Antykreator – Prolog II

Gorące noce w mieście, gdy podświetlana blaskiem sodowych latarń mgła snuje się po pustych ulicach, a cisza zamiera we wszystkich zakamarkach, zaganiając do kątów nawet największych śmiałków zwykle nieustannie szukających guza, mają w sobie coś fascynującego. O tak, chyba nie jeden mógł to przyznać…

Ciężkie kopyta stukają na asfalcie pustej ulicy. Heroina krąży ogniem w żyłach, a umysł, choć powinien być otumaniony ilością wypitego alkoholu, zdaje się dryfować gdzieś ponad światem, unoszony na skrzydłach dziwnej euforii.

Koń jest czarny, tak samo, jak czarne są długie włosy jeźdźca, jego podkute buty i stary, powyciągany podkoszulek, na którym, jeśli dobrze się przypatrzeć, wciąż można znaleźć dawno sprane ślady po logu jednego z legendarnych hard rockowych zespołów.

Jednorożec jest czarny, tak samo, jak czarna jest etykieta na butelce whisky i pochwa przewieszonego nonszalancko przez plecy miecza.

Nieliczni ludzie zatrzymują się, patrzą dłuższą chwilę, nie będąc w stanie uwierzyć własnym oczom. Gapią się z zaskoczeniem, odprowadzają wzrokiem, zastanawiają się…

– Ale nikt nie może mi nic powiedzieć – mówi mężczyzna. – Słyszysz, koniku? Nikt!

Jednorożec parska jakby z politowaniem, choć nie wygląda na niezadowolonego.

Pod zamkniętym spożywczym zgromadziło się całe towarzystwo. W kapturach naciągniętych na niemal łyse głowy, z szerokimi ramionami, głośni i bezczelni, uważają się tutaj za panów. Nikt nie ma odwagi przejść obok nich.

Prawie nikt.

Unoszą głowy znad palonych papierosów, z tępym niedowierzaniem oglądając się na kare konisko. Jeździec jednym haustem dopija kilka ostatnich łyków z butelki i rzuca nią w ich stronę, a następnie zaczyna się śmiać, gdy w panice odskakują od roztrzaskującego się na chodniku szkła. Ostre odłamki lśnią w świetle latarń jak najdroższe diamenty.

Mężczyzna unosi ręce do góry, jakby chciał objąć świat. Prowadzony samymi nogami jednorożec zatacza koło niemal w miejscu, a następnie jeszcze raz, w drugą stronę – zupełnie jakby tańczył. Parska ze źle skrywanym podekscytowaniem i zamiata ogonem. Powoli przegrywa z utrzymywaną ostatkiem sił chęcią okazania swemu panu jawnej dezaprobaty. Jak można się złościć, skoro noc jest ciepła, mgła pachnie oszałamiająco, a ulice są kusząco puste?

Yeah, I’m gonna take my horse to the old town road, I’m gonna ride ’til I can’t no more! – śpiewa jeździec zaskakująco mocnym głosem.

W oknie pobliskiego bloku miga twarz starszej kobiety. Szybko znika za zasłonką, gdy wzrok jeźdźca kieruje się w jej stronę, lecz widać jeszcze dzięki światłu starej lampy, jak odruchowo się żegna.

Nocna mara, trwoga w waszych sercach, trwoga urywająca oddech i myśl… – mruczy pod nosem jeździec. – Wiesz, koniku, czasem to wszystko naprawdę mi się podoba. Nawet ten prastary wierszyk brzmi dobrze, jeśli spojrzeć na niego od innej strony.

Jednorożec prycha tylko w ramach potwierdzenia. Konie przecież nie mówią. A w każdym razie nie wtedy, gdy ich jeźdźcom za bardzo chce się rozmawiać.

Miejska droga jest idealnie pusta, mgła gęsta jak mleko, a jednorożec czarny jak najgłębsza bezksiężycowa noc.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 312
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!