Stucky: Piękno w sercu // Rozdział 10. Oddaj mi wszystko

      Przystanął, opierając się o framugę i kierując wzrok na drobną postać siedzącą na kanapie ze szkicownikiem na kolanach. Lubił przyglądać się przyjacielowi, gdy ten oddawał się swojej pasji, ten widok był dla niego codziennością. Czymś cudownie normalnym, co sprawiało, że nie wyobrażał sobie swojego życia bez takich chwil. Kochał w ich uczuciu to, iż sprawiało, że wspólne momenty były zwykłe i jednocześnie wyjątkowe.

      Zatracił się w obserwacji, pochłonęła go tak bardzo jak Steve’a ilustrowanie. Nieświadomie się uśmiechał, lustrując spojrzeniem niewielkiego chłopaka i czując jak bardzo mu na nim zależy. Wciąż zapominał, że jego Stevie jest już dojrzałym mężczyzną. Wydawał się taki kruchy, bezbronny. Chciał już zawsze go chronić, wspierać i kochać. Być przy nim. Tyle mu wystarczy. Powoli uśmiech zaczął schodzić mu z twarzy, gdy w myśli wdarło się coś jeszcze. Uzyskał przydział. Na świecie szalała wojna, a w dodatku ten głupi Rogers bez przerwy starał się dostać do wojska. Rozumiał, że przyjaciel chciał walczyć dla ludzi, w których wierzył… rozumiał, że chciał w ten sposób pozostać z nim. Obaj zdawali sobie sprawę, że w końcu dostanie powołanie… już dostał, lecz wiedział o tym tylko on sam.

      Podszedł i usiadł na kanapie, podwijając pod siebie jedną nogę i układając się tak, by mieć ukochanego na wprost. Wyjął delikatnie szkicownik z jego rąk, na co on zareagował zdziwionym ściągnięciem brwi i uniósł wzrok z nieznacznym uśmiechem, myśląc, że to jakaś zaczepka. I w jednej chwili stracił całą odwagę, by mu powiedzieć. Patrzył w jego łagodne oczy i owładnęło nim poczucie beznadziejnej bezradności. Jak miał mu to wyznać? Jak? Nie potrafił. Nie był w stanie skonfrontować się z prawdą i…

      (Będę z tobą do końca)

      …złamać obietnicy. Nie, nie złamie jej… po prostu… nie dotrzyma całkowicie, nie będzie przy nim fizycznie, ale… ale przecież wróci. I wszystko mu wynagrodzi. Wszystko. Każdą chwilę tęsknoty, niepewności i… strachu. Boże… Steve, wybacz…

      – Bucky? Co się dzieje?

      To zmartwienie w jego głosie… nie potrafił znieść tego, że jest uzasadnione. Chciałby móc powiedzieć, że wszystko będzie dobrze… że nie wyruszy na wojnę, nie zostawi… Nie, to zupełnie nie tak… nigdy go nie opuści, to tylko… na jakiś czas. Nie umiał skonstruować żadnego zdania, które wyraziłoby…

      (Idę do wojska)

      …prawdę, którą musiał wyjawić. A jednak wystarczyłyby trzy słowa. Tylko tyle… i aż tyle. Miał wrażenie, że nie istnieją w zakresie jego możliwości werbalnych. Wpatrywał się w szeroko otwarte… zaniepokojone… oczy Rogersa. Tak bardzo nie chciał, aby się bał… tak bardzo tego nie chciał… i nie mógł go uspokoić. Po raz pierwszy w życiu nie miał władzy nad uczuciami mężczyzny, którego kochał.

      – Steve…

      Jego imię. Tyle był w stanie wypowiedzieć, głos uwiązł mu w gardle. Nie potrafił zmusić się do czegokolwiek więcej… a Rogers zbliżył się do niego wystraszony i ujął jego policzki, stanowczo unieruchamiając i poważnie patrząc w twarz.

      – Co się stało? Powiedz.

      – Ja… ja po prostu…

      Urwał. Nie zdołał dokończyć zdania. Jak miał… jak…? Jak powiedzieć prosto w te niespokojne oczy, że zostawi? Nie… proszę, nie… Czuł jego delikatne dłonie na skórze, a tam gdzie się znajdzie…

      (na wojnie)

      …nie będzie tego miał. Zamiast bliskości dostanie lęk, niepewność… samotność… i walkę. Oraz świadomość, że jego ukochany będzie zdany na siebie… że ktoś znów może próbować go skrzywdzić, a jego nie będzie w pobliżu. Nie uratuje go… nie uratuje…

      – Buck!

