pod wpływem kierunku wiatru. Podłużną pokrytą zmarszczkami i grubymi bliznami twarz ozdabiały ciemno-zielone, mądre oczy skryte za grubymi szkłami kwadratowych okularów. Siedział dumnie wyprostowany, jak zwykle uśmiechnięty, ubrany w białą koszulę i eleganckie spodnie.

 Pomimo, że mężczyzna był w swego rodzaju pułapce, przez otaczające go pędzące pojazdy, a szydzący z niego tłum nie oszczędzał w słowach, on nadal się uśmiechał, jak zawsze spokojny, ciesząc się na widok swojej przybranej córki, która nie wierzyła, że go widzi. Tak bardzo za nim tęskniła, miała ochotę rzucić się w jego objęcia i już nigdy go nie puszczać. Wiedziała, że to co wszyscy próbowali jej wmówić od jego zniknięcia było kłamstwem. Przecież obiecał, że jej nigdy nie zostawi, a on nigdy nie łamał danego słowa.

— Zobaczcie na jego twarz!

— Ja na jego miejscu już dawno bym ze sobą skończył!

— Co? Biedny kaleka ugrzązł?

— Myślisz, że ktoś pomoże takiej pokrace, jak ty?

 Wściekłość, nadzieja, a zarazem bezsilność wzbierały w dziewczynie, a śmiechy tłumu i hałas mijających ją co chwila aut, nie dawały jej spokojnie myśleć. Przecież kiedy go w końcu odnalazła, musiała go sprowadzić z powrotem do domu. Musiała go uratować z pułapki, nie mogła pozwolić na to by go znowu stracić.

— Nie ruszaj się! — zawołała do niego, próbując się przebić przez otaczający ich hałas — Zaraz cię stamtąd zabiorę, tylko proszę cię, nie ruszaj się!

 Rozejrzała się wokół. Choć miała najszczersze chęci, pędzące jeden po drugim pojazdy nie dawały nawet cienia szansy na dostanie się do bezbronnego starca. Ktoś musiał jej pomóc.

 Odwróciła się w stronę tłumu i zaczęła kolejno prosić różnych ludzi o pomoc. Podeszła do mężczyzny stojącego najbliżej niej. Wolała do niego, potrząsała nim, lecz on zdawał się jej nie słyszeć ani widzieć, wpatrzony z okrutnym uśmiechem w ekran telefonu nagrywającego sytuacje, podobnie z resztą jak inni obecni. Dała sobie z nim spokój zagłębiając się w tłum, z którego każda pytana o pomoc osoba ją ignorowała, albo znikała niczym dym. Bezsilność i rozpacz zalewały jej pełne głupiej nadziei serce. Wróciła się na przód próbując wymyślić sposób, jakby mogła sama zatrzymać niekończący się pęd samochodów.

 Z bólem spojrzała na Henryka, na którego uśmiechniętym dotąd obliczu pojawił się smutek. Dziewczyna na ten widok zatrzymała się, nie znajdując w głowie ani jednego słowa otuchy. Nie słyszała już nawet paskudnych kpin tłumu ani przewracających żołądek odgłosów pędzących aut. Teraz to mężczyzna był w centrum uwagi.

— Zawiodłem… — przyznał z bólem w oczach Henryk. Chciała mu przerwać i wyprowadzić go z błędu. To przecież była wyłącznie jej wina, to on był ofiarą tego wszystkiego, co się wydarzyło, lecz jego następne słowa ją powstrzymały. — Żałuję, że ci nic nie powiedziałem, może gdybym wtedy postąpił inaczej, by do tego wszystkiego nie doszło. Czas upłynął zbyt szybko, nie jesteś ani gotowa, ani świadoma, a jedynie pełna ran, mam nadzieję, że kiedyś mi to wybaczysz… Gdy ich spotkasz, powiedz im, że musiałem postąpić słusznie. Dla nas wszystkich… a liskowi, że jestem z niego dumny… — Łzy zamigotały w jego oczach — Tak mi przykro, Aleksandro. To nie miało tak wyglądać. Pomimo co się wydarzy, pamiętaj, że nie jesteś sama. Tylko ty jesteś wstanie to zakończyć.

 Dziewczyna gapiła się na niego z niepokojem.

— Komu mam powiedzieć? Co zakończyć? Henryk? Czy wszystko w porządku?

 Zasmucony mężczyzna uśmiechnął się z rozczuleniem, a na jego policzku pojawiła się samotna łza.