      Drgnął trochę wystraszony… i wtedy bez namysłu połączył ich usta, nagle i wyraziście… a Steven mimo zaskoczenia oddał pocałunek, pogładził jego policzki… całowali się zapamiętale, gubili w bliskości. Potrzebował miękkości jego warg… ich smaku… wchłaniał w siebie jego ciepło, namiętność i… i naraz… czuł już tylko jak bardzo jest bezpieczny. Wojna nie zagrażała ich więzi, nie mogła ich rozdzielić. Nigdy nie odejdzie, nie zostawi, to wszystko… ten strach… to ułuda. Prawdziwy był tylko on i jego Steve. Nic więcej. Tylko oni dwaj. Istnieli jedynie dla siebie. Pocałunek nabierał na głębi, wkładali języki do swoich ust… przeciągali nimi po podniebieniach… Przyjął cichym jękiem to, że Steven pchnął go w tył, poddał się temu, pociągając go za sobą i nie pozwalając ich wargom się rozdzielić. Całowali się w pozycji leżącej… przyjemnie lekkie ciało Rogersa wpasowało się w jego własne, nie przeszkadzało im, że kanapa była wąska… rozsmakowywali się we wzajemnej bliskości… intymności… i bezpieczeństwie, które tylko oni potrafili sobie zapewnić. Obejmował ukochanego w pasie, przesuwał dłońmi po jego bokach, podwijając niezamierzenie… ale znacznie… rąbki koszulki. Chciał zaprotestować, gdy Rogers przerwał pocałunek… lecz właśnie wtedy… poczuł jego wargi na swojej szczęce, pocałunki oznaczyły całą jej linię… i przeniosły się na szyję, takie żarliwe… takie… namiętne… Oddech Stevena owiał mu skórę, gdy ten oderwał od niej usta i cicho zaszeptał kilka słów, które owładnęły całą jego duszą.

      – Oddaj mi wszystko. Każdą emocję, każdy jęk. Wszystko, Buck.

      Oddał. Odchylił głowę, uwydatniając bardziej szyję i wtedy… wtedy… uczuł jak język Steve’a przeciągnął się przez całą jej długość… o Boże… westchnął opanowany przez przyjemność… i miłość. Wyciągnął ręce ponad głowę… a kochanek oznaczał jego szyję kolejnymi liźnięciami przeplatanymi z pocałunkami… a robił to tak dobrze… tak… dobrze… Zacisnął dłonie na podłokietniku nad sobą… Boże… kochanie…