— Niech nie zwiedzie cię mrok…

Wózek nagle stoczył się z progu chodnika wprost na jezdnie, a widząc nie wzruszony smutny uśmiech Henryka, wdech ugrzązł jej w gardle. Nim zdążyła zareagować, spowolniona nawałem myśli, nadciągający rozpędzony samochód z całą swoją siłą uderzył w mężczyznę. W akompaniamencie przeraźliwego pisku opon i gromkiego śmiechu tłumu, rozniósł się jej przenikliwy krzyk, gdy obserwowała spadające kilka metrów dalej bezwładne ciało Henryka, które gruchnęło z nieprzyjemnym odgłosem na ziemie.

 

***

 Oplatające kurczowo jej klatkę piersiową przerażenie i wstrzymany dech, brutalnie zbudziły ją ze snu.

Była ciemna noc, a ona cała zlana potem leżała na krawędzi swej pasiastej kanapy, z której zwisał ostatni kawałek koca, który spadł już prawie całkiem na podłogę.

Podniosła się do pionu, łapczywie łapiąc zduszony oddech, tym samym próbując zapanować nad rozszalałym sercem, które sprawiało wrażenie, jakby chciało wyrwać się z jej piersi z głośnym hukiem. Wytrzeszczone podkrążone oczy, w których wzbierała delikatnie łzy przerażenia, przetarły jej trzęsące się dłonie.

Była sama w rozświetlonym jedynie nikłym światłem włączonego telewizora mieszkaniu, w salonie, gdzie znów z wyczerpania musiała zasnąć na ulubionej, wyleżanej kanapie.

Od śmierci swego przybranego ojca było jej ciężko. Praktycznie nie sypiała z obawy przed koszmarami, które pomału doprowadzały ją na skraj szaleństwa. Przez tyle lat robiła wszystko, byleby nie myśleć o przeszłości, udając przed samą sobą, że nie miała w ogóle miejsca. Wolała wpierać sobie, że od zawsze miała przy sobie Henryka, ale niestety to nie była prawda. Jej niezawodnym sposobem na zapomnienie było pozbawienie siebie swojej aż nazbyt bujnej wyobraźni, która okazała się w ostatecznym rozrachunku jej największym wrogiem, a zarazem katem. Wystarczyła tragedia i obezwładniająca samotność, by jako ośmiolatka zamknęła się w sobie, nierozumiana przez świat, męczona fałszywymi wspomnieniami tragicznej nocy, które wyprodukowała niegdyś przez nią ukochana wyobraźnia. Wtedy wyrzekła się jej, nie dopuszczając do siebie choćby małej barwniejszej myśli. Trochę to trwało, ale w końcu po długim czasie udało jej się. Od tamtej pory nie śniła ani nie bujała w obłokach, a wszystko co przejawiało choćby odrobinę fantastyki omijała szerokim łukiem. Stała się chłodno myślącą realistką, nie wierzącą w nic poza ustanowionymi powszechnie realiami.

Była pewna, że zakończyła już ten rozdział w swoim życiu, aż nie ten wypadek, gdy straciła osobę, której praktycznie zawdzięczała nowe, wartościowsze życie. Od właśnie tego momentu demony przeszłości zaczęły powracać. Minęły niecałe trzy miesiące, a z każdym dniem było coraz gorzej. Niepokojące sny terroryzowały jej noce, a niegdyś wyparte wspomnienia jej codzienność.

Tym razem nie mogła się opanować. W jej uszach rozbrzmiewał krzyk i śmiech. Na oczy nasuwały się obrazy, których nie powinna pamiętać, których nie powinna w ogóle znać. Postać uszyta z cienia. Błysk szponów. Krzyki. Połyskujące plamy krwi. Martwe spojrzenie nieokreślonego koloru oczu. Spływająca po brukowanych uliczkach czarna jucha. Bramy, za którymi schowała wszystko czego nie chciała znać, zaczęły wyraźnie pękać.

Przerażona bez zastanowienia sięgnęła po opakowanie tabletek uspakajających, leżących na stoliku przed telewizorem. Szelest towarzyszył jej palcom, które chaotycznie przeszukiwały listek kapsułek w poszukiwaniu zapełnionego jeszcze okienka. Jedna z ostatnich tabletek wylądowała w jej ustach, po chwili połknięta z falą zimnej herbaty. Wstała na drżące nogi i ekspresowo pozapalała wszystkie światła w mieszkaniu.

W ciemności nigdy nie czuła się bezpiecznie.

Obejmując się ramionami stanęło pośrodku salonu i podejrzliwym wzrokiem przeanalizowała każdy widoczny kąt. Odetchnęła głęboko, przecierając twarz. Nadal była sama, nic jej nie groziło, była bezpieczna. Nawał koszmarów przeszłości zaczął ustawać.

Usiadła na sofie i tempo wpatrzyła się w ciemne okno naprzeciwko, w którym w świetle pozapalanych świateł odbijało się jej odbicie. Zobaczyła w nim dziewczynę o rozszerzonych przez paranoje podkrążonych oczach. Chorobliwie blada, pulchna twarz i rozczochrane brązowe włosy, wijące się niczym wężyki we wszystkie strony świata. Już raz miała okazję obserwować osobę w łudząco podobnym stanie.

Ta nagła myśl zdzieliła ją, niczym grom z jasnego nieba. Mogła cierpieć, ale nie mogła na to pozwolić, by podzielić los swojej matki. Matki, która pomimo wszystko nie zasłużyła na los, który ją spotkał.

— Dosyć tego… — szepnęła do siebie zachrypniętym głosem.

Nie mogąc dłużej na siebie patrzeć podeszła do okna z zamiarem jego zasłonięcia. Chwyciła za sznurek od rolety i od niechcenia spojrzała po raz ostatni na widniejący za oknem park.

Zdziwiła się, gdy na oświetlonej nikłym, żółtym światłem latarni ścieżce stała nieruchomo okryta czarnym płaszczem postać. Normalnie, by to zignorowała, przecież rożne typy kręciły się nocą po parkach, jednak było w nim coś dziwnego, wręcz niepokojącego. Wiatr smugał jego spowitą czernią, stojącą w bezruchu sylwetkę, stojącą bezpośrednio przed jej oknem. Przeszedł ją zimny dreszcz przerażenia, czując na sobie skupiony, analityczny wzrok postaci, dochodzący spod głębokiego kaptura, w którym ukryta była jego twarz. Stała chwilę otępiała, dopóki nie zauważyła błysku wyłupiastych oczu spowitych nienaturalną czernią. O mało nie zachłysnęła się powietrzem, na uderzające w jej myśli wspomnienia.

 Zapach stęchłego drewna. Martwa cisza. Szpara między drzwiami. Kłęby dymu. Odgłos sunących powoli, po drewnie szponów…

Dziewczyna cofnęła się o krok, wytrącona z równowagi. To nie mogła być prawda, znów musiało się jej przewidzieć. Zamrugała i zebrawszy się na odwagę ponownie wyjrzała w to samo miejsce, które tym razem ku jej uldze, ale i zaniepokojeniu było puste. Może jej się przewidziało? Mrużąc oczy w skupieniu przeanalizowała cały widok zza okna, lecz po dziwnym nieznajomym nie było ani śladu.

Potrząsnęła głową zirytowana. Jej podła wyobraźnia znowu zaczęła dawać się we znaki, a ona głupia dawała jej wolną rękę.

Myśl racjonalnie, nakazała sobie w myślach. Przecież nie mógł w sekundę zniknąć bez śladu! Musiało się jej przewidzieć i tyle.

Zbulwersowana zasłoniła roletę, klnąc na siebie w myślach. Była przemęczona i rozżalona, nie mogła przecież widzieć czegoś, czego nie ma, tłumaczyła sobie, by przegonić rosnący w środku niepokój. Gdy już prawie zdążyła siebie przekonać, usłyszała krótkie, ciche, nierównomierne pukanie do drzwi.

Zamarła, a jej wzrok od razu skierował się na wyświetlacz telefonu. Była 3:57, nikt normalny nie odwiedza nikogo o takiej porze. Nie wiedziała, co nią kierowało. Może chora ciekawość, a może usilne udowodnienie sobie, że na wszystko było logiczne wyjaśnienie. W każdym razie pomimo strachu, pewnym krokiem i ściągniętą od zaciekłości miną podeszła do drzwi, które otworzyła.

Nikogo nie było, a światło reagujące na ruch znajdujące się na klatce schodowej, włączyło się dopiero ze względu na nią. Napędzona adrenaliną wyskoczyła z mieszkania, wyglądając na dół i w górę schodów, czując przemożną chęć spuszczenia manta temu, komu zebrało się na nocne żarty. Jednak poza nią nikogo nie było.

Parsknęła pod nosem, kpiąc z własnej naiwności i głupoty, po czym zwróciła się z powrotem ku swemu mieszkaniu. Jej wzrok padł na wycieraczkę, na której leżała świeżo-ścięta stokrotka o śnieżnobiałych, nadpalonych ogniem płatkach.

Autor Dysiss
Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 122
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!