      Steve rozpiął powoli guziki koszuli przyjaciela, rozsunął ją, przesuwając umyślnie… delikatnie… kłykciami po wrażliwej skórze… rozkoszując się drżeniem, które wywołał. Pocałował z gorącym zapałem jego żuchwę i skradł krótkie muśnięcie warg. Przez chwilę patrzył w jego twarz, trzymając swoją centymetry wyżej… oddychając na niego… i wyczuwając jego oddech na sobie. Odczytywał z niego, że poprzedni niepokój… strach… zniknął… Buck się czegoś bał, ale teraz… teraz był z nim… i bezpieczny. Wyczuwał to i zależało mu, by ukoić go tak, by ten lęk nigdy nie wrócił. Dokona tego dla niego. Dla swojego Bucky’ego. Wpatrywał się w jego zamknięte oczy… w rozchylone, ponętne usta… ucałował delikatnie ich kącik. Boże, jaki on był seksowny… taki rozłożony pod nim… taki… chętny… I natychmiast żywiołowo polizał jego szczękę… i jeszcze raz… zjechał językiem po żuchwie aż na szyję… jedną ręką podpierał się na kanapie, drugą pieścił jego lewą pierś, pocierał ją, wyczuwając jak przyjemnie jest miękka… słyszał jak jego jęki nabierały ciężkiej zmysłowości, coraz głośniejsze… coraz… głośniejsze… Obniżył się, polizał przeciągle drugą pierś, nie przestając stymulować dotykiem lewej… a Buck tak wspaniale odetchnął. Ukradł przelotny pocałunek jego wargom i wrócił do lizania jego torsu. Mocno przyciskał język… co za smak… Boże, co za smak… klatka piersiowa unosiła się w szybkich oddechach, co tylko sprawiało, że wylizywanie było jeszcze bardziej przyjemne, intymne… i bliskie. Chwycił między wargi sutek i zaczął ssać, będąc tak bardzo pobudzonym… stał mu już… i wyczuwał pod sobą, że Barnesowi także… och, Bucky… Bucky… to było takie podniecające. Delektował się posmakiem rozkoszy, którą mu dawał… wyczuwał ją w jego ciele… w skórze… w jękach… Ssał aktywnie sutek… tak, Buck… właśnie tak… i przeniósł usta na większą powierzchnię klatki piersiowej, zostawiając na niej milion pocałunków zanim zniżył się, by lizać jego brzuch. Podobało mu się, że ukochany drżał i… i oferował siebie tak otwarcie… Zwolnił i przesuwał językiem spokojniej… lecz wciąż mocno go dociskał. Po prostu… robił to powoli… rozsmakowywał się… kochał go… tak bardzo go kochał… przeciągnął pieszczotę niżej, na podbrzusze, i usłyszał, że partner wciągnął gwałtowniej powietrze. Lizał tuż nad granicą spodni… Boże… o Boże… wychwytywał każdy dźwięk przyjemności, każde drżenie…

      Złożył delikatny, kojący… czuły pocałunek na jego podbrzuszu… lecz jednocześnie wzbudziło to jeszcze większe pragnienie… w nich obu. Przytulił twarz do jego brzucha… i wtedy uczuł delikatny dotyk dłoni we włosach, to jak subtelnie był głaskany… Wczuwali się w ten moment, w tę łagodność wynikającą z pożądania przeplatanego z zaufaniem. Starali się uspokoić oddechy, które wcale nie chciały się wyciszyć… a jednak mimo żaru, gorąca… odprężali się… relaksowali, jakby pożądanie mogło zaczekać. I mogło… przez chwilę.

      Rozsunął Barnesowi nogi i uklęknął stabilnie między nimi, przeciągnął palcami po wybrzuszeniu jego spodni, obserwując reakcję. Patrzył w jego twarz z lekka prowokacyjnie… a ukochany odpowiadał mu nieco nieobecnym spojrzeniem, przytrzymując się jedną ręką podłokietnika. Wyglądał pociągająco z odsłoniętym torsem… był taki… łatwy… wyłożony w zapraszający sposób. Rozpinał jego rozporek, przyglądając się temu, jak on opuszcza wzrok na jego ręce, jak śledzi wzrokiem jego ruchy, jak próbuje spokojniej oddychać. Zesunął spodnie jedynie do początku ud, gdyż na więcej nie pozwalała im pozycja. Chwycił obnażonego członka, wciąż spoglądając ukochanemu w twarz… a on ciężko oddychał i uniósł wzrok, łącząc ich spojrzenia. Podarował mu uśmiech… i dopiero wtedy pochylił się… biorąc miedzy wargi główkę penisa… zaczął delikatnie ssać… i natychmiast poczuł we włosach obie jego dłonie. Kochał smak jego erekcji… jego przyjemności… Ssał powoli, wsłuchując się w to jak partner ekstatycznie brzmiał… przesunął językiem po szczelinie… i jeszcze… och, Buck, oddychaj… Począł powoli nasuwać wargi dalej na jego sztywny penis… rozluźniał gardło, by wziąć go jak najgłębiej… och, wypełniał mu usta… był taki duży… wypełniał… mu… usta… Gdy już wreszcie miał go tak głęboko jak chciał… poruszył głową wolno, wymuszając z kochanka długi jęk… i kolejny raz… i kolejny… także jęczał, lecz w sposób przytłumiony. Obciągał Bucky’emu w spokojnym rytmie, delektując się brzmieniem jego głosu… dotykiem dłoni we włosach… smakiem jego erekcji… masował przy tym jądra, stymulował powolną pieszczotą… Lekko zwiększył tempo, zaciskając mocniej wargi… wyczuł w ułożeniu ciała kochanka, że on wygiął plecy w łuk… natychmiast rozpoznał, że to ten moment, by dać mu szczyt. Niepohamowanie przyspieszył, raz za razem poruszając głową… przyciskał usta do jego męskości… słyszał ekstatyczne jęki… we włosach czuł wręcz niecierpliwe, lecz nie bolesne, szarpnięcia. Robił mu mocno, bezgranicznie intensywnie… dopełniając rozkoszy poprzez aktywne pieszczenie jąder… wyczuwając, że jest już na skraju… że już zaraz… i rzeczywiście Buck cicho zakrzyczał, wyginając się jeszcze bardziej… uścisk na jego włosach się zwiększył… i wtedy poczuł w ustach… smak… jego spermy. Połknął, chcąc zatrzymać w sobie na zawsze posmak przyjemności ukochanego.

      Wygodnie położył się na rozgrzanym ciele Bucka, złożył na jego policzku pocałunek, po czym tym samym obdarzył wargi. Wtulił twarz w zagłębienie szyi i w nią oddychał, natychmiast objęły go silne ramiona. Pozwalał przyjacielowi odpoczywać, wchłaniał jego ukojenie w siebie.

      – Dziękuję. – usłyszał.

      Wzruszyło go, że Bucky podziękował mu za coś, co i tak zawsze należało do niego. Wydało mu się to piękne i jednocześnie… smutne. Nie wiedział dlaczego. Uniósł głowę, pocałował krótko jego szczękę i znów schronił się w tym bezpiecznym miejscu, którym była jego szyja. Zrobiłby dla niego wszystko, poszedłby za nim wszędzie.

      – Jestem szczęśliwy. A ty, Buck?

      – J… jestem.

      Rozpromieniony wtulił się w niego mocniej, czując jak dobrze im razem, wiedząc, że nic tego nie przerwie… kochając go i będąc samemu kochanym.

      – Mój Bucky.

      – Mój Steve.

      Wsłuchiwał się w szybkie bicie jego serca, czekając aż zacznie zwalniać… i kiedy rzeczywiście się uspokoiło… usypiało go na najpiękniejszym mężczyźnie na świecie. Na Bucky’m.

      Barnes mocno przyciskał do siebie to drobne ciało, czując jak bardzo kocha, uśmiechał się delikatnie, rozpoznawał po tym jak swobodnie na nim leżało, że przyjaciel usnął. Ta świadomość go uszczęśliwiła… to takie zwykłe, że przy nim spał… a jednak czyniło go niezmiernie…

      (Oddaj mi wszystko)

      …poruszonym w taki sposób jakby z każdą chwilą mógł go…

      (stracić)

      …pokochać jeszcze mocniej. Przytulił go szczelniej, było dobrze…  czuł jak jego uśmiech zaczął zanikać… nic się nie działo, nic złego… to tylko…

      (Jestem szczęśliwy. A ty, Buck?)

      Był… Pewnie, że był… Wcale się nie bał… wcale… wszystko było w porządku… W jakiś desperacki sposób skupił się na delikatnym ciężarze jego ciała na sobie. Wczuł się w spokojny dźwięk jego oddechu, jedną dłoń zanurzył w jasnych włosach, pragnąc ich miękkości. Potrzebował czuć jak bardzo był ciepły… realny i piękny jak urzeczywistnione marzenie, które zostaje z człowiekiem na zawsze. Tak wiele dla niego znaczył… nie umiał wyrazić nawet jak wiele. Był spokojem w jego życiu, jedyną i największą miłością… ukojeniem i pragnieniem… pięknem wszystkiego, co przeżył… nadawał otaczającej ich szarości kolor. Stanowił połowę jego istnienia, byli jednym… tacy nierozerwalni, wypełniali się… nie potrafiliby bez siebie oddychać. Gładził po włosach ukochanego, uspokajał się, wszystko będzie… jest… dobrze…  

      (J… jestem)

      Zaczął lekko drżeć. Dlaczego się wtedy zaciął? Dlaczego? Przecież to prawda, był szczęśliwy… był szczęśliwy… przecież spędzą ze sobą całe życie i… nigdy… siebie nie stracą. Powstrzymał zrozpaczony jęk i wtedy… wtedy pierwszy raz w życiu poczuł się jak kłamca. 

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 314
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!